Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść gotycka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść gotycka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lutego 2016

Kate Morton – „Milczący zamek”














Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Distant Hours
Przekład: Izabela Matuszewska





Każda książka posiada jakąś genezę. Chyba nie ma na świecie autora, który napisałby powieść bez jakiegoś impulsu, którego być może nawet sam nie potrafi zrozumieć. Czasami może to być rozmowa ze znajomym albo zaobserwowana sytuacja, na przykład podczas spaceru. Niekiedy mogą to być historie z przeszłości, które wciąż tkwią gdzieś głęboko w umyśle pisarza i tylko czekają, aby zostać wyciągniętymi na światło dzienne. Innym razem takim bodźcem do napisania książki może okazać się przypadkowo odnaleziony list bądź pocztówka z pozdrowieniami wysłana dawno temu i po prostu zapomniana. Zdarzają się także sytuacje, kiedy autor do napisania powieści zostaje zainspirowany przez twórczość innego pisarza lub przez jakąś niewiarygodną historię, którą ktoś nagle opowiada. Nie wierzę natomiast w to, że książki pisane są ot tak sobie, bez żadnego powodu. Moim zdaniem one wszystkie mają gdzieś swoje korzenie i czasami warto ich poszukać, bo może okazać się, że znając prawdę, zupełnie inaczej spojrzymy na daną lekturę.  

Takich ciekawostek dotyczących powstawania powieści bardzo często można dowiedzieć się z wywiadów z pisarzami, choć bywa i tak, że nie zawsze autorzy zdradzają publicznie, co skłoniło ich do napisania tej czy innej książki. Na przykład Raymond Blythe nigdy tak naprawdę otwarcie nie zdradził genezy powstania swojej najsłynniejszej powieści zatytułowanej Prawdziwa historia Człowieka z Błota. Tytuł niezwykle tajemniczy, który sugeruje jakąś fantastyczną historię niemającą nic wspólnego z rzeczywistością. Ale czy na pewno tak jest? Czy bestseller, który na początku XX wieku przyniósł autorowi bezprecedensową sławę nie powstał przypadkiem na bazie autentycznej historii? Trzeba zatem koniecznie się tego dowiedzieć.  

Ale zanim poznamy bliżej Raymonda Blythe’a przenieśmy się do 1992 roku, aby tam w jednym z londyńskich wydawnictw spotkać trzydziestoletnią Edith Burchill. Kobieta jest redaktorką, która bardzo lubi swoją pracę, ale nie ukrywa, że wydawnictwo, w którym pracuje nie daje jej zbyt dużych możliwości rozwoju. Gdyby nie jego właściciel, który jednocześnie jest bliskim przyjacielem Edie, trzydziestolatka zapewne już dawno odfrunęłaby do konkurencji, gdzie przede wszystkim mogłaby sporo więcej zarobić. Na chwilę obecną życie prywatne Edith nie układa się za dobrze i wygląda na to, że kobieta będzie musiała szukać jakiegoś lokum, bo to, w którym mieszkała do tej pory trzeba będzie zwolnić. W dodatku nie za dobrze wyglądają też jej relacje z matką. Na ojca nie może narzekać, lecz Meredith wciąż jest jakaś zdystansowana do córki. Możliwe, że na taki stan rzeczy wpłynęła tragedia, którą cała rodzina przeżyła wiele lat temu. To jednak nie znaczy, że Edie nie chciałaby poczuć z matką bliższych więzi.

Wydanie amerykańskie
Wydawnictwo: ATRIA
(listopad 2010)
Pewnego dnia do domu Burchillów przychodzi tajemniczy list. Jest zaadresowany do Meredith. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że list ten został nadany jakieś… pięćdziesiąt lat temu! Gdzie zatem przeleżał tyle czasu? Nie wiadomo. Został wysłany podczas wojny, więc to wiele tłumaczy. Polityczne zawirowania mogły przecież sprawić, że list gdzieś się zapodział, a potem zwyczajnie o nim zapomniano. Wygląda jednak na to, że matka Edith wcale nie jest zachwycona przesyłką. Ona jest wręcz przerażona! Kim zatem jest nadawca? Co takiego łączyło Meredith z osobą, która ten list napisała? Jaką przeszłość kobieta ukrywała przed rodziną, że teraz obawia się jej ujawnienia? Czy córka będzie na tyle wścibska, aby dowiedzieć się prawdy? A skoro już wszystko ujrzy światło dzienne, to czy osoby najbardziej zainteresowane będą mogły żyć z prawdą, która została tak nagle odkryta? Co takiego wydarzyło się w czasie drugiej wojny światowej, a do czego Meredith nie chce już wracać?  

Tymczasem w zamku Milderhurst w hrabstwie Kent mieszkają trzy staruszki. Dwie z nich to bliźniaczki, które liczą sobie już dziewięćdziesiąt wiosen, zaś trzecia to ich młodsza siostra, którą kobiety opiekują się od lat. Juniper Blythe od dziecka cierpiała na niczym niewytłumaczalne zaniki pamięci. Lekarze stawiali rozmaite diagnozy, ale tak naprawdę do końca nigdy nie było wiadomo, jaka jest przyczyna jej dziwnych stanów. Otóż, w jej głowie w pewnym momencie pojawiają się „goście”, a Juniper robi wtedy rzeczy, których potem nie pamięta. Jest w stanie nawet kogoś skrzywdzić, lecz potem i tak w jej świadomości nie pozostanie żaden ślad dotyczący tego wydarzenia. Czy jest szalona? Możliwe. Generalnie rodzina Blythe’ów wiele przeszła, więc istnieje przypuszczenie, że tragiczne wydarzenia odcisnęły swoje piętno na jej członkach. Obecnie o Juniper powszechnie mówi się, że jej choroba ma związek ze stratą narzeczonego, który nie wiadomo z jakich powodów nagle ją zostawił. Miał być ślub, Juniper promieniowała szczęściem, a tu nagle ukochany zniknął bez śladu. Dlaczego? Czyżby się rozmyślił? A może to wojna spowodowała, że odszedł bez słowa wyjaśnienia? Któż to może wiedzieć po tylu latach.  

Jak można się łatwo domyślać, wszystkie trzy kobiety są córkami wspomnianego wyżej pisarza Raymonda Blythe’a, którego wszyscy kojarzą z bestsellerowym Człowiekiem z Błota. Choć pisarza już dawno nie ma na tym świecie, to jednak pamięć o nim jest wciąż żywa, a zamek, w którym mieszkał przez lata nigdy nie zapomniał o swoim właścicielu i o tym, co wydarzyło się w jego murach. Ściany bezustannie o tym szepczą. Nawet przedmioty, które się w nim znajdują opowiadają sobie wzajemnie mrożące krew w żyłach historie. Czy to wszystko kiedyś się skończy? Czy nadejdzie w końcu dzień, w którym przeszłość przestanie ciążyć na sumieniach kobiet z Milderhurst?


Leybourne Castle w hrabstwie Kent
Tak wyobrażam sobie Milderhurst.
fot. Glen
źródło

Mroczny zamek to powieść o kobietach, na których przez kilkadziesiąt lat ciąży fatum. To opowieść o tym, jak jeden człowiek może zniszczyć życie wielu ludziom, a nawet pokoleniom. Książka zaliczana jest do powieści gotyckich, które były bardzo popularne w XVIII i XIX wieku. Trzeba przyznać, że klimat, jaki stworzyła Kate Morton jest niezwykle mroczny i czytelnik praktycznie przez cały czas odnosi wrażenie, że nad powieściowymi wydarzeniami unosi się duch Raymonda Blythe’a. Fabuła Mrocznego zamku podzielona jest na dwie części. Chodzi o to, że z jednej strony obserwujemy bohaterów żyjących w 1992 roku, zaś z drugiej cofamy się do lat drugiej wojny światowej i poznajemy wydarzenia, które miały niesamowity wpływ na to, co dzieje się pod koniec ubiegłego wieku.

Wydanie australijskie
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
(październik 2012)
Każda z kobiet przedstawionych na kartach powieści jest inna, lecz jednocześnie dla każdej z nich liczy się to samo: dobro tych, których kochają. Troska o innych nie zawsze idzie w parze ze spokojem własnego sumienia. Najważniejsza jest tutaj ochrona rodzinnego majątku i tych, którzy w nim mieszkają. Starsze siostry Blythe niby różnią się od siebie, lecz można zauważyć też pewne podobieństwa w charakterze. W końcu są przecież bliźniaczkami. Na pewno są ze sobą bardzo mocno związane, zaś jedna z nich nie wyobraża sobie życie bez tej drugiej. Mowa oczywiście o Persephone Blythe, która jest niezwykle zaborcza zarówno wobec Seraphiny, jak i Juniper. Obydwie kobiety nie mogą prowadzić samodzielnego życia, ponieważ Percy im na to nie pozwala. I tak jest przez lata, aż w końcu przychodzi starość, kiedy już nie ma najmniejszych szans na to, aby zmienić swoje życie. Z kolei Saffy sprawia wrażenie tej słabszej, która ulega wpływom i pomimo szansy na spełnienie marzeń, nie potrafi jej wykorzystać i przeciwstawić się decyzjom, jakie podejmuje Percy. Trzeba zatem uważać, aby nie narazić się starszej bliźniaczce, ponieważ ona nigdy nie zapomina i nie wybacza. Wygląda na to, że przez lata doskonale wyćwiczyła sobie twardy i nieugięty charakter, a w jej piersi zamiast serca jest kamień. Czy w takim razie kobieta nie ma żadnych uczuć? Czy nie wzrusza jej czyjeś cierpienie i ból? W tym kontekście sprawa jest naprawdę dyskusyjna.

Kate Morton pokazała również, ile tak naprawdę znaczy przyjaźń zawarta w niezwykle trudnych czasach. Otóż, z jednej strony pomimo upływu lat przyjaciółki nadal myślą o sobie, choć jedna z nich żyje w zupełnie innym świecie, który wykreowała choroba. Z drugiej strony czas i rozłąka sprawiły, że nie ma już powrotu do tego, co było. Może w grę wchodzi wiek bohaterek? A może to sytuacja, w jakiej się znalazły nie pozwala na odnowienie przyjaźni? Gdzieś w tym wszystkim jest również strach przed wspomnieniami i wyrzutami sumienia, a także świadomość, że zawiodło się tę drugą osobę. Siostry Blythe to z całą pewnością postacie niezwykle tragiczne. Wychowane w świecie urojeń nie potrafią normalnie funkcjonować nawet na starość. Ta sytuacja sprawia, że w pewnym momencie nie potrafią już odróżnić rzeczywistości od sennych iluzji.

Niedawno czytałam Strażnika tajemnic i muszę przyznać, że tamta książka podobała mi się znacznie bardziej, niż Mroczny zamek. Chociaż lubię powieści gotyckie, gdzie w murach starych domów snują się potępione duchy, to jednak czegoś mi w tej książce brakowało. Kate Morton każe czytelnikowi naprawdę bardzo długo czekać, zanim uchyli rąbka tajemnicy. Odniosłam wrażenie, że od chwili otrzymania listu przez Meredith Burchill bardzo długo nie dzieje się nic interesującego. Mamy opis wydarzeń, które są niesamowicie monotonne. Dopiero pod sam koniec powieści zaczynamy być wciągani w tajemnicę zamku Milderhurst. Zbyt mało jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, co mogłoby sprawić, że czytelnik wróciłby do punktu wyjścia. Książkę może natomiast obronić zaskakujące zakończenie, jak również to, że są zagadki, które nie zostały do końca wyjaśnione i czytelnik może się jedynie domyślać, jaka była prawda. 









sobota, 10 maja 2014

Victoria Holt – „Klątwa królów”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: The Curse of the Kings
Przekład: Zofia Dąbrowska





Egipt (Arabska Republika Egiptu) to państwo położone w północno-wschodniej części Afryki z półwyspem Synaj w zachodniej Azji. Polakom Egipt najczęściej kojarzy się z kurortami wypoczynkowymi, gdzie można spędzić naprawdę niezapomniane wakacje. Rozmawiając bądź pisząc o historii tego „gorącego” państwa przeważnie skupiamy się na epoce starożytnej, kiedy to po egipskiej ziemi chodzili władcy zwani faraonami. Według starych legend, pierwszymi królami Egiptu były postacie czczone potem jako popularni egipscy bogowie. Tak naprawdę nie wiadomo czy tak było w istocie, ponieważ nie udało się odkryć żadnych historycznych źródeł na ten temat. Przez ponad trzy tysiące lat w Egipcie panowało przynajmniej 170 królów, w tym również kilka kobiet, które same mianowały siebie „królem Egiptu”. Władza faraona przyjmowała charakter świecko-religijny. Oprócz tego, że faraon sprawował rządy nad państwem, pełnił także funkcję kapłana, czyli jedynego i prawdziwego kapłana i namiestnika bogów na Ziemi. Faraon przyjmował postać boską w trakcie koronacji. Była to ceremonia wymyślona przez Egipcjan.

Największy autorytet i władzę nad ludem miał faraon za czasów Starego Państwa[1], szczególnie za panowania IV dynastii. Kwestia religijna rządów przyczyniała się do wzmacniania władzy nad ludem. Przejawiało się to tym, iż robotnicy z wielkim zapałem i oddaniem pracowali przy budowie piramid, gdyż wiedzieli, że splendor, w jakim faraon będzie odchodził z tego świata, zapewni zbawienie oraz nieśmiertelność całemu ludowi. Król osobiście odprawiał wszelkie ceremonie i rytuały w świątyni, szczególnie podczas świąt. Oprócz pełnienia obowiązków mających związek z religijnymi obrzędami, faraon brał też czynny udział w życiu świeckim swojego kraju. Poddani mieli dość dobry kontakt ze swoim królem, czego przejawem był fakt, iż faraon bardzo często widywany był w czasie różnych uroczystości oraz imprez o charakterze świeckim. Widywano go także jak podróżuje łodzią po wodach Nilu. Trzeba było jednak bardzo uważać, aby nie doprowadzić do spoufalenia się z faraonem, gdyż obowiązywała zasada nietykalności króla. Kto z poddanych ośmielił się ją naruszyć w jakikolwiek sposób, tego spotykała sroga kara, a nawet śmierć. Reguły tej swoistej etykiety dotyczyły także zwracania się do faraona. Należało bowiem mówić o nim w trzeciej osobie, używając jednocześnie określenia „Jego Majestat”.

W starożytnym Egipcie faraon stanowił uosobienie tak zwanego „maat”, czyli „porządku wszystkich rzeczy”. Był to rodzaj zwyczajowego prawa, jakie obowiązywało mieszkańców państwa. W oczach społeczeństwa król był wzorem wszelkich cnót, chodzącą doskonałością, czyli jednym słowem stanowił ideał, a przynajmniej w ten sposób go kreowano. Z kolei w sztuce przedstawiano faraonów według zasad przyjętego kanonu. Ich zbyt wyidealizowane wizerunki miały ukazywać cały majestat oraz dostojeństwo osoby faraona.

W okresie Średniego i Nowego Państwa[2] boskość faraona znacznie zmalała. Ludzie najprawdopodobniej zdali sobie wreszcie sprawę z istnienia własnej nieśmiertelnej duszy, której zbawienie wcale nie zależało od zbawienia duszy ich władcy. W związku z tym arystokraci i dostojnicy nie wznosili już swoich grobowców w królewskiej nekropolii w pobliżu sarkofagu faraona, oraz nie popierali w tak bezkrytyczny sposób wszystkich jego działań. Od tej pory to faraon musiał zabiegać o względy kapłanów i arystokratów. Jeżeli nie był wystarczająco sprytny, wówczas jego władza słabła, natomiast w skrajnych przypadkach dochodziło wręcz do obalenia jego rządów.


Piramida Cheopsa
fotografia pochodzi z XIX wieku


Z uwagi na swoją bogatą historię starożytną, Egipt od wieków uznawany jest za kopalnię wiedzy o faraonach i tym samym stanowi doskonałą przynętę dla archeologów. Mało tego, wielu pisarzy również sięga po tę historyczno-egzotyczną tematykę, umiejscawiając swoich bohaterów w kraju faraonów.

Victoria Holt znana była z tego, że na kartach swoich powieści (szczególnie tych wiktoriańskich) przenosiła bohaterów do krajów, które charakteryzuje swoista egzotyka, jak Hongkong, wyspa Cejlon, czy chociażby Indie. Jak zapewne domyślacie się po moim przydługim wstępie historycznym, w tym przypadku mamy do czynienia z Egiptem. To właśnie do tego kraju wysyła nas Autorka wraz ze swoimi bohaterami. Zanim jednak wyruszymy w podróż, zatrzymajmy się na chwilę w małym angielskim miasteczku o nazwie St Erno’s, gdzie na plebanii wychowuje się Judyta Osmond (z ang. Judith Osmond). Dziewczyna nigdy nie poznała swoich rodziców, natomiast wychowujące ją kobiety spokrewnione z miejscowym pastorem uparcie twierdzą, że matka Judyty zginęła w katastrofie pociągu. W St Erno’s mieszka również dwie dość wpływowe rodziny. To Traversowie i Bodreanowie. Ci pierwsi zajmują rezydencję o nazwie Giza House, zaś ci drudzy mieszkają w Keverall Court. Głowy obydwu rodzin bardzo aktywnie interesują się wszelkiego rodzaju wykopaliskami prowadzonymi na terenie Egiptu. Sir Edward Travers jest archeologiem, zaś sir Ralph Bodrean finansuje każdą jego wyprawę. Poza tym, syn sir Edwarda również jest po studiach archeologicznych i towarzyszy ojcu w każdej podróży do Egiptu. Takich amatorów wrażeń archeologicznych jest w obydwu rodzinach całkiem sporo. Oczywiście należy wziąć pod uwagę mężczyzn, bo kobiety nawet, jeśli interesują się tego rodzaju nauką, to z uwagi na panujące konwenanse charakterystyczne dla epoki wiktoriańskiej, nie mogą czynnie uczestniczyć w tychże podróżach i prowadzić badań nad starożytnym Egiptem i jego władcami. Owszem, mężczyźni pozwalają im czytać książki na ten temat, ale na tym w głównej mierze się kończy.

Kiedy Judyta ma czternaście lat odkrywa w sobie ogromne zamiłowanie do archeologii. Zupełnie przypadkiem na cmentarzu, podczas wykopywania grobu dla jednego ze zmarłych właśnie mieszkańców miasteczka, dziewczyna odnajduje jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, który tkwił w ziemi przez lata, a może nawet przez wieki. Zaintrygowana swoim niespodziewanym odkryciem, natychmiast biegnie do Keverall Court, aby u sir Ralpha znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytania odnośnie swojego „skarbu”. I tak oto zaczyna się jej przygoda z archeologią. Sir Ralph proponuje jej uczestniczenie w lekcjach, które odbywają się w jego domu. Judyta miałaby uczyć się tam razem z jego dziećmi.

Wyd. AKAPIT
Łódź 1993
tytuł oryginału: The Curse of the Kings
tłum. Krystyna Kamińska
Trzeba wiedzieć też, że Judyta nie zalicza się do tych spokojnych i posłusznych dzieci. Jest niezwykle szczera w swoich wypowiedziach, a do tego jeszcze pragnie zdobytą wiedzę teoretyczną obrócić w czyn. Czasami nawet nie potrafi przemyśleć konsekwencji swoich pochopnych działań. I tak któregoś dnia podczas zabawy, której jest prowodyrką i która wywołuje nieprzewidziane negatywne skutki, dziewczyna poznaje starszego od niej Teobalda Traversa (z ang. Tybalt Travers), który jest synem sir Edwarda. Ich pierwsze i dość nieprzyjemne spotkanie sprawia, że Judyta zakochuje się bez pamięci w młodym Traversie, choć on wydaje się zupełnie jej nie zauważać.

Mijają lata. Podczas jednej z wypraw do Egiptu niespodziewanie umiera sir Edward Travers, a niedługo po nim ducha Bogu oddaje również sir Ralph Bodrean. Ponieważ obydwaj mieli swój udział w badaniach archeologicznych na terenie Egiptu, ludzie są przekonani, że dosięgła ich klątwa faraonów, których spokój zakłócali, odkopując ich sarkofagi. Panuje bowiem powszechne przekonanie, że starożytni królowie Egiptu nie życzą sobie, aby ktokolwiek naruszał ich ziemskie szczątki. Czy postronni obserwatorzy prac wykopaliskowych prowadzonych przez ekipę sir Edwarda Traversa istotnie mają rację? Czyżby faktycznie któryś z faraonów rzucił klątwę na tych, którzy zakłócają mu spokój? Czy śmierć to jedyny powód, aby zaprzestać prac archeologicznych? A może za tym wszystkim kryje się zwyczajny ludzki czynnik, zaś nie klątwa rzucona z zaświatów?

Wydaje się jednak, że pasja granicząca wręcz z obsesją jest znacznie silniejsza, aniżeli jakakolwiek prawdziwa czy wyimaginowana klątwa. Syn sir Edwarda pragnie za wszelką cenę kontynuować pracę swojego ojca i niedługo po jego śmierci przygotowuje kolejną wyprawę do Egiptu. Tym razem w podróż zabiera ze sobą również Judytę, która w międzyczasie zdążyła już zostać lady Travers. Jak zatem potoczą się dalsze losy naszych bohaterów? Czy uda im się uniknąć śmierci z powodu rzekomej (a może prawdziwej) klątwy faraonów? Co lub kto czeka na nich w Egipcie? Dlaczego Judyta tak nagle poślubiła mężczyznę, który przez lata nie zwracał na nią najmniejszej uwagi? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź, czytając Klątwę królów.

A teraz kilka słów o moich wrażeniach po lekturze. O ile fabuła powieści nie jest zła, a wątek kryminalny całkiem dobrze skonstruowany i dopasowany do epoki wiktoriańskiej, to niestety bardzo mocno zgrzytało mi w polskim tłumaczeniu tej powieści. Możliwe, że moje wrażenia w tej kwestii są odosobnione z racji wykonywanego zawodu, ale nie umiałam powstrzymać się od myśli, że przecież język powieści w niektórych momentach jest nieadekwatny do epoki, w której dzieje się akcja książki. Nie czytałam wersji oryginalnej, więc może się mylę. Może faktycznie to Victoria Holt zawiniła na tym polu. Niemniej biorąc pod uwagę inne powieści tej Autorki, a przeczytałam ich całkiem sporo, takie anomalia w przekładzie dostrzegam po raz pierwszy.

Klątwa królów została również wydana jako Zemsta faraonów. Trzeba przyznać, że Victoria Holt dość dobrze utrzymała klimat dziewiętnastowiecznego Egiptu, wprowadzając także elementy powieści gotyckiej. Pojawiają się tutaj jakieś bliżej nieznane tajemnicze postacie, które po pewnym czasie nieoczekiwanie znikają i ślad po nich ginie. Również sama główna bohaterka w którymś momencie znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Padają rozmaite podejrzenia, lecz nie wszystkie znajdują swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Książka na pewno należy do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, lecz obawiam się, że raczej nie zainteresuje czytelników preferujących nowości albo omijających epokę wiktoriańską szerokim łukiem. Powieści Victorii Holt nie są też łatwe w zdobyciu, ponieważ moda na ich czytanie już dawno minęła. W dodatku mogą one także błędnie kojarzyć się z tanimi romansami historycznymi. Przyznam, że gdybym miała stworzyć kiedyś powieść wiktoriańską, to wzorowałabym się właśnie na Victorii Holt, ponieważ jej warsztat jest bliższy współczesności. Natomiast pisać á la Jane Austen czy Elizabeth Gaskell raczej już nikt nie potrafi.







[1] Stare Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 2675-2170 p.n.e.
[2] Średnie Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu obejmujący lata 2050-1760 p.n.e.; Nowe Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 1570-1070 p.n.e.




poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Victoria Holt – „Król na zamku”











Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2001
Tytuł oryginału: King of the Castle
Przekład: Zofia Dąbrowska




Stare i tajemnicze budowle mogą z jednej strony budzić strach, zaś z drugiej ciekawość. Każda z nich posiada swoją własną historię, a jej mury mogłyby zapewne wiele opowiedzieć o tym, co działo się w nich na przestrzeni lat, a nawet wieków. Wierząc rozmaitym przekazom, w takich średniowiecznych zamczyskach można usłyszeć jęki i zawodzenia, jakie wydają z siebie duchy tych, którzy stracili życie w ich lochach. Legendy głoszą przecież, że wielu śmiałków, którzy mieli odwagę sprzeciwić się właścicielowi zamku, było tam więzionych tak długo, aż w końcu z głodu i pragnienia oraz wszechogarniającego strachu oddawali ducha Bogu.

Taką właśnie niechlubną sławą cieszy się średniowieczny i ponury zamek Gillard położony gdzieś na terenie dziewiętnastowiecznej Francji. Jego właścicielem jest niejaki Lothair de la Talle, zwany również hrabią le Comte. Posiada on podległą mu winnicę, gdzie pracują okoliczni robotnicy. Nadzór nad pracownikami sprawuje młody Jean Pierre Bastide – mężczyzna niezwykle ambitny i wiedzący, czego chce od życia. Hrabia de la Talle nie cieszy się w okolicy dobrą opinią. Ludzie zwyczajnie się go boją. Jego osobowość jest równie mroczna i tajemnicza jak zamek, w którym mieszka. Mężczyzna bardzo często wyjeżdża do Paryża, gdzie oddaje się życiowym uciechom. Niektórzy wręcz twierdzą, że jego rozpustna natura stała się powodem tragedii, jaka trzy lata wcześniej rozegrała się na zamku. Ale czy tak jest naprawdę? Czy hrabia istotnie z nikim się nie liczy, mając na względzie jedynie własne potrzeby?

W Anglii mieszka niemłoda już – jak na epokę wiktoriańską – Dallas Lawson. Kobieta ukończyła dwadzieścia osiem lat i wygląda na to, że najlepsze lata ma już za sobą, jeśli chodzi o zamążpójście. Nie jest zbyt urodziwa, co stara się maskować swoim stanowczym charakterem. Jest konsekwentna w tym, co robi. Posuwa się wręcz do moralizatorskich teorii wobec innych. Ci, którzy ją znają twierdzą, iż minęła się z powołaniem. Powinna zostać guwernantką, zamiast zajmować się odnawianiem dzieł sztuki, głównie cennych obrazów i ściennych malowideł.

Po śmierci ojca, z którym Dallas ramię w ramię pracowała nad rzeczonymi dziełami sztuki, kobieta musi zacząć żyć samodzielnie. Nie jest to łatwe, zwłaszcza w czasach, kiedy pewne zawody zarezerwowane są jedynie dla mężczyzn. Jednym z takich właśnie zajęć jest odnawianie dzieł sztuki. Jednak Dallas nie chce się poddać i robi wszystko, aby móc pozostać w zawodzie, który wykonywała przez kilka lat u boku ojca.

Trzy lata przed śmiercią stary Lawson otrzymał propozycję renowacji obrazów na zamku Gillard we Francji. Choć wszystko było już ustalone, z zamówienia nagle zrezygnowano, nie podając wyraźnego powodu takiej decyzji. Jednak wygląda na to, że o owej ofercie nie zapomniano. Ojciec panny Dallas znów jest wzywany do Château Gillard. Z wiadomych powodów do Francji zamiast starego Lawsona wyrusza mademoiselle Lawson. Niestety, zachodzi obawa, że kobieta nie zostanie przyjęta do pracy ze względu na płeć. W dodatku przemilczała fakt o śmierci ojca. Powinna była powiadomić o niej hrabiego, jeszcze zanim wybrała się w podróż do Francji. Jak zatem potoczą się dalsze losy Dallas Lawson? Czy okrutny hrabia le Comte zgodzi się, aby pozostała w zamku i powierzy jej odrestaurowanie swoich ukochanych obrazów? A może fakt, że jest kobietą sprawi, iż zostanie natychmiast odprawiona z powrotem do Anglii?

Moje „wakacje z Eleonor Hibbert” powoli dobiegają końca. Nie oznacza to jednak, że całkiem zapomnę o tej Autorce. Jednak recenzje jej powieści będą pojawiać się na blogu rzadziej, niż do tej pory. Myślę, że okres wakacyjny, to taki czas, kiedy większość z nas potrzebuje lektur lekkich, które nie zmuszają do myślenia. Bo jak tu myśleć, kiedy za oknem żar leje się z nieba? Nie pisałam o tym wcześniej, ale do czytania powieści Eleonor Hibbert zachęciła mnie pewna blogerka pochodząca z Ameryki, choć dla mnie był to swego rodzaju powrót do lektur z lat licealnych. Okazuje się bowiem, że w Stanach Zjednoczonych książki tej Autorki zachłannie czyta miliony kobiet.

Natomiast wracając do Króla na zamku, muszę przyznać, że odniosłam wrażenie, iż jest to nieco zmodyfikowana wersja Pani na Mellyn vel Guwernantki, o której pisałam całkiem niedawno. Podobnie jak w przypadku tamtej powieści, tutaj również mamy do czynienia z „panem i władcą”, który skrywa jakieś mroczne tajemnice z przeszłości. Jemu również zmarła żona w niewyjaśnionych okolicznościach. Zwyczajnie pewnego ranka nie obudziła się, a martwą matkę znalazła jej jedenastoletnia wówczas córka Geneviève, która jest równie arogancka, krnąbrna i zbuntowana jak Alvean TreMellyn. Już od pierwszej chwili Geneviève okazuje swoje niezadowolenie na widok kolejnej kobiety mającej zamieszkać w Château Gillard. Tak więc Dallas będzie musiała znosić jej humory albo z nimi walczyć. Tak samo kwestia ta przedstawiła się w Pani na Mellyn, gdzie Martha Leigh wkładała naprawdę mnóstwo wysiłku w nawiązanie poprawnych stosunków z małą Alvean.

Pojawia się również była kochanka „króla na zamku”. A może wciąż aktualna? Tego nasza główna bohaterka nie jest do końca pewna. To kolejna rzecz, która łączy te dwie powieści. W obydwu występują też jakieś tajemnicze lochy, gdzie najprawdopodobniej trafiali ci, którzy ośmielili się wystąpić przeciwko komuś z rodu de la Talle’ów. Czyż nie o tym samym czytaliśmy w Pani na Mellyn? Bez wątpienia tak, choć może w nieco innym kontekście. A sama główna bohaterka? Czyż nie jest podobna do tej z Guwernantki? No może jedynie jest trochę starsza, lecz tak samo jak Martha Leigh również skazana przez okrutny los na staropanieństwo. Chyba że nagle stanie się cud i zjawi się rycerz na białym koniu, aby wyrwać ją ze szponów owego haniebnego stanu.

Takich cech wspólnych pomiędzy tymi dwiema powieściami czytelnik może odnaleźć całkiem sporo. Myślę, że pisanie do schematu jest w pewnym momencie nieuniknione. Jeśli pisarz tworzy swoje książki taśmowo, to prędzej czy później popadnie w rutynę i zabraknie mu nowych pomysłów. Nawet wielcy mistrzowie w pewnym momencie powielają swoje poprzednie pomysły, aby tylko utrzymać się na rynku wydawniczym i nie dać o sobie zapomnieć czytelnikom i krytykom. Nie dotyczy to tylko literatury kobiecej, uważanej niesłusznie za tę mniej ambitną i pogardliwie określaną mianem „taniego romansidła”. Wydaje mi się, że w ten sposób mówi ten, kto gdzieś w zaciszu swojego pokoju zaczytuje się w tych powieściach z wypiekami na twarzy. Bo przecież wstyd się przyznać, że lubi się romanse! Kiedyś porównałam literaturę kobiecą do muzyki disco polo. Swego czasu była ona bardzo popularna w Polsce. Niektórzy twierdzą nawet, że obecnie nadchodzi jej renesans. Pamiętam, że wówczas niemal wszyscy się z niej śmiali i zaprzeczali, że jej słuchają, a jednak teksty tych piosenek znali na pamięć. Po co zatem ta hipokryzja?

Czy podobała mi się ta książka? Tak, podobała mi się. Być może stało się tak dlatego, że bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie Pani na Mellyn, którą pochłonęłam w jeden wieczór. Ponieważ obydwie książki są podobne, to i moje odczucia nie różniły się od siebie. Aczkolwiek jest coś, co mimo wszystko odróżnia te powieści. Na pewno jest to zakończenie. Choć książka kończy się dobrze, to jednak Autorka nie wybiela i nie tłumaczy „króla na zamku”, bo takim właśnie mianem określiła hrabiego le Comte Dallas Lawson. Jest też fanatyzm religijny, który staje się przyczyną tragedii nie tylko osoby, która go praktykuje, ale i tych, którzy żyją w jej otoczeniu. Bardzo wyraźnie zarysowuje się też różnica pomiędzy poszczególnymi warstwami społecznymi. Ci, którzy stoją wyżej, spoglądają z pogardą na tych z niższej kasty.

Książce dramatyzmu dodaje na pewno fakt, że nastoletnia córka hrabiego oskarża go o zamordowanie jej matki. Czy Lothair de la Talle naprawdę jest winien śmierci swojej żony? Czy przyłożył do tego rękę? Można sądzić, że jak najbardziej, skoro wszyscy wokół tak twierdzą, a i on sam nie robi nic, żeby ludzie przestali mu zarzucać dokonanie morderstwa. Tylko dlaczego nie poniósł za to kary? Dlaczego nie trafił do więzienia?

Komu polecam tę powieść? Jak zwykle tym, którzy nie stronią od literatury kobiecej. Wiem, że wśród takich osób są również mężczyźni, co wcale nie oznacza, że w jakiś sposób niewieścieją. Myślę, że dzięki takim lekturom łatwiej im zrozumieć skomplikowaną psychikę kobiety. Do sięgnięcia po Króla na zamku zachęcam także wszystkich, którzy lubią przenieść się do epoki wiktoriańskiej. 



wtorek, 23 lipca 2013

Victoria Holt – „Pani na Mellyn”











Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 1998
Tytuł oryginału: Mistress of Mellyn
Przekład: Anna Kruczkowska



Kornwalia zwana również krainą Wichrowych Wzgórz znana jest przede wszystkim z pięknych nadmorskich krajobrazów oraz wrzosowisk. Takim nadmorskim kurortem jest bez wątpienia Penzance, gdzie znajduje się rozległa piaszczysta plaża, na której czasami można spotkać wylegujące się foki. To właśnie do Penzance bardzo często wyjeżdża w interesach Connan TreMellyn – jeden z głównych bohaterów powieści pod tytułem Pani na Mellyn znanej również jako Guwernantka.

Trzeba też wiedzieć, że Kornwalia to również kraina legendarnego króla Artura. Jest to najdalej wysunięta na południowy zachód część Wysp Brytyjskich. Na samym końcu tego półwyspu znajduje się miejsce o nazwie Land’s End (z pol. Koniec Lądu). Kornwalia to jednocześnie nazwa geograficznej krainy oraz hrabstwa oddzielonego przez rzekę Tamar od hrabstwa Devon. Wierzcie lub nie, ale prawdą jest, iż widok kornwalijskiego wybrzeża tuż nad oceanem w kolorze turkusowym, nadanym mu przez skały, jest niesamowity. To trzeba zobaczyć na własne oczy. A zatem zamknijcie na chwilę oczy i wyobraźcie sobie, jak wokół rozpościerają się rozległe, smagane przez wiatr wrzosowiska na granitowych skałach, a nad nimi mkną po niebie kłębiaste chmury. Niektórzy tę część wybrzeża nazywają nawet Kornwalijską Riwierą. To właśnie na tych wrzosowiskach znajduje się mroczna posiadłość Mount Mellyn, której właścicielem jest arogancki Connan TreMellyn. Rezydencja ma już swoje lata i jak niemal każdy tego typu dom kryje w sobie szereg tajemnic.

Dwudziestoczteroletnia Martha Leigh – zubożała szlachcianka i córka pastora – ma do wyboru dwie życiowe drogi: wyjść za mąż bądź znaleźć pracę stosowną do swego urodzenia. Tak przynajmniej twierdzi jej ciotka – Adelajda. Ponieważ ten pierwszy wariant na chwilę obecną nie wchodzi w grę, ciotka znajduje jej pracę w charakterze guwernantki. Kiedy czytelnik poznaje pannę Leigh, kobieta jedzie właśnie pociągiem do kornwalijskiej posiadłości swojego przyszłego chlebodawcy.

[…] Państwo, do których jechałam, pochodzili z Kornwalii, a Kornwalijczycy mają swój własny język. Im również moje imię: Martha Leigh, może się wydać dziwne. Martha. Zawsze wstrząsałam się na dźwięk tego imienia. Tylko ciotka Adelajda zwracała się do mnie w ten sposób; w moim rodzinnym domu, kiedy jeszcze żył mój ojciec, on i Phillida nigdy nie nazywali mnie Martha. Dla nich byłam Marty. Nie mogłam oprzeć się uczuciu, że Marty była znacznie sympatyczniejszą osobą, niż Martha kiedykolwiek mogła nią być. Zrobiło mi się smutno. Czułam się trochę przerażona, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że rzeka Tamar na dłuższy czas całkowicie odetnie mnie od Marty. W nowej pracy, jak przypuszczałam, będą mnie nazywać panią Leigh, może panienką albo jeszcze mniej dostojnie – po prostu Leigh […][1]

Takie oto rozterki targają sercem przyszłej guwernantki. Można zrozumieć jej obawy i lęk przed tym, co ją czeka. W dodatku podczas podróży poznaje pewnego przystojnego młodego mężczyznę, który przepowiada jej przyszłość. Nieznajomy dokładnie wie, dokąd zmierza Martha i co ją czeka w nowej pracy. Przestrzega ją również przed „małą Alice”. Kim zatem jest ów mężczyzna, którego nasza bohaterka widzi na oczy po raz pierwszy? Czy naprawdę posiada on dar przewidywania przyszłości, czy może jakimś dziwnym trafem wie więcej na temat panny Leigh, niż kobieta przypuszcza?

Warszawa, kwiecień 2005
W końcu Martha dociera do posiadłości Mount Mellyn. Tam zostaje bardzo dobrze przyjęta przez służbę. Pan domu również nie ma do niej większych zastrzeżeń. Okazuje się jednak, że Martha jest już czwartą z kolei guwernantką. Poprzednie rezygnowały z pracy głównie dlatego, iż nie potrafiły sobie poradzić z zachowaniem swojej podopiecznej. Mała Alvean po nagłej śmierci matki stała się krnąbrna, nikogo nie słucha, chodzi własnymi drogami i generalnie nie można nad nią zapanować. Jedynie poprzednia guwernantka była w stanie nawiązać z dziewczynką w miarę normalny kontakt, lecz padła ofiarą skandalu i praktycznie została zmuszona do opuszczenia rezydencji Connana TreMellyn. Jak zatem poradzi sobie Martha ze zbuntowaną Alvean? Czy zdoła dotrzeć do dziewczynki i sprawić, że ta ją zaakceptuje?

Wiecie już, że od jakiegoś czasu jestem zauroczona powieściami Eleanor Alice Burford Hibbert. Niektóre z nich czytałam wiele lat temu, jeszcze jako licealistka. Ale są też i takie, po które sięgam po raz pierwszy. Pani na Mellyn to jedna z tych książek, które czytam pierwszy raz. W Polsce została również wydana pod tytułem Guwernantka, o czym dowiedziałam się przez zwykły przypadek. Jest to typowa powieść gotycka. Czytelnik zostaje przeniesiony na wichrowe wzgórze Kornwalii do niezwykle enigmatycznej posiadłości, z którą wiąże się mroczna tajemnica dotycząca śmierci Alice TreMellyn – żony Connana. Mówi się, że kobieta pewnego dnia uciekła z kochankiem i wraz z nim zginęła w katastrofie kolejowej. Ale czy na pewno tak się stało?  A może kobieta, która została zidentyfikowana jako Alice TreMellyn, to ktoś zupełnie inny?

Okładka, którą zaproponowało czytelnikom wydawnictwo Świat Książki wyraźnie wskazuje, że będziemy mieć do czynienia z płomiennym romansem praktycznie od pierwszej do ostatniej strony. Odnoszę wrażenie, że w momencie, kiedy Wydawnictwo wypuszczało Panią na Mellyn zwyczajnie nie dysponowało niczym bardziej adekwatnym do fabuły książki. A może po prostu nie przeczytano tej powieści zbyt dokładnie? Albo miał być to zwykły chwyt reklamowy, żeby przyciągnąć uwagę czytelników lub… ich odstraszyć. Bo nie od dziś wiadomo, że wiele osób przy wyborze lektury kieruje się właśnie wyglądem okładki. I tak, ci, którzy nie tolerują romansów, patrząc na Panią na Mellyn z miejsca z niej zrezygnują. A szkoda, ponieważ romansu w niej jak na lekarstwo. Nie podoba mi się też, że powieść ta we wszelkiego rodzaju omówieniach określana jest właśnie mianem romansu. W mojej ocenie, żeby daną książkę nazwać „romansem” nie wystarczy jedno szczere wyznanie miłości, gdzieś przy końcu powieści.

Jedno z wydań brytyjskich; Londyn, grudzień 2008


Na co zatem powinniście się przygotować, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę, już „niemłodą”, powieść? Otóż na pewno czeka Was spotkanie z bohaterką, która nie da sobie „wejść na głowę”. Martha Leigh pomimo że z natury nie ma o sobie zbyt wysokiego mniemania, a poczucie własnej wartości też pozostawia wiele do życzenia, to jednak w sytuacjach, które wymagają podjęcia drastycznych kroków, nie waha się tego zrobić. Przebywając w rezydencji Connana TreMellyn kobieta uczy się, jak należy dbać nie tylko o swoje interesy, ale także o sprawy tych, którzy sami nie potrafią tego zrobić. Staje w obronie słabszych, wytyka innym błędy i nie boi się, że w ten sposób zostanie pozbawiona pracy. A przecież wiadomo, jaki los czekał guwernantkę. Ta praca tak naprawdę nigdy nie dawała pewności ani też nie potrafiła zapewnić kobiecie życiowej stabilizacji. Guwernantki były zależne od swoich pracodawców i od ich dobrej lub złej woli. Martha doskonale zdaje sobie z tego sprawę, jednak nie boi się głośno i prosto w oczy mówić o tym, co ją boli w domu swojego chlebodawcy. Być może to właśnie ta szczerość sprawiła, że w końcu znalazła miłość swojego życia.

Oczywiście Martha musi być też kobietą bez skazy. Pamiętajmy, że w tamtych czasach kobietom nie wolno było mieć kochanków, a przynajmniej nie wolno im było mieć ich jawnie. Natomiast mężczyzna mógł wplątywać się w liczne romanse pozamałżeńskie i nie widziano w tym niczego złego. Myślę, że ten stereotyp w pewnym sensie trwa do dziś. Obecnie też w niektórych społecznościach mężczyznom wybaczane są tabuny kochanek, zaś kiedy to kobieta decyduje się na „skok w bok”, natychmiast zostaje napiętnowana.

Jak już napisałam powyżej, według mnie tej książce daleko jest do współczesnego romansu. Natomiast dość dobrze rozwinięty jest tutaj wątek kryminalny. Przychodzi taki moment, kiedy Martha Leigh odkrywa pewne tajemnice mające związek z Mount Mellyn i właśnie z tego powodu również i jej życie okazuje się być w niebezpieczeństwie. To, co wydawało się być oczywiste, nagle gmatwa się do tego stopnia, iż nie wiadomo kogo uważać za przyjaciela, a kogo za wroga.

Wydanie francuskie; Paryż 1960
Na pierwszy plan wysuwają się tutaj relacje pomiędzy Marthą a małą Alvean. Pojawia się również inna, dość tajemnicza dziewczynka o imieniu Gilly. To nieco upośledzone umysłowo dziecko, widzi więcej, niż wszystkim może się wydawać. Fakt, że jest skryta wcale nie oznacza, że niczego nie dostrzega i żyje jedynie we własnym świecie.

Victoria Holt w Pani na Mellyn oprócz doskonałego, jak na XIX wiek, wątku kryminalnego skupiła się również na problemie matczynej miłości, która wcale nie musi wynikać z faktu biologicznego rodzicielstwa. Przecież można kochać i pragnąć dobra dla dziecka, z którym nie łączą nas więzy krwi. Nie zapominajmy również, że jest to typowa powieść gotycka, a więc bez ducha nawiedzającego starą rezydencję Connana TreMellyn nie może się obejść.

Oprócz tego, że Autorka w sposób perfekcyjny ukazała styl życia dziwiętnastowiecznego społeczeństwa, sporo uwagi poświęciła także opisowi kornwalijskiego krajobrazu. Fakt ten działa na wyobraźnię czytelnika niesamowicie. Jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nawet najdrobniejszy szczegół. Widzimy skaliste dróżki, strome i wysokie skały, mgłę spowijającą okolicę, jak również czujemy zapach fiołków, goździków czy innych kwiatów „przetykających fioletowy kobierzec wrzosu – miękkiego i grubego jak wschodni dywan”.[2]

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju powieść nie każdemu przypadnie do gustu. Lecz mimo to mam nadzieję, że wśród Czytelników W Krainie Czytania znajdzie się ktoś, kto lubi te specyficzne dziewiętnastowieczne klimaty i sięgnie po Panią na Mellyn vel Guwernantkę, bo naprawdę warto. W najbliższym czasie na moim blogu pojawi się jeszcze kilka omówień powieści Eleanor Alice Burford Hibbert. Choć dzisiaj praktycznie nie czyta się już jej książek lub czytają je jedynie starsze czytelniczki, ponieważ młode pokolenie gustuje w czymś zupełnie innym, to jednak myślę, że nie należy zapominać o twórczości tej pisarki. Bo przecież jej styl bardzo przypomina ten, który znamy z powieści Jane Austen czy sióstr Brontë. A skoro tak jest, to dlaczego nie dopisać do tej listy klasyków również Victorii Holt?  





[1] V. Holt, Pani na Mellyn, Wyd. Świat Książki, Warszawa 1998, s. 6-7.
[2] Ibidem, s. 15. 




sobota, 29 czerwca 2013

Victoria Holt – „Skok tygrysicy”









Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: The Spring of the Tiger
Przekład: Elżbieta Gepfert




Kiedy słyszymy „Cejlon”, wówczas pierwsze, co nam przychodzi do głowy to „herbata”. Gdzieś w podświadomości czujemy jej smak i zapach. W roku 1972 wyspa Cejlon zmieniła nazwę na Demokratyczną Republikę Sri Lanki. Niemniej jednak państwo położone na terenach Azji Południowej, w większości przypadków nadal utożsamiane jest z Cejlonem, co sprawia, że nazwy „Sri Lanka” i „Cejlon” traktowane są wymiennie. Nie będę tutaj szczegółowo zagłębiać się w geografię czy warunki turystyczno-krajoznawcze Cejlonu, ponieważ te informacje można bez trudu odnaleźć w każdej encyklopedii. Chciałabym natomiast nieco nakreślić historię Sri Lanki z uwagi na fabułę powieści, o której mowa.

Mówiąc o historii Cejlonu, skupmy się na wieku XVIII. Otóż pod koniec tego stulecia wyspa znalazła się w centrum zainteresowania Brytyjczyków, którzy w latach 1795-1796 dokonali podboju Cejlonu, usuwając stamtąd bez większych problemów Holendrów. W roku 1802 w Amiens został zawarty pokój, na mocy którego Cejlon stał się częścią brytyjskiego imperium. W 1815 roku Brytyjczycy opanowali Kandy i bardzo szybko na terenach Płaskowyżu Centralnego zaczęli zakładać ogromne plantacje herbaty, kawy oraz kauczuku. Zatrudniali tam miejscową ludność, a także robotników pozyskiwanych w Indiach, głównie w Tamiladzie i Kerali.

To właśnie na wyspie Cejlon ojciec głównej bohaterki powieści – Sary Ashington – trudni się uprawą herbaty. Oczywiście jest on Brytyjczykiem i jak pokazuje historia, zatrudnia na swojej plantacji tubylców. Lecz plantacja Ralpha Ashingtona nie jest jedyną zarządzaną przez obywatela Wielkiej Brytanii. Konkurencję stanowi plantacja Clintona Shawa – młodego, silnego i zdrowego mężczyzny, który wśród miejscowych nazywany jest wręcz „królem wyspy”. Należy do niego większość ziemi oraz łowiska, gdzie wydobywane są perły. Lecz zanim wybierzemy się z naszą bohaterką w podróż na malowniczy Cejlon, przenieśmy się na chwilę do Anglii na Denton Square. To właśnie tutaj, w otoczeniu aktorów, dorasta Sara Ashington.

Kiedy czytelnik poznaje panienkę Sarę, dziewczyna jest już w wieku nastoletnim. Wychowuje ją matka, która praktycznie nie widzi nic poza swoją pracą. Jest znaną aktorką, która wciąż potrzebuje pochwał, zachwytów i uwielbienia swoich fanów. Kiedy Sara była bardzo mała, Irena Rushton wywiozła ją z Cejlonu, w chwili porzucenia swojego męża. Rozkapryszona aktorka była drugą żoną Ralpha i jednocześnie jedną wielką pomyłką jego życia. Tak przynajmniej twierdzą jego siostry – Marta i Mabel. Mała Siddons, jak nazywa ją matka, ma własnego guwernera, który uczy ją o świecie i literaturze. Wzajemne relacje tych dwojga są znacznie poważniejsze niż tylko uczennicy i nauczyciela. Teoretycznie można mówić o przyjaźni, aczkolwiek uważny obserwator dostrzeże zapewne coś więcej. Ale przecież wszystko kiedyś ma swój koniec. Spotkania Sary z Tobym Manderem również. Pewnego dnia mężczyzna wyjeżdża do Dehli. Fakt ten łamie serce dorastającej Sary.

Środowisko aktorów chyba od zawsze wiązało się ze skandalami obyczajowymi, w których to właśnie oni odgrywali główne role. Tak też jest i w tym przypadku. Irena Rushton wikła się w romans z żonatym mężczyzną, który kończy się tragicznie. Jego konsekwencje są dramatyczne nie tylko dla rodziny kochanka aktorki, ale dla niej samej również. Nagle przestaje dostawać propozycje ról. Wygląda na to, że w swoim środowisku jest już skończona. Gazety rozpisują się o niej niepochlebnie, pod domem wystają jacyś tajemniczy ludzie, a sama zainteresowana popada w coraz głębszą depresję. I wtedy na ratunek przybywają siostry Ralpha Ashingtona. Kobiety nie dbają o przyszłość swojej bratowej. Znacznie bardziej zainteresowane są bratanicą. Dwie stare panny widzą w niej spełnienie własnych oczekiwań.

Mniej więcej w tym samym czasie Sara odkrywa tajemnicę niezwykłych pereł Ashingtonów, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Każda żona męskiego potomka rodu musi je przez jakiś czas nosić, co uwieczniane jest na portretach zdobiących ściany w dwustuletniej rezydencji Ashingtonów. To właśnie tam ma zamieszkać Sara wraz z matką. Czy kobiety będą tam bezpieczne? A może jest ktoś, kto czyha na ich życie, a przynajmniej jednej z nich?

Oczywiście Sara bardzo szybko akceptuje nową rzeczywistość. Dom ciotek i jej ojca przypada jej do gustu, choć jest dość tajemniczy. Wiążą się z nim też pewne legendy. Lecz ona nie zwraca na to uwagi, zważywszy że pojawia się szansa na odzyskanie ojca. Któregoś dnia marzenie Sary wreszcie się spełnia. Oto z dalekiego Cejlonu powraca schorowany Ralph Ashington. Ale mężczyzna nie jest sam. Przywozi ze sobą młodego Clintona Shawa. Jaką zatem rolę odegra w życiu młodziutkiej Sary ten bezwzględny przyjaciel ojca? Czy dziewczyna może mu ufać, skoro ojciec darzy go tak wielkim zaufaniem? Bardzo szybko czas weryfikuje wszelkie obawy i domysły Małej Siddons. Ale czy o takim życiu marzyła? Czy pragnąc zobaczyć wreszcie ojca, Sara przypuszczała, że od tej chwili będzie musiała stawić czoło niebezpieczeństwu? Że nagle znajdzie się na obcej ziemi skazana jedynie na własne siły? Że jej życie będzie zagrożone?

Krajobraz Cejlonu
Skok tygrysicy to kolejna książka Victorii Holt, która wciągnęła mnie niemalże od pierwszej strony. Jest to powieść niezwykle egzotyczna z uwagi na umiejscowienie akcji. Ogromną jej część stanowi właśnie Cejlon końca XIX wieku. Autorka po mistrzowsku przedstawia czytelnikowi atmosferę tamtego regionu. Spotykamy nie tylko wielkich plantatorów herbaty, ale także i zwykłych robotników, którzy na owych plantacjach zarabiają na chleb. Wraz z Sarą Ashington podążamy przez niebezpieczną dżunglę w obawie przed jadowitymi kobrami, które mogą czaić się wszędzie. Czujemy jej strach i ulgę, kiedy docieramy do domu bezpieczni. Choć z drugiej strony Sara w przeciwieństwie do czytelnika   nie może czuć się tam bezpieczna tak do końca. Ona wciąż musi oglądać się za siebie, aby nie pozwolić swojemu wrogowi zaatakować. Musi być szybsza niż on.

Sara Ashington, przyjeżdżając na Cejlon odnajduje też rodzinę, o której dowiedziała się całkiem niedawno. To starsza siostra – Clytie. Kobieta jest owocem pierwszego małżeństwa Ralpha Ashingtona. Sara i Clytie bardzo szybko zaprzyjaźniają się ze sobą i są szczęśliwe, że w końcu udało im się spotkać. Wiele dobrego w życie Sary wnosi również jej kilkuletni siostrzeniec, Ralph, który imię odziedziczył po swoim dziadku.

W tej książce jest tak wiele nagłych zwrotów akcji, że czytelnik nie potrafi niczego przewidzieć. Ci, którzy wydają się być przyjaciółmi, po jakimś czasie stają się wrogami. Natomiast ci, których od początku traktowaliśmy jako nieprzyjaciół, ostatecznie są zdolni do największych poświęceń. Co więcej, zakończenie powieści niesamowicie zaskakuje, a to nie zdarza się często w tego rodzaju książkach. W większości przypadków literatura kobieca jest do bólu przewidywalna. Tutaj na próżno typować która z postaci to czarny charakter. A to wszystko okraszone jest potężną namiętnością, niejednokrotnie wręcz perwersyjną, choć ostrych scen erotycznych tutaj nie znajdziemy. To jest dopiero sztuka! Pokazać namiętność bez podawania wszystkiego na tacy!

Oczywiście nie należy zapominać o przeklętych perłach Ashingtonów. Legenda mówi, że przynoszą nieszczęście każdemu, kto jest w ich posiadaniu. To w takim razie, dlaczego tak wielu chce je mieć? Nie lepiej pozbyć się ich raz na zawsze i mieć spokój? Pod tym względem książka zawiera w sobie pierwiastki charakterystyczne dla powieści gotyckiej. Jest legenda o perłach i jest też bardzo stara posiadłość, w której straszy. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy rzekomo owego ducha ujrzeli na własne oczy.

Komu zatem polecam tę książkę? Myślę, że głównie kobietom. Powieść jest niezwykle emocjonująca. Odnajdziemy w niej miłość, namiętność, nienawiść, zazdrość, przywiązanie, chciwość, tęsknotę, niesłuszne oskarżenia oraz zemstę za wyrządzone krzywdy. Na kartach tej książki doskonale sprawdza się przysłowie, że „kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”. Oznacza to, że dobro zawsze musi pokonać zło, bez względu na to, ile ofiar to pochłonie.

Ta opowieść, której narratorką jest Sara Ashington – choć fikcyjna – jest tak realna, że aż można uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Zapewnieniem tego niech będą słowa Sary, która mówi, że: „Wszystko to wydarzyło się dawno temu i kiedy teraz to wspominam, mam wrażenie, że działo się w innym życiu. Mogłabym niemal uwierzyć, że się nigdy nie stało, gdyby nie żywy dowód w postaci mojego rosłego syna […]”*




* V. Holt, Skok tygrysicy, Wyd. Książnica, Katowice 2007, s. 362. 





piątek, 7 czerwca 2013

Victoria Holt – „Dwór na wrzosowisku”








Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: Kirkland Revels
Przekład: Bożena Walewska-Zielecka





Na przełomie XVIII i XIX wieku powszechnie tworzono i czytano tak zwane powieści gotyckie, o których dziś powiedzielibyśmy, że są to powieści grozy, czyli thrillery i horrory. Oczywiście sposób pisania tego rodzaju książek różnił się diametralnie od tego, jaki obserwujemy dziś. Klasyczny element owych utworów stanowił przede wszystkim tajemniczy, a wręcz upiorny klimat, w jakim prowadzona była narracja, natomiast czytelnik podczas lektury narażony był na odczuwanie panicznego lęku. W powieściach gotyckich dominowały także nawiedzone budowle, czyli wszelkiego rodzaju zamki czy dwory, które były świadkami rodzinnych tragedii, głównie niewyjaśnionych samobójstw. Bardzo często też fabule tego rodzaju książek towarzyszyły rozmaite pułapki, śmierć, szaleństwo czy klątwa. Z kolei główni bohaterowie to z reguły jakaś antynomiczna para, na przykład osoba o wyraźnie demonicznych cechach charakteru przeciwstawiała się postaci czystej i niewinnej, a najlepiej, kiedy była to jakaś nieskalana dziewica. Niezwykle istotnym elementem osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej powieści grozy był również fakt pojawienia się jakiejś mrocznej zbrodni, która wyraźnie odciskała swoje piętno na fabule oraz ideowej wymowie całej książki. Powieść gotycka była swego rodzaju przeróbką powieści sentymentalnej pochodzącej z XVIII wieku. Znaczny wpływ wywarła na rozwój literatury romantycznej, a potem horroru.

Z biografii Victorii Holt (właśc. Eleanor Alice Burford Hibbert) wynika, że była ona zafascynowana dziewiętnastowiecznymi pisarzami i najprawdopodobniej w swojej twórczości usiłowała czerpać z nich wzorce. Akcję wielu swoich powieści umieściła właśnie w XIX wieku. Dwór na wrzosowisku jest tego najlepszym przykładem. W tej powieści czytelnik spotyka mroczną rodzinną tajemnicę, w której centrum zostaje nagle wrzucona główna bohaterka książki – Catherine Corder. Panna Cathy rozpoczyna opowiadanie swojej historii od chwili, kiedy wraca z Francji do rodzinnej posiadłości o nazwie Glen House w Anglii. To tutaj się wychowała, tutaj spędziła lata swojego dzieciństwa, aby w końcu wyjechać za granicę celem pobrania nauk i przyswojenia sobie dobrych manier. Pamiętajmy, że mamy XIX wiek, a więc obowiązują z góry ustalone konwenanse.

Catherine Corder nie czuje się w domu swojego ojca zbyt komfortowo. Wiele lat temu powiedziano jej, że ukochana matka zmarła, co wciąż sprawia jej ogromny ból. Ojciec tej dziewiętnastoletniej panny nie za bardzo zwraca na nią uwagę, jakby zaprzątnięty własnymi sprawami. Regularnie raz w miesiącu wyjeżdża w jakieś tylko sobie znane miejsce, lecz nikogo to nie dziwi, bo przecież jest jeszcze stosunkowo młody, więc może przecież ułożyć sobie życie u boku innej kobiety. Cathy praktycznie skazana jest na swoje własne towarzystwo, a już w najlepszym wypadku może konwersować z utyskującą na wszystko gosposią. Lecz pewnego dnia wszystko się zmienia. Jedna konna przejażdżka po okolicy sprawia, że panna Corder musi stanąć twarzą w twarz z własnym przeznaczeniem.

Podczas wspomnianej przejażdżki Catherine spotyka Cygankę, która prowadzi na sznurku zabiedzonego psa. Dziewczyna lituje się nad nim i pragnie go od niej odkupić. Szybko okazuje się, że jej propozycja raczej nie dojdzie do skutku, ponieważ Cathy nie ma przy sobie pieniędzy. Wówczas z pomocą przychodzi jej niejaki Gabriel Rockwell. Mężczyzna płaci Cygance żądaną sumę pieniędzy, a potem oddaje psa dziewczynie w formie prezentu. Od tej chwili młodzi spotykają się niemalże codziennie. W ten sposób rodzi się między nimi uczucie sympatii, bo chyba tak to można nazwać, przynajmniej jeśli chodzi o pannę Corder. Gabriel jest młody, ale mimo to wciąż mówi o rychłej śmierci. Dlaczego? Czy coś mu grozi? Czy jest w niebezpieczeństwie i nie może nic na to poradzić? A może to jego stan zdrowia jest na tyle poważny, że zapewne nie dożyje starości?

Faktem jest, że ostatecznie młodzi pobierają się, Cathy zostaje panią Rockwell i wyjeżdża do rodzinnej posiadłości swojego męża, czyli do Kirkland Revels. Tam poznaje pozostałych członków rodziny Gabriela. Ponieważ przy takich okazjach pierwsze wrażenie bywa różne, Cathy nie przejmuje się tym, gdyż wie, że w miarę upływu czasu zaprzyjaźni się z pozostałymi domownikami. Dziewczyna uświadamia sobie też, że u Rockwellów bardzo ważna jest kwestia sukcesji. Jest ona tak istotna, że już niedługo młoda pani Rockwell odczuje to dość boleśnie na własnej skórze i znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie, a jej życie będzie zagrożone. Komu będzie zależeć na tym, żeby Catherine zniknęła z domu Rockwellów równie szybko jak się w nim pojawiła?

Myślę, że o książkach Eleanor Alice Burford Hibbert należy powoli myśleć, jak o klasyce. Od jej śmierci minęło już sporo czasu, bo dokładnie dwadzieścia lat, natomiast powieści, które po sobie zostawiła klimatem przypominają te, jakie tworzyły chociażby siostry Brontë. Oczywiście mam na myśli pozycje, których akcja rozgrywa się w XIX wieku. Dla niewtajemniczonych podam, że Autorka tworzyła również powieści stricte historyczne, jak choćby te dotyczące dynastii Tudorów. Od bardzo dawna żywię ogromną sympatię do Eleanor Alice Burford Hibbert i przeczytałam już wiele jej książek. One są doskonałe na czas, kiedy chcemy odpocząć od problemów i zwyczajnie o nich zapomnieć przynajmniej na chwilę. Jej książki czyta się szybko i przyjemnie.

Dwór na wrzosowisku zawiera w sobie wspomniane już elementy dziewiętnastowiecznej powieści gotyckiej. Oczywiście fani współczesnych thrillerów i horrorów, gdzie krew leje się strumieniami, a trupy wychodzą z grobów, aby dokonać ostatecznej zemsty, będą zawiedzeni sięgając po tę książkę, ponieważ nic takiego w niej nie znajdą. Nie ma też wampirów tak bardzo dziś popularnych. Są natomiast bohaterowie czysto ludzcy, którzy próbują osiągnąć swój cel, posuwając się do działań na miarę XIX wieku. Ta książka znacznie bardziej będzie odpowiadać tym czytelnikom, a właściwie czytelniczkom, które gustują w dziewiętnastowiecznej brytyjskiej klasyce. Jak sam tytuł wskazuje, centralne miejsce zajmuje tutaj wrzosowisko, na którym znajduje się stary dwór Rockwellów ze swoimi mrocznymi tajemnicami. Mury tego dworu sporo już widziały i gdyby potrafiły mówić, z pewnością przyprawiłyby niejednego o gęsią skórkę. Bohaterowie są niezwykle enigmatyczni i tak naprawdę nie wiadomo, komu można wierzyć, a kogo się wystrzegać. W tym dworze śmierć unosi się w powietrzu, czemu dodatkowo sprzyjają ruiny średniowiecznego opactwa, znajdujące się niedaleko posiadłości Rockwellów.

Ci, którzy oceniają książkę po okładce zapewne stwierdzą: „Ech, to jakieś romansidło!” Otóż, to nie jest romans. Owszem, czytelnik ma do czynienia z rodzącym się powoli uczuciem miłości, jednak jest ono opisane niezwykle subtelnie, zupełnie tak, jak gdyby opis ten wyszedł spod pióra którejś z dziewiętnastowiecznych pisarek. Mocnych scen erotycznych na pewno tutaj nie znajdziecie.

Uważam, że książka naprawdę warta jest uwagi, lecz nie każdy czytelnik będzie nią zafascynowany. Nie chcę nikogo dyskryminować, ale obserwując obecne trendy czytelnicze, ta książka ma raczej niewielkie szanse na zdobycie sobie rzeszy fanów. Pierwsze wydanie tej powieści miało miejsce w 1962 roku, ale nie było to w Polsce, i wtedy rozchodziła się ona niczym świeże bułeczki. Od tamtego czasu wiele się zmieniło na rynku wydawniczym, a przede wszystkim zmianie uległy gusta czytelników. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam zamiaru rezygnować z powieści Eleanor Alice Burford Hibbert i w niedługim czasie na moim blogu pojawi się kolejna recenzja jej książki. Tym razem będzie to Pocałunek Judasza