Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Wojdowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Wojdowicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 października 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Morze Trzcin. Księga życia Hili Campos” # 2









Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018




Zamość to miasto położone w województwie lubelskim. Zostało założone pod koniec XVI wieku, a dokładnie w 1580 roku, na terenie dawnej wsi należącej do polskiego szlachcica, Jana Zamoyskiego (1542-1605), a było to za panowania króla Stefana Batorego (1533-1586). Jan Zamoyski – wykształcony we Włoszech – przyczynił się do wprowadzenia humanistycznych idei, które swoje odzwierciedlenie znalazły w jego polityce, zarówno na poziomie krajowym, jak i lokalnym. Zamość – niekiedy zwany Padwą Północy – został zaprojektowany przez włoskiego architekta, Bernardo Morando (ok. 1540-1600), pochodzącego z Padwy. Bernardo Morando wykonał swój projekt zgodnie z zasadami idealnego miasta (z wł. città ideale), które stanowi jedyny kompletny renesansowy zespół urbanistyczny w Polsce. Jan Zamoyski, zgodnie ze swoją światłą polityką oraz tolerancyjną postawą, zaprosił do miasta nowych osadników, w tym Polaków, ludzi innych narodowości, a także tych, którzy byli wyznawcami innych religii niż katolicka, jak: Ormianie, Grecy, Włosi, Węgrzy, Szkoci i oczywiście Żydzi. Tego rodzaju polityka przyczyniła się do wzmocnienia życia gospodarczego i kulturalnego Zamościa, jak również do stworzenia wyspy tolerancji w epoce, kiedy inne katolickie kraje Europy prześladowały Żydów i protestantów.

Pierwsi Żydzi osiedlili się w Zamościu w 1588 roku, czyli osiem lat po założeniu miasta. Byli to Sefardyjczycy (Żydzi hiszpańscy) wywodzący się z Imperium Osmańskiego i Wenecji, co w konsekwencji utworzyło najbardziej wysuniętą na północ społeczność sefardyjską w Europie Wschodniej. Wszystkim przyznano równe prawa, które obejmowały zwolnienie podatkowe na dwadzieścia pięć lat i prawo do założenia własnej wspólnoty pod warunkiem, że przyjmą oni do swojej społeczności tylko Żydów pochodzenia hiszpańskiego i portugalskiego. Rozległe przywileje przyznane Żydom dotyczyły także prawa do posiadania domów, budowy murowanej synagogi i mikveh (łaźni rytualnej; mykwy), oraz założenia cmentarza. Na poziomie zawodowym mogli swobodnie angażować się w większość działań, z wyjątkiem szewstwa, kuśnierstwa i garncarstwa. Sprowadzając do Zamościa Żydów, Jan Zamoyski chciał skorzystać na luksusowym handlu towarami. Handlowali oni bowiem głównie diamentami, drogocennymi tkaninami, orientalnymi przyprawami i artykułami dekoracyjnymi. W tym czasie społeczność Żydów sefardyjskich posiadała naprawdę wyjątkową pozycję w całej Rzeczypospolitej. Ich społeczność była autonomiczna do połowy XVII wieku i nie podlegała najwyższemu organowi samorządu żydowskiego w Rzeczypospolitej, czyli Radzie Czterech Ziem.


Synagoga w Zamościu (2010)
fot. MaKa


Dzielnica żydowska powstała pod koniec XVI wieku w północno-wschodniej części Zamościa, wokół Rynku Solnego. W 1590 roku, po wspomnianych wyżej przywilejach nadanych osadnikom dzielnicy żydowskiej, zbudowano pierwszą drewnianą synagogę, która już wkrótce została zastąpiona kamienną. Wybudowano ją na początku XVII wieku. Po kilku latach została ona zrekonstruowana, co zaowocowało tym, iż dodano w niej sale modlitewne przeznaczone dla kobiet. Z kolei w XVIII wieku została połączona korytarzem z Domem Gminy Żydowskiej. Na początku XVII wieku znajdowała się w Zamościu ulica żydowska (obecnie ulica Zamenhofa), w której stała wspomniana już synagoga, a także dom edukacji, mykwa i szpital żydowski. W 1657 roku było tam już dziewiętnaście domów, zaś cmentarz żydowski znajdował się poza miejskimi murami.

Właśnie do takiego Zamościa w 1602 roku przybywa główna bohaterka Morza Trzcin, Hila Campos. Oczywiście nie jest sama. Towarzyszy jej rodzina. Camposowie to przedstawiciele sefardyjskich Żydów, których przodkowie osiedlili się we Włoszech po przymusowym opuszczeniu Hiszpanii i Portugalii. Niestety, już w pierwszych dniach pobytu w nowym miejscu, Hila musi stawić czoła osobistej tragedii, która na zawsze odciśnie swoje bolesne piętno na jej życiu. Młoda kobieta potrafi jednak każdą zaistniałą sytuację wytłumaczyć sobie w taki sposób, by móc mniej cierpieć. W swoich rozważaniach często odnosi się do Boga i to Jemu poświęca każdy dzień i wszystko, co robi. Takie podejście do życia dodaje jej sił w walce z przeciwnościami losu.

Sefardyjskie kobiety:
Saada (żona Abrahama Ben-Chimola),
i Préciada (jedna z jego córek).
Obraz pochodzi z 1832 roku.
autor: Eugène Delacroix (1798-1863)
Hila i jej bliscy przybyli do Zamościa z Wenecji, gdzie musieli żyć w getcie. Pomimo że próbowali tam egzystować w miarę normalnie, to jednak wciąż tęsknili za całkowitą wolnością. W dodatku w Wenecji spotkało ich całkiem sporo nieszczęść, więc wydaje się, że decyzja o wyjeździe była dla nich słuszna. Tak więc miasto założone przez Jana Zamoyskiego traktują w kategoriach raju. Czy rzeczywiście w Zamościu nie spotka ich już nic złego? Czy teraz Camposowie będą mogli już tylko cieszyć się wolnością oraz życiem bez trosk i zmartwień? A może los szykuje dla nich kolejne przykre niespodzianki, by dać im do zrozumienia, że tak naprawdę nigdzie nie mogą czuć się bezpiecznie ze względu na to, że są… Żydami?

Morze Trzcin to druga część Księgi życia Hili Campos. Pierwsza nosi tytuł Córka głosu. Jak sam tytuł wskazuje, Hila Campos jest nie tylko główną bohaterką powieści, ale także jej narratorką. To właśnie bezpośrednio od niej dowiadujemy się o tym, w jaki sposób potoczyło się zarówno jej życie, jak i życie jej bliskich po przybyciu do Polski i osiedleniu się w Zamościu. W mieście Jana Zamoyskiego Camposowie nabywają mieszkanie w jednej z kamienic w dzielnicy żydowskiej. Kiedy ponownie spotykamy bohaterów dylogii, głowa rodziny, czyli kupiec Menachem Campos wraz ze swoim synem Rubenem, przebywa w podróży, podczas której załatwia swoje handlowe interesy. Po miesiącach pobytu poza domem, obydwaj mężczyźni wreszcie wracają, a swoim powrotem sprawiają wielką radość tym, którzy czekali na nich tak długo.

Na pierwszy rzut oka widać, że w czasie podróży wiele zmieniło się w ich życiu, a szczególnie w życiu Rubena. W Stambule poślubił bowiem piękną kobietę o różnobarwnych oczach, którą zwą Szikma. Wszyscy wierzą, że kobieta stanie się balsamem na rany, które wciąż nie mogą się zabliźnić w życiu Rubena. Małżonka młodego Camposa odznacza się nie tylko nieprzeciętną urodą, lecz również niezwykłą mądrością dotyczącą stosowania rozmaitych ziół, które są w stanie uśmierzyć zarówno dolegliwości ciała, jak i duszy. Wraz z Szikmą do Zamościa przybywa także jej siostra Miriam. Ta z kolei posiada niebywały talent, jeśli chodzi o tkanie gobelinów. Są one tak piękne, że na ich widok, aż dech zapiera w piersi osobie, która na nie patrzy. Niestety, Miriam jest też dziewczyną niepokorną, co łatwo może sprowadzić na nią nieszczęście, jeżeli pozostali członkowie rodziny spuszczą ją choćby tylko na chwilę z oka.

Moim zdaniem Morze Trzcin stanowi doskonałą kontynuację Córki głosu. Podczas gdy w pierwszym tomie czytelnik mógł dowiedzieć się, jak wyglądało życie sefardyjskich Żydów w weneckim getcie, tak w tym przypadku poznaje realia ich egzystowania w Zamościu. Uwaga Hili Campos skupiona jest nie tylko na jej własnych przeżyciach, lecz także na tym, co dzieje się z jej bliskimi oraz sąsiadami, którzy niemalże każdego dnia odwiedzają mieszkanie Camposów. Hila pokazuje nam, że nie zawsze wszystko toczy się utartym szlakiem i tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Choć z drugiej strony życie potrafi naprawdę zaskakiwać, czego przykładem jest ona sama. Kiedy już pogodziła się ze stratą i zaczęła układać sobie życie na nowo, mając przy boku ukochaną córeczkę, pojawia się ktoś, kto sprawia, że kobieta jest w stanie optymistycznie patrzeć w przyszłość. Z drugiej strony jednak wygląda na to, że przeznaczeniem Hili i jej rodziny jest prowadzenie tułaczego trybu życia. Jeśli jednak w tym wszystkim obecna będzie prawdziwa miłość, to tak naprawdę nic złego nie może się przytrafić.


Żydowscy kupcy
autor: Jan Feliks Piwarski (1794-1859)              


Oprócz doskonale skonstruowanej fabuły, czytelnik ma okazję zapoznać się również z żydowską kulturą i obyczajami, co stanowi ogromną wartość w kontekście obcowania z innością. Czytelnik poznaje najważniejsze żydowskie święta i dowiaduje się, w jaki sposób się do nich przygotowywano. Dokładnie widać też podział ról w rodzinie. Kobiety zajmują się prowadzeniem domu, natomiast mężczyźni skupiają się na zapewnieniu środków do życia. W przypadku Camposów jest to handel przepięknymi tkaninami. Biorąc pod uwagę obydwa tomy, Agnieszka Wojdowicz stworzyła nieprzeciętną opowieść o społeczności, która wydaje się dziś nieco zapomniana i być może niewielu ma świadomość tego, kim byli sefardyjscy Żydzi i w jaki sposób ich losy łączą się z Polską. Morze Trzcin napisane jest w podobnym stylu, jak Córka głosu. Nie ma zbyt wielu dialogów, zaś głównym elementem jest płynna narracja prowadzona przez Hilę Campos. Sam tytuł odnosi się natomiast do biblijnej nazwy Morza Czerwonego.

Polecam zatem Księgę życia Hili Campos każdemu, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o losie sefardyjskich Żydów, ich kulturze, obyczajach, a także sposobie, w jaki byli traktowani przez innych. Sięgając zarówno po Córkę głosu, jak i Morze Trzcin należy spodziewać się opowieści snutej powoli, bez zbędnego pośpiechu, lecz jednocześnie niezwykle bogatej pod kątem literackim i merytorycznym. Moim zdaniem jest to historia wyjątkowa nie tylko ze względu na to, jakiego tematu dotyczy, ale także z uwagi na styl, jakim została opowiedziana. Sposób, w jaki Hila Campos – piórem Agnieszki Wojdowicz – przemawia do czytelnika, wyróżnia się na tle innych książek z gatunku beletrystyki historycznej. Jestem skłonna stwierdzić, że z tego rodzaju stylem pisania spotkałam się po raz pierwszy i bardzo mi się taka forma podoba.







środa, 7 marca 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Córka głosu. Księga życia Hili Campos” # 1















Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!




Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018



W dniu 29 marca 1516 roku wenecki senat pod przewodnictwem doży Leonarda Loredana (1436-1521) zarządził, iż wszyscy Żydzi muszą żyć w jednym miejscu, które na terenie miasta będzie strzeżone i zamknięte. Do tamtego czasu w Cannaregio, czyli w północnej dzielnicy Wenecji, składowano odpady pochodzące ze starej odlewni miedzi. Miejsce to otoczone było kanałami. Była to mała wyspa, której obszar wyznaczały dwie bramy otwierane każdego ranka na dźwięk dzwonu znajdującego się w dzwonnicy świętego Marka. Bramy zamykane były o północy przez chrześcijańskich strażników opłacanych przez żydowskich mieszkańców. Z kolei każdej nocy dwie łodzie miały patrolować kanały wokół wyspy. Już wkrótce ta zamknięta przestrzeń stanie się pierwszym na świecie prawnie ustanowionym żydowskim gettem. Pomimo że wciąż dochodzi do dyskusji na temat etymologii słowa getto, można jednak sformułować argument dotyczący dialektu weneckiego, w którym słowo getto oznacza odlewnię, zaś po włosku wyrzucenie.

Dwa lata temu, z okazji pięćsetnej rocznicy założenia getta w Wenecji, miasto wraz ze specjalnym komitetem i społecznością żydowską zorganizowało bardzo ambitną wystawę w Pałacu Dożów, czyli rezydencji najwyższych weneckich urzędników, oraz w siedzibie władzy Republiki Weneckiej, która wydała dekret w 1516 roku. Z tej okazji kuratorka wystawy Donatella Calabi opublikowała książkę zatytułowaną Wenecja, Żydzi i Europa: 1516-2016*, w której opowiada o miejskiej organizacji ówczesnej Wenecji, przedstawia jej architekturę i codzienne życie społeczności żydowskiej zarówno w getcie, jak i poza nim. Autorka ukazuje zasady, zakazy, nadużycia i konflikty, przed którymi musiała stanąć żydowska społeczność w Wenecji. Ponadto zwraca również uwagę na rolę żydowskich kobiet, warstwy społeczne mieszkańców getta oraz ich życie pod kątem materialnym. W swoich badaniach wykorzystała obrazy Vittore Carpaccio (ok. 1465-1526) i Giovanniego Belliniego (1427/1430-1516), a także rysunki architektoniczne, archiwalne dokumenty, przedmioty liturgiczne z tamtego okresu, rekonstrukcje multimedialne, jak również odnalazła rzadkie egzemplarze książek pochodzące z tamtego okresu. To wszystko sprawiło, że na ponad pięciuset stronach, Donatella Calabi opowiedziała naprawdę fascynującą historię weneckich Żydów.

Doża Leonardo Loredano
Portret pochodzi z 1501 roku.
autor: Giovanni Bellini
Z kolei 13 listopada 2016 roku można było obejrzeć spektakl, który obejmował szeroki zakres historii weneckich Żydów, czyli począwszy od założenia getta w 1516 roku, poprzez przybycie tam Napoleona Bonapartego (1769-1821) w 1797 roku, co doprowadziło do upadku imperium weneckiego i zniszczenia bram getta, oraz rolę Żydów w mieście, aż do nastania XX wieku i wydarzeń z nim związanych a dotyczących ludności żydowskiej mieszkającej w Wenecji. Ponadto spektakl dokonywał analizy okoliczności, które doprowadziły do powstania getta, a także sposobu jego postrzegania i przekształcania na przestrzeni wieków. Pokazano w nim relacje mieszkańców getta z resztą miasta oraz innymi społecznościami żydowskimi i nie-żydowskimi we Włoszech i Europie. Na przykład chrześcijanie przybywali do getta, aby odwiedzać żydowskie banki i żydowskich lekarzy, czy też kupować takie towary, jak przyprawy, biżuterię i tkaniny.

Kiedy w 1516 roku utworzono żydowskie getto, Wenecja była ważnym ośrodkiem handlu znanym z kosmopolitycznej atmosfery i różnorodności kulturowej. Był to także czas, gdy jej władze były nieufne wobec wszystkich, których uważały za obcych. Grecy, Turcy, Ormianie czy Persowie również byli odizolowani od reszty społeczeństwa, co tłumaczono koniecznością zapewnienia im bezpieczeństwa. Chociaż Żydzi prowadzili swoją działalność w centrum miasta od stuleci, to jednak nie mogli tam zamieszkać. Odsyłając Żydów do getta, Wenecja z jednej strony uwzględniła ich jako swoich obywateli, zaś z drugiej wykluczyła.

Włoski historyk Riccardo Calimani, który specjalizuje się w badaniach nad kulturą i historią żydowską pisze: Jak często bywa, separacja, która w rażący sposób była dyskryminująca, stała się użyteczną obroną, ponieważ Żydzi, politycznie słabi poza murami, stali się w nich autonomiczni, byli niemalże mistrzami w swojej działalności, a w wielu przypadkach znacznie lepsi niż mieszkańcy i poddani świata zewnętrznego, którzy żyli na całkowitej łasce dożów, księcia, papieża czy króla. Choć Żydzi byli odseparowani od reszty, to jednocześnie byli też chronieni w getcie.

Mapa żydowskiego getta w Wenecji 
sporządzona w 1905 roku.
Żydzi podlegali w Wenecji licznym restrykcjom. Mogli pracować tylko w lombardach lub w hebrajskich drukarniach, które stanowiły naprawdę prężnie rozwijający się przemysł, albo działać jako lichwiarze, handlować materiałami włókienniczymi oraz uczyć się medycyny. Prawo bankowe utrzymywało stopy procentowe na niskim poziomie, a dodatkowo były one obciążone wysokimi podatkami. Wyjątek stanowili na przykład lekarze, którzy byli niezwykle popularni w weneckiej społeczności chrześcijańskiej. Z powodów biznesowych lub rodzinnych żydowscy kupcy mogli przez pewien czas podróżować i przebywać z dala od getta. Większość mieszkańców zajmowała się jednak handlem, krawiectwem, handlem wtórnym i rzemiosłem. Do popularnych rozrywek należały natomiast taniec, hazard i granie w piłkę. Poza gettem, Żydzi zgodnie z prawem sumptowym Republiki Weneckiej, które dotyczyło wszystkich „obcych” i było w rzeczywistości rozpowszechnione w całej Europie, musieli nosić pewne wyróżniające się symbole. Były to zazwyczaj żółty kapelusz, szalik albo żółta odznaka (później był to czerwony kapelusz). Wyjątkiem ponownie byli żydowscy lekarze, którym wolno było nosić czarne czapki.

Pomimo tak poważnych restrykcji, przytłaczających warunków życia i natrętnej inwigilacji, weneccy Żydzi zdołali uczynić z getta miejsce, w którym rozkwitała tradycja żydowska. Kosmopolityczna mieszanka Żydów pochodzących z różnych państw – Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii czy Azji – charakteryzujących się różnymi religijnymi rytuałami, językami, kulturami i obyczajami sprawiła, że getto stało się czymś na kształt miasta w mieście o niezwykłej różnorodności. W miarę upływu czasu gmina wybudowała pięć synagog i nie tylko zachowała swoją niezależną tożsamość, ale także wywarła wpływ na otaczające ją społeczeństwo.


Widok na Cannaregio Canal w Wenecji. 
To północna część miasta, gdzie niegdyś istniało żydowskie getto.
Obraz został namalowany w latach 1775-1780.
autor: Francesco Guardi (1712-1793)


Wiek XVII był złotym wiekiem Wenecji i getta. Żydowski handel, a co za tym idzie również pieniądze, miały się bardzo dobrze, zaś granice getta zaczęto poszerzać, aby otworzyć getto Nuovissimo przeznaczone dla zamożnych mieszkańców. Warunki gospodarcze Żydów pogorszyły się dopiero pod koniec XVII wieku, a wraz z nasileniem się nastrojów antyżydowskich w XVIII wieku, zaczęto nakładać nowe ograniczenia na działalność handlową Żydów. Liczba ludności getta zmniejszyła się z 4 800 w 1655 roku do 1 700 w roku 1766, kiedy to wiele znaczących rodzin wyjechało do innych miast. Wiek XIX znany był natomiast z powrotu Żydów na stanowiska reprezentujące władzę w mieście. Wówczas wielu opuściło już getto, a niektórzy kupili piękne budynki, często położone wzdłuż Wielkiego Kanału. Faszyzm charakteryzujący lata drugiej wojny światowej sprawił, że w mieście wybuchła nowa fala antysemityzmu, co doprowadziło do deportacji Żydów. Obecnie liczba ludności żydowskiej w Wenecji wynosi około pięciuset osób, z czego tylko trzydzieści mieszka na terenie byłego getta, gdzie teraz znajdują się wszystkie największe instytucje żydowskie w mieście, w tym pięć synagog i Muzeum Żydowskie.

Rodzina Hili Campos – głównej bohaterki najnowszej powieści Agnieszki Wojdowicz – również mieszka w getcie weneckim. Jest koniec XVI wieku. Żydzi zamknięci za murami getta próbują żyć normalnie, jednocześnie stosując się do wydanych przez władzę zarządzeń. Hila właśnie przygotowuje się do ślubu i praktycznie jej myśli wciąż skierowane są na osobę ukochanego. Z drugiej strony dziewczyna nie zapomina jednak o problemach codziennego życia. Jej dom tętni życiem, ponieważ mieszka w nim naprawdę sporo osób.  Hila jest córką kupca, który wciąż gdzieś wypływa na handlowym galeonie, aby w obcych krajach załatwiać interesy. Kiedy poznajemy Hilę, jej ojciec i najstarszy brat, Ruben, właśnie są w podróży i wszyscy niecierpliwie wyczekują ich powrotu. Żona Rubena jest już w zaawansowanej ciąży i lada moment na świecie może pojawić się kolejny członek rodziny Camposów. Z kolei średni z braci, Dawid, jest lekarzem, czyli reprezentuje tę grupę mieszkańców getta, która jest najbardziej uprzywilejowana. Z racji wykonywanego zawodu wolno mu znacznie więcej niż pozostałym. Dawid może bowiem swobodnie poruszać się również po terenie znajdującym się „za murami”. Leczy nie tylko Żydów, lecz także chrześcijan. Mało tego. Wśród chrześcijan ma prawdziwych przyjaciół, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wydaje się, że problem dotyczy jedynie najmłodszego z braci o imieniu Ezra. Chłopak lubi się zabawić i tak naprawdę życie zgodnie z surowymi żydowskimi regułami nie do końca mu odpowiada. On pragnie czegoś więcej, dlatego też stale popada w kłopoty.


Żydowski ślub w Wenecji. 
Być może tak właśnie wyglądały ślub i wesele Hili i Eliszy. 
Obraz pochodzi z około 1780 roku.
autor: Marco Marcuola (1740-1793)


Wygląda na to, że rodzina Camposów to naprawdę szczęśliwi ludzie. Nie ma wielkiego znaczenia, że czasami zdarzają się jakieś problemy. Któż ich nie ma? Camposom nikt nie robi krzywdy. Każdy odnosi się do nich z życzliwością. Niektórzy także służą pomocą, na przykład pracując w prowadzonym przez nich sklepie. Jak do tej pory jedynym nieszczęściem była śmierć pani Campos przed paroma latami. Lecz przecież fakt, że ktoś z rodziny umiera, jest czymś naturalnym. Takie jest życie i trzeba to zaakceptować. Ogólnie można rzec, iż Camposowie – choć mieszkają w getcie – są szczęśliwą rodziną, a jej członkowie wspierają siebie nawzajem. Co ciekawe, dla Menachema Camposa bardzo ważne są także książki, których w swojej biblioteczce ma naprawdę sporo. Zaciekawiona nimi Hila dość często do nich zagląda. Nie zawsze to, co w nich znajduje jest dla niej zrozumiałe, ale mimo to ciągle jest chłonna wiedzy.

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy wszystko zaczyna się zmieniać. Do getta docierają bowiem bardzo złe wieści. Podczas podróży Ruben Campos zostaje uprowadzony i tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stało. Jego żona zaczyna rodzić i tylko cud sprawia, że wychodzi z tego cało. Gdyby nie pomoc Dawida, zapewne Chaja pożegnałaby się z życiem podczas porodu. Niestety, to nie wszystko. Kobieta zamiast upragnionego syna, rodzi… przekleństwo. Od tej chwili rodzina Camposów jest piętnowana. Ci, którzy jeszcze do niedawna byli ich przyjaciółmi, teraz z każdym dniem coraz bardziej się od nich odsuwają. Na tym się jednak nie kończy. Wydaje się, że szczęście zupełnie odwróciło się od rodziny Hili. Na Camposów spada jedno nieszczęście za drugim. Czy zatem dadzą radę pokonać trudności? Czy jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy do ich domu zawita spokój? A może opuszczenie Wenecji jest jedynym wyjściem z tej dramatycznej sytuacji?


Wypędzenie sefardyjskich Żydów z Hiszpanii 
przez Izabelę I Kastylijską i Ferdynanda II Aragońskiego.
Obraz namalowano w 1889 roku.
autor: Emilio Sala (1850-1910)


Córka głosu to pierwszy tom dylogii o żydowskiej rodzinie, która tak jak wszyscy pragnie być szczęśliwa i żyć według reguł związanych z własną kulturą i religią. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Czasami wtrąca się przekorny los, a niekiedy są to działania innych ludzi. Nie ma tutaj miejsca na prawdziwe uczucie, kiedy w grę wchodzą zasady, których należy przestrzegać pod groźbą kary. Historia zaproponowana czytelnikowi przez Agnieszkę Wojdowicz to przykład na to, jak trudno jest o zrozumienie i tolerancję, gdy coś nagle wymyka się z przyjętych odgórnie zasad. Zachowanie ludzi, którzy jeszcze nie tak dawno byli nam przychylni, może diametralnie się zmienić, jeśli tylko wydarzy się coś, czego nie będą w stanie ogarnąć swoim umysłem. Odpowiedzi na dręczące ich pytania będą wówczas szukać w jakichś siłach nadprzyrodzonych i nawet jeżeli w tej czy innej kwestii wypowie się autorytet, to i tak niewiele to zmieni. Ludzie zawsze będą wiedzieć lepiej. Będą oceniać, potępiać i piętnować, opierając swoje opinie na przesądach lub własnych domysłach.

W tej powieści to Hila jest narratorką. Historię swojej rodziny opowiada czytelnikowi z perspektywy lat, kiedy jest już stara, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Mało w tej opowieści dialogów, lecz świetnie prowadzona narracja doskonale rekompensuje ten fakt. Córka głosu nie jest zwykłą beletrystyką historyczną. To przede wszystkim historia, z której czytelnik może dowiedzieć się naprawdę sporo o życiu weneckich Żydów z końca XVI wieku. Trzeba też wiedzieć, że genealogia Camposów sięga jeszcze czasów panowania Izabeli I Kastylijskiej (1451-1504) i jej męża Ferdynanda II Aragońskiego (1452-1516). To właśnie ta hiszpańska para królewska swego czasu wydała dokument, na mocy którego sefardyjscy** Żydzi musieli opuścić tereny Hiszpanii i szukać nowego miejsca na ziemi. Czy zatem uda im się w końcu znaleźć prawdziwy dom, gdzie nikt nie będzie nastawał na ich bezpieczeństwo, a oni sami będą mogli powiedzieć o sobie, że są naprawdę wolnymi ludźmi?

Moim zdaniem Agnieszka Wojdowicz stworzyła kolejną powieść, od której naprawdę trudno się oderwać. Po trylogii Niepokorne (Eliza, Klara, Judyta) czas na historię równie wciągającą, choć diametralnie inną, bo przenoszącą czytelnika w świat, o którym niewielu wie i tak samo niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że w ogóle istniał. Powieść jest dopracowana w każdym elemencie. Widać, że Autorka poświęciła naprawdę sporo czasu, aby wykreować obraz sefardyjskich Żydów tak precyzyjnie, iż czytelnik odnosi wrażenie, że bohaterowie wcale nie są fikcyjni, lecz żyją gdzieś obok. Tak więc polecam Córkę głosu i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo naprawdę jest na co.







* Do tej pory książka nie została wydana w polskim tłumaczeniu. 
** Żydzi sefardyjscy to określenie ludności żydowskiej zamieszkującej tereny Półwyspu Iberyjskiego (Hiszpania, Portugalia) i posługującej się dialektami judeoromańskimi. 





poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Agnieszka Wojdowicz – „Strażnicy Nirgali. Korona Mandalich” # 3













Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2013





Trudno jest żyć, kiedy człowiek traci dosłownie wszystko. Nie ma już bezpiecznego miejsca, w którym mógłby się schronić w gorsze dni. Czasami zmuszony jest żyć na wygnaniu, ponieważ do ukochanego domu nie ma już powrotu. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy ludzie tracą wszystko z powodu nienawiści i zachłanności tych, którzy pragną władzy i w związku z tym wywołują wojny. Niszczą wówczas wszystko, co tylko stanie im na drodze, myśląc, że dzięki temu osiągną sukces. Przeważnie takie przekonanie jest złudne, ponieważ zawsze trzeba wziąć pod uwagę fakt, iż któregoś dnia Dobro zatriumfuje nad Złem, a wróg, który doprowadził do okrutnych zniszczeń, ostatecznie polegnie i już nigdy nie zakłóci nikomu spokoju.

Kiedy wydawało się, że życie mieszkańców fantastycznej krainy o nazwie Nirgala będzie spokojne i szczęśliwe, stało się coś zupełnie nieprzewidzianego. Otóż wróg ponownie zaatakował. Nie mógł bowiem pogodzić się z przegraną oraz zdradą tych, których uznawał za swoich wyznawców. Nie dość, że oszukali w podstępny sposób, to jeszcze przyłączyli się do tych, których z założenia trzeba zniszczyć, aby przejąć władzę. Mowa oczywiście o okrutnych zmiennokształtnych mnichach Hauruki, na czele których stoi bezwzględny ojciec Symeon. To on pociąga za wszystkie sznurki i podejmuje ważne decyzje. To on wciąż szuka sojuszników, aby pomogli mu unicestwić znienawidzonych przez niego aniołów i wszystkich tych, którzy im sprzyjają. Tak więc po przegranej bitwie ojciec Symeon ponownie atakuje. Tym razem odnosi jednak zwycięstwo, co sprawia, że nasi pozytywni bohaterowie muszą uciekać i szukać pomocy, czasami nawet u tych, którym swego czasu wyrządzili krzywdę, kradnąc najcenniejszy skarb, aby tylko móc uratować swoją krainę.

Można przypuszczać, że tak
właśnie wyglądałby przedstawiciel
łowców aniołów, gdyby pozwolić
mu opuścić karty powieści.
Dramat mieszkańców Nirgali wciąż trwa. Aby nie dać się zabić, jej obrońcy zmuszeni są wyruszyć w świat. Tak naprawdę nie wiadomo dokąd można uciec. Wszyscy wiedzą, że to jeszcze nie koniec i pewnego dnia przyjdzie znów zmierzyć się z okrutnymi mnichami i łowcami aniołów. Niemniej, w pojedynkę trudno będzie odnieść zwycięstwo. Tak więc anioł Mikail Argyll zaczyna szukać sojuszników. Teraz to na nim spoczywa odpowiedzialność, po tym, jak Hauruki zamordowali mu ojca. Niestety, jego wysiłki spełzają na niczym. W dodatku wciąż tropią go Hauruki, którzy znani są z tego, że przyjmują postać kruków. Dlatego każdy łopot skrzydeł może oznaczać tragedię. Jak gdyby tego było mało, dwoje jego przyjaciół – Eryk Falco i Maite Columba – muszą robić wszystko, aby uniknąć zemsty ojca Symeona. Obydwoje są przecież zdrajcami, którzy wychowani w zakonie, teraz z pełną świadomością stają po tej drugiej, lepszej stronie. W dodatku Eryk jest poważnie ranny i nie wiadomo, czy uda mu się przeżyć.  

Z kolei Bree Whelan znajduje schronienie w sąsiedniej miejscowości. Przebywa tam wraz z młodszą siostrą ukochanego Mikaila. Wiadomo jednak, że Bree nie będzie siedzieć bezczynnie i czekać, aż ktoś załatwi za nią pewne sprawy. Ona również udaje się na poszukiwanie sojuszników, którzy mogliby pomóc zwyciężyć mnichów i raz na zawsze rozprawić się ze złem, które ci wokół rozsiewają. Niestety, szybko okazuje się, że nie będzie łatwo i nawet magiczna Korona Mandalich nie będzie w stanie odmienić przeznaczenia. Klęska jest więc przytłaczająca. Wydaje się, że nasi bohaterowie już zawsze będą żyć na wygnaniu albo zmuszeni będą oddać władzę mnichom. Z drugiej strony jednak drzemie w nich ogromna wola walki i siła, która popycha ich do działania, nawet jeśli nie ma już nadziei na nic dobrego.

Korona Mandalich to ostatnia część młodzieżowej trylogii autorstwa Agnieszki Wojdowicz. Muszę przyznać, że bardzo ujęła mnie ta fantastyczna historia, choć rzadko czytam fantastykę, a jeszcze rzadziej sięgam po powieści typowo młodzieżowe. Na kartach trzeciego tomu czytelnik widzi ogromną determinację bohaterów, którzy w pewnym momencie praktycznie muszą postawić wszystko na jedną kartę. Jeśli chcą zwyciężyć mnichów Hauruki i tym samym pokonać zło, które oni wokół rozsiewają, trzeba zrobić wszystko, aby przeszkodzić im w dalszym niszczeniu świata. Należałoby też pomścić tych, którzy w wyniku walk stracili życie. I zapewne jeszcze stracą, ponieważ każda wojna niesie ze sobą ofiary w ludziach czy innych istotach. Nieważne czy jest to wojna w świecie realnym, czy fantastycznym. Zawsze ktoś będzie musiał umrzeć.


Czasami anioły ukrywają swoje skrzydła. Robią to albo dla wygody, albo dlatego,
iż nie chcą zwracać na siebie uwagi wroga. Możliwe, że wtedy tak właśnie wyglądaliby
Bree Whelan i Mikail Argylla. 


Historia, którą proponuje młodzieży Autorka zawiera w sobie utarte już przesłanie o walce Dobra ze Złem. Pomimo tego, że bohaterowie stale żyją w strachu przed mnichami, jest w tej opowieści również sporo pozytywnych emocji. Gdyby nie nad wyraz silna przyjaźń, jaka łączy poszczególnych bohaterów, los Nirgali i całej reszty tego wyimaginowanego świata byłby naprawdę opłakany. To właśnie ta przyjaźń sprawia, że nasi bohaterowie pragną nadal walczyć. W dodatku bardzo zależy im na pokoju w ich krainie, a także na przywróceniu wartości, które niegdyś rządziły ich światem. Każda z tych postaci ma też nadzieję, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym nikt nie będzie czuł strachu. Czy zatem ich nadzieje są płonne? Może to zwykli marzyciele, którzy zwyczajnie nie doceniają mocy i determinacji mnichów?

Jeśli natomiast wziąć pod uwagę postacie skrajnie negatywne, to wówczas zobaczymy, jak bardzo chęć zdobycia władzy i – co za tym idzie – usunięcia sobie w tym celu przeszkody spod nóg, może zawładnąć człowiekiem, a w tym wypadku zmiennokształtną istotą. Poza tym jest jeszcze ta pewność siebie, która sprawia, że uważają siebie za niepokonanych. Czy słusznie? Czy faktycznie Hauruki mogą czuć się pewnie, mając obok siebie łowców aniołów? W tym aspekcie dość wyraźnie widać też, jak bardzo można zmienić się pod wpływem zaistniałych okoliczności lub obecności kogoś, kto wyznaje zupełnie inne wartości. Mam tutaj na myśli Eryka i Maite. Przecież oni stali kiedyś po stronie złych mocy, a teraz robią wszystko, aby tylko nie dopuścić do tego, żeby ich światem zawładnęli mnisi. W którymś momencie zrozumieli bowiem swój błąd, lecz mimo to wiele kosztowało ich ponowne zdobycie zaufania swoich przyjaciół. Z drugiej strony jednak można odnieść wrażenie, że tych dwoje nie było tak końca zepsutych. Kiedy bliżej przyjrzymy się ich zachowaniu, wówczas zobaczymy, że pod parasolem mnichów wcale nie czuli się tak dobrze, jak można byłoby sądzić. To daje nadzieję na to, że nawet wróg może w końcu stać się przyjacielem.


Na kartach powieści czytelnik spotka również niezwykle inteligentnego perytona,
czyli fikcyjnego stwora o ciele jelenia i orlich skrzydłach.
Jedna z bohaterek próbuje go nawet oswoić. Czy jej się to uda? 


Strażnicy Nirgali to literatura, na którą młody czytelnik powinien zwrócić uwagę. W pewnym sensie zawiera ona w sobie również przesłanie edukacyjne. Pokazuje bowiem, co tak naprawdę liczy się dla młodego człowieka. Tym czymś jest przyjaźń i bliskość drugiej osoby, nawet w sytuacjach z góry skazanych na niepowodzenie. To właśnie siła prawdziwej przyjaźni sprawia, że to, co wydaje się niemożliwe, może nagle przybrać zupełnie nieoczekiwany obrót i doprowadzić do zwycięstwa. Ponadto uczy, że warto czasami dać innym drugą szansę, pomimo że doznaliśmy zawodu. Nie można bowiem na zawsze przekreślać drugiego człowieka, jeśli zdarzyło mu się popełnić jakiś błąd. I na koniec, najważniejsze, aby egzystować w grupie, bo wtedy świat – nawet ten najbardziej okrutny – może przybrać kolorowe barwy.








środa, 23 listopada 2016

Agnieszka Wojdowicz – „Strażnicy Nirgali. Łowcy aniołów” # 2














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012





Po odniesieniu spektakularnego sukcesu zazwyczaj przychodzi czas na świętowanie. Tak dzieje się zarówno w przypadku osobistych powodzeń, jak i sukcesów na znacznie większą skalę, jak na przykład wygranie wojny czy wzmocnienie swojej pozycji na arenie międzynarodowej. Pokonanie przeciwnika, który zagrażał naszemu spokojowi lub próbował zawłaszczyć nasze mienie jest nie lada osiągnięciem. Największe szczęście daje jednak człowiekowi to, że w pewnym momencie był w stanie odnieść zwycięstwo nad Złem, które od jakiegoś czasu panoszyło się w jego życiu i usiłowało zrobić wszystko, aby tylko doprowadzić do upadku człowieka. W takiej sytuacji ważna jest też obrona wartości, w które się wierzy i które kierują życiem danej osoby. Czasami sukces polega również na tym, że mścimy się na kimś za doznane krzywdy. Tylko czy kiedy jest już po wszystkim, naprawdę możemy poczuć ulgę i triumfować?

Na pewno ulgę i ogromne szczęście czują mieszkańcy Nirgali – fantastycznej krainy wymyślonej przez Agnieszkę Wojdowicz. Krainy, która de facto niewiele różni się od świata, w którym żyje współczesny czytelnik. Tym razem spotykamy bohaterów w momencie, kiedy wydaje im się, że to, co najgorsze jest już za nimi. Zakon mściwych i okrutnych mnichów Hauruki został pokonany i praktycznie mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że walka wciąż trwa. Owszem, nie wszyscy, którzy jeszcze nie tak dawno walczyli, mogą świętować razem z przyjaciółmi, gdyż teraz znajdują się w niewoli u wroga, ale generalnie w Nirgali panuje radosna atmosfera. Oczywiście nasi bohaterowie nie zapomnieli o swoich druhach i tylko czekają sposobnej chwili, aby ruszyć im na ratunek. Najpierw jednak trzeba obmyślić stosowny plan działania. Zarówno mieszkańcy Nirgali, jak i ci, którzy im sprzyjają muszą też pamiętać, że wróg wcale nie odpuścił i w najmniej spodziewanym momencie znów zaatakuje, aby przejąć władzę i dokończyć swojego dzieła.


Zapewne Autorka miała inną koncepcję placu Suriela w Nirgali,
lecz w mojej wyobraźni przedstawia się on mniej więcej tak, jak powyżej.


Tak naprawdę Nirgali nadal grozi niebezpieczeństwo. Jej mieszkańcy z jednej strony narazili się ludowi Gornów, dopuszczając się niewybaczalnego czynu wobec nich. Natomiast z drugiej strony zmiennokształtni mnisi Hauruki wcale nie złożyli broni. W dodatku do walki z Nirgalą szukają sprzymierzeńców, którzy będą w stanie im pomóc w zniszczeniu i miasta i przejęciu nad nim władzy. Tak więc wojna jest nieunikniona. Podobnie jak w części pierwszej – Serce Suriela – na kartach drugiego tomu również spotykamy siedemnastoletnią Bree Whelan, która jest dziewczyną pochodzącą z rodu aniołów. Niemalże przez cały czas towarzyszy jej zakochany w niej anioł Mikail Argylla, który teraz będzie musiał wziąć na swe barki schedę po zamordowanym ojcu. Czy zatem chłopak będzie miał na tyle siły, aby poradzić sobie z grożącym jego miastu niebezpieczeństwem? Czy nowa Wielka Trójka, w której skład wszedł także Mikail, wykaże się wystarczającym doświadczeniem, aby stawić czoło wrogom? A jeśli nie, to gdzie szukać pomocy?

Praktycznie wszyscy, którzy sprzyjają Wielkiej Trójce będą mieć teraz pełne ręce roboty. W dodatku zagrożeniem nie jest jedynie wojna. Naszych bohaterów dotykają także problemy osobiste, z którymi muszą walczyć. Jak pamiętamy z pierwszego tomu, Bree Whelan to dziewczyna bardzo roztargniona i często wpadająca w kłopoty, jakby miała ich zbyt mało. Teraz ma jeszcze obok siebie małą dziewczynkę, która świata poza nią nie widzi. W związku z tym nasza Bree musi nauczyć się przede wszystkim tego, czym jest odpowiedzialność za drugą osobę. Ponieważ jest też wyjątkowa i piękna, nie dziwi fakt, że budzi zainteresowanie płci przeciwnej, co wszak może doprowadzić do konfliktu, który przecież nikomu nie jest potrzebny w obliczu zagrożenia wojną.


Pewnego dnia przez swoją niefrasobliwość Bree Whelan wpada w poważne tarapaty. 
Czy dziewczyna już nigdy nie zazna wolności?


Drugi tom trylogii rozpoczyna się dość tajemniczo, co praktycznie od pierwszej strony wzbudza w czytelniku ciekawość. Pojawia się bowiem enigmatyczny złodziej, który bezwstydnie kradnie aniołom ich magiczne kryształy, dzięki którym mogą czuć się bezpiecznie. Kim zatem jest ów złodziej? Na czyje polecenie działa? W jakim celu kradnie? Oprócz złodzieja, na kartach książki czytelnik spotyka też nowych bohaterów. Są nimi tytułowi łowcy aniołów. Jak gdyby tego było mało, pojawiają się również postacie, które muszą walczyć przede wszystkim z własnym sumieniem. Zmuszeni są bowiem podjąć decyzję, po której stronie stanąć. Tak więc dryfują na swego rodzaju moralnym rozdrożu, nie mając pojęcia jak postąpić, choć presja jest ogromna. Prawdę powiedziawszy nie mają żadnego wyboru. Bez względu na to, jaką drogę wybiorą ktoś i tak na tym ucierpi. Czy zatem dopuszczą się zdrady tych, którzy im zaufali? A może to samych siebie złożą w ofierze, aby tylko przyjaciele mogli żyć w spokoju?


Niektórzy bohaterowie trylogii należą do zmiennokształtnych.
Wśród nich jest ktoś, kto potrafi przyjąć postać sokoła.


Przyznam, że po przeczytaniu pierwszego tomu trylogii byłam przekonana, że na tym się nie skończy. Teraz wiem, że Agnieszka Wojdowicz to autorka wszechstronna. Najpierw zachwyciła mnie niezwykle klimatyczną trylogią dla kobiet wydaną pod wspólnym tytułem Niepokorne, natomiast obecnie dawkuję sobie jej twórczość w postaci literatury młodzieżowej. Łowcy aniołów to powieść, która wciągnęła mnie już od pierwszej strony. Jak wspomniałam wyżej, rozpoczyna się bardzo tajemniczo, co tylko sprawia, że czytelnik chce poznać tożsamość owego złodzieja farinów. Potem akcja coraz bardziej się rozkręca, pojawiają się nowe postacie, a znani już bohaterowie stają w obliczu poważnego niebezpieczeństwa. W dodatku wiedzą, że wojna jest nieunikniona. Skoro jestem już przy temacie wojny, to muszę dodać, że opis walk jest skonstruowany po mistrzowsku. Można odnieść wrażenie, że nagle zostaliśmy przeniesieni do Nirgali i razem z bohaterami bronimy jej do utraty tchu.

Powieść składa się z kilku wątków. Walka Dobra ze Złem to tylko jeden z nich. Ponieważ aniołowie i pozostali bohaterowie wzorowani są na ludziach, muszą więc zmagać się z problemami, które nie są obce współczesnemu młodemu człowiekowi. Pojawia się zatem miłość i związana z nią zazdrość. Jest zdrada i wyrzuty sumienia, kiedy to straszne przewinienie wyjdzie na jaw. Jest także nauka brania odpowiedzialności za własne czyny i za drugiego człowieka, który zaufał i nie wyobraża sobie, że może zostać opuszczonym przez tego, którego darzy ciepłymi uczuciami. Pojawia się również niepokój, a czasami wręcz paniczny strach o bliskich, bez których nie można już wyobrazić sobie dalszego życia. I wreszcie, tęsknota za bliskimi i niepewność związana z ich losem. To wszystko sprawia, że młody czytelnik może z powodzeniem utożsamić się z tym czy innym bohaterem i jego przeżyciami.









poniedziałek, 26 września 2016

Agnieszka Wojdowicz – „Strażnicy Nirgali. Serce Suriela # 1














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012




W literaturze motyw anielski pojawia się dość często i praktycznie zawsze jest on pozytywnie odbierany przez czytelników. Anioł jest bowiem takim stworzeniem, które z reguły kojarzy się z Dobrem. Owszem, są także anioły na wskroś zepsute, które niszczą wszystko, co stanie im na drodze. Wtedy zazwyczaj nazywamy je aniołami upadłymi. Anielski motyw pojawił się już w Pieśni o Rolandzie, kiedy w momencie śmierci Rolanda przybywają do niego wysłannicy Boga z archaniołem Gabrielem na czele. To właśnie Gabriel bierze od Rolanda rękawicę, którą rycerz składa w ofierze Bogu. Z kolei trzej aniołowie: Cherubin, Michał i Gabriel w uroczystej procesji zabierają Rolanda do nieba, a potem składają jego duszę przed obliczem Najwyższego. W utworze tym archanioł Gabriel troszczy się również o Karola Wielkiego (ok. 747-814), któremu zsyła sny mające związek z bitwą i wspomaga go w walkach.

Anioły pojawiają się także w Anhelli Juliusza Słowackiego (1809-1849) czy Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego (1812-1859). O aniołach pisali również Gabriel García Márquez (1927-2014) w Bardzo starym panu z olbrzymimi skrzydłami, Zbigniew Herbert (1924-1998) w Siódmym aniele, a także Dorota Terakowska (1938-2004) w książce Tam, gdzie spadają anioły. Tego rodzaju utworów można byłoby wymienić znacznie więcej. Wygląda bowiem na to, że pisanie o skrzydlatych wysłannikach Boga jest dość popularne. Niemniej Agnieszka Wojdowicz w swojej trylogii adresowanej do młodego czytelnika odeszła od schematu kreowania aniołów jako posłańców Boga. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie po przeczytaniu pierwszego tomu. Aniołowie stworzeni przez Autorkę są oryginalni, ale jednocześnie bardzo podobni do ludzi. Czują strach, złość, gniew oraz wiele innych emocji, które zwykłemu człowiekowi towarzyszą od zarania dziejów. Poza tym – podobnie jak ludzie – są śmiertelnikami. Tak przynajmniej wynika z pierwszej części omawianej trylogii. Możliwe, że potem coś się zmieni. 

Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Bree Whelan, która pochodzi z rodu aniołów. Mieszka w Gaderze wraz ze swoją matką. Ojciec dziewczyny zmarł jakiś czas temu. Bree ma też wuja, który często opowiada jej o Nirgali, miejscowości sąsiadującej z Gaderą. Pewnego dnia dochodzi do tragedii. W Nirgali – mieście aniołów – mają miejsce krwawe rozruchy, w wyniku których życie traci tak zwana Wieka Trójka. Wydarzenie to prasa określa jako zamach stanu. Wśród Wielkiej Trójki znalazł się także ojciec osiemnastoletniego Mikaila. Chłopak – podobnie jak Bree – także jest aniołem. Najgorsze jest jednak to, że musi patrzeć, jak mnisi Hauruki bestialsko mordują jego ojca, zarzucając mu popełnienie najpoważniejszego przestępstwa wobec własnego miasta. Mikail nic nie może zrobić. Nie jest w stanie obronić Samaela Argylli, choć teraz to on będzie musiał go zastąpić w Nirgali. Te tragiczne wieści oczywiście docierają również do Gadery. Okazuje się bowiem, że wuj Bree – Colin Mandali – stoi na czele organizacji odpowiedzialnej za to, co stało się w mieście aniołów, czym zyskał sobie poparcie zmiennokształtnych mnichów Hauruki. Bree Whelan jest przerażona. Jak gdyby tego było mało, niedługo po zamieszkach zostaje aresztowana także matka dziewczyny. Czy ona również ma coś wspólnego z tym, co stało się w Nirgali? A może jest to zwykły przypadek i już wkrótce wszystko się wyjaśni? Czyżby Bree nie znała własnej rodziny? Czy to możliwe, aby najbliżsi tak bardzo ją zawiedli?


Mikail Argylla & Bree Whelan


Aby dostać się do miasta aniołów trzeba mieć przy sobie pewien magiczny kryształ o nazwie farin. Z owym kryształem zawieszonym na szyi można już śmiało udać się w kierunku mostu na rzece Rondane. Na północ od rzeki rozciąga się bowiem Nirgala, która tylko z pozoru wydaje się idealnym miastem. Okazuje się bowiem, że śladem Bree Whelan podążają żądni zemsty mnisi Hauruki, natomiast stare cmentarze pełne są krwiożerczych leszy, które żywią się ludzkim/anielskim mięsem. Tak naprawdę Nirgali wciąż grozi wielkie niebezpieczeństwo. Władzę w mieście chcą przejąć okrutni mnisi, którym przewodzi ojciec Symeon. Jak wspomniałam wyżej, mnisi są zmiennokształtni, więc potrafią przyjmować postać kruków, aby w ten sposób ułatwić sobie osiągnięcie zamierzonego celu. Czy zatem Bree i jej towarzysze zdołają uratować Nirgalę? Czy Mikail będzie w stanie ochronić dziewczynę, na której coraz bardziej mu zależy? Co stanie się z tymi, którzy wpadną w ręce okrutnych mnichów? Czy będą mogli jeszcze kiedykolwiek zaznać wolności?

Przyznam, że pisarzy tworzących fantastykę zawsze podziwiam za bezgraniczną wyobraźnię, która pozwala im wykreować zupełnie inny świat przy jednoczesnym zachowaniu zasad logiki. Rzeczywistość, którą możemy poznać na kartach Serca Suriela to tak naprawdę świat bardzo podobny do naszego. Choć mamy do czynienia z niezwykłymi istotami, to jednak oprócz skrzydeł i zdolności do przeobrażania się w kruki czy sokoły, wcale nie różnią się tak bardzo od ludzi. W codziennym życiu używają tych samych przedmiotów co my, jak na przykład komputerów czy telefonów komórkowych. Czytają też prasę. Choć muszą walczyć o własne bezpieczeństwo i pokój w mieście, to jednak zachowują się jak typowe nastolatki. Bree Whelan to dziewczyna, która stale wpada w kłopoty. Czasami można odnieść wrażenie, że jedynie przysparza zmartwień swoim towarzyszom, którzy zamiast podejmować działania mające na celu niedopuszczenie do zagłady Nirgali, muszą bezustannie oglądać się za siebie i pilnować Bree, żeby nie stała jej się żadna krzywda. Oczywiście nie zawsze im się to udaje i przychodzą takie momenty, kiedy białoskrzydła semani musi radzić sobie sama zdana na własne siły i rozsądek.

Przedstawicielami wszelkiego zła są tutaj mnisi Hauruki, którzy zioną nienawiścią do aniołów z Nirgali. Chęć przejęcia władzy nad miastem staje się priorytetem. Na czoło wysuwa się ojciec Symeon, który pod płaszczykiem dobroci jest pełen złych zamiarów. W tym wszystkim jednak jest też i dobra strona. Okazuje się bowiem, że nie wszyscy będący pod wpływem mnichów podzielają ich poglądy i dążenie do władzy za wszelką cenę. Pewnego dnia w ich szeregach pojawia się bowiem zdrajca, który będzie sprzyjał aniołom. Z kolei aniołowie wcale nie są przedstawieni w tej książce jako postacie na wskroś pozytywne. W pewnym momencie wychodzi bowiem na jaw, że w imię słusznych idei są w stanie posunąć się nawet do popełnienia przestępstwa, aby tylko dostać w swoje ręce przedmiot, który pomoże im położyć kres działaniu mnichów i tych, którzy im sprzyjają.


Medytujący mnich Hauruki


Muszę przyznać, że trochę obawiałam się tej książki. Choć lubię literaturę młodzieżową, to jednak z fantastyką nie zawsze jest mi po drodze. Jak do tej pory niewiele powieści z tego gatunku przypadło mi do gustu. Trochę czasu zajęło mi, zanim zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi w Sercu Suriela. Niemniej, czytając kolejne rozdziały nawet się nie spostrzegłam, kiedy książka zaczęła mnie wciągać. Bree jest nieco komiczną bohaterką i kilka razy wywołała uśmiech na mojej twarzy. Z kolei Mikail to chłopak-anioł nad wiek dojrzały, któremu bynajmniej nie psoty w głowie. Zdaje sobie sprawę z tego, że po tragicznej śmierci ojca, to na nim spoczywa odpowiedzialność za miasto. Są także inne postacie, których postępowanie nie do końca jest zrozumiałe dla czytelnika. Ponieważ jest to dopiero pierwszy tom, Autorka pozostawiła niektóre wątki w zawieszeniu, aby zapewne wyjaśnić je w kolejnych częściach trylogii.

Nie pokuszę się o to, aby porównywać Serce Suriela do któregokolwiek z tomów trylogii Niepokorne, ponieważ są to książki skierowane do dwóch różnych grup czytelników, a co za tym idzie, napisane w inny sposób. Tworząc literaturę młodzieżową autor musi być jednocześnie dość dobrym psychologiem, aby wczuć się w problemy młodego człowieka, który właśnie wkracza w dorosły świat. Musi zatem znać jego codzienne dylematy i wiedzieć co go wzrusza, niepokoi i złości, a w czym odnajduje szczęście. Takimi uniwersalnymi uczuciami na pewno są miłość, przyjaźń i zaufanie, które bez względu na wiek dają człowiekowi siłę do walki z przeciwnościami losu. W przypadku bohaterów Serca Suriela właśnie te trzy kwestie są kluczowe. Bez zaufania nie można niczego trwałego zbudować, a już na pewno nie można odnieść zwycięstwa nad Złem. Z kolei rodzące się uczucie pomiędzy głównymi bohaterami nie tylko sprawia, że troszczą się o siebie nawzajem, ale także idą do przodu, nie oglądając się za siebie, choć wokół czai się ogromne niebezpieczeństwo.

Literatura młodzieżowa, oprócz dostarczania czytelnikowi rozrywki, musi też w pewnym stopniu edukować. Dobrze, aby bohaterowie byli tak skonstruowani, żeby młody człowiek mógł się z nimi identyfikować. Czy tak stało się w przypadku Serca Suriela? Myślę, że tak. Przemawia za tym chociażby fakt, iż Agnieszka Wojdowicz pokazała świat, który – jak wspomniałam wyżej – nie różni się zbyt od naszego. To daje młodemu czytelnikowi możliwość utożsamienia się z Bree czy z Mikailem, bądź też z pozostałymi postaciami. Jeśli nie będziemy czytać tej książki pobieżnie, wówczas zauważymy, że poszczególne postacie mają nam naprawdę sporo do powiedzenia. Przede wszystkim chcą zwrócić nam uwagę na to, czym tak naprawdę jest Zło i czym jest spowodowane. Ponieważ akcja powieści jest tak skonstruowana, że liczni bohaterowie stoją po dwóch przeciwnych stronach, czytelnik może sam zdecydować, po której stronie chce być. Czy pragnie dołączyć do drużyny Bree i Mikaila, czy może opowiedzieć się za mnichami, których zamiarem jest zniszczenie Nirgali i przejęcie w niej władzy?









środa, 31 sierpnia 2016

Stworzenie postaci, która przynajmniej w jakimś stopniu jest wiarygodna, wciąż uważam za zadanie karkołomne...








ROZMOWA Z AGNIESZKĄ WOJDOWICZ



Agnieszka Wojdowicz to autorka pochodząca z Otwocka. W swoim dorobku literackim posiada zarówno powieści dla młodzieży, jak i dla dorosłych. Z wykształcenia jest polonistką, a z zawodu nauczycielką. W 2012 roku zadebiutowała trzytomową sagą zatytułowaną „Strażnicy Nirgali”, której główną bohaterką jest Bree Whelan, dziewczyna pochodząca z rodu aniołów. Trylogia adresowana jest do młodego czytelnika. Z kolei w 2014 roku na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy tom kolejnej trylogii. Książki zostały wydane pod wspólnym tytułem „Niepokorne” i skierowane są do dorosłego czytelnika. Ich bohaterkami są trzy przyjaciółki: Eliza Pohorecka, Klara Stojnowska i Judyta Schraiber. Autorka od wielu lat zakochana jest w Krakowie, w jego architekturze oraz niezwykłym klimacie krakowskich kawiarenek, starych antykwariatów i Plant. Jest też wielbicielką dobrej literatury skandynawskiej, malarstwa prerafaelitów, jak również wszelkich form sztuki użytkowej oraz górskich wycieczek. W czerwcu tego roku nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia wydany został trzeci tom trylogii „Niepokorne”, który zamyka opowieść o losach młodych kobiet, które aby spełnić swoje marzenia nierzadko muszą stawić czoło wyrzeczeniom i trudnym kompromisom, tym samym płacąc wysoką cenę za swe szczęście.



Agnes A. Rose: Pani Agnieszko, dziękuję serdecznie, że zgodziła się Pani przyjąć moje zaproszenie do rozmowy. Niedawno na rynku wydawniczym ukazał się trzeci tom trylogii „Niepokorne”. Wszystkie trzy książki zostały bardzo entuzjastycznie przyjęte przez czytelników. Czy spodziewała się Pani, że Eliza, Klara i Judyta tak silnie zawładną sercami czytelników? I skąd pomysł na stworzenie tak fascynującej opowieści?

fot. Irena Skolmowska
Agnieszka Wojdowicz: Nie wiem, czy moje bohaterki zawładnęły sercami czytelników, ale słyszę niekiedy, że budzą emocje, a to dla autora rzecz bezcenna. Cieszy mnie, gdy czytam na blogach o sympatii dla Elizy, złości na Judytę, kibicowaniu Klarze. Dla mnie są postaciami literackimi, dla czytelnika kobietami z krwi i kości. Uważam, że to niesamowite. A na pomysł cyklu wpadłam przypadkiem. Szukając informacji o pierwszych studentkach Uniwersytetu Jagiellońskiego, trafiłam na wspomnienia i artykuły, dzięki którym kwestia typowo encyklopedyczna stała się pasjonującym i atrakcyjnym tematem na książkę, ale w beletrystyce raczej pomijanym.

AAR: Czytając „Klarę” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że postać głównej bohaterki ma wiele wspólnego z Marceliną Kulikowską, która żyła na przełomie XIX i XX wieku, zapisując się w historii jako zagorzała socjalistka i feministka. Czy swoje bohaterki kreowała Pani na wzór postaci historycznych, czy może to tylko moje złudzenie?  

AW: To nie złudzenie. Zanim obmyśliłam wątki Elizy, Klary i Judyty, szukałam wśród biografii kobiet żyjących na przełomie XIX i XX wieku takich, które podpowiedziałyby mi, jaką miały hierarchię wartości, jakich dokonywały wyborów i do czego dążyły, więc powinowactwo moich bohaterek z Marceliną Kulikowską jest oczywiste. Ale nie tylko z nią. Skorzystałam z wielu źródeł traktujących o kobietach nieprzeciętnych, wyprzedzających swoją epokę, zbuntowanych i ponoszących konsekwencje nonkonformistycznych postaw. Choćby z serii książek „Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek” wydanych przez Fundację Przestrzeń Kobiet. Tu przeczytałam o buncie robotnic w krakowskiej fabryce cygar, o atelier fotograficznym Amalii Krieger, o Faustynie Morzyckiej i Kazimierze Bujwidowej. Nieco inne zbiory biografii znalazłam w książce Karoliny Grodziskiej „Krakowianki zapomniane…”, we wspomnieniach Aleksandry Szczerbińskiej, w przepięknej książce Joanny Olczak-Ronikier „W ogrodzie pamięci”, we wspomnieniach Jadwigi z Sikorskich Klemensiewiczowej – hospitantki w Studium Farmaceutycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wertowałam artykuły o życiu i twórczości Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, Olgi Boznańskiej, Zofii Stryjeńskiej. Starałam się bohaterki „Niepokornych” obdzielić po równo cechami dziewiętnastowiecznych emancypantek, artystek i socjalistek.

AAR: Która z „niepokornych” bohaterek była dla Pani najtrudniejsza do wykreowania i dlaczego? O czym chciałaby Pani porozmawiać z Elizą, Klarą albo Judytą, gdyby miała Pani taką możliwość?

AW: Nie było mi łatwo z żadną. Stworzenie postaci, która przynajmniej w jakimś stopniu jest wiarygodna, wciąż uważam za zadanie karkołomne. W przypadku bohaterek „Niepokornych” trudność polegała na tym, że miały być różne, stąd przerysowanie buntu Klary i nadwrażliwości Judyty. O czym chciałabym z nimi pomówić? Zapytałabym, ale nie do końca poważnie, jak im ze mną było przez minione trzy lata, bo ja zżyłam się z nimi bardzo.





AAR: Chociaż to kobiety są głównymi bohaterkami „Niepokornych”, to jednak mężczyźni wcale nie funkcjonują w ich tle i nie są bez znaczenia. Podczas czytania chyba największą sympatię poczułam do Maxa Henneberga, i byłam nawet zła na Judytę, że traktuje go w tak oziębły sposób. Czy może nam Pani powiedzieć, jak wyglądał proces kreowania męskich postaci?

AW: Początkowo dla Maxa Henneberga zarezerwowałam miejsce tylko w drugim tomie, jednak tak zdominował akcję, że pozwoliłam, by został na dłużej. Jego obecność prowokowała konflikty i choć z konfrontacji ze szlachetnością i czystymi intencjami Henneberga Judyta wychodziła pokonana, obnażając przy okazji swoje wady i uprzedzenia, zależało mi na takiej relacji. Anton, Max, Maurycy, Szymon i inni mieli za zadanie, poprzez działanie i dialog, ujawnić nieoczywiste cechy kobiet i wzbogacić ich portrety.

AAR: W jaki sposób pracowała Pani nad tłem historycznym, które tak naprawdę wcale nie należy do najłatwiejszych?

AW: Mozolnie wypracowałam schemat postępowania. Sięgałam po mapy ziem pod zaborami i miast z roku, w którym je opisywałam, po plany tras kolei i kolejek podmiejskich. Przeglądałam książki o ówczesnej modzie, weryfikowałam kwestie paszportów, fałszowania dokumentów, przejść granicznych, przemytu broni, programu zajęć studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego i studentek Baraneum. Niemal wszystkie przywołane w cyklu wystawy malarstwa, wieczorki tańcujące, spektakle teatralne, pokazy kinematografu, wiece, manifestacje, zjazdy kobiet wydarzyły się naprawdę. Zbierałam nawet notki prasowe o pogodzie, więc na przykład pisząc o burzy sprzed powrotu Klary do Krakowa w sierpniu 1905 roku i spalonych w jej wyniku telefonach, korzystałam z artykułów w „Czasie” i „Nowej Reformie”. Wnętrza krakowskich i wiedeńskich kawiarni, muzeów, teatrów, dworców kolejowych, kościołów odtwarzałam na podstawie tekstów z epoki i późniejszych. Prześledziłam biografie Wyspiańskiego, Piłsudskiego, Klimta, Witkiewicza, Mosera, aby sytuacje, w których występują, były wiarygodne. W praktyce oznaczało to czytanie listów, monografii, przynajmniej fragmentów wspomnień, i poszukiwanie odpowiedzi na pytania o ich wygląd, miejsca zamieszkania, sytuację rodzinną, przeszłość, nawet stan zdrowia. Korzystałam z zasobów Austriackiej Biblioteki Narodowej, z tekstów niemieckojęzycznych, czytałam o kulturze żydowskiej, obrzędach i obyczajach. Mam wrażenie, że w „Niepokornych” prawda zdecydowanie góruje nad fikcją.

AAR: Kiedyś przeczytałam, że niektórych czytelników nie interesują szczegóły dotyczące opisów przyrody, krajobrazu czy jakiegoś konkretnego budynku albo co takiego bohater jadł na śniadanie. Dla nich najważniejsza jest akcja. W Pani powieściach dokładnie widać, że przywiązuje Pani ogromną wagę do szczegółów, co według mnie sprawia, że cała historia staje się jeszcze bardziej autentyczna. Czy może nam Pani zdradzić, w jaki sposób pracuje Pani nad detalami odnośnie do opisów? Przecież odtwarza Pani historię i obecnie większości z tego, co niegdyś istniało już nie ma.

AW: Możliwe, że niektórych czytelników rozprasza albo nawet nudzi szczegółowo nakreślone tło. Staram się zachować równowagę między akcją a opisem, z wielu informacji rezygnuję, ale nie jestem autorką powieści przygodowych ani scenariuszy ograniczonych do dialogów i didaskaliów. Zakładam, że po moje książki sięgnie czytelnik, który oprócz rozrywki spodziewa się rzetelności, wyrazistego nastroju i starannej polszczyzny. Nie odmówię sobie przyjemności oglądania dawnych fotografii, grafik, obrazów ukazujących uliczki Krakowa lub Wiednia sprzed wieku, a potem frajdy z opisywania świata, który w ten sposób poznałam, bo piszę też dla mojej satysfakcji. Chcę mieć poczucie, że zrobiłam dla książki wszystko, co mogłam.

Wyd. NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012
Tom I
AAR: Wróćmy na chwilę do Pani debiutu. To było w 2012 roku. Wtedy ukazał się pierwszy tom trylogii dla młodzieży. Dlaczego zaczęła Pani właśnie od literatury młodzieżowej?

AW: Pierwszy tom „Strażników Nirgali” pisałam, zwłaszcza na początku, nie planując publikacji, bo nie mieściło mi się w głowie, że ktoś mógłby to wydać. Nic tam jeszcze nie budowałam świadomie, ale już prześladowało mnie przeświadczenie, że brakuje mi doświadczenia i swobody w operowaniu słowem, abym doprowadziła pracę do końca, mimo że stworzenie książki dla młodzieży wydawało mi się zadaniem łatwiejszym od pisania dla dorosłych. Dziś wiem, że to równie trudne. Ale lubię ten cykl i widzę, jak dużo dała mi żmudna praca nad redakcją kolejnych tomów.

AAR: Czy od początku miała Pani zamiar napisać trylogię o losach Bree Whelan, czy może ta kwestia wyszła już w trakcie pracy nad wydaniem pierwszego tomu?

AW: Właściwie już nie pamiętam. Chyba planowałam dylogię, bo kiedy tekstem zainteresowała się Nasza Księgarnia, miałam zamknięty pierwszy tom i powstawał drugi. Wydaje mi się, że ustaliliśmy to z wydawcą.

AAR: Czy już w tamtym momencie wiedziała Pani, że zostanie Pani pisarką/autorką? Czy może ta myśl przyszła znacznie później?

AW: Tak długo wykonywałam inny zawód, że mimo dwóch cykli literackich nie czuję się nawet autorką. Tym bardziej nie uważam się za pisarkę, bo to określenie nobilitujące i bywa nadużywane. Moim zdaniem do elitarnego grona pisarzy należą głównie ci twórcy, których książki wytrzymały próbę czasu i są pod każdym względem doskonałe. Mam na myśli Prusa, Tołstoja, Dostojewskiego, Flauberta, Dickensa, twórców tej rangi.

AAR: Co sprawiło, że po wydaniu „Strażników Nirgali” zdecydowała się Pani porzucić literaturę młodzieżową i napisać powieść dla dorosłych czytelników? Czy wyklucza Pani powrót do literatury młodzieżowej, która teraz zaczyna być coraz bardziej pożądana na rynku? Mam oczywiście na myśli książki z gatunku Young Adult/New Adult.

AW: Zrezygnowałam z pisania dla młodzieży dzięki mojej redaktor prowadzącej z Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Namawiała mnie usilnie, abym zmierzyła się z literaturą dla dorosłego czytelnika, za co jestem ogromnie wdzięczna. I nie planuję powrotu do literatury młodzieżowej.

Polska malarka
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa
herbu Sas (1857-1893)

Autoportret z 1887 roku.
Obraz obecnie znajduje się
w Muzeum Narodowym w Krakowie
AAR: W jednym z wywiadów przeczytałam, że zanim książka trafi na dysk komputera, pisze ją Pani ręcznie. Czym taki proces jest spowodowany? Łatwiej i kreatywnej myśli się Pani nad kartką papieru, niż przy komputerze?

AW: Tak, korzystam z gumki i ołówków. Wiele lat temu amatorsko zajmowałam się grafiką, brałam udział w wystawach, przeglądach sztuki nieprofesjonalnej, i choć dawno porzuciłam rysowanie, mam sentyment do takiego sposobu pracy. Komputer jest niezbędny, ale tylko podczas korekty tekstu.

AAR: Wyżej wspomniałam, że lubi Pani literaturę skandynawską. Zapytam zatem o autorów, których książki czyta Pani najchętniej? Dlaczego akurat tych pisarzy ceni sobie Pani najbardziej?

AW: W literaturze skandynawskiej zakochałam się już w liceum, kiedy przeczytałam „Głód” Knuta Hamsuna. Potem było jego „Błogosławieństwo ziemi”, odpowiednik naszych „Chłopów” Reymonta, „A lasy wiecznie śpiewają” Trygve Gulbranssena, proza wydana w serii Pisarze Dzieł Skandynawskich. Bardzo lubię Sigrid Undset, Karen Blixen, Finna Alnæsa, Johannesa Vilhelma Jensena, Hermana Banga, a ostatnio zachwyciła mnie Herbjørg Wassmo. Za co ich cenię? Za bliski panteizmowi stosunek do świata i natury. Za umiejętność pisania o sprawach w gruncie rzeczy trywialnych i dar uszlachetniania codzienności. Za patos, kiedy sięgają do odległej historii, i wierność realiom epoki, bez chodzenia na skróty i przypochlebiania się czytelnikowi.

AAR: Co daje Pani pisanie? Jakie korzyści dla siebie wynosi Pani z tworzenia literatury?

AW: Pisanie łączę z czytaniem. Im częściej piszę, tym więcej muszę najpierw przeczytać, a to zawsze przynosi korzyść. Nieustannie się uczę. Czasem interesują mnie zagadnienia tak zdumiewające, że dawniej nie poświęciłabym im chwili uwagi. Zadaję sobie najdziwniejsze pytania. Kiedy wynaleziono guziki? Czy w 1895 roku w Krakowie słyszano już o batiku? Jak wówczas wyglądała pracownia Stanisława Wyspiańskiego? Poza tym poznaję moich czytelników. Odzywają się po lekturze powieści, opisują wrażenia, dzielą się uwagami o tekstach, a ja zyskuję pewność, że moja praca ma sens.

AAR: Uwielbia Pani również sztukę, szczególnie malarstwo. Bardzo wyraźnie widać to na kartach trylogii „Niepokorne”, gdzie sporo miejsca poświęca Pani malarzom zarówno tym fikcyjnym, jak Maurycy Stojnowski, jak i tym, którzy pozostawili trwały ślad w naszej historii, jak Stanisław Wyspiański. Czym zatem jest dla Pani sztuka? Których malarzy ceni sobie Pani najbardziej i dlaczego?

AW: Interesuję się malarstwem właściwie od zawsze i sądzę, że ta pasja pomaga mi w pisaniu. Kogo cenię najbardziej? To trudne pytanie, bo mogłabym wymienić wielu malarzy i żadnemu nie umiałabym przyznać palmy pierwszeństwa. Byłby to Rafał Malczewski, ale też Marc Chagall, Franz Marc, Amadeo Modigliani, Albrecht Dürer… W sztuce szukam odmiennych od mojego sposobów postrzegania świata, obrazów wymagających wysiłku w dekodowaniu artystycznego komunikatu. Dlatego bardzo lubię groteskę, oniryzm, karykaturę, baśniowość – jak u Witolda Wojtkiewicza albo Jerzego Dudy-Gracza.


Rozstanie
Obraz został namalowany w 1908 roku. Obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie.
autor: Witold Wojtkiewicz (1879-1909)

 AAR: Wiem, że pracuje Pani nad kolejną książką. Czy może nam Pani powiedzieć coś więcej na jej temat? Jaką tematykę tym razem poruszy Pani na kartach powieści?

AW: „Niepokornym” zawdzięczam zainteresowanie kulturą żydowską. Poznawałam ją właściwie od podstaw, aby móc pisać o Judycie Schraiber, i z tym tematem wiążę plany. Niewątpliwie będzie to cykl dla kobiet i o kobietach, z wielką i małą historią w tle, ale w dość odległych czasach. Wolałabym jednak nie zdradzać szczegółów.

AAR: Pani Agnieszko, dziękuję za rozmowę i za poświęcony czas. Życzę kolejnych fantastycznych książek i z niecierpliwością czekam na nową powieść. Czy jest coś, co chciałaby Pani dodać na koniec, a o co nie zapytałam?

AW: Było mi bardzo miło. Mogę jedynie podziękować za wyjątkowo ciekawą rozmowę.



Rozmowa i redakcja
Agnes A. Rose