Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura wojenna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura wojenna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2018

Maria Paszyńska – „Dziewczęta wygnane. Owoc granatu” #1











Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2018


Borysław to miasto położone około stu kilometrów na południe od Lwowa. Przed wybuchem drugiej wojny światowej należało do Polski, natomiast obecnie są to tereny Ukrainy. Do 1939 roku zamieszkiwane było przez czterdzieści trzy tysiące ludzi (obecnie około trzydzieści siedem tysięcy). Czternaście tysięcy z nich stanowili Żydzi, około siedem tysięcy to ludność pochodzenia ruskiego (Rusini), natomiast jakieś sto osób było narodowości innej niż powyższe (Francuzi, Niemcy, Anglicy). Ponieważ charakterystycznym elementem miasta od dziesiątek lat jest przemysł naftowy, większość mieszkańców tamtego okresu w mniejszym lub większym stopniu była z nim związana. Ludność Borysławia miała wówczas trzech wrogów. Z jednej strony zagrażali miastu Niemcy, z drugiej bolszewicy, a z trzeciej wspomniani wyżej Rusini, których jeszcze przed wybuchem wojny Niemcy buntowali przeciwko Polakom. Kiedy było już wiadomo, że wojna z Trzecią Rzeszą jest nieunikniona, mieszkańcy Borysławia obawiali się nie tylko nadchodzących wojsk niemieckich, ale także Rusinów, których w miarę trwania okupacji zaczęto nazywać „Ukraińcami”. Ich strach był o tyle bardziej uzasadniony, że w mieście zostało bardzo mało mężczyzn, którzy mogliby go bronić, gdyż rezerwiści i spora część polskiej młodzieży w wieku poborowym zasiliła szeregi armii. Wielu mężczyzn uciekło również za granicę w obawie przed Niemcami, pozostawiając w domach kobiety i dzieci.

W drugiej połowie września 1939 roku w Borysławiu oraz pobliskich miejscowościach nie było żadnej władzy administracyjnej czy wojskowej. Rząd polski już się ewakuował, zaś hitlerowcy jeszcze nie weszli do miasta. Natomiast Polacy raczej nie wychodzili na ulice, aby nie narażać się na różnego rodzaju prześladowania ze strony Ukraińców, którzy zamieszkiwali wtedy nie tylko Borysław, lecz także okoliczne miejscowości, jak na przykład Tustanowice. W miarę jak armia niemiecka zbliżała się do miasta, Rusini zaczęli czuć się coraz swobodniej i zachowywać się coraz bardziej prowokacyjnie, spacerując po ulicach z bronią i grożąc Polakom śmiercią. Nastał więc czas wielkiego strachu i oczekiwania tego, co najgorsze. Polacy bali się zarówno nieznanego wroga, czyli Niemców, jak i tego, z którym do tej pory żyli na co dzień, a który z łatwością mordował pojedynczych polskich żołnierzy powracających do swoich domów z rozbitych oddziałów wojskowych. Jego ofiarami padali również zwykli cywile, którzy uciekali przed inwazją Trzeciej Rzeszy. Rozpoczęło się zatem istne polowanie na Polaków nazywanych przez Ukraińców „Lachami”.

Borysław (1926)
Na zdjęciu widać wieże wiertnicze charakterystyczne dla przemysłu naftowego.

autor: Mieczysław Orłowicz (1881-1959)
źródło: Biblioteka Narodowa

Przed wybuchem drugiej wojny światowej mówiono, że Borysław to stolica polskiej nafty. W tamtym czasie było to bowiem najbogatsze polskie miasto. Jego gwałtowny rozwój nastąpił na początku XIX wieku. Niemniej było to także miasto kontrastów, ponieważ obok nowoczesnych budowli, stały tam również stare, drewniane i zbutwiałe domki oblepione gliną zmieszaną ze słomą, która miała chronić przed silnymi mrozami panującymi zimą w tamtych okolicach. Znajdowały się też nowoczesne sklepy z pięknymi wystawami. Przez sklepowe witryny ludzie mogli zobaczyć różnego rodzaju i kalibru towary zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Niestety, były też bardzo ubogie stragany sklecone ze starych desek i pordzewiałej blachy. Niemniej od dnia odzyskania niepodległości do chwili wybuchu wojny Borysław bardzo szybko zmienił się na korzyść. Miasto zostało bowiem skanalizowane, likwidacji uległy drewniane chodniki, które zastąpiono kamiennymi, zaś w centrum poszerzono ulice, a niektóre z nich wyłożono nawet kostką granitową. Wybudowano też kilka nowych ulic wraz z kamiennymi chodnikami. Jednakże to, co tak naprawdę wyróżniało Borysław, to las wież wiertniczych. Szczególnie nocą były one widoczne, kiedy swoją iluminacją oczarowywały każdego przybysza. W dodatku bezustanny odgłos pracy maszyn parowych stanowił swoistą symfonię tego przemysłowego miasta.

W latach 30. XX wieku Borysław posiadał sprawną konną straż ogniową, która świetnie radziła sobie z pożarami na terenach górzystych, gdzie nie mogły dojechać samochody. Z kolei w północnej części miasta znajdowała się kopalnia wosku ziemnego wydobywanego metodą górniczą. Przed wojną w Borysławiu były też kościoły: trzy rzymskokatolickie, cztery cerkwie grekokatolickie oraz trzy żydowskie bożnice. Znajdowało się również dziewięć szkół powszechnych, a także prywatne gimnazjum i liceum ogólnokształcące, średnia szkoła handlowa, żeńska szkoła zawodowa, szkoła wiertnicza oraz szkoły przemysłowe przeznaczone dla rzemieślników. Istniały również liczne organizacje o charakterze politycznym, co sprawiało, że pod tym względem Borysław znacznie wyprzedzał inne większe polskie miasta.


Borysław. Ulica Kościuszki (1915)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

Niemcy wkroczyli do Borysławia około 20 września 1939 roku. W Tustanowicach, gdzie znajdowało się centrum osiedla ruskiego, byli witani dosłownie chlebem i solą, a ówcześni przedstawiciele tamtych władz wygłosili mowę powitalną na ich cześć, w której pod niebiosa wychwalano Adolfa Hitlera (1889-1945) i Trzecią Rzeszę, jednocześnie szkalując i mówiąc wszystko, co najgorsze o rządzie polskim. W przekonaniu Rusinów to właśnie hitlerowcy mieli zapewnić im wolność, na którą tak długo czekali. W pierwszych dniach okupacji Niemcy nie prześladowali jeszcze ludności polskiej, więc można było bez strachu wychodzić z domów, robić zakupy czy zaspokajać inne potrzeby. Gorzej było ze strony Rusinów. Pałali do Polaków tak wielką nienawiścią, że zaczęli prosić Niemców o pozwolenie na ich mordowanie, na co ci nie wyrazili zgody, a to sprawiło, że Rusini poczuli się mocno rozczarowani.

Niemcy okupowali Borysław przez około dziesięć dni, a potem oddali go Armii Czerwonej, która w dniu 17 września 1939 roku wkroczyła bezprawnie do Polski. Był to akt agresji ze strony Związku Sowieckiego wobec Polski i narodu polskiego. W konsekwencji tego haniebnego działania, którego celem było zagarnięcie polskich ziem wschodnich, zginęło pół miliona ludności polskiej. Zarówno wojskowi, jak i cywile zostali bestialsko wymordowani przez NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wtedy też zaczęły się masowe wywózki Polaków na Syberię lub do Kazachstanu. Wywożenie miało miejsce przeważnie w nocy pomiędzy godziną drugą a trzecią, czyli tuż przed świtem, kiedy człowiek z reguły pogrążony jest w najgłębszym śnie. Aresztowanym rodzinom pozwalano zabrać ze sobą jedynie podręczny bagaż, na spakowanie którego enkawudziści dawali tylko piętnaście minut. W praktyce były to dwie walizki lub dwa tobołki. Przed opuszczeniem Borysławia, Niemcy w swoim rozporządzeniu napisali, że Polacy, podobnie jak ludność pochodzenia niemieckiego, mogą również opuścić miasto i udać się na zachód przez San. W związku z tym wśród Polaków wytworzyły się dwa przeciwstawne obozy, ponieważ jedni chcieli natychmiast wyjechać, uciekając przed bolszewikami, inni zaś uważali, że trzeba zostać w domu, ponieważ wierzyli, że większa liczba Polaków będzie w stanie osłabić sowieckie roszczenia do tych ziem.


Borysław. Dworzec kolejowy (1905)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

W takich okolicznościach przychodzi żyć bohaterom najnowszej powieści autorstwa Marii Paszyńskiej. Poznajemy ich latem 1939 roku, czyli tuż przed wybuchem wojny. Na pierwszy plan wysuwają się bliźniaczki: Stefania i Elżbieta Łukowskie. Na co dzień mieszkają właśnie w Borysławiu, lecz każdego roku spędzają wakacje u dziadków Białkowskich we dworze. Ich ojciec to oficer Wojska Polskiego, natomiast matka zajmuje się domem, mając na wychowaniu dwuletniego synka, Lucka. Dziewczyny mają piętnaście lat, więc są już w miarę samodzielne. Każda z nich ma swoje marzenia i plany na przyszłość. Pomimo że są bliźniaczkami, to jednak różnią się pod względem charakteru. Stefania to typowa panna z dobrego domu, która jest świadoma własnej urody, pracą się brzydzi, bo wszak od tego jest służba, pragnie wyjść za mąż za chłopaka z wyższej sfery, ponieważ nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby kiedykolwiek biedować albo znaleźć się na językach innych ludzi, tylko dlatego, że nie potrafiła zadbać o to, by dobrze się w życiu ustawić. Z kolei Elżbieta, zwana przez bliskich Halszką, to zupełne przeciwieństwo Stefanii. Dziewczyna nie boi się pracy, porozmawia z każdym, bez względu na jego status społeczny czy majątkowy, nie jest egoistką, jak jej siostra, i poza czubkiem własnego nosa dostrzega coś jeszcze.

Wydaje się, że dziewczyny są sobie bliskie, lecz to jedynie pozory. Prawda wygląda zupełnie inaczej i jeśli do tej pory nie było tego widać, to tylko dlatego, że nie było ku temu okazji. Wszystko bowiem zmienia się, kiedy Elżbieta poznaje przystojnego Jędrzeja Walickiego, który podobnie jak bliźniaczki, również spędza wakacje u rodziny na wsi. Jędrzej studiuje we Lwowie medycynę i nie podoba mu się wiele z tego, co się obecnie dzieje. Nie jest ślepy i widzi, jak traktowani są Żydzi, którzy przecież niczemu nie są winni. Nacjonalizm i antysemityzm zaczynają w Polsce coraz bardziej przybierać na sile, a dowodem tego są tak zwane „getta ławkowe”. Chłopak boi się, że jeszcze trochę, a zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Swoimi obawami dzieli się z Halszką, która doskonale go rozumie, co jeszcze bardziej przyciąga go do niej. Jędrzej jest pewny, że pewnego dnia Elżbieta zostanie jego żoną. Niestety, ani Halszka, ani młodzieniec nie wiedzą, że chłopak wpadł już wcześniej w oko Stefanii. Dzień, w którym Stefcia dowiaduje się o tym, jak bardzo Elżbieta stała się bliska jej ukochanemu, jest ostatnim dniem, kiedy dziewczyna jest w stanie zapanować nad swoją niechęcią do siostry. Nienawiść i chęć zemsty coraz bardziej przybierają na sile w jej młodym sercu, a to nie wróży niczego dobrego w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami wojny.


Tak Sowieci świętowali atak na Polskę.
Na zdjęciu widać defiladę kawalerii po kapitulacji Lwowa;
Wały Hetmańskie obok Grand Hotelu (28 września 1939).

autor nieznany


Gdy nadchodzi pamiętny dzień 1 września 1939 roku wszyscy są przerażeni. Oczywiście młodzi mężczyźni, w tym Jędrzej Walicki, dostają powołanie do wojska. W jednostce wojskowej musi także stawić się Władysław Łukowski, czyli ojciec bliźniaczek. Pożegnanie jest bardzo wzruszające. Wtedy też ojciec przykazuje Elżbiecie – swojej ulubienicy – żeby opiekowała się rodziną pod jego nieobecność. Jak bardzo Halszka weźmie sobie do serca te słowa? Czy w toczącej się zawierusze wojennej będzie w stanie dotrzymać danego ojcu słowa? Czy mając u boku Stefanię, która jej nienawidzi, będzie mogła opiekować się matką, małym braciszkiem i dziadkami, nie mówiąc już o siostrze bliźniaczce? Zapewne łatwiej byłoby jej to zrobić, gdyby nie pewna mroźna lutowa noc 1940 roku. To wtedy do dworu wkraczają enkawudziści i każą się pakować. Jak wielki bagaż można ze sobą zabrać, kiedy sowieccy okupanci dają tylko piętnaście minut? Nie obywa się też bez brutalności ze strony żołnierzy. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, co ich czeka i że być może Łukowscy i Białkowscy już nigdy się nie spotkają. I tak oto rozpoczyna się dramatyczna podróż Łukowskich w nieznane. Stłoczeni, niczym śledzie w beczce, w cuchnących bydlęcych wagonach jadą tam, skąd może już nie być powrotu. Tak ekstremalne warunki źle wpływają nie tylko na fizyczne zdrowie człowieka, ale także na jego psychikę, a gdy dodatkowo po drodze traci się kogoś najbliższego, to faktycznie można postradać zmysły. Do okrutnych Sowietów nie docierają żadne prośby. Śmieją się swoim ofiarom w twarz i świetnie się przy tym bawią.

Deportacja Polaków
z Kresów Wschodnich
Dziewczęta wygnane to pierwszy tom całkiem dobrze zapowiadającej się trylogii pod wspólnym tytułem Owoc granatu. Niniejsza powieść to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marii Paszyńskiej, które uważam za bardzo udane. Oczywiście tematyka książki nie jest dla mnie jakimś szczególnym zaskoczeniem, ponieważ tego typu publikacji czytałam już w swoim życiu całkiem sporo. Była to nie tylko beletrystyka, ale przede wszystkim literatura faktu: pamiętniki, dzienniki, wspomnienia czy reportaże. Poznałam też losy Polaków wywiezionych na Syberię z opowiadań osób, które miałam szczęście spotkać osobiście, a które jako dzieci zostały brutalnie pozbawione domu i razem z rodzicami musiały tułać się po obcej ziemi, nie mając nadziei na przeżycie. Dlatego też samo tło historyczne niniejszej lektury jest mi doskonale znane i podczas czytania wiedziałam z wyprzedzeniem, co będzie dalej i dokąd trafią bohaterowie. Mogę też przypuszczać, co takiego stało się z Władysławem Łukowskim, skoro był oficerem Wojska Polskiego. W związku z tym bardziej interesowała mnie kreacja poszczególnych postaci i ich reakcja na zaistniałe dramatyczne okoliczności.

Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście siostry Łukowskie. Jak już wspomniałam powyżej, dziewczyny są do siebie podobne jedynie pod względem urody, natomiast charaktery mają diametralnie różne. Niemniej okoliczności, w jakich muszą żyć zmuszają je do tego, aby inaczej spojrzeć na życie. Sytuacja, w jakich człowiek musi nagle egzystować, z reguły sprawia, że zmienia się jego postrzeganie świata. Czy tak samo dzieje się z dziewczętami? Nie do końca. Podczas gdy Elżbieta wie, że musi zrobić wszystko, aby przeżyć, gdyż jest odpowiedzialna za rodzinę i to nią musi się zająć, Stefania dba jedynie o własne dobro. Ona wciąż nie może zapomnieć, że Halszka odbiła jej ukochanego. Dla niej nie ma znaczenia, że na Syberii każdego dnia może stracić życie. Jedyne, co ją interesuje, to pielęgnowanie nienawiści do siostry. Wydaje się nawet, że utrata najbliższych niewiele ją obchodzi. To ona jest najważniejsza. Dlatego też wysoce prawdopodobne jest, że czytelnik znacznie większą sympatią zapała właśnie do Halszki, która jest w stanie naprawdę wiele znieść, aby tylko zapewnić bezpieczeństwo siostrze.

Na kartach powieści „żyją także bohaterowie drugoplanowi, którzy są równie istotni. Jedni pojawiają się na krótko, zaś inni pozostają dłużej. Są też tacy, którzy nie do końca pasują do fabuły, jak na przykład tajemnicza leśna szamanka otoczona krukami. Ten wątek zalatuje nieznacznie fantastyką i zastanawiam się, w jakim celu został wplątany do fabuły. Możliwe, że Autorka ma jakieś plany w związku z tą postacią i odkryje je w kolejnych częściach trylogii, a jeśli nie, to moim zdaniem szamanka pojawiła się w książce tylko po to, aby zwiększyć objętość powieści. Na chwilę obecną ta postać wydaje mi się zupełnie zbędna i niepasująca do całości. Ponadto mieszanie fantastyki, choćby bardzo delikatnej, z wydarzeniami, które stanowią fakt historyczny, nawet jeżeli bohaterowie są fikcyjni, nie do końca się sprawdza, przynajmniej w moim odczuciu. Bardzo dobrze natomiast opisane są losy Polaków nie tylko w trakcie przebywania na Syberii, ale przede wszystkim po jej opuszczeniu, co skutkuje dotarciem do Iranu.


Obóz polskich uchodźców w Iranie w 1943 roku
źródło: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych


Zawsze trudno jest mi oceniać powieść, która stanowi część cyklu, ponieważ ze zrozumiałych powodów wiele wątków jest niedokończonych. Na tym etapie może bowiem wydawać się, że coś w powieści zgrzyta, jak wspomniana wyżej szamanka. Z drugiej strony jednak to, co teraz wydaje się błędem czy niedopowiedzeniem, w kolejnym tomie może zostać rozwinięte, a czytelnik czy recenzent stwierdzi, iż nie miał racji. Dlatego też powstrzymam się od jednoznacznej oceny Dziewcząt wygnanych i poczekam na kolejną część tej historii, która bez wątpienia jest wciągająca i bardzo dobrze się ją czyta. Jest ona również doskonała dla tych, którzy nie posiadają dostatecznej wiedzy na temat drugiej wojny światowej, a szczególnie tej części historii związanej z atakiem Sowietów na Polskę. Nie każdy bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że my-Polacy też kiedyś byliśmy uchodźcami i bez pomocy życzliwych „obcych”, którzy narażali dla nas własne zdrowie i życie, nie dalibyśmy rady przeżyć.






___________________________________________
Informacje na temat Borysławia zaczerpnęłam z książki:
Adam Żarski, Okupacyjne wspomnienia z Borysławia i opowiadania z ZSRR, Wyd. Centrix.pl s.c. Krzysztof Cebula i Tomasz Kalota, Wrocław 2007 [klik].




sobota, 16 grudnia 2017

Katrina Shawver – „Henry: A Polish Swimmer’s True Story of Friendship from Auschwitz to America”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 
Dziękuję!



Wydawnictwo: Köehler Books
Virginia Beach 2017




Kraków był jednym z miast, które w czasie drugiej wojny światowej poważnie ucierpiały z uwagi na straty w ludziach. Podczas gdy takie miasta, jak Warszawa, Poznań, Białystok, Gdańsk czy Elbląg zostały praktycznie zrównane z ziemią, cierpiąc z powodu kolejnych marszów wrogich wojsk oraz długotrwałej okupacji hitlerowskiej, Kraków będący największym i najważniejszym miastem południowej Polski, pozostał niemalże nietknięty. Możliwe, że sytuacja ta wynikała z tego, iż Niemcy pragnęli zapewnić mu pewną ochronę, gdyż ustanowili tam główną siedzibę nazistowskiego rządu generalnego. Innymi słowy miasto zostało przejęte przez hitlerowców, stając się stolicą pseudo-państwa, które obejmowało wówczas południowo-wschodnią połowę dzisiejszej Polski oraz południową część obecnej Ukrainy. Przedsięwzięcie to kontrolował Hans Frank (1900-1946), który po wojnie został uznany zbrodniarzem wojennym i stracony w Norymberdze. Za swą pierwszą bazę Hans Frank obrał sobie Wawel, czyli dawną siedzibę polskich królów. Tak więc pomimo że architektura Krakowa nie została zniszczona w czasie wojny, tak jak miało to miejsce na przykład w Warszawie, to jednak tego samego nie można powiedzieć o kulturze miasta i jego mieszkańcach.

Już na samym początku wojny Niemcy zdecydowali, że nie zamierzają dzielić miasta z ludnością żydowską. Trzeba wiedzieć, że przed wybuchem wojny, w Krakowie żyło sześćdziesiąt tysięcy Żydów, co stanowiło jedną czwartą całej populacji. Niemiecka okupacja Krakowa rozpoczęła się w dniu 6 września 1939 roku. Wtedy też hitlerowcy zlikwidowali społeczną organizację żydowską i powołali swoją własną, która miała za zadanie zająć się sprawą nie tylko krakowskich Żydów, ale także tych mieszkających na terenie całego kraju. Mowa oczywiście o Żydowskiej Radzie Starszych (z niem. Judenrat). W kwietniu 1940 roku wydano rozkaz, aby Żydzi opuścili Kraków w ciągu najbliższych czterech miesięcy. W tym okresie z miasta ewakuowano trzydzieści pięć tysięcy ludności żydowskiej, wciąż pozostawiając piętnaście tysięcy. Od tamtej pory Kraków stał się stolicą Polski okupowanej przez hitlerowców.

W marcu 1941 roku Niemcy wybudowali getto w dzielnicy Podgórze, na południe od Wisły, w którym zamieszkało dwadzieścia tysięcy Żydów, w tym również Żydów z okolicznych gmin. Bardzo szybko getto stało się miejscem, gdzie ludzie umierali z głodu, a z powodu przeludnienia rozprzestrzeniały się także śmiertelne choroby, nie mówiąc już o niewyobrażalnej brutalności Niemców, którzy mordowali Żydów, kiedy tylko przyszła im na to ochota. Masowe deportacje z getta rozpoczęły się w czerwcu 1942 roku. Wtedy to pięć tysięcy Żydów zostało wysłanych do obozu śmierci w Bełżcu. Z kolei w październiku 1942 roku do Bełżca wywieziono kolejne sześć tysięcy Żydów. Podczas tej akcji naziści rozstrzelali tych, którzy przebywali w szpitalu, domu starców, a także dzieci z sierocińca. W samym getcie śmierć poniosło około kilkuset Żydów. Likwidacją getta zajął się Amon Göth (1908-1946), wysyłając ludzi zdolnych do pracy do nazistowskiego obozu w Płaszowie, zaś innych rozkazywał mordować na ulicach lub w ich domach, a resztę wysyłać na pewną śmierć do Auschwitz. 


Esesmani przed bramą nazistowskiego obozu śmierci w Bełżcu (1942)


Już na samym początku wojny Kraków stracił wielu swoich czołowych myślicieli, a stało się to wówczas, gdy Niemcy aresztowali profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Było to 6 listopada 1939 roku. Profesorowie zostali wysłani do niemieckich obozów koncentracyjnych. Polacy, którzy pozostali w Krakowie każdego dnia byli świadkami tego, jak bardzo zmieniło się ich miasto. Sklepy, domy i generalnie całe dzielnice zostały przejęte przez nazistów. Nawet krakowski Rynek utracił swoją nazwę, gdyż został przemianowany na Adolf Hitler Platz. Przez całą wojnę widoczny był opór ze strony krakowian. W mieście działała Armia Krajowa, która planowała tutaj powstanie, które miało być podobne do tego, jakie w sierpniu 1944 roku wybuchło w Warszawie. Ostatecznie decyzja o powstaniu została jednak odwołana, a stało się tak dlatego, iż siły hitlerowskie były tam zbyt duże, podczas gdy wielu młodych i zdolnych do walki krakowian zostało aresztowanych. Brakowało także broni, której można byłoby użyć w ewentualnym powstaniu.

Nie bez powodu przybliżyłam realia, jakie panowały w Krakowie w czasie drugiej wojny światowej. Zrobiłam to dlatego, iż bohater niezwykłej biografii autorstwa amerykańskiej dziennikarki Katriny Shawver był związany właśnie z Krakowem. To tam się urodził, tam dorastał i tam został aresztowany przez Niemców, a potem zamknięty w więzieniu mieszczącym się przy ulicy Montelupich. Miejsce to początkowo pełniło funkcję koszar wojskowych, a znajdowało się w budynku, który od XVI wieku należał do włoskiej rodziny kupiecko-bankierskiej Montelupich. Z kolei w 1905 roku władze austriackie zdecydowały, że będzie tam sąd wojskowy, który wcześniej znajdował się na Wawelu. Potem sąd przekształcono w więzienie. Podczas drugiej wojny światowej w budynku tym znajdowało się hitlerowskie więzienie policyjne, nad którym kontrolę sprawowało Gestapo. W latach 1940-1944 więzionych było tam około pięćdziesiąt tysięcy osób.


Więźniowie z Więzienia Montelupich w 1939 roku


Życie Henryka Zgudy (1917-2003) zapowiadało się naprawdę wspaniale. Był świetnym pływakiem oraz piłkarzem wodnym, a także znał języki obce. Gdyby nie wybuch wojny, wówczas możliwe, że jego życie potoczyłoby się zgoła inaczej. W 1942 roku został aresztowany przez Niemców i uwięziony we wspomnianym wyżej więzieniu przy ulicy Montelupich. Potem został wywieziony do Auschwitz, a stamtąd trafił do nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Buchenwald, który funkcjonował od lipca 1937 roku aż do końca wojny. Henryk Zguda przebywał także w niemieckim obozie w Flossenbürg. Przeżył również dramatyczny marsz śmierci, trafiając w końcu do Dachau, gdzie pod koniec wojny został wyzwolony. Życie w powojennej komunistycznej Polsce też nie było łatwe. Nowe władze rozpoczęły masowe prześladowania, których nie uniknął również Henryk. Ostatecznie udało mu się wyemigrować do Ameryki, gdzie poślubił miłość swojego życia i tam zmarł w 2003 roku, mając osiemdziesiąt sześć lat. Nigdy nie zapomniał jednak o pływaniu. Emigracja do Stanów Zjednoczonych była dla niego swego rodzaju ucieczką od świata, który nie był już tym samym, jaki Henryk pamiętał sprzed wojny. Trzeba pamiętać, że nie osiągnąłby tego wszystkiego, gdyby nie przyjaciele, na których mógł liczyć w każdej chwili.

Książka Katriny Shawver to niezwykła relacja o człowieku, który przeżył pomimo ogromnego okrucieństwa, jakie obecne było w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Podczas pisania Autorka zadbała o każdy szczegół. Na kartach książki czytelnik poznaje Henryka, który był naprawdę niezwykłym człowiekiem. Do tego dochodzi jeszcze historia tak tragiczna, że można być niemal pewnym, iż z tego piekła nie ma już powrotu do normalnego życia. Katrina Shawver w niesamowicie interesujący sposób ukazuje losy Henryka Zgudy, a całość wzbogacają dodatkowo liczne fotografie. Biografia powstała w oparciu o serię wywiadów, jakie autorka przeprowadziła z Henrykiem Zgudą w latach 2002-2003, czyli tuż przed jego śmiercią. Tak sobie myślę, że jakaś niewidzialna siła musiała kierować tym, że Katrina Shawver mogła spotkać się jeszcze z Henrykiem, aby móc spisać jego wspomnienia, które tak naprawdę są hołdem złożonym wszystkim, którzy tę straszną wojnę przeżyli, a także jej śmiertelnym ofiarom. Takich książek powinno powstawać jak najwięcej, choć z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze, ponieważ naocznych świadków tamtych wydarzeń jest już coraz mniej.


Katrina Shawver & Henry Zguda w 2003 roku


Na kartach książki czytelnik poznaje nie tylko wydarzenia, które miały miejsce w życiu Henryka Zgudy, ale także może przeczytać, jak bardzo emocjonalnie do pisania o nich podeszła sama Autorka. Tak więc nie brak również jej własnych spostrzeżeń i uwag. Poza tym czytelnik dowie się też, jak wyglądała Polska przed wojną, zanim Adolf Hitler (1889-1945) postanowił zniszczyć nie tylko kraj, ale przede wszystkim ludzi w nim żyjących. Bohater książki to naprawdę piękna postać niezależnie od tego, jakiego fragmentu życia dotyczy jego opowieść. Bardzo często Henryk wspomina o niezwykłej wewnętrznej sile, która pomagała mu przetrwać najgorsze chwile jego życia. Niektórych może dziwić fakt, iż pomimo wszechobecnego terroru, nigdy nie narzekał na swój los, choć to wcale nie oznacza, że go akceptował. Możliwe, że wynikało to z jego ogromnego pragnienia życia. Właśnie to pragnienie dodawało mu sił, aby przeżyć każdy kolejny dzień. Historia Henryka, choć tragiczna, to jednak daje nadzieję i podnosi na duchu.

Na świecie żyje wielu ludzi, którzy tak naprawdę wciąż niewiele wiedzą o okrucieństwie drugiej wojny światowej. Nie do końca rozumieją także na czym polegał Holokaust. Dlatego też ta książka może być dla nich doskonałym źródłem informacji wypełniających luki w ich wiedzy historycznej. Nie mam słów, aby wyrazić swoje emocje po przeczytaniu tej książki. Ze swej strony mogę być tylko wdzięczna Autorce, że podjęła się tak trudnego tematu. Dla Polaków bardzo ważne jest to, by świat dowiedział się o tym, jak wielki dramat przeżyliśmy, kiedy 1 września 1939 roku hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę. Ale przecież to nie wszystko, bo kilkanaście dni później (17 września) to samo zrobił Związek Sowiecki na czele z Józefem Stalinem (1878-1953). Polecam zatem książkę Katriny Shawver każdemu, kto pragnie poznać niezwykłą historię człowieka, który przeżył piekło, a mimo to nigdy się nie poddał i nie stracił wiary w ludzi.





Email: katrina@katrinashawver.com
Strona internetowa Autorki:  katrinashawver.com
HENRYK na Book Depository: Click here
HENRYK na Amazon UK: Click here


Jeśli chcesz przeczytać tę recenzję w języku angielskim, kliknij tutaj.
If you wanto to read this review in English, please click here







środa, 7 czerwca 2017

Zofia Mąkosa – Wendyjska winnica. Cierpkie grona










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 
Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2017



W przedwojennej prasie co pewien czas pojawiały się informacje o wedyjskiej, czyli innymi słowy łużyckiej wsi, leżącej w Poznańskiem. Chodzi oczywiście o Chwalim znajdujący się najpierw w powiecie babimojskim, a po 20 grudnia 1920 roku, w powiecie wolsztyńskim pod miasteczkiem Kargowa (z niem. Karge, Unruhstadt) tuż na granicy Śląska z Brandenburgią. Przykładem jest czasopismo Ziemia z 1910 roku, na łamach którego napisano, iż chwalimscy Wendowie są na wymarciu; przez trzydzieści lat nie wpuszczano do wsi ani Niemców, ani Polaków, zaś małżeństwa dobierały się wyłącznie w obrębie ludności tej wsi; do roku 1881 nauka przygotowawcza do konfirmacji (sakramentów) odbywała się w kościele ewangelickim w Kargowej w języku wendyjskim, a dopiero od marca 1907 roku zniesiono tam wendyjskie nabożeństwa. Z kolei podczas spisu ludności w dniu 1 grudnia 1910 roku posługiwanie się językiem wedyjskim – jako ojczystym – podało w powiecie babimojskim sto siedemnaście osób, co z całą pewnością odnosiło się wyłącznie do mieszkańców Chwalimia. Natomiast Wendów pochodzących z powiatu międzyrzeckiego traktowano już jako „wędrowne jednostki”. Z kolei w 1912 roku pisano, że kolonia łużycka w Chwalimiu w Poznańskiem pomału już zanika.

W 1861 roku polski prawnik, historyk i przyjaciel narodu łużyckiego Wilhelm Bogusławski (1825-1901) w Rysie dziejów serbołużyckich wydanych w Piotrogrodzie (Petersburg) pisał: Ogromne zniszczenie Łużyc podczas trzydziestoletniej wojny pobudziło część Dolnołużyczan wysiedlić się do Polski i na granicy jej ze Śląskiem, we wsi Chwalimie nad Obrzycą, założyć osobną osadę, nie łącząc się z Niemcami. Mieszkańcy wsi Chwalima [forma to mylna, w rzeczywistości bowiem ludność mówi Chwalimia, w Chwalimiu, w zgodzie z gramatyczną zasadą tej od imienia Chwalim, Chwalima pochodzącej nazwy dzierżawczej], będąc wyznania ewangelickiego należą do parafii protestanckiej w Kargowie, gdzie się dla nich odprawia nabożeństwo po polsku co dwa tygodnie.

Kazimierz Nitsch
Wcześniej, bo w 1846 roku, w Opisaniu historyczno-statystycznym Wielkiego Księstwa Poznańskiego można było przeczytać takie oto słowa: Wieś Chwalim jest jedyną w całym powiecie przez Słowian wyznania luterańskiego zamieszkałą. Są to Łużyczanie, czyli Wendowie z Dolnej Łużycy. Gdy po najazdach szwedzkich kraj został wyludniony, przybyli między innymi osadnikami Wendowie, założyli osadę oddzielną, nie łącząc się z Niemcami, mimo wspólnego wyznania. Dotąd zachowywali dialekt właściwy, do polskiego zbliżony. Modlą się na książkach polskich gotyckimi głoskami drukowanych, i należą do parafii w Kargowie, gdzie dla nich co dwa tygodnie odbywa się luterskie nabożeństwo w języku polskim. – Widomość udzielona przez obywatela w powiecie zamieszkałego.

Polski językoznawca slawista, historyk języka polskiego i dialektolog Kazimierz Nitsch (1874-1958) podczas swojego życia wędrował po Polsce celem bliższego poznania owych Wendów, którzy bardzo go interesowali. Uważał bowiem, że brak pewności historycznej dość silnie nasuwa podejrzenia odnośnie do autentyczności Wendów. I tak oto w 1906 roku poznał bardzo interesujący pod względem językowym południowo-zachodni kącik Wielkopolski, a były to Dąbrówka nad Zbąszyniem i Nowe Miasto pod Babimostem, od którego niedaleko już na południe, natomiast za jeziorem leżał ów Chwalim. Tak się jakoś złożyło, że Kazimierz Nitsch nie miał czasu na dłuższy pobyt w okolicach Chwalimia, więc pewnego słonecznego dnia rowerem dojechał do wendyjskiej wsi i w jakiejś przydrożnej karczmie zaczął rozmowę po niemiecku z jednym z bywalców tejże karczmy. Posłużył się językiem niemieckim, ponieważ nie chciał urazić owego mężczyzny, który być może nie pałał sympatią do Polaków. Językoznawca pytał zatem o winnice, z których słynął tamten teren, a potem także o pochodzenie swojego rozmówcy. Chciał bowiem upewnić się, że ma do czynienia z rodowitym Chwalimiakiem. Na koniec zapytał go również o jego narodowość i język. Okazało się, że zagadnięty mężczyzna był najprawdziwszym Wendem i mówił po wendyjsku, a przynajmniej tak mu się wydawało. Kazimierz Nitsch nie chciał jednak wyprowadzać swojego rozmówcy z błędu, gdyż na podstawie dalszej już rozmowy stwierdził, że mężczyzna używa czysto polskiej gwary, choć nie była to gwara wielkopolska, lecz śląska. 

Oczywiście na tym się nie skończyło, gdyż językoznawcę coraz bardziej zaczął interesować Chwalim, do którego zawitał po kilku miesiącach. Wtedy też udał się wprost do domu – podobno najwięcej jeszcze wówczas mówiącego po polsku – Macieja Swady-Fiedlera. Był to mężczyzna sześćdziesięcioletni, który mówił całkiem biegle swoim polskim dialektem, a – według małżonki – robił to zwłaszcza wtedy, gdy się z nią kłócił. Z kolei kobieta posługiwała się językiem, który był zbliżony do niemieckiego. Ich trzydziestoletni syn co prawda rozumiał rodziców, lecz po polsku albo nie chciał już mówić, albo ten język sprawiał mu trudność. Najprawdopodobniej w tamtym okresie, czyli na początku XX wieku, chwalimskie dzieci jeszcze rozumiały po polsku, ale mimo to posługiwały się na co dzień językiem niemieckim. W czasie, kiedy Kazimierz Nitsch odwiedzał Chwalim, okolica naprawdę zachęcała do wycieczek. Szczególną uwagę należało wówczas zwrócić na chwalimskie winnice, piękne jezioro wojnowskie, ładny stary kościółek w Nowym Kramsku, czy też kolorowe kobiece stroje w Dąbrówce. Niestety, po pierwszej wojnie światowej winnice zaczęły obumierać, zaś Chawlim został przyłączony do Trzeciej Rzeszy i wrócił do Polski dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Pomnik Poległych na placu
przed Ratuszem w Kargowej
(z niem. Unruhstadt)
Lata przedwojenne.
autor nieznany
Kiedy więc czytelnik na kartach powieści przenosi się do Chwalimia i spotyka Martę Neumann i jej rodzinę, wieś znajduje się pod rządami Berlina. Jest rok 1938. Sytuacja polityczna staje się coraz bardziej napięta. Naziści czują się już pewni swego. Adolf Hitler (1889-1945) jest traktowany niczym bóg, którego należy wielbić bez względu na wszystko. Panuje powszechne przekonanie, że każde działanie Führera nie niesie ze sobą żadnych szkód. Wszystko, co robi Wódz jest dobre, szlachetne i może jedynie sprzyjać Trzeciej Rzeszy, aby wynieść ją na piedestał. Niemcy są kimś na kształt narodu wybranego, zaś cała reszta to nic nieznaczące śmieci, które należy zniszczyć. Oczywiście największą nienawiścią trzeba darzyć Żydów, bo to oni są wszystkiemu winni. I choć do niedawna Żydzi i Niemcy żyli obok siebie i żadnej ze stron nie przeszkadzało kogo tak naprawdę ma za sąsiada, to jednak teraz nikt już o tym nie pamięta. Przerażające jest też to, że nienawiść do obcych wmawia się tym najmłodszym. Dziecięce i młodzieżowe organizacje hitlerowskie robią, co tylko mogą, aby wyprać mózgi i serca swoich podopiecznych z wszelkiej empatii wobec tych, którzy nie są Niemcami.

Marta Neumann uważa siebie za Niemkę, choć w jej rodzinie są także osoby o innej narodowości. Na przykład Janka Kaczmarek, której ojciec był Polakiem. Poza tym jest również nestorka rodu Gertruda Wielgus, która pochodzi z Wendów, czyli Słowian. Staruszka wcale nie ukrywa swojego pochodzenia. Używa wedyjskiego języka i choć ostatnio pamięć płata jej figle, to jednak wciąż opowiada o tym, co było. Tych historii z ogromną ciekawością słucha szczególnie nastoletnia córka Marty – Matylda. Dziewczyna wydaje się być mądrą nastolatką, która wychowywana jest w poszanowaniu wartości, lecz hitlerowska dziewczęca organizacja, do której należy Tila, może to wszystko zmienić. Tam uczą ją przecież bezwarunkowej miłości do Hitlera, a to oznacza, że dziewczyna będzie musiała myśleć zupełnie innymi kategoriami, niż te, jakie wyniosła z rodzinnego domu. Poza tym, ojciec Matyldy – Walter Neumann – jest członkiem partii, a to również do czegoś zobowiązuje.

Rodzina Neumannów jest przykładem typowej przedwojennej wiejskiej familii. Marta odziedziczyła majątek po rodzicach i obiecała im, że nigdy nie opuści gospodarstwa, lecz będzie w nim pracować do końca swoich dni. Z kolei jej mąż Walter to typowy mieszczuch, który w imię miłości do Marty był w stanie zostawić swoje wygodne życie w Berlinie i osiedlić się w Chwalimiu, a właściwie w Altreben, i tam pracować jako urzędnik państwowy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że w miarę możliwości pomaga żonie w gospodarstwie. Najbardziej jednak do pracy zaprzęgana jest nastoletnia Tila. Dziewczyna często pracuje ponad swoje siły, co niekorzystnie odbija się na jej działalności na rzecz Rzeszy. Jej nieobecność na zbiórkach natychmiast jest zauważana i odpowiednio komentowana. Nie godzi się bowiem stawiać inne zajęcia ponad miłość do Führera, gdyż niekiedy grozi to nawet bardzo poważnymi konsekwencjami. W gospodarstwie Neumannom pomaga także Janka Kaczmarek, która jest kuzynką Marty. Kobieta ma nieco inne spojrzenie na otaczający ją świat. Pewnego dnia faszystowska ideologia wkrada się jednak w codzienne życie naszych bohaterów i tak naprawdę nie wiadomo już komu można ufać. Możliwe, że ten, kto jeszcze do niedawna wydawał się przyjacielem, teraz pierwszy pobiegnie donieść odpowiednim władzom o przewinieniu brata, siostry, sąsiada, męża czy żony. Tak więc wciąż trzeba być czujnym, a najlepiej jeśli bez słowa sprzeciwu wykonuje się postanowienia Führera i to jemu oddaje się bezgraniczny hołd.


Członkinie Związku Niemieckich Dziewcząt (z niem. Bund Deutscher Mädel; BDM)
W takim mundurze często można spotkać Matyldę Neumann.
Zdjęcie pochodzi z 1935 roku.
fot. Georg Pahl (1900-1963)


W swojej debiutanckiej powieści Zofia Mąkosa ukazuje wzajemne relacje łączące poszczególnych bohaterów. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się tutaj kobiety, które są silne i wiedzą, czego chcą od życia. I choć czasami niektóre z nich postępują lekkomyślnie, nie dbając o własne bezpieczeństwo, a jedynie o stronę emocjonalną swojego życia, to jednak nie są w tym same i mogą liczyć na wsparcie innych. Autorka pokazuje także drugą stronę życia w Altreben. Wśród mieszkańców wsi nie brak bowiem takich, którzy tylko czekają na to, aby sąsiada dotknęło jakieś niepowodzenie, w czym bardzo chętnie pomogą. Teraz kiedy sytuacja polityczna tak bardzo się zmieniła można przecież pomóc losowi i sprawić, że gestapo ochoczo zainteresuje się tym, czy innym delikwentem. 

Cierpkie grona to powieść, w której Zofia Mąkosa pokazuje wojnę od tej drugiej strony. Jest to niespotykana sytuacja, zważywszy na to, że polscy pisarze zazwyczaj przedstawiają wojenne realia wdziane oczami Polaków. W tym przypadku czytelnik ma możliwość poznania tego dramatycznego fragmentu historii z perspektywy zwykłych Niemców. I tak oto widzimy, jak bardzo destrukcyjnie na człowieka wpływa hitlerowska propaganda słyszana w radiu czy na zbiórkach rozmaitych młodzieżowych organizacji. Od najmłodszych lat wmawia się dzieciom, że liczy się tylko rasa aryjska, zaś wszystkich innych należy zniszczyć. Poza tym wiele też mówi się o tym, jak bardzo humanitarni są Niemcy, co tylko świadczy o tym, że nikomu nie wyrządzają krzywdy, a swoich wrogów traktują z szacunkiem. Natomiast wszelkiego rodzaju nazistowskie obozy koncentracyjne, gdzie każdego dnia brutalnie morduje się niewinnych ludzi, to jedna wielka bzdura. Na tej podstawie można wysnuć wniosek, że to Trzecią Rzeszę bezprawnie zaatakowano i teraz musi się bronić, bo przecież to Niemcy padli ofiarą tej okrutnej wojny. Najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że zwykli Niemcy w to wierzą i nie dadzą powiedzieć złego słowa o swoim kraju i jego przywódcy.


A tak z kolei wyglądają chłopcy, w których beztroskie życie wkrada się okrutna
faszystowska ideologia.

Na zdjęciu widać grupę członków Hitler-Jugend
(z pol. Młodzież Hitlera).
Zdjęcie pochodzi z 1933 roku.
autor nieznany

Nie wszystkich bohaterów tej opowieści można polubić. Przyznam, że Marta Neumann przez większą część książki nie wzbudzała mojej sympatii. Można bowiem odnieść wrażenie, że jest to kobieta, dla której liczy się jedynie praca w gospodarstwie, zaś rodzina i jej potrzeby odsuwa na dalszy plan. Jej relacje z mężem, któremu naprawdę na niej zależy, pomimo tego, że nie jest wobec niej do końca uczciwy, są naprawdę złe. Przypuszczam, że gdyby Marta poświęcała więcej uwagi Walterowi, wówczas ten nie szukałby przygód poza domem. Swoją nastoletnią córkę Marta również nie traktuje najlepiej. Wygląda na to, że Matylda stanowi dla niej siłę roboczą w gospodarstwie. Na pewno gdzieś w skrytości nasza bohaterka kocha swoje jedyne dziecko, lecz na zewnątrz praktycznie tego nie pokazuje. Dopiero dramatyczne przeżycia przeplatane chwilami szczęścia sprawiają, że Marta Neumann zaczyna inaczej patrzeć na życie i ludzi, którzy są wokół niej. To wszystko jest tak bardzo realne i wiarygodne, że czytelnik chłonie fabułę powieści niczym gąbka wodę. Autorka nie zapomniała również o problemie Holokaustu, tym razem jednak ukazanego z perspektywy Berlina. 

Moim zdaniem Cierpkie grona to powieść, która zasługuje na szczególną uwagę. W sytuacji, gdy polski rynek wydawniczy zapełniany jest literaturą kobiecą na różnym poziomie, Zofia Mąkosa wychodzi do czytelnika z książką, która zmusza do myślenia i refleksji nad naprawdę trudną niemiecko-polską historią. Autorka stwarza czytelnikowi możliwość dokonania oceny postępowania poszczególnych bohaterów, jak również ukazuje historię powszechnie nieznaną, choć bardzo interesującą.











poniedziałek, 8 maja 2017

Santa Montefiore – „Cygańska Madonna”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: The Gypsy Madonna
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska

 


Mauriac to niewielkie miasteczko położone w południowo-zachodniej części Francji, w rejonie Akwitanii, gdzie najważniejszym miastem jest Bordeaux. Czasy drugiej wojny światowej dla nikogo nie były łatwe, nawet dla Niemców. Wśród nich byli też i tacy, którzy mówili Adolfowi Hitlerowi (1889-1945) stanowcze NIE. Przypomnijmy sobie choćby historię polskiego kompozytora i pianisty pochodzenia żydowskiego Władysława Szpilmana (1911-2000), który życie zawdzięczał właśnie takiemu zbuntowanemu faszyście. Niemniej, w przypadku Cygańskiej Madonny nie mamy do czynienia z literaturą faktu. Przypomniałam tę historię tylko dlatego, aby zwrócić uwagę na pewną analogię pomiędzy wydarzeniami rzeczywistymi a fikcją literacką.

Otóż powieściowy Dieter Schultz jest oficerem Wehrmachtu i na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie szczerze oddanego sługi Adolfa Hitlera. W czasie wojny na czele swojego oddziału trafia do francuskiego Mauriac, gdzie znajduje się przepiękny zamek, a w nim kosztowne dzieła sztuki. Jego właścicielami są Żydzi, którzy bardzo szybko zostają z niego wysiedleni. Znając upodobania Hitlera do dzieł sztuki, Niemcy nie mogą postąpić inaczej, jak tylko uznać je za swoje, czyli zwyczajnie ukraść. Na zamku pracuje młoda i bardzo piękna dziewczyna o imieniu Anouk, która bardzo szybko staje się obiektem westchnień przystojnego niemieckiego oficera. W niedługim czasie młodzi zakochują się w sobie i biorą ślub. Zamieszkują w zamku, gdzie są naprawdę szczęśliwi. Lecz mieszkańcy miasteczka nie mogą wybaczyć Anouk tak wielkiej zdrady. Z ich związku rodzi się chłopiec, któremu rodzice nadają imię Mischa. Szczęście zakochanych bardzo szybko się kończy. Dieter zostaje wezwany do Rzeszy, a tam zamordowany. Od tej chwili Anouk i jej syn muszą radzić sobie sami. Dopóki żył Schultz obydwoje byli bezpieczni. Teraz wszystko się zmienia. Anouk zostaje oficjalnie uznana za zdrajczynię i napiętnowana przez otoczenie. Jak wiadomo, kobiety uznawane za winne współpracy z nazistami piętnowano w okrutny sposób. Jeżeli jakimś cudem udawało im się ujść z życiem, to karano je, goląc im głowy i wypalając na ciele faszystowskie symbole. Taki właśnie los spotyka Anouk. W samym centrum miasta, na oczach niemal trzyletniego syna, miejscowa ludność wymierza jej karę. Gdyby nie pomoc pewnego amerykańskiego żołnierza, kobieta i jej dziecko z pewnością zostaliby zamordowani.

(…) Wyrywają mnie z ramion matki jak młodą sadzonkę z ziemi. Krzyczę, wyciągam do niej ramiona, palce mam rozcapierzone i sztywne z przerażenia. Czyjeś silne ramię przygniata mój brzuch i chociaż kopię i biję w nie pięściami, jestem za mały i za słaby. Mam dopiero dwa i pół roku. Nie rozumiem, co się dzieje, ani dlaczego. Ludzie wrzeszczą: „Dziwka!”, „Zdrajczyni!”. Obce, wrogie palce szarpią ubranie na mojej matce, zdzierają je z niej. W końcu mama staje na środku rynku naga i blada jak obdarty ze skóry królik. Powalają ją na kolana i wtedy kobiety, trzy kobiety zaczynają obcinać jej włosy nożami. Mama nie płacze. Milczy i nie spuszcza wzroku z mojej twarzy, próbuje dodać mi odwagi, lecz ja czuję jej lęk i mój bezpieczny świat wali się w gruzy. 
– Maman! – krzyczę rozpaczliwie. 
Mój krzyk ginie wśród wrzasków tych, którzy aż palą się, żeby wymierzyć jej karę. Patrzę, jak jej włosy opadają na ziemię grubymi pasmami, podobne do ciemnych piór. Spod włosów wyłania się naga skóra, jasna i pokrwawiona. 
– Nie róbcie krzywdy mojemu synowi – błaga raz po raz. 
Jej głos jest spokojny, twardy i obco brzmi w moich uszach. Tłum szaleje, ogarnięty atakiem nienawiści, zdolny do wszystkiego. 
– Szwabski bękart! – krzyczą i podrywają mnie wysoko do góry, żeby wszyscy mogli mnie obejrzeć (…)*

Wydanie z 2008 roku
Ta drastyczna scena pozostawia w psychice małego dziecka trwały ślad. Stres jest tak silny, że mały Mischa nagle przestaje mówić. Do tej pory był szczęśliwym dzieckiem, a teraz jest samotny i wycofany z życia. Poza tym, w miasteczku wszyscy traktują go niczym trędowatego. Chłopczyk jest tak bardzo samotny, że wymyśla sobie przyjaciela, z którym rozmawia i psoci. Tylko niektórzy mieszkańcy zamku, który po wojnie nowi właściciele zamienili w hotel, są do niego przyjaźnie nastawieni, twierdząc, że przecież on nie może odpowiadać za grzechy matki.

Mijają lata, w czasie których wiele zmieniło się w życiu Anouk i jej syna. Mischa nie nosi nazwiska ojca. Nie mieszka już we Francji. Jego nową ojczyzną są Stany Zjednoczone. Tam również mieszkała jego matka. Kiedy czytelnik poznaje Mischę Fontaine’a, mężczyzna ma już ponad czterdzieści lat i jest pogrążony w żałobie. Właśnie pochował swoją ukochaną Maman. Jednak jest coś, co nie daje mu spokoju. Na łożu śmierci matka wspomniała o pewnej zdumiewającej rzeczy. Okazuje się, że przez te wszystkie lata Anouk była w posiadaniu wspaniałego obrazu namalowanego ręką samego Tycjana (ok. 1490-1576) około 1511 roku. Kobietę dręczą jakieś niezrozumiałe wyrzuty sumienia i jedyne, czego pragnie, to oddać obraz. Tak więc w testamencie przekazuje go Metopolitan Museum w Nowym Jorku. Niemniej, nie chce zdradzić jego pochodzenia, co znacznie utrudnia przekazanie darowizny. Mischa jest zdezorientowany, ponieważ przez całe życie nie tylko nie wiedział o obrazie, ale też nie ma najmniejszego pojęcia, w jaki sposób matka weszła w posiadanie tak cennego dzieła sztuki. W związku z tym rozpoczyna własne śledztwo. Powraca do lat dzieciństwa. Wspomina ludzi, którzy wiele dla niego znaczyli, jak i tych, którzy wyrządzili mu ogromną krzywdę. W miarę jak dociera do sedna sprawy w jego sercu zaczyna dojrzewać chęć zemsty na tych, przez których cierpiał. To przecież właśnie z ich powodu nigdy nie potrafił kochać. Zawsze to matka była dla niego najważniejsza. O sobie i o niej zwykł mówić: Maman i jej mały chevalier. Czy Mischy uda się poznać prawdę? Czy w końcu będzie w stanie zaznać szczęścia? A może nie ma już dla niego ratunku?

Wydanie z 2007 roku
Dawno temu Santa Montefiore moją sympatię zdobyła powieścią pod tytułem Spotkamy się pod drzewem ombu. Tym razem Autorka proponuje zgoła odmienną historię, ale równie przejmującą i wartościową. Główny bohater, Mischa Fontaine, to mężczyzna zagubiony i bardzo nieszczęśliwy. Wciąż usiłuje odnaleźć właściwą drogę w życiu, jednak ponosi na tym polu całkowitą porażkę. Szczęścia poszukuje w ulicznych gangach i łatwych kobietach. Matka tak bardzo go od siebie uzależniła, że nie potrafi żyć własnym życiem. Choć prowadzi dobrze prosperującą firmę, to jednak wciąż czegoś mu brak. Przeżycia z dzieciństwa, a także utrata kogoś, kto był dla niego całym światem sprawiają, że nie potrafi ufać i nie ma w sobie na tyle siły, aby móc wreszcie przed kimś się otworzyć. Czy Mischa znajdzie wreszcie swoją własną drogę do szczęścia i odkryje co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze?

Ta książka jest klasycznym przykładem powieści o powrotach. Czytelnik ma tutaj do czynienia z powrotem nie tylko do trudnej przeszłości, której w pewnym momencie swojego życia trzeba stawić czoło. Mischa musi przede wszystkim uporać się z samym sobą i wrócić do punktu wyjścia. Aby normalnie żyć, zmuszony jest odnaleźć w sobie to, co utracił albo co zostało mu brutalnie odebrane przez złych ludzi. Mężczyzna musi na nowo poznać samego siebie i w ten sposób zacząć wszystko od nowa. Jego życie można podzielić na dwa etapy, a granicą pomiędzy nimi jest śmierć matki.

Cygańska Madonna to także powieść o zaufaniu i jego utracie. Mischa przekonał się, że tak naprawdę pozory mogą bardzo mylić. Wierzymy ludziom, którzy w gruncie rzeczy nie są tymi, za których się podają. Podobnie jak osądzamy, nie znając faktów. Dopiero kiedy odchodzą, czujemy pustkę, żal i nie potrafimy już żyć tak, jak robiliśmy to, zanim osoby te pojawiły się w naszym życiu. Ta książka to również opowieść o poszukiwaniu prawdy, która nie zawsze jest taka, jakbyśmy tego oczekiwali. Nie bez znaczenia jest tutaj także tytuł samej powieści, który stanowi odniesienie do tematyki obrazu Tycjana, na którym doskonale widać tę szczególną więź łączącą Matkę z Synem. Podobnie rzecz przedstawia się w relacjach Mischy z jego Maman.


Cygańska Madonna znana również jako Madonna z Dzieciątkiem
Obraz został namalowany w latach 1511-1513
i obecnie znajduje się w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu.
autor: Tiziano Vecelli (Tycjan)


I na koniec jeszcze kilka słów o tym, co stało się inspiracją do napisania tej książki. Otóż po tym, jak Ostatnia podróż Valentiny doskonale sprzedała się w Stanach Zjednoczonych, Santa Montefiore pragnęła nadal pisać o Europie, lecz nie chciała powielać poprzedniej tematyki. Pomyślała zatem, że tym razem akcję powieści umieści gdzie indziej. Wybrała więc okolice Bordeaux, ponieważ spędziła tam kilka lat swojego dzieciństwa i często wraca do tego miejsca. Małe wioski mają w sobie coś dziwnego, co sprawia, że można odnieść wrażenie, iż utknęły one w poprzedniej epoce. Ponieważ świetnie pisało jej się Ostatnią podróż Valentiny, Santa Montefiore postanowiła stworzyć coś zgoła innego. Zdecydowała więc, że tym razem narratorem będzie mężczyzna. Pisanie z męskiego punktu widzenia nie było wcześniej planowane. To się po prostu stało. Tak więc włączyła odpowiednią muzykę i zaczęła pisać w pierwszej osobie coś, czego nigdy wcześniej nie robiła. I nagle Autorka znalazła się w umyśle mężczyzny, stwierdzając ze zdziwieniem, że to jest właśnie to, czego potrzebuje. Nigdy więcej nie podejmowała takiego wyzwania. Powodem nie był brak chęci, lecz fakt, iż po prostu nie czuła już takiej potrzeby. Poza tym – jak sama twierdzi – Cygańska Madonna była najprostszą – pod względem tworzenia – powieścią, jaką do tej pory napisała. Santa Montefiore próbowała tworzyć kolejną książkę w narracji pierwszoosobowej, lecz bardzo szybko okazało się, że nie może identyfikować się z taką formą pisania odnośnie do aktualnie kreowanej historii, więc zmieniła narratora na trzecią osobę. Autorka uważa bowiem, że jeśli pisarz nie czuje się dobrze w danej narracji, wówczas nie powinien się do niej zmuszać, bo nie ma to najmniejszego sensu.

Jedno z wydań brytyjskich (2016)
Wyd. SIMON & SCHUSTER 
Santa Montefiore uważa, że książki z pierwszoosobową narracją wyróżniają się na tle innych. Pisząc Cygańską Madonnę, Autorka czuła się przy tym fantastycznie. Musiała też bardzo uważać, kreując postać ojczyma Mischy. Chciała bowiem, aby Coyote stał się bohaterem niezwykle tajemniczym. Chyba jej się to udało, ponieważ Mischa dostrzega go najpierw oczami dziecka, a potem widzi Coyote’a już jako dorosły mężczyzna. Jako narrator, Mischa nigdy nie musiał wchodzić w umysł swojego ojczyma. Santa Montefiore obawiała się, że gdyby tak się stało, wówczas gdzieś zniknęłaby tajemniczość tej postaci. Autorka twierdzi też, że bardzo długo nie mogła nadziwić się, jak szybko i z jaką łatwością przyszło jej pisanie tej książki. Czuła wtedy, jakby ktoś podsuwał jej poszczególne sceny, którymi mogła w miarę upływu czasu uzupełniać fabułę powieści.

Piosenką, która pomagała Autorce w pisaniu, była kowbojska ballada zatytułowana Streets of Laredo, którą śpiewa powieściowy Coyote, akompaniując sobie na gitarze. Wybrała ten utwór dlatego, ponieważ bardzo często jej mąż śpiewał go dzieciom. Z tego, jak bardzo odpowiednia jest ta ballada dla Coyote’a, Autorka zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy pisała końcowe sceny powieści. Nie zawsze ma miejsce taki zbieg okoliczności, więc ważne jest, aby go w pełni wykorzystać. Gdzieś w głębi duszy Santa Montefiore czuła, że musi napisać tę historię. To było bardzo silne wewnętrzne przekonanie, z którego zdała sobie sprawę znacznie później, kiedy cała powieść była już gotowa. Wyglądało to tak, jakby wszystko z góry było zaplanowane, ale to nieprawda. Dlatego tak bardzo ją to zdziwiło. Skoro tylko Cygańska Madonna trafiła w ręce czytelników w 2006 roku, Santa Montefiore otrzymała wiele e-maili od ludzi, którzy opowiadali jej własne historie o tym, jak po latach znowu mogli powrócić myślami do czasu swojego ukochanego dzieciństwa.








* S. Montefiore, Cygańska Madonna, Wyd. Świat Książki, Warszawa 2010, s. 60-61.