Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść paranormalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść paranormalna. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2022

Magdalena Zimniak – „Piwnica”

 





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!                                          


Wydawnictwo: SKARPA WARSZAWSKA

Warszawa 2022

 

Wielokrotnie nagradzany amerykański autor horrorów, Stephen Graham Jones, napisał kiedyś, że w literaturze istnieją dwa rodzaje nawiedzonych domów. Pierwszy z nich to domy, które są wrogo nastawione do wszelkiego rodzaju gości i lokatorów i za nic w świecie nie zgadzają się na to, aby przebywali oni w ich murach (z ang. Stay Away Houses). Z kolei drugi rodzaj stanowią domy, które aż palą się do tego, by gościć u siebie bohaterów powieści (z ang. Hungry Houses). W obydwu przypadkach nawiedzone domy nie są jedynie miejscami, w których mogą pojawić się duchy czy zaistnieć jakieś inne zjawiska nadprzyrodzone, lecz to one same są subtelnie ożywionymi przez pisarza postaciami posiadającymi własne lęki i pragnienia. Jakiego rodzaju nawiedzonym domem, a właściwie kamienicą, w której mieszczą się biura spółdzielni mieszkaniowej jest w takim razie ta z najnowszej powieści Magdaleny Zimniak? 

Na pierwszy rzut oka kamienica przy ulicy 3 Maja w Warszawie nie różni się niczym szczególnym od innych kamienic tego typu. Znajdują się w niej biura, pracują ludzie, w tym również ochroniarze, których zadaniem jest pilnować porządku i dbać o to, aby nikt niepożądany nie zakłócał tam spokoju. Wydaje się, że to ostatnie łatwiej jest wykonać, kiedy ochroniarze mają do czynienia z żywymi ludźmi. Zupełnie inaczej sprawa przedstawia się, gdy do gry wkraczają… duchy. Pewnej nocy młodzi ochroniarze, Aneta Rogucka i Rafał Stróżewski, pełniący dyżur w budynku, słyszą przeraźliwy krzyk kobiety. Jak każdy zdrowo myślący człowiek, w pierwszej chwili nie kojarzą go z niczym nadprzyrodzonym. Ot, ktoś nie zdążył jeszcze wyjść z pracy albo mają jakiegoś nieproszonego gościa, z którym trzeba będzie sobie poradzić. Szybko przekonują się, że prawda jest inna, choć nie chcą jeszcze do końca dać jej wiary. Bo jak można w XXI wieku wierzyć w duchy? Przecież to niemożliwe. A jednak…

Kiedy krzyki i dziwne sytuacje powtarzają się regularnie i to zawsze podczas ich dyżurów, wówczas ochroniarze postanawiają wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, skąd tak naprawdę się biorą i jaka jest ich przyczyna. Prywatne śledztwo, jakiego się podejmują, stopniowo prowadzi ich do lat 40. XX wieku, a dokładnie do dni Powstania Warszawskiego, bo to wtedy wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszedł komunizm, a wraz z nim tajemnicze zaginięcie młodej kobiety. Od tamtej pory przez długie siedemdziesiąt cztery lata nikomu nie udało się odkryć co tak naprawdę stało się z Zosią. Dlaczego? Czy ktoś zabrał tę tajemnicę do grobu? A może ludzie, którzy nadal żyją byli zamieszani w zniknięcie kobiety i teraz robią wszystko, aby ten sekret nie wyszedł na jaw? Oczywiście Aneta i Rafał mają swoje przypuszczenia, ale przecież zawsze zachodzi prawdopodobieństwo, że mogą się mylić.

Piwnica to powieść, na którą czekałam w ogromną niecierpliwością. A to z kilku powodów. Po pierwsze, jej akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, czyli innymi słowy posiada w sobie element, bez którego nie wyobrażam sobie konstrukcji fabuły, gdzie przeszłość ma tak bardzo znaczący wpływ na teraźniejszość. Po drugie, obecność wątku nadprzyrodzonego sugeruje, że mamy do czynienia nie tylko z thrillerem psychologicznym, ale też z powieścią gotycką tak bardzo popularną w minionych wiekach, a zapoczątkowaną przez angielską pisarkę Ann Radcliffe (1764-1823). I wreszcie po trzecie, wiedziałam, że jeśli za książką stoi Magdalena Zimniak to na pewno nie będzie to lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale oryginalna, ambitna i – jak zawsze – dająca do myślenia z uwagi na pierwiastek psychologiczny.

Wszyscy bohaterowie – zarówno ci obecni, jak i ci z przeszłości – doskonale uzupełniają się wzajemnie, pomimo że ich życie wygląda inaczej z powodu realiów, w jakich przyszło im żyć. Wszystkie postacie są na swoim miejscu, nawet te drugoplanowe dokładnie wiedzą, z jakiego powodu znalazły się w tej historii. Choć jedne wydarzenia od drugich oddziela kilkadziesiąt lat i życie kilku pokoleń, to bardzo wiele je łączy. Okazuje się, że nawet po tylu latach rodzinne tajemnice mogą niespodziewanie wydostać się na światło dzienne, a ten, kto niegdyś przysięgał zemstę, teraz może łatwo skorzystać z okazji i zaatakować. Wygląda też na to, że bariera pomiędzy światem żywych a światem zmarłych jest znacznie cieńsza, niż może się wydawać. Czasami bowiem duchy zmarłych domagają się od żywych doprowadzenia spraw do końca w ich imieniu, aby tym samym one mogły spokojnie spoczywać tam, gdzie trafiły po śmierci.

Magdalena Zimniak ponownie nie zawodzi swoich czytelników. Piwnica to powieść, którą czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Jej akcja wciąga już od pierwszych stron, natomiast z każdą kolejną zatapiamy się w fabule coraz głębiej, aż w końcu zdajemy sobie sprawę z tego, że nie możemy oderwać się od książki dopóki nie poznamy jej zakończenia. Jest to historia z jednej strony o zdradzie, a z drugiej o wielkiej miłości momentami graniczącej z szaleństwem; historia o poświęceniu dla bliskiej osoby i zrobieniu praktycznie wszystkiego, aby tylko zapewnić jej bezpieczeństwo; historia o marzeniach, które nie zawsze można spełnić; i wreszcie jest to też opowieść o odnajdywaniu spokoju i ostatecznym zamknięciu drzwi przeszłości i rozpoczynaniu nowego etapu w życiu.

Pisząc tę powieść autorka nie zapomniała również o otaczającej nas rzeczywistości. Mamy zatem zarys pandemii, z którą jeszcze nie tak dawno musieliśmy się zmagać, jak również wojny w Ukrainie, która wciąż budzi strach. W twórczości Magdaleny Zimniak najbardziej cienię to, że nie jest schematyczna. Pomimo że autorka generalnie łączy dwa gatunki, czyli powieść obyczajową z thrillerem psychologicznym, to jednak każda z opowiadanych przez nią historii jest na swój sposób inna i oryginalna. Nie można ich porównywać ze sobą. Polecam zatem najnowszą powieść Magdaleny Zimniak, mając nadzieję, że podobnie jak ja, również nie będziecie mogli się od niej oderwać, a po przeczytaniu jeszcze długo będziecie mieć ją w pamięci.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, dziennikarka, eseistka







 

piątek, 8 listopada 2019

Magdalena Zimniak – „Wschód księżyca”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: PROZAMI
Słupsk/Warszawa 2019



Niektórzy uważają, że szkolne przyjaźnie są tymi najtrwalszymi i zawieranymi na całe życie, podczas gdy są też tacy, którzy twierdzą, że dopiero będąc na studiach ludzie są zdolni do nawiązywania najsilniejszych relacji. Niemniej często zdarza się, że po zdaniu matury, kiedy to każdy młody człowiek wybiera własną życiową drogę, w jego pamięci wciąż pozostają ci, z którymi spędził kilka najlepszych lat życia. To szkolni koledzy byli świadkami pierwszych miłosnych rozczarowań; to oni przychodzili z pomocą, gdy trzeba było wyciągać z tarapatów; to im powierzaliśmy najgłębiej ukryte tajemnice i naiwnie wierzyliśmy, że nigdy nie ujrzą one światła dziennego. Co jednak zrobić, jeśli szkolna koleżanka lub kolega bezustannie tkwią w naszych myślach i nie pozwalają nam normalnie żyć? Co zrobić, gdy mimo wszystko staramy się ułożyć sobie życie, lecz myślami wciąż wracamy do tego, co było, kiedy mieliśmy osiemnaście lub dziewiętnaście lat? Co zrobić, kiedy każdego dnia zdradzamy w myślach naszego obecnego partnera? Albo partnerkę, z którą dzielimy życie? Czy to już obsesja czy może jedynie tak silne zauroczenie, że nie pozwala nam ono normalnie funkcjonować?

Monikę i Pawła połączyło coś wyjątkowego, choć była to tylko jedna upojna noc podczas balu maturalnego. Noc, o której oboje nie potrafili zapomnieć, pomimo że każde z nich po ukończeniu szkoły ułożyło sobie życie po swojemu. Monika praktycznie od zawsze była inna. Często można było odnieść wrażenie, że choć fizycznie jest obecna, to jednak jej dusza porusza się w jakimś zupełnie innym wymiarze. Możliwe, że właśnie ta inność tak bardzo zafascynowała Pawła, iż nie mógł o niej zapomnieć pomimo upływu lat. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że ta wyobcowana dziewczyna przeżyła w dzieciństwie tragedię i od tamtej pory nie potrafi uporać się z traumą. Nieświadomi niczego koledzy traktowali ją na tyle normalnie, na ile można traktować osobę, która wciąż duchem błądzi w jakiejś innej rzeczywistości.

Od matury Moniki i Pawła mija kilka lat. Ona ma już dom, męża i malutkie dziecko, natomiast on wciąż nie potrafi się ustatkować. Zmienia dziewczyny niczym przysłowiowe rękawiczki, ponieważ z żadną nie potrafi stworzyć stałego związku. W podświadomości chłopaka nadal „mieszka” Monika. Pewnego dnia oboje spotykają się zupełnie przypadkowo i wówczas ich uczucie odżywa na nowo. W rezultacie dziewczyna namawia Pawła na wyjazd w Tatry. Chłopak nie waha się ani chwili. Wie bowiem, że taka okazja już się nie powtórzy, bo przecież Monika jest mężatką, a mąż nie będzie stale wyjeżdżał służbowo. Niestety, romantyczny w zamyśle wyjazd kończy się tragicznie. Kobieta bez żadnego ostrzeżenia rzuca się w przepaść na oczach zszokowanego mężczyzny. Pragnie tylko jednego. Chce aby Paweł podążył w nieznane razem z nią, lecz ten tego nie robi sparaliżowany strachem. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że dziewczyna, z którą jeszcze przed kilkoma minutami przeżywał chwile miłosnych uniesień, targnie się na swoje życie. Wydaje się, że jedyne, co w tej sytuacji może zrobić młody mężczyzna, to wrócić do domu i modlić się, żeby nikt nie odkrył, iż to on towarzyszył Monice w ostatnich minutach jej życia. Gdyby stało się inaczej, mógłby wszak zostać posądzony o zamordowanie ukochanej.

Mijają lata. Paweł układa sobie życie u boku najwspanialszej dziewczyny, jaką mógł sobie wymarzyć, lecz to wcale nie oznacza, że zapomniał o tym, co stało się w górach. Na samą myśl o Zakopanem paraliżuje go strach i wie, że nie może tam wrócić, choćby nie wiadomo co się działo. Lecz okazuje się, że życie napisało dla niego zupełnie inny scenariusz. Po dwudziestu latach Paweł wraca do miejsca, w którym miał nadzieję już nigdy się nie znaleźć. Nie ma bowiem pojęcia, że w drodze na Zawrat wciąż ktoś na niego czeka. Czy mężczyźnie uda się oprzeć demonom czającym się w górach? A może z raz obranej drogi nie ma już powrotu? Co stanie się z jego bliskimi, jeśli Paweł ulegnie i podąży za głosem, który bezustannie go woła? Czy może narażać niewinnych ludzi? Przecież oni nie zasłużyli sobie na to, aby dzielić z nim to, co zostało zapoczątkowane wiele lat temu.

Magdalena Zimniak znana jest z tego, że pisze mroczne thrillery psychologiczne. Kiedy wydaje się, że nie można wymyślić już niczego nowego, wówczas autorka wydaje kolejną książkę i zaskakuje czytelnika tematem, który wbija go w fotel, po kręgosłupie przebiega mu stado mrówek i zaczyna nerwowo rozglądać się po pokoju, zastanawiając się, czy przypadkiem złe duchy nie nawiedziły i jego. Czytelnik wytęża słuch, myśląc czy sam również nie usłyszy jakichś podejrzanych głosów. Klimat powieści jest niezwykle mroczny. Pojawiają się w niej różni bohaterowie, którzy w mniejszym bądź większym stopniu związani są z Moniką. Moim zdaniem to ona jest tutaj główną bohaterką, ponieważ to właśnie wokół niej wszystko się kręci. Choć nie żyje od wielu lat, to jednak stale daje o sobie znać. To ona kieruje życiem tych, którzy zostali i którzy byli jej bliscy. Monika nie daje o sobie zapomnieć, choćby nie wiadomo, jak bardzo nasi bohaterowie pragnęli wyrzucić ją z pamięci.  

Pomimo że powieść zawiera w sobie pierwiastek metafizyczny, to jednak należałoby bardziej skupić się na kwestiach realnych. Na kartach powieści występuje wielu bohaterów, z których każdy musi zmagać się z własnymi demonami. U niektórych pojawia się przeogromna chęć zemsty. W ich przypadku jest to uczucie, którego tak naprawdę nie powinni czuć, a jednak dzieje się inaczej. To uczucie jest silniejsze od nich samych i wydaje się, że tak naprawdę nic nie jest w stanie tego zmienić. Z drugiej strony obecna jest także miłość, która objawia się pod kilkoma postaciami. Jest zatem miłość rodziców do dziecka, obsesyjna i prowadząca do zguby miłość pomiędzy kochankami, czy też miłość między przyjaciółmi, która przejawia się przede wszystkim w niewyobrażalnej potrzebie bezustannego chronienia osób znajdujących się w ciągłym niebezpieczeństwie. Oprócz tego mamy również do czynienia z miłością zakazaną, dla której można wręcz zabić.

Wschód księżyca to bez wątpienia thriller psychologiczny stanowiący doskonałe studium przypadku. Psychikę i postępowanie wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych, możemy bowiem poddać dogłębnej analizie i spróbować dociec, dlaczego zachowują się w ten konkretny sposób. Co ciekawe, oprócz Moniki, na pierwszy plan wysuwa się duchowny, który nie tylko musi radzić sobie z niełatwą codziennością swojego kapłańskiego stanu, ale przede wszystkim z własnymi emocjami i demonami, które od lat mu towarzyszą. On doskonale wie, że są rzeczy, których robić mu nie wolno, lecz mimo to są chwile, kiedy nie potrafi skutecznie walczyć z pokusą.

Najnowsza powieść Magdaleny Zimniak stanowi doskonałą lekturę dla tych czytelników, którzy oczekują od powieści czegoś więcej, niż tylko rozrywki i przyjemnie spędzonego czasu. Wschód księżyca to opowieść, która pozwala zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze i czym należy kierować się w relacjach z innymi ludźmi. To także opowieść o tym, jak ważne są ludzkie wybory. Jedna nierozważna i nieprzemyślana decyzja może bowiem uruchomić lawinę dramatycznych zdarzeń, które trudno będzie zatrzymać i których konsekwencje przejdą na kolejne pokolenia. Historia Moniki i Pawła hipnotyzuje i wciąga z każdą kolejną stroną. To bez wątpienia książka, która na długo pozostaje w pamięci czytelnika.








wtorek, 10 maja 2016

Guillaume Musso – „Potem…”














Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2006
Tytuł oryginału: Et Après…
Przekład: Wiktoria Melech





Od zarania dziejów ludzie zastanawiają się czy istnieje życie po śmierci, albo przynajmniej jakiś inny świat, do którego wszyscy powoli zmierzamy. Wiara w życie pozagrobowe jest kwestią indywidualną każdego człowieka i zależy od jego przekonań. Trudno jednak zwykłemu śmiertelnikowi udowodnić, że w chwili śmierci tak naprawdę kończy się jedynie życie ludzkiego ciała. Niełatwo jest także pokazać dowody na to, że po drugiej stronie znajduje się pustka. No cóż, ponieważ prędzej czy później wszystkich nas czeka śmierć, któregoś dnia sami przekonamy się, jaka jest prawda. Z kolei kiedy umiera ktoś bliski, wówczas wydaje nam się niemożliwe, aby kiedykolwiek pogodzić się z tą stratą. Nie jesteśmy na nią przygotowani psychicznie, szczególnie jeśli odejście bliskiej osoby ma miejsce nagle. Czy zatem nie lepiej byłoby, gdyby ktoś nas wcześniej uświadomił, że już wkrótce będziemy musieli na zawsze pożegnać się z żoną/mężem, rodzicami, rodzeństwem albo z przyjacielem, z którym znamy się niemalże od kołyski i wiele razem przeżyliśmy? Może faktycznie lepiej byłoby, gdyby w naszym życiu nagle zjawił się ktoś, kto uprzedzi nas o ich odejściu i będzie z nami, gdy ta straszna chwila nadejdzie? Będzie nas trzymał za rękę i pocieszał albo tłumaczył, że takie jest życie i należy je zaakceptować, ponieważ nie mamy na nie wpływu? W takich chwilach z pewnością przydałby się nam… Posłaniec.

W Nowym Jorku na Manhattanie mieszka młody adwokat Nathan Del Amico. Ten niespełna czterdziestoletni mężczyzna osiągnął w swoim zawodowym życiu chyba już wszystko, co tylko było możliwe do osiągnięcia. Jest niesamowicie bogaty, a do tego jeszcze nieziemsko przystojny. Nie ma takiej sprawy sądowej, której nie byłby w stanie wygrać. Po prostu jest najlepszy, co wyraźnie odzwierciedla stan jego konta. W dodatku szef jest z niego bardzo zadowolony i powierza mu najtrudniejsze sprawy, bo wie, że Nathan poradzi sobie z nimi bez trudu. Niestety, swój zawodowy sukces Nathan przypłaca stratą rodziny. Kiedy go poznajemy adwokat jest po rozwodzie. Była żona wraz z ich kilkuletnią córeczką mieszka daleko, a Nathanowi pozostaje jedynie odwiedzanie dziecka co pewien czas i ewentualne zabieranie Bonnie do Nowego Jorku, aby spędzić z nią trochę czasu. Pozostają też częste rozmowy telefoniczne. Trzeba bowiem przyznać, że mała jest dla niego całym światem i nie wyobraża sobie, że mógłby ją nagle przestać widywać. Jednak rozwód to nie wszystko. Pomiędzy Nathanem i Mallory wciąż cieniem kładzie się tragedia, którą przeżyli kilka lat wcześniej. Ponadto łączy ich też pewne wydarzenie, o którym żadne z nich nie potrafi zapomnieć.

Wydanie z 2009 roku
Pewnego dnia w biurze Nathana Del Amico zjawia się pewien lekarz. Chirurg nie jest już pierwszej młodości. Okazuje się, że Garrett Goodrich nie tylko ratuje ludzkie życie, ale także pomaga ludziom oswoić się z rychłą śmiercią. Lekarz jest ordynatorem oddziału opieki paliatywnej i opiekuje się ludźmi nieuleczalnie chorymi. Goodrich posiada też inny dar. Otóż widzi świetlistą aureolę ukazującą się nad głowami tych, którzy wkrótce mają umrzeć. Jest więc tak zwanym Posłańcem, których rolą jest podtrzymywanie na duchu nie tylko tych, którzy mają na dniach zejść z tego świata, ale także otaczanie opieką ich bliskich, aby ci mogli pogodzić się z nieuniknionym faktem. I tak oto Nathan Del Amico w zawoalowany sposób dowiaduje się, że już niedługo umrze. Ale czy na pewno? A może młody mężczyzna źle zrozumiał słowa Goodricha? Tak czy inaczej, Nathan od tego momentu zaczyna zupełnie inne życie. Robi wszystko, aby jego ostatnie dni na tej ziemi nie zostały zmarnowane na głupstwa. Choć początkowo nie wierzy Posłańcowi, to jednak już wkrótce przekonuje się, że ten mówi prawdę. Garrett Goodrich faktycznie potrafi przewidzieć czyjąś śmierć. Tak więc dla młodego i zdrowego adwokata zaczyna się wyścig z czasem pełnym lęku i obaw przed tym, co nieznane. Czy zatem zdoła naprawić to, co mu się w życiu nie udało? Albo co stracił na własne życzenie?

Potem… to czwarta z kolei książka Guillaume Musso, którą przeczytałam. Zapewne tych powieści będzie więcej, lecz na tym etapie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Autor trochę powiela samego siebie. Owszem, książka jest bardzo dobra, szczególnie z uwagi na fakt, że porusza niezwykle istotne życiowe kwestie, o których na co dzień zapominamy. Zazwyczaj przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, gdy na jakiekolwiek zmiany jest już zbyt późno. Przypuszczam, że Potem… ma za zadanie wstrząsnąć czytelnikiem i sprawić, aby ten zatrzymał się choć na chwilę w swoim zabieganym życiu i poważnie się nad nim zastanowił. Chodzi głównie o to, że człowiek powinien umieć dokonać selekcji pomiędzy tym, co ważne i tym, co ważniejsze a tym, co zupełnie nieistotne. Należy zastanowić się przede wszystkim nad tym, ile tak naprawdę znaczy dla nas rodzina; ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić; czy chęć wspinania się po szczeblach kariery zawodowej nie przysłania nam przypadkiem tego, co w życiu liczy się najbardziej, czyli obecności w nim drugiego człowieka? Ile z kolei znaczy dla nas miłość? Czy jesteśmy gotowi zrezygnować dla niej z rzeczy przemijających i dających szczęście jedynie na chwilę?

Wydanie z 2015 roku
Nathan Del Amico to typowy przykład współczesnego zapracowanego człowieka, który nie widzi niczego innego oprócz swojej pracy. Takich ludzi jest dzisiaj naprawdę sporo. Tracą w życiu to, co najważniejsze, aby tylko móc zdobyć sławę i zarabiać coraz więcej pieniędzy. Uwielbiają, kiedy inni patrzą na nich z podziwem. Młody adwokat jest ambitny i wciąż pragnie udowadniać innym, że jest najlepszy. Oczywiście tego rodzaju postępowanie wynika z jego przeszłości. 

Dla samego Autora Potem… jest niezwykle ważną powieścią. Inspiracją do jej napisania stał się bowiem wypadek samochodowy, któremu uległ Guillaume Musso i z którego cudem ocalał. Na podstawie książki powstał film, którego reżyserem jest Gilles Bourdos. Na ekrany kin film wszedł w 2008 roku. W roli Nathana Del Amico wystąpił francuski aktor Romain Duris, natomiast Garretta Goodricha zagrał niezrównany John Malkovich.

O tej książce nie można zbyt wiele napisać, ponieważ fabuła jest jednowątkowa i wciąż dotyczy tych samych kwestii: sensu życia i umierania. Nie będę zatem dalej się rozpisywać, bo wtedy musiałabym popełnić ten sam kardynalny błąd, którego dopuścił się Wydawca. Otóż zarówno na okładce książki, jak i na stronie internetowej Wydawnictwa można przeczytać dokładne streszczenie fabuły książki od początku do samego końca wraz ze zdradzeniem zakończenia, które de facto jest niezwykle zaskakujące. Moim zdaniem ktoś, kto przeczyta notkę od Wydawcy nie musi już sięgać po powieść. W tej notce wszystko jest bowiem dokładnie wyjaśnione.








czwartek, 7 kwietnia 2016

Guillaume Musso – „Uratuj mnie”














Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2015
Tytuł oryginału: Sauve-moi
Przekład: Krystyna Kowalczyk





Niemalże od zarania dziejów ludzkość zastanawia się, czy istnieje życie po śmierci. Wielu twierdzi bowiem, że gdzieś tam we wszechświecie istnienie równoległy świat, do którego udają się dusze po śmierci ciała. Niektórzy badacze – nawet niewierzący w Boga – skłonni są przyznać, że człowiek tak naprawdę nie umiera, tylko zmienia się jego świadomość. Ludzie przechodząc z jednej rzeczywistości do drugiej spotykają tych, którzy odeszli wcześniej. Czasami zdarza się, że w chwili śmierci osoba umierająca z kimś rozmawia. Czy są to w takim razie jej agonalne urojenia, czy może faktycznie przychodzi ktoś z zaświatów, a jego misją jest towarzyszenie człowiekowi w jego ostatniej drodze? O tym, jak jest naprawdę każdy z nas dowie się prędzej czy później, bo przecież nikt nie jest wieczny i któregoś dnia będzie musiał odejść i zostawić za sobą ziemskie życie. Może rzeczywiście lepiej jest wierzyć, że gdzieś tam istnieje jakiś inny świat i tak naprawdę nie umieramy, a tylko zmieniamy świadomość?

Nierzadko ludzie przekonani są o nieuchronności przeznaczenia. Uważają, że tak naprawdę nic nie dzieje się bez przyczyny, a ludzie nie mają wpływu na swój los, ponieważ wszystko zostało już wcześniej zapisane, a szczególnie jeśli chodzi o naszą datę urodzin i śmierci. Czy tak jest rzeczywiście? Myślę, że na to pytanie nigdy nie znajdziemy wiarygodnej odpowiedzi. Niemniej zagadnienie to bardzo często stanowi motyw literacki, a pisarze próbują w sposób obrazowy przy wykorzystaniu swoich bohaterów, pokazać czytelnikowi jak to faktycznie jest z tym przeznaczeniem. Jednym z takich autorów jest bez wątpienia młody francuski pisarz Guillaume Musso, którego powieści w ostatnim czasie biją wszelkie rekordy popularności na całym świecie. Uratuj mnie to książka, której fabuła jest tak skonstruowana, aby czytelnik mógł zastanowić się nad tym, co dzieje się z naszym życiem i czy ktoś nim kieruje. Autor usiłuje bowiem odnaleźć odpowiedź na pytanie: Czy mamy wpływ na przeznaczenie i czy możemy je zmienić, jeśli bardzo tego pragniemy? Problem jednak leży w tym, że zwykły człowiek nie ma pojęcia o tym, co czeka go następnego dnia, więc logicznie myśląc trudno jest wpływać na los i jego zawiłe ścieżki.

Niniejsza powieść Guillaume Musso to historia dwojga ludzi pochodzących z dwóch różnych światów, którzy spotkali się zupełnie przypadkowo. Gdyby nie zwykły zbieg okoliczności, można by przypuszczać, że ich życiowe drogi nigdy by się nie skrzyżowały. On – Sam Galloway – to młody lekarz, który pomimo wieku sporo już w życiu i widział, i doświadczył. Wychował się w środowisku, gdzie praktycznie każdy narażony był na wejście na drogę przestępczą. Chyba tylko cud uratował Sama od spędzenia długich lat w więzieniu. Mężczyzna od najmłodszych lat był ambitny i pragnął osiągnąć coś w życiu. Był też szczerze oddany swojej przyjaciółce, która ostatecznie została jego żoną, lecz ich małżeńska sielanka nie trwała zbyt długo. Okrutny los sprawił, że Federica któregoś dnia po prostu odeszła z tego świata, a Sam pogrążył się w głębokiej żałobie. Od dnia śmierci żony odwiedza jej grób na cmentarzu i traktuje zmarłą tak, jakby nadal żyła. Teraz dla Sama sensem życia jest jego praca i pacjenci, którym pomaga, nawet wtedy, gdy już wie, że będzie musiał się z nimi pożegnać i oddać ich w ręce Śmierci. Lekarz praktycznie żyje z dnia na dzień. Nie robi żadnych planów na przyszłość, ani też nie ma zamiaru ponownie się zakochać. Boi się cierpienia. Nie chce na nowo doświadczać bólu i rozczarowania.

Wydanie z 2007 roku
Ona – Juliette Beaumont – z pochodzenia jest Francuzką. Do Stanów Zjednoczonych przyjechała, aby spełnić swoje największe marzenie. Od najmłodszych lat pragnęła zostać sławną aktorką. Niestety, los zwyczajnie sobie z niej zakpił i zamiast zaprowadzić Juliette na czerwony dywan, znalazł jej pracę w jakiejś podrzędnej restauracji. Dziewczyna ma dwadzieścia osiem lat i pracuje jako kelnerka, co oczywiście bardzo jej przeszkadza. Chyba nawet trochę zazdrości swojej współlokatorce, która zdążyła się wykształcić i teraz robi karierę jako prawniczka. Pewnego dnia Juliette bez wiedzy koleżanki pożycza jej ciuchy i stara się zaklinać rzeczywistość, podając się za adwokata. Wtedy też na swojej drodze spotyka Sama Gallowaya. Bardzo szybko obydwoje zdają sobie sprawę z tego, że właśnie połączyło ich gorące uczucie od pierwszego wejrzenia. Nie chcą się jednak do tego przyznać, szczególnie Juliette, która następnego dnia planuje wylecieć do Francji i powiadomić rodzinę do swojej życiowej porażce. Zanim jednak to się stanie, para spędza ze sobą upojne chwile. Każde z nich wie, że ten związek raczej nie ma szans na przetrwanie. Niemniej liczy się dla nich tylko to, co dzieje się w tej chwili.

W końcu przychodzi moment rozstania. Na lotnisku pomiędzy Samem a Juliette dochodzi do sprzeczki i w konsekwencji rozstają się w gniewie, pomimo że tak naprawdę cierpią i czują, iż na tę drugą osobę każde z nich czekało przez całe życie. Tak więc Juliette wsiada do samolotu, a Sam – jak to facet – idzie się upić. Nagle w barze do jego świadomości dociera informacja, że samolot, którym leciała Juliette do Paryża właśnie miał awarię i rozbił się nad oceanem. Nikt nie przeżył! Można sobie jedynie wyobrazić co teraz dzieje się w głowie Sama. Wyrzuty sumienia, że jej nie zatrzymał będą go dręczyć do końca życia. To już druga kobieta w jego życiu, którą stracił! Jak będzie z tym żył? Czy jego dalsza egzystencja ma w ogóle jeszcze jakikolwiek sens? Może on też powinien ze sobą skończyć? I wtedy dzieje się coś niewytłumaczalnego. Na drodze lekarza staje kobieta – Grace Costello. To policjantka, która twierdzi, że Juliette jednak żyje, ale już niedługo dołączy do świata zmarłych. Zostało jeszcze tylko kilka dni. Kim zatem jest owa policjantka i dlaczego zjawiła się w życiu Sama tak nagle? Co takiego chce mu przekazać? Czy Sam zdoła udźwignąć nowy cios, jaki właśnie funduje mu los? Czy jest jeszcze szansa, aby móc odwrócić przeznaczenie? Czy Juliette i Sam będą mogli jeszcze myśleć o wspólnej przyszłości? A może ktoś próbuje bawić się kosztem Sama i jego osobistej tragedii? 

Wydanie francuskie
Wydawnictwo: Éditions
Paryż 2005
Uratuj mnie to powieść z elementami literatury paranormalnej. Jest to także piękna historia o miłości tak wielkiej, że człowiek jest w stanie poświęcić własne życie, aby tylko móc uratować ukochaną osobę. Nie brakuje w niej również wątku kryminalnego. Chodzi przede wszystkim o brutalny narkotykowy świat. Czytając tę książkę można też zastanawiać się, nad tym, jakie tak naprawdę jest jej przesłanie. Z jednej strony może chodzić o naprawienie win sprzed lat, a z drugiej o załatwienie pewnych kwestii do końca. Kiedy człowiek niespodziewanie umiera, zazwyczaj zdarza się, że niektóre sprawy pozostawia w zawieszeniu. W tej sytuacji przydałoby się „drugie życie”, aby powrócić na Ziemię i zamknąć wszystko to, czego nie udało się zakończyć przed śmiercią. Oczywiście motywem przewodnim jest miłość, która potrafi pokonać wszelkie granice. W grę wchodzi nie tylko uczucie pomiędzy mężczyzną a kobietą, ale także na linii matka-dziecko. Poza tym zastanawia też fakt, czy rzeczywiście rozliczenie pomiędzy ludźmi martwymi a żywymi musi się zgadzać. Czy aby ktoś żył, ktoś inny musi umrzeć? Czyżby chodziło tutaj o taką swoistą wymianę handlową?

Moja przygoda z książkami Guillaume Musso rozpoczęła się stosunkowo niedawno. Na pierwszy rzut poszła powieść Telefon od anioła, a jej wybór był całkowicie przypadkowy. Powieść tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam sięgnąć po kolejne książki Autora. Muszę przyznać, że Uratuj mnie to historia niezwykle wzruszająca i może nawet w pewnym sensie niewiarygodna. Nie mam na myśli wątków paranormalnych, ale sam fakt poświęcenia samego siebie dla drugiej osoby. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że współczesny człowiek byłby w stanie podjąć decyzję taką, jaką w pewnym momencie bez wahania podejmuje jeden z bohaterów książki. A właściwie można rzec, że są to dwaj bohaterowie, ale każdy z nich decyduje się na ten sam krok z nieco innych powodów, choć w obydwu przypadkach chodzi o bezgraniczną miłość.

Guillaume Musso naprawdę potrafi wstrząsnąć czytelnikiem. Rzadko zdarza mi się czytać tego typu książki. Romans, jaki proponuje nam Autor na pewno nie jest przesłodzony. Nie znajdziecie w nim cukierkowych scen miłosnych, ani też wulgarnych momentów łóżkowych. To, co dzieje się pomiędzy bohaterami jest czyste, niezwykle autentyczne i takie normalne, że aż trudno uwierzyć, iż to tylko fikcja literacka. Tym, co dodatkowo zwraca uwagę czytelnika jest problem radzenia sobie z chorobą. Podczas lektury spotykamy bowiem bohaterów drugoplanowych, którzy są nieuleczalnie chorzy i wiadomo, że ich koniec jest kwestią dni, a czasami wręcz godzin. Guillaume Musso pokazuje więc, w jaki sposób radzić sobie z odchodzeniem, zarówno jako pacjent, jak i jako lekarz.

Oczywiście książkę polecam, ale musicie pamiętać, że nie jest to łatwa lektura. Ten romans jest dość mylący i sama jego fizyczność nie stanowi w tym przypadku sedna fabuły. Powieść posiada bowiem znacznie głębsze przesłanie, które należy odnaleźć pomiędzy wierszami. 









wtorek, 5 kwietnia 2016

Santa Montefiore – „Jaskółka i koliber”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2005
Tytuł oryginału: The Swallow and the Hummingbird
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska





W historii świata XX wiek zapisał się przede wszystkim dwiema straszliwymi wojnami. Tak naprawdę nie wiadomo która z nich była tragiczniejsza. Nie wiem jednak czy jest sens je porównywać, ponieważ jeśli bez powodu giną niewinni ludzie albo spotyka ich śmierć w imię bezsensownej polityki, trudno opowiedzieć się po którejkolwiek stronie konfliktu. Przynajmniej ja tego nie potrafię. Dla mnie wojna jest czymś zgoła złym i nie można jej niczym usprawiedliwiać. Dla nas-Polaków na pewno tragiczniejsza w skutkach okazała się druga wojna światowa, kiedy to Adolf Hitler (1889-1945) założył sobie, że na terenie naszego kraju nie pozostawi kamienia na kamieniu. Dramatyczne konsekwencje drugiej wojny światowej przypadły w udziale również Anglii, choć po latach może wydawać się, że Anglicy nie mieli tak naprawdę pojęcia czym jest terror hitlerowskiego okupanta, ponieważ nie doświadczyli ulicznych egzekucji, tragizmu obozów koncentracyjnych czy brutalnych wtargnięć gestapo do domów niewinnych ludzi. Tam wojna wyglądała nieco inaczej. Ludzie zazwyczaj ginęli pod gruzami zawalonych budynków, na które co pewien czas spadały nazistowskie bomby, albo tracili życie, broniąc swojej ojczyzny z powietrza. Piloci RAF-u (z ang. Royal Air Force) każdego dnia wzbijali się w powietrze, aby móc udaremnić niemieckie naloty. Nie zawsze im się to udawało, a często sami ginęli, tym samym pozostawiając w żałobie swoich bliskich.

Jednym z takich właśnie odważnych pilotów RAF-u był George Bolton. Kiedy wyruszył na wojnę miał niespełna dwadzieścia lat. Niemniej od dzieciństwa marzył o tym, aby któregoś dnia móc siąść za sterami samolotu. Nie sądził jednak, że będą to stery samolotów bojowych, a on będzie musiał zabijać w powietrzu takich samych, jak on, młodych mężczyzn, którzy będą różnić się od niego jedynie narodowością i mundurem. Służba w RAF-ie odcisnęła na życiu George’a naprawdę ogromne piętno. Przez te kilka lat stracił paru kumpli, z którymi łączyły go zażyłe relacje. Po tym, jak na jego oczach zostali zestrzeleni przez wroga, George stale widział ich twarze. Koszmar wojny towarzyszył mu zarówno na jawie, jak i we śnie. Starał się jak tylko mógł, aby normalnie żyć, ale nie było to wcale takie proste. Wspomnienia były dość świeże, a traumatyczne doświadczenia nie pozwalały optymistycznie patrzeć w przyszłość. Na nic też zdały się chwile spędzone w ramionach przypadkowych kochanek.

Kiedy skończyła się wojna i George Bolton mógł wrócić do domu, gdzie czekała na niego rodzina, nie był już tym samym beztroskim chłopakiem, którego najbliżsi żegnali kilka lat wcześniej. Dramatyczne przeżycia sprawiły, że z jednej strony dojrzał i na wiele spraw patrzył zupełnie inaczej niż przedtem, natomiast z drugiej bardzo pragnął o tym wszystkim zapomnieć i spróbować na nowo ułożyć sobie życie i zacząć pisać kolejny jego rozdział. Niemniej wszyscy wokół wiedzieli, że dla George’a nie będzie to takie proste. Pomimo że rodzina i przyjaciele wspierali go jak tylko mogli, George szereg trudnych spraw musiał załatwić sam i stawić im czoło bez niczyjej pomocy. Czy zatem możliwe jest, aby po tak wstrząsających przeżyciach móc stanąć na nogi? Czy George ma jeszcze jakąkolwiek szansę na normalne i szczęśliwe życie?

Polskie wydanie z 2015 roku
Rita Fairweather to dwudziestoletnia dziewczyna, która optymistycznie patrzy w przyszłość. Nie może się już doczekać, kiedy znów ujrzy swojego ukochanego, który właśnie ma wrócić do domu po wojnie wygranej przez aliantów. Rita jest pewna, że teraz może być już tylko lepiej. Koniec z niewyobrażalną tęsknotą za ukochanym, z którym przez te kilka ostatnich lat wymieniała listy, a jeśli miała trochę więcej szczęścia, wówczas dane jej było spotkać się z nim na bardzo krótko podczas jego pobytu w domu na przepustce. Rita i wybranek jej serca znają się od wczesnego dzieciństwa, czyli praktycznie całe życie. Wychowywali się bowiem w tej samej wiosce o nazwie Frognal Point w angielskim hrabstwie Devon. Wzajemna przyjaźń ich rodzin trwa od lat, więc nikogo nie dziwi fakt, że oczekuje się od młodych, iż już wkrótce staną na ślubnym kobiercu. Wszyscy są tego absolutnie pewni i nie dopuszczają do siebie myśli, że coś mogłoby się w tej kwestii zmienić.  

Wreszcie nadchodzi dzień, na który Rita Fairweather czeka od bardzo dawna. Jej ukochany wraca z wojny i wydaje się, że jest niesamowicie szczęśliwy, a jedyne, czego pragnie, to poślubić Ritę i założyć z nią rodzinę. Tak naprawdę chyba tylko matka mężczyzny w pewnym momencie uświadamia sobie, że jej syn nie jest już tym samym chłopakiem, który zaciągnął się kiedyś do wojska. Faye Bolton widzi w oczach swojego dziecka cienie, których ten nie potrafi ukryć, choć bardzo się stara. Z kolei Rita zaślepiona własnym szczęściem i pragnieniem poślubienia George’a nie zwraca uwagi na dziwne zachowanie swojego ukochanego. Niby chce mu pomóc zapomnieć o przykrych doświadczeniach, ale jakoś słabo jej to wychodzi. Niemniej jest jeszcze ktoś, kto widzi więcej, niż przeciętny człowiek. To Primrose Megalith – babka Rity. Ta starsza pani posiada zdolności paranormalne i potrafi nawiązać kontakt ze zmarłymi. W dodatku została też wyposażona przez Stwórcę jakimś szóstym zmysłem, który pozwala jej widzieć przyszłość i dotknąć duszy człowieka. Otoczona przyrodą i zwierzętami czuje się szczęśliwa w swojej posiadłości. Niestety, ludzie nie potrafią zrozumieć niecodziennych zdolności pani Megalith, dlatego też często nazywają ją „czarownicą” albo „wiedźmą”. Tak samo myśli o niej George Bolton. Na szczęście Primrose nie zwraca uwagi na złośliwe docinki i żyje sobie według własnego uznania.

W tym miejscu trzeba też wspomnieć o jeszcze jednej znaczącej postaci. To Max de Guinzberg. Kiedy go poznajemy chłopak ma dopiero siedemnaście lat. Wraz z siostrą opuścił swój rodzinny Wiedeń na początku wojny i przybył do Anglii, aby pod bezpiecznym dachem pani Megalith znaleźć schronienie przed masową eksterminacją Żydów. Zarówno on, jak i jego siostra Ruth są przekonani, że ich rodzice i kilkumiesięczna siostrzyczka zginęli w obozie koncentracyjnym. Max w skrytości podkochuje się w Ricie, ale ona zupełnie go nie zauważa, bo przecież bez pamięci zakochana jest w George’u Boltonie. Czy zatem ta miłość ma szansę na spełnienie? Czy los może się kiedyś odwrócić i połączyć Maksa i Ritę? Czy chłopak będzie w stanie czekać i łudzić się nadzieją, że panna Fairweather zwróci w końcu na niego uwagę?

Oczywiście obok wyżej wymienionych bohaterów, na kartach książki czytelnik spotyka jeszcze kilka innych postaci, które są mniej lub bardziej istotne dla fabuły. Santa Montefiore wprowadziła do powieści także akcent polski, co jest miłą niespodzianką dla polskich czytelników. Osoba Tadeusza Waliszewskiego może budzić sprzeczne emocje, ale w gruncie rzeczy jest on bardzo przyjemnym bohaterem, którego moralność niekoniecznie może przypaść do gustu czytelnikom wyznającym konserwatywne wartości.

Jedno z wydań brytyjskich
Wydawnictwo: SIMON & SCHUSTER
Wielka Brytania 2014
Akcja Jaskółki i kolibra rozpoczyna się w 1945 roku, natomiast cała książka podzielona jest na dwie części. Z jednej strony spotykamy młodych bohaterów, którzy po zakończeniu wojny pragną na nowo ułożyć sobie życie, zaś z drugiej obserwujemy ich już jako w pełni dorosłych ludzi żyjących w 1963 roku. Santa Montefiore zaprasza czytelnika również do malowniczej Argentyny, gdzie możemy doświadczyć zupełnie innego życia, aniżeli w Anglii. Widzimy zatem, w jaki sposób egzystują mieszkańcy argentyńskiego rancza i co tak naprawdę jest dla nich istotne. Oczywiście wszyscy bohaterowie stale muszą zmagać się z różnymi problemami. Jedni radzą sobie z nimi lepiej, a inni gorzej. W tej powieści jest tak naprawdę wszystko, czego można wymagać od dobrze skonstruowanej historii obyczajowej. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby wydawać się, że Autorka w głównej mierze skupiła się na wątku miłosnym, to jednak nie jest to do końca prawdą. Moim zdaniem znacznie większe znaczenie ma w tym przypadku motyw rodziny i relacji międzyludzkich, które nie należą do najłatwiejszych. Z kolei społeczność Frognal Point jest typowym przykładem małomiasteczkowości, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie wzajemnie najwięcej, jak tylko się da, a potem o tym plotkują.

Tak sobie myślę, że Jaskółka i koliber to przede wszystkim powieść o poszukiwaniu szczęścia, pomimo że los w żaden sposób temu nie sprzyja. W dodatku trzeba też odpowiedzieć sobie na pytania: Jak długo można czekać na osobę, która zdążyła już ułożyć sobie życie? Czy w ogóle jest sens to robić? Czy prawdziwa miłość faktycznie polega na tym, aby przez lata katować się czymś, co już minęło i nie ma szans na to, że kiedyś wróci? W tym miejscu można byłoby poddać ocenie głównych bohaterów. Jak ich rozumieć? Rita Fairweather to kobieta, która stanowi całkowite przeciwieństwo swoich dwóch młodszych sióstr. Zarówno Maddie, jak i Eddie to dziewczyny, które nie czekają aż szczęście spadnie im z nieba. One biorą los we własne ręce i z całych sił próbują nim kierować. Natomiast Rita może denerwować swoim postępowaniem, szczególnie ślamazarnością, niezdecydowaniem i ciągłym życiem przeszłością, przez co marnuje każdy kolejny dzień. Można odnieść wrażenie, że kobieta wiele kwestii po prostu sobie wmawia i próbuje zaklinać rzeczywistość, pomimo że wszyscy wokół widzą, jaka jest prawda i usiłują jej to uświadomić. Co takiego musi się stać, aby Rita Fairweather zrozumiała wreszcie, że to, co było już nigdy nie wróci?

A jaka w tym wszystkim jest rola George’a Boltona? Otóż zasadnicza. Jego postępowanie z jednej strony może się nie podobać i w związku z tym należałoby go piętnować za to, co zrobił i z jaką łatwością mu to przyszło. Z drugiej strony jednak trzeba George’a zrozumieć, ponieważ przeżył koszmar i jedynym wyjściem z tej sytuacji jest zmiana jeszcze do niedawna istniejącej rzeczywistości. Nie można mu się dziwić, że pragnie doświadczyć czegoś nowego; czegoś, co nie będzie mu wciąż przypominać o dramacie wojny. Przyznam, że trudno jest oceniać bohaterów pod względem moralnym, ponieważ ich postępowanie – bez względu na to, jakie jest – można usprawiedliwić wieloma czynnikami.

Fanów twórczości Santy Montefiore nie muszę namawiać do sięgnięcia po tę powieść. Natomiast tych, którzy lubią historie obyczajowe z nieznaczną domieszką psychologii może ta książka zainteresować. Dla mnie Santa Montefiore jest autorką, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Jej powieści posiadają w sobie coś wyjątkowego, czego nie można wyrazić słowami. Trzeba to poczuć podczas lektury. Z całą pewnością Autorka nigdy nie idzie na łatwiznę i zawsze tworzy takie historie i takich bohaterów, względem których bardzo trudno jest o jednoznaczną ocenę.









poniedziałek, 14 grudnia 2015

Santa Montefiore – „Włoskie zaręczyny”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Italian Matchmaker
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska





Czasami zdarza się, że człowiek budzi się pewnego dnia i stwierdza, że jego dotychczasowe życie nie miało sensu. Nieważne, że jest praca, która daje nie tylko duże pieniądze, ale też satysfakcję. Nie jest ważne, że wokół są ludzie, którzy mogą pośpieszyć z pomocą, kiedy zajdzie taka potrzeba. Nie jest też istotne to, że jest rodzina, do której można zwrócić się o każdej porze dnia i nocy. Generalnie osobom postronnym w takiej sytuacji może wydawać się, że ktoś, kto jest niezadowolony ze swojego dotychczasowego życia, zwyczajnie kaprysi i nie potrafi docenić tego, co ma. Ktoś powie, że wielu ludzi zamieniłoby się z nim miejscami. Przecież na świecie żyje sporo osób, które każdego dnia muszą zastanawiać się, czy będą w stanie dać dzieciom jeść albo dotrwać do kolejnej wypłaty, o ile w ogóle są gdzieś zatrudnieni. Jak zatem ktoś, kto ma dosłownie wszystko i może bez zahamowań zaspokajać swoje potrzeby, ma odwagę grymasić i mówić, że jego życie jest bez sensu i pozbawione radości? Niektórzy mówią nawet, że ktoś taki zwyczajnie obraża Boga.

Spójrzmy jednak na sprawę z innej strony. Jest takie powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Są sytuacje, w których te słowa znajdują swoje potwierdzenie. Nie zawsze bowiem świetna praca i wspinanie się na coraz wyższe szczeble kariery zawodowej są tym, czego człowiek potrzebuje od życia. Niejednokrotnie jest tak, że mając w życiu wszystko, czujemy się nieszczęśliwi, ponieważ gdzieś na dnie duszy czai się pustka i brak tego, co najważniejsze. Dobra materialne wielokrotnie nie są w stanie zapewnić człowiekowi szczęścia. Oczywiście są potrzebne do godnego życia, ale na dłuższą metę nie stanowią jego sensu. Kolejny wypasiony samochód, piękny dom, czy bezustanne podróżowanie po świecie kiedyś w końcu sprawią, że człowiek będzie tym znudzony i zacznie pragnąć czegoś zupełnie innego. Będzie to coś, na co przez te wszystkie lata nie zwracał uwagi, ponieważ jego umysł zaprzątały sprawy dnia codziennego i zarabianie coraz większych pieniędzy. Natomiast to, co naprawdę ważne, było spychane gdzieś na samo dno podświadomości.

Poznajmy zatem czterdziestojednoletniego Lucę Chancellora, który jeszcze do niedawna pracował w banku w londyńskim City. Przez prawie dwadzieścia lat dorobił się naprawdę pokaźnego majątku. W międzyczasie zdążył się ożenić, spłodzić dwie córki, a potem wziąć rozwód. Jego była żona Claire to kobieta niezwykle rozkapryszona, którą od dłuższego czasu interesują jedynie duże pieniądze. Najlepiej takie, które pozwolą jej spełniać nawet najdroższe marzenia. W pewnym stopniu Claire stała się materialistką z powodu Luki, który po prostu ją zepsuł, spełniając każde życzenie żony, nawet to najdroższe. Oczywiście nie widział w tym problemu, ponieważ było go na to stać. Kiedy zdał sobie sprawę ze swojego błędu, było już za późno. Zaczął bowiem dusić się w małżeństwie i jedynym wyjściem z tej sytuacji okazał się rozwód. Od dnia jego orzeczenia relacje pomiędzy byłymi małżonkami nie należą do chociażby tylko poprawnych. Obydwoje kłócą się ze sobą na każdym kroku, nie bacząc nawet na dobro swoich córek.


Widok na Amalfi
fot. Kim Traynor


Pewnego dnia Luca stwierdza, że jego życie nie jest udane. Czuje w nim pustkę. Czegoś mu mocno brakuje, tylko sam jeszcze nie wie co to jest, więc stara się to odnaleźć. Luca ma nawet ochotę wrócić w ramiona swojej dawnej miłości, która dziś jest już mężatką i matką kilkorga dzieci. Kobieta również czuje, że mogłaby powrócić do romansu ze swoim dawnym kochankiem, pomimo że ma męża. Poza tym w otoczeniu obydwojga żyją ludzie, którzy chętnie widzieliby ich jako parę. Czy faktycznie tak się stanie? Czy Lucę czeka powrót do przeszłości? Czy romans z niegdysiejszą dziewczyną jest tym, czego mężczyzna potrzebuje w życiu?

Na chwilę obecną Luca Chancellor pragnie zaznać spokoju. Rzuca więc dobrze płatną pracę w banku i pod namową znajomych jedzie do Włoch, gdzie mieszkają jego rodzice. Kilka lat temu Romina i Bill weszli w posiadanie ruin pałacu Montelimone. Ponieważ znali się na rzeczy, sami go odremontowali i urządzili z ogromnym przepychem. Teraz zapraszają tam swoich znajomych, którzy czują się w nim niczym we własnym domu. Z tym miejscem łączy się pewna tragiczna historia. Otóż mieszkańcy Incantellarii (włoska miejscowość leżąca u Wybrzeża Amalfi) opowiadają, że ponad pięćdziesiąt lat temu w pałacu popełniono brutalne morderstwo, które teraz owiane jest tajemnicą. Życia został wówczas pozbawiony ówczesny właściciel pałacu. Co tak naprawdę się stało? Dlaczego hrabia musiał zginąć? Kto go zamordował? Czy sprawcę odnaleziono i ukarano?

Skoro było morderstwo, to nie dziwi też fakt, że ludzie po wielu latach dopisują sobie swoją własną teorię odnośnie tamtych wydarzeń. Otóż niektórzy twierdzą, że hrabia nadal przebywa w pałacu albo w jego otoczeniu, lecz tym razem jako duch. Jeszcze zanim rodzice Luki kupili posiadłość, ktoś nawet widział zapalone światło w ruinach pałacu. No cóż, może faktycznie duch hrabiego nie potrafi zaznać spokoju i błąka się potępiony po świecie w poszukiwaniu swojego mordercy? Któż to może wiedzieć na pewno. Z drugiej strony jednak ludzie od zawsze skłonni byli dopisywać rozmaite fakty do różnych historii, więc można też przypuszczać, że to wszystko jest tylko wytworem wyobraźni mieszkańców miasteczka.

Wróćmy jednak do Luki. Praktycznie już w pierwszym dniu swojego pobytu w Incantellarii mężczyzna dostrzega pewnego małego chłopca, który jest dość osobliwy. Niby bawi się z innymi dziećmi, ale one zachowują się tak, jakby zupełnie go nie dostrzegały. Chłopiec ten podąża również krok w krok za młodą kobietą, która wciąż przywdziewa czerń. Dlaczego? Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że stale chodzi w żałobie? A może to nie jest żałoba, a jedynie upodobanie do czarnego koloru? Czy Luca pozna prawdę? Czy dowie się, czym tak naprawdę spowodowana jest depresja młodej mieszkanki Incantellarii? I wreszcie: kim jest tajemnicza kobieta w czerni?

Włoskie zaręczyny to kolejna książka w dorobku literackim Santy Montefiore, która przenosi czytelnika do malowniczych Włoch. Powieść jest poniekąd kontynuacją Ostatniej podróży „Valentiny”. Tym razem Autorka nakreśla wydarzenia, które mają miejsce po upływie trzydziestu lat od historii opisanej w Ostatniej podróży „Valentiny”. Tak więc oprócz nowych bohaterów, pojawiają się też niektóre postacie znane czytelnikowi z poprzedniej części. Znów odwiedzamy rodzinę Fiorellich, która nie wyzbyła się swojej rodzinnej tradycji i nadal prowadzi w miasteczku doskonale prosperującą kawiarnię. Dziś Alba Arbuckle jest już prawie sześćdziesięcioletnią kobietą posiadającą ukochanego męża, córkę, zięcia i wnuki. Pomimo osiągniętego szczęścia kobieta nadal pamięta dramat, jaki wiele lat temu naznaczył jej rodzinę. W jej otoczeniu znajdują się też tacy, których fascynuje tamta historia, więc robią wszystko, aby na powrót ją odkryć i pokazać światu. W dodatku istnieje szansa, że w życie Alby znów wkroczy mężczyzna, z którym trzydzieści lat wcześniej odkrywała tajemnicę śmierci swojej matki – pięknej Valentiny Fiorelli. Czy dawne uczucie odżyje i Alba porzuci swoje uporządkowane życie?


Panorama Amalfi
fot. Jensens


Santa Montefiore znana jest z tego, że tworzy piękne powieści obyczajowe. Czasami można odnieść wrażenie, że są to bajkowe historie, choć nie pozbawione ludzkich dramatów. Książkom Autorki dodatkowo uroku dodają malownicze krajobrazy, na tle których zazwyczaj rozgrywa się akcja poszczególnych powieści. Nie jest inaczej i tym razem. Choć Incantellarię znamy już z Ostatniej podróży „Valentiny”, to jednak miejscowość ta zachwyca ponownie. Tym razem jest nieco inna niż trzydzieści lat temu. Trochę się tutaj zmieniło, lecz mimo to miasteczko nie zatraciło swojej specyficznej atmosfery. Na kartach powieści poznajemy także współczesne pokolenie mieszkańców Incantellarii, które patrzy na wiele spraw w zupełnie inny sposób, aniżeli robili to ich rodzice i dziadkowie. Poza tym, jak to często bywa w małych społecznościach, ludzie wierzą też w cuda, które rzekomo zsyła im sam Bóg. 

Włoskie zaręczyny to w głównej mierze historia o miłości pod jej różnymi postaciami, jak również o poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w życiu. To także opowieść o tym, jak bardzo przeszłość może wpływać na teraźniejszość i zakłócać nasze codzienne życie. Autorka sama przyznaje, że napisała Włoskie zaręczyny, ponieważ głęboko wierzy, że ludzkie przebywanie na tym świecie nie kończy się z chwilą śmierci, lecz trwa nadal tylko w innej formie i wymiarze. W związku z tym książka posiada cechy powieści paranormalnej. Niektórzy bohaterowie doświadczają opieki zmarłych, z którymi łączyła ich naprawdę silna więź emocjonalna. Myślę, że Santa Montefiore chciała uzmysłowić czytelnikowi jedną rzecz. Otóż dopóki nie przestaniemy rozpaczać za tymi, którzy odeszli, oni gdzieś tam w innym świecie nie są w stanie zaznać spokoju. Tak przynajmniej wynika z fabuły powieści i tak odebrałam jej przesłanie. Niemniej odejście tych, których kochaliśmy wcale nie musi oznaczać, że straciliśmy ich na zawsze. Oni nadal są obok nas, tylko nie jesteśmy w stanie ich dostrzec gołym okiem.

Moim zdaniem Włoskie zaręczyny to coś znacznie więcej niż zwykły romans, o czym sugeruje tytuł. Z drugiej strony jednak nawet ten romans nie jest bynajmniej tandetny, lecz wzbija się ponad wyżyny ludzkich uczuć. Widać dokładnie, ile tak naprawdę jesteśmy w stanie poświęcić dla osoby, którą kochamy. Jesteśmy w stanie zrobić dla niej naprawdę wiele, aby wyrwać ją ze stanu swego rodzaju życiowego marazmu. Santa Montefiore pokazuje też, ile warta jest miłość matki do dziecka. Na tej płaszczyźnie czytelnik dostrzega dwie odmienne sytuacje. Jedną z nich jest miłość matki do zmarłego dziecka, zaś drugą do dziecka dorosłego, które ma już swoją rodzinę.

Powieść dla kobiet nie byłaby kompletna, gdyby gdzieś po drodze nie pojawiły się relacje typowo kobiece, wśród których dostrzegamy zarówno te pozytywne, jak i negatywne, jak zazdrość, czy wręcz zawiść. Trzeba bowiem czasu i zbiegu rozmaitych okoliczności, aby te drugie zostały naprawione. Nigdy nie ukrywałam, że Santa Montefiore jest dla mnie jedną z tych autorek, których powieści czytam z ogromnym zainteresowaniem. Przeczytałam ich już kilka i za każdym razem zostałam bez reszty wchłonięta w ich fabułę. Powieści obyczajowe, które wychodzą spod jej pióra nigdy nie są banalne, ponieważ zawsze niosą ze sobą mądre przesłanie odnoszące się do codziennego życia każdego z nas. Santa Montefiore naprawdę potrafi zachwycić i oderwać od rzeczywistości.










sobota, 24 maja 2014

Stefan Darda – „Dom na Wyrębach”












Wydawnictwo: VIDEOGRAF II
Chorzów 2008





Któż z nas nie marzy o kupnie domu gdzieś za miastem, szczególnie kiedy pragnie gruntownie zmienić swoje życie? Z psychologicznego punktu widzenia takie spalenie za sobą mostów czasami naprawdę pomaga. Odcinamy się wtedy od tego, co było i zaczynamy wszystko od nowa. Zapominamy o rzeczach złych, które nas spotkały, i z całych sił próbujemy otworzyć nowy rozdział w naszym życiu. Tego typu zmiana zazwyczaj łączy się także z poznaniem nowych ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu będą wpływać na nasze obecne i przyszłe życie. Niekiedy nie zapominamy też o tych, którzy w jakiś znaczący sposób byli z nami wtedy, gdy najbardziej ich potrzebowaliśmy. Tak więc, czy jest możliwe, aby zupełnie odciąć się od przeszłości? Chyba nie, choć wielokrotnie bardzo byśmy tego chcieli. Ta przeszłość już zawsze będzie stanowić część naszego życia. Niemniej jednak to wcale nie znaczy, że nie powinniśmy próbować zmienić coś w naszym życiu, jeśli czujemy, że naprawdę tego potrzebujemy. Jeśli nasze nowe życie biegnie torami, jakie sobie wyznaczyliśmy i nie napotykamy na swojej drodze żadnych problemów, wówczas możemy powiedzieć, że jesteśmy naprawdę wielkimi szczęściarzami. Ale co będzie, jeżeli teraźniejszość i przyszłość maluje się w jeszcze czarniejszych barwach niż to, co zostawiliśmy za sobą?

Główny bohater Domu na Wyrębach – czterdziestoletni Marek Leśniewski – kupując dom na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim myślał, że teraz może być już tylko lepiej, bo przecież wreszcie udało mu się spełnić swoje wielkie marzenie. Taki domek pod lasem to było to, do czego dążył niemal przez całe swoje dotychczasowe życie. Oczywiście los nieco mu w tym pomógł. Mieszkając we Wrocławiu i pracując na Uniwersytecie Wrocławskim jako wykładowca prawa, trochę narozrabiał. Jednak wszelkie konsekwencje swoich czynów przyjął na klatę jak prawdziwy mężczyzna. Zwrócił żonie wolność i bez zbędnych dyskusji na ten temat grzecznie wyniósł się z Wrocławia. Tym razem osiedlił się jakieś czterdzieści kilometrów od Lublina – miasta, które doskonale pamiętał ze swoich lat studenckich. W nowym miejscu Marek nie jest tak do końca sam, bo ma tutaj kumpla, z którym studiował. Hubert Kosmala również podążył naukową ścieżką swojej zawodowej kariery. Profesor Kosmala to postać nietuzinkowa. Nie ma w nim nic ze „sztywniaka” w markowym garniturze. Chyba mało kto dałby wiarę temu, iż Hubert to nauczyciel akademicki, który każdego dnia spotyka się ze studentami i wtłacza im do głów zawiłości polskiego prawa.

Wróćmy jednak do naszego głównego bohatera. Otóż, jak wiadomo Marek Leśniewski, nabywając dom w Wyrębach, pragnie rozpocząć nowe życie. Nie zraża go nawet fakt, że w tym domu ktoś niedawno zmarł, a okoliczności tej śmierci są bliżej nieokreślone. Liczy się tylko to, że wreszcie ma szansę spełnić swoje marzenie i mieszkać z dala od miejskiego gwaru. Markowi bardzo podoba się okolica, dlatego nie straszny mu nawet gruntowny remont domu. Ludzie, którzy tutaj mieszkają też są całkiem do rzeczy, oprócz jednego dziwaka, któremu wiele lat temu „nie udowodniono”. Tak przynajmniej mówią miejscowi. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Pech chce, że tajemniczy Jaszczuk to najbliższy sąsiad Leśniewskiego. Bać się? A może cieszyć, bo w końcu będzie do kogo gębę otworzyć? Możliwe jednak, że ludzie przesadzają, robiąc z Jaszczuka potwora. Chociaż z drugiej strony niewykluczone, iż ci ludzie mają rację, bo Marek wcale nie musi długo czekać na to, aby móc przekonać się, że z jego domem nie wszystko jest w porządku. Bardzo szybko zaczynają dziać się w nim jakieś dziwne rzeczy, a towarzyszy temu pohukiwanie puszczyka. Jak gdyby tego było mało, Leśniewskiego odwiedza tajemnicza postać. Kim jest? Dlaczego zakłóca Markowi spokój? Czy faktycznie Jaszczuk ma z tym coś wspólnego? 

Strzyga - jeden z motywów
wierzeń słowiańskich
Być może niektórzy z Czytelników mojego bloga przecierają z niedowierzania oczy i zastanawiają się, skąd u mnie nagle powieść grozy, skoro generalnie nie czytam tego gatunku literatury. Owszem, trafiają się kryminały, ale w głównej mierze na blogu znajdują się opisy powieści historycznych i obyczajowych. I oto nieoczekiwanie pojawia się horror z elementami paranormalnymi. Otóż, Moi Drodzy, media mają naprawdę niesamowity wpływ na wiele rzeczy, które dzieją się wokół nas. Autor Domu na Wyrębach kilkakrotnie pojawiał się w mojej lokalnej telewizji, opowiadając o swojej twórczości. Robił to tak przekonywująco, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko sięgnąć po którąś z jego książek. Mój wybór padł na debiutancką powieść, która w moich oczach okazała się być niesamowita, czego dowodem jest fakt, iż swoją fabułą i formą przekazu zainteresowała czytelnika, który naprawdę tylko w sporadycznych wypadkach sięga po horrory.

Akcja Domu na Wyrębach dzieje się w 1995 roku, tak więc całkiem przyjemnie było przypomnieć sobie wydarzenia, jakie wówczas towarzyszyły polskiemu społeczeństwu. Pomimo że miejscowość, w której mają miejsce zdarzenia opisane w książce, jest fikcyjna, to jednak cała otoczka jest jak najbardziej prawdziwa. Generalnie panuje przekonanie, że debiuty nie są zbyt dobre i nie porywają czytelników. Dom na Wyrębach na pewno łamie tę zasadę. Przyznam, że nie rozumiem takiego poglądu. Bo niby dlaczego debiut ma być zły?

Oprócz świetnie skonstruowanej fabuły, moją uwagę zwróciła kreacja bohaterów. Wszystkie postaci są niezwykle wyraziste. Ich codzienność jest identyczna z tą, której doświadcza każdy z nas, oczywiście z wyjątkiem zjawisk, które trudno jest logicznie wytłumaczyć. W moim odczuciu, są to bohaterowie, których trudno nie darzyć sympatią. Przyznam, że Marek Leśniewski wzbudził we mnie współczucie i niemalże do ostatniej strony miałam nadzieję na inne zakończenie jego historii. Owszem, można nie zgadzać się i nie aprobować postępowania głównego bohatera, ale z drugiej strony, będąc w jego sytuacji, wcale nie jest pewne, czy nie zachowalibyśmy się dokładnie tak samo jak on. Żyjąc na granicy dwóch rzeczywistości i praktycznie nie wiedząc, co się dzieje, bardzo łatwo można popaść w szaleństwo, któremu może towarzyszyć na przykład zbyt częste zaglądanie do kieliszka.

Przy kreacji fabuły Autor posłużył się słowiańskimi ludowymi wierzeniami. Połączenie realizmu z owymi przekonaniami jest doskonałe. Zachowana jest logika, a czytelnik nie dostrzega choćby najmniejszych rozbieżności pomiędzy jednym a drugim światem.

Warsztatowi pisarskiemu Stefana Dardy również nie można niczego zarzucić. Po raz kolejny przekonuję się o tym, iż najlepsze książki to te, w których brak jest udziwnień językowych i przesadnej egzaltacji. Bardzo cenię sobie te książki, w których autorzy nie eksperymentują z językiem, lecz zachowują pełną naturalność, bowiem emocje można doskonale wyrazić przy użyciu prostych słów. Natomiast jakiekolwiek przekombinowanie może sprawić, że powieść pod względem językowym stanie się zwykłą karykaturą, i nawet jeśli jest dobra, to niestety straci na swojej wartości.

Dom na Wyrębach porównywany jest do prozy Stephena Kinga. Osobiście nie lubię takich porównań, bo z reguły są one krzywdzące dla autorów, których powieści utożsamia się z innymi bestsellerami. Debiutancka powieść Stefana Dardy doskonale broni się sama, więc jakiekolwiek porównanie jest tutaj zbyteczne. Moim zdaniem w tym konkretnym przypadku nazwisko Stephena Kinga nie robi Autorowi krzywdy, ale kiedyś może okazać się, że czytelnicy będą oczekiwać książki na miarę chociażby Carrie, a dostaną powieść w zupełnie innym klimacie. Po Dom na Wyrębach sięgnęłam ze względu na nazwisko Autora, natomiast w żadnym razie nie kierowałam się prozą Stephena Kinga, która jak do tej pory niczym szczególnym mnie nie zachwyciła. Jestem również pewna, że nie jest to ostatnia książka Stefana Dardy, którą przeczytałam.