sobota, 31 grudnia 2011

Elizabeth Lowell – „Niewinna jak grzech”

 







Wydawnictwo:  AMBER                                               

Warszawa 2007

Tytuł oryginału: Innocent As Sin

Przekład: Ewa Błaszczyk

 


Zachęcona niedawno recenzją książki Niewinna jak grzech, która pojawiła się na jednym z książkowych blogów, postanowiłam również przeczytać tę powieść. Nie sądziłam jednak, że stanie się to tak szybko. Ponieważ thrillery romantyczne nie są mi obce, wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej powieści. W dodatku autorkę także już kiedyś podczytywałam. Tym, którzy nie wiedzą, czym jest thriller romantyczny wyjaśniam, że jest to powieść, w której fabułę wplata się mocny wątek sensacyjny połączony z romansem. Pamiętajcie, że w takich książkach zawsze znajdziecie zarówno niebezpieczeństwo, w obliczu którego muszą stanąć główni bohaterowie, jak i ich gorące, wzajemne uczucie. Oczywiście główne role zawsze w tego typu powieściach odgrywają kobieta i mężczyzna, którzy poznają się, z reguły w dramatycznych okolicznościach, aby potem wspólnie dążyć do szczęśliwego zakończenia. Praktycznie zawsze ktoś czyha na ich życie albo przynajmniej na życie jednego z nich, aby z kolei to drugie mogło ostatecznie uratować ukochaną osobę. A potem jest „żyli długo i szczęśliwie”. Tego rodzaju powieści są dość przewidywalne, gdyż wiadomo jest, że głównym bohaterom raczej nic poważnego się nie stanie. Tak też jest i w tym przypadku, choć trzeba przyznać, że książka może w niektórych momentach trzymać w napięciu.

On. Rand McCree, zabójczo przystojny agent St. Kilda Consulting, czyli prywatnej agencji, niekiedy działającej nawet na granicy prawa, aby tylko doprowadzić do unicestwienia bandyty, którego dane śledztwo dotyczy. Mężczyzna przeżywa dramat, gdyż podczas rewolucji w Demokratycznej Republice Kamdżerii (Afryka) stracił brata bliźniaka. Obaj pracowali wówczas jako tajni agenci St. Kilda Consulting i rozpracowywali tam międzynarodowego handlarza bronią, zwanego wtedy Sybirakiem, który zaopatrywał tamte tereny w broń, z której ginęli niewinni ludzie. Podczas jednej z takich akcji, Reed McCree został śmiertelnie ranny. Choć od tamtej chwili minęło już pięć lat, to jednak Rand nie może pogodzić się ze śmiercią brata, za którą obwinia Sybiraka i jedyne, czego pragnie, to pozbawić go życia.

Ona. Kayla Shaw, uczciwa do bólu pracownica banku American Southwest. Kobieta niedawno straciła rodziców i właśnie sprzedała ranczo, na którym się wychowała. Pracy w banku poświęca bardzo wiele, a niedawno jej najpoważniejszym i najbardziej intratnym klientem stał się Andre Bertone. Jednak Kayla bardzo szybko przekonuje się, że Bertone nie jest tym, za kogo go uważała. Kiedy pewnego dnia wraz z żoną zaprasza ją do swojej posiadłości, okazuje się, że mężczyzna prowadzi jakieś podejrzane interesy, a ona ma być tą osobą, która ma mu pomóc wyprać brudne pieniądze. Gdy kobieta stanowczo odmawia, wówczas Bertone’owie grożą jej, a ona sama już wkrótce przekonuje się, że jej życie jest poważnie zagrożone.

Oni. Kayla i Rand po raz pierwszy spotykają się w posiadłości Bertone’ów podczas konkursu o nazwie Szybki rysunek, który jest częścią dorocznego festiwalu, organizowanego w celu zbiórki pieniędzy na Muzeum Pustynne Scottsdale. Pomimo że Rand już od pięciu lat nie jest czynnym agentem St. Kilda Consulting, to jednak agencja wysyła go tam, aby rozeznał sprawę. Andre Bertone to nikt inny, jak tylko znienawidzony przez Randa Sybirak. Ponieważ Rand świetnie maluje, staje się jednym z uczestników konkursu. Ponadto mężczyzna ma również za zadanie pilnować Kaylę. Jego przełożeni zdążyli już odkryć, w co tak naprawdę gra Bertone i jaka jest w tym rola dziewczyny. Od tej chwili Kayla jest pod stałą opieką St. Kilda Consulting. Natomiast, kiedy wynajęty przez Bertone’a płatny zabójca próbuje porwać Kaylę, Rand natychmiast spieszy jej z pomocą, a ona nie mając wyjścia staje się agentem St. Kilda. I tak rozpoczyna się walka na śmierć i życie, która trwa od czwartku do niedzieli. Kto w niej zwycięży jest chyba jasne. Ale nie wiadomo w jaki sposób się to stanie. I może właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać, Dla tej niewiadomej.

Dla mnie ta powieść była jedną z wielu, które przeczytałam w życiu. Jakichś specjalnych emocji we mnie nie wzbudziła. Myślę, że jest to jedna z tych książek, które za jakiś czas zniknął w tłumie. Na pewno nie będę o niej pamiętać, bo nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia. Oczywiście dla rozrywki można śmiało po nią sięgnąć. To wszystko. Tym, którzy kręcą nosem, że to romans, chcę powiedzieć, że nie macie się czego obawiać. Romansu w niej jak na lekarstwo. W dużej mierze przeważa tutaj wątek sensacyjny i praktycznie wszystko kręci się wokół Andre Bertone’a i jego ciemnych interesów.

Żadnych technicznych uchybień nie zauważyłam. Gdybym miała czegoś się przyczepić, to jedynie okładki. Moim zdaniem nie jest zupełnie dostosowana do treści książki. Tak sobie myślę, że chyba głównym zamierzeniem było tutaj stworzenie jakiegoś kwiatu. Tylko jakiego? Według mnie jest to coś na kształt rozlewającej się plamy i nie ma najmniejszego związku z fabułą.

 

***

 

Drodzy moi,

w tym nadchodzącym nowym roku 2012 życzę Wam dużo zdrowia i spełnienia wszystkich marzeń. Oby ten rok okazał się dla Was lepszy od tego, który odchodzi.

Przyjaciołom i sympatykom mojego bloga życzę w nowym roku dużo cierpliwości w czytaniu moich recenzji. Obyście nie zasypiali przed monitorami swoich komputerów podczas czytania moich książkowych opinii.

Wszystkim Autorom życzę ogromu weny twórczej i żeby Wasze powieści były wyłącznie bestsellerami.

Krytykom życzę więcej wyrozumiałości dla autorów i docenienia ich godzin pracy, które spędzają nad swoim dziełem.

Molom książkowym życzę samych fantastycznych książek, trzymających w napięciu i wzruszających do łez.

Wszystkim tym, którzy zgłosili swój udział w projekcie Blogerzy Książki Piszą życzę lekkiego pióra i oby to nasze wspólne dziecko okazało się hitem książkowym 2012 roku.

Do Siego Roku!







czwartek, 29 grudnia 2011

Robert Ludlum & Gayle Lynds – „Opcja paryska”

 







Wydawnictwo: AMBER

Warszawa 2003

Tytuł oryginału: The Paris Option

Przekład: Jan Kraśko

Cykl: Tajne archiwa (tom 3)

 

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek co by było, gdyby nagle z niewiadomych przyczyn nasz system elektroniczny przestał działać? Nie byłoby światła, nie działałyby komputery i telefony, ludzie masowo ginęliby w wypadkach drogowych i lotniczych, bylibyśmy zupełnie odcięci od świata i nikt nie mógłby nam pomóc. Straszne, prawda? Mnie na samą myśl o takiej ewentualności ciarki przechodzą po plecach. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, lecz jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to jest ona całkiem realna, zwłaszcza, jeśli urządzenie wysokiej generacji, nad którym wciąż pracują naukowcy na całym świecie, dostanie się w niepowołane ręce. Takimi niepowołanymi rękami, będą z pewnością ręce terrorystów.

Pozwólcie, że teraz odwołam się do teorii naukowych. Otóż wspomniane powyżej urządzenie wysokiej generacji to nic innego, jak tylko komputer molekularny, zwany inaczej komputerem DNA, który jest zbiorem specjalnie wyselekcjonowanych łańcuchów kwasu dezoksyrybonukleinowego. Ich kombinacja powoduje rozwiązanie wcześniej postawionego problemu. Nadzieją pokładaną w tego typu komputerach jest ich wysoki stopień równoległości, co potencjalnie powinno ułatwić rozwiązanie problemów, wymagających wielu obliczeń poprzez obliczenia równoległe. Komputer molekularny jest w stanie naśladować nawet ludzki mózg. Wynikiem tego jest procesor rozwiązujący problemy będące poza zasięgiem standardowych algorytmów, a w szczególności zadań wieloczłonowych, jak na przykład, przewidywanie katastrof naturalnych czy wybuchu epidemii chorób. Komputer taki może również sterować bronią masowego rażenia, dlatego tak bardzo ważne jest, aby nie trafił w ręce terrorystów. Tylko jak odróżnić terrorystę od człowieka o dobrych zamiarach? A co, jeśli ufamy nie tej osobie, której powinniśmy?

A teraz przejdźmy do powieści. Opcja paryska to jedna z tych książek, które łączą w sobie prawdę z fikcją. Wybaczcie, że swoją recenzję cyklu: Z tajnych archiwów Roberta Ludluma rozpoczynam od części trzeciej. Według mnie ta kwestia nie ma istotnego znaczenia, gdyż poszczególne części serii nie są powiązane ze sobą poprzez kluczowy wątek. Każda z nich dotyczy innego problemu, zaś tylko główni bohaterowie pozostają niezmienni. Powieść rozpoczyna się niezwykle dramatycznie, gdyż w Paryżu w Instytucie Pasteura dochodzi do potężnej eksplozji, w wyniku której są zabici i ranni. W Instytucie tym swoje prace nad komputerem molekularnym prowadzi wybitny naukowiec, doktor Émile Chambord. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że naukowiec zginął podczas eksplozji. Ale czy na pewno?

W tym samym czasie na wyspie San Diego na Oceanie Indyjskim dochodzi do poważnej awarii systemów elektronicznych i informatycznych. Za niedługi czas okazuje się, że wspólnie z doktorem Chambord nad komputerem molekularnym pracował amerykański specjalista komputerowy, doktor Martin Zellerbach. Okazuje się, że informatyk przeżył, ale ma dość poważne obrażenia głowy i jest w stanie śpiączki. Martin Zellerbach cierpi na zespół Aspergera, czyli rzadkie zaburzenie rozwoju podobne do autyzmu. Niemniej fakt ten nie przeszkodził mu stać się geniuszem komputerowym. Chociaż dochodzenie w sprawie eksplozji w Instytucie Pasteura prowadzi francuska policja, to jednak Stany Zjednoczone nie pozostają bierne, zwłaszcza że ucierpiał w niej ich człowiek. W związku z tym do Paryża natychmiast wylatuje Jon Smith, który jest nie tylko bliskim przyjacielem Martina, ale przede wszystkim jest lekarzem pracującym w Amerykańskim Wojskowym Instytucie Chorób Zakaźnych. Ponieważ jest to placówka wojskowa, Jon jest również żołnierzem posiadającym stopień pułkownika. Jego specjalizacja to mikrobiologia.

Kiedy pułkownik Jon Smith dociera do Paryża, niemalże natychmiast zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W szpitalu ktoś usiłuje zabić Martina, ginie też asystent doktora Chamborda, znikają notatki dotyczące konstrukcji komputera, a dodatkowo porwana zostaje córka Chamborda, Teresa. Niektóre z tych wydarzeń dzieją się na oczach Jona, ale on nie jest w stanie nic zrobić, ponieważ jest w tym wszystkim sam. Oficjalnie Smith jest pracownikiem Amerykańskiego Wojskowego Instytutu Chorób Zakaźnych, jednak pracuje też jako tajny agent dla organizacji o nazwie „Jedynka”. Ale o tym wie tylko on i jego przełożeni.

Po jakimś czasie do Smitha dołącza Randi Russel, która jest agentką CIA, a zarazem siostrą nieżyjącej już narzeczonej Jona. Wraz z nimi sprawę bada także Peter Howell, który jest agentem MI-6 (z ang. Millitary Intelligence Section 6), czyli tajnej brytyjskiej służby wywiadowczej. Na swoim koncie Howell ma przede wszystkim pobyt w Iraku. Odnalezienie sprawców podłożenia bomby w Instytucie Pasteura wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Dodatkowo sprawę komplikuje śpiączka Zellerbacha. Agenci są przekonani, że Martin wie na ten temat znacznie więcej i gdyby tylko odzyskał przytomność, na pewno by ich uświadomił. Ale mimo to udaje im się wpaść na trop siatki terrorystycznej, której mózgiem jest terrorysta rodem z Afryki zwany Mauritanią. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że komputer molekularny wcale nie został zniszczony podczas wybuchu. Ktoś skutecznie zadbał o to, aby wynieść go z laboratorium jeszcze przed eksplozją. Teraz dla agentów rozpoczyna się walka z czasem, gdyż nie wiadomo gdzie jest komputer i do jakich celów ma służyć. Jedno jest pewne. Ktoś chce zawładnąć światem, a przede wszystkim zmieść z powierzchni ziemi Amerykę. Pytanie tylko, czy są to terroryści, czy może czołowi dowódcy NATO? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa polityka?

Przyznam, że książkę przeczytałam z zainteresowaniem. Może to wydawać się dziwne, bo tematyka jak najbardziej męska, ale mnie to w niczym nie przeszkadzało. Jeśli chodzi o literaturę, to moje horyzonty czytelnicze są dość szerokie. Poza tym w ten sposób urozmaicam też swojego bloga i nie zamykam się w kręgu tylko tych gatunków, które preferuję. W dodatku, żeby coś komuś polecić, bądź nie, to należy to najpierw przeczytać. Postanowiłam sobie też, że napiszę Wam o każdej książce, którą przeczytam, bez względu na to czy będzie to ocena pochlebna, czy nie.

W Opcji paryskiej podobał mi się przede wszystkim przebieg akcji, która rozgrywa się w kilku miejscach. Ogromną sympatię poczułam do Jona Smitha, który dla mnie okazał się facetem z żelaza. Taki amerykański hero. Normalny człowiek z tyloma obrażeniami ciała, co on, nie byłby w stanie podnieść się z ziemi, a może nawet umarłby na ich skutek. Ale nie pułkownik Jon Smith. W tym momencie przyszedł mi na myśl pewien niezniszczalny i wyjątkowo uzdolniony eks-agent służb specjalnych. Mam tutaj na myśli Mcgywera, którego przygody mogliśmy śledzić w telewizji na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Jedyną różnicą pomiędzy tymi dwoma panami jest to, że Mcgywer nigdy nie używał broni, natomiast Jon Smith strzela na całego. Jednak nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, jakoby Opcja paryska była thrillerem. Według mnie jest to bardzo dobra powieść sensacyjna, trzymająca w napięciu aż do samego końca. Zresztą Robert Ludlum generalnie określany jest mistrzem powieści sensacyjnych.

Duży plus dla autora za to, że nie skupił się jedynie na mężczyznach, ale pokazał też, że kobieta również potrafi być twarda i walczyć na równi z mężczyznami. Być może jest to zasługa Gayle Lynds, która jest współautorką tej powieści. Podsumowując, mogę jedynie zachęcić do tej książki wszystkich tych, którzy uwielbiają szybką akcję, niebezpieczeństwo, ryzyko oraz sporą dawkę strzelaniny.






 

sobota, 17 grudnia 2011

Ottavio Cappellani – „Tragedia sycylijska”









Wydawnictwo: MUZA
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: Sicilian Tragedi
Przekład: Anna Niewęgłowska




Prawdę powiedziawszy, nie wiem czy mam nad tą książką płakać, czy może się z niej śmiać. Nie wiem też do jakiej kategorii mam ją zaliczyć. Teoretycznie książka jest powieścią, zaś praktycznie może wydawać się, że jest to sztuka teatralna i wcale nie ze względu na swoją fabułę. Całość podzielona jest na trzy akty, czyli dokładnie tak, jak sztuka. Ale ma też prolog i epilog. Według mnie jest to trochę dziwna konstrukcja, ale co tam. Wybór Autora. Akcja tej sztuko-powieści rozgrywa się na Sycylii i, jak sama nazwa wskazuje, w środowisku mafijnym. Wojna o wpływy, a dokładnie o udział w przemyśle naftowym, toczy się pomiędzy dwoma bossami, czyli Turi Pirrotą i Misterem Alfio Turrisim, który w dodatku na zabój kocha się w córce Turiego Pirroty, Betty. O jej rękę stara się niczym dżentelmen z powieści wiktoriańskich. Pisze długi list do rodziców Betty, w którym prosi o pozwolenie na ślub. Jednak nie jest to takie proste, ponieważ obaj panowie wręcz się nienawidzą, natomiast Betty nie ma najmniejszego zamiaru wychodzić za „dziada”, który, przynajmniej w jej mniemaniu, ma „dziewięć dych”.

W tym samym czasie podstarzały reżyser teatralny, Toni Cagnotta, kompletuje ekipę równie podstarzałych aktorów celem wystawienia Romea i Julii. Zamiarem reżysera jest wystawienie sztuki na zasadach katańskiego teatru dialektalnego, czyli takiego, gdzie dialekt sycylijski jest podstawowym materiałem scenicznych dialogów. Dla Cagnotty jest to nie lada problem, gdyż nie ma kto sfinansować jego przedsięwzięcia. Powinny to zrobić władze, ale nie chcą wydawać pieniędzy na coś, co z pewnością nie odniesie sukcesu. Dlatego też reżyser decyduje się wziąć kredyt hipoteczny pod zastaw własnego domu. Ostatecznie udaje mu się doprowadzić sprawę do końca i nadchodzi dzień premiery. No i wtedy dopiero wszystko się zaczyna. Na premierze ginie jeden z radnych do spraw kultury. Oczywiście wiadomo, że za zamachem stoi mafia, tylko jeszcze nikt nie wie, który z bossów wydał rozkaz. Nie wiadomo czy był to Turi Pirrota, czy może Alfio Turrisi. W środowisku mafijnym taka niewiadoma określana jest mianem „zemsty na przestrzał”. Przecież każdy z mafiosów ma powód, aby poświęcić życie radnego, a potem zrzucić winę na tego drugiego w ramach zemsty. 

Po jakimś czasie ten drugi boss (czyli ten niewinny) nie chce być gorszy i każe zabić innego radnego. Teraz to już nie wiadomo, czy cała ta gra to walka o ropę, czy może chodzi o piękną Betty, która przez cały czas wodzi Mistera Turrisiego za nos. Oczywiście myślą przewodnią całej tej farsy jest... fiut. Pozwólcie, że nie będę w tym miejscu wyjaśniać dlaczego akurat ta część męskiego ciała. Po szczegółowe informacje na ten temat odsyłam Was do książki. Natomiast czytelników wrażliwych oraz tych, dla których piękno języka polskiego jest kwestią priorytetową, bardzo przepraszam za owo wyrażenie, ale musicie wiedzieć, że w tej książce aż się roi od wulgaryzmów. Praktycznie nie ma dialogu, gdzie Autor nie użyłby przekleństw. Prawdę powiedziawszy w części narracyjnej też jest ich mnóstwo.

Przyznam, że najpierw ta sztuko-powieść mnie denerwowała, bo jakoś nie mogłam się w niej połapać, a kiedy już się połapałam, to wówczas stwierdziłam, że może i nie jest ona taka zła, ale rewelacyjna też nie jest. W końcu pewne środowiska rządzą się własnymi prawami. Swego czasu sporo czytałam o włoskiej mafii, ponieważ chciałam zdobyć pewną wiedzę na ten temat. Moi stali czytelnicy z pewnością domyślają się po co mi ta wiedza była potrzebna. W związku z tym wiem, że środowisko mafijne jest niezwykle brutalne, ordynarne i bezwzględne, choć akurat w tej książce jest jakby nieco ośmieszane.

Na początku napisałam, że nie wiem tak naprawdę, czy jest to powieść, czy sztuka teatralna. Myślę, że chyba każdy będzie miał wątpliwości, czytając tę lekturę, ponieważ w epilogu wszyscy bohaterowie nadal żyją i mają się całkiem dobrze. Można odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie to aktorzy, którzy właśnie odegrali swoje role i wracają do normalnego życia. Spotykamy wśród nich także dwóch radnych, którzy wcześniej zginęli z rąk wynajętych morderców. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć też, że w książce tej występuje mieszanka różnych środowisk. Obecne jest nie tylko środowisko mafijne i aktorskie, ale również gejowskie i szlacheckie (hrabina i baronowa).

Podsumowując, nie będę specjalnie polecać Wam tej książki. Dla mnie okazała się przeciętna, a nawet słaba. Oczywiście do strony technicznej zastrzeżeń nie mam. Nie znalazłam literówek, ani też błędów rzeczowych. Niemniej, bardzo podoba mi się okładka i to chyba właśnie ona przyciągnęła mnie do tej książki. Moim zdaniem jest ona bardzo trafiona, gdyż w pełni oddaje klimat tej sztuko-powieści. 






czwartek, 1 grudnia 2011

Pomysłów [na powieści] zawsze miałam mnóstwo...



LITERAT GRUDNIA 2011



ROZMOWA Z AGNIESZKĄ LINGAS-ŁONIEWSKĄ


Agnieszka Lingas-Łoniewska to polska pisarka powieści obyczajowych. Z wykształcenia jest polonistką. Na rynku wydawniczym zadebiutowała w 2010 roku powieścią „Bez przebaczenia“. Jej książki adresowane są przede wszystkim do kobiet. Są to historie obyczajowe i łączące sensację z romansem.



Agnes Anne Rose: Agnieszko, bardzo serdecznie witam Cię na swoim blogu i jest mi niezmiernie miło, że zgodziłaś się zostać Literatem Grudnia. Niedawno miała miejsce premiera Twojej najnowszej książki „Zakład o miłość”. Jak zdążyłam zauważyć, powieść została przyjęta przez czytelników bardzo ciepło. Co skłoniło Cię do napisania książki, w której łączą się dwa różne światy z pozoru nie mające ze sobą nic wspólnego?

Agnieszka Lingas-Łoniewska: Na pewno odwieczne przyciąganie się przeciwieństw. Stawianie w opozycji różnych osobowości, kierujących się różnymi wartościami, żyjących w odmiennych środowiskach, wyznających inne zasady. A czasami postaci nie posiadające tych zasad. Lubię takie sytuacje, przeciwstawnych bohaterów i bohaterom „Zakładu o miłość” starałam się przyjrzeć bliżej, dotrzeć głębiej i pomieszać im trochę w głowach.




AAR: A teraz może zacznijmy od początku. Jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?

AL-Ł: Pisałam od zawsze i być może to nieco oklepane i powszechne, ale taka jest prawda i nie zamierzam jej zmieniać, ani upiększać. Zaczęłam od drobnych form, zresztą do dzisiaj bardzo lubię opowiadania, uważam, że wymagają one wielkiej dyscypliny i umiejętności autora, gdzie ze względu na ograniczoną objętość, trzeba zmieścić się z pomysłem i zrobić to tak, aby nie ucierpiała na tym fabuła. Tak więc najpierw opowiadania, potem zaczęłam tworzyć pierwsze zarysy powieści. Pomysłów zawsze miałam mnóstwo, gorzej z czasem i chyba przekonaniem samej siebie, że należałoby spróbować. Ale w końcu chyba dojrzałam do tego i tak w 2010 roku ukazał się mój debiut. Od tamtego czasu cały czas się rozwijam i z każdym dniem ćwiczę.

AAR: Skąd czerpiesz inspirację? Czy przed rozpoczęciem pracy nad daną książką robisz jakiś plan? A może notujesz w punktach kolejność wydarzeń, jakie mają nastąpić w powieści?

AL-Ł: Inspiracja tak naprawdę jest wszędzie. W zasłyszanej historii, obejrzanym filmie, usłyszanej piosence, przeczytanej książce, artykule, rozmowie z sąsiadką. Takie drobne elementy, skrawki, które wpadają mi do ucha i gdy w pewnym momencie coś zaiskrzy, szybko to zapisuję, aby nie umknęło. Gdy już mam wstępny pomysł, ideę, koncepcję, wówczas tworzę zarysy bohaterów i również ich opisuję. Wygląd, charakterystyczne cechy, sposób bycia, imiona. Czasami robię konspekt na kilka najbliższych rozdziałów, innym razem siadam i piszę na żywioł. Nie ma reguły.

AAR: Przeglądając Twój dorobek literacki natknęłam się na powieść pod tytułem „Dirty World”, która została wydana w Stanach Zjednoczonych. Ta pozycja niesamowicie mnie zaintrygowała. Bądźmy szczerzy, ale nie ma w Polsce zbyt wielu autorów, którzy mieliby możliwość publikowania poza granicami naszego kraju. Przebić się na rynek zachodni jest dość trudno. Jak Ci się to udało?

AL-Ł: Wbrew pozorom wcale nie było to takie trudne. A wydanie tam tej książki to jeden z szalonych pomysłów, które czasami przychodzą mi do głowy. Jednakże ta powieść na pewno ukaże się także w Polsce, to jedna z moich pierwszych opowieści, ale ze względu na bardzo dramatyczną wymowę należy do moich ulubionych tekstów.

AAR: Jak do tej pory miałam przyjemność przeczytania jedynie Twojego opowiadania „W pogoni za mordercą”, które ukazało się w pracy zbiorowej pod tytułem „Książki moja miłość, a które miałam możliwość recenzować na swoim blogu. W związku z tym którą ze swoich książek poleciłabyś mi jako osobie, która dopiero zamierza zapoznać się z Twoją twórczością literacką? Która powieść byłaby najlepsza na początek? A może ta, która jest Ci najbliższa?

AL-Ł: Nie wiem, co lubisz, ale skoro czytałaś to opowiadanie kryminalne, to zapraszam w lutym do księgarń, kiedy ukaże się wznowienie mojego śląskiego kryminału „Szósty” wydane przez wydawnictwo Replika. A teraz, jeśli lubisz zagmatwane ludzkie losy, to proponuję pierwszą część trylogii o braciach Borowskich, czyli „Zakręty losu” lub opowieść o wyborach, tajemnicy z przeszłości i błędnych życiowych decyzjach, o których możesz przeczytać w mojej najnowszej książce „Zakład o miłość”. Przy okazji zapraszam do lektury grudniowego „Bluszcza”, gdzie znajdzie się recenzja tej właśnie powieści i wywiad ze mną. 

AAR: A teraz może zapytam o Twoje plany na przyszłość. Z pewnością pracujesz już nad kolejną powieścią. Czego możemy spodziewać się, jako czytelnicy, po kolejnej książce Twojego autorstwa?

AL-Ł: W tej chwili pracuję nad powieścią „Lepsze jutro”, której akcja rozgrywa się w moim rodzinnym mieście, Wałbrzychu. Będzie to historia samotnego ojca dwóch synów, właściciela kilku kasyn i restauracji i znanej polskiej aktorki, która przyjeżdża do Wałbrzycha na premierę swojego najnowszego filmu. W książce będą liczne reminiscencje, powroty do przeszłości, mnóstwo dramatyzmu, akcji sensacyjnej i uczuć.

AAR: Przeglądając blogi literackie można zauważyć, że wiele młodych ludzi tworzy swoje własne dzieła, których nie chowa do szuflady, ale dzieli się nimi z innymi użytkownikami Internetu. Niemniej, osoby te czasami nie mają po prostu odwagi, aby wysłać tekst do wydawnictwa, uważając, że nie jest jeszcze na tyle doskonały, aby myśleć o jego publikacji w formie książki. Co doradziłabyś takim właśnie młodym ludziom z wyobraźnią, marzącym o karierze pisarskiej? Czy, Twoim zdaniem, jest jakaś uniwersalna recepta na odniesienie sukcesu na rynku literackim?

AL-Ł: Nie ma na to żadnej recepty. Jedynie wiara w siebie, nieustępliwość, szlifowanie dotychczasowych umiejętności i zawsze obecna pasja. To ona decyduje o tym, jacy jesteśmy, co robimy i jak to robimy. Mogę jedynie poradzić młodym twórcom, żeby ciągle się rozwijali, robili to, co kochają i nie zrażali się niepowodzeniami. Jeśli naprawdę wierzą w to, co robią, to wkrótce osiągną zamierzony cel. Przecież tak właśnie jest niemal z każdą rzeczą w naszym życiu.

AAR: Za kilka tygodni Boże Narodzenie. Czy jest jakaś specjalna książka, którą chciałabyś dostać pod choinkę?

AL-Ł: W tej chwili zamierzam kupić książkę Danuty Wałęsy, bardzo zainteresowała mnie ta pozycja i to mógłby być doskonały prezent pod choinkę.

AAR: Agnieszko, bardzo serdecznie dziękuję za wywiad. Natomiast w imieniu swoim oraz wszystkich Czytelników mojego bloga chciałabym życzyć Ci spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, a także ogromnej weny twórczej i samych fantastycznych recenzji.

AL-Ł: Również dziękuję za zaproszenie, a Tobie i wszystkim Czytelnikom życzę zdrowych rodzinnych Świąt, a w 2012 roku realizacji wszystkich zamierzeń, nawet tych najbardziej szalonych i, wydawać by się mogło, nieosiągalnych.



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose




piątek, 11 listopada 2011

Charlotte Brontë – „Dziwne losy Jane Eyre”








Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2002
Tytuł oryginału: Jane Eyre
Przekład: Teresa Świderska



Do Dziwnych losów Jane Eyre podeszłam nieco sceptycznie. Pomimo że uwielbiam cofać się w czasie i poznawać losy naszych przodków, to jednak klasyczne romanse jakoś do mnie nie przemawiają. Kiedy mam ochotę poczytać o miłości, to zazwyczaj sięgam po autorów współczesnych. Na pewno wielu z Was nie uwierzy, ale Wichrowych Wzgórz nie przeczytałam do dnia dzisiejszego, choć mam tę książkę na półce. Niemniej powieść jest tak znana, że i bez czytania wiadomo o co w niej chodzi. Bohaterów Wichrowych Wzgórz znam jedynie z ekranizacji i zawsze kiedy myślę o Catherine i Heathcliffie widzę Juliette Binoche i Ralpha Fiennesa. Zdaję sobie sprawę, że może się to wydawać niedopuszczalne, bo to przecież klasyka, ale nawet na studiach, gdzie Wichrowe Wzgórza były jedną z lektur obowiązkowych (oczywiście w oryginale), ja ich nie przeczytałam!

Dziwne losy Jane Eyre po raz pierwszy ukazały się w roku 1847. Powieść nosiła wówczas tytuł Jane Eyre: Autobiografia, natomiast Charlotte Brontë wydała ją pod pseudonimem Currer Bell. Już kiedyś pisałam, że w tamtej epoce bardzo źle postrzegane było, gdy kobieta trudniła się pisaniem książek. W związku z tym Charlotte przyjęła pseudonim brzmiący jak nazwisko mężczyzny. Książka, o której dzisiaj opowiadam to historia ubogiej guwernantki, która po śmierci rodziców trafia do domu swojego wuja, będąc jeszcze niemowlęciem. Za niedługo wuj umiera, lecz na łożu śmierci zobowiązuje swoją żonę do złożenia przysięgi, aby ta wychowywała dziewczynkę na równi z ich wspólnymi dziećmi. Sara Reed godzi się na to, ale tylko w słowach. Tak naprawdę nie dotrzymuje obietnicy i stwarza dziewczynce istne piekło. Mała Jane obwiniana jest praktycznie o wszystko. Ponosi karę nawet za przewinienia swojego kuzynostwa. Kiedy dziewczynka kończy dziesięć lat, ciotka postanawia oddać ją do szkoły, która mieści się w Lowood. Tak więc Jane opuszcza znienawidzone Gateshead Hall i udaje się do miejsca, gdzie przyjdzie jej cierpieć głód, znosić gniew nauczycielek, żegnać się na zawsze z najlepszą przyjaciółką, Helenką Burns, którą z tego świata zabierze gruźlica, a także patrzeć jak cierpią i umierają inne koleżanki. Jednak pomimo wszystko, nowe miejsce będzie dla niej lepsze, aniżeli dom ciotki. Nawet okrutny pan Brocklehurst nie będzie w stanie sprawić, aby zatęskniła za poprzednim domem.

W Lowood Jane spędza osiem lat, sześć lat jako uczennica, zaś kolejne dwa jako nauczycielka. W pewnym momencie dziewczyna zdaje sobie sprawę, że wreszcie musi zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. W związku z tym postanawia dać ogłoszenie w lokalnej gazecie. Informacje zawarte w anonsie dotyczą jej kwalifikacji i charakteru poszukiwanej przez nią pracy. Jane pragnie zostać nauczycielką jakiejś małej dziewczynki. Na razie nie myśli o zamążpójściu. Tak naprawdę uważa, że raczej żaden mężczyzna nie będzie w stanie się w niej zakochać, bo jest… brzydka.

Mija kilka tygodni, a Jane otrzymuje list z Thornfield Hall od niejakiej pani Fairfax. Kobieta pisze, że potrzebuje guwernantki dla małej dziewczynki, którą jest Adelka Varens. I tak oto niepozorna, uboga nauczycielka o przeciętnej urodzie trafia do posiadłości Edwarda Fairfax de Rochestera. Ich pierwsze spotkanie nie jest zbyt obiecujące. Jane nie wie, że mężczyzna, który na jej oczach spada z konia, a któremu ona skwapliwie pomaga, stanie się miłością jej życia. Mało tego. Ona nawet nie wie, że ten starszy od niej o dwadzieścia lat pan, jest jej chlebodawcą.

Miłość Edwarda i Jane to miłość czysta, oparta na konwenansach charakterystycznych dla epoki wiktoriańskiej. Choć oboje kochają się wzajemnie aż do bólu, to jednak zasady i wartości są dla nich ważniejsze niż uczucie. Kiedy na jaw wychodzi tajemnica skrywana przez Edwarda, Jane woli odejść niż zostać jego kochanką. Niemniej oboje nadal myślą o sobie i tęsknią, choć dzielą ich mile drogi. Ich tęsknota jest tak wielka, że słyszą jak ich serca się nawołują. Dla nich nie liczy się uroda, lecz wnętrze. Jane wciąż kocha, choć jej wybranek jest już okaleczony. Edward nigdy nie był przystojny, o czym Jane bez wahania mu mówi. Jednak, gdy opowieść zbliża się do końca, pan Rochester jest już oszpecony, ale fakt ten wcale nie zmienia jej uczuć do niego.

Przyznacie chyba, że piękna ta miłość wiktoriańska. Czy wtedy naprawdę ludzie kochali się w ten sposób? A może tak, jak dziś, była to tylko fikcja literacka? Cóż zatem więcej można napisać o tej książce? Moim zdaniem już nazwisko autorki mówi samo za siebie. Charakterystyka Dziwnych losów Jane Eyre to jedynie formalność, bo przecież jest to książka, którą niemal wszyscy znają. Jeśli ktoś nie czytał powieści, to możliwe, że oglądał film lub serial telewizyjny. Dla mnie osobiście ta powieść nie stanowi jakiegoś wielkiego arcydzieła literackiego. Owszem, czyta się ją bardzo przyjemnie. W niektórych miejscach wywołuje uśmiech na twarzy, ale to wszystko. Historia raczej banalna, najprawdopodobniej zaczerpnięta z życia, gdyż wydaje mi się, że w czasach Charlotte Brontë tego typu związki mogły mieć miejsce dość często. Jakichś nadzwyczajnych emocji również nie poczułam. Zastrzeżenia mam także do samego tytułu, a raczej do jego tłumaczenia. Otóż, dlaczego w polskim tłumaczeniu losy Jane Eyre zostały określone jako dziwne? Osobiście nie dostrzegłam w nich niczego dziwnego. Myślę, że znacznie lepiej byłoby, gdyby polski wydawca pozostawił oryginalny tytuł lub tytuł pierwotny, ponieważ w pewnym sensie jest to autobiografia. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, zaś wielokrotnie narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Według mnie książka bardziej przypomina dziennik (pamiętnik) niż powieść. Ogólnie rzecz ujmując, książkę śmiało można określić jako dobra.






wtorek, 1 listopada 2011

Dano ci życie, które jest tylko opowieścią...




LITERAT LISTOPADA 2011



MAREK HŁASKO


Dano ci życie, które jest tylko opowieścią.
Ale to już twoja sprawa, jak ty ją opowiesz i czy umrzesz pełen dni.

Marek Hłasko, „Sowa, córka piekarza”





Kalendarium życia Pisarza

1934

Marek Jakub Hłasko urodził się w Warszawie 14 stycznia jako jedyny syn Macieja i Marii z domu Rusinek.



1939

W dniu 13 września umiera ojciec pisarza.

1939-1944

Marek Hłasko przebywa w Warszawie.

1944-1946

Pisarz wraz z matką mieszka kolejno w Mszczonowie, Częstochowie, Chorzowie i Białymstoku. Wrażenia z tułaczki spisuje w pamiętniku prowadzonym od 1945 roku.

1946-1948

Marek Hłasko mieszka we Wrocławiu, a w 1948 roku kończy szkołę podstawową.

1948-1949

Pisarz mieszka w Warszawie, gdzie podejmuje naukę między innymi w Państwowym Liceum Technik Teatralnych.

1950

Marek Hłasko wraca do Wrocławia. Kończy kurs samochodowy. Pracuje jako pomocnik kierowcy (między innymi w Pagedzie w Bystrzycy Kłodzkiej).

1951

Pisarz wraca do Warszawy. Pracuje jako kierowca. Powstają jego pierwsze utwory: „Baza Sokołowska” oraz pierwsza wersja „Sonaty marymonckiej” („Wilk”).

1952

Marek Hłasko pracuje w Metrobudowie w charakterze starszego referenta zaopatrzenia transportu, zaś w Spółdzielni WSS (Warszawska Spółdzielnia Spożywców) jako kierowca. W tym czasie jest również korespondentem terenowym „Trybuny Ludu”.

1953

Marek Hłasko pracuje w Przedsiębiorstwie Transportowym MHD jako referent zaopatrzenia. Poznaje Igora Newerlego, dzięki któremu otrzymuje trzymiesięczne stypendium ZLP (Związek Literatów Polskich). Przerywa pracę zawodową.

1954

Marek Hłasko uczestniczy w Zjeździe Młodych Pisarzy w Oborach. W „Almanachu młodych” ukazuje się „Baza Sokołowska”. W prasie (między innymi w „Nowej Kulturze”, „Przeglądzie Kulturalnym”) również ukazują się jego utwory. Współpracuje z Władysławem Broniewskim przy wyborze wierszy dla „Iskier”

1955

Marek Hłasko obejmuje dział prozy w „Po Prostu”, gdzie zamieszcza swe artykuły publicystyczne. W prasie ukazują się opowiadania, które złożyły się później na „Pierwszy krok w chmurach”. Rozpoczyna pracę nad „Cmentarzami”. Opowiadanie „Robotnicy” otrzymuje specjalną Nagrodę Pracy na konkursie literackim V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie.

1956

Marek Hłasko zostaje członkiem Związku Literatów Polskich. Ukazuje się tom opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. W prasie ukazują się kolejne opowiadania. Radio nadaje słuchowisko według opowiadania „Pętla”.

1957

Marek Hłasko opuszcza redakcję „Po Prostu”. Wchodzi w skład komitetu redakcyjnego planowanego pisma „Europa”. Ukazuje się drugie wydanie „Pierwszego kroku w chmurach”, a w czasopismach nowe opowiadania i fragmenty powieści. Pisarz podejmuje współpracę z filmem (współautor dialogów w „Skarbie kapitana Martensa”, współautor scenariusza „Końca nocy”). Nasilają się polemiki prasowe wokół jego twórczości.

1958

Marek Hłasko otrzymuje Nagrodę Literacką Wydawców. Ukazuje się trzecie wydanie „Pierwszego kroku w chmurach”. Pisarz jest współautorem scenariuszy filmów „Pętla” i „Ósmy dzień tygodnia”. Wyjeżdża do Paryża, potem przebywa w Szwajcarii, Włoszech, Berlinie Zachodnim. Starania o przedłużenie paszportu nie odnoszą skutków. W prasie polskiej nasilają się ataki na Hłaskę. „Kultura” (Paryż) i „Wiadomości” (Londyn) przyznają Pisarzowi swe doroczne nagrody za „Cmentarze”, które ukazały się w Paryżu.

1959

Marek Hłasko wyjeżdża do Izraela. Współpracuje z czasopismem „Maariw”, w którym drukuje między innymi „Bezwarunkową kapitulację” i „Hotel z niekrępującym wejściem”.

1961

Pisarz wraca do Europy. W Londynie bierze ślub z Sonią Ziemann. Ukazuje się opowiadanie „Powiedz im, kim byłem”

1962-1965

Pisarz przebywa w wielu krajach, między innymi we Francji, RFN, Włoszech, Szwajcarii, Hiszpanii, Izraelu.

1962

 Ukazują się opowiadania: „Miesiąc Matki Bożej”, „Szukając gwiazd” i „Brudne czyny”.

1963

Ukazują się „Opowiadania”.

1964

Ukazuje się tom „Wszyscy byli odwróceni” oraz „Brudne czyny”

1965

Pisarz rozstaje się z żoną. Ukazuje się opowiadanie „Drugie życie psa”

1966

Marek Hłasko wyjeżdża do USA. Ukazują się: „Nawrócony w Jaffie”, „Opowiem wam o Esther”, „Piękni dwudziestoletni”.

1967

Pisarz przebywa w Kalifornii, głównie w Los Angeles. Ukazują się „Listy z Ameryki”

1968

Pisarz zdobywa licencję pilota. Ukazuje się „Sowa, córka piekarza” (Polska Fundacja Kulturalna, Londyn). Powstaje powieść pod tytułem „The Riceburners” (tytuł polski: „Palcie ryż każdego dnia”).

1969

Rozwód z Sonią Ziemann. Pisarz wraca do Europy. Podpisuje kontrakt na film w Izraelu. 14 czerwca Marek Hłasko umiera w Weisbaden (RFN). Pisarz najprawdopodobniej zmarł w wyniku przedawkowania leków.

1975

Matka Marka Hłaski sprowadza zwłoki syna do kraju. Grób Pisarza znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

1976

W Warszawie ukazują się „Opowiadania”. Tom zawiera utwory z „Pierwszego kroku w chmurach” oraz niektóre opowiadania drukowane w prasie polskiej w latach 1954-1957.




Opracowano na podstawie: B. Rudnicki, Marek Hłasko, Wyd. PIW, Warszawa 1983.





poniedziałek, 24 października 2011

Dean Koontz – „Oszukać starch”

 






Wydawnictwo: ALBATROS

Warszawa 2009

Tytuł oryginału: Fear Nothing

Przekład: Paweł Korombel

 

 

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad możliwością egzystowania bez słońca? Albo w ogóle bez światła? Czy wiecie, że są na świecie ludzie, dla których nawet minimalny kontakt z promieniami ultrafioletowymi jest jednoznaczny z wyrokiem śmierci? Ich środowiskiem życia jest ciemność. W społeczeństwie mogą egzystować jedynie w nocy, natomiast wraz z nastaniem świtu chowają się w swoich domach, zasłaniając okna i odcinając nawet nikły dostęp światła. Nie mogą oglądać telewizji, nie mogą pracować przy komputerze, zaś jedynym bezpiecznym światłem jest płomień świecy. Ta charakterystyka całkiem dobrze pasuje do wampirów, prawda? Ale to nie o nich mowa. Ludzie, którzy żyją właśnie w ten sposób to osoby cierpiące na tak zwaną Xeroderma Pigmentosum (XP), czyli skórę pergaminową. W efekcie tej choroby wysyłane przez światło promienie ultrafioletowe uszkadzają w sposób nieodwracalny DNA w komórkach skóry, co w bardzo szybkim czasie doprowadza do jej nowotworu i śmierci. Bardzo ważne jest również, aby chronić oczy, gdyż promieniowanie uszkadza siatkówkę oka, co skutkuje w identyczny sposób jak w przypadku skóry. Dlatego też osoby z XP stosują kremy z filtrem 50, noszą okulary, których szkła nie przepuszczają promieni UV, zaś jeśli przeżyją lata dzieciństwa, to wówczas uznaje się to za cud.

Na taką właśnie chorobę genetyczną cierpi główny bohater powieści Deana Koontza. Christopher Snow jest dwudziestoośmioletnim pisarzem, który pomimo swojego upośledzenia stara się żyć normalnie. Pisze bestsellery, ma kochającą dziewczynę, oddanego przyjaciela oraz wiernego psa. Kiedy poznajemy Chrisa, mężczyzna właśnie przygotowuje się do swojego drugiego w życiu wyjścia z domu. Pierwsze miało miejsce dziewięć lat wcześniej, kiedy musiał być operowany na wyrostek. Chris musi jechać do szpitala, gdzie na raka umiera jego ojciec. Matka nie żyje już od dwóch lat. Zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna przed wyjściem musi dokonać niezbędnych czynności. Ponieważ jest marzec i zapada zmierzch, zadanie ma nieco ułatwione. O tej porze roku promienie UV na zewnątrz nie są tak bardzo dotkliwe. Ale mimo to nakłada na twarz krem, zakłada grubą kurtkę, okulary i czapkę z napisem Pociąg Tajemnica, którą kilka miesięcy wcześniej znalazł w wojskowym Forcie Wyvern. Dzwoni też do swojej dziewczyny, Saszy Goodall, aby ta przyjechała po niego samochodem. Już dawno Chris uznał, że jego nocny tryb życia oraz brak praktycznie jakiejkolwiek możliwości wychodzenia z domu za dnia, nie wymaga od niego posiadania prawa jazdy. W dodatku światło padające z reflektorów samochodowych również byłoby dla niego bardzo niebezpieczne. Tak otulony, niczym Człowiek-Słoń, dociera do szpitala. Tam czuwa przy łóżku umierającego ojca. Na kilka minut przed śmiercią ostatkiem sił Steven Snow wypowiada tajemnicze słowa, które brzmią: Zabij wszelki strach. Chris nie ma najmniejszego pojęcia, co ojciec miał na myśli. W tej chwili czuje jedynie ogromny smutek i żal po jego śmierci. Został sam. Oczywiście jest jeszcze Sasza, Bobby i Orson. Ale przecież to nie to samo, co rodzina.

Kiedy Chrisowi udaje się odzyskać jako taką równowagę psychiczną, postanawia zająć się ciałem ojca. Oddaje je pracownikom zakładu pogrzebowego, aby je skremowali. Jednak w momencie, gdy schodzi do kostnicy odkrywa, że zwłoki ukochanego taty zostały podmienione, a zamiast nich spaleniu ma być poddane ciało jakiegoś bliżej nieznanego autostopowicza, którego najprawdopodobniej ktoś w bestialski sposób zamordował dodatkowo wydłubując mu oczy. Od tej chwili Chis już wie, że w małym kalifornijskim miasteczku o nazwie Moonlight Bay, dzieje się coś niepokojącego. W swoich przekonaniach utwierdza się jeszcze mocniej, kiedy właściciel zakładu pogrzebowego odkrywa, że Chris zna prawdę o zwłokach. Po tym, jak Sandy Kirk zauważa Chrisa stojącego na zewnątrz krematorium i podglądającego proces spalania zwłok, organizuje na niego obławę. Szczęśliwym trafem Chrisowi udaje się uciec, a w ucieczce pomaga mu… kot.

W drodze do domu, mężczyzna otrzymuje telefon od pielęgniarki, Angeli Ferryman, która zajmuje się nim od dziecka. Kobieta prosi, aby Chris natychmiast się z nią spotkał, gdyż ma mu coś ważnego do przekazania. Przed spotkaniem Chris wstępuje do domu, gdzie czeka już na niego rewolwer, który w jakiś tajemniczy sposób znalazł się na łóżku w sypialni. Mężczyzna wie, że broń należała do jego ojca. Ale jeszcze wtedy nie ma pojęcia, że na łóżku znalazła się za sprawą jego psa, Orsona. Uzbrojony Christopher z wiernym psem u nogi udaje się do domu pielęgniarki. Tam słyszy jakąś niewiarygodną historię na temat małpy, która kilka lat wcześniej odwiedziła Angelę w Wigilię. Natomiast po jakimś czasie od tej wizyty mąż pielęgniarki popełnił samobójstwo, a ona została okaleczona na całe życie. Sama Angela sprawia wrażenie niezrównoważonej psychicznie, pomimo że jej opowieść wydaje się być logiczna. Dla potwierdzenia prawdziwości swoich słów kobieta udaje się do innego pokoju w celu przedstawienia Chrisowi dowodów na to, że mówi prawdę. Jednak już z tego pokoju nie wraca. Mężczyzna odnajduje ją w toalecie z rozszarpanym gardłem. Do tego w domu kobiety jakaś niewidzialna siła podkłada ogień. Praktycznie cudem udaje się Chrisowi uciec. W tym momencie decyduje się na poznanie prawdy, bo jest już pewien, że w to wszystko zamieszani byli również jego rodzice i być może także on sam.

I tak Chris trafia na trop tajemniczego i już nieczynnego Fortu Wyvern. Wie również, że nikomu nie można już ufać. Odkrywa też, że najprawdopodobniej w miasteczku zbliża się czas Apokalipsy. Miasto opanuje gromada małp, a w niebezpieczeństwie jest już nie tylko on sam, ale także jego bliscy, czyli Sasza i Bobby. Natomiast pies nie jest takim zwykłym psem. Ludzie stają się potworami, a zwierzęta przyjmują ludzkie cechy. Chris zaczyna zadawać sobie pytania: Jaka w tym wszystkim była rola jego matki? Czy przypadkiem jej usilne próby, jako naukowca, w kwestii odkrycia retrowirusów, które mogłyby przywrócić jej synowi zdrowie, nie spowodują zagłady świata? Czy po poznaniu prawdy będzie ją tak samo kochał jak kiedyś? Ile osób jest już zakażonych jakąś niezdefiniowaną chorobą?

W jakiejś recenzji wyczytałam, że jest to horror. Otóż moim zdaniem powieść z horrorem nie ma nic wspólnego. Nie wiem nawet czy można zaliczyć tę książkę do thrillerów. Owszem, są w niej momenty, kiedy można rzec, że trzyma w napięciu, ale nie do tego stopnia, żeby czytelnik miał się spocić ze strachu. Przyznam, że mnie ta książka bardziej rozśmieszała niż przerażała. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie i to główny bohater opowiada o swoich przeżyciach, które trwały raptem dwie noce, gdyż oddzielający je dzień Chris z przyczyn oczywistych musiał spędzić w domu Saszy. Wyraźnie widać, że Dean Koontz ma spore poczucie humoru. Christopher Snow wcale sobie nie folguje, jeśli chodzi o samokrytykę. Jeżeli uważa, że zachowuje się jak kretyn, to o tym mówi. Ogólnie czytelnik ma wrażenie, że z psychiką Chrisa nie jest najlepiej. Ale z drugiej strony jest on też niesamowicie inteligentny. Potrafi z wyprzedzeniem przewidzieć reakcje wroga i w odpowiedniej chwili na nie odpowiedzieć.

Dean Koontz porównywany jest do Stephena Kinga, a niekiedy do Harlana Cobena. W tej kwestii nie będę się wypowiadać, ponieważ jak do tej pory nie czytałam jeszcze żadnej powieści obu panów. Natomiast Oszukać strach jakoś niespecjalnie mnie zachwyciła. Po opisie z okładki spodziewałam się zgoła czegoś innego. Oczywiście, nie zrażę się przez to do Koontza i zamierzam w przyszłości sięgnąć po jego kolejne dzieło. A może w ten sposób autor zrehabilituje się w moich oczach? Może inne powieści są bardziej wciągające i trzymające w napięciu? Dla mnie to była bardziej komedia ze stadem małp w roli głównej niż thriller, albo psychologiczna powieść grozy. 

Nie wiem też jak odnieść się do samych bohaterów, a ściślej rzecz ujmując do ich autentyczności lub jej braku. Otóż na końcu książki autor pisze tak:

 

Christopher Snow, Bobby Halloway Sasza Goodall i Orson są prawdziwi. Spędziłem z nimi wiele miesięcy. Lubię ich towarzystwo i zamierzam spędzić z nimi znacznie więcej czasu w następnych latach.


Przyjęłam dwie opcje. Jedna hipoteza to taka, że autor naprawdę oparł część powieści na faktach, a ci ludzie naprawdę gdzieś tam istnieją i Koontz ma z nimi kontakt. Natomiast drugą hipotezą jest zwyczajna sympatia do wymyślonych bohaterów. W końcu autor spędził nad książką kilka miesięcy i z pewnością zżył się z jej bohaterami. To się zdarza. Wiem to po sobie. Ponadto, w głowie pisarza może rodzić się pomysł stworzenia kolejnych powieści, gdzie swoje miejsce ponownie znajdą Chris, Bobby i Orson. I ku tej drugiej teorii skłaniałabym się znacznie bardziej.