piątek, 12 kwietnia 2019

Nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów...






ROZMOWA Z ANTONIĄ MICHAELIS



Wywiad został przeprowadzony przy współpracy Wydawnictwa Dreams 
w dniu 1 lutego 2013 roku w ramach cyklu „Literat Miesiąca”, oraz z okazji polskiego wydania powieści „Baśniarz”.





Antonia Michaelis urodziła się w północnych Niemczech. Pierwsze dwa lata życia spędziła w niewielkiej wiosce nad Morzem Bałtyckim. Potem przeprowadziła się na południe Niemiec i tam, wraz ze swoimi szalonymi rodzicami oraz kotami różnej maści, spędziła dzieciństwo i okres dorastania. Opowiadania zaczęła pisać w bardzo młodym wieku. Po skończeniu szkoły, Antonia Michaelis opuściła Niemcy i na rok przeniosła się na południe Indii. Pracowała w szkole w pobliżu Madrasu jako nauczycielka angielskiego, sztuki i aktorstwa. Po powrocie do kraju podjęła studia na wydziale medycyny. Podróżowała też do Turcji, Włoch, Grecji, Syrii i Wielkiej Brytanii. Do tej pory w Polsce ukazało się kilka książek Antonii Michaelis adresowanych do dzieci i młodzieży, w tym ta najważniejsza i najbardziej wzruszająca: „Baśniarz”.



Agnes Anne Rose: Na wstępie bardzo serdecznie chciałabym podziękować Pani za wyrażenie zgody na udzielenie wywiadu. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt gościć Panią na swoim blogu, który prowadzę dla miłośników literatury w Polsce. Pisze Pani książki adresowane do dzieci i młodzieży. Myślę, że to bardzo wymagający czytelnicy. Skąd pomysł, aby tworzyć literaturę właśnie dla tej grupy czytelników?

Antonia Michaelis: Piszę także dla dorosłych, tylko że trudniej mi było te książki wydać. Dopiero teraz coś się ruszyło w tym kierunku. Dzieci i dorośli są do siebie bardzo podobni. Podział na literaturę dla dzieci, młodzieży czy dorosłych jest ogólnie trudny. Moim zdaniem, dobre książki dla młodych czytelników powinny być w pewnej mierze adresowane także do dorosłych, natomiast dobre książki dla dorosłych powinny im pozwalać na to, aby od czasu do czasu powracać do swojej dziecięcej natury. Nie ma niczego gorszego, niż – jako rodzic nie mający wyboru – czytać swojemu dziecku coś śmiertelnie nudnego. Staram się wbudowywać w moje książki dla dzieci podwójne dno oraz kilka żartów, które rozumieją z reguły tylko dorośli.



AAR: Czy młodzi czytelnicy są bardziej krytyczni?

AM: Myślę, że nie. Kto chce narzekać, zawsze znajdzie do tego powód, niezależnie od wieku.

AAR: Czy trudniej jest pisać dla dzieci, ponieważ ma się misję wychowawczą? Ponieważ książki współkształtują dzieci i młodzież?

AM: Być może. Ale ja nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów. Obawiam się, że tego nie potrafię.

AAR: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym zapytać dla kogo, Pani zdaniem, pisze się trudniej: dla dzieci czy dla młodzieży, która zaczyna stawiać pierwsze kroki w dorosłym życiu?

AM: Nie mam pojęcia. Po prostu siadam i piszę daną historię. Trudności polegają raczej na tym, co – zdaniem wydawnictw – dzieci i młodzież powinny czytać, a czego nie. W przypadku najmłodszych odbiorców, wiele kwestii należy do tematów tabu, natomiast przy młodzieży można odważyć się na więcej. Ja nie piszę tylko dla trzynastolatek albo czterdziestodwuletnich mężczyzn. Ja piszę dla ludzi. Wszyscy, niezależnie od wieku, i tak się od siebie różnimy.

AAR: Czy od dziecka marzyła Pani o tworzeniu literatury? Bo przecież studiowała Pani medycynę, która z literaturą ma raczej niewiele wspólnego. Chyba że w kontekście naukowym.

AM: Zaczęłam pisać już w wieku pięciu lat (szczerze mówiąc, niezbyt dobrze). Medycynę studiowałam dlatego, bo chciałam wyjechać za granicę i tam podjąć pracę. Jakoś nigdy do tego nie doszło. Wprawdzie często podróżowałam i pracowałam w zagranicznych szpitalach, ale w końcu zawsze lądowałam tutaj (blisko polskiej granicy). Po prostu lubię tutejszy krajobraz; i oczywiście kompletnie nie nadawałam się do tego, by pracować jako lekarz. Ukończyłam studia medyczne i od razu przestałam marnować czas na zastanawianie się nad tym, by pozostać w zawodzie.

 Wydawnictwo Dreams
Rzeszów 2012
Tytuł oryginału: 
Der Märchenerzähler
Przekład: Renata Ożóg
AAR: Czytając Pani biografię dowiedziałam się, że przez pewien czas mieszkała Pani w Indiach. Czy pobyt w tak egzotycznym kraju wpłynął w jakiś sposób na powstanie przepięknej baśni pod tytułem „Tygrysi księżyc”?

AM: Jasne. Przez cały czas rozmawiałam tam z białymi niedźwiedziami. Na szczęście przeżyłam wszystkie moje podróże po Indiach i ani razu nie musiałam inkarnować.

AAR: Zauważyłam też, że lubi Pani podróżować. W jaki sposób zwiedzanie świata wpływa na Pani twórczość?

AM: Podróżowanie ma na moją twórczość taki wpływ, że niektóre z książek piszę dwa razy: pierwszy raz ręcznie, bo właśnie wędruję po Himalajach albo jestem gdzieś indziej, a potem przepisuję wszystko na komputer, dla wydawnictw oczywiście.

AAR: W Polsce jak do tej pory ukazało się pięć Pani książek, z których każda na swój własny sposób wywarła wrażenie na czytelnikach. Mam tutaj na myśli takie książki, jak: „Tygrysi księżyc”, „U nas w Ammerlo”, „Lato w Ammerlo”, „Mikołajowe historie”, „Baśniarz”. Ta ostatnia stała się swego rodzaju fenomenem.

AM: Nie. „Mikołajowe historie” ukazały się po polsku? Naprawdę? Zabawne. To nie jest książka, tylko raczej zamówiony przez pewne wydawnictwo zbiór absolutnie krótkich i kompletnie nudnych historyjek, stworzonych po to, aby męczyć małe dzieci, które popełniły poważny błąd, decydując się nauczyć czytać.

AAR: Czy pomysł na napisanie tak wyjątkowej książki, jaką jest „Baśniarz” dojrzewał w Pani od lat, czy może jest on kwestią przypadku i podeszła Pani do tej powieści spontanicznie?

AM: Pomysł ten już od dawna krążył w mojej głowie, ale był bardzo mglisty. Potem przez rok nad nim rozmyślałam, aż w końcu zaczęłam pisać. Czy jest tak niezwykły? Właściwie to nie. Ta historia tylko NIEZWYKLE I ZUPEŁNIE PRZYPADKOWO przypadła do aktualnego gustu dużej ilości czytelników. I to jest trochę niepokojące.

AAR: W „Baśniarzu” porusza Pani problem trudnego dojrzewania. Czy nie obawiała się Pani, że właśnie tak dramatyczne przedstawienie wieku dorastania sprawi, że książka będzie poddawana fali krytyki?

AM: Ja nie tylko się tego obawiałam, ale to WIEDZIAŁAM. W Internecie, w Niemczech i Ameryce, aż roi się od pełnych nienawiści komentarzy. Zasadniczo dorośli pragną chronić młodzież przed moimi książkami. Jednak, co ciekawe, większość młodych ludzi wcale nie chce ratunku. Nie zależy mi na tym, aby młodzież podzielała moje przekonania w każdej kwestii, ale żeby sama myślała i miała swoje zdanie. I właściwie to potrafi, tylko dorośli często o tym nie wiedzą. Oczywiście w „Baśniarzu” nie chodzi tylko o dorastanie, lecz o wiele więcej, ale teraz nie będę tego wyjaśniać, bo po to napisałam książkę.

AAR: Wiele osób zalicza „Baśniarza” do literatury fantasy. Mnie się wydaje, że to bardziej powieść obyczajowa. Może nawet w pewnym stopniu kryminał. Skąd, Pani zdaniem, takie przekonanie? Czyżby ze względu na baśń, którą Abel opowiada?

AM: Fantasy? Naprawdę? W takim razie „Baśniarz” musi być w Polsce odbierany w jakiś szczególny sposób, bo to jest jedyna kategoria, do której z całą pewnością się NIE zalicza. Może to z powodu baśni, ale nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc, jestem tym zaskoczona. Czy fantasy to nie raczej smoki i inne światy, które trzeba przed smokami albo przy ich pomocy ratować? W Niemczech „Baśniarz” na przemian zaliczany jest do kategorii: thriller, historia miłosna oraz przede wszystkim dramat społeczny. Kryminałem (według niemieckiej klasyfikacji) nie jest, gdyż jednym z bohaterów musiałby być detektyw, albo ktoś w tym rodzaju.

AAR: Jest Pani młodą i utalentowaną pisarką, przed którą kariera literacka stoi otworem. Dlatego zapytam, czy nie myśli Pani napisać powieści adresowanej wyłącznie do osób dorosłych? A może taka powieść już powstała?

AM: Czy jestem utalentowana, tego nie wiem. Raczej sądzę, że po prostu nic innego nie potrafię. W robieniu na drutach jestem kompletną nogą, a kiedy śpiewam, wszyscy uciekają. Czyli pozostaje mi pisanie, jako jedyna forma wyrazu artystycznego. W marcu*, nakładem wydawnictwa Knaur ukaże się książka „Paradies für Alle” („Raj dla wszystkich”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.). Poza tym w pewnym maleńkim wydawnictwie wydałam: „Der letzte Regen” („Ostatni deszcz”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.), to też jest utwór skierowany do dorosłych. Moja nowa książka wydana w wydawnictwie Oetinger pod tytułem „Solange die Nachtigal singt” („Dopóki śpiewa słowik”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.)** jest także adresowana raczej do dorosłych czytelników. W każdym razie, tak piszą o niej (prawie) wszyscy Internauci.

AAR: Którą z książek darzy Pani największą sympatią i dlaczego, a nad którą pracowało się Pani najtrudniej?

AM: Lubię wszystkie moje książki, ponieważ (mam nadzieję) każda jest inna. Jeśli teraz wymieniłabym jakiś tytuł, reszta by się obraziła, na pewno. Czasem mam lekkie pióro, innym razem praca idzie jak po gruzie. Pisanie jest łatwe, korygowanie okropne. Natomiast skracanie (co zawsze muszę robić) jest koszmarne.

AAR: Czy oprócz tworzenia literatury ma Pani jeszcze inne pasje, którym oddaje się Pani w wolnych chwilach?

AM: Spanie i jedzenie. Poza tym pracuję. Urządzam także występy teatralne z udziałem dzieci i dorosłych, udzielam dodatkowych lekcji dla dzieci z rodzin w trudnej sytuacji życiowej w mojej miejscowości, wychowuję dwójkę własnych dzieci (w wieku półtora roku i czterech lat), biorę udział w spotkaniach autorskich w szkołach i księgarniach.

AAR: Myślę, że polscy Czytelnicy bardzo chętnie spotkaliby się z Panią w Polsce, szczególnie teraz, kiedy po sukcesie „Baśniarza” jest Pani jedną z bardziej znanych światowych pisarek tworzących dla dzieci i młodzieży. Czy gdyby otrzymała Pani zaproszenie przyjazdu do Polski, skorzystałaby Pani z niego?

AM: Jasne. Tak przy okazji wspomnę, że moja najlepsza przyjaciółka z czasów szkolnych była Polką. To znaczy, nadal jest Polką. Niestety nigdy mnie nie nauczyła swojego języka, a ja, wstyd się przyznać, znam tylko dwa słowa po polsku. Może polscy Czytelnicy nauczą mnie więcej? Na przykład Kurzwarenhändler (sprzedawca pasmanterii, w domyśle: handlarz narkotyków; odnośnik do książki, w której główny bohater właśnie tym się zajmuje; przyp. tłum.). To byłoby słowo, od którego można by zacząć naukę języka polskiego.

AAR: Serdecznie dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością będę czekać na kolejne Pani książki, które (mam nadzieję) będą sukcesywnie pojawiać się na polskim rynku wydawniczym.



Rozmowa i redakcja: Agnes Anne Rose
Przekład z języka niemieckiego: Renata Ożóg (tłumaczka „Baśniarza”)





______________________________
Chodzi o marzec 2013 roku.
** Polska premiera powieści miała miejsce 7 marca 2014 roku. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Dreams w tłumaczeniu Mirosławy Sobolewskiej. 







piątek, 1 marca 2019

Marcin Brzostowski – „Międzynarodowy Dzień Mafii”






PATRONAT MEDIALNY

RECENZJA PREMIEROWA






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawca: E-BOOKOWO
Będzin 2019
E-BOOK/WYDANIE PAPIEROWE



„Mafia” to słowo, które większości z nas kojarzy się z Sycylią, gdzie swoją działalność prowadzą bądź prowadziły zorganizowane grupy przestępcze posiadające ogromne wpływy i powiązania z osobami na różnych szczeblach władzy, a także prowadzące działalność gospodarczą, która finansowana jest z dokonywanych przestępstw. Z kolei w kontekście literackim, mówiąc „mafia” zazwyczaj mamy na myśli Amerykę i nieśmiertelnego Ojca chrzestnego autorstwa Mario Puzo.  Jedna z legend mówi natomiast, że samo słowo „mafia” pochodzi od pierwszych liter hasła, które towarzyszyło Sycylijczykom podczas niewoli francuskiej, jaką przeżywali pod panowaniem dynastii Andegawenów, a brzmiało ono następująco: Morte Alla Francia Italia Anela, czyli Śmierć Francuzom hasłem wszystkich Włochów.

Wyobraźmy sobie zatem, że mafia posiada tak ogromną władzę, iż pewnego dnia zupełnie legalnie zostaje ogłoszony Międzynarodowy Dzień Mafii. Jest to święto naprawdę wyjątkowe, ponieważ wtedy nawet najtwardszy gangster musi zmięknąć i zapomnieć o tym, czym zajmuje się na co dzień. Dlaczego? Skąd taka nagła zmiana w zachowaniu mężczyzn, którzy każdego innego dnia potrafią być bezwzględni? Tego czytelnik dowie się dopiero wtedy, gdy sięgnie po najnowszą mini powieść Marcina Brzostowskiego. Na kartach swojej książki Autor ponownie wraca do postaci nieprzeciętnego i naprawdę godnego uwagi inspektora Franco Foga, którego mieliśmy już okazję poznać zarówno w Zemście kobiet, jak i dwóch krótkich opowiadaniach zatytułowanych Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki i Mroczna tajemnica sgt. Adeli White.

Podobnie, jak w poprzednich książkach, Franco Fog tym razem również musi rozwiązać zagadkę, która wydaje się niesamowicie skomplikowana. Otóż, zbliża się tytułowy Międzynarodowy Dzień Mafii, a wraz z nim samobójstwa popełniają gangsterzy nie tylko ci działający na terenie Polski, ale także ci, którzy swoją przestępczą działalność prowadzą w innych krajach świata. Informacja o pierwszym podejrzanym samobójstwie gangstera zastaje inspektora w mieszkaniu jego życiowej partnerki, Małej Sylwii, która wcale nie jest postacią bez znaczenia, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Kiedy natomiast przychodzą wiadomości o kolejnych podejrzanych zgonach mafiosów, Franco Fog zaczyna coraz głębiej angażować się w śledztwo i coraz bardziej nabierać pewności, że za tymi samobójstwami kryje się coś więcej, niż tylko zwykła depresja gangstera. W dodatku mafiosi, jak gdyby się zmówili. Udają się bowiem na łono Abrahama w tym samym czasie. Czyżby nagle zgodnie postanowili oczyścić świat z przestępczości, eliminując samych siebie? Chyba nie. To byłoby zbyt proste. Coś tu ewidentnie nie gra i Franco Fog bez wątpienia dowie się, o co w tym wszystkim chodzi, nawet gdyby miał w tym celu poruszyć niebo i ziemię, nie spać po nocach i przesłuchać tysiące świadków.

Międzynarodowy Dzień Mafii to książka, która posiada swoje drugie dno. Aby je odkryć, czytelnik nie możne potraktować jej bezrefleksyjnie. Gangsterzy to tak naprawdę przedstawiciele nie tylko tej konkretnej grupy społecznej, ale przede wszystkim reprezentanci tych mężczyzn, którzy nie potrafią zrozumieć, że kobieta może być dla nich takim samym partnerem, jak inni mężczyźni. Męscy bohaterowie nie przyjmują bowiem do wiadomości, że kobietę stać na coś znacznie więcej, niż tylko dostarczanie im przyjemności albo piętrzenie coraz to nowych problemów. To oni są tymi, którzy rządzą światem, zapewniają byt rodzinie, a o jakimkolwiek równouprawnieniu nawet nie chcą słyszeć. W ich mniemaniu tak popularny dziś feminizm jest czymś zgoła złym i przybiera postać karykaturalną, co może wynikać ze strachu przez nieznanym lub obawą przed odwetem ze strony kobiet w odpowiedzi za lata złego traktowania. Z kolei kobiety też nie są lepsze, ponieważ – podobnie, jak mężczyźni – żyją stereotypami, uważając, że są stworzone jedynie do usługiwania mężczyznom, a jeśli już zdarzy im się jakiegoś pokochać, to są w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko.

Najnowsza książka Marcina Brzostowskiego to przede wszystkim opowieść o konfliktach damsko-męskich, których źródłem są uprzedzenia, tradycje kulturowe, a także obawa przed tym, że można zrobić coś, co nie zostanie dobrze przyjęte w społeczeństwie, a to może przecież znacząco ograniczyć wolność jednostki. Z jednej strony istnieje wyraźny podział na mężczyzn i kobiety i najlepiej byłoby, aby w ważnych sprawach mężczyźni i kobiety nie wchodzili sobie w drogę, skupiając się jedynie na tym, do czego są stworzeni, a z drugiej widać, że taki obraz świata jest nieco męczący zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Możliwe, że jakieś zmiany chętnie zostałyby przyjęte, ale pojawia się obawa, że przecież nie będzie to dobrze widziane przez otoczenie i jedyne, co im pozostanie, to ośmieszenie się i wstyd. Niemniej kobiety żyjące w cieniu swoich mężczyzn mogą wydawać się silniejsze od nich, bo przecież każdego dnia muszą zmagać się z problemami świata wykreowanego przez męską część populacji.

Międzynarodowy Dzień Mafii nie jest tak naprawdę kontynuacją losów inspektora Franco Foga, a jedynie opowiedzeniem kolejnej historii z jego życia. Tak więc czytelnicy, którzy jeszcze nie zetknęli się z tym bohaterem w poprzednich książkach Autora, mogą śmiało rozpocząć z nim przygodę właśnie od tej mini powieści. Nie jest to pierwsza książka Marcina Brzostowskiego, na kartach której poruszane są istotne problemy społeczne ukryte pod płaszczem absurdu, sarkazmu i humoru. Autor pokazuje, że wszelkiego rodzaju konflikty damsko-męskie kreowane są tak naprawdę przez samych zainteresowanych i tylko oni są w stanie coś zmienić. Dopóki nie pojawi się tolerancja i porozumienie pomiędzy kobietami i mężczyznami, próżno jest oczekiwać jakiejkolwiek zmiany istniejącej sytuacji.

Dodatkowym atutem tej książki jest prosty i zrozumiały język, a do tego dużo dialogów, zamiast przydługich i czasami wręcz zupełnie niepotrzebnych opisów. Polecam tę mini powieść każdemu, kto ma ochotę na historię opowiedzianą z przymrużeniem oka zanurzoną w surrealizmie, ale na pewno nie bezrefleksyjną, lecz zmuszającą do zastanowienia się nad naszymi wzajemnymi relacjami.







Książka do nabycia m.in. na stronie Wydawnictwa E-BOOKOWO.





czwartek, 15 listopada 2018

Ośmiu najbardziej krwawych rzymskich cesarzy






Bezwzględni i brutalni rzymscy cesarze słynęli przede wszystkim z tego, iż podczas swojego panowania stosowali niewyobrażalny terror. Lecz którego z nich można określić mianem najbardziej krwawego cesarza, skoro każdy miał na sumieniu niezliczoną liczbę okrucieństw? Przyjrzyjmy się zatem bliżej ośmiu najbardziej krwawym władcom Imperium Rzymskiego.

Wielu z nas zna rzymskich cesarzy i potrafi nawet wymienić ich z imienia. Wiadomo, że byli gniewni, źli i bardzo niebezpieczni. Któż nie zna Luciusa Domitiusa Ahenobarbusa, który po adoptowaniu przez Klaudiusza (10 p.n.e.-54 n.e.) zmienił imię na Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus i zapisał się w historii jako okrutny Neron mordujący chrześcijan? Albo któż z nas nie słyszał o Kaliguli, który torturował i mordował bez mrugnięcia okiem? W rzeczywistości – jak podkreślają historycy – wielu cesarzy z poniższej listy było naprawdę kompetentnych w kwestii wykonywania swojej funkcji władcy, a nawet nieprzeciętnie utalentowanych, jeśli chodzi o zarządzanie państwem. Niemniej niektóre mroczne opowieści na ich temat nie zawsze były jedynie wytworem wyobraźni tego, kto puszczał je w obieg. Z kolei niektóre z „przestępstw”, których dopuścili się owi władcy, a które szokowały ówczesne społeczeństwo, jak na przykład skłonność do publicznych wystąpień, dziś nikogo by już nie oburzyły. Tacy cesarze, jak Neron czy Domicjan, przeszli natomiast do historii jako przykłady nieobliczalnych, paranoicznych tyranów. Inni zaś, jak Dioklecjan, byli doskonałymi administratorami i dzięki temu ich rządy należały do naprawdę udanych. Jeśli natomiast ktoś z poddanych był chrześcijaninem, to wtedy musiał na siebie bardzo uważać, ponieważ jego życie stale było zagrożone. Nawet pod władzą najgorszych cesarzy, Rzym wciąż funkcjonował, ale zaangażowanie w życie publiczne mogło stać się zdecydowanie niebezpiecznym zajęciem. 

Tyberiusz, Tiberius Claudius Nero (42 p.n.e.-37 n.e.; rządy: 14-37)

Tyberiusz był następcą Oktawiana Augusta (63 p.n.e.-14 n.e.). August bardzo nie chciał, aby Tyberiusz objął kiedyś po nim władzę w Imperium Rzymskim. Na swego sukcesora wyznaczył go dopiero po przedwczesnej śmierci swoich wnuków, Gajusza (20 p.n.e.-4 n.e.) i Lucjusza (17 p.n.e.-2 n.e.), oraz po wygnaniu ich młodszego brata, Agryppy Postumusa (12 p.n.e.-14 n.e.), co sprawiło, że Tyberiusz stał się jedynym po linii prostej spadkobiercą żyjącego jeszcze cesarza. Tyberiusz był utalentowanym dowódcą wojskowym i szanował autorytet Senatu. Jego plany na przyszłość były jednak coraz bardziej podejrzane i mroczne, co pozwoliło mu zyskać pewną grupę zwolenników i ostatecznie doprowadziło do ostrego sporu z Agrypiną Starszą (ok. 14 p.n.e.-33 n.e.), która była wdową po wojennym bohaterze i jednocześnie bratanku Tyberiusza – Germaniku (15 p.n.e.-19 n.e.). Niestety, Tyberiusz polegał na ambitnym i bezwzględnym Luciusie Aeliusie Seianusie, znanym jako Sejan (20 p.n.e.-31 n.e.), który nie stronił od stosowania terroru. Okrutna działalność Sejana zakończyła się dopiero wtedy, gdy Tyberiusz dowiedział się, iż jego ulubiony żołnierz planuje przejąć władzę. Kazał go więc aresztować i stracić.


Wygnanie Tyberiusza
Obraz pochodzi z 1850 roku.
autor: Félix Joseph Barrias (1822-1907)


Od tamtej pory Tyberiusz zaczął cierpieć na obsesyjną podejrzliwość wobec wszystkich, którzy go otaczali. Wycofał się na wyspę Capri i tam ustanowił prawo, na podstawie którego każdy, kto dopuści się zdrady (maiestas) albo kogo Tyberiusz będzie o taką zdradę podejrzewał, zostanie skazany na śmierć. Rzymscy historycy, Swetoniusz (ok. 69-130) i Tacyt (ok. 55-120), ukazują nam zatem obraz Tyberiusza żyjącego na Capri jako zdeprawowanego pod względem seksualnym drapieżnika. Taki portret cesarza może nie być do końca prawdziwy, co jednak możemy zawdzięczać bardziej kolorowej wyobraźni historyków, niż twardym faktom. Z drugiej strony prawdą jest, że Tyberiusz topił w morzu każdego wroga, który stanął mu na drodze, a którego cesarz chciał się pozbyć. W porównaniu do swoich niektórych następców, Tyberiusz nie był potworem, ale z pewnością nadał ton temu, co miało dopiero nadejść.

Kaligula, Gaius Iulius Caesar Germanicus (12-41; rządy: 37-41)

Kaligula umieszcza prochy swej matki 
i brata w grobowcu przodków
Obraz został namalowany w 1647 roku.
autor: Eustache Le Sueur (1617-1655)
Gajusz, czyli Kaligula zwany też „bucikiem”[1] jest znany przede wszystkim ze swych ekscentrycznych działań, takich jak wypowiadanie wojny morzu albo ogłaszanie samego siebie bogiem. Jego rządy zaczęły się całkiem obiecująco, lecz po poważnym ataku choroby rozwinęła się u Kaliguli paranoja, która doprowadziła go do niepokojąco chaotycznego zachowania. Prawdopodobnie był także uwikłany w kazirodczy związek ze swoją siostrą, Julią Druzyllą (16-38), którą nazwał swoją spadkobierczynią. Gajusz czerpał szczególną radość z upokarzania członków Senatu, twierdząc, że mógłby w nim zasiadać każdy, nawet jego własny koń. Nie jest jednak prawdą, że Kaligula kiedykolwiek przyprowadził do Senatu swego ulubieńca. To tylko legenda, którą powtarzano tak uparcie, że w końcu wielu w nią uwierzyło. Jako syn germańskiego wybitnego generała, Gajusz pragnął podnieść swe militarne kwalifikacje, chociaż jego kampania w Germanii (obecnie Niemcy) zapewniła mu niewiele korzyści, zaś zupełnie nieudana inwazja na Brytanię (obecnie Wielka Brytania) przeistoczyła się w bitwę z morskim bogiem, Neptunem. Źródła historyczne podają, że Kaligula nakazał swoim żołnierzom, by zaatakowali mieczami fale morskie, natomiast jako łup zebrali muszle. 

Gajusz ogłosił siebie bogiem i użył swego boskiego statusu, aby ustalić, czym tak naprawdę jest monarchia absolutna w Imperium Rzymskim i kto powinien być najwyższym władcą. Podążał za przykładem Tyberiusza, który przypisywał prawdziwą lub wyimaginowaną zdradę swoim wrogom, tylko dlatego, aby wyeliminować ich z gry. W końcu sam padł ofiarą spisku. Niejaki Kasjusz Cherea (?-41), który był trybunem pretorianów, zaaranżował zamach na Kaligulę. Szalonego cesarza zaatakowano w drodze z teatru do pałacu cesarskiego i zadano mu łącznie około trzydziestu ciosów. Tak naprawdę Kasjusz powinien był zbuntować się przeciwko spiskowi, ponieważ Kaligula była „nieśmiertelnym bogiem” i de facto nie można go było zabić. Okazało się jednak inaczej. Gajusz wyzionął ducha jak każdy inny śmiertelnik.

Neron, Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus (37-68; rządy: 54-68)

Neron to jeden z tych rzymskich cesarzy, których najbardziej nienawidzimy i to nie bez powodu. Prawda jest taka, że Neron był dość kompetentnym władcą i administratorem państwa, któremu pomagali bardzo zdolni mężczyźni, w tym jego nauczyciel – pisarz i filozof Seneka Młodszy (4 p.n.e.-65 n.e.). Bez wątpienia Neron był także mordercą. Najpierw rozkazał bowiem otruć na oczach biesiadników swego przyrodniego brata, Brytanika (41-55), który stał mu na drodze do władzy. Potem rozwiódł się ze swą żoną Oktawią (40-62), aby poślubić wieloletnią kochankę, Poppeę Sabinę (ok. 30-65), którą pewnego dnia po pijanemu i pod wpływem środków odurzających, skatował tak, że na skutek odniesionych obrażeń zmarła. Poppea zabrała do grobu także ich nienarodzone dziecko. Dlaczego Neron dopuścił się tej okrutnej zbrodni? Otóż dlatego, ponieważ był szaleńcem oskarżającym żonę o cudzołóstwo. Prawdopodobnie to właśnie Poppea namówiła go do tego, by zamordował własną matkę. Najpierw Neron zaaranżował rzekomy wypadek na łodzi, lecz gdy Agrypina Młodsza (15-59) zdołała się w jakiś sposób uratować, jej szalony i bezwzględny syn wydał rozkaz zabicia jej w sposób bardziej bezpośredni. Następnie, w przypływie wielkiego gniewu, skatował Poppeę, gdy ta była brzemienna.


Neron wydaje rozkaz zamordowania swej matki
Obraz powstał w XVII wieku.
Autor: Noël Coypel (1628-1707)


Wbrew powszechnie funkcjonującemu mitowi, Neron wcale nie podpalił Rzymu, ani też nie grał na skrzypach, ani nawet na lirze, podczas gdy miasto płonęło. W rzeczywistości organizował w tym czasie pomoc dla ofiar i planował, jak odbudować miasto. Niemniej zamiłowanie Nerona do komponowanej przez siebie muzyki i wierszy, które również sam pisał, wielokrotnie zmuszając senatorów do siedzenia i słuchania jego niekończących się i zupełnie pozbawionych kunsztu recitali, sprawiło, że ludzie bardzo łatwo uwierzyli w historię o tym, jak to cesarz swoją „twórczością” zagłuszał tragedię rozgrywającą się w Rzymie.

Nerona znienawidzono także za budowanie ogromnego i zupełnie pozbawionego smaku pałacu zwanego Złotym Domem Nerona (z łac. Domus Aurea), który wzorowany był na zabudowie miejskiej willi. Zlokalizowany był pomiędzy wzgórzami Palatynu i Eskwilinu w ruinach znajdujących się w samym centrum Rzymu. Nie ma wątpliwości, że Neron okrutnie prześladował chrześcijan, zaś jego infantylne upieranie się przy zdobywaniu laurów na olimpiadach w Grecji – bez względu na to, czy wygrał wyścig, czy nie – miało bardzo zły wpływ na reputację całego Imperium Rzymskiego. Neron został obalony przez kręgi arystokratyczne, patrycjuszowskie i bogate warstwy społeczne. Do tego doszła jeszcze rewolta w armii, która wybrała już nowego cesarza – Galbę (3 p.n.e.-69 n.e.). Opuszczony i zdradzony przez wszystkich, cesarz popełnił w końcu samobójstwo, a jego ostatnie słowa brzmiały: Jakiż artysta ginie [wraz ze mną]!

Cesarz Domicjan
Portret pochodzi z XVI wieku.
autor: Tiziano Vecellio 
(Tycjan; 1488-1576)
Domicjan, Titus Flavius Domitianus (51-96; rządy: 81-96)

Domicjan był młodszym synem generała Wespazjana (9-79), który znacznie wzmocnił swoją pozycję po upadku Nerona i przywrócił w Imperium Rzymskim stabilność i normalność życia publicznego. Domicjan nie odziedziczył uroku osobistego swego ojca i, podobnie jak inni na tej liście, cierpiał z powodu głębokiej paranoi w związku z podejrzewaniem innych o zdradę. Być może właśnie ta paranoja stała się powodem jego ucieczki przed śmiercią podczas wojny domowej. Domicjan był szczególnie podejrzliwy wobec Senatu. Na swoim koncie miał wielu elitarnych obywateli straconych za rzekomą konspirację przeciwko niemu, w tym dwunastu byłych konsulów i dwóch własnych kuzynów.

W miarę upływu czasu rządy Domicjana stawały się coraz bardziej autorytarne, aż wreszcie cesarz zażądał, by traktować go jak boga. Zwrócił się przeciwko filozofom, wysyłając wielu z nich na wygnanie, zaś sam stał za zabójstwem głównej westalki-dziewicy, czyli kapłanki bogini domowego ogniska, Westy. Rozkazał pogrzebać ją żywcem w specjalnie skonstruowanym grobowcu. Domicjan ostatecznie padł ofiarą spisku, w którym udział brała również jego żona, Domicja Longina (ok. 53-ok. 126). W konsekwencji cesarz został nieoczekiwanie zadźgany nożem przez pałacowego służącego. Niektórzy historycy sądzą, że tyrania Domicjana została wyolbrzymiona, natomiast jeśli chodzi o kierowanie się w swoich działaniach mściwością, to inni porównują go do Saddama Husajna (1937-2006).

Kommodus, Lucius Aurelius Commodus (161-192; rządy: 180-192)

Kommodus jako Herkules i gladiator
Portret powstał pomiędzy 1599 a 1600 rokiem.
autor: Peter Paul Rubens (1577-1640)
Kommodus to cesarz, którego w 2000 roku mogliśmy zobaczyć na ekranie w filmie Gladiator w reżyserii Ridleya Scotta. W tej roli wystąpił amerykański aktor, wokalista, producent filmowy i telewizyjny, Joaquin Phoenix. Kommodus był zapalonym zwolennikiem walk gladiatorów. Sam również walczył na arenie, niekiedy przebrany za Herkulesa, za co sam przyznał sobie boski laur, oświadczając, że jest rzymskim Herkulesem. Kommodus był synem cesarza i filozofa, Marka Aureliusza (121-180), i chociaż scena filmu, w której Kommodus zabija własnego ojca jest wymyślona, to jednak prawdą było, że Kommodus stanowił przeciwieństwo wszystkiego, co reprezentował sobą jego ojciec. Prowadząc próżniaczy tryb życia i szukając coraz to nowych przyjemności, cesarz praktycznie doprowadził do bankructwa Imperium Rzymskiego, a potem za wszelką cenę starał się zapełnić opróżniony skarbiec, zmuszając zamożnych obywateli do zdrady, by potem móc skonfiskować ich majątki.

Wkrótce ludzie zaczęli szemrać i spiskować przeciwko cesarzowi, mówiąc nieprawdę nie tylko o nim, ale także o jego siostrze. Bunt został jednak zażegnany, a Kommodus postanowił stracić jeszcze więcej osób, ponieważ sądził, że mogą oni spiskować przeciwko niemu, a jeśli nie robią tego teraz, to na pewno wystąpią przeciwko niemu w przyszłości. Ostatecznie prefekt pretorianów i szambelan dworu cesarza wynajęli zawodowego sportowca, by ten udusił Kommodusa w wannie. 

Karakalla, Marcus Aurelius Antoninus Bassianus (188-217; rządy: 211-217)

Marek Aureliusz Antoniusz był synem wysoce sprawnego i skutecznego cesarza Septymiusza Sewera (ok. 146-211). „Karakalla” to przydomek wywodzący się od nazwy galilejskiego płaszcza z kapturem, który był nieodłącznym atrybutem cesarza. Legenda głosi, że cesarz miał rozdawać ludziom szaty sięgające do kostek, co również miało wpływ na przydomek, jakim go obdarzono. Młodszym synem Septymiusza był Geta (189-212), który przez pewien czas sprawował rządy z Karakallą, lecz szybko doszło między nimi do konfliktu i wydawało się, że wojna domowa jest jedynie kwestią czasu. Niemniej Karakalla odwrócił ten scenariusz i rozkazał zamordować Getę. Generalnie Karakalla brutalnie atakował swoich przeciwników. Podjął się bowiem eksterminacji zwolenników Gety. Podobnie postępował z tymi, którzy zostali uwięzieni w konsekwencji jednego z regularnych buntów w Aleksandrii, jaki wybuchł przeciwko rzymskim rządom.


Karakalla
Obraz został namalowany w 1902 roku.
autor: Sir Lawrence Alma-Tadema (1836-1912)


Na kartach historii Karakalla zapisał się jako ten, który wybudował wspaniały kompleks kąpielowy w Rzymie nazwany jego imieniem. Rozszerzył on także nadawanie rzymskiego obywatelstwa wszystkim wolnym ludziom w imperium, chociaż z drugiej strony mówi się, że najprawdopodobniej próbował w ten sposób zebrać pieniądze, które były mu niezbędne na zabezpieczenie własnych działań. Z całą pewnością nadwyżkę w skarbcu, jaką odziedziczył po ojcu, szybko zamienił w deficyt budżetowy. Karakalla był jednak dość dobrym, choć bezlitosnym dowódcą wojskowym, lecz mimo to został zamordowany przez ambitnych oficerów, w tym pretoriańskiego prefekta Opeliusza Makrynusa (ok. 165-218), który natychmiast po zabiciu Karakalli, ogłosił samego siebie nowym cesarzem.

Heliogabal, Varius Avitus Bassianus (204-222; rządy: 218-222)

Heliogabal był krewnym żony Septymiusza Sewera, który pomógł wstąpić na tron Makrynusowi po zamordowaniu Karakalli. Heliogabal obalił jednak Opeliusza Makrynusa i szybko zajął się coraz bardziej ekscentrycznymi rządami w Imperium Rzymskim. Jego przydomek był konsekwencją roli, jaką pełnił wcześniej w świątyni syryjskiego boga słońca, El Gabala. Był tam kapłanem. Kult tego boga Heliogabal próbował rozpowszechnić w Rzymie, pomimo że był obrzezany. Chciał on bowiem pokazać ludowi swoje wielkie oddanie bóstwu.


Róże Heliogabala
Obraz został namalowany w 1888 roku przez sir Lawrence’a Alma-Tadema. 
Dzieło przedstawia młodego cesarza spędzającego beztrosko czas podczas 
wydawanej przez siebie uczty. 


Heliogabal świadomie obrażał rzymskie zasady moralne i religijne, stawiając stożkowaty czarny fetysz[2] wykonany z kamienia, który był symbolem boga słońca i stanął na Wzgórzu Palatyńskim. Poślubił główną westalkę, tym samym chroniąc ją przed pewną śmiercią. Rzymianie byli bardzo oburzeni seksualnymi ekscesami Heliogabala, jak również licznymi małżeństwami, które zawierał. Jego związki były zarówno heteroseksualne, jak i homoseksualne. Dziś powiedzielibyśmy, że cesarz był transgenderystą. Nie tylko ludzie żyjący w czasach Heliogabala wypowiadali się o nim niepochlebnie. Obecnie historycy również nie mają zbyt wiele dobrego do powodzenia o cesarzu. Cierpliwość Rzymian ostatecznie się wyczerpała i skończyło się na tym, iż Heliogabal został zamordowany w wyniku tajnie przygotowanego spisku, za którym stała jego własna babka.

Dioklecjan, Gaius Aurelius Valerius Diocletianus (ok. 244-316; rządy: 284-305)

Nieco niesprawiedliwym może wydawać się fakt, iż Dioklecjan został zakwalifikowany do grupy najbardziej krwawych rzymskich cesarzy, ponieważ z jednej strony był on znany z podejmowania wielce ryzykownych działań, ale z drugiej jego decyzje były dość rozsądne i w konsekwencji doprowadziły do podziału rządów w Imperium Rzymskim na dwie części. Dioklecjan zaproponował bowiem współpracę Maksymilianowi (Marcus Aurelius Valerius Maximianus; ok. 250-310), który władzę sprawował w latach 286-305. W 293 roku Dioklecjan ustanowił specyficzny system rządów zwany tetrarchią, który polegał na równoczesnym panowaniu czterech podmiotów władzy, czyli dwóch augustów oraz dwóch władców niższej rangi, którzy zachowali tytuł cezara.


Wnętrze pałacu założonego w Spalatum (Splicie/Chorwacja) przez cesarza Dioklecjana.
Obraz powstał w 1757 roku.
autor: Charles-Louis Clérisseau (1721-1820)


Dioklecjan był dobrym administratorem, co sprawiło, że udało mu się utrzymać podzieloną strukturę dowodzenia w czasach, kiedy Imperium Rzymskie znajdowało się pod coraz większą presją ze strony wrogów znajdujących się poza jego granicami. Niemniej poważną rysą na rządach Dioklecjana było bezwzględne i okrutne prześladowanie chrześcijan. Chrześcijanie od dawna byli bowiem uważani przez Rzymian za ludzi budzących niesmak i bardziej śmiano się z nich, niż traktowano jako zagrożenie. Lecz mimo to Dioklecjan postanowił, że zrobi wszystko, by całkowicie ich wyeliminować z życia społecznego, a ich religię zniszczyć. Chrześcijańskie świątynie miały zatem zostać zrównane z ziemią, pisma spalone, zaś chrześcijańscy duchowni mieli zostać uwięzieni i zmuszeni składać ofiary i hołd cesarzowi pod groźbą śmierci. Chrześcijanie, którzy nie chcieli wyrzec się swojej wiary byli okrutnie torturowani, a w konsekwencji skazywani na śmierć.

Dioklecjan wyjątkowo okrutnie prześladował chrześcijan. Jego postępowanie niektórym mogło wydawać się niezrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, iż Rzymianie zazwyczaj akceptowali inne religie. Obawy Dioklecjana miały jednak swoje źródło w tym, że jego rządy przypadły na czasy, kiedy jedność była niezbędnym czynnikiem dla przetrwania Imperium Rzymskiego. Zdaniem cesarza chrześcijaństwo było niebezpieczne, ponieważ opowiadało się za jednoznacznym odrzuceniem rzymskich wartości religijnych, na co Dioklecjan w żadnym razie nie mógł sobie pozwolić.










[1] „Bucik” to przezwisko, które żołnierze ojca Kaliguli nadali mu, kiedy ten był jeszcze dzieckiem.
[2] Fetysz to przedmiot będący ucieleśnieniem danego bóstwa. Występował głównie w religiach pierwotnych. 







środa, 24 października 2018

Moja przygoda z Jagiellonami zaczęła się dzięki Barbarze Radziwiłłównie...






ROZMOWA Z RENATĄ CZARNECKĄ




Renata Czarnecka to autorka powieści historycznych. Jest absolwentką Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od najmłodszych lat jej największą pasją jest zgłębianie dawnych dziejów. Zaczytuje się również w biografiach i klasykach. Już w czasach licealnych marzyła o napisaniu powieści, a pierwsze próby literackie, chowane do szuflady, stały się dobrą szkołą pisania. Uważa, że do stworzenia dobrej książki trzeba dojrzeć, bowiem nic nie zastąpi życiowego doświadczenia. W historii najbardziej ciekawią ją ludzie, a w swoich powieściach główne role powierza kobietom, mimo że żyły one w cieniu ojców i mężów. Ukazuje je z ich wadami i słabościami, udowadniając, że pomimo upływu wieków człowiek pozostaje niezmienny i nieustannie podąża za miłością i władzą. Zadebiutowała w 2008 roku powieścią „Królowa w kolorze karminu”, która opowiada historię wielkiej miłości Zygmunta II Augusta i Barbary Radziwiłłówny. Jest też autorką dylogii osadzonej w trudnym dla Polski okresie drugiego rozbioru: „Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793” i „Pod sztandarem miłości. Rok 1794”. Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się jej ósma książka zatytułowana „Ja, królowa. Bona Sforza d’Aragona”. W wolnych chwilach Autorka uprawia ogród i odkrywa zakątki Polski, w których nadal żywa jest historia. To z tych miejsc czerpie pomysły na kolejne powieści.  



Agnes Anne Rose: Reniu, witam Cię serdecznie i dziękuję, że już po raz drugi zgodziłaś się porozmawiać ze mną o swojej twórczości. Jak wspomniałam wyżej, niedawno ukazała się Twoja ósma książka pod tytułem „Ja, królowa. Bona Sforza d’Aragona”, która stanowi trzecią część opowieści o chyba najbardziej kontrowersyjnej polskiej królowej. Skąd wziął się pomysł na pisanie akurat o Bonie, skoro na kartach historii Polski można znaleźć wiele innych nietuzinkowych postaci kobiecych?

© Arkadiusz Kędziora
Renata Czarnecka: Agnieszko, miło mi znowu gościć u Ciebie, minęło trochę lat od naszej pierwszej rozmowy, no i w tym czasie powstały kolejne powieści. A dlaczego Bona? Taka była kolej rzeczy, gdy skończyłam powieść poświeconą jej matce, Izabeli Aragońskiej, przyszła kolej na Bonę. 

AAR: Na temat Bony krążyły rozmaite plotki. Najbardziej znana to ta, gdzie przypisywano jej paranie się trucicielstwem. W swojej książce nie pokazujesz jednoznacznie, że to królowa stoi za śmiercią Elżbiety Habsburżanki, a jednak czytelnik w pewnym momencie może poczuć się nieco zdezorientowany. Może jednak nie były to tylko plotki, skoro nawet sama Bona zakończyła żywot na skutek zażycia trucizny, a to może sugerować, że z trucizną było jej do twarzy?

RC: Na pewno to były nie tylko plotki, ale szkaradne pomówienia rozgłaszane z polecenia Habsburgów, którzy nienawidzili Bony. I rzeczywiście w książce są sceny niejednoznaczne, gdzie nie pokazuję wprost, że Bona maczała palce w czyjeś śmierci, ale zostawiam pewien margines niedopowiedzeń, tak by czytelnik trwał w niepewności, i do końca nie wiedział co myśleć o Bonie. Ale to właśnie właściwe jest dla historycznej fikcji, w której pisarzowi wolno więcej, niż autorowi powieści biograficznej, w której należy wystrzegać się takich niedomówień, wszystko musi być zgodne ze źródłami, żadnych domysłów, żadnej interpretacji autora. Tutaj, zauważ, mimo że wolno mi więcej, to jednak nie przekroczyłam granic i nie zrobiłam z Bony morderczyni, bo na to nie było dowodów, ale czy Bonie nie chodziły po głowie myśli o zgładzeniu Elżbiety czy Barbary? Tego nie wiemy, choć może życzyła im śmierci, bo to rozwiązałoby problem, jaki stanowiły te małżeństwa dla Zygmunta Augusta. O dziwo, że też przez głowę Bony nie przemknęło, że przyczyna bezpłodności tkwi po stronie jej syna, a nie kolejnych żon, a przecież miał on również kochanki, i nie ma w źródłach żadnego śladu jego bękarta. Potem, gdy związał się z Barbarą Giżanką mocno wierzył, że jest ojcem dziewczynki, którą powiła jego nałożnica.

AAR: Bona Sforza nie ukrywała swojej niechęci do Polski. Dlaczego zatem robiła wszystko, aby wzmocnić pozycję kraju na arenie międzynarodowej, a tym samym podnieść prestiż Jagiellonów?

RC: Myślę, że Bona bardzo przywiązała się do Polski, spędziła tu przecież prawie czterdzieści lat, tu wychowała dzieci, miała wsparcie w mężu. Jeśli czuła jakąś niechęć to nie do Polski, ale do niektórych ludzi, do mentalności, do przywar, sposobu rządzenia, tak odmiennego od reguł rządzenia we Włoszech, i w państwach Europy Zachodniej. Od początku wkładała w Polskę wszystkie siły, aby wydźwignąć kraj z zapaści finansowej, przeprowadziła pomiarę włóczną, upomniała się o królewszczyzny, zakładała miasta, tworzyła nowe osady, z jej rozkazu budowano młyny, tartaki, ona tutaj rozwinęła skrzydła, bo wiele było do zrobienia. Ale ciągle napotykała na opór magnaterii i szlachty, które broniły swoich przywilejów, swojego stanu posiadania. To było dla nich na pierwszym miejscu. Uparcie odmawiały opodatkowania, na przykład, na zawodową armię. Tłumaczono, że jest pospolite ruszenie. Ale co to było za wojsko? Bona widziała konieczność zmian i o tym głośno mówiła, co nie przysporzyło jej przyjaciół, bo była cudzoziemką. A po drugie, a może przede wszystkim, bo była kobietą. W Polsce to nie mogło się podobać. Kobieta miała stać za mężem i rodzić mu dzieci. Polityka była dla mężczyzn. Bona nie mogła na to przystać, bo jak to, ona wykształcona, mająca wzorce po matce, której nie brak było nigdy odwagi, miałaby stać z boku i się przyglądać? Nie do pomyślenia! A więc to wszystko, co robiła miało wzmocnić pozycję Jagiellonów, uczynić królestwo silniejszym.

AAR: Małżeństwo Zygmunta Starego i Bony Sforzy było dokładnie zaaranżowane, podobnie jak wszystkie małżeństwa rodów panujących w tamtym okresie. Na kartach Twojej najnowszej powieści widać jednak, że Bona dba o swojego podstarzałego małżonka i z każdym dniem kocha go coraz bardziej. Czy myślisz, że z jej strony była to jedynie doskonale zagrana rola, czy może w miarę upływu czasu królowa faktycznie pokochała Zygmunta?

RC: Myślę, że Bona nigdy nie grała. Ona taka była. Łagodna, w innej sytuacji znowu wybuchowa. Rozsadzały ją emocje. Na pewno też próbowała je powściągać. Musiała to robić ze względu na etykietę. Nie wiemy, czy z czasem pokochała męża. Na pewno przywiązała się do niego, czuła się przy nim bezpieczna. A może to przywiązanie można nazwać pewnym rodzajem miłości? Miłości dojrzałej, nie takiej pierwszej pełnej porywów młodego serca. Bona dawała wyraz takiej właśnie miłości. Do końca chciała być dobrą troskliwą żoną. Zobaczmy, jaka pustka wytworzyła się przy niej, gdy umarł Zygmunt. Dworzanie patrzyli w kierunku młodego króla, z nim wiązali przyszłość i karierę. Bona została sama. Straciła podporę, jaką był dla niej mąż.

AAR: Pomimo że małżeństwo Zygmunta i Bony było zgodne, to jednak na płaszczyźnie politycznej wiele ich różniło. Jak myślisz, dlaczego Zygmunt w niektórych kwestiach nie chciał słuchać swojej żony, tylko działał po swojemu? Może gdyby słuchał jej rad, skorzystałby na tym nie tylko on sam, ale przede wszystkim Polska?

RC: Król miał doradców sprzyjających Habsburgom, którzy tak naprawdę u nich upatrywali awansów, a Polska była zwrócona frontem do Habsburgów, nie dlatego, że tak chciała, ale musiała z nimi dobrze żyć. Teraz, gdy Habsburgowie władali ogromną połacią Europy, nikt nie odważył się ich lekceważyć. To już był bardzo silny przeciwnik, a więc lepiej mieć w nim przyjaciela niż wroga, tym bardziej, że z Moskwą ciągle mieliśmy zatargi o wschodnie ziemie. Inną, ale równie ważną sprawą jest charakter Zygmunta. On był człowiekiem przeszłej epoki, honorowym, prostolinijnym, dotrzymującym obietnic, przejrzystym. Co do Bony, to musimy pamiętać o jej burzliwym dzieciństwie, ucieczce z Mediolanu, o tułaczce. Bona od dziecka była świadkiem scen grozy, wojny. Na pewno słyszała rozmowy dorosłych na temat Habsburgów i pewnie nie były to miłe słowa. Nasiąknęła tą nienawiścią do nich, pragnęła ich szachować, pokazać, że Jagiellonowie są tak silni, że mogą się im przeciwstawić, wchodząc w sojusze z Francją i w ciche układy z sułtanem. 

AAR: Jak wiemy, oczkiem w głowie Bony, ze zrozumiałych powodów, był jej jedyny syn, Zygmunt August. Czytając zarówno „Królową w kolorze karminu”, jak i „Ja, królowa” nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jej macierzyńska miłość wykraczała znacznie dalej, niż jest to dozwolone. Czasami wydawało mi się, że królowa kocha młodego króla jak kobieta, a nie jak matka, co sprawia, że jest zazdrosna o każdą kobietę w łożu Augusta. Jak z Twojego punktu widzenia wyglądała ta miłość? Czy rzeczywiście Bona przekraczała ustalone granice wobec swego syna?

RC: Na pewno nie przekroczyła granic przyzwoitości. Gdyby tak było, kronikarze albo szpiedzy Albrechta Hohenzollerna i Habsburgów odnotowaliby to w listach do swoich chlebodawców. Ja na nic takiego się nie natknęłam. Ale na pewno z jej strony była to miłość zaborcza. Bona musiała tolerować kobietę u boku syna, bo od jego żony zależał los dynastii, ale pewnie zalewała ją żółć, gdy pomyślała sobie, że August jest sam na sam w alkierzu z Elżbietą. Była to miłość niszcząca. August w końcu powiedział dość. W końcu chciał mieć żonę i odciąć się od matki. Jej miłość zaczęła mu ciążyć. Na Litwie, z dala od niej, zasmakował w wolności, a jeszcze gdy wpadł w ramiona wdowy po wojewodzie trockim, po prostu zachłysnął się życiem i swobodą. Matka go nie kontrolowała, wreszcie zrozumiał, że jest królem.

AAR: Pomimo że Zygmunt August żenił się trzykrotnie, to jednak wciąż najwięcej mówi się o jego małżeństwie z Barbarą Radziwiłłówną. Jak Twoim zdaniem potoczyłyby się dalsze losy Polski, gdyby Barbara nie umarła? Czy myślisz, że któregoś dnia na polskim tronie zasiadłby Radziwiłł?

RC: Wszystko wskazuje na to, że król nie doczekałby potomka, bo prawdopodobnie był bezpłodny, a więc po jego śmierci i tak mielibyśmy wolną elekcję. Co do Radziwiłłów, na pewno nie zasiedliby na tronie w tym stuleciu. Radziwiłłowie nie mieli na to szans ani w tamtej chwili, ani w najbliższej przyszłości. Trzeba pamiętać, że wyniesienie Radziwiłłów poprzez małżeństwo Augusta z ich siostrą prawie wywołało wojnę domową, bo przecież tak naprawdę w całej tej wojnie nie chodziło o to, że król poślubił Barbarę, ale o to, że wyniósł przez to Radziwiłłów. Oni dopiero dzięki królowi zaczęli się piąć w górę. Szlachta była zazdrosna o wyniesienie im równych, woleli obcego, ale o błękitnej krwi. O, chociażby Henryka Walezego. Równość stanowa to było to, o co gotowi byli walczyć do upadłego.

AAR: Jak ogólnie oceniasz rządy Jagiellonów w Polsce? Kiedyś przeczytałam, że to byli „władcy z klasą”, a nie jak „te prymitywne rębajły” Piastowie.


© Renata Czarnecka
RC: No, można powiedzieć, że Piastowie to byli rębajły, ale te rębajły scaliły ziemie w jeden organizm, wykonały najtrudniejszą robotę, z czego w kolejnych wiekach korzystali Jagiellonowie. I nie zapominajmy, że to Piastowie, a nie Jagiellonowie, przyjęli chrzest, a więc podczas gdy Jagiellonowie byli już katolickimi władcami pełną gębą (oczywiście z wyjątkiem założyciela dynastii, Władysława Jagiełły, który w unii zawartej w Krewie zobowiązał się przyjąć chrześcijaństwo, co było warunkiem poślubienia Jadwigi, króla Polski), a więc należącymi do zachodniej cywilizacji, to Piastowie mimo że przyjęli chrzest, ciągle mieli mentalność pogan. To wypieranie dawnych wierzeń, obyczajów i brutalnych zachowań nie stało się nagle, na to potrzeba było wieków. Ale obie dynastie spoglądały na zachód wiedząc, że są skazane na sojusz z Niemcami dla dobra kraju. Dodać trzeba, że Jagiellonowie zrobili między innymi jedną świetną rzecz, a mianowicie połączyli Koronę z Litwą unią personalną, która je wzmocniła, między innymi militarnie, przed zakusami ze strony Zakonu Krzyżackiego i przed Moskwą. Ale przecież Bona też miała swój ogromny wpływ na tę dynastię, szczególnie jeśli chodzi o rozwój gospodarki.

AAR: Ciekawi mnie, dlaczego w Twoich powieściach o Jagiellonach skupiasz się tylko na okresie, kiedy dynastia prostą drogą zmierzała do wymarcia. Nie myślałaś nigdy, aby jeszcze bardziej cofnąć się w przeszłość i sięgnąć, na przykład, po postać Elżbiety Rakuszanki, czyli babki Zygmunta Augusta? Przecież była matką aż czterech królów, a jej małżeństwo z Kazimierzem Jagiellończykiem należało do udanych, choć powszechnie królowa uznawana była za brzydką.

RC: Nieraz myślałam o tym, by cofnąć się do XV wieku, i może kiedyś to zrobię. A moja przygoda z Jagiellonami zaczęła się dzięki Barbarze Radziwiłłównie. To ona spowodowała, że zakochałam się w Jagiellonach i w Bonie Sforzy.

AAR: A co z córkami Bony i Zygmunta Starego? Myślę, że biografia każdej z nich zasługuje na odtworzenie w formie powieści historycznej. Izabela przeżyła gehennę na Węgrzech, Katarzyna też nie miała łatwego życia w Finlandii, Zofia również musiała walczyć o swoje w Niemczech, zaś Anna, choć w końcu wyszła za mąż, to jednak nigdy nie zaznała prawdziwego szczęścia.

RC: Zgadzam się. Ich życiorysy to gotowe materiały na powieści. Nawet biografia Zofii, która przecież nie miała tak burzliwego życia jak jej siostry, jest ciekawa. Z czasem przeszła na protestantyzm. Ciekawe co powiedziałaby na to jej matka, zagorzała katoliczka, gdyby wtedy żyła. I oczywiście nie należy tego zagorzałego katolicyzmu Bony utożsamiać z pobożnością. O nie! Bona była w tym względzie bardzo umiarkowana.

AAR: „Ja, królowa” to trzeci tom cyklu o Bonie Sforzy. Zanim powstał, napisałaś książkę poświęconą matce Bony, Izabeli Aragońskiej. Oczywiście mam na myśli powieść „Księżna Mediolanu”. Jak bardzo, Twoim zdaniem, wychowanie Bony przez Izabelę wpłynęło na dorosłe życie polskiej królowej? Ile tak naprawdę odziedziczyła Bona po swojej matce?

RC: Jeśli spojrzeć na portret młodej Bony i jej ojca, Giana Galeazza Sforzy, podobieństwo jest uderzające. A więc stało się doskonale, że Bona urodę odziedziczyła po ojcu, który uchodził za pięknego młodzieńca, a nie po matce, która nie była piękna. Zresztą gdyby spojrzeć na portret Izabeli Aragońskiej możemy powiedzieć, że to przeciętna kobieta; ani ładna, ani brzydka, za to miała charakter i solidne wykształcenie. Podczas gdy ojciec Bony był chwiejnego charakteru, niezdecydowany, uległy, to matka odznaczała się uporem i determinacją. Bona nie mogła pamiętać ojca, bo gdy umarł miała osiem miesięcy, zatem wychowywana była tylko przez matkę. To ona kształtowała jej charakter, ona stanowiła dla córki wzorzec do naśladowania, a więc nie jest dziwne, że charakterem była podobna do matki. I to matka zadbała o edukację córki i była w tym względzie bardzo oświecona, wiedziała, że wiedza równa się władza.

AAR: Czy myślałaś kiedyś co by było, gdybyś spotkała na swojej drodze Bonę? O czym chciałabyś z nią porozmawiać? O co zapytać?

RC: Chciałabym widzieć ją w codziennych sytuacjach, chciałabym wiedzieć jak się zachowuje, jaka była naprawdę. Spytałabym ją o to, czy wyjeżdżając z Polski żałowała tej decyzji, czy też czuła się szczęśliwa, że wreszcie wraca do ojczyzny. Czy uzyskawszy zgodę na wyjazd poczuła się wolna.

AAR: Czy podczas zbierania materiałów do powieści dotyczących Jagiellonów natknęłaś się na jakąś informację, która Cię zaskoczyła?

RC: Wertując książki coraz napotykałam na jakieś informacje, które zmieniały mój punkt widzenia. Musiałam wtedy wracać do wątku i nanosić zmiany.

AAR: Wiem, że pracujesz już nad kolejną książką. Czy zatem mogłabyś powiedzieć nam coś więcej na jej temat, jeśli oczywiście ten projekt nie jest owiany tajemnicą?

RC: Przede mną ostatnia część dziejów Bony, najbardziej tragiczna, powrót królowej do Bari.

AAR: Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę. Czy chciałabyś coś dodać na koniec? Może jest coś, o co nie zapytałam, a chciałabyś podzielić się tym ze swoimi czytelnikami?

RC: Może tylko wspomnę, że w „Ja, królowa” czytelnicy znajdą wątki z mojej pierwszej powieści, „Królowa w kolorze karminu”. Nie planuję wznowienia tej książki, dlatego te wątki, które według mnie warte są uwagi, przeniosłam do najnowszej powieści. Dokonałam poprawek i pewnych przeróbek, aby wszystko grało. Mam nadzieję, że z dobrym skutkiem. Serdecznie dziękuję za rozmowę, a czytelników zachęcam do odkrywania naszej historii. Czytajcie biografie, książki popularnonaukowe i oczywiście powieści historyczne. Nawet jeśli kilku autorów pisze o tej samej postaci historycznej, to każdy kreuje inny, sugestywny obraz. I to jest fajne.



Rozmowa i redakcja
Agnes Anne Rose