Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Hickson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Hickson. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2015

Joanna Hickson – „Oblubienica z Azincourt”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 2014
Tytuł oryginału: The Agincourt Bride
Przekład: Maria Zawadzka





W październiku 1415 roku angielski król Henryk V Lancaster, znany również jako Henryk Monmouth (1387-1422), wraz ze swoją armią zmierzał w kierunku Calais, aby stamtąd wyruszyć już prosto do Anglii. Niestety, został zatrzymany przez wojska, które liczebnie znacznie przewyższały jego armię. Francuzi chcieli zniszczyć oddziały Henryka, zanim ten byłby w stanie wrócić do swojej ojczyzny. Bitwa, do której doszło 25 października 1415 roku, rozgrywała się w wąwozie znajdującym się nieopodal Azincourt. Francuska armia znajdowała się po stronie północnej, aby w ten sposób uniemożliwić Anglikom przedostanie się do Calais.  Noc z 24 na 25 października obydwie armie spędziły na otwartym terenie, przy czym Anglicy mieli nieco więcej szczęścia, ponieważ znaleźli się na obszarze, gdzie mogli schronić się przed padającym deszczem. Wielu z nich poważnie zachorowało, co sprawiło, że znacząco zmniejszyła się liczba żołnierzy i w rezultacie było ich około sześciu tysięcy. Niektórzy współcześni historycy są skłonni przyznać, że Francuzi przewyższali liczebnie Anglików co najmniej trzykrotnie. Czy zatem o zwycięstwie wojsk Henryka V Lancastera zadecydowały ich odwaga tudzież wytrzymałość fizyczna i psychiczna?

Rankiem w dniu 25 października Henryk V rozprowadził swoją armię (dziewięciuset kawalerzystów oraz pięć tysięcy łuczników) po całym siedemsetpięćdziesięciojardowym wąwozie. Najprawdopodobniej Anglicy zastosowali swoją standardową linię bojową, czyli na każdej flance umieścili łuczników, zaś kawalerzystów i rycerzy bardziej w środku, natomiast w samym centrum około dwustu łuczników. Łuk to broń skonstruowana według walijskiego projektu i po raz pierwszy pojawiła się na początku XII wieku. Trzeba pamiętać, że łuk to przede wszystkim podpórka służąca do wypuszczania strzały, czyli elementu, który musi dosięgnąć celu. Lecz łuk posiadał też znacznie szersze znaczenie. Była to broń właściwa dla żołnierza chłopskiego pochodzenia, której ten używał podczas każdej bitwy. Łucznicy byli wykorzystywani z bardzo dobrym skutkiem jako lekkie siły zbrojne, lecz również niezwykle mobilne. Ich strzały prawie zawsze były gwarancją zatrzymania wroga, zanim ten jeszcze zdołał się zbliżyć. W Anglii kult łucznika był bardzo mocno rozwinięty i dotyczył mężczyzn, którzy posiadali niesamowitą siłę w mięśniach ramion. Średniowieczne prawo zmuszało bowiem wszystkich mężczyzn do obowiązkowej nauki łucznictwa, tak więc kiedy zachodziła potrzeba, każdy z nich był przygotowany do walki z użyciem tejże broni. Oprócz łuczników, którzy walczyli w piechocie, szczególny szacunek i pozycję mieli łucznicy konni. Niemniej wszyscy oni posiadali wspólny atrybut: łuk.


Poranek przed bitwą pod Azincourt 
Obraz został namalowany w 1884 roku.
Autor: Sir John Gilbert (1817-1897)

Wróćmy jednak do bitwy pod Azincourt. Otóż angielscy kawalerzyści w zbrojach płytowych zostali rozmieszczeni ramię w ramię w czterech szeregach. Z kolei łucznicy na flankach wbijali w ziemię ostre drewniane słupki zwane „parkanami”, a robili to pod takim kątem, aby zmusić francuską kawalerię do zmiany kierunku ataku. Z kolei Francuzi byli ustawieni w szyku bojowym w trzech szeregach, z których każdy liczył około sześciu tysięcy rycerzy, aczkolwiek początkowo uważano, że było ich prawie dziewięć tysięcy. Na każdej flance znajdowały się mniejsze „skrzydła” kawalerzystów oraz francuskich żołnierzy pochodzenia szlacheckiego (prawdopodobnie ogółem było ich dwa tysiące czterystu, co stanowiło tysiąc dwieście na każdym skrzydle), natomiast w centrum znajdowała się piechota, w której było dwunastu książąt. Tyły kawalerii stanowiło od sześciu do dziewięciu tysięcy rycerzy, którzy przybyli na pole bitwy z pewnym opóźnieniem. Było tam też od czterech do sześciu tysięcy kuszników i łuczników, których rozmieszczono w środku tuż przed kawalerią.

Pole bitwy pokryte było niewyobrażalną ilością błota powstałego z deszczu, który padał w nocy. Wbrew pozorom błoto stało się sprzymierzeńcem dla Anglików, ponieważ kiedy francuscy rycerze mający na sobie bardzo ciężkie zbroje po upadku na ziemię, podnosili się z niej z wielkim trudem. To właśnie to błoto odbierało Francuzom skuteczność na polu bitwy. Błoto było tak bardzo głębokie, że wielu rycerzy dusiło się w nim, kiedy zostawali w nie wręcz wkopywani. Dzięki błotu wzrosła także skuteczność angielskich łuczników. W porównaniu do kawalerii walczącej po obydwu stronach byli oni albo lekko opancerzeni albo w ogóle. Tak więc w tej kwestii łucznicy mogli napotkać jedynie drobne i nic nieznaczące problemy. Rankiem 25 października Francuzi wciąż czekali na dodatkowe oddziały, które rzekomo miały się zjawić na polu bitwy. Przez trzy godziny po wschodzie słońca nie było żadnej walki; następnie Henryk V uznał, że Francuzi nie posuną się naprzód, więc przeprowadził swoją armię w głąb wąwozu. Wraz ze strzałą wypuszczoną z francuskiego obozu, której zadaniem było wyznaczenie odległości zasięgu (czterysta jardów), angielscy łucznicy postawili wspomniane już parkany i zaatakowali wroga gradem strzał.


Henryk V Lancaster podczas bitwy pod Azincourt
Obraz powstał w XIX wieku.
Autor: John Gilbert

W tym momencie Francuzi utracili sporą część swojej siły oporu oraz łuczników rozlokowanych na skrzydłach. W efekcie zostali zdziesiątkowani przez wojska Henryka V Lancastera i tak naprawdę nie mieli pojęcia, co się dzieje. Całą sytuacją byli nieco oszołomieni. Francuski konetabl samodzielnie dowodził rycerzami, lecz z powodu zbyt ciężkiej zbroi z każdym krokiem był wciągany przez błoto, aczkolwiek wciąż niestrudzenie walczył z wrogiem. Tarzający się w błocie żołnierze byli bardzo łatwym celem dla angielskich łuczników. Kiedy Francuzi dotarli do linii obrony wojsk angielskich, sytuacja zaczęła przedstawiać się jeszcze gorzej. Ze względu na liczbę rycerzy walczących w wąwozie, Francuzi byli za ciasno rozmieszczeni, aby móc choćby tylko unieść broń do ataku. Z drugiej strony jednak stale rosnąca liczba rannych i jeńców sprawiła, że Francuzi zaczęli z dość dobrym skutkiem przejmować linię obrony Anglików, którzy zostali zmuszeni do wycofania się, zaś sam Henryk V Lancaster niemalże został pobity i wgnieciony w ziemię. W tym momencie angielscy łucznicy, używając toporów, mieczy oraz innego rodzaju broni, przedarli się pomiędzy nieco rozbitym francuskim wojskiem, zabijając rycerzy lub biorąc ich do niewoli. W tym samym czasie druga linia Francuzów rozpoczęła już atak, lecz szybko została wchłonięta przez bagno. Ci, którzy dowodzili wojskiem – podobnie jak rycerze walczący w pierwszej linii – zostali zabici albo schwytani, zaś dowódców trzeciej linii śmierć znalazła w otwartej bitwie, podczas gdy rycerze, którymi dowodzili zwyczajnie uciekli. Pomimo ogromnego zamieszania i wielkiej presji, Anglicy nie przestawali walczyć. W swoim zmaganiu się z wrogiem byli nieugięci. Zrobili mur z rycerzy trzymających przed sobą tarcze, a potem nacierali na Francuzów z mieczami w dłoniach, kładąc ich pokotem. Czy współczesny człowiek jest w stanie wyobrazić sobie tak zaciętą walkę wręcz, kiedy rycerze czują niemiłosierne pragnienie, a zewsząd słyszą hałas i jęki dogorywających kompanów?

Henryk V Lancaster 
Jedną z najbardziej dramatycznych opowieści dotyczących bitwy pod Azincourt jest moment, w którym najmłodszy brat Henryka V Lancastera – Humphrey Lancaster, 1. książę Gloucester (1390-1447) został ranny w brzuch. Według tejże opowieści, Henryk po opatrzeniu rany zadanej bratu, zabrał ze sobą swojego osobistego strażnika i wraz z nim wycinał ścieżkę wśród Francuzów, zabijając ich po drodze, a potem, kiedy uznał, że nie ma już zagrożenia ze strony wroga, przeniósł księcia Gloucester w bezpieczne miejsce. Król wykazał się niesamowitą odwagą, która zasługuje na podziw, natomiast jako przywódca nie zawiódł swoich żołnierzy.

Jedynym sukcesem, jaki Francuzi odnieśli w tej bitwie był atak na tylne wojska angielskie, które zostały ściśnięte przez około tysiąc rycerzy pochodzących ze stanu chłopskiego. Henryk V zaczął też obawiać się, że jego armia zostanie zaatakowana i pokonana przez jeńców, którzy nie będą strzeżeni. Mogli oni bowiem uzbroić się w broń, która była rozrzucona na polu bitwy, a której nie potrzebowali już ich martwi kompani. W związku z tym angielski król nakazał rzeź pojmanych rycerzy. Szlachetnie urodzeni żołnierze oraz wyżsi rangą chcieli zapłacić okup za jeńców, lecz król odmówił jego przyjęcia. Tak więc zadanie wycięcia w pień pojmanych żołnierzy wroga spadło na zwykłych angielskich rycerzy, wśród których głównie znajdowali się łucznicy. Jak widać Henryk V Lancaster okazał się bezwzględny.

Następnego dnia w godzinach porannych Henryk V powrócił na pole bitwy i nakazał dobić każdego rannego francuskiego żołnierza, któremu udało się jakimś cudem przeżyć noc. Wszyscy rycerze pochodzenia szlacheckiego zostali już zabrani, zaś na polu bitwy pozostali już jedynie zwykli żołnierze, którzy zostali zbyt ciężko ranni, aby móc przeżyć bez opieki medyka. Najprawdopodobniej Anglicy stracili w tej bitwie około czterystu pięćdziesięciu rycerzy. Ta liczba nie jest bez znaczenia na tle armii liczącej sześć tysięcy wojska, lecz mimo wszystko było to znacznie mniej, aniżeli straty, jakie ponieśli Francuzi, którzy mocno ucierpieli przede wszystkim z powodu bestialskiej rzezi jeńców.

Katarzyna Walezy 
W powieści Joanny Hickson o bitwie pod Azincourt dowiemy się jedynie z ust jednego z bohaterów. Autorka tak bowiem poprowadziła narrację książki, że nie zostaniemy zabrani na pole bitwy i nie będziemy mogli oczami wyobraźni zobaczyć, co tak naprawdę się tam działo, pomimo że właśnie to wydarzenie stanowi, jak gdyby centrum całej opowieści. Zanim jednak dotrzemy do dnia 25 października 1415 roku, cofnijmy się do 1401 roku. Jesteśmy zatem we Francji, gdzie na świat przychodzi kolejne dziecko pary królewskiej: Izabeli Bawarskiej (1371-1435) i Karola VI Szalonego (1368-1422)*. Królowa jest już przyzwyczajona do częstych porodów i wydaje się, że niezbyt ją męczą. Dziećmi w ogóle się nie interesuje. Ona je jedynie rodzi, a potem oddaje na wychowanie mamkom, nianiom czy wszelkiej maści służącym. Sama zaś po okresie połogu wraca do normalnego życia. Poza tym zapewne czuje się także zmęczona stale pogłębiającą się chorobą psychiczną swojego królewskiego małżonka. Oficjalnie Karol VI Szalony nadal jest monarchą Francji, lecz tak naprawdę krajem już nie rządzi. Jego doradcy podsuwają mu rozmaite dokumenty do podpisu, ale przecież król de facto nie ma pojęcia pod czym składa swój autograf. Kwestiami politycznymi zajmują się królowa Izabela Bawarska, brat króla – Ludwik I Orleański (1372-1407) oraz stryjeczny brat Karola VI Szalonego – Jan bez Trwogi zwany również Janem Nieustraszonym (1371-1419).

Niemalże w tym samym czasie umiera nowo narodzony synek pewnej chłopki. Dziewczyna ma dopiero piętnaście lat, ciąży zupełnie nie planowała, ale to wszystko nie zmienia faktu, że Guillaumette Dupain bardzo cierpi z powodu utraty dziecka. Na szczęście ma obok siebie kochającego młodego małżonka, który pracuje w królewskich stajniach. Jak wiadomo niegdyś matki pochodzące z wyższych sfer nie karmiły swoich dzieci własną piersią. W tym celu zatrudniano mamki, czyli kobiety, które dopiero co urodziły dziecko, dzięki czemu ich piersi wciąż były pełne mleka. Tak więc piętnastoletnia Mette trafia na dwór królewski i staje się mamką dla malutkiej księżniczki, która na chrzcie otrzymała imię Katarzyna. Po jakimś czasie Mette nie wyobraża już sobie życia bez swojej podopiecznej. Kocha ją całym sercem, a kiedy po kilku latach na świat przychodzą jej własne dzieci, Guillaumette darzy Katarzynę nawet większym uczuciem, aniżeli swoje potomstwo. Kobieta chroni ją przed wszelkim złem, lecz pewnego dnia to wszystko nagle się kończy. Do królewskiego pałacu brutalnie wdziera się książę Burgundii Jan bez Trwogi. Choć Izabela Bawarska przeczuwała, że tak się stanie i poczyniła określone kroki, aby ochronić niektóre swoje dzieci, to jednak nie zdołała zabezpieczyć wszystkiego. I tak oto w konsekwencji pewnych wydarzeń politycznych Mette zostaje rozdzielona z Katarzyną oraz jej młodszym bratem – późniejszym Karolem VII Zwycięskim (1403-1461).

Izabela Bawarska ze swoimi
damami dworu
Obraz powstał na przełomie
XVII i XVIII wieku.
Autor: François Roger de Gaignières 
(1642-1715)
Mija dziesięć lat. Do Paryża wraca nastoletnia już Katarzyna Walezy (1401-1437), która przez ten czas wychowywała się w klasztorze. Wraz z nią powraca również młodszy brat księżniczki Karol, z którym brutalnie została rozdzielona we wczesnym dzieciństwie. Jest też starszy brat Ludwik Walezy (1397-1415), który teraz pełni rolę delfina Francji i w pewnym sensie rządzi państwem w zastępstwie swojego szalonego ojca. Gdzieś tam żyje sobie także Jan Walezy (1398-1417), który jest młodszym synem Karola VI Szalonego. Od tego momentu Guillaumette będzie już bezustannie towarzyszyć księżniczce Katarzynie. Stanie się dla niej przyjaciółką, powiernicą, garderobianą, a nawet poniekąd zastąpi jej matkę, która zdawała się zapominać o swojej córce przez te wszystkie lata. Prawda jest taka, że Izabela Bawarska tak bardzo odsunęła się od swoich dzieci, że nawet nie wiedziała, w jakim są wieku, a nawet jak mają na imię. Przypominała sobie o nich tylko wtedy, gdy były jej potrzebne do zaspokajania ambicji politycznych.

Jak wiadomo Henryk V Lancaster pragnął francuskiego tronu od bardzo dawna, dlatego też spełnieniem jego pragnienia mogło stać się jedynie małżeństwo z córką Karola VI Szalonego. Początkowo angielski król planował ożenić się ze starszą siostrą Katarzyny Walezy – Izabelą (1389-1410), która była królową Anglii i wdową po Ryszardzie II (1367-1400). Ożenił się jednak z Katarzyną, ponieważ to właśnie ona miała mu zapewnić tron Francji po śmierci swojego ojca. Joanna Hickson pokazuje, że związek Henryka i Katarzyny oparty był na miłości, choć może nie od samego początku. Młodziutka księżniczka na pewno podobała się królowi i budziła w nim pożądanie, lecz prawdziwa miłość przyszła dopiero z czasem. Henryk V Lancaster był władcą ambitnym, ale też okrutnym, jeśli zachodziła taka potrzeba. Był niezłomny w boju, dlatego wygrywał niemalże każdą bitwę.

Generalnie o Oblubienicy z Azincourt mówi się, że jest to historia życia Katarzyny Walezy od narodzin do momentu wyjazdu do Anglii, gdzie miała zostać koronowana na królową. Moim zdaniem powieść tak naprawdę stanowi historię Guillaumette Dupain-Lanière, która opowiada o latach spędzonych u boku Katarzyny. W związku z tym czytelnik nie ma możliwości zagłębienia się w psychikę samej księżniczki. O jej emocjach wiemy tylko tyle, na ile pozwala nam Mette. Owszem, jest tego sporo, ale mimo wszystko nie jesteśmy w stanie wczuć się w stan psychiczny Katarzyny. Z drugiej strony jednak książka jest niesamowicie wciągająca, zaś Joanna Hickson maluje obraz średniowiecznej Francji po mistrzowsku. Chociaż narratorką jest niania (postać fikcyjna) przyszłej królowej Anglii i założycielki dynastii Tudorów, to jednak nie przeszkadza to w tym, aby pokochać tę książkę już od pierwszej strony. Pod piórem Autorki bohaterowie, którzy żyli sześćset lat temu ożywają i przemawiają do czytelnika w sposób niezwykle wyrazisty. Oprócz wspomnianej już bitwy pod Azincourt bardzo ważny jest tutaj również konflikt pomiędzy Katarzyną a Janem bez Trwogi, który na pewno nie jest postacią pozytywną. To istny potwór, który jedynie krzywdzi w imię własnych idei.


Katarzyna Walezy i Henryk V Lancaster podczas pierwszego spotkania 

O samej Katarzynie nie możemy jeszcze zbyt wiele powiedzieć, ponieważ tak naprawdę stoi ona dopiero u progu swojej królewskiej kariery. Wychowana przez zakonnice musi uczyć się dworskich manier. Widzimy jednak, że jej charakter powoli zaczyna się zmieniać i z nieśmiałej księżniczki przeistacza się w młodą kobietę, która nie waha się bronić własnego zdania. Bardzo silna więź łączy ją także z młodszym bratem Karolem. Z kolei z delfinem Francji ciężko jest jej się porozumieć, a dzieje się tak dlatego, że Ludwik jest dość specyficzny. Trudne dzieciństwo sprawiło, że jego psychika została poważnie uszkodzona.

Myślę, że dalsze losy Katarzyny Walezy będą jeszcze bardziej emocjonujące, bo przecież w pierwszym tomie dylogii pozostawiamy ją w trakcie podróży do Anglii, gdzie będzie musiała wiele się nauczyć i przede wszystkim zostać zaakceptowaną przez tamtejszy lud. Jak sobie poradzi? Jakiego rodzaju uczucia będą towarzyszyć jej pobytowi w ojczyźnie jej małżonka? Czy wciąż będzie potrzebować obecności ukochanej niani, która oczywiście zmierza tam wraz z nią na pokładzie statku? Czy spotka tam przyjaciół, czy może jedynie wrogów? O tym wszystkim dowiemy się z drugiego tomu dylogii, który ma trafić do księgarń już tej jesieni. Polecam zatem tę powieść każdemu miłośnikowi beletrystyki historycznej i epoki średniowiecza. Jestem bowiem przekonana, że książka nie jest w stanie nikogo rozczarować.



O tym, jak powstawała Oblubienica z Azincourt oraz inne książki Joanny Hickson możecie dowiedzieć się, czytając wywiad z Autorką [klik].





* O Karolu VI Szalonym pisałam przy okazji recenzji książki Alexandre Dumas (ojca) zatytułowanej Karol Szalony [klik]. 





niedziela, 19 lipca 2015

Wizyta na zamku zawsze pobudza moją wyobraźnię...







ROZMOWA Z JOANNĄ HICKSON




Joanna Hickson przez dwadzieścia pięć lat pracowała w radio i telewizji BBC, gdzie przygotowywała i prezentowała informacje dotyczące spraw bieżących oraz kulturalnych. Ukończyła studia na wydziałach literatury angielskiej i polityki, ale historią zainteresowała się już jako uczennica zafascynowana „Henrykiem V” i innymi sztukami Williama Szekspira. Jej pierwsza książka „Rebellion at Orford Castle” to powieść skierowana do dzieci, której akcja umiejscowiona jest w Anglii Wschodniej. Obecnie ze względu na umowy z wydawnictwem Harper Collins odnośnie książek historycznych, Joanna całkowicie poświęciła się pisaniu. Jej powieści opowiadają historię Katarzyny Walezy, która dała początek dynastii Tudorów. Jest także autorką książki zatytułowanej „Red Rose, White Rose” opowiadającej o losach Cecylii Neville, księżnej Yorku. Obecnie w Polsce możemy przeczytać „Oblubienicę z Azincourt”, natomiast już tej jesieni polski wydawca opublikuje drugą książkę Joanny, która będzie nosić tytuł „Oblubienica Tudorów”. Autorka mieszka z mężem w angielskiej posiadłości pochodzącej z XV wieku.



Agnes A. Rose: Joanna, bardzo dziękuję Ci, że przyjęłaś moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Jestem ogromnie zaszczycona, że mogę gościć Cię na moim blogu. Dlaczego zostałaś pisarką po tak długiej pracy w BBC?

Joanna Hickson: Przede wszystkim chciałabym podziękować Ci, Agnieszko, za zaproszenie, dzięki czemu mogę nawiązać kontakt z Twoimi Czytelnikami i mieć nadzieję, że niektórzy z nich również przeczytają moje książki! Chciałam zostać pisarką odkąd byłam bardzo młoda i pisałam opowiadania w szkolnych zeszytach; wiele z nich nadal trzymam w dolnej szufladzie swojego biurka. Oczywiście one nigdy nie zostały opublikowane! Potem, po studiach, pracowałam w radio i telewizji BBC, pisząc scenariusze i newsy, które samodzielnie prezentowałam na antenie. Tak więc przez całe swoje życie pisałam na wiele sposobów. W latach 90. XX wieku opublikowałam również kilka współczesnych romansów, a teraz piszę to, co zawsze chciałam, czyli opowieści osadzone w epoce średniowiecza, ożywiając bohaterów żyjących pięćset czy sześćset lat temu.





Agnes A. Rose: Pozwól, że zapytam, dlaczego zafascynowała Cię historia średniowiecza? Mam na myśli dokładnie ten okres w historii Anglii.

Joanna Hickson: Myślę, że stało się to podczas zwiedzania angielskich zamków, kiedy byłam nastolatką. To one dały mi inspirację. Wizyta na zamku zawsze pobudza moją wyobraźnię. Oczywiście czytanie innych powieści historycznych sprawiło, że zdałam sobie sprawę z tego, iż możliwe, że sama też mogłabym pisać. Szczególnie zainspirowała mnie powieść „Katherine”, którą możliwe, że znasz, a której autorką jest Anya Seton. Jest to opowieść o dziewczynie, która stała się kochanką słynnego Jana z Gandawy, księcia Lancaster, a potem ostatecznie wyszła za niego za mąż i była jego trzecią żoną, a działo się to pod koniec XIV wieku. Myślę, że ta książka to wciąż najbardziej sugestywny portret angielskiego średniowiecznego stylu życia, i choć została opublikowana w latach 50. XX wieku, to i tak popularna jest do dziś.

Wyd. Wydawnictwo Literackie
Kraków 2014
Tłum. Maria Zawadzka 
Agnes A. Rose: W swoich książkach opisujesz historię Katarzyny Walezy. Czy mogłabyś nam powiedzieć coś więcej o tej bohaterce? Dlaczego ta postać zafascynowała Cię tak bardzo, że aż zdecydowałaś się o niej napisać?

Joanna Hickson: To się stało, kiedy byłam jeszcze uczennicą i po raz pierwszy obejrzałam film na podstawie sztuki Szekspira zatytułowanej „Henryk V”, który wyreżyserował Laurence Olivier (znany angielski aktor). Na końcu jest scena, kiedy uwodzi on francuską księżniczkę Katarzynę.* Bardzo mi się ta scena podobała. Jest romantyczna i zabawna, ale postać księżniczki jest raczej stereotypowa – jest ona pokazana jako typowa żona-trofeum, zaś od króla oczekuje się, że ją poślubi. Aczkolwiek, gdy zaczęłam studiować jej życie, uświadomiłam sobie, że ona żyła w bardzo trudnych czasach i nie mogła być chichotką i mieć pusto w głowie, jak przedstawił ją Szekspir. Postanowiłam, że byłaby ona doskonałym tematem na powieść, przy jednoczesnym spojrzeniu na jej historię i postać oraz emocjonujące życie, które prowadziła zarówno przed, jak i po poślubieniu króla Anglii Henryka V.

Agnes A. Rose: A co z lojalną służącą Katarzyny Walezy – Mette? Czy jest to postać prawdziwa, czy fikcyjna?

Joanna Hickson: Podczas swoich badań nad księgami rachunkowymi dotyczącymi gospodarstwa Henryka V znalazłam listę kobiet, które po ślubie uczestniczyły w życiu królowej Katarzyny. Dziwnym trafem trzy z nich nosiły imię Joanna (!), ale na tej liście była też jedna kobieta, która nazywała się Guilliemot, której imię w języku angielskim oznacza raczej brzydkiego czarnego morskiego ptaka, i zaczęłam się zastanawiać dlaczego jakaś kobieta nosiła właśnie takie imię. Potem pomyślałam, że musiała być Francuzką, i naprawdę nazywała się Guillaumette, co było francuską żeńską wersją imienia Guillaume – albo angielskiego imienia William. Być może urzędnik, który pisał te księgi nigdy nie słyszał o „Guillaumette”, a zatem zdecydował się nazwać ją imieniem podobnie brzmiącym! Tej osobie zapłacono mniej niż Joannom, a więc domyśliłam się, że prawdopodobnie pochodziła z ludu, tak więc powieściowa Mette (skrót od Guillaumette) urodziła się jako córka piekarza pochodząca z ubogiej dzielnicy Paryża, która zostaje piastunką Katarzyny, kiedy ta jest jeszcze dzieckiem, a potem przez całe jej życie jest jej najbliższą przyjaciółką. To ona jest narratorką tej historii i, oprócz wzmianki w księgach, jest postacią całkowicie fikcyjną, aczkolwiek uważam ją za swoją ulubioną bohaterkę!

Agnes A. Rose: Jak przygotowywałaś się do wykreowania postaci Katarzyny Walezy? Co było najtrudniejsze w tym twórczym procesie?

Wyd. Wydawnictwo Literackie
Kraków 2015
Tłum. Maria Zawadzka

Joanna Hickson: Problem zawsze pojawia się podczas gromadzenia informacji na temat żeńskich postaci pochodzących z epoki średniowiecza, ponieważ o kobietach rzadko wspominano w takich źródłach, jak kroniki i dokumenty – naprawdę była to opowieść o NIM, a nie o NIEJ! Tak więc nie było żadnych współczesnych opisów, które mogłabym odnieść do Katarzyny Walezy z wyjątkiem wzmianki o tym, iż jej portret został namalowany i wysłany do króla Henryka V, który powinien był wzbudzić ogromne zainteresowanie króla jej osobą. Szkoda, że portret nie przetrwał do dzisiaj, w przeciwieństwie do wielu portretów jej sukcesora króla Henryka VIII i jego sześciu żon żyjących sto lat później. Tak więc musiałam wymyślić jej wygląd oraz charakter na podstawie niewielu wzmianek na jej temat, i oczywiście w oparciu o własną wyobraźnię. Wiemy, że została uznana za piękną kobietę, ale szczegóły jej urody to moja własna koncepcja.

Agnes A. Rose: Co najbardziej podobało Ci się podczas pisania tych dwóch powieści?

Joanna Hickson: Podobało mi się pisanie o romansie Katarzyny z Owenem Tudorem i przeciwstawianie go relacji, która powstała pomiędzy Mette a jej przyjacielem Geoffreyem. To pomogło mi w pokazaniu dwóch stron życia, jakie panowało w tamtych czasach – zarówno od strony królewskiej, jak i pospólstwa.

Agnes A. Rose: Jak już wspomniałam wyżej, jesteś także autorką powieści „Red Rose, White Rose”. W tej książce opisujesz historię Cecylii Neville, księżnej Yorku. Była ona angielską szlachcianką, żoną Ryszarda Plantageneta, 3. księcia Yorku, a także matką dwóch królów Anglii: Edwarda IV i Ryszarda III. Czy możesz nam powiedzieć co zainspirowało Cię do napisania tej powieści?

Joanna Hickson: Początkowo do Cecylii Neville przyciągnął mnie fakt, kiedy odkryłam, że była ona najmłodszym z dwudziestu dwojga dzieci swojego ojca, które miał z dwiema żonami! Zastanawiałam się, jakie relacje panowałyby w tak ogromnej rodzinie, gdy najmłodsze dziecko jej ojca może urodzić się mniej więcej w tym samym czasie co jego pierwsze wnuki. Neville’owie byli również zagorzałymi zwolennikami Domu Lancasterów, zaś Cecylia poślubiła księcia Yorku, przywódcę przeciwnej szlacheckiej frakcji. Chciałam zbadać, jak trudna musiała być to dla niej sytuacja, w której należało zrównoważyć lojalność wobec własnej rodziny i rodziny, do której weszła poprzez małżeństwo. Jej historia to istny mikrokosmos rywalizacji i konfliktów, które rozwinęły się na szczeblu centralnym w Anglii w XV wieku i doprowadziły do wybuchu zamieszek znanych jako Wojna Dwu Róż.

Agnes A. Rose: Skoro rozmawiamy o matce Ryszarda III, chciałabym dowiedzieć się, jaka była Twoja reakcja, kiedy usłyszałaś o odkryciu szczątków Ryszarda III w 2013 roku. Czy mogłabyś nam o tym opowiedzieć?

Joanna Hickson: Byłam bardzo podekscytowana i zaintrygowana odkryciem króla na parkingu w Leicester, i absolutnie zachwycona, gdy potwierdzono, że znaleziony szkielet to zdecydowanie król Ryszard III. W marcu tego roku wzięłam udział w konferencji z udziałem historyków i autorów powieści historycznych, a było to w przeddzień ponownego pochówku Ryszarda w katedrze w Leicester, i byłam zdumiona ilością ludzi, którzy pojawili się tam, aby obejrzeć procesje i wziąć udział w uroczystościach i wydarzeniach z nimi związanych. Ten król Anglii budzi wiele kontrowersji – czy był zły, czy dobry, i czy to on zdecydował o morderstwie książąt w Tower, czy też nie? To sprzyjało ożywionej debacie!

Agnes A. Rose: Czy podczas gromadzenia materiałów i pisania tej powieści odkryłaś w sobie sympatię do Domu Lancasterów czy do Domu Yorków? 

Wyd. Harper Collins
Wielka Brytania 2014
Joanna Hickson: Ponieważ moja główna bohaterka, Cecylia, była związana zarówno z Lancasterami, jaki i z Yorkistami, byłam w stanie zachować równowagę pomiędzy tymi dwoma rodami, lecz kończąc powieść wydawało mi się, że wykreowałam tak charyzmatyczną postać króla Edwarda III, iż uznałam, że go faworyzuję. Na swojej koronacji miał zaledwie osiemnaście lat, lecz stał się „złotym chłopcem” wygrywającym bitwy i gromadzącym wokół siebie zwolenników, najwyraźniej nie będąc zdolnym do popełnienia błędu. Oczywiście historia pokazuje, że potem popełniał poważne błędy, które ponownie rozpaliły bratobójczą walkę, ale o tym będzie już w innej opowieści. Skończyłam książkę jako Yorkistka, ale możliwe, że dalej tak nie będzie.

Agnes A. Rose: Opowiedz o swoim typowym dniu pracy. Czy masz jakieś niecodzienne nawyki związane z pisaniem?

Joanna Hickson: Mam szczęście, że mieszkam w domu, który został zbudowany w XV wieku, a mój gabinet znajduje się w najstarszej jego części. Drzwi do niego są oryginalne i wykonane z szerokich desek, które oczywiście zostały wycięte z jednego drzewa i są zabezpieczone przez ręcznie zrobione żelazne gwoździe, i kiedy je zamykam naprawdę czuję się, jakbym została przeniesiona do okresu, o którym piszę. Lubię pisać z twarzą zwróconą do pustej ściany, ponieważ łatwo się rozpraszam jakimś widokiem. Zazwyczaj piszę co najmniej dziewięć godzin dziennie, aczkolwiek trochę tego czasu poświęcam na rozrywki online, jak Twitter i Facebook oraz odpowiadanie na pytania tak cudownych ludzi, jak Ty i Twoi Czytelnicy, Agnieszko!

Agnes A. Rose: Napisałaś także książkę dla dzieci. Czy kiedykolwiek masz zamiar powrócić do pisania dla młodych czytelników?

Joanna Hickson: Och, chciałabym, ale w tej chwili jestem całkowicie zajęta realizowaniem swoich umów z moimi wydawcami na książki dla dorosłych. Jednakże nigdy nie wiadomo, co będzie w przyszłości. Moje zainteresowanie wykorzystaniem historii średniowiecza w książkach, które poprzednio pisałam, wzmocniło się, kiedy w wieku dziesięciu bądź jedenastu lat przeczytałam wspaniałą książkę Ronalda Welcha zatytułowaną „The Gauntlet”.

Agnes A. Rose: Przeczytałam w Internecie, że Twoja praca czasami porównywana jest, na przykład, do książek Philippy Gregory. Jak się czujesz słysząc lub czytając coś takiego?

Joanna Hickson: To zależy od tego, czy porównywanie jest korzystne, czy nie! Przeczytałam prawie wszystkie powieści Philippy Gregory i z całą pewnością mogę potwierdzić, że jest ona jedną z tych pisarek, które wywarły wpływ na moją twórczość, więc cieszę się, że jestem wymieniana jednym tchem obok niej!

Agnes A. Rose: Czy masz jakąś radę dla pisarzy, którzy tworzą beletrystykę historyczną?

Joanna Hickson: Nie sądzę, abym miała coś do powiedzenia innym pisarzom publikującym powieści historyczne, ponieważ sam fakt, że zostały one opublikowane oznacza, iż już osiągnęli pewien sukces. Niemniej dla każdego początkującego pisarza, czy to tworzącego powieści historyczne, czy inne, moją fundamentalną radą, jest fakt, aby zakończyć temat, który się rozpoczęło. Historia nie jest historią do czasu, aż nie będzie mieć początku, środka i końca, a dopóki nie napisze się słowa KONIEC na ostatniej stronie, nie można nazwać siebie pisarzem. Jest sporo pracy do wykonania przy tym pierwszym projekcie, ale przynajmniej masz już doświadczenie w pisaniu. Moją kolejną radą jest to, aby nikomu nie mówić o swoim pomyśle na powieść, dopóki samemu się jej nie napisze – w przeciwnym razie ten ktoś może zrobić to pierwszy!

Agnes A. Rose: Jaki jest Twój kolejny projekt? Czy mogłabyś nam coś o nim opowiedzieć?

Joanna Hickson: Piszę powieść skoncentrowaną wokół jednego z dzieci Katarzyny Walezy z Owenem Tudorem, więc będzie to kontynuacja rodzinnej historii. Uważam, że to niezwykłe, iż w połowie XV wieku w Anglii nikt nawet nie słyszał o Tudorach, a do końca tegoż stulecia królem, który zasiadł na tronie był Tudor! Nie mogę powiedzieć nic ponad to, poza tym, że jest to średniowieczny romans, jak i zawadiacka przygoda najeżona niebezpieczeństwami. Mam nadzieję, że będzie się świetnie czytało!

Agnes A. Rose: Joanna, bardzo dziękuję Ci za tę przemiłą rozmowę. Życzę Ci powodzenia przy kolejnych powieściach. Czy chciałabyś coś dodać? A może jest jakieś pytanie, na które chciałabyś odpowiedzieć, a którego nie zadałam?

Joanna Hickson: Nie. Myślę, Agnieszko, że Twoje pytania były kompleksowe i jedyne, co chciałabym dodać, to wrazić nadzieję, że Twoi Czytelnicy staną się też moimi Czytelnikami, jeśli już nimi nie są. Aha, i pewnego dnia chciałabym przyjechać do Polski i spotkać się z nimi – i z Tobą! Dziękuję bardzo za goszczenie mnie na swoim blogu.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose


Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here. 


__________________________

* Laurence Olivier (1907-1989) był nie tylko reżyserem tej sztuki, ale też zagrał w niej rolę Henryka V. Film pochodzi z 1944 roku i został częściowo sfinansowany przed rząd brytyjski. – [przyp. tłum.].