Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamil Janicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamil Janicki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

Kamil Janicki – „Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę”
















Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
Kraków 2015



Panowanie pierwszych książąt i królów polskich historycy określają mianem wczesnopiastowskiej Polski. Jest to okres od czasów Mieszka I (ur. pomiędzy 922-945, zm. 992) do rządów Bolesława III Krzywoustego (1086-1138). W tych latach nasz kraj musiał stawić czoło wielu trudnościom oraz był narażony na najazdy ze strony zewnętrznych wrogów. Wtedy też doszło do upadku władzy monarszej, jak również wewnętrznych konfliktów. Niemniej pomimo problemów systematycznie rosła potęga i chwała polskiego państwa, chociażby za panowania Bolesława I Chrobrego (967-1025). Podczas tych dwóch stuleci swego istnienia Polska funkcjonowała poniekąd pomiędzy jednością a podziałem. Dlatego też był to czas, kiedy do głosu dochodziły zarówno tendencje centralistyczne, jak i decentralistyczne.

Źródła historyczne wskazują, że pierwszym pełnoprawnym władcą Polski był książę Mieszko I, który na tronie zasiadł około 960 roku. Zgodnie z przekazami, legendarnymi przodkami księcia mieli być Piast (?) oraz jego trzej synowie, czyli Siemowit (?), Lestek (?) i Siemomysł (?). Niemniej informacje na ten temat są niezwykle skąpe, a te, które się pojawiają nie należy uznawać za wiarygodne. Książę Mieszko swoją władzę zwierzchnią sprawował nad takimi plemionami, jak: Polanie, Goplanie, Mazowszanie i Lędzianie. Młode państwo polskie nie było jednak jednolite, natomiast książęta plemienni posiadali pełną swobodę działania. Tak więc aby umocnić swój autorytet Mieszko zmierzał do tego, żeby objąć wpływami również teren Pomorza. W tym miejscu natrafił jednak na opór ze strony niemieckiego władcy. W związku z tym w 964 roku został zmuszony do zawarcia układu pokojowego z Ottonem I Wielkim (912-973). Okoliczności te sprawiły, że polski książę musiał rozpocząć poszukiwania innego sprzymierzeńca.

Piast
Rycina pochodzi z lat 80. XIX wieku.
autor: Walery Eljasz-Radzikowski
(1840-1905)
Trzeba pamiętać, że ówczesna Polska była państwem pogańskim, więc groziło jej ryzyko przeprowadzenia chrystianizacji przy użyciu miecza na drodze podboju ze strony niemieckich książąt. Celem uchronienia tak młodego państwa przed ewentualnym przymusowym przyjęciem chrześcijaństwa, Mieszko I postanowił przyjąć chrzest i w ten sposób wprowadzić nową wiarę do swojego kraju. Jego wybór padł na południowych sąsiadów, czyli Czechów. W 965 roku polski książę pojął zatem za żonę czeską księżniczkę Dobrawę (ok. 930-977), natomiast rok później przyjął chrzest wraz ze swoim dworem i poddanymi. Ale czy tak było naprawdę? Oczywiście podręczniki do historii od lat wmawiają uczniom, że w taki właśnie sposób odbywał się chrzest Polski. Osobiście trudno jest mi sobie wyobrazić, aby ludzie, którzy od setek lat wierzyli w pogańskie bóstwa, nagle zapałali wielką miłością do Boga, którego de facto w ogóle nie znali. Może zatem Mieszko zmusił swoich poddanych pod karą śmierci do przyjęcia chrztu i tym samym opowiedzenia się po stronie jedynej i niepodważalnej wiary? A może poddani księcia wyszli z założenia, że będą działać na dwa fronty? Z jednej strony dla świętego spokoju przyjmą chrzest, a z drugiej nadal będą uprawiać swoje pogańskie gusła, lecz tym razem w ukryciu? Ta druga wersja wydaje mi się bardziej prawdopodobna, ponieważ jeszcze wiele lat po wprowadzeniu do Polski chrześcijaństwa, ludzie oddawali część pogańskim bóstwom. Ta tendencja znacznie nasilała się szczególnie w okresach bezkrólewia. 

Przypuszczam jednak, że nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę. Z kolei jeśli chodzi o Polskę, to od tego momentu stała się ona jednym z państw chrześcijańskiej Europy i tym samym wzmocniła swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Podobnie rzecz miała się w przypadku Mieszka I jako władcy. Jego panowanie zostało bowiem usankcjonowane religią oraz poparciem i zgodą Stolicy Apostolskiej. Polski książę wydał zatem dokument Dagome iudex, w którym potwierdzał oddanie swojego kraju pod opiekę papieża. Natomiast w 972 roku Mieszko pokonał niemieckiego margrabię Hodona (ok. 965-993), a było to w bitwie pod Cedynią, zaś kilkanaście lat później doszło do wybuchu wojny z Czechami, której przedmiotem był Śląsk (990 rok). Wojna zakończyła się zwycięstwem polskiego państwa.

Mieszko I
Grafika powstała w XIX wieku.
autor: Aleksander Lesser (1814-1884)
Panowanie Mieszka I to czas jednoczenia i budowania Polski. Powstawały wtedy pierwsze grody i kościoły, zaś państwo stało się jednym z najbardziej liczących się na arenie międzynarodowej. Generalnie ten rodzaj polityki miał kontynuować syn Mieszka – Bolesław zwany Chrobrym, który tron po ojcu objął w 992 roku. Ku rozpaczy swojej matki Dobrawy mały Bolko przebywał na dworze cesarskim, gdzie uczył się języka niemieckiego, poznawał dworskie obyczaje, a także zawiązywał istotne w późniejszym okresie kontakty. 

Zasiadając na książęcym tronie Bolesław w pierwszej kolejności rozprawił się ze swoimi przyrodnimi braćmi oraz ich matką. Trzeba bowiem wiedzieć, że po śmierci Przemyślidki, Mieszko I pojął za żonę Odę Dytrykównę (ok. 955-1023), która była córką margrabiego Marchii Północnej – Dytryka zwanego Teodorykiem (?-985). Tak więc po śmierci ojca Bolesław wypędził z kraju Mieszka Mieszkowica (ok. 984-po roku 992), Świętopełka Mieszkowica (pomiędzy 979-985 -?), Lamberta Mieszkowica (pomiędzy 980-986-ok. 1030), i oczywiście Odę. Chciał w ten sposób nie tylko ochronić kraj przed rozbiciem, ale przede wszystkim zapewnić sobie niepodzielną władzę. 

To za panowania Bolesława I Chrobrego święty Wojciech (ok. 956-997) odbył swoją misyjną wyprawę do Prus, gdzie został zamordowany. Legenda głosi, że Bolesław zapłacił za jego ciało tyle złota, a może srebra (?), ile ono ważyło. Bardzo dobre relacje łączyły Bolesława z cesarzem Ottonem III (980-1002). Swoje plany uniwersalistycznej Europy cesarz wiązał właśnie z polskim księciem. Dlatego też przybył do Gniezna w 1000 roku, gdzie odwiedził grób świętego Wojciecha i oczywiście spotkał się z Bolesławem Chrobrym. Podczas tej wizyty ofiarował polskiemu władcy królewski diadem, tym samym dając do zrozumienia, że Bolesław powinien zostać królem. Na pamiętnym zjeździe gnieźnieńskim zapadły także decyzje odnoszące się do utworzenia arcybiskupstwa w Gnieźnie, jak również biskupstw w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu.

Poprawne relacje polsko-niemieckie uległy pogorszeniu na początku XI wieku, gdy na tronie cesarskim zasiadł Henryk II Święty (ok. 978-1024), który nie był zbyt przychylnie nastawiony do Polaków. W 1002 roku rozpoczął się więc konflikt pomiędzy tymi dwoma państwami. Bolesław I Chrobry zdołał zająć Milsko, Miśnię oraz Łużyce. Spór trwał przez szesnaście lat aż do 1018 roku, kiedy to podpisany został pokój w Budziszynie. Kolejna wyprawa – tym razem na Kijów – również zakończyła się sukcesem. Do państwa Bolesława Chrobrego przyłączone zostały Grody Czerwieńskie. W 1025 roku polski książę wreszcie koronował się na króla i od tej chwili na kartach historii zapisał się jako pierwszy król Polski. Niestety, tytułem tym nie cieszył się zbyt długo, ponieważ wkrótce po koronacji oddał ducha Bogu. Jak podają historycy, jego rządy stanowiły kontynuację polityki Mieszka I, na skutek czego na arenie międzynarodowej wzrosła pozycja Polski, a samo państwo zostało powiększone terytorialnie oraz wzmocnione dzięki wprowadzeniu wewnętrznych reform.

Dobrawa (1886)
autor: Jan Matejko (1838-1893)
Gdyby tak historii uczyć się z książki Kamila Janickiego, to większość z tego, o czym mówią nam podręczniki opracowane przez historyków można byłoby włożyć między bajki. Na ich kartach bowiem poznajemy postacie historyczne jako dostojników państwowych, którzy nie robili nic więcej, a tylko zawierali korzystne małżeństwa, płodzili potomków i niemalże bezustannie toczyli krwawe wojny z wrogami. Nie twierdzę oczywiście, że to, czego nauczono nas w szkole jest kłamstwem, a publikacja Kamila Janickiego stanowi wiarygodne źródło informacji. Chodzi natomiast o to, że podręczniki szkolne pokazują nam naszych władców i osoby im towarzyszące jako ludzi, których nie interesowało nic innego, jak tylko polityka. A przecież ci ludzie też mieli swoje słabości, kochali, nienawidzili, popełniali błędy i dawali sobą manipulować. Nierzadko można odnieść wrażenie, że postacie, o których uczymy się bądź uczyliśmy się na lekcjach historii, to sztywne manekiny bez duszy. Kamil Janicki udowadnia natomiast, że tak nie jest.

Jednakże Żelazne damy – jak sam tytuł wskazuje – to książka o kobietach, które szły przez życie u boku Mieszka I i jego syna Bolesława. Dlatego też na samym początku w skrócie nakreśliłam sylwetki dwóch władców, którzy tworzyli państwo polskie we wczesnym średniowieczu. Kamil Janicki swą opowieść o kobietach Piastów rozpoczyna od czeskiej księżniczki Dobrawy pochodzącej z dynastii Przemyślidów. Oczami wyobraźni widzimy jak niemłoda już – jak na tamte czasy – księżniczka przybywa do kraju Polan i jakoś nie potrafi pojąć, co tak naprawdę się tutaj dzieje. Dotychczas przyzwyczajona była do zupełnie innego życia, a tu nagle jej oczom ukazuje się takie barbarzyństwo, że aż strach na to patrzeć! Czy będzie umiała sobie z tym poradzić? Czy jej przyszły małżonek będzie jej posłuszny? A jeśli nie posłuszny, to czy będzie ją chociażby odrobinę szanował? Czy ją zaakceptuje? Po pewnym czasie wygląda jednak na to, że Przemyślidka nie jest wcale w ciemię bita i doskonale wie, jak poradzić sobie z mężem, aby ten był łagodny niczym baranek. Wystarczy odmówić mu dzielenia z nim małżeńskiego łoża, a będzie jadł jej z ręki i zrobi wszystko, o co ta go poprosi. Okazuje się bowiem, że Dobrawa wcale nie była bierną postacią w historii Polski.

Kolejną kobietą, którą spotykamy na kartach książki jest Oda Dytrykówna. Jak wiadomo, Piastowie nie byli pokorną dynastią i zazwyczaj nie przebierali w środkach, jeśli chcieli osiągnąć swój cel. Władcy często posuwali się nawet do tego, że porywali z klasztorów upatrzone sobie kobiety i nie przejmowali się ewentualną karą od Boga. Tak też było w przypadku Ody, która przybyła do Mieszkowego zamku wprost z klasztoru, gdzie wiodła żywot zakonnicy. Małżeństwo spotkało się jednak z potępieniem ze strony biskupa Hildiwarda, jak również innych dostojników kościelnych. Z drugiej strony jednak małżeństwo to przyniosło szereg korzyści. Zwiększyła się bowiem liczba wyznawców nowej religii, czyli chrześcijaństwa, oraz uwolniono jeńców wojennych. Kronikarz Thietmar z Merseburga (975-1018) tak oto pisał o tym wydarzeniu:  

Kiedy matka Bolesława umarła jego ojciec poślubił bez zezwolenia Kościoła mniszkę z klasztoru w Kalbe, która była córką margrabiego Dytryka. Oda – było jej imię i wielką była jej przewina. Albowiem wzgardziła Boskim oblubieńcem, dając pierwszeństwo przed nim człowiekowi wojny (...). Z uwagi jednak na dobro ojczyzny i konieczność zapewnienia jej pokoju, nie przyszło z tego powodu do zerwania stosunków, lecz znaleziono właściwy sposób przywrócenia zgody. Albowiem dzięki Odzie powiększył się zastęp wyznawców Chrystusa, powróciło do ojczyzny wielu jeńców, zdjęto skutym okowy, otwarto wrota więzień przestępcom.

Kolejną kobietą Piastów jest Emnilda (ok. 975-1017), która miała ogromny wpływ zarówno na prywatne życie Bolesława I Chrobrego, jak i na politykę kraju. Była ona trzecią z kolei żoną przyszłego pierwszego króla Polski. O dwóch pierwszych nie ma zbyt wiele informacji, więc tak naprawdę trudno jest cokolwiek o nich powiedzieć. Para przeżyła ze sobą trzydzieści lat, a Emnilda obdarzyła Bolesława dwoma synami i trzema córkami, lecz historycy do dziś głowią się nad jej pochodzeniem. Nie wiadomo też kim tak naprawdę był jej ojciec – Dobromir – którego kronikarze nazywają „czcigodnym seniorem”. Niemniej najbardziej przekonywującą tezą jest fakt, że Emnilda była córką i spadkobierczynią ostatniego księcia Krakowa. Czy zatem dopiero małżeństwo Bolesława umożliwiło Piastom zagarnięcie Krakowa, który obok Gniezna był ważnym ośrodkiem politycznym? Jak wiemy, w kolejnych wiekach Kraków urósł do rangi stolicy monarchii. Ten sam kronikarz Thietmar z Merseburga o trzecim małżeństwie Bolesława I Chrobrego pisze tak:

Bolesław poślubił córkę margrabiego Rygdaga, którą następnie odprawił. Z kolei pojął za żonę Węgierkę, z którą miał syna Bezpryma. Trzecią żoną była Emnilda, córka czcigodnego seniora (księcia) Dobromira, która Chrystusowi wierna niestateczny umysł swego męża ku dobremu zawsze kierowała i nie ustawała w zabiegach, by przez wielką szczodrobliwość w jałmużnach i umartwianiu, odpokutować za grzechy ich obojga.

Bolesław I Chrobry wjeżdża 
do Kijowa 
Obraz powstał w 1883 roku.
autor: Jan Matejko
źródło
Emnilda z całą pewnością była kobietą inteligentną i obdarzoną sporym czarem osobistym. Potrafiła przywiązać do siebie despotycznego Bolesława, o czym mogą świadczyć długie lata ich małżeństwa. Miała więc niemały wpływ na swojego męża, co sprytnie wykorzystywała w stosownym czasie, choć zapewne nie było to łatwe. Była też w stanie osłabiać skutki wybuchowego charakteru Bolesława. Dowodem wpływu Emnildy na polityczne decyzje męża oraz pozyskania poparcia ze strony możnowładców był fakt wyjednania przez nią następstwa tronu dla pierwszego syna Emnildy – Mieszka II Lamberta (990-1034) z pominięciem – jak i wyraźną krzywdą – starszego syna Bolesława – Bezpryma (ok. 987-1032).

W swojej książce Kamil Janicki opowiada też o dwóch innych kobietach, którymi są Oda Miśnieńska (pomiędzy 996-1002-po 1018) oraz Przedsława Włodzimierzówna (?-po 1018). Ta pierwsza była córką margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda I (ok. 960-1002) i czwartą z kolei żoną Bolesława I Chrobrego, zaś druga z nich to księżniczka ruska, córka Wielkiego Księcia Kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego pochodzącego z dynastii Rurykowiczów (?-1015). Bolesław Chrobry miał rzekomo dopuścić się gwałtu na kobiecie podczas zajęcia Kijowa, a potem uprowadzić ją do Polski jako swoją nałożnicę, o czym również pisze Thietmar z Merseburga:

Tamże [w Kijowie] znajdowała się macocha mianowanego króla [Świętopełka], jego żona i dziewięć sióstr, wśród których jedną, dawno przezeń pożądaną, stary lubieżnik Bolesław, zapomniawszy o swojej małżonce, bezprawnie uprowadził ze sobą.

Książka Kamila Janickiego to nie tyle zbiór rzetelnej wiedzy historycznej, ile różnego rodzaju ciekawostek dotyczących dwóch pierwszych władców polski i ich życiowych partnerek. Ponieważ na temat kobiet wczesnego średniowiecza nie ma zbyt wiele informacji, dlatego też Autor sporo kwestii oparł na przypuszczeniach i hipotezach, które wysnuł – jak mi się wydaje – na podstawie zapisów poszczególnych dziejopisarzy, a także w oparciu o teksty źródłowe dotyczące zarówno Mieszka I, jak i jego syna. Trzeba bowiem pamiętać, że w X czy XI wieku nie przywiązywano zbyt wielkiej wagi do życia kobiet, choćby nawet zasiadały na tronach obok swoich książęcych czy królewskich małżonków. Były one, jak gdyby dodatkiem, a ich rola skupiała się przede wszystkim na rodzeniu dzieci – z naciskiem na męskich potomków – dbaniu o ognisko domowe i wpajaniu swoim latoroślom nauk Kościoła Katolickiego. W związku z tym kronikarze raczej nie zadawali sobie trudu, aby wspominać o roli kobiet w ówczesnym życiu politycznym czy społecznym. To mężczyźni, choćby najbardziej nieudolni w działaniu, zawsze byli tymi, o których należało pisać i mówić.

Żelazne damy to bez wątpienia jedna z tych książek, które czyta się bardzo przyjemnie. Jak wiadomo, Kamil Janicki ma dość lekkie pióro, dzięki czemu jego książki nie są nudne. Niekiedy można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z powieścią historyczną, a nie publikacją poniekąd naukową. Choć książka naprawdę mi się podobała, a wszelkie ewentualne nieścisłości zrzucam na karb niedostatecznej ilości dostępnych informacji dotyczących tamtego okresu w dziejach Polski, to jednak na jedną rzecz muszę zwrócić uwagę. Otóż, Autor wkładając łacińskie słowa Modlitwy Pańskiej, czyli Ojcze nasz (z łac. ORATIO DOMINICA) w usta jednego z mnichów towarzyszących Dobrawie w podróży do Polski, w przypisie stwierdził, że jest to popularna „zdrowaśka”, której mnich nie mógł znać, gdyż jej tekst pojawił się o wiele później, aniżeli opisywane w książce wydarzenia. I tutaj się zgodzę, ale pod warunkiem, że mnich odmawiałby Pozdrowienie Anielskie (z łac. SALUTATIO ANGELICA), zaczynające się od słów: „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…” (z łac. Ave, Maria, gratia plena…). Zamiast tego w tekście mamy Pater noster, qui es in caelis…, a zgodnie z Biblią jest to najstarsza modlitwa chrześcijańska, którą Chrystus przekazał swoim uczniom. Tak więc mnich jadący do państwa Polan w orszaku Dobrawy, jak najbardziej mógł ją znać. 










wtorek, 9 czerwca 2015

Kamil Janicki – „Upadłe Damy II Rzeczpospolitej”












Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2013






Morderczynie narzeczonych, dzieciobójczynie, szantażystki, prostytutki czy skorumpowane oszustki to nie tylko domena naszych czasów. Należy pamiętać, że mordercze instynkty drzemią w człowieku już od zarania dziejów. Nie jest to problem nowy. Chociaż statystycznie kobiety rzadziej wkraczają na drogę przestępczą niż mężczyźni, to jednak zbrodnie, których się dopuszczają mogą być bardziej drastyczne i wywołujące społeczne oburzenie, aniżeli te dokonywane przez mężczyzn. Możliwe że dzieje się tak dlatego, iż kobiety częściej stają przed sądem oskarżone na przykład o zabójstwo własnego dziecka, a to chyba tylko w doszczętnie zdeprawowanym społeczeństwie nie stanowiłoby aktu najwyższego potępienia. Poza tym przestępstwa dokonywane przez kobiety są trudniejsze do wykrycia, dlatego też częściej słyszy się, że to mężczyzna odpowiada przed sądem za taki czy inny zabroniony prawem czyn. Przestępczość kobiet jest w pewnym stopniu ukryta i tak naprawdę nie wiadomo, jakie proporcje przyjmowałaby, gdyby jej wykrywalność była stuprocentowa.

Przenieśmy się jednak do czasów przedwojennych, ponieważ to one nas najbardziej interesują w odniesieniu do książki Kamila Janickiego. Niedawno pisałam o żonach przedwojennych prezydentów, natomiast dzisiaj czas na niewiasty, które raczej nie zasłynęły w tamtym okresie z dobrego wychowania i przestrzegania narzuconych społecznie konwenansów. Z drugiej strony jednak można byłoby się zastanawiać czy w II Rzeczypospolitej obowiązywały jakiekolwiek konwenanse. A jeśli już takowe istniały, to chyba tylko na pokaz, bo w zaciszu własnego domu dochodziło do rzeczy, które się w głowie nie mieszczą. Podobnie jak dzisiaj, wtedy również kobiety, po których nikt nie spodziewałby się dokonania zbrodni, ową zbrodnię popełniały, i podobnie jak dziś informacje o tychże przestępstwach nie schodziły z pierwszych stron gazet.


Rita Gorgonowa

Kamil Janicki w swojej książce skupia się na kobietach, które w dwudziestoleciu międzywojennym weszły na drogę przestępczą i dzięki temu zyskały ogromny rozgłos. Pisała o nich prasa, a zwykli ludzie w podnieceniu z ust do ust przekazywali sobie najświeższe wiadomości na ich temat i odnośnie przebiegu procesów sądowych. Upadłe Damy II Rzeczpospolitej to historie ośmiu kobiet, które wywodziły się z różnych środowisk i posiadały różny status majątkowy. Autor każdy rozdział poświęca innej „upadłej damie”, relacjonując jej sprawę od samego początku, aż do procesu i ogłoszenia wyroku. Najmniej uwagi poświęca jedynie Ricie Gorgonowej, ponieważ uważa, że jej historia jest wszystkim znana, więc przypuszczalnie nie ma sensu się nad nią rozwodzić. Ale czy na pewno? Czy o Ricie Gorgonowej i zbrodni, której popełnienie jej zarzucano, każdy słyszał? Pomimo że Internet pełen jest artykułów na temat Gorgonowej, to jednak wydaje mi się, że jej postać nie każdemu jest znana. A zatem zanim przejdę do mojej opinii odnośnie Upadłych Dam II Rzeczpospolitej, chciałabym opowiedzieć właśnie o Ricie Gorgonowej, którą Kamil Janicki potraktował w swojej książce trochę po macoszemu, ponieważ wspomniał o niej jedynie w prologu.

Margerita (Rita) Gorgonowa (1901-?) określana była dzieciobójczynią, natomiast jej sprawa wzbudzała ogromne emocje. Byli tacy, którzy zażarcie jej bronili, podczas gdy inni uznali ją za winną jeszcze zanim zakończył się jej proces. Epilog jednej z najbardziej przerażających zbrodni dwudziestolecia międzywojennego miał miejsce w Krakowie, gdzie w Sądzie Okręgowym mieszczącym się przy ulicy Senackiej 1 odbywały się rozprawy Rity Gorgonowej. Została ona skazana za zabójstwo córki swojego kochanka. Sędziowie z Krakowa okazali się łagodniejsi, aniżeli ławnicy ze Lwowa, gdzie zapadł pierwszy wyrok. 

W 1932 roku Ritę Gorgonową przewieziono ze Lwowa do krakowskiego więzienia. We Lwowie ławnicy byli bezlitośni i uznali, że kobieta musi ponieść śmierć przez powieszenie. We wrześniu skazana urodziła w więzieniu córkę. Wtedy też Gorgonowa straciła swą nieprzeciętną urodę. Ciąża poważnie zniekształciła jej nieskazitelną dotychczas figurę. W dniu 6 marca 1933 roku rozpoczął się proces apelacyjny. Przed budynek sądu ściągnęły tłumy. Pojawiło się też sporo policjantów, a władze miasta nie zapomniały, że po dokonaniu wizji lokalnej we Lwowie, tłum niemalże nie odprawił samosądu nad morderczynią.

Pokój Lusi Zarembianki, w którym dokonano morderstwa.


Rita Gorgonowa została oskarżona o zamordowanie siedemnastoletniej Elżbiety zwanej po prostu Lusią (1914-1931), która była córką lwowskiego architekta Henryka Zaremby (1883-1954). Dla lepszego zrozumienia tejże historii cofnijmy się nieco w czasie. Rita Gorgonowa urodziła się w Dalmacji, natomiast kiedy miała piętnaście lat jej matka zaczęła robić wszystko, aby córka usunęła się z domu. Właśnie wtedy Rita spotkała niejakiego Gorgona, z którym wyjechała do Galicji. Ich małżeństwo nie należało jednak do szczęśliwych, ponieważ Gorgon nie był w stanie zarobić pieniędzy, zaś jego rodzina nie pałała sympatią do Rity, którą uważano za „obcą”. Któregoś dnia bliscy Gorgona po prostu wyrzucili ją za drzwi. W tej sytuacji Margerita była zmuszona podjąć jakąkolwiek pracę, i tak oto trafiła do jednej z lwowskich cukierni, gdzie zwrócił na nią uwagę Henryk Zaremba.

Rita była naprawdę piękną kobietą. Z kolei architekt Zaremba miał już ponad czterdzieści lat, a do tego psychicznie chorą żonę, która aktualnie przebywała w zakładzie zamkniętym. Tak więc Rita została guwernantką jego dzieci. Oprócz wspomnianej wyżej Lusi, Henryk Zaremba miał również syna Stanisława urodzonego w 1917 roku. Nie dziwi więc fakt, że z czasem samotny i odrzucony przez żonę z powodu jej choroby mężczyzna zapragnął zaznać szczęścia z inną kobietą. Ich romans okazał się zatem kwestią czasu. Ricie bardzo podobało się życie na dość wysokim poziomie u boku Henryka, który na salonach zwykł mawiać o niej „moja pani”. Początkowo guwernantka miała bardzo dobry kontakt z dziećmi architekta. Sama również urodziła mu córkę Romanę. Aczkolwiek matką dobrą nie była. Po latach Romana mówiła: „Dla matki urodziłam się chyba niepotrzebnie. Pamiętam, jak robiła porządek w kominku, a gdy podbiegłam do niej, pozwoliła mi chwycić gorący pogrzebacz. Obie rączki miałam poparzone.” Tak naprawdę dla małej Romany prawdziwą opiekunką stała się córka Zaremby.

Od jakiegoś czasu pomiędzy Lusią a Ritą zaczęły narastać nieporozumienia. Dorastająca Elżbieta nie mogła zaakceptować faktu, że kochanka ojca dzieli z nimi mieszkanie. To ona sama pragnęła zostać gospodynią w domu w Łączkach niedaleko Brzuchowic. Lusia często mówiła ojcu, że kochanka go zdradza. Po jakimś czasie Henryk Zaremba znudził się więc Gorgonową i znalazł sobie nową kochankę. Ustalili jednak, że Rita wraz z Romaną zostaną w Łączkach, natomiast on z dziećmi wyjedzie do Lwowa. Ta podroż miała odbyć się w styczniu 1932 roku. Niemniej okrutny los chciał, że nie zdążyli wyjechać. W nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku syn Henryka Zaremby – czternastoletni wówczas Staś – po kolacji zasnął, mając na uszach słuchawki radiowe. Obudził go skowyt psa, więc wstał, aby sprawdzić, co się dzieje. Wtedy w holu zobaczył jakąś bliżej niezidentyfikowaną postać. Potem twierdził, że była to Rita Gorgonowa.

Kiedy Staś wszedł do pokoju Lusi, ujrzał ją leżącą na łóżku w kałuży krwi. Na głowie dostrzegł rany zadane ciężkim narzędziem. Potem okazało się, że została zdeflorowana bliżej nieznanym tępym narzędziem w trakcie agonii bądź już po śmierci. Staś zaczął niemiłosiernie krzyczeć. Wtedy do pokoju Elżbiety wpadł Zaremba, a tuż za nim Gorgonowa ubrana w białą koszulę nocną i narzucone na nią futro. Henryk natychmiast kazał wezwać doktora Csalę, który mieszkał w pobliżu. Rita wybiegła więc na zewnątrz w pantoflach, lecz lekarz był już praktycznie niepotrzebny, ponieważ Lusia nie żyła.


Rita Gorgonowa ze swoim adwokatem Mieczysławem Ettingerem (1886-1947).
Zdjęcie pochodzi z 1933 roku. 


Bardzo szybko wszelkie podejrzenia padły na Ritę Gorgonową. Na miejscu zbrodni była przecież w futrze, na którym dostrzeżono ślady po niedawnym czyszczeniu. Podejrzewano więc krew. Poza tym koszula, w której wbiegła do pokoju ofiary była nowa, czysta i nieużywana, a domownicy wszak pamiętali, że spać kładła się w żółtej. Podejrzewano więc, że musiała ją spalić. Na pantoflach zauważono rdzawe plamy, natomiast w piwnicy pod stosem zeschłych liści odnaleziono wilgotną chusteczkę Rity, na której widniały ślady krwi. Gorgonowa tłumaczyła, że jest to krew menstruacyjna, zaś sama chusteczka musiała jej wypaść kilka dni wcześniej. Nie dano wiary tym wyjaśnieniom. Rita Gorgonowa trafiła więc do aresztu. Niemniej policja podczas śledztwa dopuściła się bardzo poważnych uchybień. Przede wszystkim nie zdjęto odcisków palców, jak również nie potrafiono jednoznacznie zidentyfikować grupy krwi znajdującej się na chusteczce Gorgonowej. W tym celu pobrano zbyt mało próbek. To jednak nie był jeszcze koniec. Po upływie dziesięciu dni od dokonania morderstwa przeszukano dom ogrodnika, który mieszkał na terenie posesji Zaremby. Z kolei kiedy wezwano rzeczonego ogrodnika na przesłuchanie, ten zwyczajnie zemdlał. Nie wiadomo dlaczego nigdy nie wezwano go ponowie. Niedługo po zabójstwie Lusi, w bardzo podobny sposób została zamordowana inna młoda kobieta mieszkająca w okolicy. Nikt nie raczył jednak zbadać podobieństw pomiędzy tymi dwoma morderstwami. Społeczeństwo znienawidziło Ritę Gorgonową. Opinia publiczna oraz śledczy wydali na nią wyrok jeszcze zanim sprawa trafiła na salę sądową. Była winna i koniec!

Pierwszy wyrok wydany przez sąd we Lwowie został zatwierdzony, pomimo iż najbardziej obciążające Ritę Gorgonową zeznania Stasia można było z łatwością podważyć. W trakcie przeprowadzania eksperymentu okazało się, iż chłopiec posiada bardzo słabą spostrzegawczość faktów. Dopiero proces w Krakowie miał wyjaśnić całą sprawę. Na łamach ówczesnej prasy w obronę Rity Gorgonowej włączyły się także znane feministki, takie jak Irena Krzywicka (1899-1994) i Stanisława Przybyszewska (1901-1935). Kobiety wytykały śledczym ich karygodne błędy oraz brak precyzji w zebranych dowodach. Niemniej prasa wiedziała swoje i nie przyjmowała do wiadomości żadnych innych opcji, jak tylko fakt, że Gorgonowa jest winna!


Ewa Dałkowska jako Rita Gorgonowa w filmie Sprawa Gorgonowej (1977).
reż. Janusz Majewski


Chociaż sąd uznał Ritę Gorgonową winną zabójstwa, to jednak wyrok złagodzono poprzez kwalifikację morderstwa na zabójstwo w afekcie, a karę orzeczono zgodnie z nowym polskim kodeksem. Tak więc była guwernantka Lusi i Stasia została skazana na osiem lat pozbawienia wolności. Niemniej mury więzienia opuściła przed czasem. Można powiedzieć, że uratował ją wybuch drugiej wojny światowej, ponieważ we wrześniu 1939 roku ogłoszono amnestię. Jej córkę Romanę wychowywał Henryk Zaremba, natomiast urodzona w więzieniu Ewa przebywała w sierocińcu. Tak naprawdę nie wiadomo gdzie, kiedy i jak Rita Gorgonowa zmarła. Sąd w Krakowie, w którym odbywał się jej proces, przeniósł swoją siedzibę w latach 50. XX wieku w obecne miejsce przy rondzie Mogielnickim. Natomiast przy ulicy Senackiej 1 znajduje się dziś Instytut Nauk Geologicznych PAN. W roku 1977 reżyser Janusz Majewski zrobił film w oparciu o historię Rity Gorgonowej zatytułowany Sprawa Gorgonowej. Główną rolę zagrała w nim wybitna polska aktorka Ewa Dałkowska. Niektórzy porównują przedwojenną morderczynię z Katarzyną W. oskarżoną nie tak dawno o zamordowanie swojej córeczki Madzi. Czy słusznie? Wydaje mi się, że nie. Przecież okoliczności tych dwóch morderstw były zupełnie inne i miały inne podłoże.

Zofia Zyta Woroniecka & Jan Brunon Boy
Szkoda zatem, że Kamil Janicki nie rozbudował wątku Rity Gorgonowej. Ten element może stanowić jedyny minus Upadłych Dam II Rzeczypospolitej. Przyznam, że z wielką chęcią zapoznałabym się z opinią Autora na ten temat. W książce czytelnik pozna także losy siedmiu innych kobiet. Pierwszą z nich jest Zofia Zyta Woroniecka (1906-1984), która z zimną krwią zastrzeliła swojego narzeczonego Jana Brunona Boya. Zyta Woroniecka pochodziła z arystokratycznej rodziny, więc nie dziwi fakt, że prasa szeroko rozpisywała się na temat dokonanej przez nią zbrodni. Oto do czego zdolna jest zdradzana i oszukiwana kobieta! Dlaczego zatem Boy nie chciał ożenić się z Zytą, choć wcześniej poprosił o jej rękę rodziców Woronieckiej?

Kolejną „upadłą damą” jest Maria Lewandowska – słynna poznańska oszustka, która dla własnej korzyści majątkowej próbowała wrobić w romans mężczyzn, którzy coś znaczyli w społeczeństwie. Przez pewien czas wysyłała do nich listy z groźbą ujawnienia ich rzekomego romansu, chyba że zapłacą określoną sumę pieniędzy. Nie wiedziała jednak, że nie każdy mężczyzna da się nabrać na jej sztuczki. W końcu trafiła na pewnego rezolutnego księdza kanonika… O tym, co nastąpiło potem przeczytacie w książce.

I znów pozostajemy w Poznaniu. Tym razem spotykamy tam niejaką Małgorzatę Genzlerową, która oczywiście dla korzyści majątkowych trudni się nie tylko prostytucją, ale także pedofilią. Stoi bowiem na czele pewnej siatki przestępczej. A teraz czas na Wandę Parylewiczową i Helenę Fleischerową. Obydwie kobiety trudniły się „załatwianiem” wszelkiego rodzaju spraw za „drobną” opłatą. Praktycznie nie było dla nich spraw nie do załatwienia. Wszystko jednak kiedyś się kończy. Kwestią czasu było więc odkrycie ich działalności i oskarżenie o korupcję. O bardzo podobną zbrodnię jak Rita Gorgonowa oskarżona została również Maria Zajdlowa. Z tą jedynie różnicą, że Zajdlowa z zimną krwią zamordowała własną córkę, a potem w żywe oczy kłamała, że ją porwano. I na koniec Julia Kucharska, którą oskarżono o zamordowanie młodszego brata. 

Upadłe Damy II Rzeczpospolitej to przede wszystkim biografie ośmiu kobiet, które niechlubnie zapisały się w historii Polski. Kamil Janicki – jak zawsze – doskonale władając językiem, nakreśla ich sylwetki i zabiera czytelnika na salę rozpraw, aby pokazać, w jaki sposób w dwudziestoleciu międzywojennym odbywały się procesy sądowe. Dodatkowo nie szczędzi też na własnej opinii. W książce można znaleźć również szereg fotografii i cytatów z ówczesnej prasy. Tę biografię czyta się bardzo szybko, ale też z ogromnym zainteresowaniem. Czasami można odnieść wrażenie, że sprawy wszystkich bohaterek znów trafiły na wokandę. Myślę, że po tę publikację powinny sięgnąć osoby zajmujące się prawem, a także miłośnicy historii. Jestem przekonana, że są czytelnicy, dla których kobiety opisane w książce nadal pozostają anonimowe, pomimo że zapisały się na kartach historii. Upadłe Damy II Rzeczpospolitej to książka, która jest dowodem na to, iż nie tylko pozytywnym postaciom należy się pamięć historyczna.





środa, 6 maja 2015

Kamil Janicki – „Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej”













Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2012





Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, patrząc na prezydenta jakiegokolwiek kraju, kim jest jego żona? Jaką przeszłość ma za sobą? Co tak naprawdę zaważyło na tym, że polityk ożenił się z tą, a nie inną kobietą? Czy małżeństwo zostało zawarte z miłości, czy może z wyrachowania? Każda pierwsza dama powinna u boku swojego męża stanowić wizytówkę kraju, jaki reprezentuje. Podobnie jak jej małżonek, powinna być bez skazy. Ale czy tak jest na pewno? Czy każda żona prezydenta jest kobietą kryształową, której nie można zarzucić niczego złego? Oczywiście dziennikarze zawsze będą się czegoś doszukiwać w jej przeszłości. Tak było kiedyś i tak jest nadal. Aczkolwiek prawie sto lat temu prasa nie była może tak rozwinięta, jak teraz, to jednak na temat żon poszczególnych prezydentów mówiło się naprawdę sporo. Uwierzcie, że mało komu umykały skandale obyczajowe, w których centrum stały pierwsze damy.

Dwudziestolecie międzywojenne (1918-1939) kojarzy nam się przede wszystkim z epoką literacką, kiedy powstawały takie dzieła jak Ferdydurke Witolda Gombrowicza (1904-1969), Granica Zofii Nałkowskiej (1884-1954), Przedwiośnie Stefana Żeromskiego (1864-1925), Noce i dnie Marii Dąbrowskiej (1889-1965), czy Rok 1794 Władysława Reymonta (1867-1925), a także wiele, wiele innych wybitnych utworów, które pomimo upływu lat wcale nie straciły na swojej wartości. Niemniej dwudziestolecie międzywojenne to również polityka. W tym okresie urząd prezydenta piastowali między innymi Stanisław Wojciechowski (1869-1953) i Ignacy Mościcki (1867-1946). Był też Gabriel Narutowicz (1865-1922), który tuż po objęciu urzędu został zamordowany. Po jego śmierci obowiązki prezydenta do chwili wyboru kolejnego przejął Maciej Rataj (1884-1940), który tymczasowo na ten urząd został powołany również po ustąpieniu Stanisława Wojciechowskiego. Z kolei Józef Piłsudski (1867-1935), który został wybrany na prezydenta po przewrocie majowym mającym miejsce w dniach 12-15 maja 1926 roku, stanowiska nie przyjął, delegując na nie wspomnianego już Ignacego Mościckiego.

Kamil Janicki w swojej biograficznej publikacji skupił uwagę na trzech kobietach, które w okresie międzywojennym pełniły funkcję pierwszych dam II Rzeczpospolitej. Pierwszą z nich jest Maria Wojciechowska z domu Kiersnowska (1869-1959), która u boku swojego męża Stanisława – jako pierwsza dama – stała od 1922 do 1926 roku. Maria jako dziecko wychowywała się w tradycji niepodległościowej. Jej dziadek został zesłany na Syberię za udział w powstaniu listopadowym, natomiast wuj – ksiądz Stanisław Iszora (1838-1863) – został rozstrzelany w Wilnie na placu Łukiskim za odczytanie z ambony manifestu Rządu Narodowego i namawianie wiernych do udziału w powstaniu, tym samym stając się pierwszą ofiarą terroru.

Maria Wojciechowska 
Maria Wojciechowska ukończyła Maryjski Uniwersytet w Wilnie, który zapewniał jej najwyższe wykształcenie, jakie mogły wówczas uzyskać kobiety. Od czasów szkolnych była bliską znajomą samego Józefa Piłsudskiego, co było jednoznaczne z tym, iż angażowała się w pracę konspiratorską, zostając kurierką Polskiej Partii Socjalistycznej. To właśnie podczas tej działalności poznała swojego męża Stanisława. Pobrali się w 1899 roku, a potem wyjechali z kraju. Ślub odbył się w tajemnicy, ponieważ Stanisław Wojciechowski posługiwał się wtedy fałszywymi dokumentami. Z kolei ślub cywilny zawarli już w Anglii. Kiedy w grudniu 1922 roku Stanisław Wojciechowski objął urząd prezydenta II RP, Maria została pierwszą damą. Jak zatem poradziła sobie z tą nową dla niej funkcją? Czy jej sprostała? Jak odbierało jej działalność ówczesne polskie społeczeństwo? W jaki sposób oceniała ją zagranica? Czy jej małżeństwo ze Stanisławem było szczęśliwe? A może stwarzali jedynie pozory dla dobra ojczyzny? O tym wszystkim można dowiedzieć się z publikacji Kamila Janickiego.

A teraz kolej na panie Mościckie: Michalinę i Marię. Michalina Mościcka z domu Czyżewska (1871-1932) pełniła funkcję pierwszej damy II RP w latach 1926-1932. Swoje życie poświęciła głównie na działalność społeczną i oświatową. Od 1920 do 1924 roku była przewodniczącą Ligi Kobiet Polskich. Dbała o ubogich, dla których nie wiadomo kiedy i w jaki sposób potrafiła zorganizować pomoc w bardzo krótkim czasie. Była niczym dobra wróżka przychodząca z pomocą tam, gdzie była ona niezbędna. Za zgromadzone fundusze kupowała ubogim warszawskim kobietom produkty żywnościowe i odzież.

Będąc żoną prezydenta, Michalina Mościcka kontynuowała swoją charytatywną działalność. Można było niekiedy odnieść wrażenie, że los innych ludzi bardziej leży jej na sercu niż to, co aktualnie dzieje się z jej najbliższymi. Michalina w pełni zasłużyła sobie na tytuł pierwszej damy II RP. Niestety, choroba i śmierć przerwały jej dobroczynną działalność. A jaką była żoną i matką? Czy na tym polu również sprawdzała się tak doskonale, jak na płaszczyźnie społecznej? Czy rodzina była dla niej równie ważna, jak biedota, którą wspierała? W jaki sposób zapisała się w pamięci polskiego międzywojennego społeczeństwa? Czy jawny feminizm sprzyjał czy szkodził postrzeganiu jej osoby przez otoczenie?

Michalina Mościcka
Po śmierci Michaliny, Ignacy Mościcki nie czekał długo z ponownym ożenkiem. Niebawem poślubił młodszą od siebie o prawie trzydzieści lat Marię Nagórną z domu Dobrzańską (1896-1979). Tym małżeństwem obydwoje wywołali wielki skandal obyczajowy. Mówiono nawet, że Ignacy romansował z Marią jeszcze za życia Michaliny. Swoją drugą żonę miał praktycznie na wyciągnięcie ręki, ponieważ była ona sekretarką poprzedniej. Czy tak było w istocie? Prawdą jest natomiast, że Maria była już wcześniej mężatką, lecz związek z Tadeuszem Nagórnym (1895-?) od początku nie należał do udanych, więc zapewne prędzej czy później i tak by się rozpadł. Maria zdołała jednak uzyskać stwierdzenie nieważności małżeństwa od Stolicy Apostolskiej, co dało jej prawo do poślubienia prezydenta Mościckiego. Można więc zastanawiać się, dlaczego w ogóle doszło do tego małżeństwa. Co takiego Maria widziała w podstarzałym prezydencie, że zdecydowała się na ten ślub? Czy było to zwykłe wyrachowanie i chęć lepszego życia? A może pragnienie odnalezienia bezpieczeństwa u boku dojrzałego mężczyzny? Pamiętajmy, że dotychczasowe życie Marii nie było wcale usłane różami. Z drugiej strony może też zastanawiać decyzja samego Mościckiego. Jakie on mógł czerpać korzyści z tego związku? Chciał się odmłodzić? Zapomnieć o starości? 

Maria Mościcka była postacią kontrowersyjną i wzbudzała spore zainteresowanie społeczeństwa. Na jej temat krążyło szereg plotek, z których zapewne większość mijała się z prawdą. Wiadomo, że czynnie działała u boku męża i naprawdę potrafiła intrygować. Niestety, prezydentura Mościckiego przypadła na bardzo trudny okres. Zapewne gdyby nie wybuch drugiej wojny światowej, Ignacy nie uciekłby z kraju i w konsekwencji nie ustąpił z urzędu. Czy był on prezydentem jedynie na dobre czasy? Czy konflikt zbrojny z III Rzeszą zwyczajnie przerósł jego możliwości przywódcze? A może był już zbyt stary i schorowany, aby móc stawić czoło takiemu wyzwaniu?

Wrzesień 1939 roku odbił się niekorzystnie również na samej Marii. Jako żona prezydenta musiała mu towarzyszyć, więc ta klęska dotknęła również i ją samą. Nagle skończył się splendor, jakim do tej pory się otaczała. Trzeba było w panice opuszczać kraj. Z perspektywy czasu można dojść do wniosku, że Maria tak naprawdę nigdy nie pogodziła się z utratą swojej pozycji. Ona nawet po wielu, wielu latach żyła okresem prezydentury swojego męża. Nie potrafiła zapomnieć o tych czasach i wciąż je wspominała. Dla niej czas, jak gdyby się zatrzymał. Owszem, zmieniała się rzeczywistość, ale Maria stale miała w pamięci najlepszy okres swojego życia. Można też odnieść wrażenie, że Ignacy Mościcki był dla niej kimś naprawdę ważnym. Chyba jednak go kochała.  

Maria Mościcka
Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej to naprawdę interesująca lektura. Nie jest to na pewno sucha biografia stanowiąca zlepek faktów zaczerpniętych z innych źródeł, gdzie na każdej stronie znajduje się więcej przypisów niż treści. Kamil Janicki gawędziarskim stylem przybliża czytelnikowi okres międzywojenny i nakreśla sylwetki pierwszych dam II RP. Robi to tak ciekawie, że czytelnik odnosi wrażenie, iż te kobiety wciąż żyją. Dodatkowo Autor cytuje wypowiedzi osób, które w jakiś sposób były związane z głównymi bohaterkami. Publikacja zawiera także szereg bardzo interesujących fotografii, które pozwalają współczesnemu odbiorcy książki choć na chwilę przenieść się w czasie.

Kamil Janicki po raz pierwszy ujął mnie swoją inną książką, a były do Damy Złotego Wieku. Od tamtej pory wiedziałam, że na tej jednej pozycji się nie skończy i prędzej czy później sięgnę po kolejną. Gdyby wszyscy biografowie pisali w ten sposób, to zapewne szczególnie młodzi ludzie (uczniowie) nie uciekaliby od historii. Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej nie mają w sobie nic z nudnych szkolnych podręczników. Książka wciąga już od pierwszej strony i nie można jej odłożyć, dopóki nie pozna się ostatniej. Autor pokazuje, że kobiety kroczące u boku prezydentów dwudziestolecia międzywojennego były naprawdę interesujące, choć tak różne od siebie nawzajem. Każda z nich do historii Polski wniosła coś innego i każdą inaczej zapamiętano.

Moim zdaniem każdy historyk czy biograf powinien umieć wyciągać własne wnioski na podstawie dostępnych faktów. Nie jest bowiem sztuką napisać biografię, opierając się tylko i wyłącznie na tym, o czym powiedzieli już inni. Takie ciągłe powielanie tego, co już znamy jest po prostu nudne. Inteligentny autor będzie umiał pokazać zupełnie inną stronę tego samego wydarzenia; będzie potrafił na swój indywidualny sposób interpretować historię, czasami nawet spierając się na kartach własnej książki z innym historykiem. Kamil Janicki to potrafi, dzięki czemu do literatury faktu wprowadza swego rodzaju innowacyjność. Autor odchodzi bowiem od utartego i przestarzałego szlaku kreowania biografii. Chciałabym, aby na polskim rynku wydawniczym pojawiało się więcej tego typu książek. Książek, które nie będą nudzić, lecz wciągać i zachęcać do ich czytania osoby, które na co dzień stronią od historii.

Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej to publikacja traktująca o wydarzeniach, które są jeszcze stosunkowo świeże. Wbrew pozorom ten dzielący nas od tamtych czasów prawie stuletni przedział wcale nie jest tak odległy, dlatego może zainteresować znacznie szersze grono czytelników, aniżeli na przykład książka dotycząca epoki średniowiecza. Przede mną Upadłe Damy II Rzeczpospolitej. Mam nadzieję, że książka okaże się równie interesująca.








niedziela, 23 listopada 2014

Kamil Janicki – „Damy złotego wieku”
















Wydawnictwo: ZNAK HORYZONT
Kraków 2014
Cykl/Seria: Prawdziwe Historie




Wiek XVI uważany jest za złoty wiek polskiego państwa. W tamtym okresie Rzeczpospolita cieszyła się niespotykanymi ani wcześniej, ani później dobrodziejstwami oraz spokojem. Doskonale rozwijała się gospodarka, co działo się za sprawą eksportu zboża, towarów leśnych, a także wołów. Z kolei wywóz towarów z Polski stał się możliwy dopiero po odzyskaniu ziem Pomorza Gdańskiego w konsekwencji zwycięskiej wojny trzynastoletniej. W praktyce z tej prosperity korzystały wszystkie stany społeczne, rozpoczynając od mieszczan, poprzez chłopów, a na szlachcie kończąc. To właśnie ówczesna szlachta ugruntowała swoją dominującą pozycję w państwie i dążyła do jego zintegrowania. Nie bez przyczyny też wprowadzono wtedy nowożytny system pieniężny, jak również ujednolicono monetę w całym kraju.

Za panowania Zygmunta I Starego ostatecznie zostały zakończone wojny polsko-krzyżackie, które trwały od XIV wieku. Spory z Krzyżakami z lat 1519-1521 zostały zwieńczone zawarciem czteroletniego zawieszenia broni, zaś po upływie tego okresu obydwie strony podpisały traktat krakowski, na podstawie którego państwo krzyżackie w Prusach miało zostać zeświecczone oraz przekształcone w księstwo pruskie, które z kolei miało stanowić lenno Polski. W efekcie Albrecht Hohenzollern (1490-1568) będący jeszcze do niedawna Wielkim Mistrzem Zakonu Krzyżackiego, natomiast obecnie władający Prusami Książęcymi, złożył oficjalny hołd lenny, zwany hołdem pruskim, swojemu suwerenowi – Zygmuntowi I Staremu. Było to w Krakowie w dniu 10 kwietnia 1525 roku. Natomiast podpisana w Lublinie w roku 1569 Unia Polsko-Lubelska generowała znacznie ściślejszy, aniżeli do tej pory związek pomiędzy obydwoma państwami, a także przewidywała wzmocnienie zarówno ich potęgi politycznej, jak i militarnej. Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie połączone poprzez unię realną, a nie – jak dotychczas – unię personalną, miały posiadać wspólnego władcę, jeden sejm, tę samą walutę, a także miały prowadzić wspólną politykę zagraniczną.

W tamtym okresie Polska była naprawdę silnym państwem znanym poza swoimi granicami. Dość dynamicznie rozwijała się tutaj władza szlachecka. Dawne rycerstwo zaczęło stopniowo przekształcać się w posiadaczy ziemskich, co spowodowało wzrost liczby polskiej szlachty, a ta z kolei miała niemały wpływ na politykę wewnętrzną i zewnętrzną państwa. Wzrost zamożności społeczeństwa oraz znaczenia szlachty stały się możliwe także z powodu pojawienia się kryzysu feudalizmu w Europie zachodniej. Fakt ten spowodował wzrost popytu na polskie zboże, co stopniowo w sposób pośredni doprowadziło do pomnożenia majątku mieszczaństwa. Wydaje się, że jedynie sytuacja materialna chłopów pozostawała wówczas bez większych zmian, ponieważ w dalszym ciągu obowiązywało ich przywiązanie do ziemi oraz pańszczyzna. 

Złoty wiek to również znaczący rozwój miast, które do tej pory pełniły jedynie drugorzędną rolę. Coraz bardziej doceniano handel i rzemiosło, a działo się tak dzięki przywilejom nadawanym osiedlającej się coraz liczniej w Polsce ludności pochodzenia żydowskiego. Tradycyjnie to właśnie Żydzi trudnili się handlem i rzemiosłem. Oprócz tego pojawiły się również instytucje o charakterze finansowym, których celem było udzielanie pożyczek i kredytów nie tylko mieszczanom, ale także zamożnej magnaterii, a nawet rodzinie królewskiej.


Unia Lubelska
obraz powstał 1869 roku
autor: Jan Matejko (1838-1893)

Nie bez znaczenia były także studia podejmowane na włoskich uniwersytetach w Bolonii czy Padwie, które swoją popularność zdobywały głównie wśród szlachty i bogatego mieszczaństwa. Ogromną rolę w propagowaniu w Polsce idei włoskiego renesansu oraz humanizmu odegrał wpływ dworu królowej Bony. Tak więc powoływano do życia nowe szkoły, natomiast Akademia Krakowska zyskała konkurencję w postaci Akademii Lubrańskiej w Poznaniu, jak również kolegiów jezuickich w Wilnie, Braniewie i Pułtusku.

W większych miastach ówczesnej Polski nastąpił rozwój drukarstwa, który był związany z rozwojem szkolnictwa. Fakt ten przyczynił się do usamodzielnienia się języka polskiego. Do tej pory teksty drukowane ukazywały się przede wszystkim w języku łacińskim, który w dalszym ciągu pozostawał najważniejszym językiem nauki. Niemniej, złoty wiek przyniósł popularyzację języka polskiego nie tylko w dziedzinie administracji, ale także w prozie i poezji. Do tego ostatniego przyczyniła się znacząco twórczość Jana Kochanowskiego (1530-1584), Mikołaja Reja (1505-1569), Łukasza Górnickiego (1527-1603), Andrzeja Frycza Modrzewskiego (1503-1572), Stanisława Orzechowskiego (1513-1566), czy też Mikołaja Stępa Szarzyńskiego (ok. 1550-ok. 1581).

W równie dużym stopniu jak nauka, z renesansowych wzorców czerpała także szesnastowieczna architektura. W oparciu o projekty takich włoskich architektów, jak Bartolomeo Berecci (ok. 1480-1537) i Francesco Fiorentino (?-1516) przebudowano królewską siedzibę na Wawelu, powstały też liczne siedziby magnackie w stylu renesansowym, natomiast według projektu Bernardo Morando (ok. 1540-1600) wybudowano Zamość jako wspaniałe miasto renesansowe. Ponadto renesansowe ratusze zachowały się między innymi w Sandomierzu, Poznaniu i Szydłowcu.

W XVI wieku tereny Rzeczpospolitej zamieszkiwali nie tylko katolicy, ale także wyznawcy prawosławia oraz Żydzi, którzy falami napływali do Polski z zachodu Europy, uciekając przed antyżydowskimi pogromami. Była też mniejszość muzułmańska, ormiańska i karaimska. Już w latach 20. XVI wieku do Rzeczpospolitej dotarł luteranizm, a potem kalwinizm oraz inne odłamy wiary protestanckiej. Z kolei kler katolicki był ostro krytykowany za zbyt świecki tryb życia oraz ogólny upadek obyczajów, a to sprzyjało przechodzeniu na protestantyzm zwłaszcza w przypadku mieszczan i szlachty.

To tyle, jeśli chodzi o charakterystykę złotego wieku w Polsce. Teraz skupmy się na najnowszej książce autorstwa Kamila Janickiego. Jak sam tytuł wskazuje Autor swoją uwagę zwrócił na kobiety żyjące w XVI wieku, które pomimo że funkcjonowały w cieniu mężczyzn, to jednak wywarły naprawdę znaczący wpływ na losy Polski. Wszystkie kobiety, które Kamil Janicki „powołał do życia” na kartach swojej książki związane były z dynastią Jagiellonów. Swoją podróż śladem wspomnianych dam Autor rozpoczyna od przybliżenia postaci królowej Bony Sforzy, najpierw ukazując jej rodowód oraz okoliczności śmierci. Prawdę powiedziawszy, to właśnie Bona stanowi tutaj postać centralną. Pomimo że w miarę upływu lat do dynastii Jagiellonów zaczynają dołączać kolejne kobiety, to jednak Bona wciąż pozostaje na warcie niczym strażnik broniący jakiegoś drogocennego skarbu. Dla drugiej i ostatniej żony Zygmunta I Starego takim cennym skarbem bez wątpienia była sukcesja korony. Wszystkie działania, jakich podejmowała się Bona, będąc w Polsce miały na celu zapewnienie nie tylko rozwoju tego, co już Jagiellonowie posiadali, ale przede wszystkim doprowadzenie do przedłużenia dynastii. Historia pokazała, że pazerność jednak nie popłaca i królowa nie skończyła najlepiej. Okoliczności jej śmierci są na to najlepszym przykładem.


Główni bohaterowie książki Damy złotego wieku

górny rząd od lewej: Zygmunt I Stary (1467-1548), Bona Sforza d'Aragona (1494-1557), 
Zygmunt II August (1520-1572), Elżbieta Habsburżanka (1526-1545), 
Barbara Radziwiłłówna (ok. 1520-1551)

dolny rząd od lewej: Katarzyna Habsburżanka (1533-1572), Izabela Jagiellonka (1519-1559), 
Katarzyna Jagiellonka (1526-1583), Zofia Jagiellonka (1522-1575), Anna Jagiellonka (1523-1596)

Wszystkie portrety pochodzą z pracowni Łukasza Cranacha Młodszego (1515-1586) 
i zostały wykonane około 1565 roku.


Jak dowiadujemy się z książki Kamila Janickiego, o Sforzównie pamiętają chyba tylko Polacy, natomiast dla Włochów jest ona niemalże postacią anonimową. Na drodze Królowej Matki przez lata stawały inne młodsze od niej kobiety, które przeważnie budziły w niej niechęć. Kiedy zbyt szybko umierały, to właśnie Bona często była obwiniana o ich śmierć. Dlaczego? Czyżby legenda o jej skłonnościach do pozbywania się wrogów przy pomocy trucizny wcale nie była mitem? A może ta jawna niechęć sprawiła, że ludzie – w tym także jej własny syn – nie potrafili inaczej wyjaśnić rychłych zgonów kobiet, których Bona nie akceptowała, jak tylko poprzez przypisanie królowej morderczych instynktów? W końcu na coś lub na kogoś trzeba było winę zrzucić, prawda? A ponieważ Bona nie była lubiana wśród ówczesnej polskiej szlachty, taka zemsta była jak najbardziej wytłumaczalna.  

Na kartach Dam złotego wieku oprócz Bony Sforzy czytelnik spotyka przede wszystkim żony Zygmunta II Augusta, a także jego ostatnią miłość – Barbarę Giżankę (ok. 1550-1589). O tej ostatniej niewiele można się dowiedzieć, ale też zbyt mało jest źródeł historycznych, które o kochance króla opowiadają. Już w dzieciństwie jedyny syn Zygmunta I Starego został zaręczony z Elżbietą Habsburżanką. Tak więc w końcu nadszedł dzień, w którym późniejsza królowa Polski i wielka księżna litewska przybyła do naszego kraju i zasiadła na tronie. Niestety, Bona nie zapałała do niej sympatią, a i Zygmunt August nie darzył jej choćby najmniejszym uczuciem. W dodatku Elżbieta cierpiała na poważną i nieuleczalną chorobę, więc były raczej niewielkie szanse na powodzenie tego związku.

Chyba najbardziej w historii dynastii Jagiellonów zapisał się romans Zygmunta II Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Pomimo że do królewskiego łoża wkradła się podstępem za przyczyną swoich braci, to jednak była ona największą miłością życia polskiego króla. Ich związek od samego początku był skazany na porażkę, ale zakochany monarcha robił wszystko, aby stało się inaczej. Ostatecznie doprowadził przecież do koronacji Barbary i nawet apodyktyczna matka nie była w stanie temu przeszkodzić. Przedwczesna śmierć Radziwiłłówny również była kojarzona z niecnymi działaniami Bony. Nawet Zygmunt August zarzucał matce przyczynienie się do śmierci jego żony. Robił to tak stanowczo, że w końcu wpadł w obsesję na tym punkcie.

Duch Barbary Radziwiłłówny
obraz pochodzi z 1886 roku
autor: Wojciech Gerson (1831-1901)
Kolejną kobietą, o której wspomina Autor jest Katarzyna Habsburżanka – trzecia żona Zygmunta Augusta i siostra jego pierwszej małżonki. Może i o Katarzynie nie jest zbyt „głośno” na kartach książki, ale na pewno nie jest to postać bez znaczenia. Wiadomo że małżeństwa w tamtym czasie zawierano, kierując się względem politycznym, a kobiety nie miały w tej sprawie nic do powiedzenia, więc można domyślać się, że Katarzyna niechętnie jechała do Polski. Wciąż miała w pamięci swoją starszą siostrę, o której śmierć obwiniała właśnie Zygmunta Augusta. Jakie więc mogło być to nowe małżeństwo polskiego monarchy? Na pewno nieszczęśliwe, zważywszy że od samego początku było podszyte negatywnymi emocjami. Ale z drugiej strony czy w tym kontekście można mówić o jakimkolwiek szczęściu, skoro król wciąż obsesyjnie pragnął zmarłej Barbary Radziwiłłówny?

Ostatnią z kobiet wysuwających się na pierwszy plan jest Anna Jagiellonka – siostra Zygmunta II Augusta. Los naprawdę jej nie oszczędził. Nie dość, że matka ją zaniedbywała, to jeszcze brat zupełnie się o nią nie troszczył. Kiedy po jego śmierci próbowała przejąć stery władzy w państwie, wówczas jedyne, co ją spotkało, to szyderstwo ze strony szlachty. Poniżenia doznała także od mężczyzn. Najpierw ze strony Henryka Walezjusza (1551-1589), a potem Stefana Batorego (1533-1586). Nie dziwi więc fakt, że w końcu zgorzkniała i zdziwaczała. Chyba już tylko po śmierci była w stanie zaznać spokoju. Reszta kobiet pojawiających się na kartach książki znajduje się, jak gdyby nieco w tle, ale to wcale nie znaczy, że nie są one ważne. 

Damy złotego wieku to książka napisana z ogromnym rozmachem. Informacje w niej zawarte są niezwykle cenne, szczególnie dla kogoś, kto interesuje się historią Polski. Czy wiecie skąd wzięło się drugie imię syna Zygmunta I Starego? Dlaczego nazwano go „August”? A może to wcale nie Zygmunt August był odpowiedzialny za upadek dynastii Jagiellonów? Może to sama Bona przyczyniła się do tego przez swoją nierozwagę i brawurę? Tego typu ciekawostek znajdziemy w książce naprawdę sporo.

Chociaż książka nie jest powieścią i nie należy jej w ten sposób traktować, to jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że faktycznie czytelnik ma przed sobą porywającą powieść, od której nie można się oderwać. Damy złotego wieku napisane są prostym i płynnym językiem, zaś postacie opisane na kartach książki wręcz ożywają. Czytelnik ma okazję znaleźć się nie tylko na Wawelu czy Zamku Królewskim w Warszawie, ale także w swojej wyobraźni jest w stanie podążać włoskimi uliczkami, które setki lat temu przemierzała Bona Sforza, jadąc do Polski na spotkanie z mężem. 

Oprócz doskonałej treści, czytelnik znajdzie w Damach złotego wieku również szereg ilustracji, które tylko podnoszą walor tej publikacji. W mojej ocenie książka jest rewelacyjna pod każdym względem. Mogłabym o niej jeszcze naprawdę wiele dobrego napisać. Nieważne, że jak niemal każda publikacja o charakterze historycznym, może zawierać drobne przekłamania, bo przecież ilu historyków, tyle opinii, a one wcale nie muszą zgadzać się ze sobą. Damy złotego wieku oceniam przede wszystkim pod względem przyjemności, jaką ta lektura dała mi podczas czytania. A przyjemność okazała się niesamowita. Jeszcze nigdy nie czytałam publikacji biograficznej z takim zainteresowaniem. Naprawdę trudno było mi się od niej oderwać. Myślę, że któregoś dnia do Dam złotego wieku wrócę i po raz kolejny przeniosę się w czasy, kiedy krużganki Wawelu były świadkami zawiązywania się licznych spisków i podejmowania najpoważniejszych politycznych decyzji, a to wszystko działo się oczywiście pod czujnym okiem Bony Sforzy.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu