Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ałbena Grabowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ałbena Grabowska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2016

Ałbena Grabowska – „Stulecie Winnych. Ci, którzy wierzyli” # 3















Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
Warszawa 2015






Można powiedzieć, że po raz pierwszy komunizm w Polsce pojawił się jeszcze podczas drugiej wojny światowej, a było to w momencie, gdy Armia Czerwona wkroczyła do Polski w 1944 roku. Z kolei na konferencjach w Jałcie (4-11 lutego 1945) i Poczdamie (17 lipca-2 sierpnia 1945) przywódcy Związku Sowieckiego, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii ustalili, że po zakończeniu wojny nasz kraj pozostanie pod wpływem reżimu Sowietów. Tak więc rozpoczęło się powolne i żmudne budowanie komunistycznego aparatu w Polsce. Powołano zatem Urząd Bezpieczeństwa (UB), który po zakończeniu okresu stalinowskiego zamieniono na Służbę Bezpieczeństwa (SB). Urząd ten zajmował się tropieniem oraz aresztowaniem politycznych przeciwników ustroju panującego w Polsce. Władza podporządkowała sobie administrację państwową i władze wojewódzkie. Rozpoczął się także proces wprowadzania systemu propagandowego komunizmu do szkół, natomiast wobec zbuntowanych nauczycieli stosowano represje. Władza państwowa podlegała ścisłym rozkazom Związku Radzieckiego, zaś polski rząd wprowadził gospodarkę monopolistyczną, jak również upaństwowił ją, podporządkowując w całości partii.

Struktura państwa polskiego na wzór tej, jaka obowiązywała w Związku Radzieckim, była planem Józefa Stalina (1878-1953), który opracował go jeszcze na długo przed zakończeniem wojny. Zachodnie mocarstwa, takie jak Wielka Brytania czy Francja, przeżywały wówczas niesamowity wzrost gospodarczy, podczas gdy Polska znajdowała się w sidłach komunistycznych i coraz bardziej pogrążała się w ubóstwie i kryzysie. W dniu 13 czerwca 1946 roku wprowadzono karę śmierci dla tych, którzy odważą się występować przeciwko władzy komunistycznej. W Polsce rozpoczęła się zatem nagonka na działaczy niepodległościowych i wolnościowych, a wszelki opór z ich strony został zdławiony siłą.

Stanisław Mikołajczyk
autor nieznany
źródło: Gazeta Ludowa (1946)
Dnia 22 września 1946 roku do życia powołano Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Rozpoczęła się także inwigilacja oraz indoktrynacja środowisk akademickich i tych o charakterze patriotycznym. Zaczęły się prześladowania członków Polskiego Stronnictwa Ludowego. Przeprowadzono również referendum, którego wyniki i tak sfałszowano. Do publicznej wiadomości podano bowiem, że Polacy popierają działania komunistów, co oczywiście było kłamstwem, które sprytnie wpajano społeczeństwu. Wybory z 19 stycznia 1947 roku okazały się natomiast jedną wielką farsą, zaś ich wynik z góry był znany. W rzeczywistości wygrałby przywódcza Polskiego Stronnictwa Ludowego Stanisław Mikołajczyk (1901-1966), lecz tak zafałszowano wyniki wyborów, że ponad osiemdziesiąt procent wyborców „poparło” partię komunistyczną. Tak więc powołano nowy rząd, a na jego czele stanął Józef Cyrankiewicz (1911-1989), który był działaczem partii socjalistycznej. Józef Cyrankiewicz otwarcie popierał komunistyczne rozwiązania w stosunku do naszego kraju. W tej sytuacji Stanisław Mikołajczyk potajemnie uciekł z Polski.

Powojenna Polska znajdowała się pod ścisłą kontrolą Związku Radzieckiego. W takiej sytuacji Józefowi Stalinowi udało się stworzyć w naszym kraju własny podległy mu rząd, na którego czele stali Bolesław Bierut (1892-1956) i Edward Osóbka-Morawski (1909-1997), a później Władysław Gomułka (1905-1982). Utworzono więc Rząd Tymczasowy, zaś rząd na emigracji utracił swoje wpływy w Polsce. Od tego momentu rozpoczęła się ostra sowietyzacja Polski, natomiast polscy komuniści wspólnie z Sowietami przystąpili do budowy komunistycznego aparatu w naszym kraju. W związku z tym dochodziło do masowych aresztowań żołnierzy Armii Krajowej. Wtedy też odbył się tak zwany proces szesnastu, czyli pokazowy proces przywódców Polskiego Państwa Podziemnego przeprowadzony w dniach 17-21 czerwca 1945 roku. To właśnie w konsekwencji tych działań wspomniany wyżej Stanisław Mikołajczyk dwa lata później musiał opuścić Polskę.

Komunizm narzucony Polakom siłą po zakończeniu drugiej wojny światowej nie spotkał się bynajmniej z zadowoleniem polskiego społeczeństwa. Pierwsze oznaki buntu pojawiły się w 1956 roku, a potem w roku 1968, lecz dopiero w 1989 roku oficjalnie uznano, że Polacy nie zgadzają się na komunistyczny reżim. W dniach 28-30 czerwca 1956 roku miał miejsce tak zwany Poznański Czerwiec. Uliczne demonstracje zostały jednak krwawo stłumione przez wojsko i milicję. Natomiast od 8 do 23 marca 1968 roku demonstrowali studenci między innymi w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Radomiu, Poznaniu i Łodzi. Wtedy również do akcji wkroczyła milicja, niezwykle brutalnie obchodząc się z protestującymi młodymi ludźmi. Do powszechnego społecznego niezadowolenia przyczyniły się bieda, ubóstwo oraz kryzys gospodarczy, za co oczywiście odpowiedzialny był ówczesny ustrój komunistyczny. Brak podstawowych środków do życia, niedobory żywnościowe, jak również fatalny stan polskiej gospodarki zmusiły Polaków do zastanowienia się nad systemem rządów w kraju. Trzeba pamiętać, że przez te wszystkie lata komunizm w Polsce zbierał bardzo krwawe żniwo w ludziach, zaś prawdziwa odwilż w relacjach pomiędzy rządem a opozycją nastąpiła dopiero w 1989 roku. Z kolei w latach 90. XX wieku udało się Polakom nie tyle zapomnieć o komunizmie, co uwierzyć, że można żyć inaczej. Rozpoczął się bowiem żmudny proces budowy demokratycznej Polski.


Poznański Czerwiec 1956
Manifestacja na ulicy Armii Czerwonej (obecnie Świętego Marcina).
autor nieznany


Powyższe nakreślenie powojennej sytuacji Polski stanowi, jak gdyby pomost łączący tło historyczne drugiego i trzeciego tomu Stulecia Winnych. Poprzednią część Ałbena Grabowska zakończyła niezwykle dramatycznym wydarzeniem, a mianowicie buntem studentów z marca 1968 roku, o czym wspomniałam wyżej. Przez zupełny przypadek jedna z bohaterek stała się ofiarą tamtych demonstracji i tak naprawdę nie wiadomo było, jak dalej potoczą się jej losy. Czy przeżyje? Czy będzie jeszcze mogła normalnie funkcjonować i wykonywać swój zawód? Czy kiedykolwiek wybaczy swojej matce, że ją oszukała i pozwoliła jej żyć przez długie lata w nieświadomości?

Tym razem Autorka przenosi czytelnika do roku 1971, kiedy na świat przychodzą kolejne bliźniaczki z rodziny Winnych. Otóż Maria Bartosiewicz, która po dramatycznym zniknięciu męża w dniu wybuchu drugiej wojny światowej, zdążyła już wyjść po raz kolejny za mąż, oczekuje właśnie nardzin swoich wnuczek. Jej córka Basia przebywa w szpitalu i rodzi dwie dziewczynki. Poród nie należy do łatwych, więc strach czuje nie tylko położnica, ale także jej siostra bliźniaczka – Katarzyna. Wszyscy nadal pamiętają, że przecież w czerwcu 1914 roku po trudnym porodzie zmarła żona Stanisława Winnego – Katarzyna – wydając na świat również bliźniaczki, którym nadano imiona Mania i Ania. Tak więc Kasia wykorzystuje swoją pozycję sławnej aktorki i robi, co w jej mocy, aby należycie zaopiekowano się Basią. Na szczęście wszystko dobrze się kończy i na świecie pojawiają się dwie dziewczynki – Urszula i Julia, na które w domu czeka już starszy brat Karol.

Jak wiadomo, w Polsce panuje głęboka komuna i nie żyje się najlepiej. W kraju u sterów władzy stoi Edward Gierek (1913-2001), i choć Autorka w ogóle o nim nie wspomina, to jednak czytelnik powinien wiedzieć, że cała dekada lat 70. XX wieku nazwana została właśnie Dekadą Gierka, którego polityka dążyła głównie do tego, aby społeczeństwo odczuło poprawę jakości życia. Rozpoczęto zatem odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie zniszczonego podczas wojny. Głoszono też hasła typu: aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Zaczęto realizować program odnoszący się do wzrostu poziomu życia Polaków poprzez otwarcie granic z NRD i Czechosłowacją. Tworzono nowe miejsca pracy, półki w sklepach uginały się od wszelkiego rodzaju towarów, prowadzono aktywną politykę zagraniczną na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych czy też podczas Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE). Szczególnie w telewizji ruszyła machina propagandowa dotycząca gospodarczych sukcesów Polski. Z kolei w połowie lat 70. XX wieku wprowadzono zmiany do ówczesnej Konstytucji mówiące o tym, że PRL jest państwem socjalistycznym. Był tam też zapis dotyczący przewodniej roli PZPR, jak również przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Poprawie uległy także relacje pomiędzy państwem a Kościołem, czego przejawem było wydawanie pozwoleń na budowę miejsc religijnego kultu. Dopuszczono nowy podział administracji kościelnej oraz wydano pozwolenie na wizytę papieża Jana Pawła II (1920-2005) w Polsce w 1979 roku.


Tak wyglądały sklepy w Dekadzie Gierka (1973)
źródło


Niestety, pod koniec lat 70. XX wieku ten „gospodarczy sukces” zaczynał powoli chylić się ku upadkowi, bo przecież ileż można było żyć „na kredyt”, jaki zafundował Polsce Edward Gierek. Tak więc w czerwcu 1976 roku wprowadzono kartki na zakup cukru, a władze ogłosiły podwyżki cen, zaś jeszcze do niedawna pełne półki sklepowe teraz świeciły pustkami. Pod sklepami zaczęły ustawiać się gigantyczne kolejki, a w Radomiu, warszawskim Ursusie i Płocku miały miejsce strajki, które zostały spacyfikowane przez oddziały Milicji Obywatelskiej i Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej (ZOMO). Powszechne stały się represje zwane ścieżkami zdrowia, które stosowano wobec opozycji, a które były swego rodzaju formą tortur.

Skupmy się jednak na potomkach Bronisławy i Antoniego Winnych. Na kartach trzeciego tomu trylogii czytelnik towarzyszy im bowiem aż do czasów nam współczesnych, czyli do 2014 roku. Tak więc możemy obserwować, jak na przestrzeni dziesięcioleci zmieniała się Polska i w jaki sposób odradzała się w naszym kraju demokracja. Autorka pokazuje dwa różne światy. Z jednej strony mamy rodzinę naszych głównych bohaterów, której – pomimo kryzysu i naprawdę ciężkich czasów – nie żyje się wcale aż tak źle. Z drugiej strony natomiast jest rodzina Wiśniewskich, gdzie bieda wystaje z każdego kąta. Te dwie familie zwiążą się ze sobą na długie lata, choć jeszcze o tym nie wiedzą. Przyjdzie im zmierzyć się z problemami, które dla niektórych mogą wydawać się nie do przeskoczenia. Czytelnik będzie więc świadkiem dramatycznych zdarzeń, w których nie zabraknie przemocy, brutalności i krwi. Oczami wyobraźni będzie widział, jak w nowej, wolnej Polsce rodzi się mafia pruszkowska, a niektórzy bohaterowie nie potrafią poradzić sobie z zaistniałą rzeczywistością. Szczególnie starszemu pokoleniu nie będzie łatwo przestawić się na inne tory, niż te, którymi podążało przez lata komunizmu.

Od momentu omawiania pierwszego tomu Stulecia Winnych podkreślam, że Ałbena Grabowska wpadła na doskonały pomysł stworzenia sagi rodzinnej. Do tego doszła jeszcze bardzo dobra kreacja bohaterów, co zrobiło na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. W dodatku Autorka posiada lekkie pióro, dzięki czemu książki czyta się z przyjemnością. Dlatego nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy. Otóż za nic nie umiem pojąć, dlaczego przy tym wszystkim Ałbena Grabowska popełnia tak wiele błędów merytorycznych? Czy faktycznie zabrakło czasu na przeprowadzenie rzetelnych badań przed przystąpieniem do pisania? Gdzie byli redaktor i korektor, że tego wszystkiego nie zauważyli? Zwracałam na to uwagę przy poprzednich tomach. Myślałam, że skoro ten trzeci dotyka rzeczywistości, która jest znana większości z nas, to tym razem błędów nie będzie. Niestety, myliłam się. Pomimo że Autorka nie zapomniała o ważnych wydarzeniach, które są swego rodzaju wizytówką lat polskiego komunizmu, to jednak tak bardzo je wymieszała, że praktycznie przychodzi taki moment, kiedy czytelnik zastanawia się, jak było naprawdę, pomimo że doskonale zna ten fragment polskiej historii, ponieważ na ten okres przypadał czas jego narodzin, a potem dorastania. Autorom beletrystyki historycznej zazwyczaj wolno więcej, aniżeli tym, którzy zajmują się literaturą faktu. Wiem, że czasami dla potrzeb powieści przenoszą oni jakieś wydarzenie w czasie, lecz informują o tym czytelnika. Natomiast w tym przypadku nie ma na ten temat nawet zdania, a poza tym uważam, że linia fabularna jest tak skonstruowana, iż nie ma potrzeby bawienia się w tego rodzaju „przenosiny”.

Podobnie jak w przypadku poprzednich tomów, tutaj również Autorka na początku każdego rozdziału umieszcza rok, do którego odnoszą się poszczególne wydarzenia z życia bohaterów. Zastanawiam się jednak w jakim celu to robi, skoro pojawiają się zdarzenia, które nijak mają się do roku, w którym rzekomo miały miejsce. Pisząc tę trylogię Ałbena Grabowska miała zapewne na uwadze, aby jak najlepiej ukazać czytelnikowi klimat poszczególnych epok historycznych. Niestety, odnoszę wrażenie, że tworzenie wspomnianej atmosfery odbywało się na zasadzie „dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele”. Chyba najbardziej zaskoczyło mnie to, że Ałbena Grabowska umieszcza w roku 1984 zarówno wybuch reaktora w elektrowni atomowej w Czarnobylu, jak i zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki (1847-1984). Podczas gdy drugie ze zdarzeń faktycznie miało miejsce w 1984 roku (19 października), to katastrofa w Czarnobylu na Ukrainie (niegdyś Związek Radziecki) nastąpiła 26 kwietnia 1986 roku, czyli prawie dwa lata po zamordowaniu księdza Popiełuszki! Natomiast z fabuły trzeciego tomu wyraźnie wynika, że wybuch reaktora w elektrowni w Czarnobylu miał miejsce wcześniej, aniżeli śmierć Popiełuszki! Do dziś pamiętam wstrętny smak płynu Lugola, którym „częstowano” dzieci, aby w ten sposób rzekomo uchronić organizm przed szkodliwymi skutkami radioaktywnymi, co oczywiście nie miało już większego znaczenia, ponieważ dzieciakom podawano ten płyn kilka dni po wybuchu reaktora. W związku z tym wiem dokładnie, kiedy katastrofa miała miejsce, bo ją przeżyłam!


Elektrownia Jądrowa w Czarnobylu (reaktory 3 & 4)
Zdjęcie na licencji Creative Commons.
źródło


Na kartach trzeciego tomu dość często pojawiają się również różnego rodzaju programy telewizyjne, które mogliśmy oglądać w latach, kiedy rozgrywa się akcja powieści, szczególnie chodzi o lata 90. XX wieku. I tak na przykład bohaterowie książki już w 1989 roku mogą z zapartym tchem śledzić losy rodziny Carringtonów w popularnej amerykańskiej operze mydlanej zatytułowanej Dynastia, podczas gdy w Polsce pierwszy odcinek tego serialu pokazano dopiero 2 lipca 1990 roku! Podobnie rzecz przedstawia się w przypadku znanego teleturnieju Koło Fortuny. Nasi bohaterowie wlepiają oczy w ekrany telewizorów, kibicując uczestnikom zabawy i podziwiając urodę Magdy Masny również w 1989 roku, kiedy tak naprawdę pierwszy raz Koło Fortuny pojawiło się na antenie programu drugiego TVP dokładnie 2 października 1992 roku! Autorka cytuje też teksty z ówczesnych reklam telewizyjnych, co także ma na celu przybliżenie czytelnikowi klimatu tamtej epoki. Tego jest tak dużo, że w pewnym momencie pomyślałam sobie nawet, że na okładce książki powinna znaleźć się informacja, iż: „książka zawiera lokowanie produktu”.

Niestety, to jeszcze nie wszystko. Na przykład o odwilży w relacjach pomiędzy rządem a opozycją bohaterowie trzeciego tomu Stulecia Winnych rozmawiają w 1987 roku, gdy tak naprawdę dopiero w połowie sierpnia 1988 roku zaczęto przymierzać się do obrad Okrągłego Stołu, które ostatecznie miały miejsce w dniach od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 roku. Z fabuły powieści wynika również, że Lech Wałęsa został prezydentem Polski w 1992 roku, co jest nieprawdą, ponieważ urząd ten zaczął pełnić dużo wcześniej, bo od 22 grudnia 1990 roku. Z kolei popularni w czasach PRL-u cinkciarze zniknęli spod sklepów PEWEX czy BALTONA już w 1989 roku, a stało się tak na skutek wprowadzenia w Polsce nowego prawa dewizowego (15 marca 1989), na mocy którego zalegalizowano prywatny obrót obcymi walutami w kantorach walutowych. Natomiast na kartach książki cinkciarzy spotykamy jeszcze w 1995 roku!

Upadek Muru Berlińskiego
(listopad 1989)

Zdjęcie na licencji Creative Commons.
autor: Raphaël Thiémard
źródło
Ałbena Grabowska podaje też dokładną datę upadku Muru Berlińskiego, i nie jest to bynajmniej noc z 9 na 10 listopada 1989 roku, lecz czerwiec 1989 roku. Czerwiec był jedynie przymiarką do połączenia Niemiec. Dokładnie 4 czerwca 1989 roku, kiedy w Polsce odbywały się pierwsze częściowo wolne wybory, ulicami Berlina przeszła pierwsza legalna manifestacja opozycji, w której udział wzięło około miliona ludzi. Ale to dopiero w listopadzie niemieckie władze zdecydowały się na otwarcie granicy z RFN, co przyjęto niezwykle entuzjastycznie i wtedy też doszło do spontanicznego wyburzenia Muru Berlińskiego, a to w konsekwencji doprowadziło do zjednoczenia Niemiec.

W książce pojawiają się także wpadki językowe, jak „podnóże Tamizy”, nazwanie córki brata „siostrzenicą”, „koło 22:00” zamiast „około 22:00”, czy pomylenie imienia jednej z bohaterek drugiego planu. Na końcu książki czytelnik może odnaleźć drzewo genealogiczne rodziny Winnych, które oczywiście jest niezwykle pomocne, gdyż w powieści pojawia się tak wiele postaci, że w końcu możemy pogubić się przy zrozumieniu, jakiego rodzaju więzi rodzinne łączą tych ludzi. Niemniej, w drzewie genealogicznym znajdują się również informacje, które nie odpowiadają temu, co dzieje się w fabule. Na kartach książki jedna z bohaterek umiera w 1979 roku, podczas gdy w drzewie widnieje rok 1982. Nie ma też męża Katarzyny Bartosiewicz – Juliana Czerwca, który w powieści odegrał naprawdę bardzo ważną rolę.

Przyznam szczerze, że nie pamiętam, abym kiedykolwiek wcześniej tak bardzo gubiła się przy czytaniu książki, jak miało to miejsce w przypadku Stulecia Winnych. Pomimo zagłębiania się w naprawdę świetną linię fabularną, nie można nie zauważyć tych wszystkich błędów merytorycznych, które w mojej opinii bardzo zaniżają wartość trylogii. Jestem jednak skłonna przyznać, że trzeci tom podobał mi się najbardziej. Możliwe, że stało się tak dlatego, iż ta książka jest mi najbliższa pod względem czasu, w jakim rozgrywa się jej akcja. Bardzo wzruszył mnie opis stanu wojennego. Nie dość, że sam dzień jego ogłoszenia był tragiczny, to jeszcze Autorka dorzuca do tego dramatyczne wydarzenie, które dotyczy bohaterów osobiście. Działalność niektórych osób w opozycji również wzrusza i przypomina wiele zdarzeń, o których niegdyś słyszałam z opowiadań ludzi, których znam, a którzy aktywnie walczyli o wolność Polski. Jest mi bardzo trudno jednoznacznie ocenić tę trylogię. Gdyby nie tak wiele błędów merytorycznych, byłyby to książki doskonałe pod każdym względem. Z jednej strony interesujące pod kątem historycznym, a z drugiej wciągające poprzez swoją fabułę i kreację bohaterów, a także lekkie pióro Autorki.

Na pewno nie skreślam Ałbeny Grabowskiej jako autorki książek i możliwe, że jeszcze kiedyś sięgnę po którąś z jej powieści. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości nie trafię już na książkę tak źle napisaną pod względem merytorycznym, jak ma to miejsce w przypadku Stulecia Winnych. W pisaniu nie chodzi bowiem o to, żeby pisać powieści na akord, ponieważ wtedy dochodzi do zaniedbań strony technicznej i nie można liczyć na to, że czytelnicy tego nie zauważą. Dociekliwy czytelnik, który jeszcze w dodatku posiada określoną wiedzę na tematy poruszane w książkach, na pewno dostrzeże te wszystkie niedociągnięcia. Niektórzy oburzają się, że literatura kobieca jest niedoceniana i traktowana po macoszemu, a niekiedy nawet wyśmiewana. Dostając jednak do ręki książkę z tak rażącymi błędami merytorycznymi, nie można traktować tego rodzaju literatury poważnie. Tak więc kończąc, mogę jedynie zasugerować, że Stulecie Winnych to trylogia dla tych czytelników, którzy sięgają po książki tylko dla samego czytania, natomiast nie są zbyt dociekliwi i nie zagłębiają się w stronę merytoryczną powieści.










czwartek, 11 sierpnia 2016

Ałbena Grabowska – „Stulecie Winnych. Ci, którzy walczyli” # 2
















Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
Warszawa 2015





Podczas drugiej wojny światowej Brwinów wyszedł obronną ręką, jeśli wziąć pod uwagę zniszczenia materialne, które okazały się naprawdę niewielkie. W samym Pruszkowie działania wojenne w ogóle nie miały miejsca, jeśli nie liczyć niemieckiego nalotu w pierwszym dniu wojny oraz sowieckiego, który został przeprowadzony w trakcie ostatniej okupacyjnej nocy. Zagrożenia były jednak realne, ponieważ w czasie Kampanii Wrześniowej Brwinów znajdował się w strefie bezpośrednich działań wojennych. W tym kontekście wymienia się dwie niezwykle krwawe bitwy, które miały związek z odwrotem oddziałów armii „Łódź”. Rozegrały się one w okolicach Pruszkowa. Jedna z nich miała miejsce we wsi Ołtarzewo w dniach 12-13 września 1939 roku, natomiast druga była sześciogodzinnym bojem na stosunkowo niewielkim terenie położonym pomiędzy Brwinowem a Pruszkowem i kosztowała życie stu dwudziestu polskich żołnierzy. Bitwa rozegrała się 12 września 1939 roku. W obydwu bitwach Polacy byli stroną atakującą, natomiast polskie oddziały biorące w nich udział to jednostki ugrupowania armii „Łódź”.

W Bitwie pod Brwinowem starły się 36. Pułk Piechoty Legii Akademickiej dowodzony przez podpułkownika Karola Ziemskiego ps. Wachnowski (1895-1974) oraz niemiecka 4. Dywizja pancerna z 10. Armii generała Georga Reinhardta (1887-1963). Zadaniem 36. Pułku Piechoty było utorowanie drogi na Warszawę dla 28. Dywizji Piechoty. W razie klęski, pułk miał wycofać się do Puszczy Kampinoskiej. Tak więc rankiem 12 września 1939 roku Polacy opanowali dworzec kolejowy w Brwinowie. Nieco wcześniej (dokładnie o godzinie piątej rano) 1. Kompania z 36. Pułku Piechoty została ostrzelana przez niemiecki patrol motocyklowy. Z kolei około godziny dziewiątej I Batalion z 36. Pułku Piechoty zajął Otrębusy, zaś II Batalion zdobył zachodnie zabudowania Parzniewa. Około południa I Batalion usiłował zdobyć Helenów, ale niestety atak załamał się pod silnym ostrzałem z moździerzy oraz broni maszynowej. Polacy zmuszeni byli zatem wycofać się w rejon stacji kolejowej w Brwinowie. Godzinę później do walki przystąpiła niemiecka 4. Dywizja Pancerna wspierana przez oddziały z 31. Dywizji Piechoty. Pomimo fatalnej sytuacji Polakom udało się jednak odeprzeć atak. Drugie niemieckie natarcie ruszyło około godziny wpół do czwartej po południu, lecz i ono zostało odparte, ponieważ na pomoc I Batalionowi przybyli żołnierze z 28. Dywizji Piechoty. Niemcy, którzy ponieśli dość spore straty, przestali atakować około godziny wpół do szóstej po południu. Z kolei późnym wieczorem wykrwawiony polski pułk wycofał się na teren Puszczy Kampinoskiej. Ciężki sprzęt i działa zostały zniszczone i pozostawione na terenie parku. Wszędzie widać było resztki umundurowania, porzucony sprzęt, a także połamaną broń i amunicję. To, co jeszcze nadawało się do użytku zostało zabrane przez mieszkańców.

płk Karol Ziemski 
Zdjęcie pochodzi z 1935 roku, a Karol Ziemski
jest na nim w stopniu majora.
Nazajutrz o świcie – 13 września 1939 roku – wkroczyły do Brwinowa wojska niemieckie. Wtedy też żołnierze Wehrmachtu schwytali dziesięciu przypadkowych przechodniów – głównie uczniów – i rozstrzelali ich na Łąkach Parzniewskich. Według zachowanych danych straty wojsk polskich wynosiły: stu dwudziestu zabitych i dwustu rannych. Niemniej świadkowie tamtych krwawych zdarzeń twierdzili, że straty te były znacznie większe, ponieważ statystyki nie uwzględniły zabitych żołnierzy z rozbitych pododdziałów, które rozproszone były w Lasach Młochowskich położonych w okolicy Nadarzyna. Zdecydowana ich część została złapana przez hitlerowców i rozstrzelana przez oddział niemieckiej 4. Dywizji Pancernej. Znane jest również świadectwo egzekucji wykonanej w dniu 17 września 1939 roku na plebani w Nadarzynie. Po uprzednim dotkliwym pobiciu stracono tam grupę dwudziestu oficerów i podoficerów Wojska Polskiego.

Bitwa pod Brwinowem na stałe zapisała się w historii miasta i nawet obecnie jego mieszkańcy często wracają myślami do tamtych krwawych walk. Na kartach drugiego tomu Stulecia Winnych pamiętna bitwa rozegrała się jednak kilka dni wcześniej, bo już 5 września 1939 roku! Przynajmniej tak wynika z wydarzeń, w których – przez zupełny przypadek – czynny udział bierze jeden z bohaterów. Dlaczego tak się stało? Skąd wzięła się tak poważna pomyłka w datach? Nie mam pojęcia. Podobnie, jak nadal nie umiem zrozumieć wykonania publicznej egzekucji na mieszkańcach Brwinowa już w pierwszym dniu wojny, kiedy to – według źródeł historycznych – późniejsze miasteczko w tym dniu było atakowane z powietrza, a represje wobec ludności cywilnej zaczęły się dopiero po zakończeniu bitwy. Zostawmy jednak ten temat i skupmy się na fabule drugiej części trylogii.

Otóż od rozpoczęcia wojny minęło trzy lata. Mamy zatem rok 1942, zaś rodzina Winnych zdążyła już poznać co to znaczy okrucieństwo hitlerowskiego okupanta. Nie żyje bowiem senior rodu Antoni Winny, który oddał życie w sposób naprawdę szlachetny. Podobnie jak miało to miejsce w 1914 roku, teraz również jedno życie zostało zabrane w zamian za dwa nowe. Jedna z córek Stanisława Winnego – Mania – idąc w ślady swojej matki, w dniu rozpoczęcia wojny urodziła dwie córeczki, którym nadała imiona Kasia i Basia. Niestety, od samego początku ich narodzin, kobieta musi sama zajmować się wychowywaniem dziewczynek, ponieważ jej młody małżonek gdzieś przepadł. Po tym, jak Niemcy rozstrzelali na rynku grupę mieszkańców Brwinowa, Paweł Bartosiewicz zniknął i choć od tamtej pory minęło już trzy lata, mężczyzny nadal nie ma w domu i nikt nie wie, gdzie się podziewa. Czyżby zaciągnął się do armii i teraz walczy w obronie ojczyzny? A może już nie żyje i próżno czekać jego powrotu? Wygląda jednak na to, że Maria powoli godzi się z faktem, że została wdową. Na szczęście są dwie rozkoszne bliźniaczki, które wnoszą do rodziny wiele radości i to na nich skupia się uwaga poszczególnych członków rodu. I wtedy też na pierwszy plan wysuwa się Ania, która w tych ciężkich czasach musi wziąć na swe barki odpowiedzialność za bliskich.

Zygmunt Bartkiewicz
(pisarz, dziennikarz i felietonista)
Zdjęcie pochodzi z 1930 roku.
W okresie okupacji hitlerowskiej był jednym
z gości Jarosława Iwaszkiewicza w Stawisku. 
W 1942 roku Ania jest już mężatką i teraz wraz z małżonkiem mieszka w Warszawie, gdzie przecież nie jest łatwo. Jest okupacja, więc trzeba mieć oczy wokół głowy. Nie można już nikomu ufać, bo nie wiadomo, czy ktoś, kogo było się do tej pory pewnym nie pobiegnie przypadkiem na Szucha 25 i nie doniesie gestapo o różnych „bardzo ważnych” rzeczach. Ponieważ Ania wykształciła się na nauczycielkę, teraz może wykorzystywać swoje umiejętności w konspiracji. Uczy zatem na tajnych kompletach, zaś oficjalnie pracuje w pewnej przytulnej kawiarence, gdzie w miarę możliwości serwuje klientom skromne łakocie i lurowatą kawę. Zaprzyjaźnia się też z właścicielem kawiarenki, który podczas tej wojny już swoje przeżył. Ania nie jest jednak szczęśliwa. Nie chodzi tutaj jedynie o szalejący wokół terror, bo przecież na tym polu każdy cierpi. Ania nie jest szczęśliwa w małżeństwie. Pewnego dnia wyszła bowiem za mąż za początkującego poetę, który swego czasu odwiedzał majątek Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980) w Stawisku. W okresie okupacji, oprócz Kazimierza Tarasiewicza, gośćmi państwa Iwaszkiewiczów byli: Zygmunt Bartkiewicz (1867-1944), Leon Schiller (1887-1954), Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944), Czesław Miłosz (1911-2004), jak również wielu innych, którzy nie zostali wymienieni w powieści. Po ślubie Kazimierz okazał się zupełnie innym człowiekiem, aniżeli zapowiadał się pierwotnie. Poza tym, Ania również dochodzi do pewnych wniosków, co oczywiście nie wpływa korzystnie na jej małżeństwo. Czy zatem jej związek z Kazimierzem przetrwa? Czy obydwoje znajdą kiedyś jakiś złoty środek, aby je uratować? A może lepiej byłoby się rozstać i przestać krzywdzić siebie nawzajem?

Z kolei w Brwinowie życie płynie zupełnie inaczej niż w stolicy. Oczywiście brakuje młodych mężczyzn, którzy wyruszyli na wojnę. Obydwaj bracia Ani i Mani walczą gdzieś poza granicami Polski, a Pawła nadal nie ma. Z nestorką rodu – Bronią – też jest pewien kłopot, ponieważ od dnia tragicznej śmierci Antoniego, starsza pani przestała mówić. Nie przeszkadza jej to jednak w pomocy rodzinie i wychowywaniu kolejnego pokolenia Winnych. Poszczególni członkowie rodziny nie wiedzą jeszcze, że ten tragiczny czas przyniesie im nowe zmartwienia. W dodatku będą musieli podejmować kolejne trudne decyzje, od których będzie zależeć ich bezpieczeństwo w Brwinowie pod czujnym okiem Niemców i tych, którzy sprzyjają okupantowi. Z drugiej strony jednak Winni też nie mogą powiedzieć o sobie, że są bez skazy. Ich rodzina również splamiła się współpracą z wrogiem i tak naprawdę nie wiadomo, jak problem ten rozwiąże się, kiedy wojna już się zakończy. Czy zdrajca i jego bliscy zostaną odrzuceni? A może Winni wspaniałomyślnie zapomną o tym, że członek ich rodziny stanął po stronie nazistów?

Tablica znajdująca się przy wejściu
do pałacu Wierusz-Kowalskich,
gdzie po bitwie zorganizowano
szpital polowy.

fot. Krzysztof Dudzik
(Creative Commons)
Podobnie jak pierwszy tom Stulecia Winnych, drugi także nie przedstawia się rewelacyjnie, choć są w nim elementy, które zasługują na uwagę i pochwałę, lecz jest tego naprawdę niewiele, co mnie osobiście bardzo smuci, ponieważ – tak jak poprzednio – pomysł na fabułę okazał się doskonały. Pojawiły się natomiast problemy z wykonaniem i jeśli ktoś twierdzi, że książka napisana jest zgodnie z prawdą historyczną, to tylko dlatego, że historia wojenna i komunistyczna jest jego słabą stroną. Tak jak wspomniałam wyżej Autorka pomyliła datę bitwy pod Brwinowem, choć sam moment ataku na dworzec kolejowy opisała wyjątkowo dobrze. Natomiast jeśli chodzi o realia drugiej wojny światowej w Warszawie, to przyznam, że były takie momenty, kiedy miałam ochotę krzyczeć: „To nie tak wyglądało!”. Ktoś może zapytać: „Skąd o tym wiesz, skoro nie przeżyłaś wojny?” Owszem, nie przeżyłam, ale czytałam wiele wspomnień naocznych świadków tamtych tragicznych wydarzeń. W dodatku moi dziadkowie cudem uniknęli łapanki, a ich historia towarzyszy mi od urodzenia. Tak więc mam na ten temat pewną wiedzę.

Pomimo że Ałbena Grabowska nie zapomniała o problemie Holokaustu, to jednak nie umiałam przestać myśleć o brwinowskich Żydach, z których tylko niewielu ocalało. Eksterminacja ludności żydowskiej nie dotyczyła jedynie Warszawy, a skoro akcja Stulecia Winnych skupia się na Brwinowie, to przecież aż się prosi chociażby o kilka zdań na ten temat. Z drugiej strony jednak, skoro Autorka pominęła problem żydowski w pierwszym tomie, to trudno nagle wyskakiwać z nim w części drugiej. Z kolei kiedy przyszedł dzień wybuchu Powstania Warszawskiego doznałam ogromnego rozczarowania. Ałbena Grabowska poświęca temu wydarzeniu tak mało miejsca, że praktycznie można odnieść wrażenie, iż najważniejszego i najkrwawszego zrywu Polskiego Państwa Podziemnego w ogóle nie było. Gdzie te bomby spadające na Warszawę? Gdzie sanitariuszki spieszące rannym z pomocą? Gdzie żołnierze Armii Krajowej walczący przeciwko hitlerowcom? I wreszcie, gdzie Krzysztof Baczyński, który pojawił się w powieści w kontekście spotkań literackich u Iwaszkiewiczów w Stawisku, a potem nagle przepadł bez wieści? Nawet wyrecytował tam jeden ze swoich wierszy! Przecież Baczyński to symbol Powstania Warszawskiego! Skoro Autorka wprowadziła go do fabuły powieści, to wydaje mi się, że akurat ten bohater swoją rolę powinien zagrać do końca. W Ci, którzy walczyli Powstanie Warszawskie przebiega w oparciu o jednego czy dwóch bohaterów, i to jedynie tych, którzy mają bezpośredni związek z Winnymi. Nie widać ich jednak w akcji, lecz ukazani są w sytuacjach, które stanowią konsekwencję pewnych działań.

Oszczepnik Janusz Sidło 
fot. M. Szymkowski
Mało wiarygodne wydają mi się także wydarzenia, które nastąpiły tuż po zakończeniu wojny. O ile obozowe przeżycia jednej z bohaterek opisane są w oparciu o prawdziwe wydarzenia, to kwestie dotyczące nie tyle prześladowania żołnierzy Armii Krajowej, co ich ewentualnego ratowania od śmierci, w tym przypadku wydają się bardzo naciągane. Z kolei postać Kazimierza Tarasiewicza przechodzi tak niewiarygodną metamorfozę, że na pierwszy rzut oka widać, iż tak naprawdę Autorka nie miała pomysłu na to, w jaki sposób realnie pokierować bohaterem. Poza tym, w powieści występuje szereg nazwisk, które przeciętnemu czytelnikowi – szczególnie młodego pokolenia – niewiele powiedzą bez bliższego wyjaśnienia. Bo czy ktoś z młodych wie, kim byli Janusz Sidło (1933-1993) czy Elżbieta Duńska-Krzesińska (1934-2015)? Pierwszy ze sportowców nazwany jest w powieści również Januszem Cisło, co dodatkowo może pomieszać czytelnikowi w głowie. Pamiętajmy zatem, że Janusz Sidło (nie Cisło!) był lekkoatletą, którego sportową dyscypliną był rzut oszczepem. W 1954 roku z Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce, które odbywały się wówczas w szwajcarskim Bernie, przywiózł złoty medal. Z kolei Elżbieta Krzesińska – zwana Złotą Elą – była najwybitniejszą lekkoatletką specjalizującą się w skoku w dal. Na tych samych mistrzostwach zdobyła brązowy medal. Przykro przyznać, ale Elżbietę Krzesińską Autorka książki potraktowała niczym klasyczną blondynkę z kawałów, która trajkocze bez ładu i składu. To była naprawdę wyjątkowa postać w dziejach polskiego sportu i nie godzi się przedstawiać ją w ten sposób! 

Powieść Ci, którzy walczyli to przede wszystkim książka przeznaczona dla czytelników, którzy nie wymagają wiele od literatury. Jest to również powieść dla tych, którzy podczas lektury nie zagłębiają się w tło historyczne i nie dociekają czy jest ono nakreślone poprawnie pod względem merytorycznym, czy też nie. Po drugi tom Stulecia Winnych mogą śmiało sięgnąć czytelnicy, dla których ważniejsze są strona emocjonalna fabuły, zawiłe rodzinne tajemnice oraz losy poszczególnych bohaterów, nawet jeśli oderwane są one od rzeczywistości, w której rozgrywa się akcja powieści. Natomiast jeśli o mnie chodzi, to obawiam się, że nie zapałam sympatią do tej trylogii, dopóki nie zostanie kiedyś wznowiona po uprzedniej korekcie redakcyjnej z uwzględnieniem osoby konsultanta merytorycznego. Dla mnie dobra linia fabularna oraz równie dobra kreacja niektórych bohaterów to stanowczo za mało, abym mogła polecać książkę innym czytelnikom.











niedziela, 7 sierpnia 2016

Ałbena Grabowska – „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” # 1















Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
Warszawa 2014





Wybuch pierwszej wojny światowej sprawił, że Polacy wreszcie otrzymali szansę, aby móc walczyć o swoją niepodległość po stu dwudziestu latach niewoli. Już na samym początku konfliktu, czyli w 1914 roku, Józef Piłsudski (1867-1935) opowiedział się po stronie Państw Centralnych (Cesarstwo Niemieckie, Monarchia Austro-Węgierska, Carstwo Bułgarii oraz Imperium Osmańskie) i w związku z tym podjął działania mające na celu wzniecenie antyrosyjskiego powstania na terenie Królestwa Polskiego (Królestwa Kongresowego). Dlatego też Józef Piłsudski wraz ze swoją kompanią kadrową wkroczył na ziemie znajdujące się pod zaborem rosyjskim. Akcja ta nie zakończyła się jednak sukcesem, ponieważ Piłsudski nie uzyskał poparcia od Polaków nastawionych antyniemiecko. Po nieudanej próbie wywołania powstania, rozpoczął zatem formułowanie na terenie Galicji polskich oddziałów wojskowych, czyli Legionów, które składały się z trzech brygad. Pierwsza z nich miała znaleźć się pod dowództwem samego Józefa Piłsudskiego. Oprócz tego przyszły marszałek Polski rozpoczął tworzenie Polskiej Organizacji Narodowej, która potem przekształciła się w Polską Organizację Wojskową mającą za zadanie dywersję w zaborze rosyjskim.

W tym samym czasie siły endeckie pod kontrolą armii rosyjskiej utworzyły Legion Puławski. Rosjanie zaś czynili starania, aby móc uzyskać dla swoich działań poparcie Polaków. W tym celu wystosowano do narodu polskiego odezwę sygnowaną przez Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa młodszego (1856-1929), który był wówczas naczelnym dowódcą armii rosyjskiej. Obiecywano Polakom Polskę odrodzoną i „swobodną w języku, wierze i samorządzie”, lecz nadal pod władzą rosyjskiego caratu. W sierpniu 1915 roku Państwa Centralne zajęły Królestwo Polskie, natomiast w celu pozyskania Polaków do życia przywrócono Uniwersytet Warszawski i Politechnikę, a także pozwolono używać języka polskiego w sądach oraz w gminach.

W 1916 roku po udanej rosyjskiej ofensywie Aleksieja Aleksiejewicza Brusiłowa (1853-1926), gdy rosyjski front dotarł aż do terenów Galicji, Państwa Centralne zdecydowały się uzyskać poparcie Polaków. Tak więc 5 listopada 1916 roku cesarze Niemiec i Austro-Węgier wydali akt, który mówił o tym, iż na ziemiach zaboru rosyjskiego po wojnie zostanie utworzone niepodległe państwo polskie, które ostatecznie będzie złączone trwałym sojuszem z Państwami Centralnymi. W tym samym czasie Roman Dmowski (1864-1939) przebywał na zachodzie Europy, gdzie wśród państw Ententy (sojusz pomiędzy Wielką Brytanią, Francją i Rosją) agitował na rzecz Polski.


Józef Piłsudski ze swoim sztabem w Kielcach w 1914 roku
fot. Marian Fuks (1884-1935)
źródło: Ilustrowany Kurier Wojenny (5. XII 1914)


W 1917 roku Józef Piłsudski zaczął uświadamiać sobie, że pomimo zwycięstwa Państw Centralnych nad Rosją targaną rewolucją, wojna przyniesie triumf Francji i Wielkiej Brytanii, ponieważ tym państwom z pomocą przyszły Stany Zjednoczone. W lipcu 1917 roku miał miejsce tak zwany kryzys przysięgowy spowodowany tym, iż Piłsudski razem z I i III Brygadą nie złożył przysięgi wierności Państwom Centralnym. Tak więc przyszły naczelnik państwa oraz generał Kazimierz Sosnkowski (1885-1969) zostali osadzeni w więzieniu w Magdeburgu. Z kolei w Rosji ogarniętej przez rewolucję Rząd Tymczasowy wydał oświadczenie o powstaniu Polski, lecz jedynie w przymierzu z Rosją, natomiast Rada Delegatów Żołnierskich i Robotniczych wydała oświadczenie dotyczące niepodległości Polski. Niemniej obydwa fakty miały znaczenie jedynie symboliczne, gdyż ziemie polskie nadal znajdowały się po kontrolą Niemiec. W tym samym roku po sukcesie rewolucji październikowej oraz przejęciu władzy przez bolszewików, Rosjanie podpisali w Brześciu separatystyczny pokój z Niemcami, na mocy którego oddali im ziemie polskie.

Powyższe wydarzenie wywołało bunt II Brygady generała Józefa Hallera (1873-1960) i tym samym przyczyniło się do jego emigracji do Francji. Tymczasem w Warszawie kontrolowanej przez Niemców utworzono Radę Regencyjną, która pełniła funkcję rządu. Niemniej na froncie zachodnim, państwa wchodzące w skład Ententy odnosiły coraz większe sukcesy, zaś po stronie Państw Centralnych mnożyły się jedynie problemy. Było zatem wiadomo, że porażka tych drugich stanowi już tylko kwestię czasu. W dniu 8 stycznia 1918 roku ze swoim orędziem wystąpił ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych – Thomas Woodrow Wilson (1856-1924). Orędzie zawierało czternaście punktów dotyczących powojennych ustaleń, w tym trzynaście odnosiło się konkretnie do Polski. Prezydent uznał bowiem potrzebę powołania niepodległej Polski w granicach etnicznych wraz z bezpiecznym dostępem do morza. Z kolei we Francji utworzona została błękitna armia, która swoją nazwę zaczerpnęła od kolorów mundurów. Na jej czele stanął wspomniany wyżej Józef Haller.

Tak mniej więcej w skrócie przedstawia się sytuacja Polski podczas pierwszej wojny światowej w kontekście politycznym. Wspomniałam o Wielkiej Wojnie dlatego, iż akcja pierwszego tomu trylogii Stulecie Winnych rozpoczyna się właśnie w roku 1914, czyli w czasie, kiedy Polacy będą musieli stawić czoło przede wszystkim ogromnemu bestialstwu ze strony Rosjan. Na kartach powieści Ci, którzy przeżyli Ałbena Grabowska zabiera czytelnika w okolice Warszawy i Pruszkowa do miejscowości Brwinów, która prawa miejskie otrzymała dopiero w 1950 roku. Tak więc, kiedy toczy się akcja powieści, Brwinów posiada jeszcze status gminy wiejskiej. Trzeba pamiętać, że w czasie pierwszej wojny światowej Pruszków był miejscem, na którego terenie toczyły się kilkudniowe walki. Ich konsekwencją były głównie zniszczenia budynków, natomiast ofiar w ludziach było niewiele, ponieważ mieszkańców ewakuowano w momencie rozpoczęcia bitwy. Odgłosy tychże walk docierają także do uszu mieszkańców Brwinowa, gdzie mieszka tytułowa rodzina Winnych.  

Zanim jednak rozpoczną się rzeczone walki, a wojna na dobre rozpanoszy się na ziemiach polskich, mieszkańcy Brwinowa żyją zajęci problemami dnia codziennego, jak na przykład oczekiwaniem na narodziny kolejnego dziecka. Otóż pewnej burzowej czerwcowej nocy w domu Stanisława Winnego na świat przychodzą bliźniaczki, czego nikt tak naprawdę się nie spodziewał. Choć stolarz Stanisław ma już dwóch synów i możliwe, że teraz przydałaby się córka, to jednak nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że tym razem dobry Pan Bóg może obdarować Winnych dwiema dziewczynkami o rudych włosach. Niestety, poród jest tak trudny, że żona Stanisława umiera. Nic nie pomagają modlitwy zanoszone do Najwyższego przez całą noc i dzień. Na nic zdają się targi z Bogiem oraz obietnice składane za każdym razem, kiedy bóle porodowe rozrywają ciało Katarzyny niczym średniowieczne narzędzie tortur. Od tego momentu Stanisław Winny i jego dzieci muszą całkowicie zmienić swoje życie, bo przecież teraz będą musieli radzić sobie bez ukochanej Kasi, która była nie tylko wspaniałą żoną, ale przede wszystkim fantastyczną matką. Na szczęście jest Andzia, która nie opuszcza bliźniaczek na krok i robi wszystko, aby ani dzieciom, ani Stanisławowi niczego nie zabrakło. Do domu stolarza wprowadzają się również jego rodzice – Bronisława i Antoni. Bez pomocy seniorów rodu byłoby naprawdę ciężko.

Mija kilka tygodni i wybucha wojna. Po Brwinowie i okolicach panoszą się Rosjanie, którzy bynajmniej nie zachowują się jak dżentelmeni. Mordują, rabują i gwałcą, nie mając litości dla nikogo. W dodatku brwinowscy mężczyźni muszą iść na front. Jedni zaciągają się do wojska, zaś inni trafiają tam przez fatalny zbieg okoliczności. Pewnego dnia bez wieści znika jeden z braci Stanisława. Ślad ginie także po ojcu stolarza – Antonim Winnym. Co takiego stało się z obydwoma mężczyznami? Czy zostali zamordowani, czy może zasilili szeregi polskiej armii i teraz walczą gdzieś o niepodległość Polski? Jaka tajemnica kryje się za zagadkowym zniknięciem Romka i jego ojca? W dodatku sam Stanisław też nie ma za bardzo czystego sumienia. Dlaczego? Co takiego zrobił, że teraz bije się z myślami i walczy z wyrzutami sumienia, które czuje wobec swojej matki?

Tymczasem czas płynie, dziewczynki z każdym dniem są coraz większe i coraz bardziej zaczynają rozumieć świat. Bliźniaczki nieco różnią się od siebie wzajemnie pod względem charakteru. Na szczególną uwagę zasługuję przede wszystkim Ania – młodsza z bliźniaczek – która urodziła się jako ta słabsza, dlatego też niektórzy nie dawali jej większych szans na przeżycie. Są zatem tacy, którzy uważają, że fakt, iż żyje graniczy z cudem. Może i Ania nie jest tak towarzyska, jak jej siostra Mania, ale posiada pewien wyjątkowy dar, który w przyszłości okaże się dla niej albo błogosławieństwem, albo wręcz przekleństwem, w zależności od tego, jakiej sytuacji będzie dotyczył. Z drugiej strony jednak zamknięta w sobie dziewczynka budzi w ludziach sympatię i są tacy, którzy bardzo cenią sobie jej towarzystwo. Ania jest bowiem intelektualnie rozwinięta ponad swój wiek, co sprawia, że lgną do niej osoby starsze, jak na przykład Stanisław Wilhelm Lilpop (1863-1930), który w historii zapisał się głównie jako jeden z założycieli Podkowy Leśnej. Wraz z nim Podkowę Leśną założyli także Tadeusz Baniewicz (1879-1974) i Janusz Regulski (1883-1983). Stanisław Lilpop pochodził z rodziny przemysłowców. Jego pradziad rozkręcił w Warszawie firmę zegarmistrzowską, natomiast ojciec uchodził za jednego z najbogatszych polskich przedsiębiorców. Był również znanym mecenasem kultury i kolekcjonerem dzieł sztuki. Z kolei Stanisław Wilhelm był absolwentem Wydziału Handlowego Politechniki Ryskiej. Po ojcu odziedziczył znaczny majątek oraz udziały w fabrykach produkujących maszyny. Otrzymał również udziały w cukrowniach.


Stanisław Wilhelm Lilpop 
Autoportret z 1909 roku.


W roku 1909 Stanisław Lilpop sprzedał większość ziemskiego majątku w Brwinowie, a pieniądze, które z tego tytułu nabył pozwoliły mu na wyprawę do Kenii w 1910 roku. Z wyprawy przywiózł liczne trofea, literacki opis podróży oraz kolekcję wspaniałych fotografii na szklanych płytach. Ponieważ jego pasją była także fotografia, był autorem oryginalnej serii zdjęć, na których uwieńczone zostały wykopaliska archeologiczne znajdujące się w rejonie Morza Śródziemnego oraz powódź, która dotknęła Paryż w 1907 roku. W 1925 roku tereny obecnej Podkowy Leśnej Stanisław Lilpop oddał do komisowej sprzedaży spółce Miasto-Ogród Podkowa Leśna. Po jakimś czasie zmieniono warunki umowy i wówczas przedsiębiorca otrzymał czterdzieści procent udziałów. Jeszcze w 1922 roku Stanisław Lilpop wydzielił z dóbr podkowiańskich trzydzieści pięć hektarów i przeznaczył je na rodzinną siedzibę, czyli późniejsze Stawisko. Do swojej córki Anny (1897-1979) i zięcia Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980) mówił wtedy: „Daję wam tylko trzydzieści pięć hektarów […] abyście nigdy nie mieli kłopotów z reformą rolną.”

Wracając jednak do rodziny Winnych, trzeba przyznać, że aż do wybuchu drugiej wojny światowej (na tym wydarzeniu kończy się pierwszy tom trylogii) dotyka ją szereg tragicznych doświadczeń. Szybko okazuje się bowiem, że śmierć Katarzyny była jedynie początkiem pasma dramatów, które w miarę upływu lat stały się udziałem poszczególnych członków rodu. Czytając odniosłam wrażenie, że wydarzenia te opisane są w sposób nieco chaotyczny. Z jednej strony Autorka informuje czytelnika, w którym roku to czy inne wydarzenie ma miejsce, lecz z drugiej zbyt dużo uwagi poświęca przeszłości, co w pewnym momencie może sprawić, że czytelnik straci orientację i nie będzie już wiedział, kiedy faktycznie dany fakt nastąpił. Albo znów znacznie wyprzedza akcję i nakreśla wydarzenia, które na tym etapie nie mają nic wspólnego z fabułą. Wygląda to tak, jakbyśmy czytali tę opowieść z punktu widzenia współczesnego wszystkowiedzącego narratora, który zna już losy każdego z bohaterów, aż do dnia ich śmierci. W ten sposób czytelnik nie jest w stanie uczestniczyć w życiu Winnych na bieżąco i chronologicznie poznawać poszczególne etapy ich życia, choć sugeruje to rok podany na początku każdego rozdziału.  

Na pewno na pochwałę zasługuje to, iż Ałbena Grabowska nie zapomniała o znanych osobach, które w tamtych latach związane były z Brwinowem, jak wspomniani wyżej Stanisław Lilpop, Jarosław Iwaszkiewicz i jego żona. Co ważne, Stawisko jest tutaj bardzo wyraźnie wyeksponowane, dzięki czemu czytelnik mógłby oczami wyobraźni ujrzeć spotkania ludzi związanych z kulturą, którzy odwiedzali Jarosława Iwaszkiewicza w latach 30. XX wieku i potem w okresie okupacji hitlerowskiej. Choć akcja pierwszego tomu obejmuje dwudziestolecie międzywojenne, to jednak nie ma nawet wzmianki o Karolu Szymanowskim (1882-1937), Antonim Słonimskim (1895-1976), Julianie Tuwimie (1894-1953) czy Janie Lechoniu (1899-1956). Na szczęście fakt ten ulegnie zmianie i po wybuchu drugiej wojny światowej spotkamy na kartach powieści poetów, którzy w willi Iwaszkiewiczów prezentowali swoje wiersze.  Lecz o tym będzie mowa dopiero w kolejnym tomie. Jeśli chodzi o Jarosława Iwaszkiewicza to cieszę się, że pisarz jest wykreowany niezwykle autentycznie. Ałbena Grabowska pomyślała o wszystkim. Nie ukryła nawet jego podwójnego życia. Iwaszkiewiczowie i Stanisław Lilpop to osoby, które pojawiają się w powieści bardzo często z uwagi na fakt, iż za życia związane były w Brwinowem. Podoba mi się również to, że Ałbena Grabowska tak pokierowała fabułą, iż w pewnym momencie wspomina o Januszu Korczaku (1878-1942) i Marii Grzegorzewskiej (1888-1967).


Willa Iwaszkiewiczów w Stawisku, w której znajduje się muzeum


Przy książce na pewno nie można się nudzić, ponieważ akcja płynie dość szybko, zważywszy, że obejmuje ponad dwadzieścia lat. Podobnie jak postacie historyczne, bohaterowie fikcyjni też są bardzo wyraziści. Można spotkać wśród nich zarówno tych, którzy budzą sympatię już na samym początku, jak i tych, których nie da się polubić, choćby nawet czytelnik bardzo się starał. Mam oczywiście na myśli wszystkie postacie, nie tylko te z pierwszego planu. I trzeba przyznać, że to właśnie kreacja bohaterów stanowi mocną stronę tej powieści. Każda postać czegoś doświadcza. Wszyscy walczą ze swoimi wewnętrznymi demonami. Nawet bliźniaczki nie są do końca uczciwe wobec siebie nawzajem. Bardzo doceniam też wplecenie do fabuły powieści historii pałacu rodziny Wierusz-Kowalskich.

Generalnie powieść nie prezentuje się źle. Jednakże mimo wszystko czegoś mi w niej brakuje. Przede wszystkim zupełnie nie poczułam klimatu charakterystycznego dla okresu międzywojennego. Źródła historyczne podają, że w Brwinowie w latach międzywojnia mieszkała spora społeczność pochodzenia żydowskiego. Aż kilkadziesiąt rodzin zajmowało się handlem i prowadziło także jatki (kramy). W Brwinowie nie brak było również inteligencji żydowskiej. We wsi funkcjonowała prywatna bożnica. Niestety, Holokaust zdziesiątkował tę grupę społeczną i tylko nielicznym brwinowskim Żydom udało się ujść z życiem z okupacji hitlerowskiej. Tych informacji oczywiście w książce czytelnik nie znajdzie. A szkoda, ponieważ chętnie przeczytałabym o tym, jak Bronia Winna w towarzystwie swoich wnuczek robi sprawunki u żydowskiego kupca na brwinowskim targu, a jedna z bliźniaczek – na przykład Ania – wdaje się w inteligentną dyskusję z Żydem, używając swojego daru. Autorka skupia się bowiem jedynie na członkach rodziny Winnych i ich relacjach z osobami, które akurat staną im na drodze. Ktoś powie, że nie mam racji, bo przecież ta trylogia jest właśnie o nich. Owszem, tylko trzeba pamiętać, że Winni funkcjonują w jakimś konkretnym społeczeństwie, zaś tłem tego funkcjonowania jest obraz całego Brwinowa, a nie jedynie określone miejsca związane tylko i wyłącznie z głównymi bohaterami.

Skoro wspomniałam już o okupacji hitlerowskiej, to niesamowicie zaskoczyło mnie, kiedy przeczytałam, iż już w pierwszym dniu wojny Niemcy dokonywali ulicznych egzekucji i wywlekali ludzi z domów, aby ich zamordować. Nawet w Warszawie pierwsze uliczne egzekucje miały miejsce dopiero od października 1939 roku, natomiast na skalę masową Niemcy mordowali w ten sposób w latach 1943-1944, kiedy kontrolę nad dystryktem warszawskim objął SS-Brigadeführer Franz Kutschera (1904-1944). Kalendarium drugiej wojny światowej informuje nas, że w dniu 1 września 1939 roku hitlerowcy byli zajęci przede wszystkim atakiem na Westerplatte w Gdańsku, zaś atak ten miał miejsce głównie z powietrza. Hitlerowscy okupanci bombardowali wówczas również takie miasta, jak: Gdynia, Hel, Puck, Tczew, Kraków, Częstochowa oraz południową Wielkopolskę i Górny Śląsk, a także Warszawę. Jeśli chodzi o publiczne egzekucje ludności cywilnej na samym początku wojny, to oczywiście w czasie kampanii wrześniowej miały one miejsce, czego przykładem jest tak zwany krwawy poniedziałek w Częstochowie, kiedy żołnierze Wermachtu za niewinność rozstrzelali na ulicach miasta od trzystu do pięciuset osób. Było to w dniu 4 września 1939 roku. O ile mi wiadomo, Brwinów został zaatakowany niemal dwa tygodnie później, kiedy to rozegrała się pamiętna bitwa pod Brwinowem 12 września 1939 roku, którą rozpoczął atak Niemców na miejscową stację kolejową. Dzięki tym walkom został opóźniony marsz hitlerowców na Warszawę. Odnoszę wrażenie, że scena z datą 1 września 1939 roku została wprowadzona przez Ałbenę Grabowską tylko po to, aby nadać fabule jeszcze więcej dramatyzmu, zaś nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi.  

Przyznam, że mam mieszane uczucia względem pierwszego tomu Stulecia Winnych. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy powieść jest dobra, czy zła. Niemniej sądziłam, że nie bez powodu książka zyskała tak wiele pozytywnych opinii, a tu okazuje się, że jej poziom nie jest aż tak wysoki, jak sugeruje to większość czytelników. Choć pomysł na fabułę jest wręcz doskonały, to jednak wykonanie już nie do końca. Książka w wielu miejscach jest niedopracowana. I choć losy bohaterów z każdą stroną mogą wciągać coraz bardziej, to jednak tło historyczne nie we wszystkich aspektach jest poprawnie nakreślone. Zupełnie nie czuje się klimatu okresu, w którym rozgrywa się akcja powieści. Nie przypadł mi również do gustu styl prowadzenia narracji. W dodatku mamy też do czynienia z poważnymi zaniedbaniami w kwestii korekty tekstu. Odnoszę wrażenie, że całkowicie zbagatelizowano stronę techniczną powieści, licząc na to, że albo czytelnik nie zauważy błędów, albo fabuła okaże się tak interesująca, że dzięki niej książka sama się obroni.