Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Carla Montero – „Złota skóra”














Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2014
Tytuł oryginału: La piel dorada
Przekład: Wojciech Charchalis




W dniu 6 kwietnia 1888 roku policja metropolitarna została poinformowana o rozprawie, która miała odbyć się nazajutrz w sprawie zamordowania Emmy Elizabeth Smith (1843-1888). Kobieta dwa dni wcześniej zmarła w szpitalu w Londynie. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że ta śmierć będzie pierwszą związaną z morderstwami w ubogiej dzielnicy Whitechapel, natomiast sześć miesięcy później na londyński East End zostaną zwrócone oczy całego świata. Emma Elizabeth Smith urodziła się w 1843 roku. Według autorów książki The Jack the Ripper A to Z (z pol. Kuba Rozpruwacz od A do Z), Emma urodziła się w Margate w stanie Kent, poślubiła żołnierza, a potem została wdową. Tak naprawdę niewiele wiadomo o jej wcześniejszym życiu, lecz informacje te z całą pewnością zostały zebrane przez policję, ale w miarę upływu lat musiały gdzieś się zapodziać. Z raportu inspektora Edmunda Reida (1846-1917), który zajmował się tym morderstwem, dowiadujemy się, że kobieta miała co najmniej dwoje dzieci – syna i córkę – mieszkające w okolicy Finsbury Park. W swojej autobiografii zatytułowanej I caught Crippen (z pol. Złapałem Crippena)*, Walter Dew (1863-1947), który był wtedy detektywem w policji metropolitarnej, napisał:

Jej przeszłość była zamkniętą księgą nawet dla jej bliskich przyjaciół. Jedyne, o czym kiedykolwiek mówiła w odniesieniu do samej siebie, to to, iż była wdową, która ponad dziesięć lat wcześniej opuściła męża i oderwała się od swojego towarzystwa. Było jednak coś na temat Emmy Smith, co sugerowało, że był taki czas, kiedy nie odmawiała sobie komfortu życia. Mówiła niezwykle kulturalnie, jak na warstwę społeczną, z której pochodziła. Gdy zapytano Emmę, dlaczego całkowicie oderwała się od swego starego życia, wówczas odpowiedziała z pewną powagą: „Teraz [ludzie] nie zrozumieliby tego lepiej niż rozumieli wtedy. Muszę jakoś żyć.”

Edmund Reid 
Fotografia pochodzi z około
1896 roku. 
Wyglądało więc na to, że detektyw znał ją dość dobrze albo przynajmniej z widzenia lub z opowiadań jej przyjaciółek. Niezależnie od jej potencjalnie szanowanego pochodzenia, Emma w 1888 roku – mając czterdzieści pięć lat – pracowała na ulicach Whitechapel jako powszechnie znana prostytutka. Często widywana była z podbitym okiem, ranami ciętymi i siniakami będącymi wynikiem pijackich libacji. Do chwili śmierci przez około osiemnaście miesięcy mieszkała przy George Street 18. Każdego wieczoru opuszczała mieszkanie pomiędzy szóstą a siódmą, aby spotykać się z klientami. Do domu wracała nazajutrz we wczesnych godzinach rannych. Tak więc pod tym względem noc, kiedy została zamordowana, niczym nie różniła się od poprzednich. W Poniedziałek Wielkanocny, czyli 2 kwietnia 1888 roku, w jedno ze świąt banku (z ang. Bank Holiday)**, Emma wyszła z domu o szóstej. Krótko po północy była widziana na Faience Street w londyńskiej dzielnicy Limehouse, kiedy rozmawiała z mężczyzną, który miał na sobie ciemne ubranie i biały szal.

Według niejasnych zeznań Emmy, około godziny pierwszej trzydzieści w nocy, podczas gdy wracała do swojego miejsca zakwaterowania, w dzielnicy Whitechapel ruszyło za nią trzech lub czterech nastolatków. Zaatakowali ją na rogu Brick Lane i Wentworth Street. Okrutnie ją pobili, zgwałcili i zranili jej intymne miejsce jakimś tępym narzędziem. Następnie okradli i zostawili na pewną śmierć. Krótko po godzinie czwartej rano Emma w jakiś nadludzki sposób ruszyła w kierunku noclegowni przy George Street. Szła tak z krwawiącą twarzą, uciętym uchem, wciskając sobie między uda kawałek materiału, aby zatamować krwotok. Tępe narzędzie, którego użyli bandyci rozerwało kobiecie krocze, i to właśnie ten uraz doprowadził do jej śmierci. Zadziwiające jest jednak to, w jaki sposób udało się Emmie zrobić choćby tylko jeden krok, któremu zapewne towarzyszył rozdzierający ciało ból. Niestety, ani policja, ani też świadkowie nie widzieli jej wtedy, dlatego pojawiły się rozbieżności w zeznaniach.

Walter Dew 
Zdjęcie pochodzi z 1920 roku. 
Wbrew swojej woli, Emma Elizabeth Smith została jednak zabrana do szpitala przez Mary Russell, zastępcę właścicielki noclegowni, gdzie mieszkała prostytutka, i kobietę o nazwisku Annie Lee. Niestety, podczas transportu Emmy do szpitala, ponownie nie natrafiono na żadnych świadków, ani też na patrole policji. W szpitalu prostytutka została zbadana przez doktora George’a Haslipa (1864-?). Emma nie zgodziła się na to, aby wezwać policję. Nie chciała opowiadać o szczegółach napadu i opisywać napastników. Potem straciła przytomność i zapadła w śpiączkę. Zmarła 4 kwietnia 1888 roku o godzinie czwartej rano. Przyczyną zgonu było zapalenie otrzewnej. Gdy wreszcie poinformowano o całym zdarzeniu policję, wówczas badaniem sprawy zajął się wspomniany już inspektor Edmund Reid. Dokonał on dokładnych oględzin ubrania prostytutki, zauważając przy tym: Ubranie jest tak brudne i zniszczone, że nie można ostatecznie stwierdzić, czy jakakolwiek jego część jest świeżo rozdarta. Inspektor próbował też odnaleźć świadka zarówno ataku na Emmę, jak i jej powrotnej podróży do domu noclegowego lub do szpitala, lecz nie było nikogo, kto mógłby cokolwiek na ten temat powiedzieć. Nawet policjanta, który byłby w stanie udzielić jakichś informacji. Tak więc dwa dni totalnej bezczynności policji wyraźnie wpłynęło na sprawę, co spowodowało, że ślady zbrodni zaczęły się zacierać, o czym wspomina Edmund Reid w swoich raportach. W ten sposób policjant wyjaśnił opóźnienie w dochodzeniu i wskazał winę policji, zarzucając jej bierność. Natomiast Walter Dew opisał śledztwo w następujący sposób:

Jak w każdym przypadku zabójstwa w tym kraju – jakkolwiek ofiara byłaby biedna czy pozbawiona przyjaciół – policja dołożyła wszelkich starań, aby wytropić napastnika Emmy Smith. Nierealne, jak i prawdopodobne miejsca były przeszukiwane celem znalezienia śladów. Przesłuchano setki osób. Zanotowano wyniki zeznań. Strażnicy Tower of London (którzy wchodzili w skład H Division***) zostali zapytani o to, co wówczas robili. Statki w dokach również były przeszukiwane, a żeglarze przesłuchiwani.

Pomimo tych starań, dochodzenie policji nie powidło się, nie było żadnych podejrzanych ani nie dokonano żadnych aresztowań, a sąd stwierdził, że morderstwo popełniła jedna osoba lub osoby o nieznanej tożsamości. Gdyby nie kolejne morderstwa popełnione w tej samej okolicy, wówczas zabójstwo Emmy Elizabeth Smith prawdopodobnie również odeszłoby w zapomnienie. Choć jesienią 1888 roku prasa wiązała pierwszą ofiarę morderstw w dzielnicy Whitechapel z kolejnymi zabójstwami, to jednak w toku śledztwa zabójstwo Emmy Smith w tym kontekście najprawdopodobniej nie było brane pod uwagę przez policję. Przypuszczalnie w tamtych czasach większość policjantów – z wyjątkiem Waltera Dew – uważała podobnie jak wielu współczesnych badaczy tamtych zdarzeń. Są jednak tacy, którzy wyraźnie wskazują na to, iż Emma Elizabeth Smith była pierwszą ofiarą Kuby Rozpruwacza (z ang. Jack the Ripper). 

To właśnie w oparciu o osobę Kuby Rozpruwacza i popełniane przez niego okrutne zbrodnie przeważnie na prostytutkach pochodzących z ubogich dzielnic Londynu, Carla Montero stworzyła Złotą skórę. Akcję powieści Autorka przeniosła do Wiednia, lecz już na samym początku wspomina mordercę z Londynu, którym – jako dziecko – zafascynowany był policjant prowadzący wiedeńskie śledztwo. Oczywiście Karl Sehlackman nie chciał bynajmniej iść w ślady mordercy z Whitechapel i odbierać życia kobietom. Jego zainteresowanie dotyczyło badania sprawy i doprowadzenie sprawcy przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. To właśnie to zainteresowanie sprawiło, że Karl zdecydował się na pracę w zawodzie policjanta, choć obecnie nie uważa siebie za dobrego stróża prawa. Doskonale wie, że sporo brakuje mu do perfekcji. Wątpliwości Karla przybierają na sile szczególnie wtedy, gdy widzi, iż jego wysiłki spełzają na niczym. Morderca, którego tropi poczyna sobie w najlepsze i wcale nie boi się, że wpadnie w ręce policji. Najgorsze jest to, że życie tracą kolejne piękne dziewczyny i to w taki sam sposób, jak niegdysiejsze ofiary Kuby Rozpruwacza.


Londyńska dzielnica Whitechapel w 1905 roku


Wróćmy jednak do chwili popełnienia pierwszego morderstwa przez tajemniczego zabójcę, który panoszy się po Wiedniu z początku XX wieku. Jest zatem rok 1904, zaś do rodzinnego domu wraca z tułaczki książę Hugo von Ebenthal. Mężczyzna jest serdecznym przyjacielem Karla. Jego ucieczka z domu spowodowana była makabrycznym morderstwem narzeczonej, którą ktoś zwyczajnie wypatroszył niczym kurę. Hugo był w niej zakochany do nieprzytomności, lecz jego arystokratyczna rodzina nie mogła i nie chciała zgodzić się na ten związek. Kobieta pochodziła bowiem ze znacznie niższej warstwy społecznej, a do takiego mezaliansu nie mogli przecież dopuścić von Ebenthalowie. Wykluczyłoby ich to z towarzystwa, a dodatkowo znacznie zaniżyło ich status społeczny. Nie trzeba chyba pisać, jak bardzo Hugo przeżył śmierć ukochanej. Niestety, znalazł się on w kręgu podejrzanych o dokonanie morderstwa. I tutaj na scenę wkroczył Karl Sehlackman, który za namową starego von Ebenthala zrobił wszystko, co w jego mocy, aby oddalić zarzuty od osoby przyjaciela. Potem Hugo wyjechał i sprawa przycichła.

Wygląda jednak na to, że morderca nadal jest na wolności i wcale nie zamierza zrezygnować ze swojej bestialskiej działalności. Jego ofiarami znów zaczynają padać młode i piękne kobiety, a jedyne, co je łączy, to przynależność do konkretnego środowiska. Mowa oczywiście o modelkach, które udostępniają swoje ciało malarzom, którzy uwieczniają je na obrazach. W Wiedniu panuje bowiem przekonanie, że dziewczyny pozujące artystom są zwykłymi prostytutkami, co oczywiście nie zawsze jest prawdą, ale przecież jak ktoś sobie coś wbije do głowy, to bardzo trudno jest go przekonać, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tak więc od pewnego czasu Wiedeń znów żyje brutalnymi morderstwami kobiet, a sam akt zabójstwa wyraźnie przypomina ten, któremu hołdował Kuba Rozpruwacz. I tak oto Karl Sehlackman znów staje przed wyzwaniem. Musi złapać mordercę zanim ten zakatuje kolejną kobietę. Oczywiście nie jest to takie proste. Wszystko wskazuje bowiem na to, że zabójca wciąż jest o krok przed inspektorem. Czy Karlowi uda się w końcu dotrzeć do prawdy? Czy złapie mordercę? A może wyniki śledztwa okażą się tak przerażające, że Karl znów będzie musiał je zatuszować? Kim jest zabójca i dlaczego uwziął się akurat na modelki? W czym zawiniły te dziewczyny, że muszą tracić życie w tak bestialski sposób? Czyżby ktoś naśladował Kubę Rozpruwacza? A może to sam morderca z Whitechapel wrócił, aby kontynuować swoje makabryczne dzieło?

Państwowa Opera Wiedeńska w 1898 roku
fot. Josef Löwy (1834-1902)


Choć Carla Montero główną bohaterką uczyniła Inés, która jest kochanką znanego malarza Aldousa Lupu, to jednak można odnieść wrażenie, że wcale tak nie jest, ponieważ na pierwszy plan wysuwa się kilka postaci i każda z nich ma naprawdę sporo do powiedzenia. Inés jest niesamowicie piękną kobietą, więc nie dziwi fakt, że ma ogromne powodzenie u mężczyzn, za co panie jej nienawidzą, pomimo że starają się nie okazywać tego zbyt ostentacyjnie. Tak więc czytelnik stopniowo poznaje życie Inés oraz jej przeszłość, która wcale nie była taka kolorowa, jak może się wydawać, patrząc przez pryzmat tego, co osiągnęła. To ona stoi za wyborem zjawiskowych dziewczyn, które otrzymują pracę jako modelki. To ona je fotografuje, a potem kieruje do odpowiednich artystów, którzy uwieczniają ich piękne ciała na płótnie. Czyżby to właśnie Inés miała coś wspólnego z morderstwami w Wiedniu? Któż to może wiedzieć, skoro nawet sam Karl Sehlackman nie ma o tym pojęcia.

Jak wynika z powyższego, czytelnik zostaje więc wciągnięty w życie środowiska, o którym krążą nie najlepsze opinie. Z drugiej strony jednak można dostrzec, że ci ludzie zdolni są do takich samych uczuć, jak każdy inny człowiek, który dba o swoją reputację i stara się każdego dnia żyć tak, aby nikt o nim nie plotkował. Artyści – może nawet bardziej niż inni – pragną miłości i bliskości drugiego człowieka. Oddana przyjaźń również jest dla nich niesamowicie ważna, choć wielokrotnie jest ona wystawiana na próbę i czasami tylko wieloletnia znajomość, a co za tym idzie, umiejętność zrozumienia sposobu zachowania tej drugiej osoby, są w stanie zapobiec tragedii albo zerwaniu kontaktów. Chyba z najpoważniejszymi dylematami w tej kwestii musi radzić sobie Karl Sehlackman. Wygląda na to, że policjant bardzo łatwo zaprzyjaźnia się z ludźmi, których los stawia mu na drodze, a przecież jako stróż prawa powinien być ostrożny na tym polu, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy akurat nie trafi na bandytę, którego poszukuje od wielu miesięcy. Nie może więc ufać każdemu, kto ma dla niego dobre słowo. To zapewne poniekąd dlatego Karl uważa siebie za złego policjanta. Możliwe, że ta nadmierna ufność sprawia, iż nie jest w stanie rozwiązać sprawy, nad którą pracuje. Poza tym, jak każdy mężczyzna nie jest obojętny na piękno kobiet.


Tętniąca życiem wiedeńska kawiarnia na początku XX wieku


Jak już wspomniałam, Carla Montero zabiera nas do Wiednia z początku XX wieku, czyli do miasta, które posiadało i wciąż posiada niezapomniany klimat. Niestety, trudno jest poczuć tę specyficzną atmosferę miasta, ponieważ Autorka konsekwentnie unika szczegółowych opisów miejsc, poświęcając praktycznie całą swoją uwagę bohaterom, ich uczuciom oraz aspektowi psychologicznemu. Podobnie rzecz przedstawiała się w przypadku Wiedeńskiej gry, którą czytałam dwa lata temu. Można zatem przypuszczać, że Carla Montero obrała sobie właśnie taki styl pisania, co zapewne nie spodoba się wszystkim czytelnikom. Z drugiej strony jednak wątek kryminalny jest bardzo dobrze skonstruowany i naprawdę trzyma w napięciu do samego końca. Wiele kwestii należy też wyczytywać pomiędzy wierszami. Literatura hiszpańska jest dość specyficzna i znacznie różni się od amerykańskiej, brytyjskiej, czy chociażby polskiej. Nie oznacza to jednak, że jest gorsza, a wręcz przeciwnie. Posiada swoisty klimat, nierzadko mroczny, który wciąga czytelnika już od pierwszej strony, szczególnie jeśli akcja rozgrywa się w dalekiej przeszłości. Czasami jest to klimat wręcz senny, lecz wcale nie nudny. 

W Złotej skórze Carla Montero ukazuje przede wszystkim osobisty dramat jednostki. Lecz z drugiej strony daje nadzieję na to, że po złym zawsze przychodzi dobre, choć może nie w takim znaczeniu, jak sami sobie wymarzyliśmy. To życie pisze własny scenariusz, a człowiek albo go zaakceptuje i nauczy się żyć w nowych warunkach, albo będzie się stale buntował i tym samym tracił to, co najważniejsze i co mimo wszystko mogłoby dać szczęście. Zauważyłam, że polscy czytelnicy trochę po macoszemu traktują powieści Carli Montero, a samą Autorkę niesłusznie nazywają grafomanką, co jest ogromnie krzywdzące nie tylko dla niej samej, ale przede wszystkim dla jej książek. Możliwe, że wynika to z braku zrozumienia prozy Carli Montero. Dla mnie jej książki stanowią całkiem dobry kawałek literatury i gdyby jeszcze Autorka położyła większy nacisk na opisy miejsc, w których przebywają jej bohaterowie, wówczas byłabym w pełni usatysfakcjonowana lekturą jej powieści.








* Hawley Harvey Crippen (1862-1910) – zazwyczaj znany jako Dr Crippen. Był amerykańskim homeopatą, specjalistą od uszu i oczu oraz aptekarzem. Został powieszony w więzieniu Pentonville w Londynie za zamordowanie żony Cory Henrietty Crippen. Był pierwszym podejrzanym, który został złapany przy pomocy telegrafii bezprzewodowej.
** Święto Banku – święta państwowe, które są dniami wolnymi od pracy dla osób niezatrudnionych w służbach użyteczności publicznej lub służbach mundurowych. Pozostali otrzymują w tych dniach wyższe wynagrodzenie za pracę. Święta bankowe obchodzone są w Wielkiej Brytanii w różne dni w zależności od kraju. W święta bankowe nieczynne są banki, a co za tym idzie, nie mogą pracować też inne firmy. 
*** H Division – oddział policji badający najpoważniejsze sprawy kryminalne.








sobota, 30 kwietnia 2016

Ildefonso Falcones – „Katedra w Barcelonie”















Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: La Catedral del Mar
Przekład: Magdalena Płachta




Barcelona jest drugim pod względem wielkości miastem Hiszpanii, którą zamieszkuje ponad półtora miliona ludzi. Jest to miasto niezwykle otwarte na innych, kosmopolityczne i tolerancyjne. Swój obecny charakter Barcelona zawdzięcza przede wszystkim długiej i bogatej historii. Jako miasto Barcelona zaczęła funkcjonować dzięki Rzymianom. Pod koniec I wieku p.n.e. powstała miejscowość, którą nazwano Barcino i była ona położona wokół ówczesnej góry Táber, czyli tam, gdzie dzisiaj znajduje się Plac Świętego Jakuba (z hiszp. Plaça de Sant Jaume). Obecnie w tym miejscu mieści się ratusz i siedziba władz Katalonii (w języku katalońskim: Generalitat de Catalunya).

Pomiędzy V a VIII wiekiem, czyli po zakończeniu okupacji rzymskiej, władza nad Barceloną przeszła z rąk Wizygotów na Muzułmanów, i dopiero w roku 801 kontrolę nad miastem przejęło wojsko Karola I Wielkiego (ok. 747-814). Od tej pory możnowładcy Barcelony zaczęli stawać się coraz bardziej niezależni, co spowodowało, że terytorium Katalonii stawało się coraz większe. W średniowieczu począwszy od XII wieku Barcelona weszła w epokę rozkwitu we wszystkich aspektach życia miasta. Panuje opinia, że w XIII wieku Barcelona była sercem ziem Królestwa Aragonii, które wtedy obejmowało Walencję, Baleary, osady w Neapolu, Sycylię, Sardynię i Ateny. 

Pau Claris
Rozkwit Barcelony dobiegł końca w XV wieku, kiedy to Ferdynand II Aragoński (1452-1516) poślubił Izabelę I Kastylijską (1451-1504) i w ten sposób zjednoczył dwa główne królestwa Półwyspu Iberyjskiego, przenosząc centrum politycznej władzy do Madrytu. W miarę upływu czasu zwiększało się niezadowolenie Katalończyków, a powodem tego stanu była między innymi wojna pomiędzy Francją a Hiszpanią, która jednocześnie była częścią wojny trzydziestoletniej (1618-1648), czyli konfliktu między protestanckimi państwami Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzeszy) a katolicką dynastią Habsburgów. Święte Cesarstwo Rzymskie wspierane było przez takie europejskie państwa, jak: Szwecja, Dania, Republika Zjednoczonych Prowincji oraz Francja. Wtedy też lokalni chłopi zmuszeni byli zapewnić zakwaterowanie wojsku Kastylii. Fakt ten sprawił, że Pau Claris (1586-1641) w styczniu 1641 roku ogłosił, że Republika Katalonii będzie znajdować się pod kontrolą Francji. Pau Claris był w jednej osobie katalońskim prawnikiem, duchownym i 94. przywódcą katalońskiego rządu. Po latach katalońscy możnowładcy opowiedzieli się po stronie Habsburgów, stając przeciwko Filipowi V Hiszpańskiemu z dynastii Burbonów (1683-1746), a miało to miejsce podczas wojny o sukcesję Hiszpanii (1701-1714). Konflikt zakończył się zdobyciem Barcelony przez wojska francusko-kastylijskie, koronacją Filipa V, zniesieniem autonomii Katalonii oraz ogromnymi represjami. Porażkę tę przypomina plac Fossar de les Moreres, który znajduje się obok kościoła Santa María del Mar, gdzie pali się znicz upamiętniający wszystkich Katalończyków poległych podczas wojny sukcesyjnej.

Pierwsza połowa XIX wieku obfitowała w Katalonii w szereg powstań i wstrząsów. Ponadto w 1859 roku zatwierdzono plan hiszpańskiego inżyniera, polityka i urbanisty Ildefonsa Cerdá Suñera (1815-1876), który dotyczył przestrzennego zagospodarowania dzielnicy Eixample znajdującej się w Barcelonie. Klasyczna struktura zagospodarowania dzielnicy zaproponowana przez inżyniera przetrwała do dziś. Na przełomie XIX i XX wieku Barcelona zaczynała stawać się centrum kulturalnej awangardy, która obejmowała wszystkie formy postępów poczynionych w dziedzinach naukowych, technicznych i artystycznych. Podczas gdy nowe pokolenie przemysłowców i polityków zakorzenione w burżuazji skupione było na urbanistycznych udoskonaleniach, Barcelona zaczynała stopniowo przekształcać się w nowoczesne miasto oraz intelektualny świat zmierzający w zupełnie innym kierunku, niż było to do tej pory. Przykładem tego jest modernizm, którego duch dotknął wszystkie artystyczne sfery miasta, w tym także architekturę. Ostatecznym wykładnikiem tejże architektury był oczywiście Antoni Gaudí (1852-1926), który odpowiadał za powstanie takich miejsc, jak: Świątynia Pokutnej Świętej Rodziny, czyli Sagrada Família, kamienica Casa Milà (La Pedrera), budynek mieszkalny Casa Batlló oraz duży ogród z elementami architektonicznymi Park Güell.


Kamienica Casa Milà, która znajduje się w centrum Barcelony na rogu ulic 
Passeig de Grácia i Provença. Budynek zaprojektował i wykonał Antoni Gaudí. 
fot. Year of the dragon
Wiek XX stał się dla miasta czasem mrocznym. W 1909 roku Barcelona przeżyła słynny Tragiczny Tydzień zwany również Powstaniem Barcelońskim, w czasie którego doszło do krwawych konfrontacji pomiędzy wojskiem a robotnikami, ustawiano barykady, a także palono klasztory. Kilka lat później Miguel Primo de Rivera y Orbaneja (1870-1930) wprowadził swoje dyktatorskie rządy. Niemniej Barcelonie udało się w 1929 roku zorganizować Międzynarodowe Targi. Okres pod republikańskimi rządami w 1931 roku przywrócił miastu nadzieję, lecz mimo to Barcelonę wciąż czekały trudne czasy. W 1936 roku wybuchła hiszpańska wojna domowa, podczas której Barcelona przeżywała jeden z najtrudniejszych okresów w dziejach swojej historii. Tysiące ludzi zostało zmuszonych do emigracji za granicę, natomiast liczne zamachy spustoszyły miasto. W 1939 roku, kiedy zakończyła się wojna domowa, a rozpoczęła dyktatura Francisco Franco (1892-1975), Barcelona straciła wiele ze swoich swobód, w tym samodzielny rząd, który wypracowała sobie w przeszłości, oraz nieograniczoną możliwość posługiwania się językiem katalońskim, czego zabroniono już po raz kolejny.


Panoramiczny widok na Międzynarodowe Targi, które odbyły się
w Barcelonie w 1929 roku.

Okres powojennego rozkwitu na tym terenie trwał aż do lat 60. XX wieku, kiedy to obserwowano wzrost rozwoju gospodarczego i przemysłowego. Fakt ten przyciągnął do Barcelony falę migrantów z różnych części Hiszpanii. Odbudowa infrastruktury miejskiej rosła w niewiarygodnym tempie i często działo się to bez żadnych określonych kryteriów, co w konsekwencji doprowadziło do rozwoju dzielnic mieszkalnych na obrzeżach miasta. Śmierć Francisco Franco w 1975 roku ostatecznie przyniosła Hiszpanii demokrację. Barcelona ponownie mogła cieszyć się samodzielnym rządem, zaś Katalonia odzyskała swoją autonomiczną pozycję. Podobnie jak miało to miejsce w poprzednich latach, Barcelona nadal kontynuuje swój rozwój na poziomie przemysłowym i kulturalnym. 

Powyżej wspomniałam o jednym z najważniejszych i chyba też najpiękniejszych zabytków architektonicznych Barcelony. Mowa oczywiście o kościele Santa María del Mar, który jest uważany za najpiękniejszy gotycki kościół znajdujący się w Barcelonie. Santa María del Mar, czyli innymi słowy kościół pod wezwaniem Matki Bożej Morza, stanowi cenną wskazówkę dla tych, którzy pragną zwiedzić stolicę Katalonii i poznać jej niesamowicie piękne zabytki. Katedra jest bowiem jedną z najważniejszych atrakcji miasta, znajduje się w samym centrum dzielnicy La Ribera i wygląda niczym forteca ze swymi monumentalnymi wieżami. Szczególnie warte zobaczenia jest wnętrze Santa María del Mar.

Projekt katedry jest dość wyjątkowy i dla epoki, w której powstał był naprawdę przełomowy. Kościół został zbudowany w XIV wieku w ciągu zaledwie pięćdziesięciu pięciu lat. Nad budową czuwał mistrz budowniczy Berenguer de Montagut (?), a potem Ramón Despuig (?). Konsekracja kościoła miała miejsce w 1384 roku, zaś stosunkowo krótki czas jego budowy sprawił, że jego architektura jest jednorodna. Ze względu na okres wczesnego chrześcijaństwa szczególnie ważne jest miejsce budowy Santa María del Mar. Mówi się, że apostoł Jakub głosił tam swoje nauki. Dlatego też najpierw została tam zbudowana mała kaplica. W 304 roku złożono w tym miejscu ziemskie szczątki świętej Eulalii, natomiast w VIII wieku jej kości zostały odkryte przez Maurów i ponownie odnalezione piętnaście lat później. Z kolei w 1339 roku przeniesiono je do katedry.


Wnętrze katedry Santa María del Mar
fot. 
Jiuguang Wang
źródło


Wznoszenie dzisiejszego gotyckiego kościoła Santa María del Mar rozpoczęto w 1329 roku, kiedy to pod jego budowę położono pierwszy kamień. Był to jedyny kościół w stylu gotyckim, którego budowę zakończono w ciągu tego samego okresu architektonicznego. W 1714 roku podczas hiszpańskiej wojny o sukcesję katedra została częściowo zniszczona, a wyrządzone szkody z trudem naprawiono. Potem w czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 roku ogień dokonał niemałych dewastacji. W znacznym stopniu zniszczone zostało wnętrze katedry. Spora część witraży musiała zostać przebudowana. Dopiero w 1990 roku zakończono prace remontowe.

Trzeba pamiętać, że katedra Matki Bożej Morza została zbudowana w czasie ogromnego średniowiecznego rozkwitu Katalonii, kiedy Barcelona była uważana za stolicę śródziemnomorskiego imperium. Katedra Santa María del Mar została wzniesiona jako wotum wdzięczności złożone przez króla Alfonsa IV (1299-1336) za zwycięstwo w podboju Sardynii. Bazylika posiada niezwykle istotne znaczenie dla Katalończyków, ponieważ została postawiona jako symbol władzy Królestwa Aragonii, którego Barcelona była wówczas stolicą. W kościele znajduje się nawa główna ujęta w dwóch przejściach, natomiast w przeciwieństwie do wielu gotyckich kościołów znajdujących się w Europie Północnej, nawa Santa María del Mar jest niesamowicie szeroka, co z kolei jest typowe dla katalońskiego gotyku. Przednia fasada kościoła pokazuje dużych rozmiarów okno i dwie ośmiokątne smukłe wieże. Okno przedstawia koronację Maryi i pochodzi z XV wieku; niestety, oryginalne okno zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi w 1428 roku.

Płaskorzeźba przedstawiająca tragarza
niosącego kamień do budowy katedry.
fot. Xavier Caballe
źródło

Wnętrze nie jest zbyt bogato urządzone, ponieważ większość zabytkowych elementów utracono podczas hiszpańskiej wojny domowej i wspomnianego już pożaru, który strawił centralną część katedry, czyli ołtarz główny i chór. Pomimo braku ozdób, a może właśnie dlatego, kościół posiada niepowtarzalne wnętrze, przestronne i harmonijne z bardzo szeroką nawą – dokładnie dwa razy szerszą, aniżeli nawy boczne.

Proces budowy katedry Santa María del Mar zainspirował hiszpańskiego pisarza Ildefonsa Falconesa do napisania debiutanckiej powieści, w której katedra stała się nie tylko tłem historycznym, ale także jedną z drugoplanowych bohaterek książki. W życiu głównego bohatera odgrywa ona bowiem znaczącą rolę i towarzyszy mu od wczesnego dzieciństwa, aż do starości. Akcja powieści rozpoczyna się jednak w 1320 roku, czyli jeszcze przed rozpoczęciem budowy kościoła. W średniowiecznej miejscowości Navarcles leżącej w Księstwie Katalonii znajduje się gospodarstwo niejakiego Bernata Estanyola, który właśnie żeni się z młodziutką Franceską Esteve. Niestety, przyjęcie weselne zostaje bardzo szybko zakłócone przez brutalne wtargnięcie pana Navarcles. Llorenҫ de Bellera nie przebiera ani w słowach, ani w środkach. W domu Bernata Estanyola czuje się nawet lepiej niż u siebie na zamku. Towarzyszą mu też prymitywni wojacy, tacy sami jak on. Llorenҫ de Bellera wciąż każe sobie donosić jedzenie i dolewać wina. To samo czynią jego rycerze. Nikt z biesiadujących nie ma na to wpływu. Gdyby nawet ktoś odważył się sprzeciwić panu Navarcles, natychmiast poniósłby karę za okazanie tak wielkiej śmiałości. Bernat Estanyol również nie może niczemu zaradzić. Niemniej, prawdziwy dramat rozpoczyna się wtedy, gdy spojrzenie Llorenҫa pada na nowo poślubioną małżonkę Bernata…

W czasie, kiedy rozgrywa się akcja powieści, w Starej Katalonii obowiązywał swego rodzaju kodeks, który dziś moglibyśmy porównać z Konstytucją. Na mocy przepisów zawartych w kodeksie, pan feudalny miał święte prawo do spędzenia nocy poślubnej z oblubienicą swojego poddanego. Oczywiście oprócz tego przepisu, w kodeksie zawarte były także inne, lecz nas w tym momencie interesuje tylko ten jeden. Tak więc, jak można się łatwo domyślić Llorenҫ de Bellera skwapliwie korzysta ze swych praw i nic ani nikt nie może mu w tym przeszkodzić. Siłą zaciąga zatem Franceskę do sypialni, gdzie dopuszcza się na niej gwałtu. Bernat Estanyol jest bezradny. Nawet gdyby chciał obronić żonę, to i tak na niewiele by mu się to zdało, zważywszy na karę, jaką poniósłby za swoje zuchwalstwo i sprzeciwianie się prawu. Aby nie zostać posądzonym o spłodzenie potomka z żoną pańszczyźnianego chłopa, Llorenҫ de Bellera natychmiast po zaspokojeniu swoich seksualnych potrzeb nakazuje swemu poddanemu, żeby teraz on zastąpił go w łożu Franceski, bo inaczej wyśle do niej któregoś ze swoich rycerzy. Bernat pod groźbą kary musi więc wypełnić rozkaz swego pana. W tej sytuacji nie jest on wcale lepszy od Llorenҫa. On także dopuszcza się gwałtu na swojej żonie. Wiadomo już, że to małżeństwo od początku będzie skazane na niepowodzenie. Bo czy żona będzie mogła wybaczyć mężowi, że nawet w najmniejszym stopniu nie zareagował na bestialstwo pana Navarcles? Nieważne, że tamten miał do tego prawo. W dodatku czym Bernat różni się od swego pana? Przecież zrobił dokładnie to samo, co Llorenҫ de Bellera.


Zachodnia część katedry z oknem w kształcie rozety.
Ta część stanowi połączenie trzech naw. 

fot. Paolo da Reggio (Paolo Picciati)
źródło


Mijają tygodnie i okazuje się, że Francesca jest brzemienna. Na Bernata pada blady strach. Może bowiem okazać się, że dziecko, które kobieta nosi pod sercem wcale nie jest jej męża. Jest tylko jeden sposób, aby to sprawdzić, ale trzeba będzie poczekać do czasu, aż dziecko przyjdzie na świat. Kiedy w końcu tak się dzieje, okazuje się, że chłopiec, który właśnie się narodził jest jednak synem Bernata Estanyola. Czy teraz zakończą się problemy rodziny Estanyol? Nie. Wygląda, że to dopiero początek. W tym samym czasie na zamku Navarcles na świat przychodzi także syn Llorenҫa. Gdy pan feudalny dowiaduje się, że żona Estanyola również urodziła i że na szczęście dzieciak nie jest jego, natychmiast posyła swoich rycerzy, aby ci sprowadzili Franceskę na zamek. Llorenҫ de Bellera chce, aby Francesca została mamką jego nowo narodzonego syna. Kobieta nie może się sprzeciwić, choćby nawet bardzo tego chciała. Bez słowa zabiera jakieś podręczne tobołki oraz syna, któremu wraz z mężem nadała imię Arnau, i w towarzystwie prymitywnych rycerzy udaje się na zamek.

I znów mijają tygodnie, a Bernat nie ma nawet strzępka informacji o tym, co dzieje się z jego żoną i dzieckiem. Udaje się zatem na zamek, a tam dowiaduje się straszliwych rzeczy. Otóż, jego Francesca została zwykłą ladacznicą, z którą sypia każdy rycerz Llorenҫa, zaś Arnau leży gdzieś w jakieś brudnej szopie opuszczony i ledwo żywy. Aby zapewnić prawidłowy rozwój własnemu potomkowi, Llorenҫ de Bellera zakazał Francesce karmienia swojego synka. Mały Arnau żyje chyba tylko dlatego, że kobieta mimo wszystko od czasu do czasu zakrada się do szopy i na tyle, na ile jest w stanie karmi swoje dziecko. To nieposłuszeństwo przypłaca jednak gwałtem, którego za każdym razem dopuszcza się na niej ten czy inny rycerz. Bernat Estanyol nie może zatem pozwolić na to, aby jego jedyne dziecko umarło. Zabiera więc Arnaua, rani parobka (a może zabija?) i ucieka jak najdalej od zamku Navarcles. Wie, że kiedy odkryją, co zrobił, natychmiast udadzą się za nim w pościg. Bernat musi uciekać. Ale dokąd? Na razie nic sensownego nie przychodzi mu do głowy. Po prostu idzie przed siebie i robi wszystko, aby tylko uratować synka.

Santa María del Mar 
od strony zachodniej.
fot. Túrelio
W końcu Bernat Estanyol dociera do Barcelony. Mężczyzna wie, że do Navarcles nie ma już powrotu. Z jednej strony czeka go kara za wykradzenie dziecka, a z drugiej możliwe, że zabił parobka, więc może zostać sądzony za zabójstwo. Nie myśli już też o swojej żonie. Francesca jakoś sobie poradzi. W dodatku została prostytutką, więc nie nadaje się już na matkę jego syna. Poza tym stracił też gospodarstwo na rzecz swojego pana feudalnego. 

W Barcelonie Bernata i Arnaua przygarnia pod swój dach siostra mężczyzny. Pomimo że szwagier nie jest z tego specjalnie zadowolony, to jednak doña Guíamona nie daje się przekonać mężowi i stara się pomóc bratu, jak tylko może najlepiej. I tak oto syn Bernata wychowuje się razem z dziećmi jego siostry, zaś on zaczyna pracę u swojego szwagra. A potem mijają lata, Bernat robi się coraz straszy, natomiast Arnau coraz mądrzejszy. Gdy chłopiec pewnego dnia pyta ojca o matkę, ten wymyśla coś na poczekaniu, a potem prowadzi syna do miejsca, gdzie właśnie trwa budowa katedry Santa María del Mar. Tam mały Arnau obiera sobie za matkę Matkę Bożą Morza i od tej chwili całe swoje życie będzie podporządkowywał tylko Jej. Za jakiś czas będzie też czynnie uczestniczył w budowie kościoła. Zostanie bowiem jednym z tragarzy noszących kamienie do budowy świątyni. Od tego momentu fabuła powieści będzie już skupiać się tylko i wyłącznie na życiu Arnaua Estanyola, który automatycznie stanie się głównym bohaterem książki.

Ildefonso Falcones prowadzi zatem czytelnika przez lata budowy katedry i jednocześnie opowiada o życiu Arnaua. Los chłopca, który przeżył jedynie dzięki miłości i uporowi swego ojca wcale nie będzie usłany różami. Nasz bohater będzie musiał wciąż brać się za bary z życiem i robić wszystko, aby utrzymać się na powierzchni. Oczywiście nie zawsze będzie tragarzem kamieni, bo przecież kiedyś wiek mu na to nie pozwoli. Na jego życiowej drodze stanie mnóstwo różnych ludzi, którzy będą dla niego albo oddanymi przyjaciółmi, albo zajadłymi wrogami. Okaże się też, że przeszłość wcale nie da o sobie zapomnieć. Arnau będzie musiał walczyć o swoje z wrogami, o których do tej pory nie miał pojęcia. Kiedy już nie będzie w pobliżu ojca, pozostanie mu tylko Matka Boża Morza, która będzie się do niego „uśmiechać” i prowadzić przez życie.

Wydanie hiszpańskie z 2010 roku
Wydawnictwo: GRIJALBO
W powieści niezwykle znaczącym wątkiem jest inkwizycja. Nikomu nie trzeba przypominać czym była i jak okrutnie Kościół Katolicki obchodził się z tymi, których uznawał za heretyków. Ludzie przymuszani przez duchownych donosili na siebie nawzajem, doprowadzając jednocześnie do skazywania niewinnych ludzi: sąsiada, przyjaciela, a nawet członka najbliższej rodziny. Inkwizycja nie ominie także naszego głównego bohatera. Podobnie jak nie ominie go prawdziwa miłość do kobiety i przyjaźń nawiązana jeszcze w dzieciństwie, która w pewnym momencie zostanie wystawiona na wielką próbę. Czy przetrwa? Czy obydwie strony będą w stanie postawić ją wyżej niż politykę czy przekonania religijne? Czy zewnętrzne naciski nie będą silniejsze, aniżeli rozsądek?

Katedrę w Barcelonie zostawiłam sobie na sam koniec, jeśli chodzi o książki Ildefonsa Falconesa wydane w Polsce. Mówiono mi bowiem, że jest to najlepsza powieść Autora spośród trzech opublikowanych w języku polskim (inne: Ręka Fatimy i Bososnoga królowa). Nie będę ich porównywać, bo każda z nich dotyczy odmiennej tematyki, dlatego też sposób pisania jest inny. Mówiono mi też, że Katedra w Barcelonie to powieść identyczna, jak Filary Ziemi autorstwa Kena Folletta. Z tym ostatnim na pewno się nie zgodzę. Owszem, w jednym i w drugim przypadku chodzi o budowę katedry, ale podczas gdy u Kena Folletta jest ona praktycznie na pierwszym planie, tak Ildefonso Falcones pozostawia ją w tle, zaś najważniejsi są bohaterowie, którzy wciąż muszą zmagać się z przeciwnościami losu. Poza tym obydwie książki napisane są w zupełnie innym klimacie.

Muszę przyznać, że jestem zachwycona prozą Ildefonsa Falconesa. Katedrę w Barcelonie polecam, tak jak pozostałe powieści Autora i z niecierpliwością oczekuję kolejnych jego książek. Może i Ildefonso Falcones każe czytelnikowi nieco dłużej czekać na rozkręcenie się akcji, ale naprawdę warto na początku troszkę się ponudzić, żeby potem wpaść w wir wydarzeń, które nie pozwolą odłożyć książki na półkę, zanim nie przeczyta się ostatniej strony. Pamiętajmy też, że Autor pracował nad tą powieścią przez pięć długich lat. Dlatego też książka jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe, nawet jeśli wziąć pod uwagę sprawy polityczne, które targały Królestwem Katalonii w tamtym okresie.







poniedziałek, 14 marca 2016

Ildefonso Falcones – „Bosonoga królowa”













Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2014
Tytuł oryginału: La Reina Descalza
Przekład: Teresa Gruszecka-Loiselet





Romowie, powszechnie określani Cyganami, znani są przede wszystkim z tego, że prowadzą koczowniczy tryb życia. Sytuacja taka ma miejsce na całym świecie. Choć termin „cygański” często łączony jest z każdym, kto prowadzi nomadyczny tryb życia, to jednak Romowie posiadają wspólne kulturowe i językowe dziedzictwo, które odróżnia ich od autentycznej grupy etnicznej. Kiedy pojawili się w Europie po raz pierwszy, a było to jakieś pięćset lat temu, błędnie twierdzono, że pochodzą oni z Egiptu. Prawdziwe pochodzenie Romów pozostawało jednak tajemnicą aż do końca XVIII wieku, kiedy to europejscy lingwiści odkryli powiązania występujące pomiędzy językiem romskim a niektórymi dialektami używanymi w północno-zachodnich Indiach. Natomiast nowsze badania językowe i historyczne potwierdzają, że Romowie faktycznie wywodzą się właśnie z terenów Indii.

Populacja Romów na skalę światową jest trudna do ustalenia. Szacunki wskazują, że na całym świecie żyje około dwunastu milionów Romów. Z kolei około osiem milionów z nich żyje w Europie, co sprawia, że tworzą oni największą mniejszość etniczną kontynentu. Największe zagęszczenie Cyganów występuje na Półwyspie Bałkańskim w południowo-wschodniej Europie, jak również w Europie Środkowej, w Rosji oraz innych państwach należących niegdyś do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR). Reszta rozproszona jest po całej Europie Zachodniej, Bliskim Wschodzie, Afryce Północnej oraz obydwu Amerykach. Romowie podzieleni są na grupy, które czasami określane są mianem narodów lub plemion. Generalnie podziały te są odzwierciedleniem historycznych wzorców ich osiedlania się na różnych obszarach geograficznych. Europejskie plemiona żyją w Hiszpanii, Finlandii i Walii; Sinti, czyli wędrowna grupa etniczna wywodząca się z Półwyspu Indyjskiego, zamieszkuje tereny Niemiec i Europy Środkowej; Manouche to Cyganie z Francji; Romanichals mieszkają w Wielkiej Brytanii; są też Cyganie z Rumunii oraz podgrupa większej populacji romskiej zamieszkująca tereny Europy Wschodniej i Bałkanów. Pomimo że pod względem historycznym Romowie znani są jako lud koczowniczy, to jednak zdecydowana większość z nich żyje w nowoczesnych osiadłych społecznościach.

Jedno z najstarszych ikonograficznych
przedstawień Romów.
Berno 1485
autor: Diebold Schilling (1445-1486)
Ponieważ Romowie są dość szeroko rozproszeni, ich kultura i organizacja społeczna znacznie się różni. Niemniej bez względu na to, gdzie żyją, ich wspólną i ważną cechą jest silne poczucie przynależności do grupy. Kultura romska mocno podkreśla świętość własnych tradycji, które znajdują się w opozycji do tych, jakie występują na zewnątrz poza ich grupą. Kontakt z nie-Romami traktowany jest jako potencjalne zanieczyszczenie. Takie przekonanie najprawdopodobniej pochodzi od religijnych hinduskich wierzeń charakterystycznych dla romskich przodków. Inną jednoczącą siłą jest ich język, który składa się z wielu dialektów należących do indoirańskiej gałęzi języków indoeuropejskich. Większość Romów używa swojej indywidualnej formy języka romskiego. Z kolei inni mówią dialektami języków lokalnych z rozległymi zapożyczeniami z języka romskiego, który częściej używany jest w mowie niż w piśmie. Przez bardzo długi czas większość Cyganów była analfabetami. Pomimo że sytuacja nieco się zmieniła, to jednak wciąż występuje wysoki wskaźnik analfabetyzmu wśród tej społeczności etnicznej.

Poszczególne romskie plemiona podzielone są na klany, z których każdy składa się z kilku rodzin powiązanych ze sobą wzajemnie wspólnym pochodzeniem lub związkiem historycznym. Przywódcy klanów przyjmują czasami tytuł króla lub królowej. Takie tytuły nadawane są w ramach okazania szacunku i niekoniecznie oznaczają pozycję politycznego przywództwa. Wszelkie spory wśród Romów rozwiązywane są przez starszyznę, czyli nieformalny sąd (Kris), który decyduje o sprawach będących przedmiotem wspólnego prawa i zwyczaju. Najpoważniejszą karą wymierzaną przez Kris jest wykluczenie ze społeczności. Z reguły Romowie przyjmują tę wiarę, która wyznawana jest w kraju, w którym aktualnie żyją. Tak więc niektórzy są katolikami, inni przyjmują wiarę prawosławną, protestancką czy islam. Generalnie wolą przeprowadzać religijne rytuały w swoich własnych domach lub być częścią ludowych obrzędów.  

Romowie szczególną uwagę skupiają na rodzinie, głównie na osobach starszych, które w ich familijnej hierarchii piastują stanowiska budzące szacunek i symbolizujące władzę. Według standardów europejskich i amerykańskich Romowie mają tendencję do zawierania małżeństw w bardzo młodym wieku. Wiele romskich kobiet wychodzi za mąż w wieku dwunastu lub trzynastu lat. Małżeństwa zazwyczaj aranżowane są przez rodziców przyszłych małżonków i odzwierciedlają chęć tworzenia sojuszy pomiędzy rodzinami bądź klanami. Wśród Romów przeważa silna moralność seksualna, dlatego też powszechna jest obecność przyzwoitki w kontaktach niezamężnych dziewcząt z mężczyznami, którzy nie są członkami rodziny. Szereg rodzin utrzymuje zwyczaj wnoszenia przez pana młodego opłaty za narzeczoną. Wszelkie płatności dokonywane są przez rodzinę przyszłego męża familii, z której pochodzi jego oblubienica. Zapłata taka rekompensuje bowiem rodzinie panny młodej utratę córki i gwarantuje, że będzie ona dobrze traktowana przez członków swojej nowej rodziny.


Romska orkiestra  (1860)
autor: Năstase Ochialbi (1835-1906)


Ważne, aby pamiętać, że Romowie wywarli znaczący wpływ na artystyczną historię Europy. Cygańskie wróżki, tańczące niedźwiedzie, czy też barwne romskie wozy ożywiały literaturę i europejski folklor. Zazwyczaj wielu Romów pracowało jako muzycy i artyści, a wpływ ich talentu stał się szczególnie silny jeśli chodzi o muzykę. Cygańska muzyka ludowa była bowiem inspiracją dla wielu najznamienitszych kompozytorów europejskich, w tym także kompozytorów węgierskich, jak Béla Bartók (1881-1945), Zoltán Kodály (1882-1967), Ferenc Liszt (1811-1886). Z muzyki cygańskiej czerpali również francuski kompozytor Alexandre-César-Léopold Bizet, znany jako Georges Bizet (1838-1875), oraz rumuński muzyk George Enescu (1881-1955). Muzyka popularna i hiszpański taniec flamenco zostały zapoczątkowane właśnie przez Romów i nadal drzemie w nich charakterystyczny romski duch. Cygańskie tradycje muzyczne w dalszym ciągu rozwijają się w wielu częściach Europy Wschodniej, zwłaszcza w Rumunii, Bułgarii i Słowacji. Oprócz muzyki i rozrywki Romowie generalnie trudnili się takimi tradycyjnymi profesjami, jak kowalstwo i metaloplastyka, handel, w tym również końmi, oraz wróżbiarstwo, wyrób koszy czy rzeźbienie w drewnie.

Tak naprawdę niewiele wiadomo o wczesnej historii Romów. Nie jest jasne, czy żyli na peryferiach cywilizacji indyjskiej, byli członkami jednego bądź kilku hinduskich kast albo przedstawicielami wielu różnych warstw społecznych i grup plemiennych. Najwyraźniej w kilku etapach opuszczali swoją pierwotną ojczyznę znajdującą się w północnych Indiach. Ta migracja została zapoczątkowana już w V wieku. Niemniej najważniejsza wędrówka rozpoczęła się w XI wieku po muzułmańskiej inwazji na Indie. Ich drogę do Europy należy badać pod względem słownictwa, które można odnaleźć we współczesnym europejskim dialekcie Romów. Są to słowa pochodzące z takich języków, jak perski, kurdyjski i grecki. Początkowo Romowie jechali na zachód przez Iran do Azji Mniejszej. Stamtąd większość przedostała się do Europy drogą prowadzącą do Grecji, a było to na początku XIV wieku. Po około stu latach przebywania w Grecji Romowie rozprzestrzenili się po całej Europie. Na początku XVI wieku dotarli do większości obszarów kontynentu, w tym do Rosji, Skandynawii, Hiszpanii i na Wyspy Brytyjskie.

Początkowo Cyganie na ogół byli dobrze przyjmowani w Europie, lecz ich nieznane zwyczaje i zamknięte społeczeństwo szybko wzbudziło niepokój wśród tubylców. W Hiszpanii Romowie cieszyli się wolnością pod panowaniem muzułmańskim, ale ich sytuacja zmieniła się po dojściu w tym kraju do głosu chrześcijańskiej rekonkwisty w 1492 roku. W latach 1499-1783 hiszpański rząd uchwalił co najmniej kilkanaście przepisów zakazujących Romom nosić swój tradycyjny strój, używać swojego języka czy praktykować własne zwyczaje. We Francji pierwsze oficjalne represje wobec Romów miały miejsce w 1539 roku, kiedy zostali oni wygnani z Paryża. W 1563 roku nakazano im opuścić także Anglię pod groźbą śmierci. Począwszy od XV wieku węgierscy i rumuńscy szlachcice, którzy potrzebowali robotników do swoich dużych gospodarstw, zmuszali wielu Cyganów do życia w niewoli. W Rumunii zniewolenie Romów zakończyło się dopiero w 1855 roku.   


Taniec andaluzyjski (1893)
autor: José Villegas Cordero (1844-1921)


Niemniej nie wszędzie w Europie Romowie traktowani byli tak surowo. Na przykład w carskiej Rosji (1547-1917) ich sytuacja nieco różniła się od tej panującej wśród innych zubożałych chłopów. Na Bałkanach w ciągu prawie pięciuset lat panowania tureckiego wielu Romów dzięki przejściu na islam posiadało specjalne przywileje. Niestety, dyskryminacja ludności romskiej przetrwała w znacznej części Europy. W XX wieku największe prześladowania Cyganów miały miejsce podczas drugiej wojny światowej (1939-1945), kiedy to aż pięćset tysięcy Romów zginęło w nazistowskich obozach koncentracyjnych. W krajach komunistycznych powojennej Europy Wschodniej Cyganów poddawano przymusowej asymilacji na podstawie programów sponsorowanych przez rząd. Zmuszano ich zatem do integracji z dominującymi narodowymi kulturami panującymi w danym regionie. Programy te często skutkowały pozbawieniem ich własnego języka i kultury. Od upadku komunizmu w latach 80. i na początku 90. XX wieku w Europie Wschodniej odnotowano gwałtowne ożywienie nastrojów antyromskich. W krajach Europy Zachodniej Romowie również żyją pod presją, która zmusza ich do odrzucenia tradycyjnego koczowniczego trybu życia. Na przykład we Francji od dawna mają ograniczony dostęp do pól kempingowych.

Niemniej coraz częstej obserwuje się romską aktywność w ruchach politycznych i kulturowych celem ustalenia ich praw i zachowania dziedzictwa. W 1979 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ) uznała Romów za odrębną grupę etniczną. Międzynarodowy Związek Romów zwany też Międzynarodową Unią Romską (z ang. The International Romani Union; IRU) będący organizacją pozarządową, reprezentuje Romów w ONZ. Inne organizacje, takie jak Związek Romów w Hiszpanii ( z ang. The Union Romani of Spain) oraz Ruch Romów Węgierskich (z ang. Phralipe of Hungary) prowadzą kampanię na rzecz ich praw obywatelskich w poszczególnych krajach lub regionach.

W Ameryce Północnej Romowie po raz pierwszy pojawili się w okresie kolonialnym. Znaczna część Cyganów z Rosji i Bałkanów przybyła do Stanów Zjednoczonych i Kanady pod koniec XIX wieku. W USA Romowie osiedlili się na obszarach wiejskich i przebywali tam aż do Wielkiego Kryzysu, który nastąpił w 1930 roku, kiedy to większość z nich udała się do dużych miast znajdujących się na obydwu wybrzeżach.

Hiszpańska tancerka flamenco
(1880)
autor: John Singer Sargent (1856-1925)
Jak już wcześniej wspomniałam życie Cyganów przez lata stawało się inspiracją dla muzyków i pisarzy. Jest to tak barwna i oryginalna grupa społeczna, iż trudno przejść obok niej obojętnie. Przypuszczam, że hiszpański pisarz Ildefonso Falcones był dokładnie tego samego zdania, kiedy powziął postanowienie, iż na kartach swojej powieści ożywi środowisko romskie i tym samym przybliży czytelnikowi jego specyfikę. W Bosonogiej królowej Autor zabiera nas zatem do Hiszpanii z połowy XVIII wieku i z niezwykłą dokładnością odmalowuje obraz cygańskiej społeczności, która musi zmierzyć się nie tylko z własnymi wewnętrznymi problemami, ale przede wszystkim z tym, co ją otacza, czyli z represjami, jakie ówczesny hiszpański władca zastosował wobec Romów. Zacznijmy jednak od początku.

Jest styczeń 1748 roku. Do Hiszpanii przypływa statek, na którego pokładzie znajduje się czarnoskóra niewolnica o imieniu Caridad. Z Hawany wypłynęła w towarzystwie swojego właściciela, lecz ten nieszczęśliwie zapadł na jakąś tajemniczą chorobę i zmarł. Don José nigdy nie był dla niej dobrym panem. Nie dość, że wciąż ją poniżał i bił, to jeszcze któregoś dnia odebrał jej syna, którego de facto mu urodziła. To było już drugie dziecko, które straciła. Trzeba bowiem wiedzieć, że jako niewolnica musiała wykonywać wszystkie polecenia tych, którzy stali nad nią wyżej. Jeśli jakiś mężczyzna zapragnął, aby poszła z nim do łóżka, wówczas Caridad robiła to bez słowa skargi. Mogło jej się to nie podobać, ale kto zwracałby na to uwagę. Przecież była tylko niewolnicą z Afryki pracującą na plantacji tytoniu, więc każdy mógł robić z nią, co tylko chciał. Była nikim. 

Po śmierci swojego właściciela dziewczyna zostaje sama. Tak naprawdę nie ma pojęcia dokąd powinna się teraz udać. Jest w obcym kraju, który budzi w niej strach. Niestety, tutaj też nie będzie łatwo. Bardzo szybko Caridad przekonuje się, że tak naprawdę mężczyźni wszędzie są tacy sami. Chodzi im tylko o seks, a ona nie ma ani siły, ani motywacji ku temu, żeby się bronić. Tylko czy Caridad potrafi powiedzieć „nie!”, skoro przez całe życie nie używała tego słowa w odniesieniu do tych, którzy sprawowali nad nią władzę? Tak więc bardzo szybko trafia pod dach mężczyzny, dla którego jest jedynie narzędziem do zaspokajania jego potrzeb seksualnych i towarem, który może sprzedać takim samym jak on obleśnym typom, którzy z chęcią zapłacą za parę minut przyjemności z Murzynką. Choć kobieta bardzo cierpi, to jednak musi godzić się na takie życie, ponieważ nie ma dokąd pójść, a tutaj przynajmniej nie cierpi głodu i ma dach nad głową. Lecz z drugiej strony poniżana i gwałcona tęskni za życiem, które wiodła na plantacji na Kubie.

Tymczasem w cygańskiej dzielnicy Sewilli toczy się zupełnie inne życie. Naprzeciwko siebie stoją dwa romskie klany: Vega i García. Obydwie rodziny są ze sobą poważnie poróżnione od lat. Melchor Vega wciąż nie potrafi zapomnieć i wybaczyć tego, że to przez Rafaela Garcíę niegdyś trafił na całe długie dziesięć lat na galery. Od tego czasu wszyscy ochrzcili go przydomkiem „Galernik”. Jak gdyby tego było mało córka Melchora – Ana – wyszła za mąż za przedstawiciela klanu Carmonów, których głowa Vegów też nie darzy sympatią. Ale to jeszcze nie koniec. Jest też Milagros Carmona, czyli wnuczka Melchora Vegi. Dziewczyna ma czternaście lat, a więc już niedługo trzeba będzie poszukać dla niej męża. Niestety, wszystko wskazuje na to, że dziewczyna już sama go sobie znalazła. Otóż, od pewnego czasu cielęcym wzrokiem podąża za przystojnym Pedrem Garcíą. Wszystko to sprawia, że Melchor nie potrafi spokojnie spać po nocach. Jego najbliższa rodzina łączy się z wrogiem, a on nie ma na to wpływu!

Pewnego dnia Melchor w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach spotyka na swojej drodze Caridad. Okazuje się bowiem, że dziewczyna uciekła od swojego oprawcy i teraz ledwo żywa siedzi pod jakimś drzewem i śpiewa. Ten śpiew jest tak piękny, że stary Cygan nie potrafi przejść obok niego obojętnie. Jedyne, co robi to zabiera Murzynkę do swojej osady i od tej pory jej życie już na zawsze będzie związane z hiszpańskimi Romami. Chociaż początkowo mieszkańcy Triany spoglądają na nią nieufnie, to jednak już niedługo nie będą wyobrażać sobie, że Caridad mogłoby z nimi nie być. Oczywiście dziewczyna trafia pod opiekę Vegów. Zaprzyjaźnia się z Milagros, która chroni ją przed pożądliwymi spojrzeniami mężczyzn. Czy jest jakakolwiek szansa na to, aby przyjaźń pomiędzy młodymi kobietami przetrwała próbę czasu? Czy przypadkiem los nie zakpi sobie z nich i w najmniej oczekiwanym momencie nie przerwie tej wyjątkowej przyjaźni? Co stanie się, kiedy Milagros faktycznie dopnie swego i wyjdzie za mąż za Pedra Garcíę? Czy będzie szczęśliwa w tym małżeństwie? Czy Melchor Vega pogodzi się z wyborem wnuczki, tak jak ostatecznie zaakceptował obecność swojego zięcia w rodzinie?

Inne wydanie również z 2014 roku. 
Bosonoga królowa to powieść, w której mieszają się ze sobą dwie społeczności. Z jednej strony widzimy asymilację Cyganów, którzy niekiedy są wręcz gotowi do tego, aby porzucić swoje tradycje i wtopić się w ogół hiszpańskiego społeczeństwa, przyjmując jego zasady i sposób życia. Z drugiej strony jednak Romowie wciąż uparcie tkwią w tym, co jest dla nich najważniejsze i co każdy z nich wyssał z mlekiem matki. Jakakolwiek zdrada karana jest jeśli nie całkowitym wykluczeniem z klanu, to przynajmniej wyrzeczeniem się we własnym sumieniu tego członka rodziny, który w jakiś sposób zawinił. W związku z tym jest to także powieść o wyrównywaniu rachunków i zemście za wyrządzone niegdyś krzywdy. Prawdziwy Cygan nigdy nie zapomina i nigdy nie wybacza. Prawdziwy Cygan zawsze wszystko musi doprowadzić do końca, aby potem móc już tylko żyć w poczuciu spełnienia swojego obowiązku.

Historia, którą opowiada nam Ildefonso Falcones to także opowieść o miłości i przyjaźni. Okazuje się bowiem, że prawdziwi Cyganie są zdolni kochać aż po grób. Są również w stanie walczyć o swoją przyjaźń, nawet jeżeli z pozoru wydaje się to nierealne. Poszczególni bohaterowie muszą też stale dokonywać niesamowicie trudnych wyborów. Nie zawsze ich decyzje są dla nich dobre. Czasami konsekwencje tych wyborów mogą być naprawdę tragiczne. Podczas czytania nie można zacząć zastanawiać się nad miejscem kobiety w powieściowej cygańskiej społeczności. Otóż odniosłam wrażenie, że w tej historii kobieta tak naprawdę nie jest nawet przedmiotem, lecz towarem, którym można pohandlować. Liczą się jedynie pieniądze, w imię których dokonuje się przerażających czynów. Można wręcz zabić, aby tylko zaspokoić swoją pazerność. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że Cygan kieruje się w swoim życiu dumą, a kiedy ją straci nie jest w stanie już normalnie funkcjonować. Dlatego też nasi bohaterowie nawet w najbardziej dramatycznych i poniżających ich okolicznościach robią co tylko w ich mocy, aby zachować swą dumę. Bo duma to życie.

Z kolei tło historyczne powieści skupia się na prześladowaniu Romów przez ówczesnego monarchę do spółki z Kościołem. Cyganie są zamykani w więzieniach na wiele lat, gdzie muszą radzić sobie w niesłychanie tragicznych warunkach. Zmuszeni są robić wszystko, aby tylko przeżyć. Oczywiście nie każdemu się to udaje. W tej książce sporo jest też na temat relacji międzyludzkich i więzi występujących pomiędzy członkami poszczególnych rodzin. Niemniej najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że w okresie, kiedy rozgrywa się akcja Bosonogiej królowej rodził się najbardziej znany hiszpański taniec. Mowa oczywiście o flamenco. Czytelnik sięgając po powieść może zatem spodziewać się wielu scen, gdzie w roli głównej występuje charakterystyczny dla Cyganów taniec, a także towarzyszący temu śpiew. Te obrazy są niezwykle barwne i pobudzają wyobraźnię odbiorcy.

Wiele osób twierdzi, że obok Bosonogiej królowej i Ręki Fatimy najlepszą książką Ildefonsa Falconesa jest Katedra w Barcelonie, którą niektórzy porównują z Filarami Ziemi autorstwa Kena Folletta. Nie wiem, ile w tym prawdy, ponieważ Filary Ziemi czytałam, ale Katedry w Barcelonie jeszcze nie. Świadomie zostawiłam sobie tę książkę na koniec, bo nie chciałam tworzyć porównań. Możliwe, że Katedra w Barcelonie najbardziej zachwyca, ale prawdą jest też, że pozostałe dwie książki są po prostu niesamowite w odbiorze. Ponieważ środowisko Romów nie jest mi tak do końca obce, w tym przypadku mogłam śmiało porównać informacje z książki z tymi, które pochodzą z moich osobistych doświadczeń. Muszę zatem przyznać, że Ildefonso Falcones na tym polu nie zawodzi. Autor dopracował tę powieść w najdrobniejszym szczególe.

Myślę, że książka jest doskonałą lekturą dla tych, którzy lubią oryginalne historie, jeśli chodzi o tematykę. W dodatku występuje tutaj również ciekawe tło historyczne. Jest romans i kryminał. Poruszony jest również temat przemytu tytoniu, którego charakterystyczny zapach wciąż unosi się nad tą opowieścią. To wszystko tworzy naprawdę interesującą i wciągającą całość.








środa, 9 grudnia 2015

Antonio Garrido – „Skryba”












Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: La Escriba
Przekład: Anna Jęczmyk



Oto przysłowie filozoficzne 
„niech niczego nie będzie zbyt wiele”
winniśmy stosować nie tylko 
do obyczajów, ale i do słów;
cokolwiek bowiem przekracza miarę, jest skażone.

Alkuin z Yorku (730-804)



Aby bronić swych doczesnych praw, hierarchowie Kościoła Katolickiego niekiedy powoływali się na dokument pochodzący z IV wieku i noszący nazwę Darowizna Konstantyna lub Donacja Konstantyna. Obecnie wielu twierdzi, że dokument ten stał się największym fałszerstwem w dziejach papiestwa. Czy mają rację? Możliwe, że tak. Prawdą jest natomiast, że według rzeczonego aktu prawnego Konstantyn I Wielki (ok. 272-337) udzielił świętym apostołom Piotrowi i Pawłowi, a przez nich także papieżowi Sylwestrowi I (?-335), jak również wszystkim jego następcom mnóstwo praw i przywilejów, których celem miało być nic innego, jak tylko zapewnienie biskupom rzymskim monarszej godności. Tak więc biskupom Kościoła Katolickiego cesarz przyznał w dokumencie używanie złotego diademu, mitry oraz całkowitą ochronę, a także noszenie purpurowego płaszcza i kompletu cesarskiego stroju. Z kolei rzymskie duchowieństwo mogło używać symboli i ozdób dworzan cesarskich, jak też mieć prawo do dosiadania konia pokrytego białym czaprakiem. Prócz powyższego Konstantyn I Wielki przyznawał papieżowi oraz jego sukcesorom władzę doczesną nad miastem Rzym oraz nad wszystkimi miejscowościami, prowincjami i włoskimi miastami, a także nad państwami zachodnimi. Na mocy Darowizny Konstantyna cesarz zrzekł się większej części swojego cesarstwa, co sprawiło, że musiał zadowolić się jedynie terenami Bizancjum, co oczywiście gotów był uczynić. Świadczą o tym jego własne słowa:

Dlatego to właśnie uważaliśmy za właściwe przenieść nasze cesarstwo i stolicę naszego państwa do prowincji wschodnich oraz wybudować miasto, które nosiłoby nasze imię, w miejscu najwygodniejszym z całej bizantyjskiej prowincji. Niesłuszna bowiem, aby cesarz ziemski wykonywał swą władzę tam, gdzie Król Niebieski ustanowił pierwszeństwo kapłaństwa i głowę chrześcijańskiej religii.

Papież Hadrian I (Adrian I)
Donacja Konstantyna na pewno nie jest dokumentem autentycznym, co zostało udowodnione. Zastanawia jednak fakt, dlaczego ktoś dopuścił się fałszerstwa i jaki miał ku temu cel. Można też próbować określić wpływ Darowizny Konstantyna na rozwój kościelnej władzy. Niektórzy przeciwnicy papiestwa utrzymują natomiast, że rzeczony dokument jest pochodzenia rzymskiego i został wymyślony przez samych papieży, aby wzmocnić swoją władzę na tym świecie. W tym miejscu można powołać się na kilka faktów charakterystycznych dla epoki średniowiecza i okresu, w którym powstała Darowizna Konstantyna. Można zatem wziąć pod uwagę miejsce, w którym dokument powstał oraz sposób jego użycia. Na przestrzeni wieków niektórzy przypuszczali, że pierwsze ślady Darowizny Konstantyna dostrzegalne są w liście papieża Hadriana I (?-795). List pochodzi z 777 roku. Lecz z drugiej strony trudno jest traktować te informacje jako twarde dowody w sprawie. W swoim liście papież Hadrian I mówi wprawdzie o władzy udzielonej Kościołowi Katolickiemu na Zachodzie przez cesarza Konstantyna I Wielkiego, ale znaczenie jego słów dalekie jest od sensu ustępu odnoszącego się do władania przez papieża Rzymem i całymi Włochami oraz zachodnimi królestwami, a także prowincjami, regionami i miastami. Dlatego też można przypuszczać, że autor Donacji Konstantyna zaczerpnął tę myśl z listu papieża Hadriana I, a co za tym idzie można też śmiało utrzymywać, iż krytycy, którzy swój osąd opierają właśnie na rzeczonym liście, przedwcześnie cieszą się, że odkryli prawdę historyczną.

Wiadomo natomiast, że papież Hadrian I przypisywał powstanie dziedzictwa świętego Piotra nie wspaniałomyślności cesarza Konstantyna I Wielkiego, lecz wielu darowiznom, których akta przechowywano w archiwum na Lateranie. Ten sam papież bowiem w liście datowanym na październik 785 roku i adresowanym do cesarza Bizancjum pisał, iż Kościół Katolicki zawdzięczał swoje terytorium, miasta i miejscowości wspaniałomyślności Karola I Wielkiego (ok. 747-814). O Donacji Konstantyna nie wiedzieli zaś bezpośredni następcy Hadriana I, co wynika z listu papieża Mikołaja I Wielkiego (ok. 820-867), w którym można znaleźć wyraźne wzmianki na temat przywilejów papiestwa, ale nie ma tam ani śladu Darowizny Konstantyna. W okresie, o którym mowa papieże byli raczej słabi politycznie i militarnie, więc trudno jest uwierzyć, żeby w jakikolwiek sposób domagali się silnej pozycji w świecie, jaką gwarantowała im Darowizna Konstantyna. Poszczególne głowy Kościoła Katolickiego bezustannie odwoływały się do frankońskich królów, prosząc o pomoc w walce z uciskiem longobardzkim[1]. W związku z tym papieże dalecy byli także od żądania zwierzchnictwa nad całą Italią oraz całym Zachodem, gdyż myśleli jedynie o skutecznym zabezpieczeniu niepodległości Rzymu oraz o podtrzymaniu porządku w lokalnych prowincjach.


Fresk, na którym Konstantyn I Wielki przekazuje władzę imperialną
papieżowi Sylwestrowi I. 
Fresk powstał w XIII wieku.
autor nieznany


W momencie, gdy zauważymy, iż Darowizna Konstantyna dotyczy nadania podstawy prawnej doczesnej władzy papieży, trudno będzie nam się zgodzić ze stwierdzeniem, iż mogła ujrzeć kiedykolwiek światło dzienne w Rzymie i to jeszcze w drugiej połowie VIII wieku, kiedy w ludzkich głowach wciąż kołatała się myśl odnosząca się do darowizn króla Franków Pepina Małego (714-768) oraz jego syna Karola I Wielkiego, które stworzyły fundament dobrych relacji pomiędzy papiestwem a cesarstwem frankońskim. Dlatego też autora Donacji Konstantyna należałoby raczej szukać poza Rzymem, ponieważ to właśnie z dala od Rzymu pojawiały się okoliczności sprzyjające ukazaniu się tego aktu w IX wieku. Powszechnie wiadomo jak bardzo niechętnie odnoszono się w Konstantynopolu do informacji na temat koronacji Karola I Wielkiego. Od wieków wszyscy byli bowiem przyzwyczajeni do tego, że państwo rzymskie jest niepodzielne, choć istnieje w nim podział władzy pomiędzy kilku wielkorządców. Z kolei świeże wznowienie cesarstwa zachodniego w osobie Karola I Wielkiego nadawało swego rodzaju dwoistość rządów. W tej sytuacji Konstantynopol natychmiast tracił wszelką powagę w Italii, co oczywiście wyjaśnia niezadowolenie wśród ówczesnych władców bizantyjskich.

Karol I Wielki 
Portret powstał około 1512 roku
autor: Albrecht Dürer (1471-1528)
Akt koronacyjny Karola I Wielkiego musiał teoretycznie zostać czymś usprawiedliwiony, chociażby tylko z powodów prawa publicznego. Nie było tajemnicą, że cesarz Franków utrudniał stosunki z cesarzami wschodnimi i na wszelkie możliwe sposoby starał się im dorównać. Dlatego też łatwo zrozumieć, z jakich powodów frankoński autor podjął decyzję o przygotowaniu Darowizny Konstantyna. Z uwagi na to, ze pierwszy chrześcijański cesarz ustąpił papieżowi cesarską godność, akt koronacji Karola I Wielkiego przez papieża był jedynie prawnym przejawem świętego państwowego prawa papieża. Podobna myśl mogła zatem narodzić się w umyśle frankońskiego autora Donacji Konstantyna. Istnieją także pewne dowody potwierdzające fakt, iż Darowizna Konstantyna jest faktycznie pochodzenia frankońskiego. Najdawniejszy znany rękopis zawierający Darowiznę Konstantyna na pewno posiada frankońską genezę. Na ten temat już w IX wieku mówili trzej pisarze, którzy cytowali fragmenty rzeczonego dokumentu. Byli to biskup paryski Eneasz (?-870), biskup vienneński Adon (?) oraz biskup Hinkmar z Reims (806-882). Co istotne, biskup Eneasz wykorzystał omawiany dokument w swoim traktacie skierowanym przeciwko Grekom, w którym cytował go niemalże dosłownie:

Skoro tylko cesarz Konstantyn został chrześcijaninem, natychmiast porzucił Rzym, utrzymując, że nie wypadało, aby dwóch cesarzów – jeden książę Ziemi, drugi książę Kościoła – rządzili w jednym i tym samym mieście. Tak więc rezydencję swą przeniósł do Konstantynopola, a Rzym i znaczną część różnych prowincji poddał Stolicy Apostolskiej. Biskupowi Rzymskiemu przyznał powagę królewską i kazał o tym spisać akt autentyczny, który został następnie rozpowszechniony po całym świecie.

Pierwszym papieżem, który poznał Darowiznę Konstantyna nie był Włoch, lecz Lotaryńczyk. Mowa oczywiście o niemieckim biskupie Brunonie z Toul, który potem został papieżem Leonem IX (1002-1054). W liście do patriarchy Konstantynopola Michała I Cerulariusza Leon IX użył Donację Konstantyna przeciwko Grekom celem przypomnienia bizantyjskim cesarzom o niezależności cesarstwa zachodniego. Na przestrzeni X i XI wieku jedynie dwukrotnie wspominana jest Darowizna Konstantyna w kontekście politycznym, czyli raz przez papieża Leona IX, zaś drugi raz przez późniejszego świętego biskupa Piotra Damiana (1007-1072). Papież Grzegorz VII (ok. 1020-1085), który z ogromną żarliwością oraz uporem oddany był utrzymaniu w całości przywilejów papiestwa i który wielokrotnie popadał w konflikty z ówczesnymi książętami celem poparcia swoich żądań, nigdy nie powołał się na Darowiznę Konstantyna.


Fresk zatytułowany Darowizna dla Rzymu
Fresk powstał około 1520 roku.
autor: Rafael Santi (1483-1520)


Wzmianki na temat omawianego dokumentu nie znajdziemy także w innym ważnym akcie prawnym pochodzącym z tego samego wieku, czyli w Dyplomie Henryka II. Cesarz Henryk II Święty (973-1024) w swoim dokumencie odnawia wszystkie dawne koncesje na korzyść Kościoła Katolickiego uczynione przez jego poprzedników. Dyplom Henryka II zawiera natomiast darowizny uczynione na rzecz Kościoła przez Pepina, Karola I Wielkiego, Ludwika I Pobożnego (778-840) oraz Ottona I Wielkiego (912-973). Dopiero w XII wieku, jak i w kolejnych stuleciach, ten apokryficzny dokument został włączony do Dekretu Gracjana[2], dzięki czemu stał się znany i mógł być jawnie rozpowszechniany. Od tej pory tacy władcy, jak Fryderyk I Barbarossa zwany Rudobrodym (ok. 1122-1190), kronikarze pokroju Ottona z Fryzyngi (1114-1158) czy tacy kanoniści, jak Geoffroy z Viterbo (1133-1191) zaczynali przytaczać go i wyjaśniać z niezachwianą wiarą w jego autentyczność. Niemniej niekiedy zdarzały się spory dotyczące braku wiarygodności tegoż dokumentu, lecz nie zwracano na nie szczególnej uwagi, ponieważ dyskusje te oparte były na argumentach bez większego znaczenia, bądź też na innych dokumentach apokryficznych.

Konstantyn I Wielki 
Mozaika znajdująca się w muzeum
Hagia Sofia w Stambule.
Mozaika powstała około 1000 roku. 
Z kolei do Kościoła greckiego dzięki staraniom Teodora Balsamona (?-po 1195) przedostał się dokument Darowizny Konstantyna. W 1194 roku kanonista wcielił go do swojego komentarza kanonów kościelnych. W roku 1270 Donację Konstantyna cytuje również cesarz Michał VIII Paleolog (ok. 1225-1282), natomiast Waldensi i Beguardowie[3] odrzucali jedynie prawne znaczenie dokumentu.

W czasach, kiedy ukazała się Darowizna Konstantyna nie było już mowy o tym, aby jej treść wnosiła jakiekolwiek zmiany w istniejące już relacje pomiędzy cesarstwem a papiestwem, co także świadczy przeciwko autentyczności dokumentu. Poza tym w tamtym okresie rzeczony akt nie miał już większego znaczenia, jeśli chodzi o jego wagę pomiędzy poważnymi dowodami, które mogłyby przemawiać za obroną władzy doczesnej na korzyść papieża i papiestwa. Praktycznie wszystkie dowody, którymi podpierają się obrońcy papiestwa, a które dotyczą walki z Kościołem Katolickim wynikają już tylko z samej teologii. Z drugiej strony jednak tylko nieliczni papieże wskazywali Darowiznę Konstantyna jako wytłumaczenie swojego prawa do mieszania się w sprawy polityczne odnoszące się do sporów pomiędzy chrześcijanami. Wśród papieży, którzy traktowali Donację Konstantyna poważnie byli: wspomniany już wyżej Leon IX, Innocenty III (ok. 1161-1216), Grzegorz IX (ok. 1170-1241), Innocenty IV (ok. 1195-1254), Mikołaj III (ok. 1215-1280) oraz Jan XXII (ok. 1244-1334). Niemniej należy pamiętać, że żaden z wymienionych papieży nie uważał, iż Darowizna Konstantyna stanowi fundamentalny dokument dotyczący przywilejów Kościoła Katolickiego. Na przykład Innocenty III, którego działalność polityczna była naprawdę wielka, zaś korespondencja dość rozległa, jedynie raz wspomniał o Darowiźnie Konstantyna. Było to w przypadku mowy wygłoszonej ku czci świętego Sylwestra.

Z kolei Grzegorz IX wspomniał o Donacji Konstantyna tylko dlatego, aby wobec nieprzyjacielskiego postępowania Fryderyka II Hohenstaufa (1194-1250) podkreślić przychylność Konstantyna I Wielkiego dla Kościoła Katolickiego. Innocenty IV o dokumencie powiedział tylko wówczas, gdy chciał podkreślić, iż doczesna władza papieży była udzielona świętemu Piotrowi, a więc nastąpiła znacznie wcześniej niż rządy Konstantyna I Wielkiego. Mikołaj III oraz Jan XXII wspomnieli o Donacji Konstantyna przypadkiem. Pierwszy uczynił to dlatego, iż pragnął przypomnieć o odstąpieniu miasta Iszym papieżom, natomiast drugi z nich powołał się na dokument celem wyrażenia sprzeciwu wobec wywodów włoskiego filozofa i pisarza Marsyliusza z Padwy (ok. 1275-1343).

Papieże raczej nie potrzebowali kierować się podejrzliwością wobec kanonistów, którzy zaprzeczali autentyczności Donacji Konstantyna. To podważanie wiarygodności aktu wyraźnie zarysowało się dopiero w XVI i XVII wieku. Franz Bursatus (?) jeszcze w 1570 roku uważał, że pomiędzy zwolennikami Darowizny Konstantyna jest dwudziestu dwóch kanonistów oraz siedemdziesięciu trzech jurystów. Potem liczba ta zmniejszyła się niemalże z dnia na dzień. Obecnie prawie nikt już nie broni prawdziwości tezy dotyczącej Darowizny Konstantyna. Na przestrzeni lat papieże dość obojętnie podchodzili do upadku ważności dokumentu, ponieważ nie mieli zamiaru czerpać z niego jakichkolwiek korzyści i nie miał on dla nich aż takiego znaczenia, aby można było stanąć w obronie najwyższych praw i przywilejów Stolicy Apostolskiej.

Jak zapewne domyślacie się, motywem przewodnim Skryby jest omówiony powyżej dokument, który Konstantyn I Wielki przekazał papieżowi Sylwestrowi I w podzięce za rzekome cudowne uzdrowienie z trądu oraz chrzest i nawrócenie na chrześcijaństwo. Tak przynajmniej mówi legenda, która – być może – została wymyślona jedynie po to, aby uzasadnić ewentualną autentyczność dokumentu. Niemniej, z książki nie dowiecie się zbyt wiele o samym akcie prawnym. W powieści próżno bowiem szukać tych wszystkich informacji, które przywołałam powyżej, ponieważ Antonio Garrido skupił się bardziej na intrydze kryminalnej i przygodzie, aniżeli na omawianiu historycznego pochodzenia Donacji Konstantyna. Dokument gdzieś tam istnieje i choć stanowi poważny problem, to jednak fabuła Skryby nie koncentruje się na nim całkowicie. Mogłabym rzec, iż Darowizna Konstantyna jest czymś na kształt skarbu, który powinien pozostać w rękach przedstawicieli Kościoła Katolickiego, dlatego też ważne jest, aby wciąż był powielany przez poszczególnych średniowiecznych pisarzy zwanych skrybami, i dzięki temu przekazywany kolejnym namiestnikom Kościoła.


Papież Sylwester I chrzci cesarza Konstantyna I Wielkiego
autor: Maso di Banco (?-1348)


Akcja powieści rozgrywa się na przełomie VIII i IX wieku za panowania Karola I Wielkiego. Generalnie miejscem akcji jest niemiecki Würzburg. Z kolei tytułowym bohaterem powieści jest niejaki Gorgias, który do Würzburga przybył z Bizancjum jako wdowiec z maleńką córeczką Theresą. W nowym miejscu Gorgias ożenił się po raz drugi i rozpoczął pracę u hrabiego Wilfreda jako skryba. Przez lata przepisywał mnóstwo rozmaitych dokumentów i ksiąg, aż wreszcie otrzymał bardzo nietypowe i jednocześnie niezwykle tajemnicze zlecenie. Otóż hrabia żąda, aby skryba powielił dokument, który niektórym może przysporzyć jedynie poważnych problemów. Co też takiego kryje się za owym pergaminem? Czy życie Gorgiasa nie znajdzie się przypadkiem w ogromnym niebezpieczeństwie, tylko dlatego, że zgodził się, a właściwie został przymuszony do skopiowania tajemniczego dokumentu?

Tymczasem Theresa dorasta i teraz jest już dwudziestotrzyletnią piękną kobietą, która zwraca na siebie uwagę mężczyzn. Wychowana przez ojca skrybę kochającego książki i pisanie, a także władającego łaciną i greką, Theresa również pragnie rozwijać swoje umiejętności jako skryba. Jak wiemy w epoce średniowiecza kobiety nadawały się jedynie do prowadzenia domu i rodzenia dzieci. To mężczyźnie przysługiwało prawo do nauki, zaś „idealna” kobieta miała być analfabetką. Theresa za nic nie chce być jedną z tych niewiast, które żyją w Würzburgu i są posłuszne mężczyznom. Ona przy boku ojca wiele się nauczyła. Potrafi pisać i czytać, a nawet zna łacinę i grekę! Kiedy ją poznajemy dziewczyna terminuje u lokalnego wytwórcy papieru o imieniu Korne, który bynajmniej nie jest przyjaźnie nastawiony do córki Gorgiasa. Utrudnia jej praktycznie wszystko. Natomiast kiedy przychodzi dzień egzaminu, który – jeśli Theresa go zda – zapewni jej tytuł czeladnika, dochodzi do tragedii. Konsekwencje pożaru w pracowni pergamenariusa Kornego są niezwykle dramatyczne. Nie dość, że cały zakład obraca się w zgliszcza, to jeszcze giną ludzie. Jedyne, o czym myśli Korne, to żądza zemsty na tym, który jego zdaniem zawinił. Czy faktycznie pergamenarius ma rację, obwiniając za tragedię tę a nie inną osobę? Czy uda mu się dokonać na niej zemsty, tak jak planuje? Czy jeszcze kiedyś odbuduje swoją pracownię i znów będzie wyrabiał w niej pergamin?


Średniowieczny skryba podczas pracy w skryptorium 


Skryba to powieść, której akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy problem Gorgiasa, który godząc się na powielanie dokumentu naraził na niebezpieczeństwo nie tylko samego siebie, ale także swoją rodzinę. Z drugiej strony czytelnik podąża śladem Theresy, której życie także nie będzie usłane płatkami róż. Któregoś dnia młoda kobieta trafi do Fuldy, gdzie spotka pewnego tajemniczego i trochę niebezpiecznego mnicha, z którym połączą ją sprawy o podłożu kryminalnym. W związku z tym nasza bohaterka kilka razy znajdzie się w poważnych tarapatach, z których naprawdę ciężko będzie ujść w jednym kawałku. W miarę upływu czasu widzimy, że w Theresie więcej jest cech charakteru typowo męskich, niż kobiecych. Dziewczyna posiadła naprawdę sporo umiejętności, które zarezerwowane są jedynie dla mężczyzn. W dodatku jest jeszcze Hoos Larsson, z którym zaczyna łączyć ją głębokie uczucie. Czy jest ono bezpieczne? Czy miłość nie stanie się przypadkiem powodem zaślepienia i niedostrzegania wrogów, którzy mogą czaić się tuż obok? Czy Hoosowi naprawdę można ufać i wierzyć w jego usilne zapewnienia o dozgonnej miłości? Dlaczego mężczyzna tak niespodziewanie pojawił się w życiu Theresy? I wreszcie: kim naprawdę jest ten człowiek? 

Alkuin z Yorku 
Moim zdaniem Skryba to doskonała powieść historyczno-przygodowa okraszona dość dobrą intrygą kryminalną adekwatną do epoki, w jakiej rozgrywa się akcja. Autor robi wszystko, aby czytelnik nie mógł oderwać się od historii Theresy i jej ojca. Oprócz postaci czysto fikcyjnych, Antonio Garrido wprowadził także bohaterów historycznych. To wszystko stanowi naprawdę ciekawą mieszankę. Relacje pomiędzy Theresą a Gorgiasem są niezwykle silne. Widać tutaj, jak bardzo ojciec kocha swoją córkę i jak wiele sama Theresa jest w stanie poświęcić dla swojego rodziciela. Na kartach powieści spotykamy także taką zwyczajną przyjaźń pomiędzy kobietami. Jedna z nich generalnie zaliczana jest do tych porządnych, które przestrzegają zasad i raczej nie wdają się w kompromitujące sytuacje z mężczyznami, zaś druga wręcz odwrotnie. Całe miasteczko wie, czym niewiasta się zajmuje i jakiego rodzaju lokal prowadzi. Pomimo tych różnic kobiety potrafią żyć ze sobą w zgodzie, a nawet nawiązać wspomnianą już przyjaźń.

Na kartach powieści czytelnik spotyka również całą galerię negatywnych postaci. Jestem skłonna przyznać, że jest ich znacznie więcej niż tych pozytywnych. Niezwykle zagadkowym bohaterem jest anglosaski mnich, o którym wspomniałam już wcześniej. Alkuina z Yorku Theresa spotyka, przebywając w Fuldzie. Tak naprawdę do samego końca nie wiemy po której stronie opowiada się mnich. Z jednej strony sprawia wrażenie bezwzględnego tyrana, zaś z drugiej jest łagodny i pomocny. Można odnieść wrażenie, że Alkuin stale coś ukrywa, tylko nie wiadomo co to jest.

Podczas czytania wydawało mi się, że Antonio Garrido bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę. Kiedy już byłam pewna, że rozgryzłam tę czy inną postać, okazywało się, że tak naprawdę nadal niczego nie wiem, ponieważ zaistniałe na kartach książki wydarzenia sprawiały, że znów traciłam rozeznanie i zmuszona byłam czekać na kolejny rozwój wypadków. Poza tym praktycznie do samego końca nie wiadomo, jaki związek z naszymi bohaterami ma Donacja Konstantyna. Z kolei w całą tę aferę kryminalną zamieszani są wysocy rangą hierarchowie Kościoła Katolickiego.

Moim zdaniem Skryba to fascynująca powieść, która dokładnie oddaje klimat wczesnego średniowiecza. Dodatkowo wprowadzona intryga kryminalna podnosi walor książki i sprawia, że czytelnikowi trudno jest oderwać się od losów bohaterów. Myślę, że wielbiciele powieści historycznych nie powinni poczuć się rozczarowani tą opowieścią.







[1] Longobardowie (Długobrodzi) – lud zachodniogermański wywodzący się z terenów Skandynawii. W przeciwieństwie do romańskiej ludności Włoch, mężczyźni nosili długie brody.
[2] Dekret Gracjana (z łac. Decretum Gratiani) – zbiór aktów prawa kanonicznego spisanego około 1140 roku przez prawnika z Bolonii Franciscusa Gratianusa lub Johannesa Gratianusa znanego jako Gratian (z pol. Gracjan).
[3] Waldensi i Beguardowie – heretycki odłam chrześcijan.