Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Katrina Shawver – „Henry: A Polish Swimmer’s True Story of Friendship from Auschwitz to America”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 
Dziękuję!



Wydawnictwo: Köehler Books
Virginia Beach 2017




Kraków był jednym z miast, które w czasie drugiej wojny światowej poważnie ucierpiały z uwagi na straty w ludziach. Podczas gdy takie miasta, jak Warszawa, Poznań, Białystok, Gdańsk czy Elbląg zostały praktycznie zrównane z ziemią, cierpiąc z powodu kolejnych marszów wrogich wojsk oraz długotrwałej okupacji hitlerowskiej, Kraków będący największym i najważniejszym miastem południowej Polski, pozostał niemalże nietknięty. Możliwe, że sytuacja ta wynikała z tego, iż Niemcy pragnęli zapewnić mu pewną ochronę, gdyż ustanowili tam główną siedzibę nazistowskiego rządu generalnego. Innymi słowy miasto zostało przejęte przez hitlerowców, stając się stolicą pseudo-państwa, które obejmowało wówczas południowo-wschodnią połowę dzisiejszej Polski oraz południową część obecnej Ukrainy. Przedsięwzięcie to kontrolował Hans Frank (1900-1946), który po wojnie został uznany zbrodniarzem wojennym i stracony w Norymberdze. Za swą pierwszą bazę Hans Frank obrał sobie Wawel, czyli dawną siedzibę polskich królów. Tak więc pomimo że architektura Krakowa nie została zniszczona w czasie wojny, tak jak miało to miejsce na przykład w Warszawie, to jednak tego samego nie można powiedzieć o kulturze miasta i jego mieszkańcach.

Już na samym początku wojny Niemcy zdecydowali, że nie zamierzają dzielić miasta z ludnością żydowską. Trzeba wiedzieć, że przed wybuchem wojny, w Krakowie żyło sześćdziesiąt tysięcy Żydów, co stanowiło jedną czwartą całej populacji. Niemiecka okupacja Krakowa rozpoczęła się w dniu 6 września 1939 roku. Wtedy też hitlerowcy zlikwidowali społeczną organizację żydowską i powołali swoją własną, która miała za zadanie zająć się sprawą nie tylko krakowskich Żydów, ale także tych mieszkających na terenie całego kraju. Mowa oczywiście o Żydowskiej Radzie Starszych (z niem. Judenrat). W kwietniu 1940 roku wydano rozkaz, aby Żydzi opuścili Kraków w ciągu najbliższych czterech miesięcy. W tym okresie z miasta ewakuowano trzydzieści pięć tysięcy ludności żydowskiej, wciąż pozostawiając piętnaście tysięcy. Od tamtej pory Kraków stał się stolicą Polski okupowanej przez hitlerowców.

W marcu 1941 roku Niemcy wybudowali getto w dzielnicy Podgórze, na południe od Wisły, w którym zamieszkało dwadzieścia tysięcy Żydów, w tym również Żydów z okolicznych gmin. Bardzo szybko getto stało się miejscem, gdzie ludzie umierali z głodu, a z powodu przeludnienia rozprzestrzeniały się także śmiertelne choroby, nie mówiąc już o niewyobrażalnej brutalności Niemców, którzy mordowali Żydów, kiedy tylko przyszła im na to ochota. Masowe deportacje z getta rozpoczęły się w czerwcu 1942 roku. Wtedy to pięć tysięcy Żydów zostało wysłanych do obozu śmierci w Bełżcu. Z kolei w październiku 1942 roku do Bełżca wywieziono kolejne sześć tysięcy Żydów. Podczas tej akcji naziści rozstrzelali tych, którzy przebywali w szpitalu, domu starców, a także dzieci z sierocińca. W samym getcie śmierć poniosło około kilkuset Żydów. Likwidacją getta zajął się Amon Göth (1908-1946), wysyłając ludzi zdolnych do pracy do nazistowskiego obozu w Płaszowie, zaś innych rozkazywał mordować na ulicach lub w ich domach, a resztę wysyłać na pewną śmierć do Auschwitz. 


Esesmani przed bramą nazistowskiego obozu śmierci w Bełżcu (1942)


Już na samym początku wojny Kraków stracił wielu swoich czołowych myślicieli, a stało się to wówczas, gdy Niemcy aresztowali profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Było to 6 listopada 1939 roku. Profesorowie zostali wysłani do niemieckich obozów koncentracyjnych. Polacy, którzy pozostali w Krakowie każdego dnia byli świadkami tego, jak bardzo zmieniło się ich miasto. Sklepy, domy i generalnie całe dzielnice zostały przejęte przez nazistów. Nawet krakowski Rynek utracił swoją nazwę, gdyż został przemianowany na Adolf Hitler Platz. Przez całą wojnę widoczny był opór ze strony krakowian. W mieście działała Armia Krajowa, która planowała tutaj powstanie, które miało być podobne do tego, jakie w sierpniu 1944 roku wybuchło w Warszawie. Ostatecznie decyzja o powstaniu została jednak odwołana, a stało się tak dlatego, iż siły hitlerowskie były tam zbyt duże, podczas gdy wielu młodych i zdolnych do walki krakowian zostało aresztowanych. Brakowało także broni, której można byłoby użyć w ewentualnym powstaniu.

Nie bez powodu przybliżyłam realia, jakie panowały w Krakowie w czasie drugiej wojny światowej. Zrobiłam to dlatego, iż bohater niezwykłej biografii autorstwa amerykańskiej dziennikarki Katriny Shawver był związany właśnie z Krakowem. To tam się urodził, tam dorastał i tam został aresztowany przez Niemców, a potem zamknięty w więzieniu mieszczącym się przy ulicy Montelupich. Miejsce to początkowo pełniło funkcję koszar wojskowych, a znajdowało się w budynku, który od XVI wieku należał do włoskiej rodziny kupiecko-bankierskiej Montelupich. Z kolei w 1905 roku władze austriackie zdecydowały, że będzie tam sąd wojskowy, który wcześniej znajdował się na Wawelu. Potem sąd przekształcono w więzienie. Podczas drugiej wojny światowej w budynku tym znajdowało się hitlerowskie więzienie policyjne, nad którym kontrolę sprawowało Gestapo. W latach 1940-1944 więzionych było tam około pięćdziesiąt tysięcy osób.


Więźniowie z Więzienia Montelupich w 1939 roku


Życie Henryka Zgudy (1917-2003) zapowiadało się naprawdę wspaniale. Był świetnym pływakiem oraz piłkarzem wodnym, a także znał języki obce. Gdyby nie wybuch wojny, wówczas możliwe, że jego życie potoczyłoby się zgoła inaczej. W 1942 roku został aresztowany przez Niemców i uwięziony we wspomnianym wyżej więzieniu przy ulicy Montelupich. Potem został wywieziony do Auschwitz, a stamtąd trafił do nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Buchenwald, który funkcjonował od lipca 1937 roku aż do końca wojny. Henryk Zguda przebywał także w niemieckim obozie w Flossenbürg. Przeżył również dramatyczny marsz śmierci, trafiając w końcu do Dachau, gdzie pod koniec wojny został wyzwolony. Życie w powojennej komunistycznej Polsce też nie było łatwe. Nowe władze rozpoczęły masowe prześladowania, których nie uniknął również Henryk. Ostatecznie udało mu się wyemigrować do Ameryki, gdzie poślubił miłość swojego życia i tam zmarł w 2003 roku, mając osiemdziesiąt sześć lat. Nigdy nie zapomniał jednak o pływaniu. Emigracja do Stanów Zjednoczonych była dla niego swego rodzaju ucieczką od świata, który nie był już tym samym, jaki Henryk pamiętał sprzed wojny. Trzeba pamiętać, że nie osiągnąłby tego wszystkiego, gdyby nie przyjaciele, na których mógł liczyć w każdej chwili.

Książka Katriny Shawver to niezwykła relacja o człowieku, który przeżył pomimo ogromnego okrucieństwa, jakie obecne było w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Podczas pisania Autorka zadbała o każdy szczegół. Na kartach książki czytelnik poznaje Henryka, który był naprawdę niezwykłym człowiekiem. Do tego dochodzi jeszcze historia tak tragiczna, że można być niemal pewnym, iż z tego piekła nie ma już powrotu do normalnego życia. Katrina Shawver w niesamowicie interesujący sposób ukazuje losy Henryka Zgudy, a całość wzbogacają dodatkowo liczne fotografie. Biografia powstała w oparciu o serię wywiadów, jakie autorka przeprowadziła z Henrykiem Zgudą w latach 2002-2003, czyli tuż przed jego śmiercią. Tak sobie myślę, że jakaś niewidzialna siła musiała kierować tym, że Katrina Shawver mogła spotkać się jeszcze z Henrykiem, aby móc spisać jego wspomnienia, które tak naprawdę są hołdem złożonym wszystkim, którzy tę straszną wojnę przeżyli, a także jej śmiertelnym ofiarom. Takich książek powinno powstawać jak najwięcej, choć z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze, ponieważ naocznych świadków tamtych wydarzeń jest już coraz mniej.


Katrina Shawver & Henry Zguda w 2003 roku


Na kartach książki czytelnik poznaje nie tylko wydarzenia, które miały miejsce w życiu Henryka Zgudy, ale także może przeczytać, jak bardzo emocjonalnie do pisania o nich podeszła sama Autorka. Tak więc nie brak również jej własnych spostrzeżeń i uwag. Poza tym czytelnik dowie się też, jak wyglądała Polska przed wojną, zanim Adolf Hitler (1889-1945) postanowił zniszczyć nie tylko kraj, ale przede wszystkim ludzi w nim żyjących. Bohater książki to naprawdę piękna postać niezależnie od tego, jakiego fragmentu życia dotyczy jego opowieść. Bardzo często Henryk wspomina o niezwykłej wewnętrznej sile, która pomagała mu przetrwać najgorsze chwile jego życia. Niektórych może dziwić fakt, iż pomimo wszechobecnego terroru, nigdy nie narzekał na swój los, choć to wcale nie oznacza, że go akceptował. Możliwe, że wynikało to z jego ogromnego pragnienia życia. Właśnie to pragnienie dodawało mu sił, aby przeżyć każdy kolejny dzień. Historia Henryka, choć tragiczna, to jednak daje nadzieję i podnosi na duchu.

Na świecie żyje wielu ludzi, którzy tak naprawdę wciąż niewiele wiedzą o okrucieństwie drugiej wojny światowej. Nie do końca rozumieją także na czym polegał Holokaust. Dlatego też ta książka może być dla nich doskonałym źródłem informacji wypełniających luki w ich wiedzy historycznej. Nie mam słów, aby wyrazić swoje emocje po przeczytaniu tej książki. Ze swej strony mogę być tylko wdzięczna Autorce, że podjęła się tak trudnego tematu. Dla Polaków bardzo ważne jest to, by świat dowiedział się o tym, jak wielki dramat przeżyliśmy, kiedy 1 września 1939 roku hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę. Ale przecież to nie wszystko, bo kilkanaście dni później (17 września) to samo zrobił Związek Sowiecki na czele z Józefem Stalinem (1878-1953). Polecam zatem książkę Katriny Shawver każdemu, kto pragnie poznać niezwykłą historię człowieka, który przeżył piekło, a mimo to nigdy się nie poddał i nie stracił wiary w ludzi.





Email: katrina@katrinashawver.com
Strona internetowa Autorki:  katrinashawver.com
HENRYK na Book Depository: Click here
HENRYK na Amazon UK: Click here


Jeśli chcesz przeczytać tę recenzję w języku angielskim, kliknij tutaj.
If you wanto to read this review in English, please click here. 







sobota, 25 marca 2017

Alexandre Dumas (ojciec) – „Pamiętniki”










Wydawnictwo: ISKRY
Warszawa 1960
Tytuł oryginału: Mémoires
 Przekład: Anna Tatarkiewicz




Kiedy kilka lat temu przygotowywałam materiał do artykułu będącego częścią pewnego cyklu literackiego, zdecydowałam wówczas, że jego bohaterem będzie Alexandre Dumas (ojciec; 1802-1870). Oparłam się wtedy na informacjach pochodzących z autobiografii Autora. Praktycznie od najmłodszych lat Alexandre Dumas zajmuje w moim czytelniczym życiu bardzo ważne miejsce i nie zraża mnie nawet fakt, że w pisaniu książek pomagał mu pisarz i historyk Auguste Maquet (1813-1888). Jego rola polegała bowiem na tym, że wymyślał fabułę, dbał o zgodność historyczną i tworzył ogólny zarys powieści, natomiast Dumas rozbudowywał wątki w charakterystycznym dla siebie stylu. Pomiędzy panami doszło nawet do nieporozumienia. Otóż Auguste Maquet zażądał pewnego dnia wyższego wynagrodzenia i umieszczenia swojego nazwiska jako współautora powieści. W rezultacie zdołał jedynie uzyskać wyższe wynagrodzenie, zaś ta druga kwestia w żadnym razie nie wchodziła w grę.
                                                                                        
Alexandre Dumas
Fotografia pochodzi z 1860 roku.
autor: Gustave Le Gray (1820-1884)
Książka już ma swoje lata. Wydanie, które do mnie trafiło, pochodzi z 1960 roku. Jeśli w ogóle istnieje jakakolwiek możliwość dostania dziś Pamiętników, to zapewne należałoby ich szukać w antykwariatach albo na aukcjach internetowych. Obawiam się, że nawet biblioteki już nie posiadają tej książki w swoich zasobach. Alexandre Dumas swoje wspomnienia zaczął spisywać pod koniec Monarchii Lipcowej (1830-1848), a następnie kontynuował je na emigracji w Brukseli, zaś ukończył po powrocie do Paryża. Pierwsza część autobiografii ukazywała się w piśmie Presse, natomiast dalszy ciąg publikowany był w dzienniku, którego Dumas był właścicielem. Dziennik ten nosił tytuł Muszkieter (z franc. Le Mousquetaire). To właśnie dzięki tym publikowanym bez ograniczeń tekstom Alexandre Dumas zdobył dla pisma rzesze czytelników.

Finalne książkowe wydanie Pamiętników miało miejsce w roku 1863. Autobiografia ukazała się wówczas aż w dziesięciu tomach. W latach 50. XX wieku we Francji pojawiło się natomiast wydanie dość krytyczne w swej formie w opracowaniu Pierre’a Josseranda (1898-1972). Dwa pierwsze tomy wydano w latach 1954-1957 i zawierały tylko połowę oryginalnego tekstu. Pamiętniki w wysokim stopniu charakteryzują się walorami wyróżniającymi najlepsze teksty Dumas. Narracja jest niezwykle żywa, widać w nich dramatyzm, który przejawia się szczególnie w dialogach. Wydaje się, że Autor stosuje je niezwykle chętnie. Wszystkie osoby, o których pisze Dumas są wyraziste i doskonale uchwycone, lecz jednocześnie Autor nie stara się zagłębiać w ich charaktery czy stan psychiczny. Czytając Pamiętniki czytelnik nie może spodziewać się kolejnej powieści, ponieważ nie znajdzie w niej cech typowych dla utworów tego typu. Jest to przede wszystkim opowieść o wydarzeniach i ludziach, tym razem nie fikcyjnych, lecz autentycznych, współczesnych Autorowi. Niemniej, z drugiej strony można domyślać się, że Dumas w sposób świadomy – bądź też nie – przeinacza pewne fakty lub przedstawia je jedynie ze swojego punktu widzenia, co jest dość nieobiektywne. Być może czyni to rzadziej, aniżeli można byłoby go o to posądzać.


Alexandre Dumas wygotowujący swoje powieści (karykatura)
autor: Amédée de Noé ps. Cham (1818-1879)


Pomijając powyższy fakt, można jednoznacznie stwierdzić, iż ogólny obraz samej epoki oraz ludzi w niej żyjących charakteryzuje autentyczność, która równa się tej dotyczącej samego Autora. Alexandre Dumas w Pamiętnikach odsłania się bez reszty zarówno w tym, co mówi, jak również w tym, w jaki sposób to robi. Momentami miałam wrażenie, że nie szczędzi nawet samemu sobie. Z ogromną prostodusznością prezentuje swe wady, zalety, a także śmieszności.

[…] Idąc za przykładem innych, wskoczyłem na ławkę i balansując na zaokrąglonych oparciach, ruszyłem ku środkowi. Musiałem wydawać się – a raczej wyznajmy to: byłem bardzo śmieszny. Moje długie i mocno kręcone włosy tworzyły wokoło głowy nader groteskową aureolę, ponadto w czasach, gdy nosiło się redengoty* sięgające kolan, ja miałem redengot do kostek […][1]
[…] Byłem ubrany według ostatniej mody z Villers-Cotterets, która jednak była przedostatnią modą paryską. Wobec tego, że na ogół przedostatnia i ostatnia moda są czymś skrajnie różnym – wyglądałem, jak to już z właściwą mi skromnością zaznaczyłem – bardzo śmiesznie. Takie zapewne wrażenie wywarłem też na tych, do których podchodziłem, gdyż przyjęli mnie wybuchami śmiechu, w bardzo złym – jak mi się zdawało – guście. Byłem zawsze bardzo uprzejmy, ale w owych czasach z uprzejmością, jaką zawdzięczałem wychowaniu macierzyńskiemu, szła w parze wybuchowa drażliwość, odziedziczona prawdopodobnie po ojcu. Drażliwość ta sprawiała, że nerwy moje były instrumentem nader czułym na podniety. Uchyliłem kapelusza, co do reszty odsłoniło oryginalność mej koafiury** i spotęgowało wesołość grona, wśród którego pragnąłem się znaleźć. 
– Przepraszam panów – zapytałem z wyszukaną grzecznością – czy mógłbym wiedzieć, co was tak śmieszy, by móc śmiać się wraz z wami? Sztuka, którą zobaczymy, jest podobno bardzo smutna, i nie zawadziłoby rozerwać się trochę, zanim zaczniemy wylewać łzy. 
Przemowy mej wysłuchano w nabożnym skupieniu, po czym wśród zaległej ciszy odezwał się nagle pojedynczy głos: 
– Ależ główcia! 
Jak się zdaje, apostrofa należała do bardzo komicznych, gdyż ledwo się rozległa, śmiechy wybuchnęły ze zdwojoną siłą; co prawda, ledwo się to stało, wymierzyłem dowcipnisiowi siarczysty policzek […][2]

Dom, w którym urodził się
Alexandre Dumas
Niniejsza wersja Pamiętników to najlepsze fragmenty całości autobiografii Alexandre Dumas. Dla potrzeb polskiego rynku wydawniczego zostały one wyselekcjonowane z całości tekstu, czyli pierwotnej wersji, w której można znaleźć mnóstwo kwestii wepchniętych tam zupełnie niepotrzebnie celem wydłużenia tekstu i znacznego podwyższenia honorarium. Trzeba więc wiedzieć, że pierwotna wersja Pamiętników skierowana była do czytelników pism codziennych, za co płacono od wiersza. W polskim wydaniu czytelnik nie znajdzie cytowanych w całości dokumentów, fragmentów cudzych utworów literackich, całych życiorysów osób współczesnych Pisarzowi, skryptów dzieł historycznych, czy też – nie zawsze wiarygodnych, a często zbyt długich – anegdot.

Forma, jaką proponuje polski wydawca, to przede wszystkim książka, którą świetnie się czyta. Jest ona doskonała zarówno dla miłośników Alexandre Dumas i jego twórczości, jak również dla tych, którzy w jakiś szczególny sposób interesują się epoką Autora, a zwłaszcza jej życiem kulturalnym. W Pamiętnikach Dumas skupił się wyłącznie na swojej literackiej egzystencji. Sprawy osobiste, jak gdyby spycha na dalszy plan. Pomimo iż przez życie Pisarza przewinęło się mnóstwo kobiet pochodzących z różnych warstw społecznych, to jednak Dumas wyraźnie unika tego tematu w autobiografii.

Dla mnie ta książka jest naprawdę wyjątkowa. Z jej kart czytelnik dowiaduje się, dlaczego Aleksandre Dumas w ogóle zaczął pisać. W dodatku jego literacka droga do sławy wcale nie była usłana płatkami róż, jak mogłoby się komuś wydawać. Zamiast róż leżały tam ciernie, które poważnie go raniły. Ponieważ Alexandre Dumas od lat zajmuje w moim życiu szczególne miejsce, ta książka pomogła mi głębiej zrozumieć nie tylko twórczość Autora, ale też jego osobowość. Wychowałam się na książkach Dumas i wiem, że już zawsze pozostaną mi bliskie.








* Redengot  (redingot) – rodzaj długiej marynarki, dawniej używanej też jako strój do jazdy konnej.
[1] A. Dumas, Pamiętniki, Wyd. Iskry, Warszawa 1960, s. 91.
** Koafiura – (z franc. coiffure), żartobliwie o fryzurze, uczesaniu.
[2] A. Dumas, Pamiętniki…, op. cit., s. 91-92.






środa, 14 grudnia 2016

Catrin Collier – „Ostatnie lato”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: One Last Summer
Przekład: Agnieszka Lipska-Nakoniecznik




Kiedy człowiek staje u progu śmierci wówczas albo rzuca się na życie niczym szaleniec, chcąc przeżyć to, czego nie udało mu się przez te wszystkie lata, albo zastanawia się nad przeszłością i pragnie do niej powrócić. Jednak czasami jest tak, że powrót do przeszłości może boleć znacznie bardziej niż choroba, która trawi organizm, aby w efekcie doprowadzić do śmierci. Czy w takiej sytuacji jest sens czynić jakiekolwiek wysiłki, aby patrzeć lata wstecz i na nowo przeżywać to, co wywołało tak wielkie cierpienie? A może taki powrót to jedyny sposób na to, aby wreszcie odzyskać spokój?

Prusy Wschodnie (z niem. Ostpreußen) najpierw stanowiły część Królestwa Pruskiego, a następnie zjednoczonych w XIX wieku Niemiec. Taki stan rzeczy istniał do roku 1945, czyli do momentu zakończenia drugiej wojny światowej i wysiedlenia Niemców z tych terenów. Prowincja ta powstała w 1772 roku z części terytorium Polski, w którego skład wchodziła Warmia oraz Prusy Książęce z wyłączeniem Kwidzyna. Stolicą tejże prowincji był Królewiec. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej powierzchnia Prus Królewskich wynosiła 36 991,71 km2. Prowincję zamieszkiwało wówczas 2 488 122 mieszkańców.

To właśnie na terenie Prus Wschodnich lata dzieciństwa i dorastania przeżywa główna bohaterka powieści Catrin Collier, Charlotte von Datski. Już z samego brzmienia nazwiska wynika, że dziewczyna pochodzi z arystokratycznej niemieckiej rodziny. Jej ojciec to wysoko postawiony urzędnik państwowy. Matka nie pracuje zawodowo, lecz swój czas poświęca dzieciom. Charlotte ma jeszcze dwóch braci bliźniaków – Wilhelma i Paula – oraz starszą siostrę – Gretę – z którą bynajmniej nie łączą ją uczucia typowe dla rodzonych sióstr. Rodzina von Datski to klasyczna niemiecka familia postępująca zgodnie z zasadami wprowadzonymi przez Adolfa Hitlera (1889-1945). Charlotte jest utalentowana muzycznie i należy do sekcji muzycznej Allensteiner Hitlerjugend (z pol. Młodzież Hitlera), co daje jej możliwość koncertowania również w innych krajach. Posiadłość rodziny to piękny dwór i pola o nazwie Grunwaldsee leżące w okolicach dzisiejszego Olsztyna.

Rodzina von Datski sprawia wrażenie niezwykle szczęśliwej i kochającej się familii. Kiedy największe marzenie Charlotte niespodziewanie spełnia się, dziewczyna czuje, że już nic więcej nie potrzeba jej do szczęścia. Oto mężczyzna, którego kocha skrycie od tak dawna, wreszcie prosi ją o rękę. Jednak już niedługo okazuje się, że hrabia Claus von Letteberg wcale nie jest tym, za kogo tak naprawdę uchodził. Jako oficer Wermachtu swoją brutalność kieruje również na młodą i niedoświadczoną żonę. Sielankowe życie Charlotte zmienia się jeszcze bardziej wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Od tej chwili nic już nie będzie takie samo. Młodziutka Charlotte będzie musiała dorosnąć z dnia na dzień.


Budynek nieistniejącego już dworca głównego w Olsztynie w czasie,
kiedy miasto należało do Prus Wschodnich. 

Zdjęcie pochodzi z około 1900 roku. 


Mijają dziesiątki lat. Wojna już dawno dobiegła końca. W Polsce także zmienił się system władzy. Dziś Charlotte mieszka w Stanach Zjednoczonych i właśnie skończyła osiemdziesiąt sześć lat. Kobieta ma dwóch synów, z których jeden mieszka w Niemczech, a drugi w Anglii. Jednak stosunki panujące pomiędzy nią a jej dziećmi nie należą do najlepszych. Z kolei fantastycznie dogaduje się ze swoimi wnukami. Ale jest coś jeszcze. Charlotte von Datski umiera. Lekarze właśnie wykryli u niej nowotwór trzustki i sugerują leczenie, lecz kobieta nie chce poddać się terapii. Jedyne, czego pragnie, to znów odwiedzić tereny niegdysiejszych Prus Wschodnich. Przed śmiercią chce zobaczyć dom, w którym spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia. Jest ciekawa jak teraz wygląda to miejsce i kto się nim zajmuje. Charlotte wie, że podróż może okazać się dla niej zabójstwem, lecz podejmuje się tego, zwłaszcza że pragnie wyjaśnić swojej ukochanej wnuczce – Laurze – dlaczego swego czasu zarówno ona, jak i jej siostra były członkiniami partii nazistowskiej. Czym zakończy się ta podróż w przeszłość? Czy jest to tylko chęć zobaczenia przed śmiercią rodzinnego domu, czy może kryje się za tym coś więcej?

Ostatnie lato to historia oparta na faktach. Catrin Collier fabułę powieści stworzyła na podstawie pamiętników swojej babki i matki. Nie wiem czy treść tych pamiętników jest dokładnie cytowana w powieści, czy zmieniona przez Autorkę. Możliwe, że nie wszystkie informacje zawarte na ich kartach nadawały się do publikacji. Niemniej jest to tylko moje przypuszczenie. Natomiast prawdą jest, że główna bohaterka powieści podczas całej podróży czyta je, a następnie oddaje swojej wnuczce, aby ta dzięki nim zrozumiała wiele istotnych kwestii związanych z dramatyczną przeszłością Charlotte.

Centrum Królewca z lat 1890-1900


Powieść może budzić szereg kontrowersji w zależności od tego, kto ją czyta. Na pewno Polacy odbiorą ją inaczej niż mieszkańcy innych państw świata. Czytając recenzje zauważyłam, że niektórzy polscy czytelnicy-recenzenci atakują Autorkę i zarzucają jej pisanie nieprawdy, patrząc na problem jedynie z jednej strony, czyli poprzez pryzmat okrucieństwa jakiego doznał nasz kraj od faszystowskich Niemiec. Lecz trzeba też wiedzieć, że każdy medal ma dwie strony. Owszem, okrucieństwo hitlerowców przeszło wszelkie granice i nie zamierzam tego faktu kwestionować. Ale przecież nie można zapominać, że wśród ówczesnych Niemców byli i tacy, którzy sprzeciwiali się polityce Hitlera i ponieśli za to karę. Byli rozstrzeliwani i torturowani. W takich sytuacjach zawsze przychodzi mi na myśl historia Władysława Szpilmana (1911-2000). Jeśli ktoś nie wie, o czym piszę, to odsyłam do lektury Pianisty. Wiem też, że w Polsce znajdują się groby młodych niemieckich żołnierzy, którzy odmówili wykonania wyroków śmierci na Polakach. Niedaleko miejscowości, w której mieszkam jest właśnie taki grób, który do tej pory jest pielęgnowany przez miejscową ludność.

Być może ktoś zarzuci mi, że próbuję w ten sposób wybielić faszystów. Nic podobnego! Staram się tylko być obiektywna i nie pielęgnować w sobie nienawiści, bo to nie prowadzi do niczego dobrego. A niestety, my-Polacy mamy do tego skłonność. Ta powieść pisana jest z perspektywy osoby, która boleśnie odczuła na sobie okrucieństwo wojny, choć była przedstawicielką znienawidzonego przez wszystkich narodu. Wojna zabrała głównej bohaterce większość rodziny. Ona sama także została pozbawiona godności. Jej egzystencja już nigdy nie była taka sama. Praktycznie przy życiu trzymały ją jedynie wspomnienia o pewnym rosyjskim oficerze, z którym spędziła najpiękniejsze chwile życia, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Ten oficer ostatecznie uratował jej życie. Charlotte wciąż nie może sobie wybaczyć, że nie zrobiła nic, co mogłoby uratować choć jedno ludzkie istnienie. Stale ma w pamięci wywózkę Żydów, wśród których były także jej przyjaciółki. Być może nie zrobiła nic ze zwykłego ludzkiego strachu. Pamiętajmy też, że nawet pośród niemieckich oficerów byli i tacy, którzy wystąpili jawnie przeciwko Hitlerowi, przygotowując na niego zamach.

(…) Pułkownik Claus Schenk, hrabia von Stauffenberg, jego adiutant, porucznik Werner von Haeften, generał Friedrich Olbricht i pułkownik Sztabu Generalnego, Albrecht Ritter Mertz von Quirnheim stanęli przed plutonem egzekucyjnym w nocy dwudziestego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku na dziedzińcu Głównej Kwatery Armii przy Bendlerstrasse. Inni nie mieli tyle szczęścia. Po wydaniu wyroków cywilni spiskowcy ginęli na gilotynie, wojskowi zaś, rozebrani do naga, dusili się powoli zawieszeni na strunie fortepianowej na haku, z którego ich zdejmowano, zanim skonali, cucono i wieszano ponownie. W pewnych wypadkach cały proces powtarzano nawet kilkakrotnie, aż wreszcie następował zgon. Na osobisty rozkaz Hitlera te męczarnie były utrwalane na taśmie filmowej, filmy zaś pokazywano później współpracownikom Führera w kwaterze głównej (…)*

Jedno z wydań brytyjskich.
Wyd. ACCENT PRESS (2013)
Prześladowaniom poddane zostały także rodziny spiskowców. Rodzina Charlotte von Datski jest jedną z tych, których członkowie wreszcie powiedzieli Hitlerowi „NIE!”. Moim zdaniem ta powieść nie tylko wzrusza, ale też pokazuje wojnę z tej drugiej strony. Jest to wojna widziana oczami zwykłych Niemców i ich rodzin. Zło, które wyrządzili światu faszyści było tak wielkie, że przesłoniło incydentalne przypadki, kiedy próbowano się buntować, bo wreszcie zdano sobie sprawę z brutalności i szaleństwa samego Hitlera.

Nikt z recenzentów, których teksty czytałam nie zauważył, że bohaterka powieści boleje nad tym, co spotkało świat, a przede wszystkim Polskę. Kiedy Armia Czerwona wkracza na tereny Prus Wschodnich, żołnierze rosyjscy nie liczą się z nikim ani z niczym. Mają miejsce zbiorowe gwałty kobiet, mordowanie zarówno dorosłych, jak i dzieci. Nawet kobiety w ciąży nie są oszczędzane. I wtedy Charlotte pyta samą siebie, czy Niemcy wkraczając na tereny okupowane też tak się zachowywali? Ta myśl nie daje jej spokoju. Wyrzuty sumienia dręczą ją do ostatnich chwil życia. Ona wie, że Niemcy już zawsze będą kojarzone z okrucieństwem. Charlotte zdaje siebie sprawę, że kolejne pokolenia wciąż będą potępiać jej kraj, a jej rodakom być może już nigdy nie uda się odzyskać dobrego imienia.

O Ostatnim lecie można napisać naprawdę wiele. Tematyka jest rozległa i niezwykle kontrowersyjna. Zdania były, są i będą podzielone. Tylko czy nienawiść na pewno jest tym środkiem, którym powinniśmy się kierować za każdym razem, gdy pomyślimy o drugiej wojnie światowej? Dokąd ta wieczna nienawiść nas zaprowadzi?

                                                                                                                            






* C. Collier, Ostatnie lato, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 11.





niedziela, 23 października 2016

Wiesław (Wesley) Adamczyk – „Kiedy Bóg odwrócił wzrok”











Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2011
Tytuł oryginału: When God Looked the Other Way
Przekład: Ewa Ledóchowicz
Przedmowa: Norman Davies
                  


Znam wiele opisów syberyjskiej odysei 
oraz innych zapomnianych wojennych dziejów.
Ale żaden nie jest bardziej pouczający, 
bardziej wzruszający
i piękniej napisany aniżeli 
„Kiedy Bóg odwrócił wzrok”

 Norman Davies



Bardzo często druga wojna światowa postrzegana jest jako walka aliantów z faszystowskimi Niemcami. Niemniej, w świadomości Polaków sprawa ta przedstawia się zupełnie inaczej. Pamiętajmy, że już na samym początku wojny Polska musiała stawić czoło nie tylko Trzeciej Rzeszy, ale także Związkowi Sowieckiemu, który pod wodzą Józefa Stalina (1878-1953) najechał na nasz kraj od wschodu w dniu 17 września 1939 roku. Wiesław Adamczyk, zbierając materiały do swojej autobiografii, wielokrotnie przekonał się, że w Stanach Zjednoczonych ludzie mają niezwykle ograniczoną wiedzę na ten temat. Niejednokrotnie Amerykanie nie mają bowiem pojęcia, kto tak naprawdę wywołał wojnę i jakie wydarzenia miały miejsce w jej pierwszych miesiącach. Autor bardzo wnikliwie podszedł do tematu, dlatego apeluje, aby nie zapominać o sojuszu, jaki przez pierwsze dwa lata okupacji łączył Józefa Stalina i Adolfa Hitlera (1889-1945), czyli sprzymierzeńców, którzy natarli na Polskę z dwóch stron – ze wschodu i z zachodu.

Głównym celem napisania tej przejmującej autobiografii było oddanie przez Autora hołdu swojemu zamordowanemu ojcu. Kapitan Jan Adamczyk był jednym z polskich oficerów, którzy stali się ofiarami masakry, jakiej dokonano wiosną 1940 roku w Lesie Katyńskim, a do której tak długo nie przyznawali się Rosjanie, notorycznie zrzucając winę na hitlerowskie Niemcy. Przełomowym dniem w tej sprawie okazał się 13 kwietnia 1990 roku, kiedy prezydent ówczesnego Związku Radzieckiego – Michaił Gorbaczow – spotkał się na Kremlu z prezydentem Polski – Wojciechem Jaruzelskim (1923-2014). Była to historyczna chwila, bo oto świat dowiedział się z ust radzieckiego prezydenta, że odpowiedzialność za mord katyński ponosi sowieckie NKWD. Dokładnie osiem lat po tym pamiętnym wydarzeniu, Wiesław Adamczyk mieszkający na stałe w Stanach Zjednoczonych, wsiadał wraz ze swoim synem na pokład samolotu startującego z międzynarodowego lotniska O’Hare’a w Chicago i tym samym rozpoczął pielgrzymkę do Charkowa na Ukrainie. Tam – na zaproszenie polskiego rządu – miał wziąć udział w nabożeństwie żałobnym w intencji pomordowanych polskich oficerów, w tym także swojego ojca.


Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu
Na zdjęciu widać zarys masowych mogił.
fot. Janusz Dorożyński (Ency)
źródło

Swoją autobiograficzną opowieść Wiesław Adamczyk rozpoczyna tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Autor ma wtedy sześć lat i żyje w otoczeniu kochających rodziców i starszego rodzeństwa. Mieszka we wschodniej części Polski, a dokładnie w Sarnach (obecnie Ukraina), w drewnianym domu, który otaczają brzozy, sosny i dęby. Posiadłość okala drewniany płot, postawiony przede wszystkim po to, aby przed płową zwierzyną chronić znajdujące się na tyłach domu ogród i sad. Jest tam także stara brama, która od frontu chętnie otwiera się dla gości. Mały Wiesio nie tylko lubi huśtać się na niej, ale też słuchać jak skrzypi. Za domem znajduje się duży dziedziniec ze stajnią i ogrodem, jak również niewielkim stawem. Jest to plac zabaw przeznaczony dla dzieci i miejsce letnich ogrodowych przyjęć, a także punkt zbiórki przed polowaniami oraz wyprawami na jagody i grzyby. To również miejsce, gdzie dla rozrywki i słuchania wróżb przyjmowani są Cyganie. Matka Autora zawsze pozwalała Cyganom, aby ci jej wróżyli, a potem nigdy nie chciała zdradzić synowi, co też takiego jej powiedzieli.

Szczęśliwe dzieciństwo małego Wiesia brutalnie przerywa wybuch drugiej wojny światowej. Ostatnią rzeczą, jaką zapamięta z dzieciństwa, będzie wyprawa na polowanie z uwielbianym ojcem, który choć niekiedy surowy, zawsze był przez niego kochany. Będzie też pamiętał jak w dniu aresztowania ojciec zobowiąże go do opiekowania się mamą. Ta poważna rozmowa będzie ostatnią, jaką Wiesław Adamczyk odbył ze swoim ukochanym tatą. Potem Sowieci przyjdą także po niego i wraz z matką oraz rodzeństwem zostanie zesłany na Syberię. Ta podróż już zawsze będzie najgorszym wspomnieniem jego życia. W nieludzkich warunkach Pociągiem Donikąd będzie zmierzał w nieznane.

Wydanie amerykańskie (2006)
Wyd. University Of Chicago Press
Mały Wiesio będzie widział, jak niektórzy ludzie będą próbowali uciekać tuż po przekroczeniu polskiej granicy. Ludzie ci będą ryzykować życie w momentach, kiedy z tego czy innego powodu żołnierze będą wypuszczać ich z pociągu na zewnątrz. Niestety, większość z nich zginie natychmiast od kuli strażnika albo enkawudzisty. Im bardziej będą oddalać się od Polski, tym tego rodzaju prób będzie mniej. Wreszcie jedyne, co będą mogli zrobić, to pożegnać się z ojczyzną, która z każdą kolejną łąką czy samotnym drzewem mijanym po drodze coraz bardziej będzie oddalać się od nich. Nad nimi będą latać ptaki, którym zawsze wolno przekraczać granice wedle ich woli, lecz oni wciąż będą tkwić uwiezieni w pociągu towarowym niczym bydło transportowane na rzeź. Będą przeklinać Sowietów i modlić się, aby Bóg nie opuścił ich w nieszczęściu.

Mimo to wydaje się, że Bóg tych ludzi jednak opuścił. Zapomniał o nich, a ich los powierzył barbarzyńskim Sowietom. Wraz z rodziną Wiesław trafia w końcu do Kazachstanu, gdzie jego warunki materialno-bytowe są gorzej niż złe. Jak gdyby to nie wystarczyło, cierpi głód, a jedyną potrawą jest garść mąki rzucana na gorącą wodę. W dodatku trzeba uważać na to, co się mówi, aby nie ściągnąć na rodzinę niebezpieczeństwa śmierci lub kolejnej zsyłki. Jedyne, co trzyma Adamczyków przy życiu, to wiara w to, że ojciec jednak żyje. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują dnia, kiedy znów będą mogli być razem. W tej całej gehennie dzieci mogą zawsze liczyć na matkę. Jurek, jako najstarszy syn, zastępuje ojca i robi wszystko, aby poprawić choć odrobinę jakość życia rodziny. Robi to nawet kosztem własnego bezpieczeństwa. Kiedy wreszcie przychodzi dzień, w którym mogą opuścić Syberię, Adamczykom wydaje się, że teraz już może być tylko lepiej. Niemniej już wkrótce przekonują się, że na normalne życie będą musieli jeszcze bardzo długo poczekać.

Uważam, że ta autobiografia jest czymś na kształt dokumentu. Na przestrzeni lat wydano już wiele podobnych książek, lecz akurat ta w szczególny sposób chwyta czytelnika za serce. Dzieje się tak dlatego, iż w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z małym niewinnym chłopcem, któremu okrutny los odebrał rodzinę i dzieciństwo i skazał na wiele lat tułaczki po świecie w warunkach, w których wielu z nas nie byłoby w stanie przeżyć ani jednego dnia. Nie omijają go też choroby i utrata tych, których kocha najbardziej na świecie. Dlatego nie można się dziwić, że Wiesio w pewnym momencie buntuje się przeciwko Bogu. Ten bunt będzie trwał wiele lat, zanim do świadomości Autora dotrze, że tak naprawdę Bóg przez cały ten czas nie robił nic innego, jak tylko otaczał go opieką.

Bunt Wiesława Adamczyka polegał na wątpieniu w Boże Miłosierdzie. Musiał bowiem tłumaczyć siostrze, że gdyby Bóg faktycznie był miłosierny, wówczas nie dopuściłby do tych wszystkich okropności, które wydarzyły się przez ostatnie lata życia rodziny Adamczyków. Na te zarzuty dziewczyna odpowiedziała, że to wszystko, co się wokół dzieje nie jest winą Boga, lecz ludzi. To ich należy winić, bo to oni doprowadzili do takiego bestialstwa. Lecz Wiesław miał już dosyć tego typu argumentów, które stale słyszał z ust dorosłych. Teraz postanowił głośno powiedzieć, co sam o tym myśli. Uważał bowiem, że kiedy ludziom dobrze się dzieje, wtedy padają na kolana i wznoszą z wdzięcznością ręce do Boga, dziękując Mu za dobroć i łaskę. Ale gdy mają miejsce rzeczy naprawdę straszne, okrutne i nieludzkie, wówczas to ludzie ponoszą winę, a nie Bóg?! Wtedy Zosia przypomniała bratu, że przecież ludzie obdarzeni są wolną wolą i w związku z tym wcale nie muszą czynić zła.


Tak wyglądały masowe deportacje Polaków zamieszkujących Kresy Wschodnie

W swoim buncie Wiesław Adamczyk zauważył również, że w stosunku do Boga można powiedzieć dokładnie to samo. Przecież On także już na samym początku mógł dokonać wyboru: czy stworzyć samych dobrych ludzi, czy samych złych, czy może jednych i drugich, a także takich obdarzonych wolną wolą lub jej pozbawionych. Mógł też zezwolić na nędzę i na nieszczęście na świecie albo nie. Co zatem Bóg zrobił? Otóż stworzył złych ludzi i zgodził się na nieszczęście oraz cierpienie. Dlaczego? W jakim celu? Wiesław doskonale pamiętał, że w domu zawsze uczono go, że Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo. Fakt ten dotyczy wszystkich bez wyjątku. A więc także i tych złych. Jeśli więc mamy w to wierzyć, to należy też uwierzyć i w to, że jeżeli Bóg naprawdę istnieje, nie jest wyłącznie samym Dobrem. Czy naprawdę tak jest? Czy Wiesław miał rację, kłócąc się i z Bogiem, i z siostrą? 

W moim odczuciu tej książki nie można oceniać, ponieważ ludzkiego cierpienia i ludzkiej krzywdy ocenić się po prostu nie da. Nie da się tego zmierzyć ani zważyć. Nie można przecież oszacować bestialstwa, jakie potrafi zgotować drugi człowiek w imię jakichś chorych idei czy ambicji. Ta autobiografia jest naprawdę warta przeczytania, choćby ze względu na to, że im dalej od wojny, tym mniej o niej myślimy. Tym mniej interesują nas ludzie, którzy musieli ją przeżyć, jak i ci, którym nie było dane rozpocząć nowego życia po jej zakończeniu. Być może ktoś powie, że tego typu literatura jest niepotrzebna, bo przecież wyzwala w ludziach odruch zemsty, a teraz mamy przecież inne czasy? Możliwe, że w pewnym stopniu tak właśnie jest, ale z drugiej strony pamiętajmy, że ani od historii, ani od zła nie da się uciec. Nie zapominajmy też, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznych czasach, a nieodpowiedzialne decyzje polityków mogą kosztować życie tysiące, a nawet miliony istnień ludzkich. Natomiast historia i minione wojny są po to, aby się na nich uczyć nie popełniać tych samych błędów, co nasi poprzednicy. Nie wolno natomiast ich gloryfikować. 








środa, 7 września 2016

Ryszard Wolański – „Aleksander Żabczyński. Jak drogie są wspomnienia”














Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2015
Przedmowa: Roman Dziewoński
Współpraca: Adam Wolański





Aleksander Żabczyński (1900-1958) to – obok Eugeniusza Bodo (1899-1943) – wybitny aktor przedwojennego kina i teatru. Niektórzy twierdzili wręcz, że ci dwaj panowie rywalizowali ze sobą o to, który z nich jest „większym amantem” kina lat 30. XX wieku. Nie wiadomo do końca, czy ta rywalizacja była autentyczna, czy może tylko stworzona na potrzeby rozwoju kariery obydwu aktorów. Pewne jest natomiast, że zarówno Aleksander Żabczyński, jak i Eugeniusz Bodo mieli mnóstwo wielbicielek zakochanych w nich bez pamięci. Na deskach teatrów, czy też w filmach obydwaj stworzyli niezapomniane kreacje bohaterów, które do dzisiaj wspominane są z ogromnym sentymentem. Postacie kreowane przez Aleksandra Żabczyńskiego na pewno były świadome własnej urody oraz wysokiej pozycji społecznej. Byli to zazwyczaj eleganccy dżentelmeni, których los obdarzył ogromnym urokiem osobistym, nie zapominając również o zasobności ich portfela.

Byli tacy, którzy sądzili, że prywatnie Aleksander Żabczyński bardzo przypomina bohaterów, których odgrywa. Lubił bowiem obracać się w elitarnych kręgach Warszawy. Ponieważ jego przyjazny sposób bycia sprawiał, że bardzo łatwo zjednywał sobie ludzi, wiele grzechów mu wybaczano. Kobiety roztapiały się pod jego ciepłym spojrzeniem, zaś promienny uśmiech i aksamitny głos naprawdę potrafiły zdziałać cuda. Z kolei mężczyźni doceniali jego sportowe umiejętności. W chwilach, gdy przedwojenna towarzyska elita zajmowała się plotkowaniem na temat coraz to nowych trendów w obowiązującej modzie, a także koloryzowaniem niektórych wydarzeń, fanki Aleksandra Żabczyńskiego wzdychały do oficerów, arystokratów czy młodych przedsiębiorców, w których role wcielał się aktor.

Można powiedzieć, że szczytowym momentem w karierze aktorskiej Aleksandra Żabczyńskiego był dzień 23 grudnia 1935 roku, kiedy na ekrany kin wszedł film w reżyserii Jana Nowiny-Przybylskiego (ok. 1904-1938) i Konrada Toma (1887-1957) zatytułowany Manewry miłosne, czyli córka pułku. Nasz bohater zagrał w nim rolę hrabiego Nika Quanti, który był porucznikiem huzarów. Akcja komedii rozgrywa się w stolicy fikcyjnego państwa o nazwie Skumbrja. Oczywiście rej wodzi porucznik Niko Quanti. Jego rodzina pragnie, aby ten ożenił się z kobietą, która została dla niego wybrana. Niemniej porucznik jest już zakochany w pięknej, owdowiałej baronowej, którą obdarzył głębokim uczuciem podczas pewnego balu. Tak więc do narzeczonej, którą narzuciła mu rodzina, Niko udaje się w przebraniu swego ordynansa, który z kolei odgrywa rolę porucznika. Okazuje się jednak, że przeznaczoną mu narzeczoną jest… właśnie owdowiała baronowa Kolmar. Tymczasem ona również przebrała się za swoją pokojówkę, natomiast pokojówka wcieliła się w rolę swej pani. Wszelkie nieporozumienia wyjaśniają się dopiero wtedy, gdy odbywają się prawdziwe husarskie zaręczyny.


Aleksander Żabczyński (Niko Quanti) & Tola Mankiewiczówna (baronowa Kolmar) 
w filmie Manewry miłosne, czyli córka pułku.


Na planie Miłosnych manewrów Aleksander Żabczyński pokazał, że naprawdę potrafi tańczyć, czego przykładem była przepiękna scena walca zatańczonego z Tolą Mankiewiczówną (1900-1985). Co ciekawe, aktorzy i cała ekipa filmowa pracowali nad nią ponad trzydzieści godzin, zaś Aleksander Żabczyński przez cały ten czas nie odczuwał zmęczenia, lecz zachowywał zwiewność ruchów, prowadząc swoją partnerkę w sposób zdecydowany. Śpiew, taniec oraz pełna żartobliwych momentów gra aktorska sprawiły, iż po premierze filmu okrzyknięto Żabczyńskiego gwiazdą pierwszej wielkości. To wszystko spowodowało, że niecały rok później aktor ponownie śpiewał i tańczył na ekranie. Tym razem wystąpił z Lodą Niemirzanką (1909-1984) i zaśpiewał wielki szlagier Nie kochać w taką noc to grzech. Z kolei w 1936 roku Aleksander Żabczyński pojawił się w komedii w reżyserii Konrada Toma zatytułowanej Ada! To nie wypada!, gdzie zagrał arystokratę bez pamięci zakochanego w pięknej i żywiołowej córce ziemianina.

W 1936 roku na ekrany kin wszedł także inny film z udziałem Aleksandra Żabczyńskiego. Mowa oczywiście o Jadzi w reżyserii Mieczysława Krawicza (1893-1944), gdzie zagrał Jana Okszę – syna prezesowej składu sportowego. W filmie tym towarzyszyła mu Jadwiga Smosarska (1898-1971) wcielająca się w rolę głównej bohaterki Jadzi Maliczówny, która była córką właściciela konkurencyjnej firmy. Szybko okazało się jednak, że widzowie pragną oglądać Żabczyńskiego w rolach „rozśpiewanych”, a występ u boku najbardziej znanej żeńskiej gwiazdy polskiego kina przedwojennego – Jadwigi Smosarskiej – zapisał się w dorobku aktora jako ten najbardziej znany, o którym wiele z nas pamięta do dziś. Nie tylko widzowie nie mieli zastrzeżeń do jego roli w Jadzi. Ich zdanie podzielali także krytycy. Manewry miłosne czy Jadzia nie były pierwszymi filmami, w których widzowie mogli oglądać Aleksandra Żabczyńskiego. Aktor zadebiutował bowiem przed kamerami już dziesięć lat wcześniej, zaś na deskach teatru pojawił się w 1922 roku.


Michał Znicz (1888-1943) jako Królik, dyrektor firmy Oksza,
Mieczysława Ćwiklińska (1879-1972) w roli prezesowej firmy i matki Jana Okszy
oraz Aleksander Żabczyński (Jan Oksza). 

Kadr pochodzi z filmu Jadzia.


Rodzina Żabczyńskiego nie była jednak zachwycona z obranej przez niego życiowej drogi. Aleksander był synem oficera armii rosyjskiej, który po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, został generałem Wojska Polskiego, więc oczekiwano, że syn pójdzie jednak w ślady ojca. Oczywiście taki był pierwotny plan, ponieważ kiedy Aleksander Żabczyński ukończył dziewiętnaście lat, wówczas rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych w Poznaniu. Do 1921 roku służył zatem w 1. pułku artylerii, aby po ogłoszeniu demobilizacji rozpocząć studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Problemy zaczęły się natomiast wraz z otrzymaniem indeksu Warszawskiej Szkoły Gry Sceniczno-Filmowej N. Niovilli. Od tego momentu przyszły aktor znacznie częściej przebywał w towarzystwie koleżanek i kolegów po fachu, aniżeli wśród prawników. Ostatecznie w 1922 roku z prawem wygrała jego miłość do teatru. Wtedy też – jako młody syn żołnierza – zadebiutował na scenie teatru eksperymentalnego Reduta, który został założony przez Juliusza Osterwę (1885-1947) i Mieczysława Limanowskiego (1876-1948). Wystąpił tam w Pastorałce Leona Schillera (1887-1954) i wcielił się w rolę Archanioła Gabriela. Studiów prawniczych nigdy nie ukończył, natomiast przez kilka kolejnych lat Aleksander Żabczyński współpracował z łódzkimi, lwowskimi i warszawskimi teatrami. Trzeba też przyznać, że doskonale czuł się również na scenach teatrzyków rewiowych.

Tamara Wiszniewska (1919-1981) w roli
hrabianki Jadwigi & Aleksander Żabczyński
jako Zygmunt, narzeczony Jadwigi
w filmie Biały murzyn (1939).

reż. Leonard Buczkowski (1900-1967)
W 1926 roku Aleksandra Żabczyńskiego odkrył Henryk Szaro (1900-1942), który powierzył mu mało znaczącą rolę w dramacie zatytułowanym Czerwony błazen. Był to film niemy z wątkiem kryminalnym, a jego zapis zaginął na przestrzeni lat. Niektórzy biografowie Aleksandra Żabczyńskiego twierdzą, że aktor spotkał na planie filmowym Jadwigę Smosarską już w 1927 roku, kiedy to obydwoje zagrali w Ziemi obiecanej będącej ekranizacją powieści Władysława Reymonta (1867-1925). Film został wyreżyserowany przez Aleksandra Hertza (1879-1928) i Zbigniewa Gniazdowskiego (1877-1950). Oczywiście produkcja ta nie przetrwała próby czasu, ale nie to jest najważniejsze, choć z drugiej strony może gdyby była obecnie dostępna, wówczas można byłoby uniknąć pomyłek dotyczących jej obsady.

Pomimo że Aleksander Żabczyński wymieniany jest w obsadzie tegoż filmu, to jednak gdzieś na samym końcu, co może świadczyć, że jego rola była praktycznie bez znaczenia. Nigdzie też nie można znaleźć nawet wzmianki o charakterze roli, w jaką się tam rzekomo wcielił. Jadwiga Smosarska natomiast zagrała jedną z głównych ról, a była to postać Anki Kurowskiej.

Z kolei Ryszard Wolański w swojej książce o Aleksandrze Żabczyńskim zawzięcie odpiera powyższą tezę i twierdzi, że aktor nigdy nie pojawił się na planie tego filmu i nie zagrał w nim żadnego z bohaterów. Komu zatem należałoby wierzyć? Jeśli o mnie chodzi, to przychylam się do opinii Ryszarda Wolańskiego, ponieważ o Aleksandrze Żabczyńskim jest tak mało informacji odnośnie do Ziemi obiecanej, a te, które są nie stanowią nawet najmniejszego dowodu na to, iż aktor faktycznie pojawił się w tym filmie. Poza tym Ryszard Wolański przeprowadził szereg badań merytorycznych, które pozwoliły mu na zaprzeczenie faktom podawanym przez innych biografów Aleksandra Żabczyńskiego. Prawdą natomiast jest, że w Ziemi obiecanej obok Jadwigi Smosarskiej wystąpiły takie gwiazdy przedwojennego kina, jak Kazimierz Junosza-Stępowski (1880-1943), Ludwik Solski (1855-1954), Antoni Różański (1862-1934), czy Loda Halama (1911-1996).

Maria Malicka (1900-1992) jako
śpiewaczka Ewa Korecka,
Aleksander Żabczyński w roli
dziedzica Zaruby
& Wiesław Gawlikowski
(ok. 1890-1933) jako profesor muzyki.

Kadr pochodzi z filmu Janko Muzykant.
Pierwszym filmem z udziałem Aleksandra Żabczyńskiego, który zachował się do dziś, jest Janko Muzykant i pochodzi z 1930 roku. Oczywiście film zrealizowano w oparciu o opowiadanie Henryka Sienkiewicza (1846-1916) pod tym samym tytułem. Żabczyński zagrał w nim nieczułego na piękno sztuki dziedzica Zarubę. Obraz został wyreżyserowany przez Ryszarda Ordyńskiego (1878-1953). Niestety, ani rola w Janku Muzykancie, ale też role w kolejnych dramatach nie przyniosły aktorowi sukcesu. Musiało upłynąć jeszcze trochę czasu, aby aktor wspiął się na szczyt swojej aktorskiej kariery. Wydaje się, że dopiero kino dźwiękowe sprawiło, iż w pełni dostrzeżono talent Żabczyńskiego. Bez wątpienia wielkim atutem aktora był jego melodyjny i aksamitny głos, który mógł zostać zauważony tylko na planach filmów dźwiękowych albo w teatrach. Ta nieziemska barwa głosu w miarę upływu czasu stawała się znakiem firmowym Aleksandra Żabczyńskiego. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze promienny uśmiech, którym uwodził swoje wielbicielki.

Z kolei Jan Nowina-Przybylski odkrył w Żabczyńskim jego talent komediowy. To właśnie ten reżyser powierzył aktorowi główną rolę w Panience z poste restante (1935). Współreżyserem obrazu był Michał Waszyński (1904-1965) znany również ze ścisłej współpracy z Eugeniuszem Bodo. Potem przyszła kolej na wspomniane już Manewry miłosne, a także kolejne dzieła z domieszką komedii, jak Ada! To nie wypada! (1936), Będzie lepiej (1936), Jadzia (1936) czy Pani minister tańczy (1937). Natomiast na planie Zapomnianej melodii (1938) u boku Heleny Grossówny (1904-1994) Żabczyński zaśpiewał Już nie zapomnisz mnie, która to piosenka stała się przewodnim motywem filmu. Premiera ostatniego przedwojennego filmu z udziałem Żabczyńskiego miała miejsce już w czasie okupacji hitlerowskiej 31 maja 1940 roku. Był to film zatytułowany Sportowiec mimo woli w reżyserii Mieczysława Krawicza. Obraz był doskonałą komedią, w której Aleksander Żabczyński w rolach głównych wystąpił wraz z Adolfem Dymszą (1900-1975), najbardziej utalentowanym przedwojennym aktorem komediowym.


Helena Grossówna jako pensjonarka Halina Rolicz & Aleksander Żabczyński
w roli Stefana Frankiewicza.

Kadr pochodzi z filmu Zapomniana melodia.


Lata drugiej wojny światowej brutalnie przerwały doskonale rozwijającą się karierę aktorską Aleksandra Żabczyńskiego. Zresztą, nie tylko on musiał zawiesić swoją karierę. Inni aktorzy również zostali do tego zmuszeni, choć byli i tacy, którzy nie wahali się grać dla Niemców. Natomiast sam Żabczyński jako zawodowy żołnierz zasilił szeregi Wojska Polskiego i opuścił kraj, pozostawiając w nim żonę Marię (1903-1981). Został ranny w bitwie pod Monte Cassino, która rozegrała się w dniach 17-19 maja 1944 roku. Do Polski powrócił w 1946 roku w stopniu kapitana. Niestety, nie była to już ta sama Polska, którą aktor zostawiał przed kilkoma laty. Teraz władzę w państwie sprawowali stalinowscy komuniści, którzy jakoś tak szczególnie upatrzyli sobie Żabczyńskiego i za wszelką cenę starali się znaleźć na niego przysłowiowego „haka”. Teczka akt z donosami i rozpracowywaniem „szpiega Żabczyńskiego” była dość sporych rozmiarów. Czy coś znaleziono? Nie, ponieważ w życiorysie aktora nie było niczego, co mogłoby go kwalifikować jako szpiega i zdrajcę Polski. Pamiętając jednak, co Sowieci zrobili z Eugeniuszem Bodo, można było spodziewać się wszystkiego.

Aleksander Żabczyński jako
Szafrankiewicz w spektaklu teatralnym
Trzeci dzwonek (1958).

reż. Marian Wyrzykowski (1904-1970)
Po przeczytaniu doskonałej biografii Eugeniusza Bodo zatytułowanej Już taki jestem zimny drań, którą również napisał Ryszard Wolański, kwestią czasu było sięgnięcie po kolejną książkę z tego gatunku jego autorstwa. W mojej opinii Ryszard Wolański należy bowiem do grona tych biografów, którzy nie idą na skróty, nie snują domysłów i nie podają w swoich książkach informacji, które nie mają nic wspólnego z tematem oraz opisywaną rzeczywistością. Autor jest także jednym z tych, którzy autentycznie zżywają się z osobami, o których piszą, co jest wyraźnie widoczne na kartach książek. Te emocje udzielają się również czytelnikowi. Tak więc sięgając po Jak drogie są wspomnienia byłam niemalże pewna, iż ani się nie rozczaruję, ani też nie będę mieć poczucia, że czegoś nie zrozumiałam, ponieważ Autor podaje informacje w sposób nie tylko przejrzysty, ale też bardzo ciekawy. Prostuje również fakty, które ktoś inny wcześniej zniekształcił, sprawiając, że biografia Aleksandra Żabczyńskiego mogła poniekąd zostać zafałszowana.

Z niniejszej biografii czytelnik dowie się wielu naprawdę wartościowych rzeczy z zakresu przedwojennego kina. Sama osoba Aleksandra Żabczyńskiego budzi podziw, szacunek, ale też współczucie, szczególnie kiedy czytamy o powojennym fragmencie jego życia. Po wojnie pojawiła się bowiem poważna choroba, która nie zawsze pozwalała aktorowi na normalne życie. Choć wrócił do aktorskiego zawodu, to jego praca wyglądała już nieco inaczej, niż miało to miejsce przed okupacją hitlerowską. Wydaje się, że przy życiu trzymała go miłość do żony, chociaż byli i tacy, którzy zarzucali mu zdrady małżeńskie i prowadzenie hulaszczego życia.

Biografia napisana jest w podobny sposób, jak ta o Eugeniuszu Bodo. Praktycznie jest to ten sam schemat, lecz mimo to czytelnik nie ma wrażenia, że czyta powielenie tamtej książki, a tylko w roli głównej występuje inny bohater. Książka zawiera wiele fotografii pochodzących z zawodowego życia Aleksandra Żabczyńskiego. Są też teksty donosów i akt, które służyły Urzędowi Bezpieczeństwa do rozpracowywania „podejrzanego”. Myślę, że dla fanów przedwojennego kina oraz osoby Aleksandra Żabczyńskiego będzie to biografia niezwykle wartościowa, pozwalająca choć na chwilę przenieść się w lata dwudziestolecia międzywojennego, a potem do trudnej powojennej Polski.