piątek, 17 czerwca 2022

Magda Puzio – „Nowa rzeczywistość” #1

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: NOVAE RES

Gdynia 2022

 

Wszyscy doskonale pamiętamy jeszcze dzień, w którym rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Kiedy ze świata zaczęły napływać coraz bardziej niepokojące informacje o chorobie i zgonach ludzi, którzy na nią zapadali, jedni odczuwali ogromny strach, podczas gdy inni twierdzili, że tak naprawdę nie ma się czego bać i utwierdzali się w tym przekonaniu przez kolejne tygodnie, a nawet miesiące. Robili to również wtedy, gdy było już wiadome, że z tajemniczym i nowym wirusem z Chin nie ma żartów. W mediach każdego dnia pojawiali się coraz to nowi eksperci od chorób zakaźnych, a każdy z nich miał swoją własną teorię, która nie zawsze pokrywała się z opinią ich kolegów i koleżanek po fachu. I znów jedni siali strach i panikę, a inni starali się uspokajać. Natomiast w chwili, gdy do akcji wkroczył rząd i polityka, wszystko diametralnie się zmieniło. Zostaliśmy zamknięci w domach. Mogliśmy wychodzić na zewnątrz jedynie po to, aby zrobić najpotrzebniejsze zakupy. Kazano nam, pod karą mandatu, nakładać na twarz maseczki ochronne, aby ograniczyć transmisję wirusa. Szpitalne sale zapełniały się chorymi, a medycy tracili siły z wyczerpania. Rzeczywistość, jaką znaliśmy do tamtej pory, nagle przestała istnieć i nikt nie odważył się prognozować, kiedy to wszystko się skończy i wrócimy do normalności. Tylko czy przypadkiem ta nowa rzeczywistość nie stała się dla nas nową normalnością, w której musieliśmy nauczyć się żyć i która będzie nadal trwać, a my nawet nie będziemy zdawać sobie z tego sprawy?

Właśnie o takiej nowej rzeczywistości pisze Magda Puzio na kartach swojej debiutanckiej powieści. Jest rok 2035, a obostrzenia pandemiczne wciąż obowiązują. W małym miasteczku o nazwie Nowogłos żyją przyjaciółki, które znają się wzajemnie niczym przysłowiowe łyse konie. Miasteczko jest fikcyjne, choć poniekąd wzorowane na prawdziwej miejscowości. Mieszkające w nim główne bohaterki razem dorastały, dzieliły ze sobą smutki i radości, zwierzały się sobie nawzajem z rozmaitych problemów i niecierpliwie czekały, aż osiągną upragnioną dorosłość, która sprawi, że w końcu staną się wolne. Ale czy w nowej rzeczywistości jest choćby najmniejsza szansa na to, aby być wolnym? Czy można mówić o wolności, kiedy teraźniejszość jest niepewna, a i nie wiadomo, co przyniesie najbliższa przyszłość?

Wanda, Matylda, Zuzanna i Hanna mają po dwadzieścia kilka lat i tak naprawdę nie pamiętają już jak wygląda normalność. Dla nich normalnością jest nowa rzeczywistość nafaszerowana obostrzeniami, restrykcjami i nieustanną potrzebą planowania każdego dnia. Bez planu nie mogą spotykać się ze znajomymi, nie mogą wyjść do kawiarni czy na zwykłe zakupy lub spacer. Dla nich codziennością jest robienie znienawidzonych testów na obecność wirusa i spotykanie na każdym kroku służb, które skrupulatnie kontrolują to, czy obywatele przestrzegają zakazów i rozporządzeń nałożonych przez rząd. I choć generalnie niby nie ma już pandemii, to jednak ludzie wciąż nie mogą się ze sobą spotykać, ani też wyjeżdżać, kiedy przyjdzie im na to ochota. Nadal też obowiązują kwarantanny. Świat, w którym dziewczyny żyją jest pełen strachu, a społeczeństwo bezustannie jest inwigilowane. Jak długo można egzystować w ten sposób? Czy w końcu przyjdzie czas, gdy ktoś zbuntuje się przeciwko takiemu życiu? Czy ludziom wreszcie otworzą się oczy i zobaczą, że ktoś nimi manipuluje? Czy będą mieć na tyle odwagi, aby zacząć działać?

Moim zdaniem Magda Puzio to obiecująca młoda autorka, która swoim debiutem wzbogaca polską literaturę obyczajową, z lekką domieszką fantastyki, o naprawdę oryginalną pozycję. Autorka proponuje czytelnikowi ciekawą i niezwykle emocjonalną historię opartą na aktualnych wydarzeniach. Fabuła powieści jest tak skonstruowana, że odkrywa przed czytelnikiem to, co może się wydarzyć, choć wcale nie musi. Obok głównych bohaterek, autorka wprowadza do powieści również bohaterów drugiego planu, którzy są nie mniej interesujący i warci uwagi, a ich portrety psychologiczne wnoszą do fabuły książki wiele dobrego. Każdy z nich ma coś do powiedzenia, w co warto się uważnie wsłuchać. To swego rodzaju przesłanie na przyszłość.

Nowa rzeczywistość to opowieść nie tylko o przyjaźni, miłości i relacjach międzyludzkich, ale także o tym, jak nie dać sobą manipulować i jak nie zatracić w sobie umiejętności samodzielnego myślenia, albowiem nie wszystko, co narzucane jest naszym bohaterom z góry jest automatycznie dla ich dobra. Pod przykrywką troski o ich bezpieczeństwo i zdrowie stopniowo zabierana jest im wolność, przez co z łatwością mogą stracić swoją prywatność, a nawet swobodę w sytuacjach stricte intymnych, a na to nie można przecież pozwalać w nieskończoność. To także opowieść o tym, jak odnaleźć się w nowym i nieznanym dotąd świecie i nie zwariować. To również historia o przeciwstawianiu się tym, którzy mają władzę, dzięki której chcą stłamsić społeczeństwo, a ono za nic nie może zgadzać się na takie traktowanie. Jedynym rozwiązaniem jest zatem działalność… w podziemnym ruchu oporu, czyli w czymś, co większości z nas kojarzy się z wojną. Czy w związku z tym nasi bohaterowie wypowiedzą władzy wojnę? A jeśli tak, to która strona ją wygra? Oprócz powyższego, w powieści nie brakuje również zaskakujących zwrotów akcji i humoru. To naprawdę oryginalna historia napisana na potrzeby aktualnej sytuacji.

Nowa rzeczywistość to powieść przeznaczona przede wszystkim dla młodzieży studenckiej, ale z powodzeniem mogą sięgać po nią zarówno starsi, jak i nieco młodsi czytelnicy. Autorka zapowiada dalszy ciąg, więc nie grozi nam szybkie pożegnanie się z bohaterami. Polecam tę książkę każdemu, kto ma ochotę na zanurzenie się w nowej rzeczywistości. Naprawdę warto przeczytać!

 

Agnieszka Różycka

autorka, tłumaczka, eseistka, dziennikarka



 

 

 

środa, 23 lutego 2022

Magdalena Zimniak – „Protest”

 






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję! 


Wydawnictwo: SKARPA WARSZAWSKA 
Warszawa 2022 




Dorośli mówią czasami, że dziecięce traumy tak naprawdę nie mają wielkiego znaczenia, bo dziecko jest zbyt małe, żeby cokolwiek zapisało się w jego pamięci. Wydaje im się, że dzieci nie potrafią rozpamiętywać tego, co dzieje się w ich życiu, a nawet jeśli popłaczą sobie gdzieś w kącie przez jakiś czas, to bardzo szybko przejdą nad swoim problemem do porządku dziennego i wszystko szybko wróci do normy. Może to właśnie stąd bierze się przekonanie, że rodzice czy opiekunowie mogą robić z dziećmi, co tylko chcą, ponieważ one i tak niczego nie będą pamiętać w dorosłym życiu? Ludzie myślący w ten sposób nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą. Dziecko zawsze pamięta, choć wiele rzeczy nie wyraża wprost. Dziecko nie jest z kamienia. Dziecko wie i rozumie, co takiego dzieje się w jego otoczeniu. Potrafi zlokalizować zło, które czai się za rogiem i w każdej chwili może uderzyć. Dziecko zawsze reaguje strachem na sytuacje, które z jego punktu widzenia są niebezpieczne i o których wie, że sprawiają im ból. Dziecko jest również świadome tego, że w domu dzieje się coś złego. Czuje, że rodzice nie mówią mu wszystkiego. Taka nieświadomość czasami może być o wiele gorsza niż powiedzenie prawdy. Strach, który temu towarzyszy, kiedyś może zabić i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Konsekwencje dziecięcej traumy, szczególnie tej nieprzepracowanej, wrócą prędzej czy później. I może zdarzyć się to w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy człowiek będzie bezsilny i bezbronny, aby móc im skutecznie zaradzić.

Dziecięca trauma potrafi wrócić w dorosłym życiu pod wpływem jakiegoś bodźca. Nagle może wydarzyć się coś, co spowoduje, że człowiek zacznie wracać myślami do lat dzieciństwa i analizować to, co się wtedy stało. Takim bodźcem może być na przykład wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 22 października 2020 roku, kiedy to w Polsce zakazano wykonywania aborcji w przypadku wystąpienia wysokiego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu lub nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, czyli innymi słowy nagle i bez ostrzeżenia zrezygnowano z tak zwanego kompromisu aborcyjnego obowiązującego przez lata. Jest to również moment, w którym rozpoczyna się akcja najnowszego thrillera psychologicznego autorstwa Magdaleny Zimniak.

Pandemia koronawirusa trwa już od kilku dobrych miesięcy, ale nie to jest tutaj najważniejsze. Otóż na ulice zaczynają wychodzić nie tylko młode oburzone kobiety, ale też wspierający je mężczyźni, i co ciekawe, także osoby w starszym wieku, które maszerują ulicami polskich miast, aby wesprzeć swoje dzieci i wnuki. Wszędzie widać różnego rodzaju hasła, mające zwrócić uwagę na sytuację kobiet, a w Internecie rozpoczyna się festiwal nienawiści. Jedni krzyczą za życiem, a inni za wolnością wyboru i aborcją na życzenie. Wszyscy obrzucają się nawzajem inwektywami. Solidnie obrywa się nie tylko politykom, ale przede wszystkim Kościołowi Katolickiemu i tym, którzy do niego należą, czyli zwykłym katolikom niemającym z całym tym zamieszaniem nic wspólnego. Oprócz nielicznych grup religijnych fanatyków, cała reszta jest równie mocno zaskoczona orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Katolicy dostają w twarz dla zwykłej zasady. Przez samą przynależność do instytucji, która z każdym dniem jest coraz bardziej znienawidzona przez całkiem sporą część społeczeństwa.

Tymczasem mieszkająca gdzieś w Warszawie główna bohaterka powieści, Anita Chodura, przypomina sobie o własnej, rodzinnej tragedii. Kiedy była dzieckiem, jej starsza siostra poddała się zabiegowi przerwania ciąży. Był rok 1979. Kobieta do dziś pamięta, jak bardzo tamto wydarzenie dotknęło jej rodzinę. Ucierpiała nie tylko nastoletnia Krysia, ale każdy z członków jej rodziny. Z pozoru wydaje się, że to Anita wycierpiała najwięcej, bo to ona poważnie podupadła na zdrowiu psychicznym i do tej pory nie może się pozbierać, pomimo terapii. Choć ma za sobą również te lepsze dni, to jednak to, co stało się przy alejach Szucha 12A w Warszawie, sprawia, że wszystko wraca ze zdwojoną siłą, zważywszy że niektórych osób biorących udział w tamtym wydarzeniu sprzed lat, nie ma już na świecie. W dodatku córka Anity, Julia, aktywnie uczestniczy w Strajku Kobiet, mając na temat aborcji zupełnie inne zdanie, niż jej matka. Od tej chwili Anita nie potrafi już spokojnie żyć. Przeszłość wraca, a wraz z nią szereg pytań, na które nigdy nie było odpowiedzi. Czy tym razem będzie inaczej? Czy Anita, żyjąca na skraju szaleństwa, będzie w stanie stawić czoło przeszłości i raz na zawsze ją zamknąć? Czy jej dzieci, a szczególnie córka, również zaznają spokoju? Bardzo szybko okazuje się jednak, że na spokój trzeba będzie jeszcze poczekać. Nieoczekiwanie ktoś umiera. Wszystko wskazuje na to, że nie była to śmierć naturalna. A skoro morderstwo, to kto za nim stoi i dlaczego zabił? Czy ta śmierć ma związek z wydarzeniami z 1979 roku?

Najnowszy thriller Magdaleny Zimniak nie jest zwykłą powieścią dotykającą problemu aborcji. Takie rozwiązanie byłoby zbyt proste, a nie do tego autorka przyzwyczaiła swoich czytelników przez lata twórczości. Już sam tytuł Protest nie jest jednoznaczny. Ma on bowiem kilka wymiarów, a Strajk Kobiet i wyrok Trybunału Konstytucyjnego są tylko jednym z nich; czymś w rodzaju przysłowiowej pierwszej kostki domina, która pociąga za sobą kolejne, aż w końcu cała konstrukcja, tak mozolnie budowana, ulega zniszczeniu, pokazując to, co do tej pory było ukryte gdzieś bardzo głęboko. Wiele rzeczy zostaje brutalnie obnażonych. Na jaw wychodzą hipokryzja i zakłamanie tych, którzy w oczach opinii publicznej chcą uchodzić za nieskazitelnych i kierujących się w życiu najwyższymi wartościami moralnymi. Tytułowy protest to także brak zgody na wiele spraw, które do tej pory były tolerowane i przemilczane nie tylko w życiu publicznym, ale przede wszystkim w życiu osobistym bohaterów. To powiedzenie DOŚĆ temu wszystkiemu, co jeszcze do niedawna było tematem tabu. To wyjście naprzeciw problemom, które przez długie lata niszczyły od środka poszczególnych bohaterów. To wreszcie podjęcie próby zakończenia trwających latami niedopowiedzeń i tajemnic.

Protest to powieść niezwykle autentyczna. Co ważne i na co należy zwrócić szczególną uwagę, autorka nie występuje tutaj w roli moralizatorki. Nikogo nie poucza, nikomu nie narzuca swoich poglądów. Stoi jak gdyby z boku i przygląda się bohaterom, których sama stworzyła. Można odnieść wrażenie, że Magdalena Zimniak również jest ciekawa końca tej historii. Jej bohaterowie są wolnymi ludźmi i ta wolność może sprawić, że w każdej chwili są w stanie zaskoczyć czytelnika, a sama autorka świadomie im na to pozwala, nie pociągając za sznurki. Są to postacie, którym nieobce są ból, cierpienie, okrucieństwo, zemsta, ale też miłość, przyjaźń czy skłonność do wybaczania, natomiast konsekwencje podejmowanych decyzji prędzej czy później dadzą o sobie znać. Autentyczność tej powieści polega również na tym, że opowiedziana w niej historia jest taka typowo polska. Nikt obcy nam jej nie zabierze i nikt nie będzie w stanie wpasować się w nią tak dobrze, jak Polacy. Stanowi lustro, w którym wielu z nas zapewne dostrzegłoby również swoje odbicie. Czy jest emocjonalna? Poniekąd tak, choć nie jest to typowa gra na ludzkich emocjach, aby tylko wywołać sensację czy wzbudzić negatywne uczucia u którejkolwiek ze stron.

Myślę, że ta książka bardzo długo będzie wyróżniać się na tle innych powieści. Jest odważna i niepozwalająca o sobie zapomnieć. To historia nie tylko dla kobiet. Polecam. 


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka, dziennikarka







środa, 13 października 2021

Renata Czarnecka – „Dwa królestwa, jedna krew. Dylogia andegaweńska” #1

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.

Katowice 2021

 

Bardzo często uważa się, że za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta. Spójrzmy zatem na rządy węgierskiego króla Karola I, bardziej znanego jako Karola Roberta (1288-1342) pochodzącego z dynastii Andegawenów. Jego panowanie rzeczywiście obfitowało w szereg sukcesów. W trwającej dekadę walce pokonał oligarchów zagrażających terytorialnej integralności kraju, a dzięki reformom gospodarczym i społecznym Królestwo Węgier zostało znacznie wzmocnione. Oczywiście dostępne informacje na temat jego czwartej żony, Elżbiety Łokietkówny (ok. 1305-1380), nie pozwalają zbyt wyraźnie dostrzec jej wpływu na sukcesy męża. Można jednak śmiało rzec, iż królowa spełniła swoje najważniejsze zadanie, czyli przede wszystkim dała życie spadkobiercom tronu.

Pierwsze znaczące informacje odnoszące się do Elżbiety, a znajdujące się w źródłach historycznych datowane są na rok 1320, czyli czas, kiedy Elżbieta i Karol stanęli na ślubnym kobiercu. Od tego czasu córka Władysława Łokietka (ok. 1261-1333) i Jadwigi Bolesławówny (ok. 1270-1339) pojawia się na kartach kronik dość regularnie i nie można już narzekać na brak informacji o jej życiu i działalności. Niestety, pierwsze lata jej życia, które przyszła królowa Węgier spędziła przy rodzicach nie są nigdzie odnotowane, choćby tylko w ogólnym zarysie. Dlatego też wiele kwestii wciąż pozostaje w sferze przypuszczeń i domniemań, a niekiedy może nawet i zwykłych plotek. Nie wiadomo też kiedy tak naprawdę Elżbieta przyszła na świat, ani gdzie dokonał się cud jej narodzin. Wielce prawdopodobne jest natomiast to, iż lata dzieciństwa spędziła na dworze matki, a wpływ na jej wychowanie miały klaryski, szczególnie te ze Starego Sącza, ponieważ matka Elżbiety darzyła je wyjątkowymi względami, a po śmierci Władysława Łokietka, Jadwiga sama wstąpiła do ich zakonu i tam zakończyła życie.


Domniemane przedstawienie Elżbiety Łokietkówny na zworniku sali gotyckiej
Kamienicy Hetmańskiej w Krakowie.
fot. Maciej Szczepańczyk

Wiele wskazuje na to, że to właśnie rzeczone klaryski troszczyły się o wykształcenie Elżbiety. To właśnie u nich musiała nauczyć się czytać po łacinie. Wspomnienia z tamtych czasów musiały więc dość głęboko tkwić w królowej Węgier, ponieważ w swoim nowym kraju szczególną opieką otaczała również ten zakon, nie szczędząc środków finansowych na jego utrzymanie. Pomimo że była daleko, to jednak nie zapomniała o sądeckich zakonnicach, gdyż nawet z dalekich Węgier działała na ich rzecz, stając po stronie klarysek podczas ich sporu z ówczesnym biskupem krakowskim. Spór ten dotyczył płacenia dziesięciny i miał miejsce w 1362 roku. To wszystko wskazuje na to, iż Elżbieta musiała wychowywać się w dość surowej i niemalże klasztornej atmosferze, z którą swoboda panująca na dworze Karola Roberta stanowiła żywy kontrast, co zapewne dla młodziutkiej Elżbiety było trudne do zaakceptowania. Jednakże czas wszystko zmienił.

W lipcu 1320 roku Elżbieta Łokietkówna została żoną króla Węgier, Karola Roberta. Jak przystało na tamte czasy, małżeństwo zostało zaaranżowane ze względów politycznych. Władysław Łokietek chciał zbliżyć się do Węgier, ponieważ tak nakazywała mu polityka, którą wówczas prowadził. Z Karolem Robertem łączyły go bowiem wspólne interesy, mające źródło w podstawach, na jakich obydwaj władcy opierali swoje rządy. I jeden, i drugi zawdzięczał tron walce z Czechami i oparciu się na Rzymie. Tak więc porozumienie polsko-węgierskie miało na celu prowadzenie wspólnej polityki wobec Przemyślidów, będących spadkobiercami luksemburskiej korony. Porozumienie to przez dziesiątki lat miało być wyznacznikiem politycznych dążeń Polski, w których zrealizowaniu sama Elżbieta również odegrała niemałą rolę. Małżeństwo Elżbiety i Karola Roberta nabrało też bezpośredniego znaczenia w związku z koronacją ojca panny młodej, która wyprzedziła je o niecałe pół roku, lecz wszelkiego rodzaju rozmowy i podróże poselstwa z Polski na Węgry i odwrotnie musiały odbywać się już znacznie wcześniej.

Dla Władysława Łokietka nie bez znaczenia okazał się protest, jaki przeciwko jego koronacji złożył u papieża król Czech, Jan I Luksemburski (1296-1346). Protest ten został złożony na podstawie odziedziczonych po Przemyślidach pretensji do polskiego tronu. Wprawdzie był on jedynie ustny i prawdopodobnie złożony na życzenie Krzyżaków, to jednak nie załatwiało to sprawy na przyszłość, zwłaszcza że zatarg z Krzyżakami o Pomorze nie rokował szybkiego zakończenia sprawy. Nikt przecież nie mógł zagwarantować, że gdyby nagle doszło do wojny między Polską a Zakonem Krzyżackim, to czeski król nie stanie się czynnym sojusznikiem Krzyżaków, używając w tym celu swoich pretensji do polskiego tronu. Dlatego też małżeństwo Elżbiety z Karolem Robertem miało być swego rodzaju przestrogą dla Jana Luksemburskiego, aby pohamował się w polityce dotyczącej Krzyżaków, ponieważ w innym razie Węgry dyplomatycznie, a może wręcz zbrojnie, staną po stronie Polski. Przyszłość pokazała, że Łokietek prowadził w tym kierunku naprawdę dobrą politykę. Trzeba też pamiętać, że oprócz polityki, rodzice Elżbiety połączeni byli z Węgrami przez tradycje rodzinne sięgające jeszcze czasów panowania Arpadów. Sympatie te na pewno wiele znaczyły przy aranżowaniu małżeństwa córki. Tak więc Elżbieta i Karol Robert byli ze sobą spokrewnieni i dzięki przodkom wywodzili się z tej samej dynastii, czyli wspomnianych już Arpadów. Lecz od czego jest papież, prawda? Karol Robert postarał się więc o stosowną dyspensę u papieża, a pod koniec czerwca 1320 roku Elżbieta wraz z licznym orszakiem i dobrze wyposażona przez rodziców ruszyła na Węgry.


Fragment pomnika Karola Roberta,
który znajduje się w Budapeszcie.


W Nowym Sączu na przyszłą królową czekali węgierscy panowie, do których Łokietkówna dołączyła 1 lipca. Sam Karol Robert również wyjechał jej naprzeciw, a potem wszyscy udali się w podróż do Budy, gdzie w niedzielę 6 lipca 1320 roku odbył się ślub Elżbiety i Karola Roberta, a po niej nastąpiła koronacja młodej małżonki w Białogrodzie, której według zwyczaju dokonywał aktualny biskup weszpremski będący jednocześnie kanclerzem królowej. W tym konkretnym przypadku był to biskup o imieniu Henryk, dawny prepozyt spiski. I tak oto Elżbieta Łokietkówna została czwartą małżonką węgierskiego króla, Karola Roberta, choć niektórzy twierdzą, że trzecią, ponieważ pierwsze małżeństwo króla z Marią Halicką (przed 1293-1341) zostało prawnie zakwestionowane. Opuściła więc młodziutka Elżbieta Polskę i krakowski zamek na długie pięćdziesiąt lat. I choć w tym czasie zdarzało jej się odwiedzać Polskę, to jednak do domu wróciła tak naprawdę już jako pochylona wiekiem staruszka, aby w imieniu swego syna, Ludwika I Węgierskiego (1326-1382), uporządkować sprawy państwa po zmarłym bracie.

To właśnie ślub Elżbiety Łokietkówny i Karola Roberta rozpoczyna akcję najnowszej powieści Renaty Czarneckiej. Jest zatem rok 1320. Młoda i pełna obaw córka Władysława Łokietka i starsza siostra przyszłego króla Polski, Kazimierza III Wielkiego (1310-1370), opuszcza Wawel i wraz ze swoim orszakiem udaje się na Węgry, aby tam poślubić przeznaczonego jej mężczyznę. Elżbieta ma własną wizję małżeństwa, lecz kiedy staje przed nią przystojny, choć już nie taki młody Karol Robert, wówczas jej serce zaczyna bić mocniej. I chyba właśnie w tym momencie zdaje sobie sprawę, że jej związek z węgierskim królem wcale nie będzie taki niewinny, jak jeszcze niedawno go sobie wyobrażała. Niebawem na świat przychodzi ich pierwsze wspólne dziecko, upragniony syn. Wydaje się też, że Elżbietę i Karola zaczyna łączyć coś więcej, niż tylko zwykła polityka. Pojawia się bowiem uczucie, czego chyba oboje się nie spodziewali, ponieważ małżeństwo przez nich zawarte miało być przecież zwykłym układem politycznym. Szybko jednak okazuje się, że życie Elżbiety na węgierskim dworze wcale nie będzie takie sielankowe. Pierwsze tego oznaki pojawiają się w chwili, gdy odwiedza ją młodszy brat, Kazimierz. Konsekwencje tej wizyty są tragiczne.


Joanna I, królowa Neapolu, hrabina Prowansji, księżna Achai
i tytularna królowa Jerozolimy


Mijają lata. Umiera nie tylko Karol Robert, ale też król Neapolu, Robert I Mądry (ok. 1278-1343). Zgodnie z obowiązującym prawem korona należy się Węgrom. Nikt jednak nie chce sięgać po nią przemocą. Dlatego też wszyscy zainteresowani patrzą z nadzieją na skojarzone wcześniej polityczne małżeństwo pomiędzy wnuczką Roberta Mądrego, Joanną (1326-1386), którą ten uczynił swoją spadkobierczynią z braku żyjących męskich potomków, a młodszym synem Elżbiety i Karola Roberta, Andrzejem Andegaweńskim (1327-1345). Małżeństwo andegaweńskich kuzynów miało więc na celu odsunąć pretensje króla Węgier do korony neapolitańskiej. Czy tak się faktycznie stało? Nie, ponieważ już wkrótce nad Neapolem zbierają się czarne chmury, które mogą zwiastować tylko jedno: WOJNĘ. Neapolitańczycy z każdym dniem coraz bardziej nienawidzą Węgrów. To musi skończyć się rozlewem krwi. Nie ma innego wyjścia. Korona Neapolu może być utrzymana tylko w jeden sposób. Trzeba przelać krew i wymordować wszystkich, którzy ośmielają się rościć do niej jakiekolwiek prawa. Tymczasem Elżbieta zatroskana o sprawy państwa i twardo stojąca po stronie nowego króla Węgier, swego najstarszego syna Ludwika, przebywa w Budzie i żarliwie modli się o to, aby sprawy potoczyły się po myśli Węgrów. Czy tak się faktycznie stanie? A może niewyobrażalna chęć zemsty za doznane krzywdy odbierze rozsadek głównym graczom tej krwawej walki o tron?

Dwa królestwa, jedna krew to pierwsza część opowieści o Andegawenach. W planie jest jej kontynuacja. Podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że historia opowiedziana piórem Renaty Czarneckiej ma wiele wspólnego z angielską Wojną Dwu Róż, gdzie przedstawiciele tej samej dynastii Plantagenetów przez długie trzydzieści lat toczyli krwawe boje o koronę Anglii. Tam również główne role odgrywały kobiety, ale tylko jedna z nich była obecna na polach bitew. Pozostałe kierowały swoimi mężczyznami w bardziej dyplomatyczny sposób poprzez zawiązywanie spisków i intryg, a niekiedy nawet zawieranie korzystnych układów politycznych. W tym przypadku mamy natomiast dwie odważne i silne kobiety, które dzieli nie tylko różnica wieku czy pochodzenie, ale też sposób postrzegania konkretnych spraw. Zarówno Elżbieta, jak i młoda Joanna pragną przeciągnąć sznur na swoją stronę, a na sznurze tym zawieszona jest korona Neapolu. Obydwie kobiety są bezwzględne. Aby postawić na swoim nie cofną się przed niczym, nawet przed przyzwoleniem na morderstwo, które dla tej drugiej strony jest niczym wbicie sztyletu prosto w serce.


Morderstwo Andrzeja Andegaweńskiego, księcia Kalabrii
i męża Joanny I
Obraz został namalowany w 1835 roku. 
autor: Karl Bryullov (1799-1852)


Akcja powieści toczy się niezwykle dynamicznie. Z każdą kolejną stroną i z każdym kolejnym rozdziałem czytelnik coraz głębiej wnika w zawiłości konfliktu i podąża w ślad za bohaterami. Do jednych czuje większą sympatię, zaś innym życzy jak najgorzej. Lekkie pióro autorki i gawędziarski styl pisania doskonale oddające realia średniowiecza tylko podnoszą walor opowiadanej historii. Trzeba więc przyznać, że Renata Czarnecka naprawdę potrafi opowiadać historię. Jej bohaterowie są żywi, aktywni i mają naprawdę wiele do powiedzenia czytelnikowi; nawet temu czytelnikowi, który na co dzień nie za bardzo interesuje się historią. Autorka wkłada w ich usta słowa, które zapewne mogły kiedyś zostać przez nich wypowiedziane, co jeszcze wyraźniej oddaje klimat tamtych czasów. Nie mam tej powieści nic do zarzucenia. Czyta się ją jednym tchem. Trudno jest odłożyć na półkę, zanim nie przeczyta się ostatniej strony. Dwa królestwa, jedną krew polecam nie tylko miłośnikom historii, ale też każdemu czytelnikowi, który chciałby poznać opowieść pełną emocji i opartą na faktach, które być może zostały nieco zapomniane i wyparte przez inne wydarzenia historyczne, które są znacznie bardziej znane i eksponowane zarówno w polskiej, jak i światowej literaturze.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka i dziennikarka







sobota, 9 października 2021

Dorota Ponińska – „Romantyczni. Romantyczni w Paryżu” #2

 




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: LIRA

Warszawa 2021

 

 

Pod koniec XVIII wieku Polska została rozdarta na trzy części przez trzech zaborców, tj. Rosję, Prusy i Austrię. Generalnie przyjmuje się, że okres rozbiorów trwał przez sto dwadzieścia trzy lata. Nie był to jednak jednolity czas, ponieważ sytuacja polityczna na poszczególnych obszarach zależała od tego, w jakim zaborze się znajdowały. Można przyjąć, że najmniej dotkliwe represje dotykały ludzi mieszkających w zaborze austriackim, czyli innymi słowy w Galicji. Żyjący tam Polacy mogli posługiwać się językiem polskim zarówno w urzędach administracyjnych, jak i w szkołach. W zaborze pruskim prowadzono natomiast politykę germanizacji, zaś kultywowanie polskich tradycji i języka było ostro blokowane przez władze. Na terenie zaboru rosyjskiego sytuacja była nieco złożona. W różnych okresach podejście do sprawy polskiej było inne, tj. od względnie liberalnego po skrajnie restrykcyjne, mające na celu wykorzenienie jakichkolwiek przejawów polskości.

Podczas zaborów na terenie należącym wcześniej do Polski powstawały tzw. państwa marionetkowe, czyli niesamodzielne, a w polityce i ekonomii całkowicie zależne od innego państwa, w tym przypadku od zaborców. W tego rodzaju państwach władze wyznaczane były przez państwo-hegemona. Dla niektórych Polaków państwa marionetkowe stawały się więc sceną, na której mogli prowadzić działania zmierzające do odzyskania niepodległości. W czasie kiedy Napoleon Bonaparte (1769-1821) odnosił zwycięstwa powstało Księstwo Warszawskie (1807-1815), które choć formalnie było niezależne, to jednak w rzeczywistości podporządkowane Cesarstwu Francuskiemu. Taki stan rzeczy wielu Polakom dawał nadzieję na wyzwolenie spod obcej władzy. Dlatego też u boku Napoleona walczyło wielu polskich żołnierzy, w tym słynne Legiony Polskie we Włoszech pod dowództwem generała Jana Henryka Dąbrowskiego (1755-1818).


Starcie belwederczyków z kirasjerami rosyjskimi na moście w Łazienkach 29 listopada 1830 roku
Obraz został namalowany w latach 90. XIX wieku.
autor: Wojciech Kossak (1856-1942)


Po klęsce Napoleona Kongres Wiedeński ustanowił natomiast Królestwo Polskie, zwane również Królestwem Kongresowym. W praktyce było ono zależne od Imperium Rosyjskiego, ale mimo to zagwarantowanych było tam szereg swobód, jak własna konstytucja, parlament, wojsko, waluta i szkoły. To właśnie w Królestwie Polskim powstał Uniwersytet Warszawski. Jednakże rosyjski car zawsze był królem, a Rosja kontrolowała jego politykę zagraniczną. Był to więc okres, w którym mogła rozwijać się polska kultura i nauka, lecz państwo wciąż nie mogło być niepodległe.

Żadna wolność nie mogła przesłonić faktu, że rosyjski car pozostał królem Polski. Ponadto Królestwo Polskie powstało w wyniku porozumienia między zaborcami, a nie na mocy suwerennej decyzji narodu polskiego. Jak zawsze zdania wśród Polaków były mocno podzielone. Niektórzy uważali, że powinni współpracować z Rosjanami, by wykorzystać zdobyte przez nich swobody dla Polski i poczekać na bardziej dogodny moment w historii. Jednakże wielu Polaków nie chciało dłużej czekać i uznało, że nadszedł już najwyższy czas, aby wyrwać się spod buta zaborców. Dlaczego? Otóż dlatego, że bardzo często dochodziło do łamania swobód zagwarantowanych w konstytucji z 1815 roku. Sytuację dodatkowo pogorszyło brutalne zachowanie carskiego namiestnika, a zarazem brata cara, wielkiego księcia Konstantyna Romanowa (1779-1831). Ponadto powstało wiele tajnych stowarzyszeń i organizacji patriotycznych, które były represjonowane przez administrację carską. Powstańcze duchy podsycane były informacjami o udanych powstaniach w Grecji i Belgii, a także o rewolucji lipcowej w Paryżu (27-29 lipca 1830 roku). Z tego powodu car Mikołaj I Romanow (1796-1855) planował interwencję zbrojną w Paryżu i w Belgii. Do tej militarnej operacji chciał wykorzystać polskie wojsko, ale Polacy nie chcieli brać w tym przedsięwzięciu udziału. 

I tak oto wybuchło Powstanie Listopadowe, które trwało prawie rok, tj. od 29 listopada 1830 do 21 października 1831 roku. Swym zasięgiem objęło Królestwo Polskie i Litwę oraz część Ukrainy i Białorusi. W czasie powstania doszło do kilkudziesięciu bitew. Jedną z najsłynniejszych była nierozstrzygnięta bitwa pod Olszynką Grochowską, która rozegrała się 25 lutego 1831 roku, a było to dokładnie na wschodnich przedpolach Warszawy. Samo powstanie wybuchło w Warszawie w nocy z 29 na 30 listopada. Tamta noc znana jest dziś jako Noc Listopadowa. Obecnie wielu historyków uważa, że powstanie miało jednak szansę powodzenia. Niestety, podzieliło się ono na różne frakcje. Jedni chcieli ugody z carem, natomiast drudzy opowiadali się za przyłączeniem się całego narodu do walki, włączając w to także chłopów, zaś inni stanowczo sprzeciwiali się zniesieniu pańszczyzny, co z kolei zniechęcało chłopów do popierania powstania. Pozornie doświadczeni dowódcy wojskowi okazali się nieudolni i nie wierzyli w zwycięstwo. Niestety, państwa zachodnie również miały negatywny stosunek do powstania. Trzeba też pamiętać o militarnej przewadze Rosji, która była wtedy znacząca. Wszystkie te przyczyny doprowadziły w konsekwencji do upadku powstania.


Polski Prometeusz jako alegoria upadku Powstania Listopadowego
Obraz został namalowany w 1831 roku.
autor: Horace Vernet (1789-1863)

Niestety, represje po Powstaniu Listopadowym były bardzo dotkliwe. Tych, którzy brali w nim udział skazywano na śmierć lub wysyłano na Syberię. Car zniósł też dotychczasowe wolności. Wojsko polskie zostało włączone do armii rosyjskiej, gdzie obowiązywała służba wojskowa trwająca aż dwadzieścia pięć lat. Zlikwidowano polski parlament i administrację, a później także polski system pieniężny oraz polski system wag i miar. Polska była również zobowiązana do płacenia wysokiej daniny. I wtedy rozpoczęła się Wielka Emigracja. Wielu ważnych polskich artystów i działaczy musiało opuścić kraj. To właśnie na tej emigracji po Powstaniu Listopadowym najsłynniejszy polski poeta, Adam Mickiewicz (1798-1855), napisał epopeję narodową Pan Tadeusz.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach tutaj też zdania historyków są podzielone. Polacy ponieśli ogromne konsekwencje z powodu wybuchu powstania, które pośrednio odczuwano aż do odzyskania niepodległości. W 1863 roku doszło natomiast do kolejnego buntu. Tym razem było to Powstanie Styczniowe, które także zakończyło się klęską. Mimo to Polacy nie stracili wiary w sens walki o niepodległość. Pamięć powstań była bowiem pielęgnowana i pomagała przyszłym pokoleniom w dążeniu do odzyskania niepodległości, co ostatecznie nastąpiło w 1918 roku.

Najnowsza powieść Doroty Ponińskiej, a zarazem drugi tom trylogii Romantyczni, opowiada właśnie o tym, co działo się z Polakami po upadku Powstania Listopadowego. Autorka skupia się na Wielkiej Emigracji i postaciach z nią związanych. Większość bohaterów czytelnik spotkał już na kartach pierwszego tomu. Akcja rozpoczyna się w 1832 roku, a poszczególni bohaterowie są rozproszeni po świecie. Jedni przebywają we Francji, inni w Anglii, a jeszcze inni wciąż mieszkają w Krzemieńcu na terenie obecnej Ukrainy. Żadna z tych osób nie może pogodzić się z upadkiem Powstania Listopadowego i przegranej, która zaprzepaściła odzyskanie niepodległości i ostateczne wydostanie się spod władzy zaborców. Oni wiedzą, że na wolność trzeba będzie jeszcze poczekać, ale przecież mają siebie nawzajem i mają broń, której mogą użyć w każdej chwili, aby podnieść morale tych, którzy utracili już nadzieję i wiarę w to, że może być lepiej. Tą bronią są słowa przenoszone na papier oraz spotkania podnoszące na duchu i dodające siły do dalszej walki.


Tak obecnie wygląda Hôtel Lambert w Paryżu, który podczas Wielkiej Emigracji
był centrum spotkań przedstawicieli polskiej polityki i kultury. Fotografia pochodzi z 2010 roku.

Zacznijmy jednak od początku. Maurycy Kamienicki, którego czytelnik poznał w pierwszym tomie jako młodego chłopaka chcącego za wszelką cenę wyjechać do Wilna, aby poznać, czym jest prawdziwe życie, tym razem przebywa na wygnaniu w Awinionie. Brał udział w Powstaniu Listopadowym, więc aby uniknąć represji ze strony zaborcy, musiał uciekać z kraju, który kochał, pozostawiając w nim żonę i dzieci. Tęsknota za domem i rodziną rozdziera mu serce każdego dnia, ale nic nie może na to poradzić. Mijają dni, mijają lata, a on wciąż na wygnaniu. I tylko listy stanowią dla niego jakąkolwiek pociechę. Tymczasem w Londynie książę Adam Czartoryski (1770-1861) próbuje robić wszystko, co tylko w jego mocy, aby zdobyć sojuszników, którzy pomogliby Polsce odzyskać niepodległość. Podczas gdy jego żona Anna z Sapiehów (1799-1864) przebywa z dziećmi we Francji, on cały czas negocjuje z Anglikami. Czy uda mu się zdobyć ich przychylność? Czy Anglicy podzielą jego racje i uwierzą w sens dalszej walki o wolność Polski?

Z kolei w Paryżu polscy romantyczni poeci przelewają swoje myśli na papier, tym samym wzbudzając nadzieje na lepsze jutro. Pragną w ten sposób sprawić, aby to, co niedawno było ich udziałem albo z różnych powodów obserwowali z boku, stało się nieśmiertelne i niosło innym nadzieję. Lecz z drugiej strony sami wcale nie są tak pozytywnie nastawieni do życia. Szczególnie schorowany i słaby fizycznie Juliusz Słowacki (1809-1849) co i rusz popada w przygnębienie, które jeszcze dodatkowo wzmaga się, gdy do jego uszu dociera wieść, iż niejaki Adam Mickiewicz bryluje na salonach i budzi powszechny zachwyt. I tak oto zaczyna się rywalizacja pomiędzy dwoma najwybitniejszymi romantykami XIX wieku. W dodatku Julek rozpaczliwie tęskni za matką, od której dzielą go tysiące kilometrów. Jak gdyby tego było mało, pewnego dnia zupełnie nieoczekiwanie pojawia się ktoś z Litwy, kto przynosi ze sobą całkiem inny obraz świata. Wśród swoich zwolenników, których ma całkiem sporo, roztacza nieprawdopodobne wizje oparte bardziej na kwestiach duchowych, niż na naukowych. Kim jest ten człowiek i jaki cel mu przyświeca? Czy dla zagubionych i wciąż poszukujących sposobu na odzyskanie wolności ludzi jego przesłanie stanie się wybawieniem czy może przekleństwem?


Fryderyk Chopin (1810-1849) gra poloneza podczas jednego z balów
u księcia Adama Jerzego Czartoryskiego w Hôtelu Lambert. 
Obraz został namalowany w 1859 roku.
autor: Teofil Kwiatkowski (1809-1891)

Romantyczni w Paryżu to doskonała kontynuacja losów bohaterów, których poznaliśmy w pierwszym tomie. Dorota Ponińska przy pomocy słów maluje świat, który niby znamy z lat szkolnych, a jednak wydaje się, że tak naprawdę mamy do czynienia z czymś zupełnie innym i nowym. Zarówno na kartach pierwszego, jak i drugiego tomu tej historii żyją ludzie prawdziwi, tacy z krwi i kości, a nie jedynie nieruchome manekiny, o których mówił ten czy inny polonista, okraszając informacje konkretnymi datami. Choć poszczególni bohaterowie generalnie stoją po tej samej stronie, to jednak bywają sytuacje, kiedy dochodzi pomiędzy nimi do konfliktów. Swoje zdanie mają tutaj również kobiety. I choć ich jedyną rolą powinno być małżeństwo, rodzenie dzieci oraz dbanie o męża i dom, to jednak nie pozostają bierne i wtrącają się do spraw ważnych i mogących mieć ogromne znaczenie w przyszłości. Romantyczne kobiety pragną być samodzielne, nie chcą, aby ktoś inny sprawował nad nimi kontrolę i układał im życie, są odważne, a wszelkie decyzje mające związek z ich życiem chcą podejmować samodzielnie.

Do tego, co powyżej dochodzi jeszcze różnica pokoleń. Dzieci tych, którzy walczyli w Powstaniu Listopadowym nie do końca podzielają zdanie swych rodziców. Młode pokolenie myśli już zupełnie inaczej, wyznaje inne wartości i inne priorytety. Nie zna niewoli, gdyż wychowało się w świecie bez zaborców, bez represji i bez ograniczeń. Młodzi ludzie mogą bez przeszkód rozwijać swoje zainteresowania, spełniać marzenia, czy też rozwijać pasje. Dlatego też sposób postrzegania rzeczywistości, jaki prezentują ich rodzice, jest im obcy, a wręcz dla nich niezrozumiały. Nie chcą iść drogą starszego pokolenia. Mają własną wizję świata i własne przekonania. Czasami nawet wyśmiewają swoich starych rodziców.

Trudno jest oceniać konkretny tom historii, która jeszcze się nie zakończyła. Nie jest łatwo pisać o Romantycznych w Paryżu bez odniesienia się do Romantycznych. Podobnie jak nie można ocenić tej opowieści, nie znając jej zakończenia. Dla mnie trylogia Romantyczni jest ważna chociażby już z tego powodu, że ukazuje czas zaborów przez pryzmat żywych ludzi, a nie jedynie suchych faktów i dat. Samo podjęcie tematu przez autorkę już jest dla mnie swego rodzaju nowością. Do tej pory nie miałam bowiem okazji przeczytać powieści, która skupiałaby się na ludziach literatury z tamtego okresu. Przeważnie różni pisarze przedstawiali czas zaborów od strony politycznej i militarnej. Tutaj natomiast mamy walkę na płaszczyźnie intelektualnej, a nie zbrojnej. Dla mnie jest to swego rodzaju nowość. Myślę, że taki sposób pokazania trudnych, choć bardzo ciekawych czasów jest w stanie przyciągnąć wielu czytelników. Zachęcam zatem wszystkich do lektury Romantycznych.

 

Jeśli chcesz przeczytać esej na temat pierwszego tomu, kliknij tutaj.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, eseistka, autorka, dziennikarka

 








piątek, 11 czerwca 2021

Magdalena Zimniak – „Żywa i martwa”

 

 

 


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: PROZAMI                                                                       Warszawa 2021                    


 

Nie od dziś wiadomo, że ludzka psychika skrywa w sobie wiele tajemnic. Umysł człowieka jest naprawdę skomplikowany, a naukowcy wciąż usiłują zrozumieć i odkryć, co znajduje się w ludzkich głowach i co kieruje rozmaitymi procesami, które w nich zachodzą, a także jaka jest przyczyna tych czy innych zachowań, czasami wręcz niewiarygodnych, które nie dają wytłumaczyć się w sposób logiczny. Dlaczego tak często krzywdzimy innych ludzi zamiast być dla nich życzliwymi? Czy obserwowanie ludzkiego cierpienia, którego sami staliśmy się przyczyną, zapewnia nam przyjemność co najmniej taką samą, jak podczas jedzenia czekolady? Daje satysfakcję? Sprawia, że czujemy się tak, jakbyśmy mieli nad tą osobą władzę? Dlaczego z taką łatwością niszczymy innych zamiast nieść im pomoc? Co powoduje, że wybieramy zło, choć logicznym wydaje się wybór dobra? Może dzieje się tak dlatego, że zło bardziej fascynuje, podnosi poziom adrenaliny, pozwala choć przez chwilę poczuć się kimś naprawdę ważnym i mającym wpływ na innych, przeważnie słabszych?

Magdalena Zimniak to jedna z tych pisarek, które nie boją się zajrzeć nawet w najgłębsze zakamarki ludzkiej psychiki. Na kartach jej książek pojawiają się bohaterowie, którzy pod wpływem rozmaitych wydarzeń nie zawsze potrafią poradzić sobie w życiu, co w konsekwencji sprawia, że ich funkcjonowanie w społeczeństwie jest poważnie zaburzone. Autorka ma już na swoim koncie kilka powieści, które klasyfikuje się jako thrillery psychologiczne. Każda z tych książek jest inna i każda budzi w czytelniku inne emocje. Nie inaczej dzieje się też w przypadku najnowszej powieści zatytułowanej Żywa i martwa. Już sam tytuł przyciąga uwagę i daje do myślenia. Bo jak można być jednocześnie żywym i martwym?

Choć narracja prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów, to jednak główną postacią jest tutaj siedemnastoletnia Maja Johnson. Dziewczyna pochodzi z polsko-amerykańskiej rodziny. Na pozór wydaje się, że jest to typowa nastolatka, może czasami nieco zbuntowana, ale generalnie niczego poważnego nie można jej zarzucić. Aż tu pewnego dnia Maja oznajmia, że… umarła. Tak, umarła. Nie żyje i już. A zatem jak to się mogło stać, skoro wciąż w miarę normalnie funkcjonuje? Chodzi do szkoły, je, śpi i praktycznie robi wszystko to, co każdy żywy człowiek. Niemniej, ona twardo upiera się, że tak naprawdę nie żyje, a jej ciało z każdą chwilą ulega rozkładowi niczym u nieboszczyka zjadanego przez robaki. I nie pomagają żadne tłumaczenia. Ona wie swoje. Co w takim razie stało się z Mają, że tak nagle się zmieniła i wygaduje rzeczy, które wydają się absurdalne? A może to niedawna wizyta u babci mieszkającej w Stanach Zjednoczonych sprawiła, że dziewczyna straciła rozum? Ale czy faktycznie go postradała, czy może tylko próbuje coś w sobie zagłuszyć? Co takiego wydarzyło się za oceanem i czy jest jeszcze szansa na to, aby Maja wróciła do normalnego życia?

Na dziwne zachowanie Mai nie jest obojętna szkolna psycholog. Kobieta robi wszystko, aby pomóc dziewczynie. Z każdym dniem stara się coraz głębiej poznać nie tylko psychikę Mai, ale także dotrzeć do przeszłości dziewczyny i jej rodziny, ponieważ uważa, że to tam tkwi problem. Czy Iwonie uda się przywrócić Mai równowagę psychiczną? A może sama narazi się na niebezpieczeństwo? Co takiego skrywa rodzina Johnsonów i jak odkrycie tajemnicy sprzed lat wpłynie na jej dalsze funkcjonowanie w społeczeństwie? 

Żywa i martwa to przede wszystkim powieść dotykająca problemów, o których nie jest łatwo mówić. Autorka ukazuje tutaj nie tylko relacje pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny, ale także pomiędzy wplątanymi w to wszystko osobami z zewnątrz. Z pozoru normalna i prawidłowo funkcjonująca rodzina tak naprawdę w pewnym momencie staje się patologiczna. I nie ma tutaj znaczenia ani pochodzenie jej członków, ani ich wykształcenie, ani też miejsce ich zamieszkania. Okazuje się bowiem, że każdy może paść ofiarą uzależnienia od pewnych zachowań czy nawet osób, które jest silniejsze, niż zdrowy rozsadek. Można zdawać sobie sprawę z tego, że to, co się robi jest złe, ale jednocześnie tak trudno jest przestać to robić. Wydaje się, że dla uwikłanych w to wszystko bohaterów nie ma już nadziei na zmianę ich postępowania. Wiedzą, że krzywdzą, lecz za nic nie potrafią nad tym zapanować, jednocześnie wciągając w swój koszmar innych.

Najnowsza powieść Magdaleny Zimniak stawia przed czytelnikiem szereg pytań. Jednym z nich jest pytanie dotyczące tego, czy można bezwarunkowo ufać osobom, z którymi latami żyje się pod jednym dachem. Ich niejednoznaczne zachowanie można tłumaczyć z jednej strony chorobą, a z drugiej jakimś niezrozumiałym wyrafinowaniem. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że niewinne osoby powoli wciągane są w tę psychologiczną patologię i w pewnym momencie nie ma już dla nich drogi ucieczki, co może skończyć się tragedią. Ale to nie wszystko. Analizując zachowanie poszczególnych bohaterów można zastanawiać się również nad tym, jakiego rodzaju uczuciem obdarzają siebie nawzajem i do czego to uczucie ich upoważnia. Czy jest to miłość? Czy może miłość, lecz podszyta nienawiścią i chęcią wzięcia odwetu na innych za coś, co stało się w przeszłości? Czy może jest to tylko zwykłe uzależnienie nie tylko od konkretnych zachowań, ale także od osób wywierających naprawdę silny wpływ na tych, których należy chronić i przede wszystkim nie krzywdzić?

W dzisiejszych, naprawdę trudnych czasach, powieść Magdaleny Zimniak pokazuje otaczający nas świat i to bez żadnego retuszu. Problemy, z którymi muszą poradzić sobie bohaterowie książki są obecne w naszym życiu na co dzień, tylko mało kto o nich mówi głośno. Czasami robią to media. Generalnie tego rodzaju problemy przez lata zamiatane są pod dywan albo przechowywane w czterech ścianach domu i dopiero, gdy dojdzie do tragedii świat dowiaduje się o tym, jak bardzo ofiara musiała cierpieć zanim sprawa wyszła na jaw. Czytając powieść nie mogłam zrozumieć, jak mocno główna bohaterka musi być związana ze swoim ojcem, aby nie starać się od niego uciec i szukać pomocy na zewnątrz. Zastanawiałam się, co takiego trzyma ją w domu tego człowieka. Miłość? Szacunek? Bezsilność? Uzależnienie? Przywiązanie? Poczucie obowiązku? A może wspomnienie o ukochanej matce, która przecież w tym domu kiedyś przebywała?

Moim zdaniem na temat Żywej i martwej można pisać w nieskończoność. Jest to powieść tak mocno osadzona w psychologii, że każdego z bohaterów można poddać głębokiej analizie i dotrzeć do najdalszego zakamarka jego psychiki. Myślę też, że każdy czytelnik odbierze tę powieść na swój własny sposób. Nie jest to na pewno lektura łatwa. Zmusza bowiem do myślenia, refleksji, zastanowienia się nad otaczającym nas światem i jego mieszkańcami, jak również do tego, że zawsze powinniśmy być czujni i zwracać uwagę na ludzkie zachowania, które czasami swoje źródło mogą mieć w dramacie, jaki rozgrywa się w życiu danego człowieka i czterech ścianach jego domu. Polecam tę książkę każdemu, kto ceni sobie niebanalne historie wypełnione treścią, zamiast górnolotnymi frazesami. 

 

Agnieszka Różycka 

tłumaczka, eseistka, autorka, dziennikarka