Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dylogia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dylogia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 marca 2023

Renata Czarnecka – „Korona w złocie i krwi. Dylogia andegaweńska” # 2

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/

GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.

Katowice 2023

 

 

Król Karol Robert, będący pierwszym władcą z dynastii Andegawenów zasiadających na węgierskim tronie, zmarł w lipcu 1342 roku. Już sześć dni po jego śmierci węgierską koronę włożono na głowę jego najstarszego syna Ludwika, któremu historia nada potem przydomek „Wielki”. W chwili śmierci ojca Ludwik miał szesnaście lat. Natychmiast po koronacji, młody władca udał się z pielgrzymką do grobu świętego Władysława, najpopularniejszego węgierskiego króla z dynastii Arpadów panującego w XI wieku. Tam złożył przysięgę, że będzie rządził narodem węgierskim na wzór swego wielkiego poprzednika. Stamtąd wyruszył do Siedmiogrodu (Transylwanii), aby przyjąć przysięgę wierności od syna Michała Bazaráda. Michał Bazarád był władcą Wołoszczyzny, który za panowania Karola Roberta odważył się zlekceważyć swoją zależność od węgierskiej korony. Ledwie Ludwik wrócił do zamku w Wyszehradzie, a już otrzymał wielce przygnębiające wieści dotyczące jego młodszego brata, księcia Andrzeja Andegaweńskiego, będącego mężem królowej Neapolu, Joanny Andegaweńskiej.

Książę Andrzej nie był zbyt mile widziany w Neapolu, a tamtejsi liczni książęta patrzyli na niego z zazdrością i starali się wszelkimi sposobami utrudnić mu wstąpienie na tron. Matka Ludwika i Andrzeja, królowa wdowa Elżbieta Łokietkówna, słysząc jak wielka krzywda dzieje się jej młodszemu synowi, natychmiast pospieszyła do Neapolu obładowana skarbami, aby tylko uratować swoje dziecko przed machinacjami wrogów. Węgierskie pieniądze odniosły pożądany skutek na papieskim dworze, którego wasalem był w tamtym czasie Neapol. Królowa Elżbieta uzyskała bowiem zapewnienie, że książę Andrzej zostanie koronowany, po czym wróciła na Węgry. W chwili wyjazdu miała jednak bardzo złe przeczucia, które – jak się niebawem okazało – wcale nie były jedynie wytworem jej wyobraźni. Wyjazd królowej Elżbiety stał się bowiem impulsem do nowych intryg na neapolitańskim dworze. Książęta Filip i Ludwik z Tarentu, synowie Katarzyny II de Valois, otwarcie znieważali młodego księcia Andrzeja. Z kolei Joanna Andegaweńska w niegodziwy sposób odwróciła się od męża i stanęła po stronie wrogów.


Król Ludwik Węgierski według wyobrażenia Aleksandra Lessera


Dzień koronacji zbliżał się wielkimi krokami. Andrzej, licząc na władzę, którą miał wkrótce sprawować, zagroził swoim wrogom, że kiedyś pomści wszystkie wyrządzone mu krzywdy. Przeciwników księcia ogarnęło jeszcze większe przerażenie, gdy podczas turnieju rycerskiego, który miał miejsce na krótko przed planowaną koronacją, ujrzeli na sztandarze księcia Andrzeja topór i pętlę znajdujące się pod jego ramionami. Nadchodzące niebezpieczeństwo sprawiło, że spiskujący książęta stawali się coraz bardziej zdesperowani i zdecydowani usunąć Andrzeja z drogi. Postanowiono zatem, że zostanie zamordowany, a Joanna wyraziła na to zgodę, a przynajmniej nie miała nic przeciwko temu. I tak oto 18 września 1345 roku cały dwór, a razem z nim również Joanna, udał się do Aversy, aby tam oddać się rozrywkom, wśród których znalazło się także polowanie. W nocy podstępem wywołano Andrzeja z jego komnaty. Książę nie zdążył nawet przekroczyć jej progu, gdy drzwi za nim od razu się zamknęły, a czyhający już na niego zabójcy natychmiast rzucili się na swoją ofiarę. I tak oto młodszy brat Ludwika Węgierskiego i ukochany syn Elżbiety Łokietkówny został brutalnie uduszony, a jego wołania o pomoc nikogo nie obeszły. Potem martwe ciało księcia, mordercy zrzucili z balkonu, pozorując wypadek. Podczas gdy rozgrywała się na krwawa scena, królowa Joanna ponoć spała spokojnie, nie niepokojona ani przez szamotaninę pod jej drzwiami, ani też przez krzyki męża. Trudno uwierzyć, że niczego nie słyszała, skoro wiedziała co tak naprawdę się wydarzy. Czy faktycznie była tak bezwzględna i okrutna, iż mogła spokojnie spać, mając świadomość, że tuż obok mordują jej męża? Po wszystkim miała ponoć twierdzić, że była pod wpływem czarów. Joannie niczego jednak nie udowodniono.

Skoro tylko wieść o śmierci księcia Andrzeja dotarła na Węgry, na zamku w Wyszehradzie zapanowała wielka żałoba. Król Ludwik Węgierski poprzysiągł straszliwą zemstę, a naród z entuzjazmem chwycił za broń, by go wesprzeć. Z zagranicy docierały głosy współczucia. Książęta włoscy pozwolili na swobodny przemarsz wojsk Ludwika przez należące do nich terytoria. Ekskomunikowany cesarz niemiecki, Ludwik IV Bawarski, zawarł z królem sojusz. Z kolei król Anglii, Edward III Plantagenet, współczując Ludwikowi Węgierskiemu, wciąż zachęcał go do zemsty. Tylko papież zachowywał złowrogie milczenie. Tym razem jednak chęć zemsty okazała się u Ludwika Węgierskiego silniejsza niż szacunek dla papieża i w 1347 roku armia węgierska była już gotowa do wymarszu. Ukaranie wiarołomnej kobiety, jaką w oczach Węgrów była Joanna, zaś nie podbicie Włoch, stało się celem ich wyprawy, natomiast włoscy książęta usłużnie zapewnili królewskim żołnierzom wszelkie ułatwienia w osiągnięciu tego zamiaru.

Wokół Ludwika Węgierskiego zjednoczyli się wszyscy wielcy panowie królestwa. Przed armią węgierską niesiono ogromny czarny sztandar, na którym widniała blada podobizna księcia Andrzeja. Król Ludwik dwukrotnie nacierał na Neapol, a za każdym razem towarzyszyły mu najznamienitsze węgierskie rody. Wśród nich znaleźli się między innymi Mikołaj Kont z Orahovicy, Andrzej i Szczepan Lackfi, a także Dionizos, syn tego ostatniego, oraz wielu innych, którzy przyprowadzili ze sobą swoje zbrojne zaciągi. Lecz mimo to ich potężne uderzenia zarówno na Aversę, jak i na dumny Neapol zostały wkrótce osłabione. Królowa Joanna wraz ze swoim drugim mężem, Ludwikiem z Tarentu, uciekła za morze. Z kolei Karol z Durazzo, jeden ze spiskujących przeciwko Andrzejowi książąt, który był podejrzewany o współudział w morderstwie, odpokutował swoją zbrodnię, zostając zamordowanym po hucznej zabawie i zrzuconym z tego samego balkonu, który trzy lata wcześniej stał się świadkiem haniebnego czynu spiskowców. Czterech innych książąt przewieziono natomiast na Węgry i tam uwięziono.


Joanna I Andegaweńska, królowa Neapolu
Portret pochodzi z 1842 roku.
autor: Amédée Gras


I na tym zakończymy analizę przyczyn zemsty Ludwika Węgierskiego na Joannie Andegaweńskiej, królowej Neapolu, ponieważ to w tym miejscu rozpoczyna się akcja Korony w złocie i krwi, która stanowi kontynuację Dwóch królestw, jednej krwi. A zatem jest rok 1348, a król Ludwik Węgierski wraca do domu po – co tu dużo mówić – nieudanej wyprawie na Neapol. Nie ukarał znienawidzonej Joanny, tak jak planował. W dodatku jeszcze nie zdążył przekroczyć progu zamku w Budzie, a już dowiaduje się o śmierci ukochanej żony, Małgorzaty Luksemburskiej. Ale wszak jest królem, więc nie wolno mu zbyt długo rozpaczać nad grobem małżonki, bo trzeba myśleć o spłodzeniu następcy tronu, a przecież bez nowej żony nie zdoła tego dokonać. Lecz od czego ma zaradną matkę, która już doskonale wie, kim będzie jej przyszła synowa. To Elżbieta Bośniaczka, w której żyłach płynie krew polskich Piastów. I choć królowa wdowa szybko sprowadza pod swój dach młodziutką Elżbietę, to jednak jej syn raczej nie wykazuje nią zainteresowania. W głowie i w sercu Ludwika wciąż wielkim ogniem płonie żądza zemsty na Joannie Andegaweńskiej. Tym razem Ludwik ma nieco inny plan. Chce pojmać Joannę i poślubić jej siostrę, Marię. Czy uda mu się osiągnąć swój cel? Czy król tak mocno zżyty z matką będzie w stanie przeciwstawić się jej planom związanym z jego małżeństwem z kobietą, którą ta wybrała mu na kolejną żonę i królową Węgier? Czy Ludwik, zmuszony do zawarcia pokoju z Joanną Andegaweńską, będzie w stanie przełknąć tę gorzką pigułkę? A jak w tej sytuacji zachowa się sama Joanna, skoro nawet na własnym dworze nie może czuć się bezpieczna?

W kontynuacji opowieści o Andegawenach Renata Czarnecka znów potwierdza swój ogromny talent do pisania historii na nowo. Postacie, które ożywia na kartach książki są niezwykle autentyczne, co sprawia, że czytelnik odnosi wrażenie, iż wraz z nimi przeżywa każde wydarzenie będące ich udziałem. Akcja powieści jest niezwykle dynamiczna; wciąż bowiem coś się dzieje. Czytelnik ma możliwość podglądania życia toczącego się na dwóch dworach. Raz jest to dwór węgierski, a raz neapolitański. Nie brak też dworu polskiego. Bo trzeba pamiętać, że Elżbieta Łokietkówna była siostrą Kazimierza III Wielkiego, a zatem nie sposób pominąć i tej postaci, zważywszy że król Kazimierz także musi zmagać się ze swoimi problemami, nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale też prywatnej. Generalnie jednak wszystko rozgrywa się wokół konfliktu pomiędzy Ludwikiem Węgierskim a Joanną Andegaweńską. Poza tym ani król Węgier, ani królowa Neapolu nie doczekali się jeszcze męskiego potomka, który mógłby kiedyś objąć po nich tron. Wprawdzie Joanna urodziła syna, ale nie może go wychowywać i tym samym nie może mu wpajać własnych zasad i poglądów, aby kiedyś uczynić z niego króla Neapolu. W dodatku Karol Martel jest zbyt mały, aby móc myśleć o nim jak o potencjalnym królu jednego, czy drugiego państwa, biorąc pod uwagę również fakt, że śmiertelność wśród dzieci średniowiecza jest naprawdę wysoka.


Kamil Siegmund jako król Ludwik Andegaweński w serialu Korona królów
fot. TVP


Oprócz wysuwającego się na pierwszy plan wspomnianego powyżej konfliktu, niezwykle istotne są również wydarzenia rozgrywające się gdzieś w jego tle. Pamiętajmy, że Joanna Andegaweńska była kobietą, dla której liczyła się nie tylko władza, ale też mężczyźni stojący u jej boku. Aby osiągać swoje cele potrzebowała przede wszystkim silnych mężczyzn, którzy byliby w stanie pomóc jej wspiąć się na sam szczyt. Była też kobietą namiętną, posiadającą własne potrzeby. Choć może wydawać się, że była bezwzględna i szła do celu po trupach i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, to jednak nie była pozbawiona uczuć tak bardzo charakterystycznych dla każdej kobiety. Nie obca była jej nie tylko miłość do mężczyzny, ale też do dzieci, które urodziła. I choć nie potrafiła dać swojemu drugiemu mężowi upragnionych synów, to jednak nie gardziła córkami, które oficjalnie przyszły na świat z tego związku. Do dziś nie wiemy bowiem, kto tak naprawdę był ojcem Karola Martela. Jedni przypisują ojcostwo księciu Andrzejowi Andegaweńskiemu, zaś inni drugiemu mężowi Joanny, Ludwikowi z Tarentu.

Tak jak w poprzednim tomie, tak i tutaj fabuła nie jest wolna od intryg i spisków. Bezustannie można zastanawiać się, kto tym razem straci życie; kto zostanie usunięty z drogi; kto popełni błąd, którego nie da się już naprawić i jedynym wyjściem będzie śmierć. Nikt, kto znajduje się w otoczeniu Joanny Andegaweńskiej nie może czuć się bezpieczny i pewny siebie, nawet ona sama. Myślę, że osoba królowej Neapolu jest zbyt mało znana w Polsce, dlatego niniejszy cykl powieściowy to prawdziwy skarb dla polskich czytelników. Na chwilę obecną mamy do dyspozycji dylogię. Marzy mi się jednak, żeby powstał kolejny tom, ponieważ opowieść o Joannie tak naprawdę jeszcze się nie kończy. Po zdarzeniach zamykających Koronę w złocie i krwi następuje szereg pasjonujących wydarzeń, które – jestem przekonana – przykułyby czytelnika do lektury na bardzo długo. A zatem z pełną odpowiedzialnością polecam zarówno pierwszy, jak i drugi tom historii Andegawenów. Historii, o której trudno zapomnieć i która dostarcza czytelnikowi wciąż nowych emocji. 


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka, dziennikarka






środa, 13 października 2021

Renata Czarnecka – „Dwa królestwa, jedna krew. Dylogia andegaweńska” #1

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.

Katowice 2021

 

Bardzo często uważa się, że za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta. Spójrzmy zatem na rządy węgierskiego króla Karola I, bardziej znanego jako Karola Roberta (1288-1342) pochodzącego z dynastii Andegawenów. Jego panowanie rzeczywiście obfitowało w szereg sukcesów. W trwającej dekadę walce pokonał oligarchów zagrażających terytorialnej integralności kraju, a dzięki reformom gospodarczym i społecznym Królestwo Węgier zostało znacznie wzmocnione. Oczywiście dostępne informacje na temat jego czwartej żony, Elżbiety Łokietkówny (ok. 1305-1380), nie pozwalają zbyt wyraźnie dostrzec jej wpływu na sukcesy męża. Można jednak śmiało rzec, iż królowa spełniła swoje najważniejsze zadanie, czyli przede wszystkim dała życie spadkobiercom tronu.

Pierwsze znaczące informacje odnoszące się do Elżbiety, a znajdujące się w źródłach historycznych datowane są na rok 1320, czyli czas, kiedy Elżbieta i Karol stanęli na ślubnym kobiercu. Od tego czasu córka Władysława Łokietka (ok. 1261-1333) i Jadwigi Bolesławówny (ok. 1270-1339) pojawia się na kartach kronik dość regularnie i nie można już narzekać na brak informacji o jej życiu i działalności. Niestety, pierwsze lata jej życia, które przyszła królowa Węgier spędziła przy rodzicach nie są nigdzie odnotowane, choćby tylko w ogólnym zarysie. Dlatego też wiele kwestii wciąż pozostaje w sferze przypuszczeń i domniemań, a niekiedy może nawet i zwykłych plotek. Nie wiadomo też kiedy tak naprawdę Elżbieta przyszła na świat, ani gdzie dokonał się cud jej narodzin. Wielce prawdopodobne jest natomiast to, iż lata dzieciństwa spędziła na dworze matki, a wpływ na jej wychowanie miały klaryski, szczególnie te ze Starego Sącza, ponieważ matka Elżbiety darzyła je wyjątkowymi względami, a po śmierci Władysława Łokietka, Jadwiga sama wstąpiła do ich zakonu i tam zakończyła życie.


Domniemane przedstawienie Elżbiety Łokietkówny na zworniku sali gotyckiej
Kamienicy Hetmańskiej w Krakowie.
fot. Maciej Szczepańczyk

Wiele wskazuje na to, że to właśnie rzeczone klaryski troszczyły się o wykształcenie Elżbiety. To właśnie u nich musiała nauczyć się czytać po łacinie. Wspomnienia z tamtych czasów musiały więc dość głęboko tkwić w królowej Węgier, ponieważ w swoim nowym kraju szczególną opieką otaczała również ten zakon, nie szczędząc środków finansowych na jego utrzymanie. Pomimo że była daleko, to jednak nie zapomniała o sądeckich zakonnicach, gdyż nawet z dalekich Węgier działała na ich rzecz, stając po stronie klarysek podczas ich sporu z ówczesnym biskupem krakowskim. Spór ten dotyczył płacenia dziesięciny i miał miejsce w 1362 roku. To wszystko wskazuje na to, iż Elżbieta musiała wychowywać się w dość surowej i niemalże klasztornej atmosferze, z którą swoboda panująca na dworze Karola Roberta stanowiła żywy kontrast, co zapewne dla młodziutkiej Elżbiety było trudne do zaakceptowania. Jednakże czas wszystko zmienił.

W lipcu 1320 roku Elżbieta Łokietkówna została żoną króla Węgier, Karola Roberta. Jak przystało na tamte czasy, małżeństwo zostało zaaranżowane ze względów politycznych. Władysław Łokietek chciał zbliżyć się do Węgier, ponieważ tak nakazywała mu polityka, którą wówczas prowadził. Z Karolem Robertem łączyły go bowiem wspólne interesy, mające źródło w podstawach, na jakich obydwaj władcy opierali swoje rządy. I jeden, i drugi zawdzięczał tron walce z Czechami i oparciu się na Rzymie. Tak więc porozumienie polsko-węgierskie miało na celu prowadzenie wspólnej polityki wobec Przemyślidów, będących spadkobiercami luksemburskiej korony. Porozumienie to przez dziesiątki lat miało być wyznacznikiem politycznych dążeń Polski, w których zrealizowaniu sama Elżbieta również odegrała niemałą rolę. Małżeństwo Elżbiety i Karola Roberta nabrało też bezpośredniego znaczenia w związku z koronacją ojca panny młodej, która wyprzedziła je o niecałe pół roku, lecz wszelkiego rodzaju rozmowy i podróże poselstwa z Polski na Węgry i odwrotnie musiały odbywać się już znacznie wcześniej.

Dla Władysława Łokietka nie bez znaczenia okazał się protest, jaki przeciwko jego koronacji złożył u papieża król Czech, Jan I Luksemburski (1296-1346). Protest ten został złożony na podstawie odziedziczonych po Przemyślidach pretensji do polskiego tronu. Wprawdzie był on jedynie ustny i prawdopodobnie złożony na życzenie Krzyżaków, to jednak nie załatwiało to sprawy na przyszłość, zwłaszcza że zatarg z Krzyżakami o Pomorze nie rokował szybkiego zakończenia sprawy. Nikt przecież nie mógł zagwarantować, że gdyby nagle doszło do wojny między Polską a Zakonem Krzyżackim, to czeski król nie stanie się czynnym sojusznikiem Krzyżaków, używając w tym celu swoich pretensji do polskiego tronu. Dlatego też małżeństwo Elżbiety z Karolem Robertem miało być swego rodzaju przestrogą dla Jana Luksemburskiego, aby pohamował się w polityce dotyczącej Krzyżaków, ponieważ w innym razie Węgry dyplomatycznie, a może wręcz zbrojnie, staną po stronie Polski. Przyszłość pokazała, że Łokietek prowadził w tym kierunku naprawdę dobrą politykę. Trzeba też pamiętać, że oprócz polityki, rodzice Elżbiety połączeni byli z Węgrami przez tradycje rodzinne sięgające jeszcze czasów panowania Arpadów. Sympatie te na pewno wiele znaczyły przy aranżowaniu małżeństwa córki. Tak więc Elżbieta i Karol Robert byli ze sobą spokrewnieni i dzięki przodkom wywodzili się z tej samej dynastii, czyli wspomnianych już Arpadów. Lecz od czego jest papież, prawda? Karol Robert postarał się więc o stosowną dyspensę u papieża, a pod koniec czerwca 1320 roku Elżbieta wraz z licznym orszakiem i dobrze wyposażona przez rodziców ruszyła na Węgry.


Fragment pomnika Karola Roberta,
który znajduje się w Budapeszcie.


W Nowym Sączu na przyszłą królową czekali węgierscy panowie, do których Łokietkówna dołączyła 1 lipca. Sam Karol Robert również wyjechał jej naprzeciw, a potem wszyscy udali się w podróż do Budy, gdzie w niedzielę 6 lipca 1320 roku odbył się ślub Elżbiety i Karola Roberta, a po niej nastąpiła koronacja młodej małżonki w Białogrodzie, której według zwyczaju dokonywał aktualny biskup weszpremski będący jednocześnie kanclerzem królowej. W tym konkretnym przypadku był to biskup o imieniu Henryk, dawny prepozyt spiski. I tak oto Elżbieta Łokietkówna została czwartą małżonką węgierskiego króla, Karola Roberta, choć niektórzy twierdzą, że trzecią, ponieważ pierwsze małżeństwo króla z Marią Halicką (przed 1293-1341) zostało prawnie zakwestionowane. Opuściła więc młodziutka Elżbieta Polskę i krakowski zamek na długie pięćdziesiąt lat. I choć w tym czasie zdarzało jej się odwiedzać Polskę, to jednak do domu wróciła tak naprawdę już jako pochylona wiekiem staruszka, aby w imieniu swego syna, Ludwika I Węgierskiego (1326-1382), uporządkować sprawy państwa po zmarłym bracie.

To właśnie ślub Elżbiety Łokietkówny i Karola Roberta rozpoczyna akcję najnowszej powieści Renaty Czarneckiej. Jest zatem rok 1320. Młoda i pełna obaw córka Władysława Łokietka i starsza siostra przyszłego króla Polski, Kazimierza III Wielkiego (1310-1370), opuszcza Wawel i wraz ze swoim orszakiem udaje się na Węgry, aby tam poślubić przeznaczonego jej mężczyznę. Elżbieta ma własną wizję małżeństwa, lecz kiedy staje przed nią przystojny, choć już nie taki młody Karol Robert, wówczas jej serce zaczyna bić mocniej. I chyba właśnie w tym momencie zdaje sobie sprawę, że jej związek z węgierskim królem wcale nie będzie taki niewinny, jak jeszcze niedawno go sobie wyobrażała. Niebawem na świat przychodzi ich pierwsze wspólne dziecko, upragniony syn. Wydaje się też, że Elżbietę i Karola zaczyna łączyć coś więcej, niż tylko zwykła polityka. Pojawia się bowiem uczucie, czego chyba oboje się nie spodziewali, ponieważ małżeństwo przez nich zawarte miało być przecież zwykłym układem politycznym. Szybko jednak okazuje się, że życie Elżbiety na węgierskim dworze wcale nie będzie takie sielankowe. Pierwsze tego oznaki pojawiają się w chwili, gdy odwiedza ją młodszy brat, Kazimierz. Konsekwencje tej wizyty są tragiczne.


Joanna I, królowa Neapolu, hrabina Prowansji, księżna Achai
i tytularna królowa Jerozolimy


Mijają lata. Umiera nie tylko Karol Robert, ale też król Neapolu, Robert I Mądry (ok. 1278-1343). Zgodnie z obowiązującym prawem korona należy się Węgrom. Nikt jednak nie chce sięgać po nią przemocą. Dlatego też wszyscy zainteresowani patrzą z nadzieją na skojarzone wcześniej polityczne małżeństwo pomiędzy wnuczką Roberta Mądrego, Joanną (1326-1386), którą ten uczynił swoją spadkobierczynią z braku żyjących męskich potomków, a młodszym synem Elżbiety i Karola Roberta, Andrzejem Andegaweńskim (1327-1345). Małżeństwo andegaweńskich kuzynów miało więc na celu odsunąć pretensje króla Węgier do korony neapolitańskiej. Czy tak się faktycznie stało? Nie, ponieważ już wkrótce nad Neapolem zbierają się czarne chmury, które mogą zwiastować tylko jedno: WOJNĘ. Neapolitańczycy z każdym dniem coraz bardziej nienawidzą Węgrów. To musi skończyć się rozlewem krwi. Nie ma innego wyjścia. Korona Neapolu może być utrzymana tylko w jeden sposób. Trzeba przelać krew i wymordować wszystkich, którzy ośmielają się rościć do niej jakiekolwiek prawa. Tymczasem Elżbieta zatroskana o sprawy państwa i twardo stojąca po stronie nowego króla Węgier, swego najstarszego syna Ludwika, przebywa w Budzie i żarliwie modli się o to, aby sprawy potoczyły się po myśli Węgrów. Czy tak się faktycznie stanie? A może niewyobrażalna chęć zemsty za doznane krzywdy odbierze rozsadek głównym graczom tej krwawej walki o tron?

Dwa królestwa, jedna krew to pierwsza część opowieści o Andegawenach. W planie jest jej kontynuacja. Podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że historia opowiedziana piórem Renaty Czarneckiej ma wiele wspólnego z angielską Wojną Dwu Róż, gdzie przedstawiciele tej samej dynastii Plantagenetów przez długie trzydzieści lat toczyli krwawe boje o koronę Anglii. Tam również główne role odgrywały kobiety, ale tylko jedna z nich była obecna na polach bitew. Pozostałe kierowały swoimi mężczyznami w bardziej dyplomatyczny sposób poprzez zawiązywanie spisków i intryg, a niekiedy nawet zawieranie korzystnych układów politycznych. W tym przypadku mamy natomiast dwie odważne i silne kobiety, które dzieli nie tylko różnica wieku czy pochodzenie, ale też sposób postrzegania konkretnych spraw. Zarówno Elżbieta, jak i młoda Joanna pragną przeciągnąć sznur na swoją stronę, a na sznurze tym zawieszona jest korona Neapolu. Obydwie kobiety są bezwzględne. Aby postawić na swoim nie cofną się przed niczym, nawet przed przyzwoleniem na morderstwo, które dla tej drugiej strony jest niczym wbicie sztyletu prosto w serce.


Morderstwo Andrzeja Andegaweńskiego, księcia Kalabrii
i męża Joanny I
Obraz został namalowany w 1835 roku. 
autor: Karl Bryullov (1799-1852)


Akcja powieści toczy się niezwykle dynamicznie. Z każdą kolejną stroną i z każdym kolejnym rozdziałem czytelnik coraz głębiej wnika w zawiłości konfliktu i podąża w ślad za bohaterami. Do jednych czuje większą sympatię, zaś innym życzy jak najgorzej. Lekkie pióro autorki i gawędziarski styl pisania doskonale oddające realia średniowiecza tylko podnoszą walor opowiadanej historii. Trzeba więc przyznać, że Renata Czarnecka naprawdę potrafi opowiadać historię. Jej bohaterowie są żywi, aktywni i mają naprawdę wiele do powiedzenia czytelnikowi; nawet temu czytelnikowi, który na co dzień nie za bardzo interesuje się historią. Autorka wkłada w ich usta słowa, które zapewne mogły kiedyś zostać przez nich wypowiedziane, co jeszcze wyraźniej oddaje klimat tamtych czasów. Nie mam tej powieści nic do zarzucenia. Czyta się ją jednym tchem. Trudno jest odłożyć na półkę, zanim nie przeczyta się ostatniej strony. Dwa królestwa, jedną krew polecam nie tylko miłośnikom historii, ale też każdemu czytelnikowi, który chciałby poznać opowieść pełną emocji i opartą na faktach, które być może zostały nieco zapomniane i wyparte przez inne wydarzenia historyczne, które są znacznie bardziej znane i eksponowane zarówno w polskiej, jak i światowej literaturze.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka i dziennikarka







piątek, 12 października 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Morze Trzcin. Księga życia Hili Campos” # 2









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018




Zamość to miasto położone w województwie lubelskim. Zostało założone pod koniec XVI wieku, a dokładnie w 1580 roku, na terenie dawnej wsi należącej do polskiego szlachcica, Jana Zamoyskiego (1542-1605), a było to za panowania króla Stefana Batorego (1533-1586). Jan Zamoyski – wykształcony we Włoszech – przyczynił się do wprowadzenia humanistycznych idei, które swoje odzwierciedlenie znalazły w jego polityce, zarówno na poziomie krajowym, jak i lokalnym. Zamość – niekiedy zwany Padwą Północy – został zaprojektowany przez włoskiego architekta, Bernardo Morando (ok. 1540-1600), pochodzącego z Padwy. Bernardo Morando wykonał swój projekt zgodnie z zasadami idealnego miasta (z wł. città ideale), które stanowi jedyny kompletny renesansowy zespół urbanistyczny w Polsce. Jan Zamoyski, zgodnie ze swoją światłą polityką oraz tolerancyjną postawą, zaprosił do miasta nowych osadników, w tym Polaków, ludzi innych narodowości, a także tych, którzy byli wyznawcami innych religii niż katolicka, jak: Ormianie, Grecy, Włosi, Węgrzy, Szkoci i oczywiście Żydzi. Tego rodzaju polityka przyczyniła się do wzmocnienia życia gospodarczego i kulturalnego Zamościa, jak również do stworzenia wyspy tolerancji w epoce, kiedy inne katolickie kraje Europy prześladowały Żydów i protestantów.

Pierwsi Żydzi osiedlili się w Zamościu w 1588 roku, czyli osiem lat po założeniu miasta. Byli to Sefardyjczycy (Żydzi hiszpańscy) wywodzący się z Imperium Osmańskiego i Wenecji, co w konsekwencji utworzyło najbardziej wysuniętą na północ społeczność sefardyjską w Europie Wschodniej. Wszystkim przyznano równe prawa, które obejmowały zwolnienie podatkowe na dwadzieścia pięć lat i prawo do założenia własnej wspólnoty pod warunkiem, że przyjmą oni do swojej społeczności tylko Żydów pochodzenia hiszpańskiego i portugalskiego. Rozległe przywileje przyznane Żydom dotyczyły także prawa do posiadania domów, budowy murowanej synagogi i mikveh (łaźni rytualnej; mykwy), oraz założenia cmentarza. Na poziomie zawodowym mogli swobodnie angażować się w większość działań, z wyjątkiem szewstwa, kuśnierstwa i garncarstwa. Sprowadzając do Zamościa Żydów, Jan Zamoyski chciał skorzystać na luksusowym handlu towarami. Handlowali oni bowiem głównie diamentami, drogocennymi tkaninami, orientalnymi przyprawami i artykułami dekoracyjnymi. W tym czasie społeczność Żydów sefardyjskich posiadała naprawdę wyjątkową pozycję w całej Rzeczypospolitej. Ich społeczność była autonomiczna do połowy XVII wieku i nie podlegała najwyższemu organowi samorządu żydowskiego w Rzeczypospolitej, czyli Radzie Czterech Ziem.


Synagoga w Zamościu (2010)
fot. MaKa


Dzielnica żydowska powstała pod koniec XVI wieku w północno-wschodniej części Zamościa, wokół Rynku Solnego. W 1590 roku, po wspomnianych wyżej przywilejach nadanych osadnikom dzielnicy żydowskiej, zbudowano pierwszą drewnianą synagogę, która już wkrótce została zastąpiona kamienną. Wybudowano ją na początku XVII wieku. Po kilku latach została ona zrekonstruowana, co zaowocowało tym, iż dodano w niej sale modlitewne przeznaczone dla kobiet. Z kolei w XVIII wieku została połączona korytarzem z Domem Gminy Żydowskiej. Na początku XVII wieku znajdowała się w Zamościu ulica żydowska (obecnie ulica Zamenhofa), w której stała wspomniana już synagoga, a także dom edukacji, mykwa i szpital żydowski. W 1657 roku było tam już dziewiętnaście domów, zaś cmentarz żydowski znajdował się poza miejskimi murami.

Właśnie do takiego Zamościa w 1602 roku przybywa główna bohaterka Morza Trzcin, Hila Campos. Oczywiście nie jest sama. Towarzyszy jej rodzina. Camposowie to przedstawiciele sefardyjskich Żydów, których przodkowie osiedlili się we Włoszech po przymusowym opuszczeniu Hiszpanii i Portugalii. Niestety, już w pierwszych dniach pobytu w nowym miejscu, Hila musi stawić czoła osobistej tragedii, która na zawsze odciśnie swoje bolesne piętno na jej życiu. Młoda kobieta potrafi jednak każdą zaistniałą sytuację wytłumaczyć sobie w taki sposób, by móc mniej cierpieć. W swoich rozważaniach często odnosi się do Boga i to Jemu poświęca każdy dzień i wszystko, co robi. Takie podejście do życia dodaje jej sił w walce z przeciwnościami losu.

Sefardyjskie kobiety:
Saada (żona Abrahama Ben-Chimola),
i Préciada (jedna z jego córek).
Obraz pochodzi z 1832 roku.
autor: Eugène Delacroix (1798-1863)
Hila i jej bliscy przybyli do Zamościa z Wenecji, gdzie musieli żyć w getcie. Pomimo że próbowali tam egzystować w miarę normalnie, to jednak wciąż tęsknili za całkowitą wolnością. W dodatku w Wenecji spotkało ich całkiem sporo nieszczęść, więc wydaje się, że decyzja o wyjeździe była dla nich słuszna. Tak więc miasto założone przez Jana Zamoyskiego traktują w kategoriach raju. Czy rzeczywiście w Zamościu nie spotka ich już nic złego? Czy teraz Camposowie będą mogli już tylko cieszyć się wolnością oraz życiem bez trosk i zmartwień? A może los szykuje dla nich kolejne przykre niespodzianki, by dać im do zrozumienia, że tak naprawdę nigdzie nie mogą czuć się bezpiecznie ze względu na to, że są… Żydami?

Morze Trzcin to druga część Księgi życia Hili Campos. Pierwsza nosi tytuł Córka głosu. Jak sam tytuł wskazuje, Hila Campos jest nie tylko główną bohaterką powieści, ale także jej narratorką. To właśnie bezpośrednio od niej dowiadujemy się o tym, w jaki sposób potoczyło się zarówno jej życie, jak i życie jej bliskich po przybyciu do Polski i osiedleniu się w Zamościu. W mieście Jana Zamoyskiego Camposowie nabywają mieszkanie w jednej z kamienic w dzielnicy żydowskiej. Kiedy ponownie spotykamy bohaterów dylogii, głowa rodziny, czyli kupiec Menachem Campos wraz ze swoim synem Rubenem, przebywa w podróży, podczas której załatwia swoje handlowe interesy. Po miesiącach pobytu poza domem, obydwaj mężczyźni wreszcie wracają, a swoim powrotem sprawiają wielką radość tym, którzy czekali na nich tak długo.

Na pierwszy rzut oka widać, że w czasie podróży wiele zmieniło się w ich życiu, a szczególnie w życiu Rubena. W Stambule poślubił bowiem piękną kobietę o różnobarwnych oczach, którą zwą Szikma. Wszyscy wierzą, że kobieta stanie się balsamem na rany, które wciąż nie mogą się zabliźnić w życiu Rubena. Małżonka młodego Camposa odznacza się nie tylko nieprzeciętną urodą, lecz również niezwykłą mądrością dotyczącą stosowania rozmaitych ziół, które są w stanie uśmierzyć zarówno dolegliwości ciała, jak i duszy. Wraz z Szikmą do Zamościa przybywa także jej siostra Miriam. Ta z kolei posiada niebywały talent, jeśli chodzi o tkanie gobelinów. Są one tak piękne, że na ich widok, aż dech zapiera w piersi osobie, która na nie patrzy. Niestety, Miriam jest też dziewczyną niepokorną, co łatwo może sprowadzić na nią nieszczęście, jeżeli pozostali członkowie rodziny spuszczą ją choćby tylko na chwilę z oka.

Moim zdaniem Morze Trzcin stanowi doskonałą kontynuację Córki głosu. Podczas gdy w pierwszym tomie czytelnik mógł dowiedzieć się, jak wyglądało życie sefardyjskich Żydów w weneckim getcie, tak w tym przypadku poznaje realia ich egzystowania w Zamościu. Uwaga Hili Campos skupiona jest nie tylko na jej własnych przeżyciach, lecz także na tym, co dzieje się z jej bliskimi oraz sąsiadami, którzy niemalże każdego dnia odwiedzają mieszkanie Camposów. Hila pokazuje nam, że nie zawsze wszystko toczy się utartym szlakiem i tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Choć z drugiej strony życie potrafi naprawdę zaskakiwać, czego przykładem jest ona sama. Kiedy już pogodziła się ze stratą i zaczęła układać sobie życie na nowo, mając przy boku ukochaną córeczkę, pojawia się ktoś, kto sprawia, że kobieta jest w stanie optymistycznie patrzeć w przyszłość. Z drugiej strony jednak wygląda na to, że przeznaczeniem Hili i jej rodziny jest prowadzenie tułaczego trybu życia. Jeśli jednak w tym wszystkim obecna będzie prawdziwa miłość, to tak naprawdę nic złego nie może się przytrafić.


Żydowscy kupcy
autor: Jan Feliks Piwarski (1794-1859)              


Oprócz doskonale skonstruowanej fabuły, czytelnik ma okazję zapoznać się również z żydowską kulturą i obyczajami, co stanowi ogromną wartość w kontekście obcowania z innością. Czytelnik poznaje najważniejsze żydowskie święta i dowiaduje się, w jaki sposób się do nich przygotowywano. Dokładnie widać też podział ról w rodzinie. Kobiety zajmują się prowadzeniem domu, natomiast mężczyźni skupiają się na zapewnieniu środków do życia. W przypadku Camposów jest to handel przepięknymi tkaninami. Biorąc pod uwagę obydwa tomy, Agnieszka Wojdowicz stworzyła nieprzeciętną opowieść o społeczności, która wydaje się dziś nieco zapomniana i być może niewielu ma świadomość tego, kim byli sefardyjscy Żydzi i w jaki sposób ich losy łączą się z Polską. Morze Trzcin napisane jest w podobnym stylu, jak Córka głosu. Nie ma zbyt wielu dialogów, zaś głównym elementem jest płynna narracja prowadzona przez Hilę Campos. Sam tytuł odnosi się natomiast do biblijnej nazwy Morza Czerwonego.

Polecam zatem Księgę życia Hili Campos każdemu, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o losie sefardyjskich Żydów, ich kulturze, obyczajach, a także sposobie, w jaki byli traktowani przez innych. Sięgając zarówno po Córkę głosu, jak i Morze Trzcin należy spodziewać się opowieści snutej powoli, bez zbędnego pośpiechu, lecz jednocześnie niezwykle bogatej pod kątem literackim i merytorycznym. Moim zdaniem jest to historia wyjątkowa nie tylko ze względu na to, jakiego tematu dotyczy, ale także z uwagi na styl, jakim została opowiedziana. Sposób, w jaki Hila Campos – piórem Agnieszki Wojdowicz – przemawia do czytelnika, wyróżnia się na tle innych książek z gatunku beletrystyki historycznej. Jestem skłonna stwierdzić, że z tego rodzaju stylem pisania spotkałam się po raz pierwszy i bardzo mi się taka forma podoba.







środa, 7 marca 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Córka głosu. Księga życia Hili Campos” # 1















Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!




Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018



W dniu 29 marca 1516 roku wenecki senat pod przewodnictwem doży Leonarda Loredana (1436-1521) zarządził, iż wszyscy Żydzi muszą żyć w jednym miejscu, które na terenie miasta będzie strzeżone i zamknięte. Do tamtego czasu w Cannaregio, czyli w północnej dzielnicy Wenecji, składowano odpady pochodzące ze starej odlewni miedzi. Miejsce to otoczone było kanałami. Była to mała wyspa, której obszar wyznaczały dwie bramy otwierane każdego ranka na dźwięk dzwonu znajdującego się w dzwonnicy świętego Marka. Bramy zamykane były o północy przez chrześcijańskich strażników opłacanych przez żydowskich mieszkańców. Z kolei każdej nocy dwie łodzie miały patrolować kanały wokół wyspy. Już wkrótce ta zamknięta przestrzeń stanie się pierwszym na świecie prawnie ustanowionym żydowskim gettem. Pomimo że wciąż dochodzi do dyskusji na temat etymologii słowa getto, można jednak sformułować argument dotyczący dialektu weneckiego, w którym słowo getto oznacza odlewnię, zaś po włosku wyrzucenie.

Dwa lata temu, z okazji pięćsetnej rocznicy założenia getta w Wenecji, miasto wraz ze specjalnym komitetem i społecznością żydowską zorganizowało bardzo ambitną wystawę w Pałacu Dożów, czyli rezydencji najwyższych weneckich urzędników, oraz w siedzibie władzy Republiki Weneckiej, która wydała dekret w 1516 roku. Z tej okazji kuratorka wystawy Donatella Calabi opublikowała książkę zatytułowaną Wenecja, Żydzi i Europa: 1516-2016*, w której opowiada o miejskiej organizacji ówczesnej Wenecji, przedstawia jej architekturę i codzienne życie społeczności żydowskiej zarówno w getcie, jak i poza nim. Autorka ukazuje zasady, zakazy, nadużycia i konflikty, przed którymi musiała stanąć żydowska społeczność w Wenecji. Ponadto zwraca również uwagę na rolę żydowskich kobiet, warstwy społeczne mieszkańców getta oraz ich życie pod kątem materialnym. W swoich badaniach wykorzystała obrazy Vittore Carpaccio (ok. 1465-1526) i Giovanniego Belliniego (1427/1430-1516), a także rysunki architektoniczne, archiwalne dokumenty, przedmioty liturgiczne z tamtego okresu, rekonstrukcje multimedialne, jak również odnalazła rzadkie egzemplarze książek pochodzące z tamtego okresu. To wszystko sprawiło, że na ponad pięciuset stronach, Donatella Calabi opowiedziała naprawdę fascynującą historię weneckich Żydów.

Doża Leonardo Loredano
Portret pochodzi z 1501 roku.
autor: Giovanni Bellini
Z kolei 13 listopada 2016 roku można było obejrzeć spektakl, który obejmował szeroki zakres historii weneckich Żydów, czyli począwszy od założenia getta w 1516 roku, poprzez przybycie tam Napoleona Bonapartego (1769-1821) w 1797 roku, co doprowadziło do upadku imperium weneckiego i zniszczenia bram getta, oraz rolę Żydów w mieście, aż do nastania XX wieku i wydarzeń z nim związanych a dotyczących ludności żydowskiej mieszkającej w Wenecji. Ponadto spektakl dokonywał analizy okoliczności, które doprowadziły do powstania getta, a także sposobu jego postrzegania i przekształcania na przestrzeni wieków. Pokazano w nim relacje mieszkańców getta z resztą miasta oraz innymi społecznościami żydowskimi i nie-żydowskimi we Włoszech i Europie. Na przykład chrześcijanie przybywali do getta, aby odwiedzać żydowskie banki i żydowskich lekarzy, czy też kupować takie towary, jak przyprawy, biżuterię i tkaniny.

Kiedy w 1516 roku utworzono żydowskie getto, Wenecja była ważnym ośrodkiem handlu znanym z kosmopolitycznej atmosfery i różnorodności kulturowej. Był to także czas, gdy jej władze były nieufne wobec wszystkich, których uważały za obcych. Grecy, Turcy, Ormianie czy Persowie również byli odizolowani od reszty społeczeństwa, co tłumaczono koniecznością zapewnienia im bezpieczeństwa. Chociaż Żydzi prowadzili swoją działalność w centrum miasta od stuleci, to jednak nie mogli tam zamieszkać. Odsyłając Żydów do getta, Wenecja z jednej strony uwzględniła ich jako swoich obywateli, zaś z drugiej wykluczyła.

Włoski historyk Riccardo Calimani, który specjalizuje się w badaniach nad kulturą i historią żydowską pisze: Jak często bywa, separacja, która w rażący sposób była dyskryminująca, stała się użyteczną obroną, ponieważ Żydzi, politycznie słabi poza murami, stali się w nich autonomiczni, byli niemalże mistrzami w swojej działalności, a w wielu przypadkach znacznie lepsi niż mieszkańcy i poddani świata zewnętrznego, którzy żyli na całkowitej łasce dożów, księcia, papieża czy króla. Choć Żydzi byli odseparowani od reszty, to jednocześnie byli też chronieni w getcie.

Mapa żydowskiego getta w Wenecji 
sporządzona w 1905 roku.
Żydzi podlegali w Wenecji licznym restrykcjom. Mogli pracować tylko w lombardach lub w hebrajskich drukarniach, które stanowiły naprawdę prężnie rozwijający się przemysł, albo działać jako lichwiarze, handlować materiałami włókienniczymi oraz uczyć się medycyny. Prawo bankowe utrzymywało stopy procentowe na niskim poziomie, a dodatkowo były one obciążone wysokimi podatkami. Wyjątek stanowili na przykład lekarze, którzy byli niezwykle popularni w weneckiej społeczności chrześcijańskiej. Z powodów biznesowych lub rodzinnych żydowscy kupcy mogli przez pewien czas podróżować i przebywać z dala od getta. Większość mieszkańców zajmowała się jednak handlem, krawiectwem, handlem wtórnym i rzemiosłem. Do popularnych rozrywek należały natomiast taniec, hazard i granie w piłkę. Poza gettem, Żydzi zgodnie z prawem sumptowym Republiki Weneckiej, które dotyczyło wszystkich „obcych” i było w rzeczywistości rozpowszechnione w całej Europie, musieli nosić pewne wyróżniające się symbole. Były to zazwyczaj żółty kapelusz, szalik albo żółta odznaka (później był to czerwony kapelusz). Wyjątkiem ponownie byli żydowscy lekarze, którym wolno było nosić czarne czapki.

Pomimo tak poważnych restrykcji, przytłaczających warunków życia i natrętnej inwigilacji, weneccy Żydzi zdołali uczynić z getta miejsce, w którym rozkwitała tradycja żydowska. Kosmopolityczna mieszanka Żydów pochodzących z różnych państw – Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii czy Azji – charakteryzujących się różnymi religijnymi rytuałami, językami, kulturami i obyczajami sprawiła, że getto stało się czymś na kształt miasta w mieście o niezwykłej różnorodności. W miarę upływu czasu gmina wybudowała pięć synagog i nie tylko zachowała swoją niezależną tożsamość, ale także wywarła wpływ na otaczające ją społeczeństwo.


Widok na Cannaregio Canal w Wenecji. 
To północna część miasta, gdzie niegdyś istniało żydowskie getto.
Obraz został namalowany w latach 1775-1780.
autor: Francesco Guardi (1712-1793)


Wiek XVII był złotym wiekiem Wenecji i getta. Żydowski handel, a co za tym idzie również pieniądze, miały się bardzo dobrze, zaś granice getta zaczęto poszerzać, aby otworzyć getto Nuovissimo przeznaczone dla zamożnych mieszkańców. Warunki gospodarcze Żydów pogorszyły się dopiero pod koniec XVII wieku, a wraz z nasileniem się nastrojów antyżydowskich w XVIII wieku, zaczęto nakładać nowe ograniczenia na działalność handlową Żydów. Liczba ludności getta zmniejszyła się z 4 800 w 1655 roku do 1 700 w roku 1766, kiedy to wiele znaczących rodzin wyjechało do innych miast. Wiek XIX znany był natomiast z powrotu Żydów na stanowiska reprezentujące władzę w mieście. Wówczas wielu opuściło już getto, a niektórzy kupili piękne budynki, często położone wzdłuż Wielkiego Kanału. Faszyzm charakteryzujący lata drugiej wojny światowej sprawił, że w mieście wybuchła nowa fala antysemityzmu, co doprowadziło do deportacji Żydów. Obecnie liczba ludności żydowskiej w Wenecji wynosi około pięciuset osób, z czego tylko trzydzieści mieszka na terenie byłego getta, gdzie teraz znajdują się wszystkie największe instytucje żydowskie w mieście, w tym pięć synagog i Muzeum Żydowskie.

Rodzina Hili Campos – głównej bohaterki najnowszej powieści Agnieszki Wojdowicz – również mieszka w getcie weneckim. Jest koniec XVI wieku. Żydzi zamknięci za murami getta próbują żyć normalnie, jednocześnie stosując się do wydanych przez władzę zarządzeń. Hila właśnie przygotowuje się do ślubu i praktycznie jej myśli wciąż skierowane są na osobę ukochanego. Z drugiej strony dziewczyna nie zapomina jednak o problemach codziennego życia. Jej dom tętni życiem, ponieważ mieszka w nim naprawdę sporo osób.  Hila jest córką kupca, który wciąż gdzieś wypływa na handlowym galeonie, aby w obcych krajach załatwiać interesy. Kiedy poznajemy Hilę, jej ojciec i najstarszy brat, Ruben, właśnie są w podróży i wszyscy niecierpliwie wyczekują ich powrotu. Żona Rubena jest już w zaawansowanej ciąży i lada moment na świecie może pojawić się kolejny członek rodziny Camposów. Z kolei średni z braci, Dawid, jest lekarzem, czyli reprezentuje tę grupę mieszkańców getta, która jest najbardziej uprzywilejowana. Z racji wykonywanego zawodu wolno mu znacznie więcej niż pozostałym. Dawid może bowiem swobodnie poruszać się również po terenie znajdującym się „za murami”. Leczy nie tylko Żydów, lecz także chrześcijan. Mało tego. Wśród chrześcijan ma prawdziwych przyjaciół, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wydaje się, że problem dotyczy jedynie najmłodszego z braci o imieniu Ezra. Chłopak lubi się zabawić i tak naprawdę życie zgodnie z surowymi żydowskimi regułami nie do końca mu odpowiada. On pragnie czegoś więcej, dlatego też stale popada w kłopoty.


Żydowski ślub w Wenecji. 
Być może tak właśnie wyglądały ślub i wesele Hili i Eliszy. 
Obraz pochodzi z około 1780 roku.
autor: Marco Marcuola (1740-1793)


Wygląda na to, że rodzina Camposów to naprawdę szczęśliwi ludzie. Nie ma wielkiego znaczenia, że czasami zdarzają się jakieś problemy. Któż ich nie ma? Camposom nikt nie robi krzywdy. Każdy odnosi się do nich z życzliwością. Niektórzy także służą pomocą, na przykład pracując w prowadzonym przez nich sklepie. Jak do tej pory jedynym nieszczęściem była śmierć pani Campos przed paroma latami. Lecz przecież fakt, że ktoś z rodziny umiera, jest czymś naturalnym. Takie jest życie i trzeba to zaakceptować. Ogólnie można rzec, iż Camposowie – choć mieszkają w getcie – są szczęśliwą rodziną, a jej członkowie wspierają siebie nawzajem. Co ciekawe, dla Menachema Camposa bardzo ważne są także książki, których w swojej biblioteczce ma naprawdę sporo. Zaciekawiona nimi Hila dość często do nich zagląda. Nie zawsze to, co w nich znajduje jest dla niej zrozumiałe, ale mimo to ciągle jest chłonna wiedzy.

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy wszystko zaczyna się zmieniać. Do getta docierają bowiem bardzo złe wieści. Podczas podróży Ruben Campos zostaje uprowadzony i tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stało. Jego żona zaczyna rodzić i tylko cud sprawia, że wychodzi z tego cało. Gdyby nie pomoc Dawida, zapewne Chaja pożegnałaby się z życiem podczas porodu. Niestety, to nie wszystko. Kobieta zamiast upragnionego syna, rodzi… przekleństwo. Od tej chwili rodzina Camposów jest piętnowana. Ci, którzy jeszcze do niedawna byli ich przyjaciółmi, teraz z każdym dniem coraz bardziej się od nich odsuwają. Na tym się jednak nie kończy. Wydaje się, że szczęście zupełnie odwróciło się od rodziny Hili. Na Camposów spada jedno nieszczęście za drugim. Czy zatem dadzą radę pokonać trudności? Czy jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy do ich domu zawita spokój? A może opuszczenie Wenecji jest jedynym wyjściem z tej dramatycznej sytuacji?


Wypędzenie sefardyjskich Żydów z Hiszpanii 
przez Izabelę I Kastylijską i Ferdynanda II Aragońskiego.
Obraz namalowano w 1889 roku.
autor: Emilio Sala (1850-1910)


Córka głosu to pierwszy tom dylogii o żydowskiej rodzinie, która tak jak wszyscy pragnie być szczęśliwa i żyć według reguł związanych z własną kulturą i religią. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Czasami wtrąca się przekorny los, a niekiedy są to działania innych ludzi. Nie ma tutaj miejsca na prawdziwe uczucie, kiedy w grę wchodzą zasady, których należy przestrzegać pod groźbą kary. Historia zaproponowana czytelnikowi przez Agnieszkę Wojdowicz to przykład na to, jak trudno jest o zrozumienie i tolerancję, gdy coś nagle wymyka się z przyjętych odgórnie zasad. Zachowanie ludzi, którzy jeszcze nie tak dawno byli nam przychylni, może diametralnie się zmienić, jeśli tylko wydarzy się coś, czego nie będą w stanie ogarnąć swoim umysłem. Odpowiedzi na dręczące ich pytania będą wówczas szukać w jakichś siłach nadprzyrodzonych i nawet jeżeli w tej czy innej kwestii wypowie się autorytet, to i tak niewiele to zmieni. Ludzie zawsze będą wiedzieć lepiej. Będą oceniać, potępiać i piętnować, opierając swoje opinie na przesądach lub własnych domysłach.

W tej powieści to Hila jest narratorką. Historię swojej rodziny opowiada czytelnikowi z perspektywy lat, kiedy jest już stara, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Mało w tej opowieści dialogów, lecz świetnie prowadzona narracja doskonale rekompensuje ten fakt. Córka głosu nie jest zwykłą beletrystyką historyczną. To przede wszystkim historia, z której czytelnik może dowiedzieć się naprawdę sporo o życiu weneckich Żydów z końca XVI wieku. Trzeba też wiedzieć, że genealogia Camposów sięga jeszcze czasów panowania Izabeli I Kastylijskiej (1451-1504) i jej męża Ferdynanda II Aragońskiego (1452-1516). To właśnie ta hiszpańska para królewska swego czasu wydała dokument, na mocy którego sefardyjscy** Żydzi musieli opuścić tereny Hiszpanii i szukać nowego miejsca na ziemi. Czy zatem uda im się w końcu znaleźć prawdziwy dom, gdzie nikt nie będzie nastawał na ich bezpieczeństwo, a oni sami będą mogli powiedzieć o sobie, że są naprawdę wolnymi ludźmi?

Moim zdaniem Agnieszka Wojdowicz stworzyła kolejną powieść, od której naprawdę trudno się oderwać. Po trylogii Niepokorne (Eliza, Klara, Judyta) czas na historię równie wciągającą, choć diametralnie inną, bo przenoszącą czytelnika w świat, o którym niewielu wie i tak samo niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że w ogóle istniał. Powieść jest dopracowana w każdym elemencie. Widać, że Autorka poświęciła naprawdę sporo czasu, aby wykreować obraz sefardyjskich Żydów tak precyzyjnie, iż czytelnik odnosi wrażenie, że bohaterowie wcale nie są fikcyjni, lecz żyją gdzieś obok. Tak więc polecam Córkę głosu i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo naprawdę jest na co.







* Do tej pory książka nie została wydana w polskim tłumaczeniu. 
** Żydzi sefardyjscy to określenie ludności żydowskiej zamieszkującej tereny Półwyspu Iberyjskiego (Hiszpania, Portugalia) i posługującej się dialektami judeoromańskimi. 





sobota, 29 kwietnia 2017

Nora Roberts – „Zamek Calhounów. Rodzinne szmaragdy” # 2












Wydawnictwo: HARLEQUIN ENTERPRISES
Warszawa 2006
Tytuł oryginału: For the Love of Lilah 
& Suzanna’s Surrender  
Przekład: Alina Patkowska




Mury rezydencji Towers kryją w sobie naprawdę wiele. To one przed osiemdziesięciu laty były świadkami tragedii, jaka rozegrała się w posiadłości. Gdyby potrafiły mówić, wówczas na pewno opowiedziałyby o tym, jak bardzo cierpiała ówczesna pani na zamku, Bianca Calhoun, która nieszczęśliwie wyszła za mąż za tyrana, pragnącego jedynie pomnażać swój majątek. Trzeba bowiem przyznać, że Fergus Calhoun dopiął swego i spełnił marzenie, które spędzało mu sen z powiek przez wiele lat. Pragnął zostać bogatym właścicielem ziemskim i tak się stało. W swoim dążeniu do celu nie brał jednak pod uwagę tego, że przy okazji krzywdzi ludzi, którzy go otaczają i którzy są mu najbliżsi. Każdego dnia tyranizował swoją piękną żonę i niewinne dzieci pragnące jedynie żyć tak, jak robią to ich rówieśnicy. Można więc śmiało rzec, że ojciec odebrał im dzieciństwo i zastraszył tak bardzo, że w pewnym momencie zapomniały o tym, że przecież mogą być szczęśliwe.

Historia nieszczęśliwego życia Bianki Calhoun wcale nie skończyła się w chwili jej tragicznej śmierci. Mury zamku znów ożywają i próbują przekazać potomkom Bianki i Fergusa to, o czym zapomniano na długie lata. W amerykańskim miasteczku Bar Harbor panuje wielkie poruszenie, bo oto do prasy przedostała się informacja o rzekomych szmaragdach wartych fortunę, których właścicielką była Bianca Calhoun. Te cenne klejnoty kobieta otrzymała od swojego męża jako zapłatę za to, że urodziła mu dziedzica. Nieważne, że przed chłopcem na świat przyszła dziewczynka. To Ethan liczył się najbardziej. Nawet młodszy syn nie był już tak bardzo hołubiony przez ojca. Niestety, w chwili śmierci Bianki w 1913 roku zniknęły również szmaragdy i przez długie osiemdziesiąt lat nikt tak naprawdę nie miał pojęcia, gdzie się podziały i gdzie należałoby ich szukać. Dopiero cztery prawnuczki Bianki i Fergusa na czele z ekscentryczną ciotką o imieniu Coco rozpoczynają poszukiwania klejnotów.

Wydanie z 2012 roku
Wyd. HarperCollins Polska
tłum. Alina Patkowska
Jak wspomniałam wyżej, wieść o szmaragdach przedostaje się do mediów, więc nie dziwi fakt, że budzą one powszechne zainteresowanie, szczególnie wśród tych, którzy chcieliby się wzbogacić tanim kosztem. Są więc tacy, którzy już kalkulują, ile tak naprawdę warte są klejnoty i ile będą mogli na nich zarobić. Najpierw trzeba jednak je zdobyć, a to nie jest już takie proste. Tak więc przestępcy wciąż kombinują, co by tu zrobić, aby wejść w posiadanie szmaragdów Calhounów. Dochodzi nawet do tego, że padają strzały, a jedna z sióstr chyba tylko cudem uchodzi z życiem. Lecz na tym nie koniec. Okazuje się, że tak naprawdę jest to dopiero początek walki nie tylko o uratowanie zamku, który zdążył popaść w ruinę, ale także klejnotów, które jednocześnie są drogą ku poznaniu prawdy o małżeństwie Bianki i Fergusa, a także o tajemniczych okolicznościach śmierci kobiety.




Lilah vel Szmaragdowy sen
(tytuł oryginału: For the Love of Lilah)


Lilah Calhoun to kobieta obdarzona nieprzeciętnymi zdolnościami. Możliwe, że odziedziczyła je po ciotce Coco, która przecież od wielu lat interesuje się światem nadprzyrodzonym, często organizując nawet seanse spirytystyczne. Oczywiście nie do każdego ta forma kontaktu z duchami przemawia, ale Coco jest tak bardzo przekonująca w swym działaniu, że nawet największy przeciwnik seansów w końcu ustępuje i bierze w nich udział. Lilah nie organizuje seansów, ani też nie rozmawia z duchami, ale potrafi świetnie odczytywać aurę ludzi, z którymi styka ją los. Dziewczyna wie, kto jest dobrym, a kto złym człowiekiem. To bardzo pomaga jej w podejmowaniu decyzji, a w dodatku wie, komu powinna ufać, a komu nie.

Wydanie z 2001 roku
Wyd. HARLEQUIN
tłum. Alina Patkowska
Oprócz powyższej zdolności, Lilah przeczuwa również nadejście sytuacji kryzysowych albo wręcz nieszczęść. Panna Calhoun jakimś wewnętrznym i tylko jej znanym głosem potrafi przewidzieć, że zbliża się coś złego i dlatego czasami jest w stanie zapobiec tragedii. Tak więc pewnego wieczoru dziewczyna wyraźnie czuje niepokój. Jej stan nie ma bynajmniej związku ze zbliżającą się burzą. To coś znacznie więcej. Pomimo grzmotów i błyskawic udaje się zatem na plażę, ponieważ czuje, że to właśnie tam rozegra się jakiś dramat. Oczywiście ma rację. W pewnym momencie dziewczyna widzi, jak za burtę statku wypada ciało. Okazuje się, że to mężczyzna, któremu należy natychmiast pośpieszyć z pomocą. Przynajmniej tak wewnętrznie czuje Lilah. Oczywiście kobieta nie waha się ani sekundy. Ostatecznie holuje mężczyznę do brzegu, a potem wzywa na pomoc swojego szwagra i przyszłego męża Amandy, o której była mowa w Rezydencji.

Kiedy już nieznajomy mężczyzna jest na tyle silny, że można nawiązać z nim kontakt, okazuje się, że to niejaki Max Quartermain. To naukowiec, który został wynajęty do zbadania dokumentów ukradzionych wcześniej z Towers. Zatrudnił go bandyta, o którym była mowa w poprzedniej części tej historii. Max twierdzi, że podejmując tę pracę nie był niczego świadomy, a o całym przekręcie dowiedział się dopiero, będąc na statku i zajmując się papierami dotyczącymi przeszłości Calhounów. Czy zatem można mu wierzyć? Czy mężczyzna mówi prawdę? A może to jakiś szpieg, którego w rzekomo dramatycznych okolicznościach wysłano do rezydencji, aby tam wkradł się w łaski jej mieszkańców? Ale czy w takiej sytuacji ktoś strzelałby do niego, prawie go zabijając? Trzeba też dodać, że Max jest nieziemsko przystojny, a Lilah też nie jest ze stali. Pomiędzy nimi praktycznie od pierwszej chwili rodzi się uczucie. Tylko czy Lilah może ufać mężczyźnie, skoro wiadomo już, że pracował dla wroga?



Suzanna vel Na zawsze twój
(tytuł oryginału: Suzanna’s Surrender)


Suzanna Calhoun Dumont to czwarta z prawnuczek Bianki i Fergusa. Pomimo że ma dopiero dwadzieścia osiem lat, to jednak życie jej nie oszczędzało. Jako bardzo młoda dziewczyna wyszła za mąż za prawnika nie tylko o nieprzeciętnej sławie, ale także i ambicjach. Dość szybko okazało się, że Baxter ożenił się z nią jedynie dla pieniędzy, a gdy wyszło na jaw, że jednak tego majątku będzie niewiele, wówczas stworzył swojej żonie istne piekło. Nie pomogło nawet to, że urodziła mu dwoje dzieci, w tym syna, co przecież dla mężczyzny takiego, jak Bax nie jest bez znaczenia. Tak więc Suzanna po licznych upokorzeniach postanowiła wreszcie odejść. A zatem zabrała dzieci i to, co uważała, że prawnie jej się należy, i wróciła do Towers. Oczywiście w rezydencji znalazła wszystko to, czego brakowało jej w domu męża w Bostonie, czyli miłość i wsparcie, a także opiekę nad dziećmi. Dopiero po rozwodzie kobieta zaczęła z nadzieją patrzeć w przyszłość. Czy jednak taka sytuacja będzie trwać wiecznie?

Wydanie z 2001 roku
Wyd. HARLEQUIN
tłum. Alina Patkowska
Ponieważ w Towers odbywają się aktywne poszukiwania szmaragdów prababki Bianki, a do całej tej historii zaangażowani zostali już praktycznie wszyscy mieszkańcy posiadłości, Suzanna również musi wnieść swój wkład w to przedsięwzięcie. Szybko okazuje się, że niedaleko rezydencji, w domku tuż przy plaży, mieszka niejaki Holt Bradford. To były policjant, który w pewnym momencie swojego życia uznał, że jeśli dalej będzie tkwił w zawodzie, wówczas albo skończy tak, jak ci, których tropi każdego dnia, albo po prostu ktoś, kiedyś wbije mu nóż w plecy i nie będzie już wtedy dla niego żadnego ratunku. Aby tego uniknąć, mężczyzna postanowił więc zamieszkać w domku swojego nieżyjącego od lat dziadka. Holt był bardzo zżyty z Christianem i stale go wspomina. Często przesiaduje w pracowni dziadka i wyobraża go sobie przy sztalugach, jak ten maluje piękne obrazy, z których można naprawdę wiele wyczytać. Chociaż w chwili śmierci dziadka Holt był dzieckiem, to jednak nie przeszkadza mu to czuć bliskość z najwspanialszą osobą, jaką spotkał w życiu.

Jaki zatem ma być wkład Suzanny w poszukiwanie klejnotów prababki? Otóż Holta Bradforda i Suzannę połączyło niegdyś pewne wydarzenie, lecz potem ta znajomość umarła śmiercią naturalną, a dziewczyna wyszła za mąż za Baxtera. A ponieważ Holt jest wnukiem mężczyzny, z którym Bianka Calhoun rzekomo zdradzała męża, na Suzannę spada obowiązek odnowienia tej znajomości i tym samym zasięgniecia informacji na temat romansu ich przodków. Czy zatem kobiecie uda się przełamać niechęć młodego Bradforda do jej osoby? Czy przeszłe urazy odejdą w niepamięć i dawni znajomi połączą siły, aby wreszcie poznać tajemnicę sprzed osiemdziesięciu lat? Jak bardzo ta sprawa zaważy na ich aktualnych relacjach? Czyżby – ku uciesze ciotki Coco – w powietrzu wisiał kolejny romans, a może nawet i ślub?

Podczas, gdy w Rezydencji czytelnik ma do czynienia z kobietami silnymi i uparcie dążącymi do celu, tak tutaj spotyka bohaterki, z których każda to zupełnie inna osobowość. O Lilah można powiedzieć, że buja w obłokach i jedyne, co ją interesuje to zasypianie o każdej porze i w każdym miejscu. Lecz pomiędzy tymi drzemkami jest również kobietą pracującą i pragnącą miłości. Nie chce jednak wiązać się z byle kim i czeka na tego jedynego, czyli przysłowiowego księcia z bajki. Bardzo aktywnie uczestniczy też w odkrywaniu tajemnicy śmierci Bianki Calhoun, z którą tak naprawdę czuje ogromną więź, szczególnie wtedy, gdy przebywa w wieży, z której wypadła jej prababka, kończąc swoje nieszczęśliwe życie.

Z kolei Suzanna to typowa kobieta z przeszłością. Ponieważ doznała tak wiele krzywd od byłego męża, teraz obawia się wejść w kolejny związek. Jedyną pociechą są dla niej dzieci, które kocha bezgranicznie i na samą myśl, że ktoś mógłby zrobić im coś złego cierpnie jej skóra. Choć nie mówi o tym głośno, to jednak nadal boi się swojego byłego męża. Ona wie, że Bax naprawdę wiele może. Przecież to wpływowy prawnik, który w każdej chwili może pociągnąć za odpowiednie sznurki i wtedy całe jej życie znów zamieni się w koszmar. Dlatego też zapomnienia szuka w ciężkiej pracy. To tam może wyładować całą swoją wściekłość i nie pamiętać o tym, co złe. Wiele wsparcia otrzymuje od rodziny i tych, którzy do tej rodziny weszli lub mają zamiar do niej dołączyć.


Holt Bradford po odejściu z policji zamieszkał w domku niedaleko Towers, 
który niegdyś należał do jego dziadka. Mężczyzna teraz zajmuje się naprawą łodzi,
a Suzanna próbuje sprawić, aby wokół domu było pięknie za sprawą krzewów i kwiatów.
Możliwe, że tak właśnie wyglądałby dom Holta, gdyby wyjąć go z kart powieści. 


Na kartach Rodzinnych szmaragdów pojawia się także dość ciekawa postać, a jest nią najstarsze dziecko Bianki i Fergusa. Kiedy rozgrywa się akcja powieści, czyli są to lata 90. XX wieku, kobieta jest staruszką, lecz to wcale nie oznacza, że pozbawioną zmysłów i logicznego myślenia. Wręcz przeciwnie. Colleen wciąż jest niesamowicie aktywna, a jej cięty język niejednego wyprowadził już z równowagi albo przyprawił o śmiech. Oczywiście wątek kryminalny nadal jest obecny i wygląda na to, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Każdy może znaleźć się na celowniku wroga, a chciwość, która za tym stoi sprawia, że życie mieszkańców Towers jest naprawdę zagrożone. Wiele dobrego wnoszą do fabuły również pamiętniki Bianki i Christiana, z których czytelnik dowiaduje się, co tak naprawdę łączyło tych dwojga. Poznaje ich uczucia, a także motywy postępowania. Widzi też, jak bardzo zmieniło się ich życie, kiedy skrzyżowały się ich życiowe drogi.

Rodzinne szmaragdy to wcale nie koniec opowieści o klanie Calhounów. Jest to jedynie zakończenie historii czterech sióstr z Towers. Nora Roberts stworzyła bowiem jeszcze jedną powieść, której fabuła dotyczy jednej z bohaterek pojawiających się na kartach Rodzinnych szmaragdów i o której Autorka wspomina również w Rezydencji. Mowa oczywiście o Pomyślnych wiatrach, gdzie główną bohaterką jest Megan O'Riley, czyli siostra Sloana, który jest mężem Amandy. Ta kobieta również sporo przeszła i ma wiele wspólnego z Suzanną. O tym jednak opowiem za jakiś czas.