Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philippa Carr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philippa Carr. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2013

Philippa Carr – „Cud u Świętego Brunona” #1













Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: The Miracle at St Bruno’s
Przekład: Bożena Krzyżanowska




Zdarza się, że słyszymy, bądź też nawet spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy uparcie wierzą, iż zostali wybrani do spełnienia jakichś wyższych celów. Ludzie ci niejednokrotnie są przekonani, że zostali posłani na Ziemię przez samego Boga i stanowią jego narzędzie w walce ze Złem. Generalnie trudno jest nam uwierzyć w autentyczność takich przekonań i bardzo często mamy rację, twierdząc, że ta „nawiedzona” osoba jest niepoczytalna albo kieruje nią zwyczajny religijny fanatyzm. Takich ludzi dzisiejszy świat utożsamia głównie z epoką średniowiecza, która charakteryzowała się zacofaniem i prymitywizmem niemalże na każdej płaszczyźnie życia społecznego. Choć tamte czasy minęły bezpowrotnie, to jednak od czasu do czasu możemy usłyszeć o „cudach”, które tak naprawdę z rzeczywistymi cudami nie mają nic wspólnego. Ten temat bardzo często poruszany jest też w literaturze.

Cofnijmy się zatem do epoki wczesnego angielskiego renesansu. Jest rok 1522. W opactwie pod wezwaniem Świętego Brunona dochodzi do niecodziennego wydarzenia. W noc Bożego Narodzenia duchowny, który temu opactwu przewodzi, odnajduje w kaplicy Najświętszej Marii Panny noworodka. W miejscu, gdzie do tej pory symbolicznie kładziono figurkę maleńkiego Jezusa, jest żywe dziecko! Jego zdumienie jest niewyobrażalne. Pierwsze, co przychodzi mu na myśl, to powtórka z historii. Przecież już raz w wigilijną noc miało miejsce podobne wydarzenie! Tamto rozegrało się w dalekim Betlejem. Czyżby i tym razem narodził się Mesjasz? Kiedy mija pierwszy szok, opat zabiera dziecko do klasztoru i od tej pory bracia zakonni będą się nim opiekować. Ponieważ jest to chłopiec, zakonnicy nadają mu imię „Brunon” od imienia ich patrona.

Mija około dziesięciu lat. Odnaleziony w bożonarodzeniowej szopce chłopiec dorasta i zaprzyjaźnia się z dwiema dziewczynkami, które mieszkają w sąsiedztwie. To kuzynki: Damask i Kate. Oczywiście jest jeszcze Rupert – brat Kate. Jednak chłopak w tej znajomości nie odgrywa jakiejś znaczącej roli. Jest z natury spokojny i to, co najbardziej go interesuje, to uprawa ziemi. Damask jest córką sędziego Williama Farlanda, który jest dość dobrze znany na królewskim dworze. W końcu pełni w państwie niebagatelną funkcję. Rodzice Kate i Ruperta zmarli z powodu śmiertelnych potów, które wówczas były dość powszechną chorobą i dziesiątkowały ludzi w zastraszającym tempie. W związku z tym dzieci zamieszkały w domu sędziego.

Posiadłość Farlandów graniczy nie tylko z ziemiami opactwa Świętego Brunona, ale także z posiadłością Thomasa More’a. William i Thomas bardzo się przyjaźnią, dlatego jego tragiczna śmierć będzie dla sędziego ogromnym szokiem i jeszcze bardzo długo nie będzie mógł podnieść się po tak wielkim ciosie zadanym przez Henryka VIII. Niemniej zanim to się stanie, życie w majątku Farlandów płynie bez większych problemów. Dzieci dorastają, pani Farland z powodzeniem prowadzi swój różany ogród, a po sąsiedzku mnisi wychowują Brunona, będąc święcie przekonanymi, że jest on zesłany przez samego Boga. Otaczają go wielką troską, wierząc, że dzięki niemu dokonują się rozmaite cuda. To przecież jego odnalezienie w bożonarodzeniową noc sprawiło, że klasztor uzyskał niezwykłą pomoc finansową od wiernego ludu. Takich zbiegów okoliczności jest naprawdę sporo i wszystkie przypisywane są „boskiemu” dziecku.

Cała ta sielanka zostaje brutalnie przerwana w momencie, gdy na królewskim dworze zaczynają zachodzić pierwsze zmiany. Król Henryk VIII właśnie pozbył się swojej pierwszej żony – Katarzyny Aragońskiej – i przygruchał sobie wyrafinowaną Annę Boleyn. Sprytna dworka z rodu Howardów tak bardzo omamiła okrutnego monarchę, że ten aż dopuścił się świętokradztwa, zrywając stosunki z Kościołem i papieżem, tym samym ogłaszając siebie głową Kościoła w Anglii. Od tego momentu nikt nie miał prawa kwestionować tej decyzji. Gdyby jakiś śmiałek odważył się jednak na taki krok, wówczas natychmiast trafiał do Tower, a stamtąd to już tylko na szafot. Wówczas w Anglii praktycznie panowały dwie religie: katolicyzm i protestantyzm. Lecz z drugiej strony ludzie żyli w swego rodzaju schizofrenii religijnej, bo tak naprawdę nie wiadomo było, po której stronie należy się opowiedzieć. Tak źle i tak niedobrze.

Dla wiary katolickiej, a tym samym dla klasztorów i duchowieństwa nadchodzi ciężki czas. Na rozkaz Henryka VIII wszelkiego rodzaju katolickie miejsca kultu są grabione, mnisi są mordowani, a co za tym idzie klasztory zamykane są na cztery spusty i nikt nie ma prawa w nich urzędować. Przez słowo „nikt” oczywiście należy rozumieć przedstawicieli duchowieństwa. Na rodzinę Farlandów również pada blady strach, bo przecież przez wiele lat przyjaźnili się z mnichami. Poza tym jest jeszcze Thomas More, którego życie właśnie wisi na włosku. A co w tym czasie dzieje się z Brunonem, który do tej pory mieszkał w klasztorze z mnichami? Otóż, po brutalnym zlikwidowaniu opactwa, dorastający chłopak trafia pod dach Farlandów. Przyjaźń pomiędzy nim a dziewczynkami nadal ma się całkiem dobrze. Wszystko zmienia się dopiero wtedy, gdy Kate wychodzi za mąż za sporo od siebie starszego arystokratę, który bardzo dobrze radzi sobie na królewskim dworze. Wyrafinowanej dziewczynie przecież zawsze o to chodziło. Odkąd sięga pamięcią, pragnęła bogactwa, wpływów i wystawnego życia. Wygląda na to, że teraz Kate jest bardzo szczęśliwa, ale czy to samo można powiedzieć o Brunonie, skoro nagle znika bez śladu? A może jest coś, co za wszelką cenę pragnie udowodnić? Jakaś tajemnica? A może prawda, której nie przyjmuje do wiadomości, wciąż uważając, że jest „darem niebios”?

Wyd. Świat Książki
Warszawa 1999
tłum. Bożena Krzyżanowska
Damask Farland również dochodzi do wieku, w którym powinna wyjść za mąż. Ten fakt spędza sen z powiek szczególnie jej ojcu. Czuje, że jego życie jest zagrożone, więc pragnie, aby jego ukochane dziecko było bezpieczne pod opieką jakiegoś dobrego i odpowiedzialnego mężczyzny. Owszem, Damask nie może powiedzieć, że nie ma adoratorów starających się o jej rękę, ale stanowczo twierdzi, że to nie z nimi pragnie spędzić resztę życia. Jakże jest inna od swojej kuzynki! Tamta na sam widok bogactwa byłaby zdolna poślubić samego diabła, zaś Damask szuka miłości i namiętności, które zapewnią jej szczęście. Czy dziewczyna zna już swojego wybranka? Czy wie, kto zostanie jej mężem i tylko czeka sposobnej chwili, aby to się stało? Czy to małżeństwo na pewno da jej szczęście? A może przyjdą rozczarowanie i ból?

Cud u Świętego Brunona to pierwszy tom rodzinnej sagi Philippy Carr zatytułowanej Córki Anglii. Jak widać Autorka ten cykl powieści rozpoczęła, opisując realia szesnastowiecznej Anglii. Akcja niniejszej części rozciągnięta jest pomiędzy 1522 rokiem a momentem objęcia tronu przez Elżbietę I Tudor. Tutaj fikcja przeplata się z prawdą. Postacie historyczne mieszają się z tymi, wymyślonymi przez Philippę Carr, które jednocześnie są bohaterami pierwszoplanowymi. To historia i ludzie, którzy ją wówczas tworzyli stanowią tło historyczne książki. O Henryku VIII mówi się bardzo wiele. Dyskutuje się na temat jego poczynań, polityki, jaką prowadzi, żon, których pozbywa się w okrutny sposób, ale nie jest on głównym bohaterem. Być może sam Thomas More miał jakiegoś bliskiego przyjaciela „zza płotu”, ale na pewno nie był nim powieściowy sędzia William Farland.

Philippa Carr wprowadza tutaj również pewną tajemnicę, którą prędzej czy później należy poznać i rozwiązać. Chodzi oczywiście o domniemaną boskość Brunona. Chłopak w pewnym momencie swojego życia wpada w swego rodzaju obsesję i nie dopuszcza do siebie myśli, że jego rodzicami mogą być zwykli śmiertelnicy. Za wszelką cenę pragnie wszystkim niedowiarkom pokazać, że jest inaczej. Że to on jest wysłannikiem niebios i nie wolno tego faktu negować. Tak mocno utwierdza się w tym przekonaniu, że w końcu stanowi zagrożenie dla otoczenia.

Charakterystyczną cechą książek Eleonor Hibbert jest to, iż narrację prowadzi zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W tym przypadku narratorką jest Damask Farland, której życie naprawdę nie oszczędza. Żyje w wyjątkowo trudnych czasach. Jej ukochany ojciec jest człowiekiem honoru i robi rzeczy, które mogą zostać uznane za zdradę stanu. Wszędzie roi się od szpiegów. Nawet pod tym samym dachem może mieszkać ktoś, kto w każdej chwili doniesie. Tym kimś może być zwykły służący, którego pan zganił za jakieś błahe przewinienie. Ludzie żyją w potwornym strachu. Rozmowy, jakie prowadzą w głównej mierze dotyczą ówczesnej polityki. Taką informatorką dla Damask jest właśnie jej kuzynka Kate, która praktycznie nie robi nic innego, jak tylko interesuje się tym, co dzieje się na królewskim dworze. Oczywiście bohaterowie próbują w jakiś sposób umilać sobie czas, aby choć na chwilę zapomnieć o terrorze Tudorów, ale mimo tego, gdzieś w podświadomości wciąż czai się niewypowiedziany lęk, a dymy znad Smithfield każdego dnia przypominają o wielkim zagrożeniu.

Jak widać konsekwentnie wykonuję swój indywidualny plan przeczytania wszystkich części Córek Anglii. Nie będzie to takie proste, bo jak już pisałam wcześniej, w Polsce zaniedbano proces publikacji tego cyklu. Nie zrażam się jednak tym, że jestem zmuszona czytać go wyrywkowo. Wszystkich tomów jest dwadzieścia, z czego przeczytałam do tej pory tylko cztery: Cud u Świętego Brunona, Zwycięski Lew, Czas na milczenie i Nić babiego lata. Obiecałam sobie jednak, że się nie poddam, więc mam nadzieję, iż uda mi się przeczytać całość, nawet gdybym musiała sprowadzać resztę w oryginale. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dziś już niewiele osób czyta tego rodzaju literaturę, traktując ją po macoszemu. Dla mnie powrót do starych książek, którymi zachwycały się poprzednie pokolenia, jest czymś niesamowitym. Dlatego u mnie na blogu nie znajdziecie zbyt wiele nowości.

Na pierwszy rzut oka Cud u Świętego Brunona wygląda jak zwykły romans, szczególnie jeśli ocenić tę książkę po okładce. Słyszałam gdzieś, że graficy nie czytają nawet fragmentów książek, do których okładki projektują, stąd tak wiele okładek jest zupełnie nietrafionych. Z kolei jeśli pada hasło, że to literatura kobieca, to szablonowo projektuje się tak, jak dla zwykłego romansu. W przypadku tej powieści romansu jest naprawdę znikoma ilość. Philippa Carr znacznie większą wagę przykłada do tła historycznego i tajemnic, które mają związek z poszczególnymi bohaterami. Powiedziałabym, że końcówka powieści zakrawa nawet na delikatny thriller.

Generalnie książka napisana jest bardzo dobrze pod względem warsztatowym. Bardzo podobały mi się dialogi, dzięki którym zdawałoby się, że nieśmiała i wycofana towarzysko Damask, pokazuje na co naprawdę ją stać. W miarę posuwania się akcji do przodu, dziewczyna staje się coraz bardziej wygadania i nie da sobie w kaszę dmuchać. Dodatkowo uwagę zwróciłam również na psychologię postaci. Należy podkreślić tutaj ich różnorodność pod kątem emocjonalnym, a także odmienne charaktery. Wydaje mi się, że spośród tych czterech tomów cyklu, które już za mną, Cud u Świętego Brunona można uznać za najlepszy, choć Zwycięski Lew też jest niczego sobie, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę stronę historyczną i erotyczną powieści.







sobota, 14 września 2013

Philippa Carr – „Zwycięski Lew” #2










Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2000
Tytuł oryginału: The Lion Triumphant
Przekład: Bożena Krzyżanowska



Śmierć Marii I Tudor w listopadzie 1558 roku sprawiła, że angielski lud odetchnął z ulgą. Zmiana władcy przynosiła nadzieję na to, iż wreszcie skończą się krwawe prześladowania heretyków, czyli tych, którzy choćby w najmniejszym stopniu swoim postępowaniem dopuścili się zdrady wiary katolickiej. Nie bez powodu Maria I Tudor otrzymała przydomek „Krwawej”. Z jej rozkazu na stosach niczym żywe pochodnie spłonęło tysiące ludzi. Za zdrajcę mógł być uznany praktycznie każdy. Nawet najgorliwszy katolik. Wystarczył jeden nieprzemyślany gest, mrugnięcie powieką podczas Podniesienia w czasie Mszy Świętej, a już wysłannicy królowej dokonywali aresztowań. Kościoły pełne były jej szpiegów. Maria doskonale powielała politykę swojego ojca – Henryka VIII Tudora. Urodzona z matki Hiszpanki, zagorzałej katoliczki, nie mogła pójść inną drogą, jak tylko tą, którą wpoiła jej rodzicielka – Katarzyna Aragońska. Sam Henryk VIII pod koniec swojego życia ogłosił się Bogiem i w imię Najwyższego podejmował wszelkie decyzje państwowe i prywatne. Już za jego panowania nad całym Londynem unosił się dym, który wiatr przywiewał ze Smithfield, gdzie głównie dokonywano egzekucji. A zatem można śmiało rzec, że pierworodna córka okrutnego władcy bez mrugnięcia okiem poszła w ślady ojca.

Tak więc śmierć krwawej monarchini rozpoczęła nową epokę w szesnastowiecznej Anglii. Na tron wstąpiła wówczas młodsza siostra Marii – Elżbieta I. Choć młoda królowa była zupełnym przeciwieństwem swojej starszej siostry, to i tak wśród poddanych znaleźli się i tacy, którzy jej nie uznawali. Przecież Elżbieta I była córką Anny Boleyn! To niechlubne pochodzenie ciągnęło się za nią niemal do ostatnich dni jej życia. Nazywana była bękartem i diabelską potomkinią. Jak wiadomo, Anna Boleyn została ścięta na rozkaz Henryka VIII. Oskarżono ją między innymi o pakt z diabłem. W związku z tym grzechy matki bardzo szybko rzuciły się cieniem na młodą monarchinię. W miarę upływu lat zawiązywano spiski, które jednak udaremniano. Zdrajcy dawali głowy, w tym Maria I Stuart – królowa Szkocji. Ponieważ mężem królowej Szkotów został najpierw delfin, a potem król Francji, była również francuską królową, zaś jej poprzedniczką na tronie była słynna Katarzyna Medycejska.  

Maria I Stuart na bardzo długi czas stała się kolką w oku Elżbiety I Tudor, aż w końcu ta ostatnia pozbyła jej się raz na zawsze. Elżbieta I może i była bardziej wyrozumiała dla swoich poddanych w kwestii wyznawanej wiary, ale za nic na świecie nie pozwoliłaby zepchnąć się z angielskiego tronu. Zapewne właśnie dlatego nigdy nie wyszła za mąż, tym samym nie dając Anglii potomka. Nie chciała dzielić się władzą. A tak by się stało, gdyby któregoś dnia zdecydowała się mieć u boku męża.

Tło historyczne drugiej części rodzinnej sagi autorstwa Philippy Carr pod tytułem Córki Anglii, to nie tylko konflikt pomiędzy dwiema monarchiniami. Tym tłem jest przede wszystkim walka pomiędzy Hiszpanią a Anglią, mająca w głównej mierze podłoże religijne. Obejmując tron, Elżbieta I pozwoliła na protestantyzm. Choć zniknęły stosy i raczej z powodu wyznawanej wiary teoretycznie nikt już nie mógł stracić życia, to jednak nadal ukrywano się ze swoim wyznaniem. Mogłoby się wydawać, że Anglia popadła wówczas w kolejną skrajność. Za czasów Marii I Tudor prześladowano tych, którzy nie określali się jako katolicy, zaś za czasów Elżbiety I Tudor życie mógł stracić ten, kto jawnie przyzwał się do wiary katolickiej. W związku z tym prześladowano przede wszystkim księży. Z kolei katolicka Hiszpania nienawidziła protestanckiej Anglii, a protestancka Anglia pałała ogromnym gniewem wobec katolickiej Hiszpanii. Wojna pomiędzy tymi dwoma państwami toczyła się przede wszystkim na morzu. Brali w niej udział marynarze, zwani wówczas korsarzami (piratami). Zarówno jedni, jak i drudzy, dobijając do brzegów wrogiego państwa, grabili je, gwałcili i porywali kobiety oraz kładli trupem wszystkich, którzy stanęli im na drodze, a nie byli ich braćmi w wierze.

W takich właśnie czasach żyje główna bohaterka niniejszej powieści. Catherine – córka Damask Farland – przyjeżdża do swojej przyrodniej siostry, która wraz z mężem mieszka w hrabstwie Devonshire. Posiadłością należącą do Ennisów jest Trewyand Grange. Catherine przybyła tam, aby uporządkować swoje myśli po przeżyciu nieszczęśliwej miłości. Otóż, mężczyzna, którego dziewczyna praktycznie od dzieciństwa darzyła głębokim uczuciem i za którego pragnęła wyjść za mąż, okazał się być jej… bratem. Dlatego też z dala od rodzinnego domu i Carey’a, Cat dochodzi do równowagi emocjonalnej. Z okien domu Catherine może oglądać statki, które zawijają do pobliskiego portu. Pewnej nocy dziewczyna widzi przepiękny hiszpański galeon. Tym odkryciem jest niesamowicie zdziwiona, bo przecież doskonale wie, jaka sytuacja panuje w Anglii i że Hiszpanie nie są tutaj mile widziani. Lecz w pewnej chwili galeon znika tak nagle, jak nagle się pojawił, a ona sama zastanawia się, czy przypadkiem nie był to tylko sen.


Być może właśnie taki hiszpański galeon zobaczyła Catherine ze swojej
wieżyczki, mieszkając w posiadłości Ennisów

Hiszpański galeon La Santa Trinidad
Autor: Hieronymus Köler; ok. 1560 roku


Sąsiednia posiadłość należy do niejakich Pennlyonów. Na czoło wysuwa się kapitan Jake Pennlyon, który mieszka tam z ojcem. Jest on marynarzem i właścicielem statku o nazwie Nieokiełznany Lew. Kiedy czytelnik spotyka go po raz pierwszy, kapitan ma około dwudziestu pięciu lat, z których kilka spędził na morzu. Jest wytrawnym żeglarzem, nienawidzącym Hiszpanów. Charakter ma niezwykle porywczy. Nie przyjmuje odmowy, a to, o czym akurat marzy, musi spełnić się natychmiast. Krążą pogłoski, że żadna kobieta nigdy mu się nie oparła, i niemal z każdą swoją partnerką spłodził potomka. Tak naprawdę nie wiadomo też, ile potomstwa zostawił w krajach, do których zawiodła go morska droga. On sam nie zaprzecza tym opiniom, więc można przypuszczać, że to nie są jedynie plotki.

Kiedy Jake Pennlyon po raz pierwszy spotyka na swojej drodze młodziutką Catherine, wie już, że ta na pewno zostanie jego żoną i matką jego synów. Tak, synów! Córki zupełnie nie wchodzą w grę! Tym razem chce mieć dzieci z prawego łoża. Od tej pory żeglarz robi wszystko, aby poślubić dziewczynę. Z kolei Catherine nie ustaje w wysiłkach, żeby do ich ślubu nie dopuścić. Ona go po prostu z całych sił nienawidzi! Nie życzy sobie przebywania w jego obecności. Lecz kapitan jakoś niespecjalnie się tym przejmuje i posuwa się do najgorszych podłości, aby wreszcie osiągnąć swój cel.

Catherine naprawdę nie próżnuje. Jej pomysłowość w końcu doprowadza do tego, że Jake Pennlyon na jakiś czas znika z jej życia. I właśnie wtedy, podczas jego nieobecności, dochodzi do tragedii. Na posiadłość Ennisów napadają Hiszpanie, którzy porywają Catherine, jej ciężarną siostrę oraz rozpustną pokojówkę, natomiast pana domu bestialsko mordują. Okazuje się bowiem, że hiszpański galeon, który Cat widziała pewnej nocy wcale jej się nie przyśnił. On naprawdę niepostrzeżenie zawinął do portu, aby stać się zwiastunem tragedii. Dlaczego zatem Catherine i jej siostra zostały uprowadzone do obcego kraju? Co z tym wszystkim ma wspólnego Jake Pennlyon? Czyżby to właśnie on zlecił owo uprowadzenie? A może ktoś uznał, że Catherine jest narzeczoną Jake’a i w ten sposób pragnie się na nim zemścić za wyrządzone krzywdy?

Obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie tomy tej sagi i jak widać słowa dotrzymuję. Po przeczytaniu części siedemnastej i osiemnastej (Czas na milczenie i Nić babiego lata), cofnęłam się aż do XVI wieku. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się, że Philippa Carr rozpoczęła tę historię jeszcze w renesansie. Sądziłam, że pierwsze tomy będą osadzone bliżej naszych czasów. Osobiście bardzo mnie to cieszy, że tyle historii jeszcze przede mną.

Jaki zatem jest Zwycięski Lew? No cóż… Może zacznę od tego, że postacie historyczne przedstawione w powieści dotyczą jedynie tła historycznego, natomiast główni bohaterowie są fikcyjni. O Elżbiecie I Tudor Philippa Carr jedynie wspomina w narracji czy poprzez dialogi pomiędzy poszczególnymi bohaterami, lecz jej nie ożywia. Czytelnik wie, w jakiej epoce rozgrywa się akcja. Zdaje sobie sprawę z tego, że gdzieś tam w Londynie jest dwór, zawiązują się spiski, Maria I Stuart daje głowę na szafocie, ale w tym nie uczestniczy. My, jako czytelnicy, skupiamy się na postaciach pierwszoplanowych, czyli głównie na Catherine i jej rodzinie, a także na Jake’u Pennlyonie, bo on odgrywa tutaj zasadniczą rolę. Praktycznie wszystko kręci się wokół jego osoby i jest z nim ściśle powiązane.

Akcja powieści dzieje się w dwóch miejscach. Najpierw jesteśmy w Anglii, potem wyruszamy do Hiszpanii, a potem znów w dramatycznych okolicznościach wraz z bohaterami wracamy do Devonshire i tam zostajemy już do końca książki. Sama Catherine przeżywa szereg przygód, jeśli w ogóle te wszystkie sytuacje, które ją spotykają można określić mianem „przygody”. Zupełnie bez jej udziału los rzuca ją tam, gdzie grozi jej ogromne niebezpieczeństwo. Po pierwsze, pada ofiarą jakichś bezsensownych porachunków, przed czym nie ma siły się bronić. Jej przeciwnik w zasadzie nie pozostawia dziewczynie większego wyboru. Musi przyjąć jego warunki bez słowa skargi. Po drugie, jako wyznawca religii niekatolickiej w Hiszpanii grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. Może tam stracić życie jako czarownica i heretyczka.

W powieści pojawia się też szereg postaci drugoplanowych, które w zasadniczy sposób wpływają na dalsze losy Catherine. Przyznam szczerze, że w niektórych momentach główna bohaterka zwyczajnie mnie denerwowała. W duchu zbuntowana, natomiast kiedy powinna się bronić, ona staje się uległa i pokorna niczym owca prowadzona na rzeź. Z jednej strony nienawidzi, zaś z drugiej kocha? Idąc tokiem postępowania Catherine, możemy dojść do przekonania, że najlepszym afrodyzjakiem i środkiem na udany seks jest właśnie nienawiść. To ona najbardziej podnieca, a kiedy jej nie ma, wówczas w łóżku jest nudno. Przed pójściem do łóżka z mężczyzną najlepiej na niego nawrzeszczeć, że się go nienawidzi. Uwierzcie, że takie zachowanie bohaterki naprawdę mnie denerwowało. Być może w ten sposób Autorka chciała dodać opowiadanej przez siebie historii nieco smaczku. Pamiętajcie jednak, że fakt, iż Catherine prawie przez całą powieść doprowadzała mnie do szału, wcale nie oznacza, że książka jest zła. Nudna i kiepska byłaby wtedy, gdyby bohaterowie niczym się nie wyróżniali i nie wzbudzali w czytelniku żadnych emocji.

W swoim życiu przeczytałam już mnóstwo powieści historycznych i wiem, kiedy książka traci swój niepowtarzalny klimat i gubi gdzieś epokę, w której akcja jest osadzona. Tak sobie myślę, że Eleonor Hibbert napisała zbyt dużo powieści wiktoriańskich jako Victoria Holt, w związku z czym epoka Tudorów, którą tutaj spotykamy, nosi znamiona dziewiętnastego wieku. Takie przynajmniej odnosiłam wrażenie podczas lektury. Generalnie wszystko jest w porządku, ale kiedy uważniej wczytamy się w tekst, zauważymy naleciałości wiktoriańskiej Anglii.

Przede mną pierwszy tom tej sagi pod tytułem Cud u Świętego Brunona, gdzie narratorką jest matka Catherine, a akcja dzieje się jeszcze przed narodzinami głównej bohaterki Zwycięskiego Lwa. Aż sama się sobie dziwię, że wcale nie przeszkadza mi brak chronologii wydarzeń. Chyba naprawdę musi mi na tej serii bardzo zależeć. 





sobota, 10 sierpnia 2013

Philippa Carr – „Nić babiego lata” #18









Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: The Gossamer Cord
Przekład: Marta Kruk



Nie od dziś wiadomo, że czytanie na wyrywki wielotomowych sag rodzinnych czy wszelkiego rodzaju serii książkowych nie wychodzi na dobre. Jeśli chcemy zachować chronologiczny zapis wydarzeń (a takowy preferuję), to najlepiej zacząć od początku. Niestety z różnych powodów jest to niemożliwe. Czasami winien jest sam czytelnik, ale są też przypadki, kiedy wina leży po stronie wydawcy.

Niedawno pisałam o siedemnastym tomie rodzinnej sagi autorstwa Eleonor Hibbert. Była to powieść pod tytułem Czas na milczenie.  Sagę tę Autorka napisała jako Philippa Carr, a całość nosi tytuł Córki Anglii. Tak więc dzisiaj czas na tom osiemnasty.

Poprzednią część Philippa Carr zakończyła tuż po zakończeniu I wojny światowej. Rodzina Lucindy Greenham przeżywała wówczas chwile prawdziwego szczęścia, bo oto wszyscy ukochani mężczyźni cali i zdrowi wrócili z frontu do domu, gdzie w ogromnym napięciu wyczekiwani byli przez ukochane kobiety. Oczywiście niektórym z nich przydarzyły się mniejsze lub większe rany, ale generalnie wszystko zakończyło się dobrze. A przynajmniej wszystko ułożyło się pomyślnie na tym polu. Bo przecież były też inne sprawy, które zarówno rodzinie Greenhamów, jak i Denverów spędzały sen z powiek. Można przypuszczać, że tak już będzie zawsze, ponieważ w życiu bohaterów zaistniały wydarzenia, które nie przestaną rzutować na ich dalsze losy.

Od zakończenia I wojny światowej mija prawie dwadzieścia lat. Lucinda Greenham nie jest już tamtą młodziutką panienką, która wykazała się ogromną odwagą i uporem, zabierając do Anglii osierocone niemowlę. Dziś jest stateczną kobietą. Ma męża i trójkę dzieci. Dwoje z nich to bliźniaczki o operowych imionach – Violetta i Dorabella. Z kolei młodszy syn imię odziedziczył po ojcu, zgodnie z zasadami panującymi w arystokratycznych rodzinach. Przypomnijmy, że małżeństwo Lucindy było aranżowane już od najmłodszych lat jej życia. Czy zatem jest teraz żoną Roberta Denvera? A może w plany obydwu rodzin wtrącił się los i Lucie wyszła za mąż za kogoś zupełnie innego? W końcu serce nie sługa.

Faktem natomiast jest, iż ocalony w niemowlęctwie Edward, dzisiaj jest już dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Lucindę traktuje jak własną matkę. Jest także bardzo zżyty z jej rodziną. Edward robi wszystko, aby zostać prawnikiem. Nie wiadomo dlaczego ciągnie go w stronę Niemiec. Oczywiście nie sympatyzuje ze zwolennikami Adolfa Hitlera, którzy wyrastają jak grzyby po deszczu. Wręcz przeciwnie. Nie podoba mu się jego polityka, ale jako obywatel brytyjski niewiele może w tej kwestii zrobić. Bardzo przyjaźni się z pewnym Niemcem. Ta przyjaźń jest tak silna, że mężczyzna któregoś dnia zaprasza do Anglii Kurta Brandta, który robi bardzo dobre wrażenie na jego rodzinie. Od tego momentu nie tylko Edward czuje do Brandta sympatię, ale także Lucinda i jej bliscy. Ostatecznie dochodzi nawet do rewizyty w Niemczech. Dopiero wtedy prawda wychodzi na jaw. Okazuje się bowiem, że Brandtowie to Żydzi, a przecież wiadomo jak wygląda polityka Hitlera wobec tego narodu. Podczas wizyty Violetty i Dorabelli w Niemczech dochodzi do dramatycznego incydentu, którego ofiarą pada właśnie rodzina Brandtów. Prześladowania niemieckich Żydów zakrojone są już na dość dużą skalę. Hitler nie chce ich w swoim kraju. Ba! On wręcz nie chce, aby ta nacja chodziła po świecie! Pogardza nimi. Do ich tępienia wykorzystuje swoich zwolenników, którzy świetnie sobie radzą w tej kwestii. Ci, którzy do tej pory uchodzili za przyjaciół, teraz stają się wrogami gotowymi na wszystko.

W Niemczech oprócz wspomnianego powyżej incydentu, mają miejsce również przyjemne chwile. Pewnego dnia Violetta i Dorabella poznają niezwykle przystojnego młodego mężczyznę. Okazuje się, że pochodzi on z Kornwalii, gdzie jego rodzina dysponuje ogromną posiadłością z tradycjami. Dermont Tregarland zakochuje się z wzajemnością w Dorabelli od pierwszego wejrzenia. Violetta, jako ta mniej urodziwa i bardziej rozsądna, nie ma nic przeciwko temu, choć nie może powiedzieć, że nie targają nią obawy przed dalszym losem ukochanej siostry. Zna Dorabellę bardzo dobrze. Są jak gdyby jednym ciałem, jak to zazwyczaj bywa w przypadku bliźniąt. Violetta doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że po ślubie będzie musiała rozstać się z siostrą. Ta druga też nie jest zachwycona tym faktem, jednak nic nie można już na to poradzić. Sprawa wydaje się być przesądzona.

[…] Dorabella to moja bliźniacza siostra. Łączyła nas charakterystyczna dla takiego pokrewieństwa więź. Może nie byłyśmy identyczne, ale bardzo podobne. Mama mówiła, że we wczesnym dzieciństwie trudno było nas odróżnić. Ale teraz kiedy miałyśmy po szesnaście lat, podobieństwo zmalało. Prawdziwa różnica tkwiła jednak w charakterze.

Dorabella była dość lekkomyślna, impulsywna, podczas gdy ja lubiłam dobrze się zastanowić, zanim podjęłam jakieś działanie. Siostrę cechowała delikatność, ja byłam raczej czupurna i uparta. Jej bezradność przyciągała wielu mężczyzn, którzy zawsze byli gotowi zaopiekować się nią. Ja natomiast musiałam radzić sobie sama […]*

W końcu nadchodzi dzień wyczekiwanego ślubu, który staje się początkiem poważnych problemów, niewyjaśnionych tajemnic i konfliktów, które tak naprawdę trwają od pokoleń, a w które uwikłana jest nowa rodzina Dorabelli. Okazuje się bowiem, że nad rodziną Tregarlandów ciąży pewna klątwa sprzed lat. Czy to, o czym wszyscy szepczą dookoła jest prawdą? Czy Dorabella również padnie ofiarą owej klątwy? Jak zachowa się w tej sytuacji rodzina młodej pani Tregarland? Czy Dorabelli grozi śmierć, podobnie jak kobietom, które w kornwalijskiej posiadłości mieszkały przed nią lub były z nią w jakiś sposób związane? Czy Dermont Tregarland postępuje uczciwie wobec swojej młodej żony? A może coś przed nią ukrywa?

Według mnie Nić babiego lata jest znacznie lepsza od Czasu na milczenie. Ta część jest dużo mniej przewidywalna. W pewnych momentach naprawdę trzyma w napięciu, na tyle mocno, na ile jest to możliwe w przypadku powieści obyczajowych. Pisałam już przy okazji innych recenzji powieści Eleonor Hibbert, że była ona pisarką, skupiającą się nie tylko na swoich bohaterach, ale też na tle historycznym. Nić babiego lata zawiera sporo informacji na temat sytuacji politycznej tuż przed wybuchem II wojny światowej. Oczami poszczególnych bohaterów obserwujemy poczynania Adolfa Hitlera, który precyzyjnie przygotowuje się do zaatakowania państw sąsiadujących z Niemcami. Tak jak Violetta dostrzegamy jego nienawiść wobec Żydów. Widzimy jak ten człowiek bezkarnie łamie wszelkie umowy i traktaty międzynarodowe i nikt nie jest w stanie temu zaradzić. Czujemy strach przed inwazją Niemiec na kolejne europejskie państwa. Bohaterowie powieści, oprócz tego, że dyskutują o własnych problemach, omawiają także sprawy polityczne. Oczywiście z wiadomych względów, w rozmowach tych głównie skupiają się na sytuacji Anglii. Analizują jej szanse na pokonanie hitlerowskich Niemiec. Lecz z drugiej strony wciąż czują lęk i niepewność, mając w pamięci I wojnę światową. Obawiają się powołań do armii młodych mężczyzn. Bo przecież ukochanym kobietom znów przyjdzie czekać miesiącami na ich szczęśliwy powrót do domu. Może też stać się tak, że któryś z tych walecznych dżentelmenów polegnie na froncie.

Eleonor Hibbert wszystkie swoje powieści pisała w pierwszej osobie liczby pojedynczej. W każdej z nich narratorką jest bohaterka, na której losy pisarka stawiała największy nacisk. W przypadku Nici babiego lata jest nią Violetta. To ona jest tutaj najważniejsza. To ona opowiada czytelnikowi o swojej rodzinie. Zdradza uczucia nie tylko swoje, ale też swoich bliskich, a nawet rozwiązuje kryminalną zagadkę. Wszystko to odbywa się w malowniczej Kornwalii u brzegu morza, które pochłonęło już niejedną ofiarę.

Pomimo że nasze bohaterki spotykają na swojej drodze mężczyzn, w których się zakochują, a przynajmniej tak dzieje się w przypadku Dorabelli, to jednak tego romansu jest tutaj jak na lekarstwo. Wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami sypialni, a czytelnik o wszystkim dowiaduje się od Violetty, która na swój własny sposób pojmuje związek swojej siostry. W jej przypadku ta kwestia przedstawia się zupełnie inaczej. Owszem poznaje pewnego przystojnego mężczyznę, ale jak przystało na tę mniej urodziwą z sióstr, nie myśli o nawiązaniu z nim romansu. Na tym etapie ich znajomości możliwa jest tylko przyjaźń. Być może czytelnicy będą mogli liczyć na coś więcej podczas czytania kolejnego tomu sagi pod tytułem Spotkamy się znowu. Na szczęście ta część została wydana w języku polskim.

Tym razem również nie będę nikogo ani szczególnie zachęcać, ani też zniechęcać do Nici babiego lata, ponieważ wiem, że nie każdemu odpowiada ten rodzaj literatury i nie każdy lubi takie czytanie na wyrywki. Wybór pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Z kolei okładka, którą widzicie jest z wydania brytyjskiego. Pozwoliłam ją sobie wstawić do niniejszej recenzji, ponieważ polskie wydanie posiada praktycznie identyczną. Zmiany, które dokonano w jej wyglądzie są nieznaczne. Mój egzemplarz tej powieści jest tak bardzo sfatygowany, że nie nadaje się do upublicznienia. 





* P. Carr, Nić babiego lata, Wyd. Świat Książki, Warszawa 1999, s. 7. 




sobota, 3 sierpnia 2013

Philippa Carr – „Czas na milczenie” #17










Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: A Time For Silence
Przekład: Joanna Puchalska



Wojna, polityka i romans w tle to główne motywy siedemnastego tomu rodzinnej sagi autorstwa Eleonor Hibbert, znanej też jako Philippa Carr, Victoria Holt czy Jean Plaidy. Dwudziestotomowa saga rodzinna nosi tytuł Córki Anglii, jednak w Polsce zostały wydane tylko niektóre jej części. W polskiej wersji czytelnik może przeczytać trzy pierwsze tomy, a potem długo, długo nic, a następnie sięgnąć po tom czternasty, kończąc na części dziewiętnastej. Pozostałe woluminy są dostępne już tylko w oryginale, choć nie jestem do końca przekonana, czy można je nabyć w Polsce. Możliwe, że są one dostępne tylko w brytyjskich księgarniach lub w formie e-booków. Dlaczego tak się stało? Skąd takie niedopatrzenie? Być może gdzieś po drodze czegoś nie dopilnowano? A może nie dogadano się w kwestii praw autorskich? Albo ta seria nie cieszyła się swego czasu zbyt dużą popularnością wśród czytelników i zaniechano starań o publikację wszystkich tomów? Przyczyn mogło być naprawdę dużo. Niemniej faktem jest, że saga ta diametralnie różni się klimatem i sposobem pisania od powieści, które Eleonor Hibbert tworzyła jako Victoria Holt.

Jak już wspomniałam Czas na milczenie to siedemnasty tom serii. Do tej pory przeczytałam jeszcze część osiemnastą pod tytułem Nić babiego lata, o której napiszę już niedługo. Na tej podstawie mogę stwierdzić, że styl, w jakim Autorka napisała tę sagę jest nieco inny. Wydaje mi się też, że nieznajomość poprzednich części nie jest w tym przypadku przeszkodą, ponieważ Philippa Carr często wraca do tego, co było. Tak więc czytelnik jest w stanie poznać wcześniejsze losy opisywanej rodziny. Najprawdopodobniej będę tę serię czytać na wyrywki, a te części, których nie ma w Polsce, będę starała się zdobyć w oryginale.

Na dobre I wojna światowa rozgorzała w sierpniu 1914 roku. Źródła historyczne podają, że konflikt zbrojny rozpoczął się już 28 lipca i trwał do 11 listopada 1918 roku. W latach 20. i 30. XX wieku nazwany był nawet „wielką wojną”. Jeszcze wtedy nie wiedziano, że już niedługo świat nawiedzi znacznie poważniejszy kataklizm i wtedy już mało kto będzie myślał o I wojnie światowej, jak o czymś „wielkim”. Być może tak właśnie wówczas sądzono, gdyż od czasów wojen napoleońskich świat nie przeżył równie silnego zbrojnego konfliktu. Lecz zanim dochodzi do jego wybuchu ludzie prowadzą normalny tryb życia. Gdzieś w tle słychać jakieś niepokojące informacje o rzekomo zbliżającej się wojnie, ale tak naprawdę nikt nie traktuje tego poważnie. Każdy bowiem ma nadzieję, że skończy się tylko na strachu. Takiego zdania jest także rodzina Lucindy Greenham – córki posła brytyjskiego parlamentu. Rodzina żyje sobie szczęśliwie w posiadłości w Westminsterze i wraz z całym Londynem uroczyście świętuje koronację Jerzego V Windsora[1], który po śmierci swojego ojca – Edwarda VII z dynastii Koburgów – wstępuje na angielski tron. Z tej okazji w domu Greenhamów odbywa się przyjęcie, na które zostały zaproszone najznakomitsze głowy w państwie.

[…] Byłam przyzwyczajona do spotkań towarzyskich, gdyż rodzice często przyjmowali gości zarówno w Westminsterze, jak i w Marchlands, w cudownym, najukochańszym domu rodzinnym. Przyjęcia londyńskie miały charakter oficjalny; bywali na nich ważni ludzie ze świata polityki, których spotykanie przyprawiało mnie o dreszcz emocji. Na wsi było inaczej. Przyjeżdżali do nas właściciele sąsiednich majątków, krewni i przyjaciele. Ich wizyty upływały w znacznie swobodniejszej atmosferze […][2]

Tak kilkunastoletnia Lucinda Greenham wspomina przyjęcia, które odbywały się w jej rodzinnym domu. Na tamtą chwilę dziewczynka nie mogła w nich uczestniczyć na równi z dorosłymi z powodu swojego wieku. Niemniej doskonale sobie radziła w tej kwestii, obserwując gości z balustrady na drugim piętrze domu, skąd miała nie tylko doskonały widok, ale też możliwość natychmiastowej ucieczki, gdyby ktoś ją nagle zauważył. Rodzice choć przedstawiciele wyższych sfer nie przestrzegali sztywno ówczesnych konwenansów. Pozwalali Lucindzie na wiele, czasami udając, że nie dostrzegają jej małych przewinień.

Greenhamowie przyjaźnią się z arystokratyczną rodziną Denverów. Ta znajomość jest tak zażyła, że obydwie rodziny traktują się wzajemnie tak, jak gdyby łączyły ich więzy krwi. Państwo Denverowie mają starszego syna o imieniu Robert oraz młodszą córkę – Annabelindę. Dziewczyna jest zarozumiała i wywyższa się z powodu swojej „dorosłości”. Pomimo że do osiągnięcia wieku pełnoletniego jeszcze trochę jej brakuje, to jednak młodszą od siebie Lucindę traktuje „z góry”. Niemniej przyjaźń kwitnie i nikt nie zwraca na te drobne niuanse uwagi. Każdy przyjmuje je za normalność. Obydwie rodziny oczekują również, że kiedyś przyjdzie taki dzień, iż będą mogły stać się jedną prawdziwą wielką familią, a to za sprawą skojarzonego małżeństwa Lucindy i Roberta. Czy tak się stanie? A może los ma wobec młodych inne plany?

Lucinda dorasta i w końcu osiąga wiek, który kwalifikuje ją do pójścia do szkoły. Lecz jako córka poważnego brytyjskiego polityka nie może przecież uczęszczać do byle jakiej szkoły, na przykład takiej, która jest pozbawiona tradycji i pewnego poziomu. Tak więc rodzice postanawiają, że panienka Lucie wraz z Annabelindą wyjadą do Belgii, gdzie mieści się Pensja dla Panien – La Pinière (z fr. Sosnowy Las) – zarządzana przez Madame Rochère.

polskie wydanie z 2007 roku
Lucinda jest dziewczynką bardzo towarzyską, a do tego niezwykle rozsądną jak na swój wiek, czego nie można powiedzieć o jej przyjaciółce. W belgijskiej szkole uczennice z Anglii nawiązują nowe znajomości i przyjaźnie. Oczywiście wszystko przebiegałoby bez najmniejszych problemów, gdyby nie karygodne zachowanie Annabelindy, które w konsekwencji doprowadza do tego, że dziewczyna musi opuścić pensję. Dlaczego? Cóż takiego zrobiła córka państwa Denverów, że trzeba natychmiast usunąć ją ze szkoły? Czy jeden nierozważny krok będzie miał jakiekolwiek konsekwencje w przyszłości i zaważy na całym życiu dziewczyny?

W końcu przychodzi ten nieszczęsny sierpień 1914 roku. Wybucha wojna. Niemcy zbliżają się do belgijskiej granicy. Szkoła, do której uczęszcza Lucinda Greenham jest zagrożona. Zaczynają się naloty bombowe. Podczas jednego z takich bombardowań dzielna Lucie ratuje kilkumiesięczne niemowlę. Rodzice chłopca giną, natomiast dziecko wychodzi bez szwanku. Od tego momentu Lucinda staje się odpowiedzialna za niemowlę. Jak zareagują państwo Greenham, kiedy ich córka przywiezie do Londynu kilkumiesięczne dziecko? Czy pozwolą na to, aby wychowywało się w ich rodzinie? Dlaczego Lucie tak bardzo zależy na tym, żeby nie oddać chłopca w ręce obcych ludzi?

Czas na milczenie to typowa powieść obyczajowa, której akcja w większości toczy się w czasie I wojny światowej. Niestety czytelnik może ją obserwować tylko i wyłącznie oczami Lucindy, która nie uczestniczy w niej czynnie. Wraz z rodziną mieszka w Londynie i tylko truchleje ze strachu o bliskich jej mężczyzn, którzy walczą w otwartej wojnie na froncie. Co pewien czas żołnierze przyjeżdżają na przepustki do domu, zdają relację z przebiegu konfliktu i znów wyjeżdżają, a my zostajemy z Lucie w Londynie. Jednak i tutaj jest co robić, bo przecież do kraju wracają ranni, którymi trzeba się zająć. W dodatku wokół aż roi się od szpiegów, którzy pracują dla Niemców. Praktycznie nikomu nie można ufać. Stale trzeba być czujnym, lecz wcale nie jest to takie proste, bo szpiedzy doskonale się maskują.

Jak w każdej książce Eleonor Hibbert, tak i w tym przypadku mamy do czynienia z wątkiem miłosnym. Jednych uczucie prowadzi do zguby, zaś innych przyprawia o wielkie szczęście. Jest również zazdrość i zawiść, które sprawiają, że osoba żywiąca się na co dzień tymi uczuciami, doprowadza do sytuacji konfliktowych, tym samym wprowadzając w błąd innych i krzywdząc tych, których nie powinna. Nie obywa się także bez rodzinnych tajemnic, które i tak ostatecznie muszą ujrzeć światło dzienne.

W powieści jest również obecny wątek kryminalny, który niestety nie jest zbyt skomplikowany i bardzo łatwo czytelnik może domyślić się kto kryje się za dokonaną zbrodnią. Myślę, że to jest generalnie wada większości powieści obyczajowych. Autorzy skupiają się wówczas bardziej na losach poszczególnych bohaterów, natomiast mniej uwagi przywiązują do motywu sensacyjnego. Inaczej jest, jeśli pisarz już na samym początku wie, że to, co tworzy będzie klasycznym kryminałem. 

Tak naprawdę o tej książce niewiele można napisać. Generalnie jestem daleka od oceniania powieści, która stanowi część jakiegoś cyklu. Uważam, że wszelkiego rodzaju serie należy oceniać jako całość. Przyznam, że nie jestem zachwycona Czasem na milczenie. Wydaje mi się, że Eleonor Hibbert znacznie lepiej radziła sobie w tworzeniu powieści wiktoriańskich i stricte historycznych, na przykład tych opowiadających o czasach Henryka VIII.

Na pewno nie można odmówić Eleonor Hibbert talentu. Bez wątpienia w XX wieku mogła uchodzić za specjalistkę od powieści obyczajowych. Dbała też o szczegóły. Z jej książek czytelnik wynosi sporo wiedzy dotyczącej rozgrywających się wydarzeń i tła, na jakim one mają miejsce. W tym konkretnym przypadku powieść stanowi kopalnię wiedzy na temat I wojny światowej. Narratorka w osobie Lucindy Greenham przekazuje czytelnikowi dość dużo informacji odnośnie do tych czterech wojennych lat. I tak jest niemal w każdej książce.

Tym razem nie będę nikogo ani zachęcać, ani też zniechęcać do tej powieści, ponieważ zdaję sobie sprawę, że jest ona wyrwana z kontekstu całości sagi. Napisałam o niej, bowiem głównym założeniem bloga jest opisywanie przeze mnie książek, które przeczytałam. A ponieważ Czas na milczenie trafił na listę książek przeczytanych, stąd moja dzisiejsza recenzja. 




[1] Jerzy V zmienił nazwisko na „Windsor”, ponieważ dotychczasowe „Koburg” (pochodzenie niemieckie) źle kojarzyło się w Anglii ze względów politycznych.
[2] P. Carr, Czas na milczenie, Wyd. Świat Książki, Warszawa 1999, s. 6.