Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah Gordon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noah Gordon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2015

Noah Gordon – „Spadkobierczyni Medicusa” # 3














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 1997
Tytuł oryginału: Matters of Choice
Przekład: Maria Grabska-Ryńska






W Stanach Zjednoczonych aborcja została uznana za prawo konstytucyjne w 1973 roku. To właśnie wtedy Sąd Najwyższy wydał wyrok w głośnej sprawie Roe versus Wade. Od tamtej pory amerykańskie kobiety mają prawo do decydowania o tym, czy chcą lub nie chcą urodzić dziecko. W Ameryce zabieg przerywania ciąży jest bardzo częsty. Zgodnie z opinią działaczy z ruchów Pro-Life szacuje się, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat wykonano tam aż pięćdziesiąt pięć milionów usunięć ciąży. Z kolei centrum Kontroli i Prewencji Chorób podaje, iż dziewięćdziesiąt dwa procent zabiegów wykonywanych jest przed czternastym tygodniem ciąży, a około półtora procenta dokonuje się po dwudziestym tygodniu. Tak więc amerykański przemysł aborcyjny posiada niezwykle silną pozycję i dysponuje ogromnymi środkami. Dla przykładu w 2012 roku organizacja Palnned Parenthood przeprowadziła rekordową liczbę aborcji, a było to aż trzysta trzydzieści trzy tysiące dziewięćset sześćdziesiąt cztery zabiegi.  

W latach 80. XX wieku dwaj amerykańscy prezydenci o konserwatywnych poglądach – Ronald Reagan (1911-2004) i George Herbert Walker Bush – podjęli polityczny wysiłek, aby obalić lub zdezawuować postanowienie Sądu Najwyższego USA z 1973 roku, który po sporach toczących się latami uznał ostatecznie, że aborcja to kwestia indywidualnego wyboru każdej kobiety. W konsekwencji tychże działań doszło w końcu do zakazania przerywania ciąży w tych szpitalach, które korzystały z publicznych środków finansowych. Wprowadzono również ograniczenia w informowaniu pacjentek o możliwości dokonania zabiegu w danym szpitalu. Nieprzychylne stanowisko administracji republikańskiej oraz aktywne działania ruchów Pro-Life doprowadziły do tego, że w latach 80. XX wieku w osiemdziesięciu trzech amerykańskich hrabstwach zaprzestano praktykowania aborcji. Powszechnie tolerowano także nawet demonstracje graniczące wręcz z obłędem, a polegające na tym, iż pikietowano przed klinikami aborcyjnymi i wymachiwano transparentami o treści: „Uwaga! Wkraczasz w sferę działań wojennych. Przebywanie w odległości trzystu stóp od (tego) budynku grozi okaleczeniem lub śmiercią.”

Dopiero ośmioletnia prezydentura Billa Clintona stała się przeciwieństwem powyższych działań. Bill Clinton zawsze wyraźnie deklarował, że jest zwolennikiem wolnego wyboru kobiety, dlatego też rozpoczął proces zaostrzania kar dla fanatycznych obrońców życia poczętego, gdyż twierdził, że swoim postępowaniem łamią prawo. W latach 80. XX wieku w Ameryce dochodziło nawet do zabójstw bądź brutalnych pobić lekarzy, którzy dopuszczali się aborcji. Tak więc obrona życia poczętego zaczęła wkraczać w fazę poważnej przestępczości. Niemniej, pod rządami Regana i Busha Seniora ci ludzie mogli liczyć na bardzo szybkie zwolnienie z aresztu. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy w Białym Domu zamieszkał Bill Clinton. Od 1994 roku unikanie wyroku sądowego za tego typu przestępstwa stało się niezwykle trudne. Już sam udział w demonstracji naruszającej spokój szpitala zaczął podlegać karze. Można było zostać skazanym nawet na rok pozbawienia wolności albo zapłacić grzywnę w wysokości stu tysięcy dolarów. Z kolei za dopuszczenie się bardziej drastycznych działań można było spędzić w więzieniu nawet trzy lata albo i więcej. Przeciwnicy aborcji zakładali wówczas w Internecie strony ginekologom, którzy przerywali ciąże. Strony te nazywano „Teczkami Norymberskimi” i zapowiadały drastyczne kary dla „morderców”. Podawane były tam nazwiska lekarzy, ich domowe adresy, numery telefonów oraz numery rejestracyjne samochodów. Wymieniane były też imiona ich dzieci i współmałżonków. W oparciu o prawo wprowadzone przez Billa Clintona sąd w stanie Oregon przyznał wtedy sto siedem milionów dolarów odszkodowania grupie lekarzy, którym przeciwnicy aborcji owe internetowe teczki pozakładali. Bill Clinton nie zgodził się również na podpisanie ustawy wprowadzającej zakaz przerywania późnych ciąż. Ustawę tę podpisał potem George Walker Bush Junior.

George W. Bush już podczas swojej wyborczej kampanii wyraźnie zapowiedział, że ograniczy prawo do aborcji. Dlatego też za jego prezydentury (2001-2009) polityczne wahadło przechyliło się ewidentnie na stronę obrońców życia poczętego. Niemniej, zarówno amerykański prezydent, jak i przeciwnicy aborcji zrezygnowali z działań nielegalnych, czy wręcz przestępczych. Wydawało się, że nawet politycy reprezentujący prawicę zaakceptowali fakt, iż to kobieta powinna decydować o tym, czy chce urodzić dziecko, czy też nie. Tak więc ani prezydent, ani republikańscy kongresmeni nie grozili już nikomu wojną o całkowitą banicję dla ginekologów usuwających ciąże. Co ciekawe, pomimo powszechnego tradycjonalizmu charakteryzującego Amerykanów oraz ich bardzo silnej religijności, niemalże trzy czwarte społeczeństwa twierdziło, że kobiety powinny same decydować o możliwości narodzin swojego dziecka. Ta sytuacja stała się niezwykle sprzyjająca dla prawników pracujących dla ruchów Pro-Life. Wykorzystywali oni bowiem każdy pretekst, aby tylko doprowadzić do wydawania precedensowych wyroków sądowych, które skutecznie ograniczałyby działalność zwolenników aborcji. Jeśli nie można było zmienić prawa na szczeblu federalnym, to przynajmniej w ten sposób „karano” osoby opowiadające się za przerywaniem ciąży.

Wydanie z 2008 roku.
Wróćmy jednak do lat 90. XX wieku, na które przypadła najbardziej gwałtowna i niebezpieczna walka z lekarzami dokonującymi zabiegów usuwania ciąży. Otóż, w latach 1990-1995 przeciwnicy aborcji zabili w Stanach Zjednoczonych ponad dziesięć osób, zaś ranili lub dotkliwie pobili prawie dwa tysiące pracowników klinik medycznych oraz puścili z dymem sto dwadzieścia trzy szpitale. W tamtym okresie dla wielu lekarzy przerywających ciąże kamizelka kuloodporna była czymś zgoła niewystarczającym, aby uchronić się przed utratą życia. Na przykład doktor George Tyller z Witchita w stanie Kansas został postrzelony w nogi i biodro, natomiast ginekolog John Britton stracił życie. Zabójcą okazał się Paul Hill, który był członkiem fundamentalnej organizacji zwanej Barankami Chrystusowymi. Morderca wiedział, że jego przyszła ofiara nosi kamizelkę kuloodporną, więc celował w szyję i głowę. Niemniej swoje fanatyczne „polowanie na czarownice” urządził sobie niejaki John Salvi, który najpierw zabił w bostońskiej klinice dwie pielęgniarki, a kilka innych osób ciężko ranił. Po dokonaniu morderstwa wskoczył do swojego auta i wyruszył w kierunku innego szpitala. Tym razem była do placówka w Norfolk w stanie Wirginia. Tam wystrzelił z broni dwadzieścia trzy kule. Na szczęście dziś już nie odnotowuje się tak brutalnych działań ze strony przeciwników aborcji, jednak amerykańscy ginekolodzy dokonujący zabiegów przerywania ciąży nadal nie mogą czuć się w swoim kraju zupełnie bezpiecznie.

Tyle faktów. Teraz skupmy się na powieści. Mamy pierwszą połowę lat 90. XX wieku. Do władzy zaczyna dochodzić Bill Clinton, a więc istnieje szansa na to, że w kwestii aborcji amerykańskie prawo nieco się zmieni. Roberta J. Cole jest potomkinią sławnego średniowiecznego medyka Medicusa. Podobnie jak jej przodkowie, ona również posiada niezwykły Dar, który pozwala jej przewidzieć z wyprzedzeniem czyjąś śmierć, co czasami stwarza szansę na przechytrzenie przeznaczenia i uratowanie komuś życia. Roberta początkowo broniła się przed zostaniem lekarką i wybrała prawo. Możliwe, że był to swego rodzaju bunt, gdyż nie chciała robić tego samego, co tak wielu z jej rodziny przekazywało sobie z pokolenia na pokolenie. Niemniej, przeznaczenie okazało się silniejsze i ostatecznie kobieta swoje zawodowe życie związała z medycyną. Obecnie spadkobierczyni Medicusa ma już ponad czterdzieści lat i jest jedną z tych, którzy dopuszczają się wykonywania zabiegów aborcyjnych. W każdy czwartek Roberta jedzie do kliniki, gdzie doprowadza do finału podjętą uprzednio przez daną kobietę decyzję. Jakie uczucia towarzyszą Robercie, kiedy zabija płód w łonie jego matki? Czy lekarka robi to zgodnie z własnym sumieniem? A może kieruje się dobrem tychże pacjentek? Czy nie obawia się o własne życie, skoro członkowie ruchów antyaborcyjnych stale protestują i grożą?

Roberta J. Cole ma też swoje prywatne życie. Od kilku lat jest mężatką, ale nie układa jej się w małżeństwie, więc kwestią czasu jest udanie się do sądu po rozwód. Jej mąż – również lekarz – czuje dokładnie to samo. Ich związek to jedna wielka męczarnia, więc nie ma sensu ciągnąć tego dłużej. Pewnego dnia Roberta czuje się zmęczona swoją pracą w wielkim mieście. Poza tym teraz jest już wolna. Dokument poświadczający rozpad jej małżeństwa jest już w jej posiadaniu. Podział majątku został dokonany. Co zatem dalej? Otóż, istnieje możliwość przeniesienia się na wieś, gdzie mogłaby zostać lekarzem rodzinnym i pomagać ludziom, czasami jedynie za zwykłe „dziękuję”. Pomimo sprzeciwu ojca, Roberta wyjeżdża z miasta i obejmuje praktykę lekarską w Woodfield. Miejscowość nie jest jej tak do końca obca, ponieważ od lat jest właścicielką znajdującego się tam domku letniskowego i od czasu do czasu odwiedzała to miejsce, aby odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Roberta dość szybko zaprzyjaźnia się z mieszkańcami wioski, pomaga im i leczy, jak tylko może najlepiej. Pewnego dnia na jej drodze staje miejscowy agent nieruchomości, pszczelarz i początkujący pisarz w jednej osobie. Mowa o niejakim Davidzie Markusie. Mężczyzna jest wdowcem i ma na wychowaniu nastoletnią córkę Sarę. Roberta stosunkowo szybko zdaje sobie sprawę z tego, że David nie jest jej obojętny, a Sarę zaczyna traktować niczym własną córkę. Niestety, nie wie jeszcze, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym to wszystko legnie w gruzach, a jej decyzja i chęć rzekomej pomocy sprawią, że być może już na zawsze starci spokój własnego sumienia.

Wydanie z 2003 roku.
Spadkobierczyni Meducusa to trzecia część trylogii o słynnym rodzie Cole’ów. Jak widać, tym razem Noah Gordon przenosi nas w czasy końca XX wieku, które są nam stosunkowo bliskie i wielu z nas doskonale je pamięta. Życie głównej bohaterki wcale nie należy do najłatwiejszych. Z jednej strony praca, jaką wykonuje stale naraża ją na niebezpieczeństwo. W Stanach Zjednoczonych trawa zażarta walka pomiędzy obrońcami życia poczętego a zwolennikami aborcji. Roberta jest jedną z tych, którzy legalnie dokonują zabiegów usuwania ciąży. Każda wizyta w klinice aborcyjnej jest dla niej ogromnym stresem. Kobieta zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że któregoś dnia może nie wrócić do domu, bo jakiś fanatyk utopi w niej kulę. Nie pomaga nawet ochrona, którą przydzielono każdemu ginekologowi. Z drugiej strony jest też prywatna strona jej życia. Na tym polu także nie za bardzo jej się układa. Roberta wciąż wraca do przeszłości, a teraźniejszość chyba też nie przetrwa próby czasu. 

Roberta J. Cole to postać o dość skomplikowanej osobowości. Wybierając zawód lekarza zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że będzie musiała czasami podejmować decyzje, które nie do końca będą zgodne z jej sumieniem. Mowa oczywiście o aborcji. Trzeba wiedzieć, że tak naprawdę Roberta jest przeciwna przerywaniu ciąży. Ktoś zatem zapyta: po co to robi, skoro jest to sprzeczne z jej sumieniem? Otóż, robi to, ponieważ jest ginekologiem i tak jak Bill Clinton, uważa, że każda kobieta ma w tej kwestii prawo wyboru. Czy w takim razie jest hipokrytką? Niektórzy pewnie mogliby właśnie tak ją określić. Patrząc na Robertę naprawdę trudno jest jednoznacznie ją ocenić. Można ją potępiać, ale też można przyznać jej rację. Jednak kiedy dochodzi do tragedii, do której sama przyłożyła rękę i tym samym skrzywdziła kogoś, kogo rzekomo kochała, w czytelniku wzbiera złość i zastanawia się, czy sztywne trzymanie się własnych poglądów naprawdę ma tutaj sens.

Spośród wszystkich tomów trylogii, Spadkobierczyni Medicusa jest książką najtrudniejszą pod względem moralnym. Możliwe, że Noah Gordon obserwując amerykańską rzeczywistość lat 90. XX wieku, pomyślał sobie, że jest to doskonały temat na książkę. Tego typu zagadnienia są wciąż aktualne. Spójrzmy na problem aborcji w Polsce. Na tym polu bezustannie toczą się zażarte dyskusje nie tylko w kontekście moralnym, ale też politycznym, które chyba nigdy nie doprowadzą do uzyskania jakiegoś sensownego kompromisu. Roberta J. Cole to generalnie postać pozytywna, ale mnie do siebie nie przekonała. Może stało się tak dlatego, że generalnie nie lubię, kiedy człowiek nie jest jednoznacznie przekonany do zasadności swojego postępowania. Uważam bowiem, że każdy powinien jasno określić swoje poglądy i trzymać się ich. Natomiast robienie jednego przy jednoczesnym myśleniu o czymś zupełnie innym jest swego rodzaju schizofrenią moralną. W dodatku Roberta krzywdzi też najbliższych. Doprowadza do dramatu tych, których podobno kocha. Czy tak należy postępować? Czy wykonywany zawód i konsekwencje, które się z nim wiążą naprawdę mogą wszystko wytłumaczyć? Wydaje mi się, że nie do końca.

Jeśli wziąć pod uwagę realia powieści, to większość akcji rozgrywa się w Woodfield, gdzie obserwujemy małomiasteczkowe życie. Wszyscy się tutaj znają i każdy wie o tym drugim niemalże wszystko. Spadkobierczyni Medicusa to najkrótsza część spośród wszystkich tomów trylogii. Pomimo tego, że Autor poruszył w tej książce niezwykle kontrowersyjny temat, to jednak całej fabule brakuje wyrazistości. Zbyt mało jest o uczuciach bohaterów, którzy są jakby nieco zamknięci w sobie. Przeczytałam tę książkę, ponieważ wcześniej sięgnęłam po dwa poprzednie tomy. O ile Medicus i Szaman dostarczyli mi niesamowitych wrażeń, szczególnie jeśli chodzi o kwestię historyczną, to w przypadku Spadkobierczyni Medicusa czegoś mi brakowało. Niemniej, warto tę książkę przeczytać, choćby właśnie ze względu na tematykę, której dotyczy. Wyraźnie widać bowiem podział amerykańskiego społeczeństwa w latach 90. XX wieku, co nie jest też obce polskim realiom. Mam tylko nadzieję, że w naszym kraju nigdy nie dojdzie do takich dramatów na tle etycznym, jak miało to miejsce w Ameryce.








wtorek, 19 maja 2015

Noah Gordon – „Szaman” # 2










Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 1999
Tytuł oryginału: Shaman
Przekład: Łukasz Nicpan




Obecnie Czarny Jastrząb (z ang. Black Hawk) większości z nas kojarzy się przede wszystkim z wielozadaniowym amerykańskim śmigłowcem służącym do transportu i wsparcia piechoty. Możliwe natomiast, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, iż na przełomie XVIII i XIX wieku żył sobie pewien indiański wódz wojenny plemion Sauków i Lisów, który nosił dokładnie takie samo imię. Czarny Jastrząb, a właściwie Ma-ka-tai-me-she-kia-kiak, urodził się w 1767 roku. Na świat przyszedł w Saukenak, czyli dzisiejszym Rock Island w amerykańskim stanie Illinois. Już w wieku piętnastu lat został „dzielnym”. Tytuł ten przysługiwał wojownikowi, który mógł pochwalić się zamordowaniem wroga lub chociażby jego zranieniem. Czarny Jastrząb wykazał się w walkach przeciwko plemieniu Osagów, co spowodowało, iż został wodzem wojennym. Był on niezwykle oddany tradycjom swoich przodków. Nigdy nie przyjął chrześcijaństwa, zabraniał także spożywania alkoholu. Całe życie trwał u boku tej samej kobiety, zwanej Śpiewającym Ptakiem.

W 1804 roku Amerykanie zaprosili Sauków na rozmowy pokojowe. Tak więc niektórzy wodzowie przybyli do St. Louis, gdzie poczęstowano ich alkoholem, a potem zaproponowano podpisanie traktatu, na mocy którego Stany Zjednoczone miały otrzymać sześć milionów hektarów terenów plemiennych w zamian za nieco ponad dwa miliony dolarów. Wówczas Czarny Jastrząb sprzeciwił się przyjętym warunkom, twierdząc, iż traktat został podpisany bez zgody i wiedzy plemienia, natomiast wodzowie nie posiadali żadnego upoważnienia do jego zatwierdzenia. Amerykanie nie przyjęli jednak argumentów Czarnego Jastrzębia.

Do bardzo poważnych nieporozumień doszło w momencie, kiedy Amerykanie rozpoczęli w 1808 roku budowę fortu na terenach, które nabyli na mocy traktatu. Czarny Jastrząb zdecydował wówczas, że należy zniszczyć fort, lecz wobec przeważającej siły wroga, dał rozkaz do wycofania się. Gdy w 1812 roku doszło do wybuchu wojny brytyjsko-amerykańskiej, Czarny Jastrząb opowiedział się po stronie Brytyjczyków. Tymczasem główny wódz obydwu plemion, niejaki Keokuk (ok. 1780-1848), został sprzymierzeńcem Amerykanów. Konflikt w plemionach dodatkowo przybrał na sile, kiedy Keokuk oddał Stanom Zjednoczonym wszystkie tereny plemienne znajdujące się na wschód od rzeki Missisipi.

Czarny Jastrząb
W 1832 roku Czarny Jastrząb wraz z czterystu indiańskimi rodzinami przekroczył rzekę, aby osiedlić się na oddanym przez Keokuka terenie położonym w widłach dwóch rzek: Missisipi oraz Rock River (północna cześć dzisiejszego stanu Illinois). Fakt ten wywołał panikę wśród białych osadników, którzy z kolei poprosili o pomoc rząd. Tak więc gubernator powołał specjalną milicję, do której zgłosiło się tysiąc sześciuset ochotników. Wśród tychże ochotników był także późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych – Abraham Lincoln (1809-1865). Skoro tylko Czarny Jastrząb dowiedział się o powołaniu milicji, natychmiast podjął decyzję o wycofaniu się z zajętych terenów. Wysłał zatem emisariuszy, których zadaniem było powiadomienie milicji o zamiarach Indian. Niestety, biali zamordowali posłów, zaś oddział milicji dopuścił się ataku na Indian. W wyniku tej potyczki życie straciło jedenastu ochotników oraz trzech Indian. Wtedy też rozpoczęła się tak zwana wojna Czarnego Jastrzębia.

Do Sauków i Lisów przyłączyli się wojownicy z plemion Winnebago i Potawatomi. Indianie rozpoczęli więc atakowanie wsi oraz farm, a wśród osadników wybuchła istna panika. Tysiące z nich ratowało się ucieczką na wschód kraju. Oddziały Czarnego Jastrzębia okazały się jednak zbyt słabe, aby stawić czoło ścigającym je żołnierzom. W tej sytuacji wódz postanowił ukryć się za rzeką Missisipi, lecz mimo to w dniu 2 sierpnia 1832 roku przeprawiający się przez rzekę Indianie zostali zaatakowani przez łódź amerykańską. Ci, którzy byli w stanie przedostać się na drugi brzeg rzek, padli jednak ofiarą Siuksów, którzy stali po stronie Amerykanów. Z pięciuset ludzi Czarnego Jastrzębia przeżyło około stu pięćdziesięciu. I tak oto wojna, która zabrała życie siedemdziesięciu dwóm białym oraz około pięciuset Indianom, dobiegła wreszcie końca.

Czarny Jastrząb zmuszony był poddać się Amerykanom. Został wzięty do niewoli i przez kilka miesięcy był obwożony po miastach zamknięty w klatce, gdzie wystawiano go na widok publiczny. Po odzyskaniu wolności powrócił do Iowa. Przez kilka ostatnich miesięcy życia był niezwykle podziwiany przez białych. Często zapraszano go nawet do udziału w obradach miejscowych władz. Wódz zmarł w swoim domu mieszczącym się nad brzegami Des Moines River, a było to 3 października 1838 roku. W trakcie swojego ostatniego publicznego wystąpienia w dniu 4 lipca 1838 roku, Czarny Jastrząb powiedział:

 „Przed kilku laty walczyłem przeciwko wam. Robiłem źle… być może… Lecz przeszłość została pogrzebana. Zapomnijmy o tym. Rock Island to piękny kraj. Kochałem swoje wsie, pola i domy moich ludzi. Teraz on jest wasz. Dbajcie o niego tak, jak my.”
 
Keokuk - przeciwnik
Czarnego Jastrzębia w wojnie 
brytyjsko-amerykańskiej
Czarny Jastrząb został pochowany według indiańskiego zwyczaju. Ubrano go w mundur, który otrzymał od generała Thomasa Jonathana Jacksona (1824-1863). Natomiast w 1891 roku niedaleko Rock Island, w miejscu, w którym niegdyś istniało Saukenak, postawiono imponujący, granitowy pomnik Czarnego Jastrzębia, którego autorem jest Laredo Zadoca Tafta (1860-1936).

Opowieść o Czarnym Jastrzębiu to tylko część tła historycznego drugiego tomu trylogii Noah Gordona. Autor sporo miejsca poświęca także wojnie secesyjnej, która miała miejsce w latach 1861-1865 i stanowiła konflikt pomiędzy stanami wchodzącymi w skład Stanów Zjednoczonych (Unia zwana „Północą”) oraz Skonfederowanymi Stanami Ameryki (Konfederacja zwana „Południem”). Głównymi bohaterami Szamana są potomkowie słynnego średniowiecznego Medicusa, którego czytelnik mógł poznać w pierwszej części trylogii. Jak widać, od tamtej pory minęły wieki. Tym razem Autor przenosi nas do dziewiętnastowiecznej Ameryki. Już na samym początku tej historii spotykamy młodego lekarza, który podobnie jak jego przodkowie nosi imię Robert J. Cole. Tak już przyjęło się w tej rodzinie, że pierworodni synowie zawsze byli Robertami, zaś drugie imię musiało rozpoczynać się od litery „J”. Oczywiście nie należy zapominać o tym, iż posiadają oni także niezwykły Dar, który umożliwia im leczenie pacjentów i przewidywanie ich ewentualnych zgonów.

Młody Robert J. Cole zwany po prostu „Szamanem”, właśnie wraca do domu, ponieważ otrzymał od matki wiadomość o śmierci ojca. Ponieważ choroba, której doświadczył w dzieciństwie odebrała mu słuch, nie mógł praktycznie liczyć na to, że jego marzenia o zostaniu lekarzem kiedykolwiek się spełnią. To upór i sprzyjające zrządzenie losu sprawiły, że tak się stało. Nawet ukochany ojciec nie wierzył w to, że synowi uda się podążyć śladami swoich przodków. Tak więc Szaman robi teraz to, co kocha i jest w tym całkiem dobry. Najważniejsze, że jest doskonałym lekarzem, a ludzie mu ufają. Z matką nigdy nie łączyła go jakaś szczególna więź. To ojciec był dla niego całym światem i pewna Indianka, za którą podążał krok w krok jako mały chłopiec. Tak więc nagła śmierć ojca bardzo nim wstrząsnęła.

Po powrocie do domu, Szaman od razu jest rozchwytywany jako lekarz. Mieszkańcy Holden’s Crossing wciąż potrzebują jego pomocy. Ale nie to jest najważniejsze w tej historii. Otóż Szaman w rzeczach ojca odnajduje jego dziennik i zaczyna go czytać. Tym sposobem dowiaduje się o życiu Roberta J. Cole’a rzeczy, o których nie miał wcześniej pojęcia. Poznaje historię życia swojego ojca od dnia, w którym ten przybył do Ameryki ze swojej rodzinnej Szkocji, z której tak naprawdę musiał uciekać, aby uniknąć prawnych konsekwencji swoich czynów, które miały charakter polityczny. Większa część książki to wbrew pozorom wcale nie opowieść o Szamanie, jak mogłoby wynikać z tytułu, lecz jest to historia życia jego ojca. Owszem, Szaman jako syn Roberta J. Cole’a również się w niej pojawia.

Plakat wyborczy przedstawicieli
partii Nic Nie Wiedzących, o której 
Noah Gordon sporo pisze 
w Szamanie
Jak już wspomniałam wyżej, ojciec Szamana przybył niegdyś do Ameryki. Od samego początku zaczął pracować tam jako lekarz. Najpierw niósł pomoc biedocie, a dopiero po jakimś czasie otworzył praktykę, z której był w stanie wyżyć. Ożenił się z kobietą, której uratował życie. Stał się ojcem dla jej dziecka, a potem na świat przyszedł jego własny syn. Życie Roberta J. Cole’a to także splot wydarzeń, w których centrum pojawiają się Indianie. Tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że ojciec Szamana potrafił znaleźć z nimi wspólny język i dzięki temu wzbudzał ich szacunek i zaufanie. Robert J. Cole generalnie posiadał nieprzeciętną umiejętność dogadywania się z ludźmi. Potrafił oczarować nawet siostry zakonne, nie mówiąc już o przyjaźni z ortodoksyjnymi Żydami. I tak oto na kartach powieści mieszają się losy nie tylko Cole’ów, ale przede wszystkim mieszkańców Holden’s Crossing, którzy charakteryzują się zarówno odmiennością kulturową, jak i różnymi poglądami politycznymi, co wyraźnie widać w momencie wybuchu wojny secesyjnej.

Szaman to książka niezwykle ciepła w odbiorze. Z racji tego, iż mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną epoką, niż było to w przypadku Medicusa, nasze wrażenia także będą się różnić. Noah Gordon napisał powieść niezwykle klimatyczną. Czytelnik może w sposób namacalny doświadczyć charakteru tamtych czasów. Nasi bohaterowie to postacie niezwykle autentyczne. Ich codzienne problemy tak naprawdę niewiele różnią się od naszych. Przeżywają swoje miłosne fascynacje i rozczarowania; obwiniają samych siebie, kiedy doświadczają życiowych niepowodzeń; nie potrafią długo żyć w samotności. Tym, co dodatkowo może zwrócić uwagę czytelnika, jest silna, braterska miłość. Szaman generalnie jest postacią pozytywną, więc nie dziwi fakt, że spieszy z pomocą potrzebującym. Niemniej, w chwili zagrożenia potrafi podjąć decyzję, która już zawsze będzie ciążyć na jego sumieniu, lecz ci, których kocha są najważniejsi i dla nich jest gotów do ogromnych poświęceń.

Szaman to także powieść z odrobiną kryminału. Pojawia się bowiem morderstwo, którego wyjaśnienie zajmie sporo lat. Okazuje się, że nie każdemu można ufać. Czasami dopiero na czyimś łożu śmierci człowiek poznaje prawdę i doznaje rozczarowania. Niektórzy uważają, że Szaman nie dorównuje poziomem Medicusowi. Wydaje mi się, że nie można porównywać tych dwóch tomów, ponieważ akcja każdego z nich osadzona jest w innej epoce i w związku z tym charakteryzuje się innym klimatem. Moim zdaniem Szaman stanowi przepiękną historię, po którą bez względu na wszystko, naprawdę warto sięgnąć. 







piątek, 27 lutego 2015

Noah Gordon – „Medicus” # 1













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2014
Tytuł oryginału: The Physician
Przekład: Maria Grabska-Ryńska




Ludzie od zarania dziejów przywiązywali ogromne znaczenie do stanu swojego zdrowia. Niemniej, sposoby leczenia, które ówcześnie stosowano, tak naprawdę miały niewiele wspólnego z medycyną. Epoka średniowiecza szczególnie dotkliwie pod względem zdrowotnym odbiła się na krajach europejskich. Ludność żyjąca w dużych skupiskach, w ubóstwie i bez przestrzegania choćby podstawowych zasad higieny dziesiątkowana była przez choroby zwane potocznie „zarazą”. Do największych porażek średniowiecznej medycyny należy zaliczyć wiek XIV, kiedy „czarna śmierć” zabrała jedną trzecią ludności ówczesnej Europy. Epokę średniowiecza uważa się za okres wielkiego zacofania, nawet w porównaniu ze starożytnością. Tylko nieliczni uczeni korzystali z wiedzy zapisanej w starożytnych księgach autorstwa takich greckich medyków, jak Hipokrates (460 p.n.e.-370 p.n.e.) czy Galen (ok. 130-200).

Powszechnie panowało bowiem przekonanie, iż każda choroba to kara za grzechy, więc trzeba ją przyjąć z pokorą i modlić się do Boga lub udać się z pielgrzymką w jakieś religijne miejsce kultu. Nieliczni medycy przeprowadzali zabiegi, które znacznie częściej szkodziły pacjentom, niż im pomagały. Nierzadko taka kuracja polegała na odprawianiu modłów nad cierpiącym bądź na stosowaniu jednego zabiegu na wszelkie możliwe schorzenia. Do najbardziej popularnych należały upuszczanie krwi i przystawianie pijawek. Nie mniej szokujące były też niektóre zabiegi chirurgiczne. Do operacji medycy używali powszechnie stosowanych narzędzi stolarskich, jak piły, kleszcze czy wiertła. Nawet na zwykłe złamania lub zranienia kończyn stosowano ich amputację albo inne równie drastyczne zabiegi. Dodatkowo nie przestrzegano żadnych zasad higieny, dlatego też takie operacje wielokrotnie kończyły się zakażeniem organizmu, a w konsekwencji zgonem pacjenta.


Średniowieczna rycina przedstawiająca jedną  z najpopularniejszych metod
 leczenia, czyli upuszczanie krwi. 


Ludzie zamożni, a przede wszystkim władcy stan swojego zdrowia powierzali astrologom i alchemikom. Mistyczny świat kamieni szlachetnych oraz wpływ gwiazd skłaniały średniowiecznych naukowców do poszukiwania uniwersalnego eliksiru życia, który miałby pomóc na wszelkie możliwe dolegliwości. Badania alchemików przynosiły raczej odkrycie nowych metali i substancji, aniżeli wynalezienie cudownego leku. Pomimo że w średniowiecznych krajach europejskich panował całkowity zastój, jeśli chodzi o rozwój nauk medycznych, to jednak w państwach arabskich medycyna naprawdę szła do przodu.

Największym i najbardziej znanym przedstawicielem arabskiej medycyny był Abu Ali al-Husajn Ibn Abdallah ibn al-Hasan ibn Ali ibn Sina, który w łacińskiej Europie znany był jako Awicenna. Lekarz urodził się w okolicach Buchary, gdzie spędził młodość, ucząc się Koranu, prawa, a także podstaw matematyki i filozofii. Później studiował także medycynę. W bardzo młodym wieku wyleczył panującego w Bucharze władcę Nuha ibn Mansura pochodzącego z dynastii Samanidów, natomiast sprawującego władzę w latach 976-997. Od tego czasu Ibn Sina zaczął być traktowany jako wielki medyk. Niemniej, dla Awicenny medycyna była dość łatwą nauką, lecz o filozofii nie mógł już tego samego powiedzieć.

Ibn Sina znany również jako Awicenna
(980-1037)
Wyrazem wdzięczności wyleczonego władcy był przywilej korzystania z pałacowej biblioteki, gdzie Ibn Sina mógł poznać dzieła starożytnych pisarzy, które uchodziły za niezwykle rzadkie. Medyk studiował bardzo intensywnie, a w wieku osiemnastu lat posiadł już całą dostępną wiedzę. Przypuszcza się, że w czasie studiów w Bucharze ukształtował się zasadniczy zrąb wiedzy Awicenny, co potem zaowocowało znaczącymi wpływami na jego dzieła.

Po śmierci ojca oraz upadku dynastii Samanidów, Awicenna przeniósł się z Buchary do Chorezmu, gdzie na dworze Ali ibn Mamuna sprawującego władzę w latach 997-1009, przebywało wielu wybitnych uczonych pochodzących ze świata muzułmańskiego. W stolicy Chorezmu Ibn Sina przebywał dwa lata, a kiedy w roku 1012 nie przyjął zaproszenia władcy, aby ozdobić swoją osobą jego dwór, wówczas medyk po prostu stamtąd uciekł. Najpierw trafił do Dżordżan, gdzie znalazł bogatego mecenasa, w którego domu spędził trochę czasu. Tam też poznał swojego późniejszego ucznia, biografa i towarzysza wędrówek – Dżuzdżaniego. Z kolei z Dżordżan Awicenna wyjechał do Reju, a potem do Hamadanu, gdzie został wezyrem tamtejszego władcy. Po śmierci swojego protektora los Ibn Siny odmienił się i w wyniku dworskich intryg został wtrącony do więzienia. Na szczęście po kilku miesiącach zdołał z więzienia uciec i wyjechać do Isfahanu.

Po raz pierwszy na kartach książki Noah Gordona czytelnik spotyka Awicennę właśnie w Isfahanie. Sławny na cały świat medyk nie tylko leczy tam swoich pacjentów, ale także prowadzi szpital i przygotowuje do pracy młodych kandydatów na lekarzy. Niemniej, zanim tam dotrzemy wraz z głównym bohaterem, cofnijmy się wiele lat wstecz i przenieśmy do jedenastowiecznej Anglii. To tutaj, w Londynie, wraz z rodzicami i rodzeństwem mieszka dziewięcioletni Robert Jeremiasz Cole. Ojciec chłopca jest cieślą zrzeszonym w miejscowym cechu, natomiast matka trudni się hafciarstwem. Jak na tamte czasy Agnieszka Cole jest dość dobrze wykształcona. Potrafi pisać, czytać i zna trochę łacinę. Pamiętajmy, że w epoce średniowiecza kobietom odbierano wszelkie prawa dotyczące zdobywania wiedzy, więc fakt, że matka Roba może poszczycić się tymi umiejętnościami jest naprawdę wyjątkiem. Niestety, na rodzinę Cole’ów spada wielkie nieszczęście. Najpierw tuż po kolejnym porodzie umiera Agnieszka, a wkrótce po niej schorowany Nataniel. Dzieci zostają same na świecie. Nie mogą jednak żyć bez opieki dorosłych, albowiem są jeszcze zbyt małe. Do pracy też pójść nie mogą. Ponieważ Nataniel był członkiem rzemieślniczego cechu, jego współpracownicy decydują oddać dzieci do adopcji. I tak oto każde z nich trafia pod dach kogoś innego. Jedno zabiera miejscowy piekarz, zaś inne jakiś duchowny do klasztoru, gdzie posługuje swoim wiernym. Tylko Roberta nikt nie chce. Czy chłopiec naprawdę zostanie sam i będzie musiał liczyć jedynie na łut szczęścia?


Tom Payne jako tytułowy Medicus
reż. Philipp Stölzl
źródło

Chyba jednak stanie się inaczej, bo oto na drodze Roberta staje wędrowny balwierz i kuglarz – Henryk Croft. Takich jak Rob miał już pod swoją opieką kilku. Z jednymi układało mu się lepiej, zaś z innymi gorzej. Jak będzie tym razem? Na chwilę obecną nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że obydwaj opuszczają opustoszały dom młodego Cola i wyruszają w drogę. Odwiedzają rozmaite angielskie miasta i wioski, gdzie Henryk zabawia publiczność, a przy okazji leczy ich choroby, choć nie zawsze robi to uczciwie. Przy okazji uczy Roberta, jak zostać dobrym balwierzem i kuglarzem. Oczywiście ich wędrówki nie zawsze należą do bezpiecznych, bo na angielskich drogach aż roi się od podejrzanych charakterów. Roberta coraz bardziej zaczyna fascynować medycyna, lecz nie taka, którą uprawia jego protektor. On chce czegoś więcej. Pragnie pomagać ludziom, a nie wykorzystywać ich dramatyczne położenie. On chce leczyć, zamiast jedynie uśmierzać ból i skazywać pacjentów na śmierć. Poza tym, już jakiś czas wcześniej odkrył w sobie pewien Dar. Niemniej, na chwilę obecną młody Cole nie może liczyć na nic więcej oprócz towarzyszenia swojemu mistrzowi i słuchania jego rad oraz poleceń. Czy tak będzie już zawsze? Czy Robert J. Cole odziedziczy po balwierzu profesję, którą będzie zarabiał na życie?

Jak wiadomo wszystko się kiedyś kończy. Pewnego dnia Henryk Croft opuszcza Roberta na zawsze. Od tej chwili Rob będzie musiał liczyć już tylko na siebie. I wtedy znów w wyniku rozmaitych zbiegów okoliczności decyduje się wyjechać z Anglii w poszukiwaniu sławnego perskiego medyka. Jego podróż do Isfahanu nie należy bynajmniej do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych, lecz nasz bohater nie ma zamiaru się poddać. Czy uda mu się odnaleźć osławionego Awicennę? Czy Robert Cole spełni wreszcie swoje marzenie i zostanie prawdziwym medykiem, a nie tylko kimś, kto tego medyka udaje? Jak dalej potoczą się losy chłopca, którego od samego początku życie nie oszczędzało? Czy po latach uda mu się odnaleźć rodzeństwo, z którym rozdzielono go w dzieciństwie?

Medicus to pierwszy tom trylogii o losach lekarskiego rodu Cole’ów. Noah Gordon napisał tę książkę w 1986 roku i od tamtego czasu doczekała się ona wielu wznowień, a nawet ekranizacji. Oczywiście jest to powieść historyczna, lecz śmiało można ją także zaliczyć do gatunku powieści przygodowych. Życie głównego bohatera już od samego początku naznaczone jest szeregiem rozmaitych wydarzeń, które w mniejszym lub większym stopniu wpływają na jego dalsze losy. Autor skupił się tutaj nie tylko na samej średniowiecznej medycynie, ale także poruszył wiele innych ważnych tematów, jak na przykład miłość, przyjaźń, rodzina, tolerancja bądź jej brak. Z drugiej strony jednak nie można zapominać, że Medicus to tak naprawdę opowieść o ogromnej pasji, która praktycznie od najmłodszych lat towarzyszy Robertowi. Wydaje się, że Henryk Croft stał się, jak gdyby narzędziem, które miało młodemu Cole’owi jedynie pomóc odnaleźć właściwą życiową drogę.


Ben Kingsley jako Ibn Sina oraz Tom Payne w roli Roberta J. Cole'a
reż. Philipp Stölzl
źródło

Noah Gordon w fabule powieści zawarł dosłownie wszystko. Z jednej strony mamy ważne medyczne tematy, oczywiście adekwatne do epoki, natomiast z drugiej jest to życie osobiste głównego bohatera. Roberta Cole’a czytelnik ma szansę obserwować od najmłodszych lat jego życia, tak więc widzi jak bardzo ta postać się zmienia i dojrzewa. Z małego i krnąbrnego chłopca Rob przeistacza się w dorosłego mężczyznę, który nie zawsze postępuje według panujących w społeczeństwie zasad. Jest on dość zbuntowanym bohaterem, który nie na wszystko się godzi, pomimo tego, iż zdaje sobie sprawę, że w momencie, gdyby jego postępowanie wyszło na jaw, wówczas przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Robert Cole posiada niezwykle porywczy charakter, który czasami może doprowadzić go do zguby.

Kwestia uczuciowa jest przedstawiona w tej książce bardzo dokładnie. Relacje głównego bohatera z kobietami są nieco skomplikowane. Dopóki Robert nie spotka na swojej drodze tej jednej jedynej, zdarza mu się eksperymentować na tym polu, co też nie zawsze wychodzi mu na dobre. Wspomniałam wyżej o przyjaźni. To jest temat, który Autor wyeksponował dość wyraźnie, szczególnie w kontekście pobytu Roberta na obcej ziemi, gdzie mieszają się kultury, religie i poglądy na te same tematy. Nasz bohater wielokrotnie znajduje się w naprawdę ogromnym niebezpieczeństwie. Czasami czytelnik odnosi wrażenie, że Cole już z tego nie wyjdzie obronną ręką.

Powieść tak naprawdę jest historią fikcyjną, pomimo że Ibn Sina i Dżuzdżani są postaciami autentycznymi. Czytając Medicusa czytelnik poznaje nie tylko epokę średniowiecza, ale także dostrzega wiele różnic kulturowych i obyczajowych. Przyznam szczerze, że mnie świat arabski w literaturze od zawsze kojarzy się z baśnią. Możliwe, że jest to pozostałość z dzieciństwa, kiedy czytałam Baśnie tysiąca i jednej nocy. W przypadku Medicusa również odniosłam podobne wrażenie. Noah Gordon doskonale przenosi czytelnika w realia, których nie znamy, jednocześnie dostarczając wielu wrażeń i emocji. Książka przeznaczona jest głównie dla tych, którzy lubią połączenie historii z przygodą. Bohaterowie są niezwykle wyraziści i autentyczni, choć przeważnie fikcyjni. Ponieważ książka nie jest nowością na rynku wydawniczym, więc myślę, że wielu czytelników już ją zna. Natomiast ci, którzy jeszcze się z Medicusem nie zetknęli, a cenią sobie tego typu klimaty, powinni jak najszybciej sięgnąć po tę powieść. Naprawdę warto. Przypuszczam, że pozostałe dwa tomy trylogii – Szaman i Spadkobierczyni medicusa – są równie godne uwagi, jak sam Medicus.















środa, 4 lutego 2015

Noah Gordon – „Medicus z Saragossy”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2010
Tytuł oryginału: The Last Jew
Przekład: Barbara Korzon




Według niektórych źródeł historycznych w piętnastowiecznej Hiszpanii żyło około trzystu tysięcy Żydów. Była to relatywnie zamożna i silna społeczność, a sama Hiszpania w tamtym okresie stała się największym w Europie skupiskiem ludności pochodzenia żydowskiego. Niemniej, już niedługo wszystko miało ulec radykalnej zmianie, ponieważ czas Żydów w tym kraju powoli zmierzał ku końcowi. Hiszpania miała bowiem już wkrótce pójść śladem pozostałych państw chrześcijańskich zachodniej Europy.

W 1492 roku Hiszpanie zdobyli Grenadę, która uchodziła za ostatnią twierdzę muzułmańską na Półwyspie Iberyjskim. Był to zwycięski koniec hiszpańskiej rekonkwisty. W tym samym czasie nastąpiło przymusowe wysiedlenie Arabów z Półwyspu Iberyjskiego. Lecz nie tylko ich wyrzucono z Hiszpanii. Otóż, w dniu 31 marca 1492 roku w Granadzie wydano edykt, na mocy którego wszyscy Żydzi bez wyjątku mieli do 31 lipca opuścić kraj albo nawrócić się na wiarę chrześcijańską i przyjąć chrzest. Było to niezwykle trudne, ponieważ ktoś, kto od dziecka, a wręcz od pokoleń, wychowywany był w wyznaniu Mojżeszowym nie mógł tak łatwo zmienić wiary. Dlatego też pierwszą myślą, jaka przychodziła tym ludziom do głowy była zmiana miejsca zamieszkania. Pytanie tylko, gdzie się osiedlić, aby znów poczuć się bezpiecznie? W tej sytuacji Żydzi głównie udawali się do Nawarry, Portugalii, niektórych włoskich państewek, Afryki Północnej, Turcji, a nawet przybywali do Polski.

Znaczna większość Żydów opuszczających Hiszpanię kierowała się w stronę Portugalii. Wjeżdżając na teren tego kraju każdy z nich zmuszony był zapłacić okup należny za prawo zamieszkania w tym państwie. Niemniej, bardzo szybko, bo już w 1497 roku Hiszpania wymogła na Portugalii wysiedlenie Żydów. Ci, którzy mimo wszystko chcieli pozostać, musieli natychmiast przyjąć chrzest. W roku 1498 ludność żydowska została wypędzona z Nawarry. Bardzo podobny los spotkał także tych, którzy schronili się w Królestwie Neapolu. Z tych samych powodów w 1511 roku musieli opuszczać jego tereny i wyruszać w dalszą drogę, aby znów tułać się po świecie.

Kopia edyktu z Alhambry wydanego
31 marca 1492 roku przez hiszpańską 
parę królwską.
Państwa katolickie w Europie zachodniej były niezwykle wrogo nastawione do przybywających tam Żydów. W 1496 roku cesarz Maksymilian I Habsburg (1459-1519) wyrzucił Żydów ze wszystkich swoich dziedzicznych państw. W północnej części Europy ożywienie religijne wywołane przez kontrreformację katolicką skutkowało wieloma antyżydowskimi psychozami. W tej sytuacji ludność żydowska w znacznej mierze zwracała swoją uwagę na kraje muzułmańskie. Wielu z nich osiedliło się w Maroku, skąd ruszali dalej wzdłuż wybrzeży Afryki Północnej, kierując się w stronę imperium osmańskiego. Z kolei Turkom osmańskim nieznane były uprzedzenia wobec Żydów, które żywili chrześcijanie i muzułmanie. Turcy bardzo chętnie witali w swoich progach przybywających tam Żydów, którzy wzbogacali ich kraj w swoje liczne umiejętności, na przykład w dziedzinie medycyny czy techniki. We wszystkich miastach, na których terenie osiedlali się Żydzi, następowała odbudowa zniszczonej gospodarki i kultury. Wszędzie rozwijał się także handel, natomiast Saloniki bardzo szybko stały się najważniejszym portem handlowym we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.

Hiszpańscy kaznodzieje żydowscy charakteryzowali się wysokim oraz poprawnym wykształceniem, również jeśli chodziło o nauki typowo świeckie. Potrafili oni publicznie nauczać przed ludźmi wykształconymi w hiszpańskiej i włoskiej mowie. Wywierali bardzo silny wpływ na społeczności żydowskie w państwach, w granicach których chronili się wysiedleni hiszpańscy Żydzi. Bieg tychże wydarzeń wiązał się przede wszystkim z oddziaływaniem czynników o charakterze politycznym. Wysiedlenie Żydów z Hiszpanii i Portugalii spowodowało powstanie nowych ośrodków sefardyjskich na terenie wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Wygnańcy nie mieli łatwego życia. Wielu z nich udało się do Włoch, inni trafili do Maroka, Turcji czy Egiptu. Określano ich hebrajską nazwą „sefardim”, które to określenie pochodziło od hebrajskiej nazwy Hiszpanii – Sefarad. Do nowych krajów przywieźli ze sobą własny język i kulturę. Byli biegli w dziedzinie medycyny i techniki, znali się także na kupiectwie i handlu. W każdym miejscu, gdzie się osiedlali, wywierali bardzo silny wpływ na życie i kulturę tubylców. Zachowywali swoją własną odrębność oraz tradycje religijne. Zakładali też własne synagogi, zwane „sefardyjskimi”. Używali swojego rodzimego języka żydowsko-hiszpańskiego.

Żydzi, którzy zdecydowali się na pozostanie w Hiszpanii i Portugalii musieli przyjąć chrzest oraz zasady nowej i narzuconej siłą wiary. Byli pogardliwie nazywani „marranos”, czyli po prostu „świnie”. Wstydzili się własnych żydowskich korzeni i bardzo często nawet przez pokolenia utrzymywali w sekrecie swoją żydowską tożsamość. Niemniej, nierzadko szukali możliwości powrotu i wolności w kwestii praktykowania swojego wyznania i obyczajów. Emigrowali więc i zakładali nowe żydowskie skupiska w Londynie, Hamburgu, Amsterdamie i Nowym Jorku. Od XVII wieku Żydzi odgrywali tam znaczącą rolę w rozwoju banków i handlu. Stworzyli fundament późniejszych i często największych oraz najlepiej funkcjonujących społeczności żydowskich. Byli też tytularnymi chrześcijanami, którzy na skutek swoich umiejętności i majątku zyskiwali sympatię, a także znaczne wpływy wśród najwyższych warstw ówczesnego społeczeństwa. W miarę upływu czasu zaczęli wywierać nacisk na umożliwienie Żydom wolności wyznania.  


Kierunki emigracji ludności żydowskiej po wygnaniu z Hiszpanii i Portugalii. 


Pogrom hiszpańskich Żydów za czasów panowania Izabeli Kastylijskiej (1451-1504) oraz jej męża – Ferdynanda Aragońskiego (1452-1516) stanowi tło historyczne powieści Noah Gordona. W związku z tym powyżej nakreśliłam ten problem, żeby czytelnik miał ogólne pojęcie o tamtych trudnych czasach inkwizycji. Głównym bohaterem książki jest Jonasz Toledano. Jest on synem znanego w całym Toledo złotnika o imieniu Chilkiasz. Wyroby starego Toledano są naprawdę przepiękne i cieszą swoim widokiem oczy wielu ludzi. Chilkiasz wykonuje je na zamówienie, a wśród jego klientów są nawet przedstawiciele wyższych warstw społecznych. Rzemieślnik ma trzech synów, z których jeden to właśnie wspomniany wyżej Jonasz. Chłopak uczy się przy ojcu swojego fachu i zapewne kiedyś obejmie po nim warsztat. Niestety, już niedługo życie rodziny Jonasza diametralnie się zmieni, a to za sprawą coraz bardziej rozszerzającej się hiszpańskiej inkwizycji wymierzonej w „niewiernych”.

Pewnego dnia jeden z braci Jonasza – Meir – zostaje brutalnie zamordowany i dodatkowo obrabowany. To wydarzenie bardzo mocno odbija się na rodzinie Jonasza i jednocześnie stanowi początek prześladowań. Wreszcie nadchodzi dzień, kiedy Żydów zamieszkujących w Toledo, jak i w całej Hiszpanii, po prostu morduje się przez spalenie żywcem na stosie. Oczywiście niektórzy posłuchali rozporządzenia i albo uciekli z Toledo, albo nawrócili się na wiarę chrześcijańską i przyjęli chrzest. Ale czy to coś pomoże? Czy wysocy przedstawiciele Kościoła katolickiego zostawią ich w spokoju? Przecież w nich jest tak wiele nienawiści do ludności żydowskiej i pozostałych innowierców, że naprawdę trudno uwierzyć w to, aby nawet przechrztom dali spokój. Na placach co chwilę płoną stosy, a niewyobrażalne wrzaski skazańców zagłuszane są przez krzyki wiwatującego tłumu, który jak gdyby cieszył się z tego, że niewierni tracą życie w tak dramatycznych okolicznościach. Do tego dochodzą jeszcze brutalne tortury, podczas których praktycznie każdy przyznaje się do rzekomej winy.

Thomàs Torquemada (1420-1498);
pierwszy wielki hiszpański inkwizytor 
Na rodzinę Jonasza także przychodzi czas. Otóż, którejś nocy dom chłopaka zostaje zaatakowany. Stary rzemieślnik Chilkiasz ginie z rąk rozwścieczonych inkwizytorów. Jakimś cudem tylko Jonaszowi udaje się uciec. Nie wiadomo, co tak naprawdę stało się z jego drugim bratem. Czy zginął wraz z ojcem? A może jemu również udało się zbiec i uniknąć śmierci? Od tej pory Jonasz będzie musiał radzić sobie sam. Będzie zmuszony podróżować od jednego miejsca do drugiego i mieć oczy dookoła głowy, ponieważ inkwizytorzy nie śpią i w każdej chwili któryś z nich może stanąć na jego drodze, jak na przykład pewien zawistny dominikanin, którego najważniejszym życiowym celem jest wymordowanie wszystkich Żydów bez wyjątku. W dodatku trzeba również wiedzieć komu można ufać, bo licho nie śpi, a donos w każdej chwili może wpłynąć tam, gdzie trzeba.

Podczas swoich licznych podróży Jonasz Toledano będzie narażony na szereg niebezpieczeństw, ale też znajdzie wielu przyjaciół, którzy się nim zaopiekują, nie pytając o nic. Będzie zdobywał nowe umiejętności, dzięki którym nie będzie przymierał głodem. Z drugiej strony jednak, chłopak będzie też zmuszony wyrzec się wielu rzeczy, które do tej pory stanowiły fundament jego istnienia i tożsamości. Czy aby przeżyć Jonasz odejdzie od judaizmu? Czy porzuci wyznawaną dotychczas wiarę, aby tylko móc zachować życie? Czy zacznie chodzić do kościoła i aktywnie uczestniczyć w chrześcijańskich nabożeństwach? Niestety, Jonasz nigdzie tak naprawdę nie będzie mógł zagrzać miejsca na dłużej. Wszędzie będzie czuł oddech hiszpańskiej inkwizycji. Taka sytuacja może wręcz doprowadzić do obłędu. Życie w ciągłym strachu nie prowadzi przecież do niczego dobrego.

Noah Gordon w swojej powieści stworzył bohatera, któremu czytelnik towarzyszy przez wiele lat jego życia. Na naszych oczach Jonasz Toledano zmienia się z młodego chłopaka w dojrzałego mężczyznę. Doświadczenia, których nabywa na poszczególnych etapach swojego życia sprawiają, że stopniowo zaczyna inaczej postrzegać swoją egzystencję i świat, który go otacza. Zmienia się hierarchia jego wartości. Ale jest też coś, co wciąż zaprząta mu myśli. To chęć zemsty na inkwizytorach. Jonasz nie może pogodzić się z brutalnym morderstwem ojca i braci. On doskonale wie, dlaczego tak się stało. Wie, że nie chodzi tylko o kwestię wiary. Pod tym wszystkim kryło się coś znacznie poważniejszego. I właśnie dlatego Jonasz musi dokonać zemsty na winnych jego tragedii. Czy mu się to uda? Czy w końcu spotka się oko w oko ze swoimi prześladowcami? Kto zwycięży w tej konfrontacji? A może to los go wyręczy i sam wymierzy sprawiedliwość, żeby Jonasz nie musiał plamić swoich rąk krwią wroga?

Najnowsze wydanie książki
z 2014 roku.
Medicus z Saragossy to pierwsza powieść Noah Gordona, jaką przeczytałam. Do tej pory znałam tego Autora jedynie ze słyszenia, natomiast nigdy nie miałam przyjemności sięgnąć po którąś z jego powieści, choć jest to praktycznie klasyka. Moim zdaniem książka jest po prostu niesamowita! Czytałam ją jednym tchem. Przygody, które na poszczególnych etapach swojego życia przeżywa główny bohater potrafią wciągnąć czytelnika bez reszty. Kiedy wydaje się, że tak naprawdę dla Jonasza nie ma już ratunku i skończy tak, jak jego współwyznawcy, natychmiast następuje przedziwny zwrot akcji i wszystko ulega zmianie. Wygląda to tak, jakby ktoś nad naszym bohaterem czuwał i chronił go od samego początku.

Postać Jonasza Toledano to także cała galeria rozmaitych emocji. W zależności od sytuacji, w jakiej aktualnie się znajduje, towarzyszą mu inne uczucia. Tym, co wysuwa się na pierwszy plan jest samotność. Fakt, że gdzieś obok są przyjaciele, niczego tak naprawdę nie zmienia. Przecież oni też znajdują się w niebezpieczeństwie. Kłamstwa i ukrywanie prawdy mogą naprawdę ciążyć i nie pozwalać spać spokojnie. Jonasz wciąż szuka swojego miejsca na ziemi, ale jakoś nie potrafi tego zrobić. A może jeszcze nie przyszedł na to czas? Może trzeba poczekać i znaleźć kogoś, kto nie zostawi bez względu na okoliczności? Może to właśnie Saragossa, do której ostatecznie trafi, stanie się dla niego bezpiecznym azylem, gdzie będzie mógł spokojnie żyć?

Fabuła powieści toczy się dość szybko, natomiast Autor nie rozmyśla długo nad jednym tematem, bo tak naprawdę nie ma na to czasu. Wraz z Jonaszem trzeba ruszać w dalszą podróż i poznawać nowych ludzi oraz ich obyczaje. Medicus z Saragossy to dokonała lektura nie tylko dla wielbicieli powieści historycznych, ale także dla tych, którzy chcieliby się co nieco dowiedzieć o średniowiecznej medycynie, czyli jak i czym wówczas leczono rozmaite schorzenia. Wiadomo, że jest to tylko beletrystyka historyczna, więc na jakieś naukowe wywody nie ma tutaj miejsca, ale mimo to podstawowe kwestie w tym temacie są poruszone dość wyraźnie.

Przede mną kolejna powieść Noah Gordona. Mam nadzieję, że wciągnie mnie ona równie mocno, jak Medicus z Saragossy, a moje wrażenia po lekturze okażą się tak samo pozytywne, jak w tym przypadku.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu