Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl historyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cykl historyczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Wierzę, że doświadczenie Holokaustu było dla mojej rodziny ostrzeżeniem...







ROZMOWA Z HANĄ BERGER MORAN



Hana Berger Moran jest córką Priski Löwenbeinovej, która z pochodzenia była Słowaczką. Jej matka była jedną z trzech niezwykle odważnych kobiet, które spodziewały się dziecka w momencie, gdy zostały przywiezione do nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz II-Birkenau. Priska, Rachela i Anka utrzymywały swoją ciążę w wielkiej tajemnicy przed nazistami. Hana urodziła się dzień przed tym, jak jej matka została przewieziona do obozu pracy w Mauthausen w Austrii. Hana i jej matka to – między innymi – bohaterki książki „Urodzeni, by żyć” autorstwa Wendy Holden. W Polsce książkę wydano w 2015 roku. Obecnie Hana mieszka w Kalifornii (USA).




Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani opowiedzieć moim Czytelnikom swoją historię. Na początek chciałabym poprosić Panią, aby powiedziała nam Pani coś więcej o swojej odważnej matce, Prisce. Jaka ona była?

Hana Berger Moran: Priska była wówczas dwudziestoośmioletnią młodą kobietą, która w chwili deportacji była nauczycielką w szkole podstawowej, aczkolwiek zdobywała wykształcenie, aby zostać profesorem języków obcych. Kiedy została zmuszona do przerwania nauczania w szkole, udzielała prywatnych lekcji z angielskiego, francuskiego i niemieckiego. Była bardzo żywiołowa, uwielbiała grać w tenisa, a przede wszystkim kochała swojego męża, mojego zmarłego ojca Tibora Löwenbeina, oraz swoją rodzinę.

Agnes A. Rose: Urodziła się Pani w obozie koncentracyjnym. Czy pamięta Pani, kiedy po raz pierwszy poznała Pani historię związaną z Pani narodzinami? Jakie uczucia Pani wtedy towarzyszyły? 

Hana Berger Moran: Słowa „obóz koncentracyjny” oraz fakt, że rzeczywiście urodziłam się w takim miejscu dotarły do mnie, gdy miałam sześć lat (było to w pierwszej klasie). A stało się to tak: po szkole bawiłam się na podwórku i wówczas dzieci zaczęły wołać „židka” (Żydówka). Nie wiedziałam, co to znaczy, więc pobiegłam do domu i zapytałam matkę. Wzięła mnie za rękę i pokazała mi fotografie swoich zmarłych rodziców, mojego nieżyjącego ojca i swojej zmarłej siostry – i powiedziała mi, że oni wszyscy byli „židia” (Żydami), i z tego powodu zginęli w obozach, które zwano obozami koncentracyjnymi. Co więcej, ona także była židka, również była w takim obozie i tam mnie urodziła. To, co wtedy naprawdę poczułam jako sześciolatka, pamiętam do dziś. Powiedziałam: „Ja też chcę być taka, jak ty i oni; a teraz czy mogę iść i bawić się na podwórku?”

Agnes A. Rose: Jak Pani matka emocjonalnie radziła sobie z doświadczeniami Holokaustu? Co trzymało ją przy życiu każdego dnia w obozie? W jaki sposób podtrzymywała swoją nadzieję?

Hana Berger Moran: Ponieważ była to czwarta ciąża mojej matki, usilnie koncentrowała się na tym, aby mieć to dziecko (czyli mnie)*. Dlatego też jej jedynym celem było, aby przetrwać i wrócić do domu, żeby tam czekać na ukochanego Tibora. Była absolutnie przekonana o tym, że przeżyje, gdyż zamierzała mieć tę maleńką dziewczynkę, której nadała już imię – Hana. Owszem, nadała też imię chłopcu, który powinien nazywać się… Miško, lecz w swoim sercu była przekonana, że to będzie dziewczynka. Modliła się każdego dnia – kilka razy dziennie, i ufała Wszechmogącemu, że się nią zaopiekuje.

Agnes A. Rose: Jakiego rodzaju pracę wykonywała Pani matka, będąc w obozie koncentracyjnym? W jakich warunkach pracowała? Czy mogłaby Pani opisać jej powszedni dzień?

Hana Berger Moran: Pracowała w słynnej dziś fabryce we Freibergu, w fabryce porcelany, która na potrzeby wojny została przekształcona w fabrykę Arado-Flugzeugwerke produkującą samoloty bojowe. Siedziała lub stała przy wysokim roboczym stole i była odpowiedzialna za umieszczanie zabezpieczających blokujących nakrętek na skrzydłach samolotów przy użyciu bardzo ciężkiego sprzętu. Gdyby choć na chwilę przerwała swoją pracę, zostałaby czymś uderzona – czasami był to młotek, a czasami szmata… Więźniowie szli do fabryki ulicami Freibergu po apelu około godziny szóstej rano. Tak samo było w drodze powrotnej pod koniec dnia.

Agnes A. Rose: Jak Holokaust wpłynął na życie Pani rodziny? Mogłaby nam Pani powiedzieć czy ją wzmocnił, czy osłabił?

Hana Berger Moran: Wierzę, że doświadczenie Holokaustu było dla mojej rodziny ostrzeżeniem – pokazało nam, jak ludzie, którzy kiedyś byli mili, mogą zmienić się w bardzo krótkim czasie; jak mogą zatopić się w nienawistnej propagandzie. To nauczyło mnie również cenić wartość życia, które otrzymujemy jako dar i trzeba starać się nim cieszyć. Nauczyłam się być silną, ale mimo to życzliwą, bo nigdy nie wiemy, kto doświadczył tego samego – zarówno wtedy, jak i teraz.

Hana & Wendy Holden, która jest autorką
książki Urodzeni, by żyć
Agnes A. Rose: W jaki sposób Pani matka rozpoczęła nowe życie po Holokauście?

Hana Berger Moran: Według słów mojej matki, gdy zrozumiała, że jej ukochany Tibor nie wróci, a mając mnie – bardzo słabe i chorowite dziecko, które musiała wychować sama – natychmiast zaczęła działać, a ujęła to tak: „zapracuj na swój kawałek chleba”. Podczas gdy uczyła w szkole podstawowej w Bratysławie podjęła również studia (1946) na uniwersytecie, aby uzupełnić swoje wykształcenie i uzyskać tytuł magistra z języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego, żeby móc uczyć w ówczesnych szkołach, które wtedy nazywano „gimnazjami” (dziś są one odpowiednikami gimnazjów i liceów).

Agnes A. Rose: Przeczytałam, że nigdy nie spotkała Pani swojego ojca, ponieważ najprawdopodobniej w styczniu 1945 roku zmarł podczas morderczego marszu, który wyruszył z nazistowskiego niewolniczego obozu pracy w Gliwicach. Jestem pewna, że Pani matka opowiadała Pani o nim wiele razy. Czy mogłaby nam Pani trochę o nim opowiedzieć?

Hana Berger Moran: Rzeczywiście, mój ojciec zginął lub zmarł z osłabienia w czasie marszu śmierci, który wyruszył z Gliwic w styczniu 1945 roku. Moja matka powiedziała mi jak bardzo był troskliwy, kochający, cierpliwy, a także silny… Był analitykiem i intelektualistą, jak również pisarzem z bardzo silnie rozwiniętym poczuciem dobra i zła. Był słowackim patriotą, który wierzył, że każdy powinien mieć prawo do praktykowania swojej religii, nie będąc zmuszonym cierpieć w imię swojego wyznania. Nigdy nie opuściłby Czechosłowacji, gdyby nie deportacja, o czym jest mowa w niewielkich rozmiarów książeczce, którą napisał w Bratysławie.

Agnes A. Rose: Jak wyglądało życie Pani rodziny przed drugą wojną światową?

Hana Berger Moran: Pytasz o całą rodzinę? Moi dziadkowie Paula i Emanuel Ronowie mieli małą skromną koszerną kawiarnię w Złotych Morawcach w Czechosłowacji. Kiedy pod koniec 1940 roku zostali zmuszeni do jej zamknięcia, przenieśli się do Bratysławy, aby być blisko swoich dwóch córek Elżbiety (Alžbeta), na którą wołano także Boežka, i mojej matki. Boežka była bardzo utalentowaną krawcową, matka – nauczycielką. Mój zmarły ojciec pracował jako dziennikarz lokalnej gazety żydowskiej. 

Agnes A. Rose: Czy członkowie Pani rodziny próbowali wyemigrować w 1939 roku, kiedy naziści zaatakowali ich ojczyznę?

Hana Berger Moran: Tylko jeden członek naszej rodziny wyemigrował do Palestyny (pod angielskim mandatem), a było to w 1938 roku. Reszta naszej rodziny nigdy o tym nie myślała. Mój ojciec tak naprawdę nie wierzył, że muszą wyjeżdżać.

Agnes A. Rose: Jakie okoliczności doprowadziły do tego, że teraz mieszka Pani w Stanach Zjednoczonych zamiast w Słowacji?

Hana Berger Moran: W dniu 21 sierpnia 1968 roku byłam młodą kobietą, około roku mężatką, miałam tytuł magistra z Inżynierii Chemicznej i byłam w szóstym miesiącu ciąży. Czułam się szczęśliwa, ponieważ nasz kraj przechodził cudowną przemianę – uczono się pokazywać ludzką twarz socjalizmu pod rządami ówczesnego prezydenta Alexandra Dubčeka. I wtedy zobaczyłam czołgi, usłyszałam strzały i dowiedziałam się, że nasi „bracia” przyszli „wyzwolić” nas z naszej wolności, i to był impuls! W ciągu dziesięciu dni dostałam paszport, którego do tej pory nie miałam, i z naszymi dokumentami udałam się do austriackiej ambasady, aby otrzymać wizę do Austrii. Wyjechaliśmy, ja prowadziłam samochód, a za naszym autem jechał czołg; to było 31 sierpnia 1968 roku. Ponieważ jedyna rodzina – bracia mojej matki – mieszkała w Izraelu, postanowiłam się tam udać, aby zaopiekować się naszym długo oczekiwanym dzieckiem. Syn urodził się w Aszkelon w Izraelu w grudniu 1968 roku. Po kilku latach pracy i studiach w Instytucie Naukowym Weizmanna ukończyłam swój doktorat z Chemii Organicznej Produktów Naturalnych i przeniosłam się do Stanów Zjednoczonych, aby rozpocząć staż podoktorancki. I wtedy zdecydowaliśmy się zostać w Stanach Zjednoczonych. Moja matka odwiedzała nas, ale nigdy nie chciała opuścić Słowacji. Po siedemnastu latach nieobecności pozwolono mi odwiedzać ją tam osobiście, co robiłam kilka razy w roku.

Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2015
Przekład: Przemysław Hejmej 
& Jerzy Rosuł
Agnes A. Rose: Jak ważna jest dla Pani książka „Urodzeni, by żyć” autorstwa Wendy Holden? Dlaczego zdecydowała się Pani opowiedzieć Autorce o swojej matce i rodzinie?

Hana Berger Moran: To było ważne z punktu widzenia historii mojej matki – moja matka nie mówiła wiele o swoich przeżyciach w obozie – najczęściej mawiała: „Byłam tam i wróciłam razem z moją córką.” Nawet kiedy przeprowadzano z nią wywiad, to zdanie było istotą jej wypowiedzi. Tak więc, kiedy dowiedziałam się od Wendy o jej planach względem książki, nie miałam cienia wątpliwości, że jest to właściwa droga ku temu, aby ta historia ujrzała światło dzienne.

Agnes A. Rose: Jakie dzisiaj są Pani uczucia wobec Niemców i Niemiec?

Hana Berger Moran: Mam mieszane uczucia – są dobrzy i źli ludzie, tak jak wszędzie. To samo, co wydarzyło się w Niemczech w latach 30. XX wieku, w różnym stopniu może dziać się i dzisiaj. Służbowo odwiedziłam Niemcy i byłam także we Freibergu.

Agnes A. Rose: Wiem, że wróciła Pani do miejsca, gdzie się Pani urodziła. Spotkała się Pani również z ocalałymi dziećmi Racheli i Anki. Czy to było dla Pani bardzo traumatyczne przeżycie?

Hana Berger Moran: Wspaniale było spotkać doktora Marka Olsky’ego i Evę Nathan Clarke; dokładnie wtedy i w tamtym miejscu zaczęliśmy nazywać siebie „rodzeństwem”; ponieważ żadne z nas nie ma ani siostry, ani brata, to określenie doskonale do nas pasuje. Ta miłość przejęła kontrolę nad wszystkim. To miejsce jest szokujące i powiem Ci, że nigdy nie rozumiałam, a teraz jeszcze bardziej nie pojmuję, jak moja matka przeżyła tamte siedem miesięcy! Jak ona tego dokonała? Jak oni wszyscy to zrobili? To było, jest i zawsze będzie dla mnie trauma, chociaż mogę powiedzieć z dumą: „Przeżyliśmy!”

Agnes A. Rose: A co z Auschwitz? Czy to miejsce również Pani odwiedziła? Jeśli tak, to jakie uczucia towarzyszyły Pani wizycie w Polsce?

Hana Berger Moran: Nie odwiedziłam Auschwitz. Moi dziadkowie ze strony matki i ojca oraz ciocia zginęli tam w komorach gazowych (odpowiednio w 1942 i 1944 roku). Moje uczucia wobec Polski nie różnią się zbytnio od tych, jakie zawsze miałam – jest to kraj na północ od Słowacji. Jestem tylko trochę zaniepokojona obecnym rozwojem Polski, ale to jest polityka i nie będę się do niej teraz odnosić. Myślę, że ta sama uwaga dotyczy tego, o czym wspomniałam powyżej – Żydzi byli kozłami ofiarnymi – nawet bardzo biedni Żydzi. Tak było wszędzie. Szkoda.

Agnes A. Rose: Jaką wiadomość chciałaby Pani przekazać ludziom obecnie żyjącym? Co chciałaby Pani, aby zapamiętali z doświadczeń Pani matki? Jak ludzie powinni odpowiadać dzisiaj na ludobójstwo i łamanie praw człowieka?

Hana Berger Moran: Nigdy nie wolno nam zapominać zła, które wtedy się wydarzyło. Musimy zrozumieć, co wypełniło tamtą nienawiść. Bez tego zrozumienia ludzie nadal będą mogli być kontrolowani przez histerię i nienawiść bez zastanowienia się nad tym, co one przyniosły.

Musimy nauczyć się cieszyć życiem, kochać każdy wschód i zachód słońca oraz nauczyć się kochać siebie nawzajem poprzez poznawanie naszych różnic.

Agnes A. Rose: Bardzo Pani dziękuję za tę rozmowę. Jest ona dla mnie niezwykle ważna. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogłam z Panią porozmawiać. Czy jest coś, co chciałaby Pani dodać?

Hana Berger Moran: Agnieszko, dziękuję, że się ze mną skontaktowałaś – jestem zaszczycona. Przez wiele lat miałam korespondencyjną przyjaciółkę w Warszawie. Teraz już do siebie nie pisujemy, ale pisałyśmy każdego miesiąca – ona po polsku, a ja po słowacku. To było coś wspaniałego.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here






* Poprzednie trzy ciąże zakończyły się dla Priski poronieniem [przyp. tłum.]. 





niedziela, 30 sierpnia 2015

O tym, jak wyglądało życie warszawskiego teatru w latach 1832-1861





Teatr Wielki w Warszawie w pierwszej połowie XIX wieku
autor: Fryderyk Krzysztof Dietrich (1779-1847)




Teatr warszawski


Klimat panujący w Warszawie po upadku Powstania Listopadowego nie stwarzał możliwości dla prawidłowego rozwoju teatru dramatycznego. Zbyt słaby poziom jego repertuaru dodatkowo obniżała cenzura paskiewiczowska pastwiąca się dość mocno nad egzemplarzami sztuk, natomiast całkowity brak teatralnej krytyki, który trwał aż do roku 1841 pogłębiał jeszcze dodatkowo ten kryzys. W latach 1832-1842 na czele Dyrekcji Teatrów Rządowych stał generał Józef Rautenstrauch (1773-1842). Pomysłowy organizator bardzo szybko doprowadził do zakończenia budowy gmachu Teatru Wielkiego, który niestety nie otrzymał nazwy „Narodowego”, pomimo że właśnie pod taki teatr kładziono kamień węgielny w 1825 roku. W dniu 21 lutego 1833 miało miejsce ostatnie przedstawienie w Teatrze Narodowym znajdującym się na Placu Krasińskich. Kilka dni później, czyli 24 lutego, swe podwoje otworzył Teatr Wielki. Na jego deskach wystawiono wówczas operę pod tytułem Cyrulik Sewilski. Z kolei Teatr Rozmaitości znalazł nową siedzibę w przystosowanej do jego potrzeb głównej sali Redutowej przy Teatrze Wielkim. Pierwsze przedstawienie odbyło się tam w dniu 13 września 1833 roku. Grano wtedy quodlibet Nowy Teatr oraz dramat komiczny zatytułowany Werter, czyli obłąkanie czułego serca. Natomiast w lutym 1836 roku Teatr Rozmaitości przeniesiono do specjalnie dla niego wybudowanej sali znajdującej się w skrzydle Teatru Wielkiego. Co więcej, zajęto się także odnawianiem teatrów w Łazienkach: Pomarańczarni i Amfiteatru.

Józef Rautenstrauch postarał się także o otwarcie nowej Szkoły Dramatycznej, a było to w 1836 roku. Tak samo, jak przed laty, kształcił w niej młodzież Bonawentura Kudlicz (1780-1848), który dla warszawskich teatrów w 1840 roku wyjednał rządową subwencję w wysokości trzydziestu tysięcy rubli. W 1838 roku Bonawentura Kudlicz zdobył także dla aktorów teatrów rządowych prawa emerytalne. Za jego prezesury dyrektorami teatru byli najpierw Ludwik Osiński (1775-1838) oraz Ludwik Adam Dmuszewski (1777-1847). W roku 1833 ze stanowiska ustąpił Ludwik Osiński i wtedy jego miejsce na trzy kolejne lata zajął Borys Halpert (1805-1861). Był to człowiek charakteryzujący się dużą kulturą literacką. Z kolei po Borysie Halpercie dyrektorem teatru został Ignacy Koss (1800-1848), który stanowisko to piastował do 1843 roku. Był postrzegany jako wielki karierowicz który bardzo szybko usunął w cień Ludwika Dmuszewskiego. Kiedy w 1842 roku zmarł Józef Rautenstrauch, wówczas prezesem Dyrekcji Teatrów został Ignacy Abramowicz (1793-1867), który swoją funkcję pełnił do 1861 roku. Ustąpił z powodu ogromnego strachu przed patriotyczną manifestacją urządzoną na dziedzińcu teatru w dniu 17 marca 1861 roku. Ignacy Abramowicz zajmował także stanowisko oberpolicmajstra. Podczas jego rządów dyrektorami teatru byli: dyrektor warszawskiego baletu Filippo Taglioni (1777-1871), który swoją funkcję pełnił w latach 1843-1853; po raz drugi Borys Halpert, który stanowisko objął po śmierci Ludwika Dmuszewskiego w 1847 roku i urząd piastował do 1851 roku; Jan Tomasz Seweryn Jasiński (1806-1879) – aktor, autor, tłumacz, reżyser i pedagog w jednej osobie, czyli człowiek o niespożytej energii, który nie bał się ciężkiej pracy, zaś swoją funkcję pełnił w latach 1851-1862.


Aktorzy sceny warszawskiej  (1853)
od lewej: Józef Rychter, Ludwik Panczykowski, Jan Walery Królikowski, Jan Tomasz Seweryn Jasiński, Alojzy Stolpe (młodszy), Emilia Zimińska z domu Ciemska oraz Antonina Wirginia Wittge-Komorowska (z przodu)


Na fatalny poziom repertuaru teatrów warszawskich w okresie popowstaniowym złożyło się szereg powodów. Jednym z nich – i to akurat wcale nie najbłahszym – był gust publiczności, która chętnie oglądała ckliwe melodramaty i zaśmiewała się do rozpuku z niewybrednych i jednoaktowych komedyjek francuskich. Sztuki Aleksandra Fredry (1793-1876) oraz Józefa Korzeniowskiego (1797-1863) bardzo rzadko pojawiały się na afiszu i nie cieszyły się podobnym powodzeniem, jak na przykład komedie Augustina Eugène’a Scribe’a (1791-1861). Premiera Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry odbyła się 16 listopada 1834 roku na deskach Teatru Wielkiego i charakteryzowała się doskonałą obsadą. Przedstawienie powtórzono jedynie kilka razy. Kurier Warszawski twierdził, że zabrakło wśród publiczności „lubowników dzieł wzorowych”. Stwierdzenie to odnosiło się do wielbicieli talentu Aleksandra Fredry.

Leontyna z Żuczkowskich Halpertowa
autor: Antoni Laub (1792-1843)
Portret powstał w latach 1830-1831.
Pomimo dość nieciekawego okresu pod względem repertuaru, Teatr Wielki szczycił się wówczas wciąż świetnym zespołem aktorskim. Pierwszą aktorką związaną z teatrem w latach 1832-1851 była Leontyna Żuczkowska Halpertowa (1803-1895), którą uważano za jedną z najpiękniejszych kobiet swojej epoki. W początkach swojej kariery „sposobiła się do ról tragicznych”, lecz potem z powodzeniem grała także w komediach salonowych, dramatach i melodramatach. Przez wiele lat nie wypuszczała z rąk swego panowania na scenie. Była pełna lekkości, finezji i elegancji w komediach oraz porywająca w dramatach, zaś świetna również w rolach charakterystycznych. Obok Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej publiczność mogła oglądać również piękną Józefę Daszkiewiczównę (ok. 1790-?). Wcielała się ona w role postaci „naiwnych” i bezskutecznie próbowano zrobić z niej rywalkę wspomnianej już Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej. Powszechną sympatią widowni cieszyła się także Teresa Damsówna (?) uznawana za „świetną naiwną”, która swoją karierę rozpoczęła w bardzo młodym wieku, lecz po kilkunastu latach grania odeszła ze sceny, czego bardzo żałowano. Na deskach teatru można było zobaczyć także inną niezwykle utalentowaną aktorkę – Zofię Kurpińską (?), która była żoną dyrektora opery. Z kolei Józefa Ledóchowska (1781-1849) scenę opuściła w październiku 1833 roku.

Trzeba dodać, że nie tylko kobiety zachwycały swoim aktorskim talentem. Wśród mężczyzn spotykało się całą plejadę doskonałych nazwisk. Do 1842 roku grał wszechstronny Bonawentura Kudlicz, natomiast do 1841 roku na deskach teatru można było ujrzeć Ignacego Werowskiego (?), który jednocześnie przez wiele lat partnerował na scenie Józefie Ledóchowskiej. Z kolei doskonałym partnerem scenicznym Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej był Wojciech Piasecki (1803-1837) – jeden z największych talentów swojej epoki. Los obdarzył go nienagannymi warunkami zewnętrznymi. Niestety, umarł zbyt młodo, bo w wieku trzydziestu trzech lat. Przyczyną śmierci była gruźlica. Przez wiele lat publiczność nie potrafiła przekonać się do jego następcy, którym był Józef Komorowski (1818-1858). Choć był aktorem o wielkim talencie i inteligencji, to jednak grał zupełnie inaczej niż robił to Wojciech Piasecki. Z kolei w latach 1832-1842 w teatrze debiutowali dwaj inni aktorzy. Pierwszym z nich był Alojzy Żółkowski (1814-1889) – syn znanego komika również Alojzego (1777-1822). Drugim z aktorów był Bogumił Dawison (1818-1872). Alojzy Żółkowski (syn) przez całe życie pozostał wierny scenie warszawskiej i na jej deskach zyskał miano „genialnego”, natomiast Bogumił Dawison po krótkim pobycie w stolicy wyjechał do Wilna, a potem do Lwowa, aby w końcu stanąć na deskach niemieckich teatrów i właśnie tam stać się jednym z najsłynniejszych artystów.

Wojciech Piasecki
autor: Wincenty Kasprzycki (1802-1849)
Portret powstał około 1838 roku.
Ulubieńcem ówczesnej publiczności był także Ludwik Panczykowski (1804-1871). Był aktorem niezwykle charakterystycznym i mistrzem epizodu, zaś w życiu prywatnym uchodził za dziwaka, ale mimo to był dla innych serdecznym kolegą, który zawsze miał otwartą kiesę dla potrzebujących. Prawdę powiedziawszy Ludwik Panczykowski był jedną z najsympatyczniejszych postaci w ówczesnym środowisku aktorskim. Równie wytrwale, co pozostali, na scenie pracował także wspomniany wyżej Jan Tomasz Seweryn Jasiński. Mówiono o nim, że jest „pożyteczny i zdolny”. 

W momencie, gdy Dyrekcję Teatrów objął Ignacy Abramowicz, warszawski teatr był instytucją doskonale uporządkowaną przez niezwykle skrupulatnego Józefa Rautenstraucha. Teatralne gmachy były w świetnym stanie, a finanse uregulowane. Ignacy Abramowicz to postać niemalże legendarna w historii teatru. Był niesłychanie brutalny wobec podległych mu aktorów, posiadał ambicję postawienia „swego” teatru na jak najwyższym poziomie. Na te działania nie żałował środków finansowych zgromadzonych przez swojego poprzednika. Magazyny teatru zapełniał kostiumami i wszelkiej maści rekwizytami.

Jan Tomasz Seweryn Jasiński, który w latach 1842-1851 pełnił funkcję reżysera, każdego roku wyruszał do Paryża, aby tam poznawać ówczesny francuski teatr. Do Polski wracał zawsze zaopatrzony w nowe sztuki. Nie dziwi więc fakt, że w repertuarze teatrów warszawskich w tamtym okresie przeważały utwory znad Sekwany autorstwa Hermana Melville’a (1819-1891), Philippe’a Françoisa Pinela, zwanego po prostu Dumanoir (1806-1865), wspomnianego już Augustina Eugène’a Scribe’a, Julesa Sandeau (1811-1883), Alexandre Dumas (ojca; 1802-1870), czy też Guillaume’a Victora Émile’a Augiera (1820-1889). Te francuskie nazwiska bardzo rzadko były przeplatane polskimi. Aleksander Fredro i Józef Korzeniowski to najczęściej pojawiające się w tamtym okresie na teatralnych afiszach nazwiska polskich autorów. Czasami wystawiano też utwory Stanisława Bogusławskiego (1804-1870), Fryderyka Skarbka (1792-1866), Wacława Szymanowskiego (1821-1886), Jana Chęcińskiego (1826-1874) oraz Władysława Syrokomli (1823-1862). Trzeba również dodać, że Jan Tomasz Seweryn Jasiński oprócz zajmowania się przekładami i przeróbkami trudnił się także własną twórczością.

Ogromne znaczenie dla rozwoju teatru miał fakt pojawienia się po wieloletniej przerwie recenzenta z prawdziwego zdarzenia. W 1841 roku redaktorem naczelnym Gazety Warszawskiej został Antonii Lesznowski (1815-1859). Był on najwybitniejszym, a właściwie jedynym, krytykiem teatralnym w latach 1841-1851. Szczególnie skrupulatnie zajmował się analizą sztuk premierowych, pamiętał o aktorach, omawiał też drobiazgowo ich grę. Antonii Lesznowski pisał z ogromnym temperamentem oraz apodyktycznością. Bardzo często jego teksty wywoływały ostre repliki na łamach prasy. Chyba najsłynniejsza była polemika pomiędzy Antonim Lesznowskim a Leontyną Żuczkowską Halpertową, którą można było obserwować w 1847 roku. Ponieważ aktorka podjęła w 1845 roku pracę pedagogiczną, krytyk mocno zaatakował jej metody nauczania, ganiąc uczennice artystki. Aktorka wystąpiła wtedy w obronie swoich podopiecznych i własnej osoby. Ta ostra polemika utrzymana była w tonie, który nie przynosił chwały żadnej ze stron. Z Antonim Lesznowskim polemizował także sam mistrz Alojzy Żółkowski (syn). W kolejnych latach po ustąpieniu i śmierci krytyka, jego miejsce zajął Józef Kenig (1821-1900).


Zofia Kurpińska z Brzowskich żona kompozytora Karola Kurpińskiego 
& Bonawentura Kudlicz
autor: Seweryn Oleszczyński (1801-1876)
Portrety pochodzą z 1838 roku. 


Na szczęście długotrwałe milczenie prasy na tematy dotyczące teatru, które miało miejsce w latach 1832-1841, nie powtórzyło się. Ignacy Abramowicz i Jan Tomasz Seweryn Jasiński nie zaprzestali także poszukiwać nowych twarzy dla warszawskiej sceny. W 1845 roku szeregi aktorów zasilił dwudziestopięcioletni wówczas Józef Rychter (1820-1885). Był doskonałym aktorem, natomiast do stolicy przybył z teatru lwowskiego i pozostał w niej do roku 1869, bardzo szybko zyskując miano znakomitego artysty. W Warszawie Józef Rychter oddawał się także pracy pedagogicznej i reżyserskiej. W roku 1846 warszawskiemu zespołowi aktorskiemu przybył kolejny wybitny talent, a był nim kolega Józefa Rychtera z trupy Chełchowskiego, który znany był z wcielania się w „czarne charaktery”. Mowa oczywiście o Janie Królikowskim (1820-1886), który określany był mianem aktora „intelektualnego”. Był także analitykiem, mistrzem słowa, pedagogiem i reżyserem. Dość szybko został uznany za gwiazdę pierwszego formatu. Posiadał własny styl, choć czasami zarzucano mu zbytnie „odmierzanie efektów”. Wraz z Janem Królikowskim do Warszawy przyjechał również Michał Chomiński (1821-1886), zwany „płaskim komikiem”. Jego kariera nie skupiała się jedynie na aktorstwie. Bardziej postrzegano go jako teatralnego kronikarza.

W 1846 roku zadebiutował również Jan Chęciński (1826-1874). Był nie tylko aktorem, ale także autorem sztuk dramatycznych oraz reżyserem. Z kolei kobiecy zespół zyskał w 1845 roku doskonałą aktorkę ról komediowych – Józefę Pogorzelską-Mazurowską (1824-1907). Natomiast rok wcześniej do zespołu przyjęta została Antonia Wittge-Komorowska (1826-?), która razem z Emilią Ziemińską z domu Ciemską (1829-1862) po wycofaniu się z pracy artystycznej Leontyny Żuczkowskiej Halpertowej w 1851 roku przejęła część jej ról. Debiut aktorski Antonii Wittge-Komorowskiej przypadł na 1846 rok. Niestety, żadna z nich nie była w stanie zastąpić wielkiej aktorki i legendy ówczesnego teatru. W 1850 roku w Warszawie zadebiutowała inna niezwykle utalentowana aktorka, a była nią Salomea Palińska (1831-1873), która później wyszła za mąż za Józefa Keniga. Równie wielki kobiecy talent pojawił się w teatrze warszawskim w 1853 roku. Mowa oczywiście o debiucie Wiktoryny Szymanowskiej-Bakałowiczowej (1835-1874). Aktorka rozpoczęła swoją karierę od ról postaci naiwnych, zaś potem przeszła do repertuaru bardziej ambitnego. W historii teatru wielkimi literami zapisało się również nazwisko Aleksandry Ładnowskiej-Rakiewiczowej (ok. 1840-1898). Debiut tej aktorki przypadł na 1858 rok w Warszawie.

Ludwik Panczykowski jako Dyndalski
w Zemście Aleksandra Fredry
autor: Karol Beyer (1818-1877)
W roku 1858 zabrakło nagle w aktorskim zespole wspaniałego Józefa Komorowskiego, który podobnie jak wielu jego kolegów po fachu zmarł na gruźlicę. Tytaniczną pracą oraz wyjątkowym talentem wybił się na pierwszy plan i był przyjmowany przez publiczność tak samo życzliwie jak Alojzy Żółkowski (syn), Jan Królikowski czy Józef Rychter. Trzeba pamiętać, że ówczesny warszawski teatr dysponował zespołem niesamowicie utalentowanych aktorów, dlatego też nie bez powodu okres ten nazwano „epoką gwiazd”. Można przyjąć, że początkiem tejże epoki stały się późne lata czterdzieste. Niemniej nie każde nazwisko zachowało się w pamięci kolejnych pokoleń widzów teatralnych. Być może zawinił tutaj właśnie poziom repertuaru, który oferowano ludziom przed 1868 rokiem. Nieznaczne ożywienie w repertuarze obserwowano w latach 1844-1846, gdy na afisze zaczęło wchodzić szereg sztuk autorstwa Józefa Korzeniowskiego oraz Aleksandra Fredry. W dniu 29 marca 1844 roku odbyła się premiera sztuki Józefa Korzeniowskiego zatytułowana Panna mężatka, gdzie w roli głównej wystąpiła Leontyna Żuczkowska Halpertowa. Zarówno artystka, jaki i sama sztuka odniosły wówczas ogromny sukces. To właśnie tej aktorce Józef Korzeniowski w głównej mierze zawdzięczał powodzenie swych dzieł wystawianych na deskach teatru warszawskiego.

Również w roku 1844 miała miejsce premiera Żydów i Okien na pierwszym piętrze. W każdej z tych sztuk wystąpiła niezrównana Leontyna Żuczkowska Halpertowa. Rok później wraz z przyjazdem do Warszawy Józefa Rychtera coraz częściej na scenie pojawiały się komedie Aleksandra Fredry. Tak więc premiera Dożywocia miała miejsce w dniu 14 kwietnia 1845 roku. Z kolei w maju tego samego roku wznowiono Pana Jowialskiego, a we wrześniu po wznowieniu Odludków i poety, publiczność zobaczyła premierę Zemsty, która w stolicy grana była z rozkazu cenzury pod różnymi tytułami, czyli jako Zemsta za mur graniczny, Cześnik i Rejent albo Raptusiewicz i Milczek. Zemstę wystawiano w naprawdę doskonałej obsadzie. I tak w roli Milczka wystąpił rewelacyjny Józef Komorowski; Cześnika zagrał Józef Rychter; Papkina, którego cenzura nakazała nazwać „Papką” – Alojzy Żółkowski (syn); w postać Wacława wcielił się Alojzy Stolpe młodszy (1818-1876); Klarę zagrała Antonia Wittge-Komorowska; Podstolinę – Józefa Pogorzelska-Mazurowska, natomiast postać Dyndalskiego przypadła Ludwikowi Panczykowskiemu. Do końca roku Zemstę wystawiano szesnaście razy. Na ówczesne czasy było to naprawdę niezwykłe osiągniecie.

Alojzy Żółkowski (syn)
najbardziej uwielbiany aktor
ówczesnej warszawskiej sceny
W styczniu 1846 roku wznowiono z kolei Pana Geldhaba Aleksandra Fredry. Sztuka ta, podobnie jak Zemsta, także została wystawiona w doborowej obsadzie. Tak więc w roli tytułowej wystąpił Józef Rychter; Lubomira zagrał Józef Komorowski; w roli Lisiewicza publiczność zobaczyła Adama Żółtowskiego (?). Ci sami aktorzy pokazali się również we wznowieniu Pana Jowialskiego w maju 1845 roku. W roli głównej wystąpił zatem Józef Rychter; Szambelana zagrał Adam Żółtowski, zaś Ludomirem był Józef Komorowski. Z kolei Leontyna Żuczkowska Halpertowa usiłowała włączyć do repertuaru tragedie, które grywane były jeszcze przed 1831 rokiem. W związku z tym we wrześniu 1845 roku warszawska publiczność ujrzała na deskach Teatru Wielkiego część czwartego aktu Horacjuszów Corneille'a. Jeszcze wcześniej rozpoczęto przygotowania do wystawienia Dziewicy Orleańskiej Friedricha Schillera (1759-1805), które zakończyły się pokazaniem jej na deskach teatru w grudniu 1845 roku.

Aktorzy, którzy byli przyzwyczajeni do gry w melodramatach niestety nie byli w stanie sprostać swym rolom. Krytykowi teatralnemu Antoniemu Lesznowskiemu w zasadzie spodobał się jedynie Józef Rychter wcielający się w postać Talbota. Po tym niepowodzeniu jeszcze kilkakrotnie wznawiano Dziewicę Orleańską, lecz Leontyna Żuczkowska Halpertowa zmuszona była pożegnać się ze swoimi ambitnymi planami. „Epoka gwiazd” jeszcze tylko pognębiła i tak już poważny kryzys repertuarowy. Wielokrotnie przez szereg lat pokazywano ludziom niezbyt mądre komedie, a działo się tak ponieważ grywał w nich Alojzy Żółkowski (syn). Teatrowi nie ułatwiała także zadania widownia, która bojkot teatru uznała za jeden ze sposobów ujawnienia patriotycznych uczuć w czasie walk narodowowyzwoleńczych.

Dramatyczny repertuar doskonale sprawdził się na deskach dwóch teatrów. W Teatrze Wielkim wystawiano głównie dramaty, melodramaty oraz komedie kilkuaktowe, natomiast Teatr Rozmaitości przodował w pokazywaniu utworów drobniejszych. Polegało to na tym, iż podczas jednego wieczoru wystawiano trzy mało znaczące komedyjki. Niemniej nie można było tego nazwać regułą. Bardzo często zdarzało się bowiem, że daną sztukę przenoszono z Teatru Wielkiego do Teatru Rozmaitości i na odwrót. Powodem takiego działania była oczywiście frekwencja wśród publiczności.

Eugenia Koss
pierwsza tancerka teatrów warszawskich
autor: Ignacy Gepner (1802-1867)
Portret powstał w 1839 roku. 
Balet warszawski

Balet warszawski w momencie otwarcia po zakończeniu Powstania Listopadowego raczej nie mógł być nazywany „dobrym”. Niemniej sytuacja ta zmieniła się dość szybko. Na czele zespołu stanął Maurice Pion (1801-1869). Swoją funkcję pełnił do 1843 roku. W tym czasie zreformował balet od podstaw, czyli od szkolnictwa. Już po kilku latach przyniosło to oczekiwane efekty. Napływ zdolnej młodzieży sprawił, że warszawski balet romantyczny stał się w latach 40. XIX wieku jednym z czołowych w Europie. Po roku 1843 dyrekcję baletu przejął na dziesięć lat Filippo Taglioni. Z kolei od 1853 roku kierowanie zespołem przypadło Romanowi Turczynowiczowi (1813-1882). Był on reżyserem przedstawień baletowych. Przez rok w latach 1856-1857 dyrektorem baletu był Carlo Blasis (1797-1878), który uchodził za doskonałego włoskiego baletmistrza. Na pierwszy plan w zespole żeńskim wybijały się takie tancerki, jak Karolina Wendt (?), Eugenia Koss (?), Konstancja z Damsów Turczynowiczowa (1818-1880), czy też Teodora Gwozdecka (?). Wśród mężczyzn wybitnymi talentami w dziedzinie baletu byli: Aleksander Tarnowski (1822-1882) i jego brat Antoni (1822-1887), Feliks Krzesiński (1823-1905) oraz Roman Turczynowicz. Niemałym artystycznym przeżyciem dla stolicy stawały się gościnne występy Marii Taglioni (1804-1884), która kilkakrotnie pojawiła się w Warszawie w latach 1838-1844. Sukces wystawianych baletów to na pewno zasługa doskonale przygotowanej oprawy scenicznej, której wykonanie zlecono świetnym artystom: Antoniemu Sacchettiemu (1790-1870) i Józefowi Hilaremu Głowackiemu (1789-1858), którzy byli odpowiedzialni za przygotowanie również scenografii zarówno w teatrze operowym, jak i dramatycznym, gdzie także bardzo chwalono ich pracę.

Opera warszawska

Za czasów prezesury Józefa Rautenstmucha raczej źle działo się w operze, choć podobnie jak teatr dramatyczny, dysponowała ona doskonałym zespołem, w którym na pierwszy plan wysuwały się takie postacie, jak tenor Julian Dobrski (1812-1886), sopranistka Paulina Rivoli (1823-1881), czy też śpiewaczka operowa Ludwika Rywacka z Mrozowiczów (1817-1858). W 1842 roku pojawił się z kolei doskonały bas Wilhelm Troschel (1823-1887). Na przestrzeni wielu lat wystawiono ledwo kilka oper autorstwa obcych kompozytorów. I tak na przykład w dniu 16 grudnia 1837 roku był to Robert Diabeł Giacomo Meyerbeera (1791-1864); w styczniu 1839 – Napój miłosny autorstwa Domenico Gaetano Marii Donizettiego (1797-1848); natomiast w czerwcu 1840 roku publiczności warszawskiej zaprezentowano Lunatyczkę Vincenzo Belliniego (1801-1835). Rodzimą twórczość na tym polu reprezentowała tylko jedna pozycja, a była to opera komiczna Józefa Brzowskiego (ok. 1805-1888) zatytułowana Hrabia Weseliński. Było to 24 listopada 1833 roku.

Tak sytuacja przedstawiała się do momentu, gdy dyrektorem opery był Karol Kurpiński (1785-1857), czyli do 1840 roku. Zupełnie inna rzecz miała miejsce w chwili, kiedy rządy nad operą przejęli Tomasz Napoleon Nidecki (1807-1852) i Jan Quattrini (1822-1893). W latach ich wspólnej działalności wystawiono szereg nowych dzieł, natomiast w dniu 12 września 1846 roku ukazał się na warszawskiej scenie pierwszy utwór Stanisława Moniuszki (1819-1872) zatytułowany Loteria. Z kolei w dniu 1 stycznia 1858 roku pokazano Halkę. Chociaż sytuacja w warszawskiej operze uległa poprawie, to jednak pomimo wszystko wciąż czuło się żal do jej kierownictwa. Wytykano mu bowiem zbyt mocne popieranie twórczości obcej. W 1858 roku funkcję dyrektora opery objął Stanisław Moniuszko.


Fragment zapisu nutowego opery Robert Diabeł autorstwa Giacomo Meyerbeera
Dokument pochodzi z 1837 roku.


Na koniec trzeba dodać, że Ignacy Abramowicz osiągnął cel, jaki sobie założył. Kierował przecież naprawdę znakomitym teatrem. Zespół był wyjątkowy, opera bardzo dobra, a balet stał na najwyższym poziomie. Niestety, koniec jego rządów zbliżał się wielkimi krokami. Jedna z manifestacji politycznych, które rozgorzały jeszcze na długo zanim wybuchło Powstanie Styczniowe, miała miejsce właśnie na dziedzińcu teatralnym tuż pod oknami gabinetu prezesa-oberpolicmajstra. A zatem w dniu 19 marca 1861 roku pułkownik Aleksander Hauke (1814-1868) przejął funkcję Prezesa Dyrekcji Teatrów Rządowych. Tak więc już na początku kwietnia teatry warszawskie zostały zamknięte na okres kilku miesięcy, aczkolwiek nie miało to zbyt dużego znaczenia dla polskiego społeczeństwa, ponieważ w czasach narodowej żałoby i tak nikt nie odwiedzałby tych miejsc.









wtorek, 18 sierpnia 2015

63 dni heroicznej walki # 3





















3 października, po 63 dniach ciągłych walk,
martwa cisza zapanowała nad ruinami Warszawy.

Tadeusz „Bór” Komorowski




Tadeusz „Bór” Komorowski wciąż domagał się zrzutów lotniczych, lecz w głębi duszy przestał już wierzyć, by Powstańcy je otrzymali. Artyleria i lotnictwo zniszczyły większość składów żywnościowych. Od 2 września brakowało chleba. Stan amunicji był katastrofalny – kilkadziesiąt nabojów na jednego żołnierza, to wszystko, czym dysponowała strona polska. Nieco więcej było jedynie granatów, dzięki własnej produkcji. W dniu 4 września została zniszczona elektrownia, która była bohatersko broniona i przez czterdzieści pięć dni utrzymywana w ruchu pod ogniem wroga. Niestety, ostatecznie została doszczętnie zburzona. Fakt ten oznaczał, że Powstańcy stracili radiowy kontakt ze światem, zaś warsztaty przestały pracować. Dopiero kilka dni później uruchomiono awaryjne zasilanie, które umożliwiło wznowienie pracy radiostacji oraz produkcję amunicji, lecz było to na skalę dużo mniejszą, aniżeli poprzednio. Cierpienia ludzi prawie osiągnęły kres wytrzymałości. W piwnicach, gdzie leżeli ranni i chorzy, jak również chronili się mieszkańcy, zapanowała ciemność. Niemniej morale nadal było wysokie, ale stres i ogromne wyczerpanie, a także głód nikogo nie oszczędzały.

W dniach 4 i 5 września Powiśle zostało poddane gwałtownemu bombardowaniu. Mieszkańcy przechodzili identyczne piekło, jakiego wcześniej doświadczyło Stare Miasto. O świcie nastąpiło koncentryczne natarcie sił niemieckich na dzielnicę. Przed linią nacierającej piechoty Niemcy gnali tłum kobiet i dzieci zagarniętych na Starówce. Zdezorientowani obrońcy wstrzymali ogień. Niemcy tylko na to czekali, aby wedrzeć się w pozycje wraz z tłumem kobiet i dzieci. Powstańcy stracili Powiśle, lecz nadal utrzymywali się w centrum miasta. Dnia 10 września Tadeusz Komorowski usłyszał dźwięk, na który czekał przez czterdzieści jeden dni. Otóż, po drugiej stronie Wisły odezwała się potężnym głosem artyleria, a nad miastem ukazały się sowieckie samoloty. W serca żołnierzy i ludności cywilnej ponownie wstąpiła nadzieja. Powstańcy noc spędzili w sztabie, słuchając w napięciu, czy nawała ogniowa trwa nadal. Podniecenie stale rosło. Nie ulegało więc wątpliwości, że właśnie zaczynało się sowieckie natarcie na Pragę.

W tej sytuacji Tadeusz „Bór” Komorowski wysłał przez Londyn depeszę do marszałka Konstantego Rokossowskiego (1896-1968), natomiast „Monter” miał przygotować specjalne patrole, które mogłyby zostać przerzucone na drugą stronę Wisły celem nawiązania bezpośredniej łączności. Chociaż ogień artylerii oraz działania lotnicze Niemców znacznie osłabły, to jednak z drugiej strony wzmógł się nacisk ich czołgów i piechoty na Czerniaków, Mokotów i Żoliborz. Tadeusz Komorowski widział groźbę złamania polskiego oporu w chwili, gdy osiągnięcie celu było na wyciągnięcie ręki. Mogła zatem nastąpić katastrofa tuż przed nadejściem odsieczy. Te sektory miały być radzieckimi przyczółkami i dlatego Powstańcy musieli je utrzymywać za wszelką cenę, zanim Sowieci zajmą Pragę. Resztki amunicji i grantów wysłano zatem na Czerniaków. Tam też wysłane zostały najlepsze oddziały „Radosława”. Wydawało się więc, że ofensywa czyni postępy. W nocy z 13 na 14 września samoloty rosyjskie dokonały zrzutu amerykańskich konserw i amunicji. Całość dostała się w ręce Powstańców, lecz większa część uległa uszkodzeniu podczas zetknięcia z ziemią, ponieważ rzucano w workach bez spadochronów. Tej samej nocy Niemcy zrzucili w miejscach, w których płonęły ognie sygnałowe worki z sucharami zatrutymi arszenikiem…


Pogrzeb poległego Powstańca na podwórzu gmachu Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej przy ulicy Lwowskiej.

Prawie każdej nocy sowieckie samoloty zrzucały broń, amunicję oraz żywność. Niestety, broń zrzucana bez spadochronów była zniszczona. W dodatku, zamiast w amunicję niemiecką, o którą prosili Powstańcy, zaopatrywano ich w rosyjską, która w większości przypadków była bezużyteczna. Rosjanie zdobyli Pragę, a po drugiej stronie Wisły stała dywizja „berlingowców”. W nocy z 14 na 15 września na Czerniakowie wylądował jej oddział w sile dwóch kompanii, zaś 18 września była to reszta batalionu – razem około pięciuset ludzi. Batalion posiadał radiostację i był doskonale uzbrojony, zwłaszcza w karabiny przeciwpancerne i „pepeszki”, ale żołnierze-rekruci przymusowo zmobilizowani na zajętych przez Rosjan ziemiach polskich, byli prawie nieprzeszkoleni i niezaprawieni w walce. Rzuceni do bitwy wymagającej największego wysiłku żołnierskiego, wykazywali małą wartość bojową. 

Załoga rozpaczliwie broniła przyczółka, lecz jej opór został złamany. Utrata tej nadwiślańskiej reduty, utrzymywanej kosztem olbrzymich ofiar, przekreśliła nadzieję na skuteczną pomoc sowiecką. Rosjanie nie czynili żadnych wysiłków, aby przekroczyć rzekę silnym oddziałem. Jedynym wnioskiem z tego, że Rosjanie pozwolili Niemcom zlikwidować przyczółek czerniakowski, było to, że nie mieli oni zamiaru w tym czasie przekraczać linii Wisły. W dniu, kiedy padł Czerniaków, pomoc została wstrzymana. Tak więc operacja na sowieckim froncie zamierała, natomiast cisza była tylko przerywana sporadycznie przez artylerię. W tym czasie sytuacja żywnościowa była fatalna. W Śródmieściu ostatnim źródłem zaopatrzenia były magazyny pszenicy i jęczmienia w browarach Haberbusch i Schiele, dzięki czemu jedna osoba otrzymywała garstkę ziarna na dzień. Niemniej, w dniu 20 września i te rezerwy się wyczerpały. W mieście zjedzono już nawet wszystkie konie, teraz przyszła więc kolej na psy, koty i gołębie. Z kolei brak wody nawet dla rannych i chorych jeszcze tylko pogarszał tragiczne położenie Powstańców. Długie kolejki ludzi stojących przy nielicznych studniach, na dnie których można było zaczerpnąć nieco wody, były narażone na ogień granatników. Lekarze operowali bez znieczulenia.


Pałac Saski w Warszawie wysadzony w powietrze przez Niemców w grudniu 1944 roku. 

Otrzymawszy wiadomość o upadku Mokotowa, Tadeusz „Bór” Komorowski zwołał w dniu 28 września wieczorem naradę starszych oficerów sztabu. Przedstawił sytuację oraz bezowocne starania nawiązania łączności z dowództwem sowieckim. Wszyscy biorący udział w spotkaniu zgodzili się, że sytuacja Powstańców jest beznadziejna, lecz mimo to zdecydowano się wysłać ostatnią depeszę do marszałka Konstantego Rokossowskiego. Odpowiedzi nie doczekano się nigdy. Tymczasem Niemcy rozpoczęli ofensywę na Żoliborz. Polska strona czekała przez całą noc. Następnego dnia, kiedy Tadeusz Komorowski pogodził się już z tym, że marszałek Konstanty Rokossowski nigdy nie przyśle odpowiedzi, rozkazał przerwać ogień i walkę na Żoliborzu. W dniu 29 września wysłał parlamentariuszy do dowództwa niemieckiego. Mieli oni określić warunki kapitulacji oraz gwarancje praw kombatantów dla żołnierzy. Z kolei w dniu 2 października o godzinie 20.00 zostały one podpisane. Po raz drugi w tej wojnie Warszawa musiała ulec przewadze wroga. Na początku i pod koniec okupacji hitlerowskiej stolica Polski walczyła sama, lecz warunki walki w 1939 roku były zupełnie inne, niż te w 1944 roku. Pięć lat wcześniej Niemcy stały u szczytu swej potęgi, natomiast słabość sprzymierzonych uniemożliwiła danie pomocy Warszawie. W roku 1944 sytuacja była zgoła odwrotna. To Niemcy chyliły się już ku upadkowi, a Polacy mieli gorzkie przeświadczenie, że upadek Warszawy będzie prawdopodobnie ostatnim zwycięstwem nad sprzymierzonymi.

W dniu 3 października we wczesnych godzinach rannych martwa cisza zapanowała nad ruinami miasta. Po sześćdziesięciu trzech dniach bezustannych walk ta cisza złowrogo dzwoniła w uszach. Olbrzymia fala wymizerowanych i głodnych ludzi ruszyła z piwnic oraz schronów w kierunku wyjściowych barykad. Kobiety, dzieci i starcy dźwigali ze sobą resztki ocalałego dobytku. Zaczęła się zatem tragiczna wędrówka kilkuset tysięcy ludzi w nieznane. Powstańcy wiedzieli jedynie, że Niemcy kierują ich i ocalałą cudem ludność do obozu w Pruszkowie. Jeszcze 2 października o godzinie 8.00 polska delegacja przybyła na niemiecką barykadę pod politechniką, skąd przewieziono ją do kwatery generała Ericha von dem Bacha-Zalewskiego (1899-1972), która znajdowała się w majątku Ożarów około dziesięciu kilometrów na zachód od Warszawy. Przeczytawszy list Tadeusza Komorowskiego, w którym ten upoważnił delegację do przeprowadzenia rokowań i podpisania umowy o zawieszeniu broni, niemiecki generał uroczyście powstał ze swojego miejsca i oświadczył, że nie potrafi ukryć radości z powodu decyzji Komorowskiego dotyczącej zaprzestania walk. Po tymże oświadczeniu uczestnicy zebrania usiedli i wtedy przystąpiono do rozpatrywania warunków umowy.


Spotkanie Tadeusza Komorowskiego z niemieckim oficerem Erichem von dem Bachem-Zalewskim po kapitulacji Warszawy (4. X. 1944).

Wyłoniła się zasadnicza trudność. Otóż, generał Erich von dem Bach-Zalewski zażądał natychmiastowego wprowadzenia niemieckich wojsk do dzielnic Warszawy, które zajęte były przez oddziały Armii Krajowej. Dowództwo niemieckie chciało mieć bowiem rękojmię, iż Polacy nie przerwą rokowań w wypadku, gdyby nagle nastąpiło uderzenie ze strony Sowietów. Niemniej delegacja polska odrzuciła to żądanie, ponieważ obecność oddziałów polskich i niemieckich na tym samym terenie niechybnie doprowadziłaby do starć zbrojnych. Po uzgodnieniu sprawy z Tadeuszem Komorowskim, ustalone zostało, że na znak, iż rozmowy nie będą przerwane, jeszcze tego samego dnia zostanie rozebrana jedna barykada u wylotu ulicy Śniadeckich przed politechniką. Przewodniczący polskiej delegacji pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki ps. „Heller” (1897-1984) oświadczył, że posiada przygotowany projekt umowy. W tej sytuacji Niemcy zgodzili się oprzeć dyskusję na tym projekcie i z niewielkimi zmianami został on przez obydwie strony zaakceptowany. Tego samego popołudnia polscy delegaci wraz z niemieckimi oficerami spisali ostateczny tekst porozumienia.

Po podpisaniu układu kapitulacyjnego generał Erich von dem Bach-Zalewski przysłał Tadeuszowi Komorowskiemu zaproszenie do złożenia mu wizyty celem omówienia dodatkowych zarządzeń związanych z umową kapitulacyjną. Tadeusz Komorowski zgodził się odwiedzić Niemca w dniu 4 października w południe. Tak więc wkrótce po godzinie 11.00 Komorowski wyruszył na spotkanie w towarzystwie adiutanta i tłumacza. Wraz z oficerami wszedł do pomieszczenia, gdzie miało się ono odbyć. Generał Erich von dem Bach-Zalewski – człowiek w typie pruskiego junkra – zachowywał się z pewnością siebie i ogromną butą, które próbował ukryć wyszukaną uprzejmością. Mówił głośno i dobitnie. Rozmowę rozpoczął od komplementów i słów uznania dla waleczności oraz odwagi obrońców Warszawy. Wyraził też współczucie z powodu losu, jaki spotkał Polaków. Podkreślił, iż w pełni zdaje sobie sprawę z rozgoryczenia, jakie Powstańcy i ludność cywilna Warszawy muszą żywić wobec Rosji, a także swoich zachodnich sprzymierzeńców. Nie wątpił, że po ostatnich doświadczeniach Polacy nie będą mieć żadnych złudzeń względem wrogich zamiarów Sowietów w stosunku do Polski. Teraz Niemcy i Polacy mają tego samego wroga, czyli komunistycznych barbarzyńców ze wschodu. Obydwa narody powinny zatem zaprzestać waśni i rozważyć wspólną obronę.

Odpowiedź Tadeusza Komorowskiego była krótka. Wyjaśnił, że kapitulacja w niczym nie zmienia stosunku Polski do Niemiec, z którymi od dnia 1 września 1939 roku jest w stanie wojny. Jakiekolwiek są polskie odczucia wobec Rosji, pojęcie wspólnego wroga dla Komorowskiego nie istniało, ponieważ wrogiem Polski nadal byli Niemcy. Generał Erich von dem Bach-Zalewski nie dał jednak za wygraną. Przyznał, że Niemcy popełnili względem Polaków szereg fatalnych błędów. Aczkolwiek uważał, że jest jeszcze czas, aby te błędy naprawić i we wspólnym interesie leży współdziałanie przeciw Sowietom. W odpowiedzi Tadeusz „Bór” Komorowski zaproponował, aby przedyskutować kwestie, które miały stanowić cel jego wizyty. Chodziło bowiem o sprawę ewakuacji ludności cywilnej. Na to jego rozmówca odpowiedział, że przygotował dla niego willę, przed którą byłby ustawiony jedynie honorowy posterunek i w której Komorowski mógłby odpocząć „po trudach walki”. Chciał, aby polski generał wraz z nim czuwał nad ewakuacją osób cywilnych z miasta. Na tę propozycję Tadeusz Komorowski również udzielił odmownej odpowiedzi. Powiedział, że Polska lojalnie wypełniała swoje zobowiązania wobec sprzymierzeńców przez pięć lat i nie będzie ich łamać w ostatniej chwili przed zwycięstwem. Na te słowa Erich von dem Bach-Zalewski rzekł: „Ależ, panie generale, pan i pańscy rodacy jesteście w błędzie. Niedaleka przyszłość przyniesie niespodzianki, o jakich nikomu się nie śniło. Zwycięstwo Niemiec jest zupełnie pewne.” Wtedy Tadeusz „Bór” Komorowski odparł, że jego pogląd w tej sprawie jest zgoła odmienny. Uważał bowiem, że myśl, iż Niemcy skapitulują wkrótce po kapitulacji Warszawy dodaje mu wiele otuchy. Wreszcie rozmowa się zakończyła, natomiast pożegnanie było o wiele chłodniejsze, niż powitanie.


Tadeusz Bór-Komorowski w drodze do niemieckiej niewoli (5. X. 1944).

Wieczorem stacja nadawcza Armii Krajowej „Błyskawica” nadała ostatnią audycję. Spiker łamiącym się ze wzruszenia głosem oznajmił: „Byliśmy wolni przez dwa miesiące, dziś znowu idziemy do niewoli. Ale Niemcy nigdy nie zdobędą Warszawy. Warszawa nie istnieje.” Wtedy też ekipa radiostacji własnoręcznie zniszczyła aparaturę. Wymarsz Armii Krajowej zaplanowano na 9.45. Ostatnie godziny dla wszystkich żołnierzy były bardzo ciężkie. Niezwykle trudno było rozstać się z tym ostatnim skrawkiem miasta, w którym żyli przez sześćdziesiąt trzy dni jako ludzie wolni i gdzie pozostało pod ruinami tak wielu towarzyszy z czasów konspiracji. Niemniej musieli już ruszać. Tuż przed wymarszem Tadeusz „Bór” Komorowski zaintonował polski hymn państwowy: Jeszcze Polska nie zginęła… Podchwyciły go zarówno oddziały, jak i tłumy stojącej obok ludności cywilnej. Gdy przebrzmiały ostatnie słowa hymnu, padła komenda: „Na prawo, patrz!”. Stojący obok barykady kapelan pobłogosławił Przenajświętszym Sakramentem wymaszerowujące w nieznane oddziały powstańcze.


Zniszczona Warszawa 
Styczeń 1945


Z meldunku do Prezydenta Rzeczypospolitej

Melduję, że w wykonaniu umowy kapitulacyjnej, którą zawarłem dnia 2 bm., wojsko walczące w Warszawie składa broń w dniu dzisiejszym i jutrzejszym. Jest zupełną niemożliwością, abym nie odszedł do niewoli… Oddaję się z wojskiem w ręce Niemców jutro, dnia 5 bm. przed południem. Opuszczenie obozu jeńców może nastąpić tylko w drodze ucieczki, do czego, zgodnie z życzeniem Pana Prezydenta, dążyć będę bezwzględnie, niezależnie od osobistego ryzyka i trudów. Postawa naszego wojska bez zarzutu. Wzbudza podziw wroga.

W podpisie:
Komorowski-Bór, gen. dyw.





_________________________________

Tekst powstał w oparciu o następującą publikację:






Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2009





Generał dywizji Tadeusz „Bór” Komorowski był dowódcą Armii Krajowej od lipca 1943 roku aż do chwili upadku Powstania Warszawskiego, jeńcem oflagów niemieckich od października 1944 do 5 maja 1945 roku. Uwolniony przez aliantów z obozu w Markt Pongau w Tyrolu udał się do Londynu. Tam podjął obowiązki Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Po rozwiązaniu przez Anglików regularnych formacji Wojska Polskiego na Zachodzie stanął na czele Rządu RP na uchodźstwie jako premier i funkcję tę pełnił od 21 lipca 1947 roku do 7 kwietnia 1949 roku. Niniejsza książka została napisana w roku 1945 i była przeznaczona dla czytelników obcych, których zapoznać miała z dziejami polskiego podziemia i udziałem Polski we wspólnym wysiłku wojennym Sprzymierzonych. W wydaniu polskim autor poprawił wiele nieścisłości, uzupełnił informacje, korzystając z materiałów Studium Polski Podziemnej, a zwłaszcza opracowań, które stały się podstawą dzieła zbiorowego „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”.








wtorek, 4 sierpnia 2015

63 dni heroicznej walki # 2






















Przede mną leżały gruzy czegoś, co kiedyś
było miastem – 600 lat historii Warszawy…

Tadeusz „Bór” Komorowski





W dniu 2 sierpnia 1944 roku Tadeusz „Bór” Komorowski we wczesnych godzinach porannych otrzymał pierwsze wiadomości z miasta. Generalnie Niemcy byli zaskoczeni powstańczym zrywem Polaków. Już w dniu następnym sztab Komorowskiego był w stanie odtworzyć dość dokładnie obraz sytuacji. Armia Krajowa utrzymywała dwie trzecie miasta. W Śródmieściu Niemcy trzymali się jeszcze w poszczególnych gniazdach oporu, a Powstańcy byli wciąż w natarciu. Rankiem 3 sierpnia Niemcy kontratakowali na Woli, próbując w ten sposób otworzyć sobie drogę przez Warszawę. Oddział czołgów ruszył, pomimo twardego oporu ze strony Powstańców, i znalazł się kilkaset metrów od polskiej kwatery w fabryce Kammlera. Batalion Kedywu, odpowiadając na atak, unieruchomił dwa czołgi. Jeden z nich miał porwaną gąsienicę zaś drugi jedynie dziurę w pancerzu od „filipinek”; poza tym wydawał się w porządku.

Dowódca Kedywu, Jan Mazurkiewicz ps. „Radosław”, zestawił załogi, lecz nawet czołg, który pierwotnie wydawał się zdolny do użytku, miał jakieś uszkodzenie. Na szczęście z pobliskiego domu przyszedł starszy człowiek w kombinezonie zasmarowanym oliwą. Panie – zwrócił się do oficera – ja się na tym coś niecoś znam. Niech mi pan pozwoli dokładnie obejrzeć. Do ostatniej roboty reperowałem ich czołgi, to może teraz uda się pomóc naszemu! Nie było narzędzi z wyjątkiem tych, które znajdowały się w czołgowej skrzynce. Tak więc cała robota musiała odbywać się pod ogniem wroga, ale samego robotnika, jak gdyby w ogóle to nie interesowało. Zakasał rękawy i po prostu pracował, zaś entuzjazm obserwującej ten wyczyn załogi wciąż rósł. Po jakiejś godzinie silnik zaczął pracować. Robotnik słuchał tego dźwięku uchem mistrza, natomiast rękami czarnymi od oleju ocierał pot z twarzy. Twarz miał pomarszczoną, lecz jakby w tym momencie bardziej śmiejącą się każdą zmarszczką. Patrzcie – zwrócił się do Tadeusza Komorowskiego – a com się przez dwa dni naprosił, żeby mnie wzięli. Nie chcieli. Mówili, żem za stary do wojny. No, a teraz? Stary ma swój użytek. Tadeusz „Bór” Komorowski docenił wysiłek i poświęcenie tego człowieka, więc tam, gdzie stali, obok naprawianego czołgu i pod ogniem wroga, nadał mu Srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami. Majster Jan Lumieński był mechanikiem warsztatowym, dzięki któremu pierwszy polski czołg pod polską flagą ruszył do akcji, a on sam otrzymał pierwsze odznaczenie nadane w Powstaniu.


Żołnierze Batalionu Zośka. Okolice włazu kanałowego przy ulicy Wareckiej.


Wola była szczególnie trudna do obrony. Sąsiadowała bowiem z ruinami getta i miała odsłoniętych wiele przestrzeni, jak na przykład cmentarze. Na Plac Kercelego wdarło się sześć czołgów niemieckich. Było to bardzo blisko kwatery, gdzie przebywał sztab generała Komorowskiego. W ciężkich walkach polskie oddziały wycofały się z rejonu cmentarzy. To posunięcie sytuowało sztab na linii frontu. Tadeusz „Bór” Komorowski dał rozkaz do wyruszenia na Stare Miasto. Ich nowa kwatera znajdowała się w części szkoły, którą Niemcy zamienili na szpital. Stare Miasto ze swymi ciasnymi ulicami, z gęsto skupionymi starymi kamienicami i kościołami, bronione było przez kilka bastionów: od strony Wisły przez gmach Wytwórni Papierów Wartościowych, przez Ratusz – od strony Śródmieścia, a dalej przez Bank Polski na ulicy Bielańskiej i Pasaż Simonsa.

Pierwszym oficerem, który w nowym miejscu zameldował się u Komorowskiego był pułkownik Karol Jan Ziemski ps. „Wachnowski” (1895-1974). Wtedy Antoni Chruściel ps. „Monter” (1895-1960) wyznaczył go na dowódcę grupy Warszawa-Północ. Zdaniem „Wachnowskiego” sytuacja była niezwykle poważna. Napływ uciekinierów oraz rozbitych oddziałów z Woli powodował duże zamieszanie. W tej sytuacji starano się utrzymać jako taki porządek. Uchodźcy otrzymywali jedzenie i pomoc medyczną, ale coraz bardziej we znaki dawał się brak amunicji. Znacznie zmienił się charakter walk. W zaciętych bojach, w których Niemców wspierało lotnictwo – „Stukasy” – nurkujące bombowce, artyleria i czołgi, przy równoczesnym systematycznym wypalaniu domów, nieprzyjaciel zdołał przebić się z Woli do Ogrodu Saskiego, gdzie połączył się ze swymi oddziałami w okolicy Placu Piłsudskiego. Wyrąbywali oni drogę dynamitem, wyburzając domy i ściany. Okna i otwory w ścianach zamurowano, aby polscy snajperzy nie mogli strzelać z boku. Z kolei całą drogę patrolowały ciężkie czołgi.

Pułkownik Antoni Chruściel (pośrodku w furażerce) wraz z oficerami Biura Informcji
i Propagandy Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej Armii Krajowej (BIP KG ZWZ AK).
Zdjęcie zostało wykonane niedaleko Poczty Głównej przy Placu Napoleona


Kiedy jeszcze Niemcy zdołali uzyskać połączenie z Pragą przez most Kierbedzia, Stare Miasto zostało już całkowicie odcięte. Wtedy „Monter” wysłał Komorowskiemu wiadomość przez Londyn. I wówczas pionierskiego przejścia kanałami dokonała kurierka pułkownika „Montera”, która szła osiemnaście godzin. Charakterystycznym sposobem prowadzenia ulicznych walk była działalność gołębiarzy, czyli innymi słowy strzelców wyborowych. Przekradali się oni na teren wroga, a tam zajmowali miejsca na dachach i poddaszach, aby stamtąd nękać przeciwnika. W zwalczaniu niemieckich gołębiarzy udział brali polscy murarze, którzy doskonale znali konstrukcję domów i dachów. Z kolei Niemcy zaczęli używać „Goliatów”, czyli miniaturowych czołgów wyładowanych materiałem wybuchowym i kierowanych elektrycznie za pomocą kabla. Jeden czołg – przeważnie „Tygrys” – kontrolował trzy-cztery tego typu działania. W momencie, gdy napotykał barykady, „Goliat” wybuchał z przerażającą siłą. Polscy żołnierze bardzo szybko odkryli, że można unieszkodliwić tego robota, gdyż odpowiednio rzucony granat mógł przeciąć kabel, a ładunek wybuchowy stawał się bardzo cenną zdobyczą.

W dniu 11 sierpnia w samo południe Tadeusza Komorowskiego przyciągnął do okna dobiegający z ulicy odgłos jadącego opancerzonego wozu amunicyjnego, któremu towarzyszyła głośna wrzawa. Był to niemiecki wóz z polską flagą. Komorowski pomyślał wówczas z satysfakcją: Złapaliśmy jeszcze jeden czołg. Wszyscy skupili się wokół pojazdu, który sprawnie przejechał przez barykadę przy okrzyku tłumu dzieci i kobiet, a potem zawrócił i stanął w poprzek jezdni. W tej samej chwili generała oślepił niesamowity błysk i słup ognia, spowity zwałami dymu i kurzu. Podmuch był tak potężny, że rzucił go na podłogę przy przeciwległej ścianie. W końcu dym i kurz z wolna zaczynał opadać, odsłaniając straszliwe skutki wybuchu. Po żołnierzach, którzy stanowili jeszcze nie tak dawno załogę wozu nie pozostał już żaden ślad. Dookoła leżały poszarpane ciała kilkudziesięciu osób, a trupy wyrzuciło na dachy pobliskich domów. Okazało się bowiem, że Niemcy wypełnili wóz pancerny materiałem wybuchowym z zapalnikiem czasowym i celowo porzucili go w pobliżu powstańczych stanowisk.

Na zakończenie audycji BBC nadało w języku polskim melodię Czerwony pas, która była hasłem uprzedzającym o zamierzonych kolejnych zrzutach broni. Tak więc o północy nadleciały samoloty, lecz niemieckie reflektory natychmiast zaczęły przebiegać po niebie. Artyleria przeciwlotnicza i ciężkie karabiny maszynowe otworzyły ogień. Piętnaście kobiet-milicjantek zapaliło latarki i uformowało krzyż świetlny. Samoloty zeszły tuż nad domy i zrzuciły kontenery, a głośne krzyki radości witały nadlatujących. Ludzie patrzyli bezsilnie, jak jeden z samolotów zaczął nagle płonąć i w końcu eksplodował nad Wisłą. Na Placu Trzech Krzyży zasobnik wylądował na kopule kościoła świętego Aleksandra, blisko gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego, gdzie mieściło się gniazdo niemieckiego oporu. Na dach wdrapało się czterech ludzi, ale seria oddana z karabinu maszynowego dosięgła ich i zmiotła. Z kolei nowi ochotnicy wdrapali się do środka kopuły. Wyrąbali w niej otwór i tą drogą zasobnik dostał się wreszcie w polskie ręce.

Z czterech polskich radiostacji, które znajdowały się na Starym Mieście pozostała czynna tylko jedna, która i tak ciągle się psuła. Zachodziła więc obawa, że i ona może całkiem zamilknąć. Przerwanie łączności radiowej, dzięki której Komorowski miał zapewnioną możliwość dowodzenia, pociągnęłoby za sobą bardzo poważne konsekwencje. Radio nie tylko pomagało wypełniać obowiązki, ale było również polską nadzieją na nawiązanie kontaktu z Sowietami. Tadeusz Komorowski zdecydował się przenieść sztab do Śródmieścia. Wieczorem generał wszedł na piętro, aby po raz ostatni spojrzeć na Starówkę. Przed nim leżało Stare Miasto, albo raczej gruzy tego, co kiedyś było miastem. Szkielety wypalonych domów, kikuty kominów. Sześćset lat historii Warszawy leżało w gruzach. Sztab wyruszył o 23.00. Właz do kanału na Placu Krasińskich, odległy o dwieście metrów od stanowisk wroga, był pod stałym ogniem granatników i ckm-ów. Można się tam było dostać tylko pojedynczo. Gryzący odór przyprawiał o mdłości. Prąd ścieków był tak silny, że stojąc na półokrągłym dnie trudno było utrzymać równowagę. Polacy mieli do przebycia około dwóch kilometrów, co nie powinno trwać dłużej niż sześć godzin.


Żołnierze niemieccy przewożą minę Goliat ulicą Powązkowską na specjalnym wózku.
Sierpień 1944


Po wyjściu z kanału każdy z radością zaciągał się świeżym powietrzem, które w pierwszej chwili wręcz odurzało. Sztab Komorowskiego otoczyli inni polscy żołnierze, którzy zadawali szereg pytań: Czy Bonifraterska ocalała? Czy taki a taki dom na Długiej stoi? Pytania te nikogo nie dziwiły, ponieważ rodziny i domy tych żołnierzy znajdowały się na Starym Mieście. Komorowski odnosił wrażenie, że jest w zupełnie innym mieście. Domy stały tu nienaruszone, a większość miała szyby w oknach. Wydawało się, że Śródmieście przeżywa okres błogiego spokoju. Do sztabu „Montera” można było iść normalnie chodnikiem. „Monter” był jednak bardziej zmartwiony sytuacją wewnętrzną niż położeniem na linii frontu. Niemcy zniszczyli niemalże wszystkie piekarnie. Tak więc zapas chleba mógł w najlepszym wypadku starczyć do ósmego września. Inna żywność też była na wyczerpaniu. Śmiertelność wśród niemowląt i dzieci gwałtownie wzrastała z powodu niedożywienia matek karmiących oraz braku mleka. Z kolei niedobór wody uniemożliwiał gaszenie pożarów i groził wybuchem epidemii. W schronach już zaczęła szerzyć się czerwonka.

Wiadomość o sowieckiej odmowie udzielenia baz lotniczych wielkiej wyprawie amerykańskiej wywołała silne przygnębienie, graniczące z upadkiem ducha Powstania. Wieści zza Wisły nie były pocieszające, ponieważ mówiły o całkowitym spokoju. W polskim sztabie podjęto zatem decyzję, aby uratować obrońców, rannych oraz ludność cywilną, skoro utrzymanie Starówki już nie leżało w granicach naszych możliwości. Wieczorem do sztabu przyszedł „Monter” z opracowanym szczegółowo planem przebicia się załogi Starówki. Wraz z wycofującymi się górą i kanałami oddziałami przeszło do Śródmieścia około pięciuset cywilów oraz ponad stu jeńców niemieckich. Rozpoczęta 1 września o 20.00 ewakuacja zasadniczo trwała do 9.00 rano następnego dnia, lecz ostatni żołnierze straży tylnej zeszli do włazu jeszcze później. W sumie było to tysiące ludzi.

W tym dniu Niemcy, jak zawsze, poprzedzili natarcie bombardowaniem lotniczym, które rozpoczęło się z samego rana. Nie przypuszczali jednak, że polskie pozycje są już bronione. Gdy w południe po czołgach ruszyła do natarcia piechota, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu spostrzegli, że obrońców już nie ma. W ten sposób siły, które miały 19 sierpnia opanować Stare Miasto, dopiero teraz – po czternastu dniach – wkroczyły na opustoszałe pozycje.   


♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦





Krzysztof Kamil Baczyński
Zdjęcie maturalne z 1939 roku.
Krzysztof Kamil Baczyński urodził się 22 stycznia 1921 roku, a zginął w Powstaniu Warszawskim w dniu 4 sierpnia 1944 roku. Od 1933 roku był uczniem Państwowego Gimnazjum im. Stefana Batorego, gdzie w 1939 roku uzyskał świadectwo dojrzałości. Należał do półlegalnej Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”, a od 1937 roku był w komitecie wykonawczym tejże organizacji, z kolei od 1938 roku był współredaktorem jej pisma zatytułowanego Strzały. Podczas niemieckiej okupacji mieszkał w Warszawie. Przez bardzo krótki czas uczęszczał do Miejskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Malarskich im. C.K. Norwida. Od 1940 roku publikował konspiracyjne tomiki wierszy, między innymi ukrywając się pod pseudonimem Jan Bugaj. Anonimowo publikował także w podziemnych antologiach i czasopismach, takich jak: Dzień Warszawski czy Miesięcznik Literacki. Jako poeta współpracował z referatem literackim Podwydziału Propagandy Mobilizacyjnej „Rój” Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Był też członkiem komitetu redakcyjnego wydawanego pomiędzy grudniem 1943 roku a kwietniem roku 1944 miesięcznika literacko-społecznego zatytułowanego Droga. Miesięcznik tworzony był przez grupę młodzieży akademickiej. 

Krzysztof Kamil Baczyński był także członkiem socjalistycznej organizacji Płomienie. Otrzymywał stypendia pochodzące z konspiracyjnych funduszów literackich, zaś latem 1943 roku wstąpił do Harcerskich Grup Szturmowych AK. Ukończył również turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty „Agricola”, otrzymując stopień starszego strzelca podchorążego rezerwy piechoty. Od roku 1943 należał do sekcyjnego 2. plutonu „Alek” 2. kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, natomiast od lipca tegoż roku był zastępcą dowódcy 3. plutonu 3. kompanii batalionu „Parasol”. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego Baczyński nie zdołał dotrzeć do swojego plutonu. Walczył w okolicy Placu Teatralnego, gdzie poległ. Było to w godzinach popołudniowych, najprawdopodobniej około godziny 16.00. Został śmiertelnie raniony przez niemieckiego strzelca wyborowego, który prawdopodobnie ulokowany był w gmachu Teatru Wielkiego. W Powstaniu Warszawskim w dniu 1 września 1944 roku zginęła również żona Baczyńskiego – Barbara Drapczyńska. Poeta pośmiertnie został odznaczony Medalem za Warszawę 1939-1945, a było to w 1947 roku. Odznaczono go także Krzyżem Armii Krajowej. Krzysztof Kamil Baczyński pierwotnie został pochowany na tyłach Pałacu Blanka. Po wojnie jego ciało przeniesiono na Cmentarz Wojskowy na Powązkach.


Plac Teatralny około 1925 roku. 


Twórczość Krzysztofa Kamila Baczyńskiego charakteryzuje się dużą dynamiką zmian. Obserwuje się w niej ewolucyjną postawę wobec rzeczywistości, która pociągała za sobą zmianę w repertuarze środków artystycznych. Baczyński zaczął pisać już jako uczeń gimnazjum, zaś do 1941 roku trwał jego wczesny etap twórczości. Wtedy poeta tworzył głównie pod inspiracją Jerzego Kamila Weintrauba (1916-1943), utworów Józefa Czechowicza (1903-1939) oraz wileńskich Żagarystów, a szczególnie Jerzego Zagórskiego (1907-1984) i Aleksandra Rymkiewicza (1913-1983). Na pierwszy plan oprócz typowej dla katastrofistów scenerii kosmicznej, wysuwa się w twórczości Baczyńskiego kontrast pomiędzy sielankowym obrazem z lat dzieciństwa, czyli utraconą arkadią spokoju i piękna, a katastrofą, która sprawiła, że świat obrócił się w niwecz. Niemniej, w przeciwieństwie do poetów, którzy stanowili dla niego inspirację, Baczyński był poetą spełnionej Apokalipsy.

Barbara Drapczyńska-Baczyńska
(1922-1944)
Jesienią 1941 roku w twórczości Krzysztofa Kamila Baczyńskiego zaobserwować można było swego rodzaju przemianę. Wtedy poeta doznał tak zwanego „porażenia okupacyjnego”, zaś w jego wierszach nastąpił powrót do tradycji romantycznej. Zaznaczył się także konflikt dwóch tendencji artystycznych, czyli liryki „czystej”, która charakteryzowała się daniem pierwszeństwa grze wyobraźni, oraz liryki zaangażowanej, zajmującej aktywną postawę względem aktualnych wydarzeń. Druga z tych tendencji zyskała w utworach Baczyńskiego przewagę i na czoło wysunęła rolę samego poety jako natchnionego wieszcza i tego, który budzi ludzkie sumienia. Wymowa jego wierszy pozostaje jednak wieloznaczna i płynna. Jej język jest dość mocno zmetaforyzowany, jak również pojawiają się w niej liczne słowa-klucze, symbole, czy zaskakujące połączenia motywów. Poza tym wciąż przeplatają się dwa style: wizjonersko-symboliczny, jak również intelektualno-dyskursywny.

Krzysztof Kamil Baczyński już za życia cieszył się sporym uznaniem, szczególnie wśród starszych twórców. Z kolei niezbyt przychylnie odnosili się do jego wierszy jego rówieśnicy, którzy skupieni byli wokół prawicowego pisma Sztuka i Naród. Powojenna recepcja jego poezji nierozerwalnie związała się z legendą biograficzną, na podstawie której Krzysztof Kamil Baczyński był klasycznym przedstawicielem pokolenia Kolumbów. Pomimo nielicznych krytycznych głosów, jego wiersze wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród czytelników. Szacunek budzą również u badaczy literatury, natomiast sam Baczyński uważany jest za najwybitniejszego twórcę wojennego pokolenia.


    
     Pokolenie


         Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
         Kłosy brzuch ciężki w górę uniosą
         i tylko chmury - palcom czy włosom
         podobne - suną drapieżnie w mrok.

         Ziemia owoców pełna po brzegi
         kipi sytością jak wielka misa.
         Tylko ze świerków na polu zwisa
         Głowa obcięta strasząc jak krzyk.

         Kwiaty to krople miodu - tryskają
         ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
         pod tym jak korzeń skręcone ciała,
         żywcem wtłoczone pod ciemny strop.

         Ogromne nieba suną z warkotem.
         Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
         Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
         czuwając w dzień, słuchając w noc.

         Pod ziemią drążą strumyki - słychać -
         krew tak nabiera w żyłach milczenia,
         ciągną korzenie krew, z liści pada
         rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.

         Nas nauczono. Nie ma litości.
         Po nocach śni się brat, który zginął,
         Któremu oczy żywcem wykłuto,
         Któremu kości kijem złamano;
         I drąży ciężko bolesne dłuto,
         Nadyma oczy jak bąble - krew.

         Nas nauczono. Nie ma sumienia.
         W jamach żyjemy strachem zaryci,
         w grozie drążymy mroczne miłości,
         Własne posągi - źli troglodyci.

         Nas nauczono. Nie ma miłości.
         Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
         przed żaglem nozdrzy węszących nas,
         przed siecią wzdętą kijów i rąk,
         kiedy nie wrócą matki ni dzieci
         w pustego serca rozpruty strąk.

         Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
         Żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
         Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
         Szukamy serca - bierzemy w rękę,
         nasłuchujemy: wygaśnie męka,
         ale zostanie kamień - tak - głaz.,

         I tak staniemy na wozach, czołgach,
         na samolotach, na rumowisku,
         gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
         gdzie zimny potop omyje nas,
         nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
         Jak obce miasta z głębin kopane,
         popielejące ludzkie pokłady
         na wznak leżące, stojące wzwyż,
         nie wiedząc, czy my karty iliady
         rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
         czy nam postawią, z litości chociaż,
         nad grobem krzyż.



Krzysztof Kamil Baczyński
22 lipiec, 1943





__________________________________

Tekst dotyczący Powstania Warszawskiego powstał w oparciu o następującą publikację:






Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2009






Generał dywizji Tadeusz „Bór” Komorowski był dowódcą Armii Krajowej od lipca 1943 roku aż do chwili upadku Powstania Warszawskiego, jeńcem oflagów niemieckich od października 1944 do 5 maja 1945 roku. Uwolniony przez aliantów z obozu w Markt Pongau w Tyrolu udał się do Londynu. Tam podjął obowiązki Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych. Po rozwiązaniu przez Anglików regularnych formacji Wojska Polskiego na Zachodzie stanął na czele Rządu RP na uchodźstwie jako premier i funkcję tę pełnił od 21 lipca 1947 roku do 7 kwietnia 1949 roku. Niniejsza książka została napisana w roku 1945 i była przeznaczona dla czytelników obcych, których zapoznać miała z dziejami polskiego podziemia i udziałem Polski we wspólnym wysiłku wojennym Sprzymierzonych. W wydaniu polskim autor poprawił wiele nieścisłości, uzupełnił informacje, korzystając z materiałów Studium Polski Podziemnej, a zwłaszcza opracowań, które stały się podstawą dzieła zbiorowego „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”.