Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maeve Binchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maeve Binchy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2015

Maeve Binchy – „Głogowy gaj”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Whithethorn Woods
Przekład: Ewa Horodyska






Ludzie od zarania dziejów w coś wierzą. Wokół obiektu swojej wiary tworzą wręcz legendy i rozmaite – czasami nawet niewiarygodne – opowieści. Niejednokrotnie z tego powodu są wyśmiewani i wyszydzani. I nie jest to nic nowego. Taką sytuację obserwujemy bowiem od wieków. Ludzie dzielą się na tych, którzy uważają samych siebie za realnie myślących i ani w głowie im podzielać zabobonne poglądy, oraz na tych, którzy w te „zabobony” uparcie wierzą i właśnie w nich poszukują pomocy w rozwiązywaniu swoich życiowych problemów. No cóż, bez względu na to kto w co wierzy bądź nie wierzy, każdemu należy się szacunek i jakiekolwiek wyśmiewanie jest co najmniej nie na miejscu. Aczkolwiek w praktyce jest zupełnie inaczej, ponieważ ludzie jakoś nie potrafią powstrzymać się od tego, aby tej drugiej stronie solidnie nie „przyłożyć”. Taka bowiem ludzka natura i raczej nic nie można zrobić, aby cokolwiek zmienić w naszym postrzeganiu odmienności.

Irlandia, podobnie jak Polska, uważana jest za kraj katolicki. W związku z tym znajduje się tam wiele miejsc poświęconych kultowi religijnemu. Od wieków Irlandia nazywana jest też „krajem świętego Patryka”, co oczywiście mówi samo za siebie. Choć z drugiej strony wydaje się, że ostatnio Irlandczycy coraz bardziej wymykają się spod ustalonych niegdyś ram i stają się bardziej liberalni i tolerancyjni wobec wszelkiego rodzaju odmienności obyczajowej, co niekoniecznie musi podobać się środowiskom katolickim. Kiedy Maeve Binchy pisała Głogowy gaj nie było jeszcze mowy o tym, że Irlandczycy są zdolni do tego, aby poprzeć w referendum małżeństwa jednopłciowe. Jeszcze dwadzieścia lat temu homoseksualizm w tym kraju zagrożony był bowiem karą więzienia. Od tamtego czasu naprawdę wiele zmieniło się w świadomości mieszkańców Zielonej Wyspy.

Przenieśmy się zatem do niewielkiego irlandzkiego miasteczka o nazwie Rossmore. To tutaj legendą obrosła pewna niezwykła studnia, zwana „studnią świętej Anny”. Miejsce to znajduje się w lesie, zaś mieszkańcy przychodzą tam, aby modlić się o cud. Wierzą bowiem, że święta Anna jest w stanie „załatwić” każdą sprawę. Samotne kobiety w swoich modlitwach proszą o dobrego męża, natomiast bezdzietne mężatki o potomstwo. Niektórzy błagają Świętą o zdrowie dla chorego dziecka albo dla kogoś bliskiego. Kim zatem była święta Anna? Zgodnie z biblijnym przekazem urodziła się w Judei, a jej rodzinny dom znajdował się w Betlejem. Jej rodzicami byli Natan i Maria, którzy wywodzili się z rodu Dawida. Anna nie wychowywała się w bogactwie, ale mimo to otrzymała od swoich rodziców staranne wychowanie, które dodatkowo zostało pogłębione przez służbę w świątyni jerozolimskiej. Swojego męża – Joachima – Anna poślubiła, kiedy miała dwadzieścia cztery lata. Joachim również pochodził z pokolenia Dawidowego. W przeciwieństwie do swojej żony, wychowywał się w znakomitej i zamożnej rodzinie zamieszkałej w Nazarecie. Jak wielu bohaterów Biblii, Joachim i Anna swoje małżeństwo traktowali jako związek święty i złączony przez samego Boga.

Święta Anna Samotrzecia
(na obrazie święta Anna z córką Maryją
i wnukiem Jezusem)
Obraz powstał w latach 1506-1513.
autor: Leonardo da Vinci (1452-1519)
Anna była wzorem i przykładem dla wszystkich małżonek. Niestety, przedłużający się brak potomstwa burzył szczęście małżonków. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dwadzieścia lat. Trzeba pamiętać, że w kulturze żydowskiej brak dziecka uważany był za wielką hańbę oraz karę za grzechy zesłaną przez Boga. Według apokryfu pewnego dnia Anna udała się do ogrodu, aby tam rozpaczać nad swoim nieszczęściem. Wtedy podniosła oczy ku niebu i ujrzała na drzewie laurowym gniazdo wróbli. Wypowiedziała więc swoją prośbę do Boga: „Panie Boże Wszechmogący, który obdarzyłeś potomstwem wszystkie stworzenia, zwierzęta dzikie i domowe, gady, ryby, ptaki i wszystko to cieszy się ze swego potomstwa, dlaczego mnie jedną odsunąłeś od daru Twojej łaskawości? Ty wiesz, Panie, że od początku małżeństwa złożyłam ślub, iż jeśli dasz mi syna bądź córkę, ofiaruję je Tobie w Twym świętym przybytku.” Wówczas Annie ukazał się Anioł i zapowiedział narodzenie dziecka.

Anna i Joachim cieszyli się niezmiernie z tej przepowiedni. Mając czterdzieści pięć lat, kobieta urodziła córkę, a stało się to dokładnie 8 września. Zgodnie z żydowskim obyczajem, dziecku w piętnastym dniu życia nadano imię „Maria” (Maryja). Gdy dziewczynka podrosła, wówczas Anna wypełniła swoją przysięgę złożoną Bogu i wraz z mężem i córką udała się do Jerozolimy, gdzie Maria została wprowadzona do świątyni i oddana na służbę Bogu. Służąc w świątyni, Maria wzrastała w miłości i łasce Bożej. Praktycznie wychowała się w tym przybytku, pozostając tam do chwili ukończenia dwunastego roku życia. Swoje koleżanki prześcigała w pobożności, pokorze, czystości oraz znajomości prawa Bożego, jak również w każdej innej umiejętności. W czternastym roku życia Maria została poślubiona Józefowi. Według niektórych przekazów apokryficznych, krótko po tym wydarzeniu zmarł Joachim, natomiast Anna wraz z córką i zięciem mieszkała w Nazarecie, gdzie dożyła osiemdziesięciu lat. Kiedy zbliżał się jej koniec, rodzina nie odstępowała od jej łoża, zaś w chwili śmierci pożegnała się z najbliższymi i poleciła Bogu swoją duszę, a następnie zasnęła w Bogu z błogosławieństwem swojego wnuka Jezusa. Jej ciało zostało pogrzebane nieopodal zwłok Joachima w Dolinie Jozafata.

To tyle, jeśli chodzi o nakreślenie sylwetki świętej Anny. Przejdźmy teraz do samej książki. Otóż, wbrew pozorom Głogowy gaj wcale nie jest powieścią religijną. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Bohaterowie książki to ludzie, którzy nie charakteryzują się jakąś szczególną religijnością. Nawet miejscowy ksiądz – Brian Flynn – jest człowiekiem, który pomimo swojej profesji raczej nie podziela zdania tych, którzy wręcz fanatycznie wierzą w moc świętej Anny i posągu, który znajduje się w tytułowym głogowym gaju. Wydaje się, że duchowny czuje się nieco zagubiony w całej tej religijności mieszkańców Rossmore. Nie chce jednak nikogo odwodzić od własnych przekonań, ale też stara się ich nie pogłębiać. W dodatku brat Briana stoi na czele firmy, która w najbliższym czasie ma zająć się budową obwodnicy, która sprawi, że w miasteczku będzie bezpieczniej, ponieważ samochody nie będą już przez nie przejeżdżać. Według planu droga będzie przebiegać właśnie przez głogowy gaj, a co za tym idzie konieczne będzie usunięcie stamtąd studni świętej Anny i generalnie całego miejsca kultu religijnego. I tak oto dochodzi do konfliktu pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Jedni chcą, aby wreszcie odciążyć Rossmore od samochodów, zaś inni nie wyobrażają sobie sytuacji, w której nie będą mogli już chodzić do studni świętej Anny i prosić ją o łaski. Czy w tych okolicznościach jest szansa na to, aby dojść do rozsądnego porozumienia? Czy konflikt pomiędzy mieszkańcami nie doprowadzi czasem do poważnych manifestacji?

Przyznam, że książka po opisie z okładki zapowiada się naprawdę obiecująco. Niedawno przeczytałam inną powieść Maeve Binchy – Droga do Tary – która mnie naprawdę zachwyciła. Niestety, nie do końca to samo mogę powiedzieć o Głogowym gaju. Spodziewałam się bowiem jednolitej opowieści, w której centrum znajdzie się miejsce religijnego kultu i oczywiście konflikt wywołany planami budowy obwodnicy. W wyobraźni wydziałam już te uliczne demonstracje, krzyki mieszkańców Rossmore i obronę świętej Anny za wszelką cenę. Przecież napisanie tego rodzaju fabuły aż się prosi, jeśli weźmiemy pod uwagę główny wątek powieści (?). No właśnie, i tu pojawia się pytanie: czy tę książkę można potraktować jako powieść? Z jednej strony mamy do czynienia z wątkiem, który stanowi trzon fabuły, lecz z drugiej strony czytelnik styka się ze zwykłymi opowiadaniami, których autorami są osoby w mniejszym lub większym stopniu związane z miasteczkiem Rossmore. Tak naprawdę zamieszania wokół budowy obwodnicy jest niewiele. Autorka znacznie bardziej skupiła się na problemach życiowych poszczególnych bohaterów-autorów opowiadań. Otóż, każda z tych postaci ma coś na sumieniu, natomiast opowiadania są, jakby swego rodzaju formą spowiedzi. Ci ludzie nie spowiadają się jednak księdzu, lecz samemu czytelnikowi. Natomiast ta sama historia opowiadana jest przez dwie osoby. Widzimy zatem spojrzenie na jeden problem z dwóch perspektyw. I to może być w pewnym sensie dość ciekawe.


Grota w Rossmore
Możliwe, że właśnie do takiego miejsca przychodzili bohaterowie książki,
aby prosić świętą Annę o pomoc.
fot. Richard Fensome


Wśród wspomnianych bohaterów spotykamy siostry, które przez lata ukrywały przed sobą nawzajem jakąś tajemnicę. Są też małżonkowie, którzy nie zawsze byli wobec siebie wzajemnie uczciwi. Mamy także przyjaciółki, które łączy silna więź. Czytelnik spotyka również osoby zupełnie sobie obce, ale wystarczy jeden z pozoru mało znaczący incydent, aby połączyła je pewna więź. Ci ludzie opowiadają o swoich grzechach, sekretach, miłości, rywalizacji, zawiści, zazdrości i wielu innych typowo ludzkich sprawach, które dotknęły ich gdzieś po drodze. Nie ma jednak w tym wszystkim choćby odrobiny dynamizmu. Może jedno opowiadanie zasługiwałoby tutaj na szersze omówienie. Chodzi bowiem o młodą kobietę, która pod wpływem zazdrości o mężczyznę, którego kochała nad życie, posunęła się do czynów zagrożonych sankcją. Chęć bycia z ukochanym mężczyzną była silniejsza, aniżeli strach przed więzieniem. Możliwie, że ta kobieta w ogóle nie zdawała sobie sprawy z powagi swojego czynu. Zapewne wydawało jej się się, że jej plan jest tak misternie przygotowany, iż nie ma choćby najmniejszych szans, aby sprawa kiedyś wyszła na jaw. Okazało się natomiast zupełnie inaczej i kobieta w konsekwencji trafiła za kratki.

Wśród tych postaci jest też kobieta, która rozpaczliwie pragnęła mieć dziecko, ale niestety macierzyństwo raczej nie było jej sądzone. W związku z tym pewnego dnia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, a właściwie polecić je świętej Annie i po prostu działać. To, czego się ostatecznie dopuściła jest również traktowane jako czyn podlegający karze, lecz w przeciwieństwie do bohaterki opisanej powyżej, ona miała znacznie więcej szczęścia i dopiero kiedy była już umierająca sprawa wyszła na światło dzienne.

Okładka pierwszego wydania powieści.
Wydawnictwo ORION (1996)
Kiedy tak analizuję wszystkie te opowiadania, to wydaje mi się, że celem Maeve Binchy było pokazanie jak bardzo fanatyzm religijny niektórych ludzi może być niebezpieczny. Otóż, prędzej czy później bohaterowie książki trafiali do studni świętej Anny, gdzie modlili się o pomoc. To, czy święta Anna faktycznie ich wysłuchiwała jest już sprawą dyskusyjną. Faktem jest jednak to, że po jakimś czasie oni wszyscy odbierali swego rodzaju życiowe znaki jako te zesłane przez Świętą. Czasami były to sytuacje zagrożone sądowymi wyrokami, lecz ci bohaterowie wcale nie odbierali tego w ten sposób. Oni po prostu uparcie wierzyli, że nawet zły czyn, który w rezultacie prowadził ich do upragnionego celu, był podyktowany pomocą świętej Anny.

Wydaje mi się zatem, że tylko na pierwszy rzut oka książka Maeve Binchy rozczarowuje. Te wszystkie historie opisane na tle konfliktu o budowę obwodnicy mają chyba nieco głębsze, moralne znaczenie. Pomimo że spodziewałam się po tej historii czegoś zupełnie innego, to jednak kiedy bliżej przyglądam się każdemu z tych opowiadań, dostrzegam, że jest w nich pewien sens. One pokazują czytelnikowi czym tak naprawdę może stać się dla nas błędne odbieranie pewnych życiowych znaków tudzież fanatyczne pojmowanie kwestii religijnych. W dodatku każdą z tych historii charakteryzują specyficzne i nie zawsze łatwe relacje międzyludzkie. Są to więzi łączące członków tej samej rodziny albo też ludzi zupełnie sobie obcych.

Nie będę nikogo ani zachęcać do tej książki, ani też jej odradzać. Doskonale zdaję sobie również sprawę, że już sama postać świętej Anny może na niektóre osoby działać drażniąco i nasuwać skojarzenia, które mogą być w rzeczywistości błędne, bo – jak już napisałam – nie jest to książka stricte religijna. Sama wciąż mam wobec tej pozycji mieszane uczucia. Na pewno książkę czyta się szybko, jak to zazwyczaj bywa z powieściami obyczajowymi. Myślę, że twórczość Maeve Binchy nadal pozostanie w kręgu moich zainteresowań, ponieważ wydaje mi się, że inne jej powieści są na miarę Drogi do Tary. Obym się nie rozczarowała!







sobota, 8 sierpnia 2015

Maeve Binchy – „Droga do Tary”















Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Tara Road
Przekład: Teresa Sośnicka





Wielu z nas na pewno przekonało się na własnej skórze, że nie wszystko, co nas spotyka w życiu jest na zawsze. Kiedy zakochujemy się w jakiejś osobie, z reguły wydaje nam się, że jest to miłość na całe życie i nic ani nikt nie będzie w stanie tego zmienić. Podobnie jest z przyjaźnią. Ufamy komuś i wierzymy, że ta osoba nigdy nas nie zawiedzie. Niestety, los potrafi płatać figle, a życie pisze swój własny scenariusz i kiedy najmniej spodziewamy się zmian, one przychodzą i sprawiają, że nasze ustabilizowane dotychczas życie wywraca się do góry nogami. Nie wiemy, wtedy, co tak naprawdę powinniśmy zrobić. Zazwyczaj jesteśmy w totalnym szoku i nie mamy pojęcia, jakie decyzje należy podjąć, aby przywrócić własnemu życiu normalność i sens. W takiej sytuacji trzeba dokonać zmian w hierarchii wartości, które wyznawaliśmy i znów ruszyć na podbój świata. Najgorsze, co wtedy możemy zrobić to siąść i wylewać morze łez nad tym, co nas spotkało. Ale życie nie tylko dostarcza nam zmartwień. Nierzadko los odmienia się na lepsze, a w tym, co jeszcze tak niedawno było dla nas tragedią, odnajdujemy pozytywne strony.

Niejednokrotnie zdarza się, że życiowe zmiany, jakie zafundował nam los sprawiają, że podejmujemy z pozoru szalone decyzje i dla kogoś, kto przygląda się temu z boku fakt ten może wydawać się zupełnie niezrozumiały. Tak właśnie stało się w momencie, kiedy Ria Lynch – główna bohaterka Drogi do Tary – utraciła wszystko, co miała i zmuszona była zacząć swoje życie praktycznie od początku. Oczywiście nie mogła wymazać z pamięci wszystkich wydarzeń i osób, które do tej pory towarzyszyły jej w życiu, ale mimo to musiała bardzo wiele zrozumieć i pozamykać pewne życiowe rozdziały. Marię Johnson, którą wszyscy zwą po prostu „Ria” poznajemy, kiedy ta ma tylko piętnaście lat. Wychowuje się wraz ze starszą i bardziej doświadczoną siostrą Hilary. Dziewczyny mieszkają tylko z matką, ponieważ ojciec zmarł wiele lat temu. Relacje pomiędzy siostrami są typowe: Ria i Hilary czasami się kłócą, a niekiedy znów zwierzają się sobie wzajemnie ze swych najskrytszych marzeń i tajemnic. Jak to zazwyczaj bywa w wieku dorastania, obydwie dziewczyny przechodzą przez pierwsze fascynacje płcią przeciwną. Ich doświadczenia nie są jednak takie same. To Hilary wydaje się tą, która wie o życiu i relacjach damsko-męskich znacznie więcej, aniżeli jej młodsza siostra. A jak układają się ich stosunki z matką? Na tej płaszczyźnie też nie ma jakichś większych problemów. Nora Johnson jest zagorzałą miłośniczką kina i jedyne, co ją interesuje to telewizja i filmy, które może w niej obejrzeć, choć to wcale nie oznacza, że zaniedbuje swoje dzieci.

Maeve Binchy
Mijają lata. Ria Johnson znajduje pracę w pewnej firmie zajmującej się sprzedażą nieruchomości. Do tej samej firmy trafia również nieziemsko przystojny Danny Lynch, który niemalże natychmiast zwraca uwagę na naszą skromną Marię. W miarę upływu czasu ich uczucie nabiera mocy, aż w końcu obydwoje decydują się na ślub. Poza tym na świat już niedługo ma przyjść ich pierwsze dziecko. Możliwe, że decyzja o małżeństwie została nieco wymuszona przez zaistniałe okoliczności, ale zarówno Ria, jak i Danny nie przykładają do tego zbyt dużej wagi. Oni cieszą się, że mogą być razem i jedyne, co ich teraz interesuje, to planowanie wspólnej przyszłości.

Ponieważ Danny jest niezwykle zdolnym agentem nieruchomości, bardzo szybko zostaje zauważony przez lokalnego biznesmana o nazwisku Barney McCarthy. Tak więc w krótkim czasie Danny Lynch zostaje jego wspólnikiem i od tej pory wspina się na wyżyny nie tylko zawodowe, ale również społeczne. Przy pomocy Barneya McCarthy’ego państwo Lynch kupują okazały dom w prestiżowej dzielnicy Dublina przy ulicy Tara Road, gdzie mieszkają sami bogacze i ludzie z wyższych sfer społecznych. To nic, że na chwilę obecną budynek jest w totalnej ruinie i trzeba włożyć wiele pracy i pieniędzy, aby doprowadzić go do stanu używalności. Ani Ria, ani Danny nie boją się ciężkiej pracy, zważywszy że jej efekty już wkrótce są wyraźnie zauważalne. I tak oto państwo Lynch wreszcie wprowadzają się do nowego domu i robią wszystko, aby w jego murach zagościło szczęście. Ria jest doskonałą panią domu, zaś Danny świetnie radzi sobie w pracy, dzięki czemu środki finansowe na ich bankowych kontach wciąż rosną.

I znów mijają lata. Danny i Ria mają już dwoje dzieci: córkę Annie i syna Briana. Oprócz udanego życia rodzinnego państwo Lynch nie mogą także narzekać na grono oddanych przyjaciół, którzy wciąż odwiedzają ich dom. Czasami jest to aż męczące, ale Ria nie potrafi nikomu odmówić. No cóż, trzeba przyzwyczaić się do tego, że Irlandczycy są niezwykle towarzyscy i nie lubią spędzać czasu samotnie, dlatego stale szukają jakiejś bratniej duszy do rozmowy. Niestety, pewnego dnia całe to pieczołowicie pielęgnowane szczęście Rii rozpada się niczym domek z kart. Kobieta traci praktycznie wszystko, na co pracowała przez tyle długich lat. Nie wie, jak sobie teraz poradzi z osobistą tragedią. Dlaczego była tak zaślepiona własnym szczęściem, że nie dostrzegała symptomów zbliżającej się katastrofy? Przecież to wszystko nie stało się z dnia na dzień. Były sygnały, lecz ona ich nie zauważała, myśląc, że tak naprawdę nic się nie dzieje, a jej mąż jest jej oddany i wszystko, co robi, robi dla dobra rodziny. Jak zatem Ria poradzi sobie w zupełnie nowej dla niej sytuacji? Czy będzie umiała stawić czoło okrutnej rzeczywistości? Czy zrozumie postępowanie bliskich? Czy znajdzie się ktoś, kto pomoże jej przez to wszystko przejść? A może wreszcie zda sobie sprawę, że do tej pory żyła w świecie fałszu i ułudy i każdego dnia jedynie wmawiała sobie, że jest szczęśliwa?


Olivia Williams jako Ria Lynch w filmie Tara Road (2005)
reż. Gillies MacKinnon


Droga do Tary to klasyczna powieść obyczajowa bez żadnych ukrytych latami rodzinnych tajemnic. Jest to opowieść o ludziach, którzy zbłądzili, podejmując złe decyzje, których już nie można cofnąć. To powieść o ludzkich namiętnościach i życiu, które potrafi zaskoczyć, nie zawsze pozytywnie. Droga do Tary to także historia o kobietach, które przeżyły bardzo wiele i myślały, że nie ma już dla nich ratunku, aby móc wrócić do normalnego życia. Akcja powieści rozgrywa się w Irlandii i Stanach Zjednoczonych w latach 80. i 90. XX wieku. Oprócz Rii Lynch poznajemy też inną kobietę, której życie nie oszczędzało. Ona również musi wreszcie zmierzyć się ze swoimi demonami i zacząć normalnie żyć, aby swoim postępowaniem i zamknięciem się na świat przestać krzywdzić innych ludzi.

W tej książce oprócz klasycznych relacji damsko-męskich znajdziemy także dwa różne oblicza miłości macierzyńskiej. Z jednej strony mamy kobietę, która jakoś nie za bardzo radzi sobie w roli matki, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę jej relacje z dorastającą córką. Z drugiej strony czytelnik spotyka kobietę, która wciąż nie może dojść ze sobą do ładu po śmierci jedynego syna. Takie zderzenie tych dwóch bohaterek naprawdę wiele wnosi do fabuły powieści i pozwala spojrzeć na ten sam problem pod różnym kątem.

W Drodze do Tary Maeve Binchy (1940-2012) poruszyła też takie kwestie, jak bezwarunkowa miłość do mężczyzny, która może znieść wszystko i pozwala wybaczyć nawet najgorszą zdradę, oraz przyjaźń, która z kolei pod wieloma względami może pozostawiać wiele do życzenia. Pod powłoczką życzliwości może bowiem pojawić się fałsz i przysłowiowe wbijanie noża w plecy, kiedy osoba najbardziej zainteresowana staje się mniej czujna, ponieważ sądzi, że akurat z tej strony nie może spotkać jej nic złego. Co ważne, w powieści dość dokładnie poruszony jest także problem przemocy w rodzinie. Przypadek opisany przez Autorkę jest wręcz książkowy. Kobieta cierpi, ale mimo to wciąż tkwi przy swoim oprawcy i skutecznie zaprzecza rzeczywistości. Tłumaczy swojego kata z każdego brutalnego posunięcia, jakiego dopuścił się wobec jej osoby, czy względem dzieci. Stale naiwnie wierzy, że mąż nagle się zmieni, a jego agresywne zachowanie to tak naprawdę wyłącznie jej wina. Nie pomagają żadne tłumaczenia ani prośby. Zdaniem ofiary wszystkiemu winna jest właśnie ona sama, zaś mąż jest praktycznie bez skazy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze alkoholizm, który nie dotyczy tylko jednego bohatera, lecz kilku. 


Andie MacDowell jako Marilyn Vine oraz Stephen Rea w roli Colma Barry'ego 
Tara Road (2005)
reż. Gillies MacKinnon


W powieści występuje sporo postaci. Wszystkie one są wyraziste i z łatwością można dokonać analizy psychologicznej tych bohaterów. Zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn są ci, których czytelnik darzy większą sympatią oraz ci, którzy na tę sympatię zupełnie nie zasługują. Wbrew pozorom nie polubiłam Rii Lynch, podobnie jak nie zapałałam pozytywnym uczuciem do jej męża. Obydwoje wydawali mi się mało stanowczy. Nie potrafili podjąć konkretnej decyzji, która pozwoliłaby im raz na zawsze zakończyć pewien etap swojego życia. Ria wciąż stawia na miłość, która rzekomo powinna wszystko przetrwać, natomiast Danny to klasyczny „śliski” typ, któremu po prostu się nie ufa i nie wybacza, nawet jeśli przyjdzie skruszony i będzie przepraszał. Po kilku dniach zrobi bowiem dokładnie to samo.

Okładka pierwszego wydania.
Wyd. ORION
Wielka Brytania 1998
Jeśli chodzi o bohaterów, którzy wzbudzili moją sympatię, to są to postacie drugiego planu. To małżeństwo Amerykanów, które przeżyło wielką tragedię, lecz mimo to potrafiło zawalczyć o tę drugą osobę, zamiast poddać się i po prostu odejść. Pamiętajmy, że są lata 80. i 90. XX wieku, a więc przepaść pomiędzy Europą a Ameryką zaznacza się bardzo wyraźnie. Chodzi tutaj głównie o styl życia i tak zwany rozwój cywilizacji. Ci w Ameryce żyją już według innych reguł, aniżeli Irlandczycy. Za oceanem powszechny jest już Internet, a aparat ortodontyczny na zębach nastolatka nikogo nie dziwi. Inaczej jest w Irlandii. Tutaj wszelkie unowocześnienia techniczne dopiero zaczynają się pojawiać i są dostępne jedynie w biurach firm, zaś statystyczne gospodarstwo domowe będzie musiało jeszcze poczekać, na przykład na instalację Internetu.

W 2005 roku na podstawie Drogi do Tary zrealizowano film, gdzie w rolach głównych wystąpiły takie gwiazdy, jak Andie MacDowell, Olivia Williams, czy Ian Glen. Opinie na temat tej produkcji są różne. Niektórzy uważają, że jest to najsłabszy film z udziałem Andie MacDowell, która w obsadzie jest chyba najbardziej znaną aktorką. Wielu porównuje ten film do amerykańskiej produkcji o podobnej fabule zatytułowanej Holiday (2006), gdzie role główne zagrały Cameron Diaz i Kate Winslet. Z kolei w przypadku Tara Road panuje przekonanie, że książka pod względem jakości znacznie przewyższa swoją ekranizację. 

Komu zatem mogę polecić Drogę do Tary? Na pewno kobietom, ponieważ jest to klasyczny przykład literatury kobiecej, który doskonale sprawdza się podczas wakacji, kiedy chcemy odpocząć nie tylko od pracy, ale pewnie też od bardziej wymagających lektur. Powieść powinna spodobać się także osobom, które lubią historie obyczajowe, gdzie autor/autorka skupiają się na typowych ludzkich zakrętach losu. Mogę też pokusić się o polecenie tej książki czytelniczkom, które lubią analizować psychikę poszczególnych bohaterów. Tutaj można to zrobić bardzo łatwo i każdą postać zakwalifikować do innej grupy charakterystycznej dla konkretnego stanu emocjonalnego. Książka może także zainteresować panie, które darzą sympatią Irlandię i z utęsknieniem spoglądają w ostatnie dekady XX wieku, kiedy wszystko, co teraz jest na wyciągnięcie ręki, wtedy było nowe i jeszcze niezrozumiałe. Wszyscy, którzy mnie znają i podczytują mojego bloga wiedzą, że oprócz powieści historycznych lubię też sięgać po książki obyczajowe, tak więc przypuszczam, że twórczość Maeve Binchy kiedyś jeszcze tutaj zagości, zważywszy że Autorki od trzech lat nie ma już wśród nas, co w moim przypadku stanowi znacznie większą motywację do sięgania po jej twórczość, niż gdyby nadal tworzyła, ponieważ wychodzę z założenia, że książki zmarłych autorów stale trzeba przypomninać, żeby nie popadły w zapomnienie.