Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Wood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Wood. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Pomysły na swoje opowieści znajduję dosłownie wszędzie...







ROZMOWA Z BARBARĄ WOOD


Barbara Wood to amerykańska pisarka, która przyszła na świat w Warrington (hrabstwo Lancashire w Anglii). Urodziła się jako córka Angielki i Polaka, natomiast jej panieńskie nazwisko brzmi Lewandowska. Do Stanów Zjednoczonych wyjechała z rodzicami i starszym bratem. Dorastała w Południowej Kalifornii i uczęszczała do szkół w Los Angeles. Po ukończeniu szkoły średniej, Barbara studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, lecz przerwała naukę, aby zostać technikiem chirurgii. W 1976 roku wydała swoją pierwszą powieść. Do tej pory napisała dwadzieścia dziewięć książek, w tym trzy pod pseudonimem Kathryn Harvey. Książki te całkowicie różnią się od tych, które tworzy jako Barbara Wood. Obecnie pracuje nad trzydziestą powieścią. Jest autorką o międzynarodowej sławie, a jej książki znajdują się na liście bestsellerów i zostały przetłumaczone na ponad trzydzieści języków. Na ich kartach czytelnik jest przenoszony do egzotycznych krajów, o których realia Barbara starannie zadbała, aby pokazać swoim fanom prawdziwą kulturę i historię związane z każdą opowieścią. W sercu każdej książki znajduje się silna, niezależna kobieta. Kiedy Barbara nie pracuje nad książką, wówczas cieszy się czasem spędzanym przy lekturach innych autorów.  




Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że przyjęła Pani moje zaproszenie do wzięcia udziału w wywiadzie. Jestem zaszczycona, że mogę gościć Panią na swoim blogu i porozmawiać. Jak zrozumiałam, zdobywała Pani wiedzę potrzebną do pracy jako technik chirurgii. Czy mogłaby nam Pani powiedzieć, co sprawiło, że zmieniła Pani zdanie i postanowiła zacząć pisać książki?
                         
Barbara Wood: Ja również jestem zaszczycona, że poprosiłaś mnie o wywiad! Tak, pracowałam w szpitalu na sali operacyjnej. Pisanie: nigdy nie zmieniłam zdania. Od czasu, kiedy byłam małą dziewczynką, opowiadam różne historie. Zaczęłam je pisać na papierze, gdy miałam dwanaście lat. Pisanie było moim hobby, czymś, co robiłam wieczorami po pracy w szpitalu. Dopiero po opublikowaniu trzech powieści przekonano mnie, abym zrezygnowała z mojej „dziennej” pracy i została w domu, żeby pisać w pełnym wymiarze godzin. Była to bardzo dziwna zmiana, takie przejście od pracy w zespole do pracy w zupełnej samotności.




AAR: Czy miała Pani jakieś trudności z wydaniem pierwszej książki? Jeśli tak, to jak sobie Pani z nimi poradziła?

BW: Jedyną trudnością, jakiej doświadczyłam było pójście do księgarni, aby zobaczyć tam swoją książkę! Moi przyjaciele dosłownie musieli mnie przepchnąć przez drzwi!

AAR: Na Pani stronie internetowej przeczytałam, że swoją pierwszą książkę napisała Pani w wieku szesnastu lat. Myślę, że to bardzo wcześnie. Jestem niezmiernie ciekawa o czym była ta książka. Czy wciąż ją Pani pamięta?

BW: Och, oczywiście, że pamiętam! Przez te wszystkie lata wciąż ją mam. Nosi tytuł „Aton’s Kingdom” i jest romansem rozgrywającym się w starożytnym Egipcie w czasach Nefertiti i Echnatona. Jest w niej wiele scen trzymania się za rękę i gapienia się w oczy (śmiech). Zostawiłam instrukcje, według których ma ona zostać spalona po mojej śmierci.

AAR: Zanim została Pani międzynarodową autorką bestsellerów, wykonywała Pani wiele innych zawodów, była Pani kelnerką, sekretarką, telefonistką, a nawet wyprowadzała Pani psy. Czy to był Pani własny sposób na szukanie miejsca w życiu?

BW: Przypuszczam, że tak. Poza tym myślę, że poszukiwałam samej siebie poprzez pisanie, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Zawsze myślałam o pisaniu jako o hobby. Nigdy nie sądziłam, że moja książka zostanie wydana. Pisałam całe powieści i wkładałam je do szuflady. Dopiero mój mąż zaproponował, abym spróbowała coś wydać. Sprzedałam książkę już przy pierwszej próbie. Byłam bardzo zaskoczona!

AAR: Na kartach swoich książek zazwyczaj zabiera Pani czytelników do egzotycznych krajów. Niekiedy pisze Pani także o czasach prehistorycznych. Jak zbiera Pani potrzebne informacje do tego rodzaju historii?

BW: Robię bogaty research. Odwiedziłam każde miejsce, o którym napisałam. Nie będę pisać o miejscu, w którym nigdy nie byłam.

AAR: Ponieważ odwiedziła Pani wszystkie kraje, o których Pani napisała, czy mogłaby nam Pani opowiedzieć o swoich wrażeniach z tych podróży? Który kraj podobał się Pani najbardziej? Dlaczego?

BW: Uwielbiam każdy kraj, w jakim kiedykolwiek byłam, lecz każdy z innego powodu. (Włochy z powodu jedzenia, Niemcy za wino, Egipt za starożytne miejsca, Australię z powodu piwa). Ale każde z tych miejsc ubóstwiam ze względu na ludzi. Uwielbiam spotykać obcych i prosić ich o opowiedzenie mi o sobie, słucham też ich historii. Ludzie mnie fascynują. Dodatkowo, każdy inny kraj na świecie posiada dłuższą historię niż Ameryka (nie ma wzmianki o tym, kiedy Indianie byli tutaj jedynymi mieszkańcami). To taka przyjemność odwiedzić kraj, który ma tak bardzo stare ulice i zabytki, gdzie chodzili znani ludzie.

AAR: Czytam Pani książki od wielu lat i bardzo je lubię. W Polsce Pani czytelnicy mogą przeczytać większość z nich. Kilka tygodni temu czytałam „Dominę”. Moim zdaniem jest to niezwykle piękna historia. Główną bohaterką tej powieści jest Samantha Hargrave, która pragnie zostać lekarzem, ale przez cały czas musi walczyć ze światem zdominowanym przez mężczyzn. Jest bardzo odważną kobietą, która nie chce się poddać. Co zmotywowało Panią do stworzenia tej kobiecej postaci żyjącej w konserwatywnej epoce wiktoriańskiej?

BW: Kocham świat medycyny. Lubiłam pracować na sali operacyjnej, jestem zafascynowana – nawet teraz – kobietami, które wkraczają w świat medycyny, zwłaszcza jako lekarze, a ja zawsze interesowałam się historią medycyny. Zawsze był to męski zawód. W średniowieczu kobiety, które próbowały uczyć się medycyny, palono jako czarownice. Myślę, że mężczyźni byli zazdrośni. Chciałam pokazać czytelnikom to, jak traktowano kobiety w epoce wiktoriańskiej. Pielęgniarstwo stało się uznanym zajęciem dla kobiet, ale nie zawód lekarza. Samantha Hargrave składa się z kilku kobiet-lekarzy, które żyły w XIX wieku.

AAR: Drugą Pani książką, którą ostatnio przeczytałam jest „Córka słońca”. Cóż za wspaniały pomysł na fabułę! Na kartach tej powieści zabiera Pani czytelników do epoki prekolumbijskiej. Czy mogłaby nam Pani powiedzieć, jak wyglądała praca nad tą książką? Czy trudno było wykreować świat kultury Tolteków?

BW: Oczywiście odwiedziłam ruiny Chaco Canyon i próbowałam wyobrazić sobie, jak to miejsce wyglądało wtedy. Tak naprawdę nikt tego nie wie. Eksperci (naukowcy, historycy, archeolodzy) nie mogą zgodzić się co do tego, w jaki sposób Toltekowie przybyli do Nowego Meksyku lub dlaczego to zrobili, a nawet w kwestii tego, czy w ogóle tam byli. Najbardziej tajemnicze jest to, dlaczego tak nagle zniknęli bez śladu. Chociaż przeprowadziłam tyle badań, ile tylko mogłam, to jednak większość tej książki jest wytworem mojej wyobraźni.

AAR: Wiem, że jest Pani również współautorką powieści o Polsce okupowanej przez nazistów. Nosi ona tytuł „Night Trains”. Akcja rozgrywa się w 1941 roku, a jej miejscem jest strategiczne miasto Sofia. Zastanawiam się, dlaczego nazwa miasta to Sofia. W Polsce nigdy nie było miejscowości o takiej nazwie. Czy jest ona fikcyjna? Powieść nie została jeszcze przetłumaczona na język polski. Czy zatem mogłaby nam Pani powiedzieć coś więcej na temat tej książki?

BW: „Night Trains” napisałam wspólnie z chirurgiem, z którym pracowałam. To on znalazł artykuł w czasopiśmie medycznym o pewnym mieście w Polsce, które bardzo sprytnie trzymało nazistów z dala od siebie z powodu epidemii tyfusu. Jest to prawdziwa historia. Niestety, nie było sposobu, w jaki moglibyśmy dowiedzieć się szczegółów na ten temat, więc zdecydowaliśmy się na fikcję. A zatem Sofia jest miastem fikcyjnym.*

AAR: Napisała Pani tak wiele książek. Czy zatem mogłaby nam Pani powiedzieć, w jaki sposób znajduje Pani coraz to nowe i świeże pomysły na fabułę? 

BW: Pomysły na swoje opowieści znajduję dosłownie wszędzie. Czytam gazety, odkrywam interesujące rzeczy w Internecie albo podsłuchuję rozmowy w restauracjach. Zawsze je spisuję. Przez cały czas noszę ze sobą notatnik, a gdy widzę lub słyszę coś, co brzmi interesująco, zapisuję to. Obecnie pracuję nad swoją trzydziestą książką, ale mam wystarczająco dużo materiałów, aby napisać więcej niż trzydzieści powieści!

AAR: Moim zdaniem zbyt wiele romansów starej szkoły ukazuje kobiety jako potrzebujące pomocy i trochę żałosne. Ciekawi mnie, dlaczego zdecydowała się Pani pisać zupełnie odwrotnie i pokazywać kobiety jako silne i odnoszące sukcesy?

BW: Myślę, że to dlatego, iż sama nie jestem miękką i będącą w potrzebie kobietą, więc nie mogę identyfikować się z taką bohaterką i pisać o niej. Jestem wojowniczką, a więc to jest ten rodzaj kobiety, o której piszę.

AAR: Jakie przesłanie dla czytelników zawierają Pani książki?

BW: Są dwie kwestie, względem których mam nadzieję, że czytelnicy odczytują je w moich książkach: że dostarczyły im przyjemności i choć na chwilę zapomnieli o swoich zmartwieniach (dlatego właśnie czytam książki), a także, że nauczyli się czegoś nowego, i że dałam im do myślenia (to kolejny powód, dla którego czytam książki).

AAR: Czy mogłaby Pani opisać swój harmonogram pracy? Czy robi Pani szkic? Posiada Pani jakieś nawyki?

BW: Robię zarys podczas pisania, ale nigdy z wyprzedzeniem. Odkrywam daną historię w trakcie pisania, a więc wiele razy jestem tak samo zaskoczona zwrotem akcji czy ujawnioną tajemnicą, jak czytelnik. Trzymam się tylko głównego pomysłu. Książkę mogę pisać rok albo nawet i dłużej, więc muszę wrócić i przypomnieć sobie, gdzie są bohaterowie i co robią.

Mój harmonogram pracy jest taki sam każdego dnia: wstaję i idę prosto do mojego ulubionego krzesła, które znajduje się przy oknie, zwijam się na nim wraz z moim kotem, notatnikiem oraz kawą i piszę ręcznie. Robię przerwę, aby pójść na spacer po okolicy, a następnie po południu przenoszę na komputer to, co napisałam odręcznie. 

AAR: Jak wspomniałam wyżej, pisze Pani również jako Kathryn Harvey. Pod pseudonimem napisała Pani trzy książki. Dlaczego zdecydowała się Pani zmienić nazwisko, aby napisać te powieści? Jak bardzo różnią się one od tych, które tworzy Pani jako Barbara Wood?

BW: Książki Kathryn Harvey zawierają sporo seksu. Wielu autorów używa pseudonimów, gdy zmieniają swój styl. Nie chciałam, aby czytelnicy Barbary Wood byli zszokowani.

AAR: Czy mogłaby nam Pani opowiedzieć o swoim kolejnym projekcie lub projektach?

BW: Książka, którą właśnie oddałam mojemu wydawcy nosi tytuł „The Far River”. Dotyczy ona niemieckich imigrantów, którzy przyjeżdżają do Kalifornii w 1912 roku, aby założyć winiarnię (Kalifornia słynie z win). To trzydziestoletnia saga rodzinna. Ta książka jest już gotowa i pojawi się w przyszłym roku. Teraz zaczynam inną rodzinną opowieść, to trzypokoleniowa historia zaczynająca się od trzech sióstr żyjących obecnie, które dochodzą do zaskakująco wielkiego majątku i ostatecznie odkrywają szokujące tajemnice rodzinne.

AAR: Raz jeszcze dziękuję za rozmowę. Życzę Pani dalszych sukcesów w pracy. Czy jest coś, co chciałaby Pani powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

BW: Dziękuję, Agnieszko, to była dla mnie przyjemność. Twoje pytania dały mi do myślenia! A przy okazji, twój angielski jest doskonały. Niestety, jedyne słowa po polsku, jakich kiedykolwiek się nauczyłam, mają związek z okresem, kiedy byłam małą dziewczynką, a mój ojciec nauczył mnie modlić się po polsku. Podejrzewam, że myślał, iż Maryja Dziewica woli polski od angielskiego (śmiech).

A moim polskim czytelnikom chciałabym powiedzieć, że mają szczególne miejsce w moim sercu. Po wojnie mój ojciec nigdy nie wrócił do Polski, więc został odcięty od rodziny. Chciałabym więc skorzystać z tej okazji, jeśli tylko mogę, i przywitać się nie tylko z Twoimi czytelnikami, Agnieszko, ale także powiedzieć, że jeśli wśród czytelników tego bloga są jacyś Lewandowscy, to pozdrawia ich kuzynka z Kalifornii!



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here. 







* Prawdopodobnie chodzi tutaj o fikcyjną epidemię tyfusu, którą na przełomie 1941 i 1942 roku wywołali dwaj polscy lekarze: Eugeniusz Łazanowski (1913-2006) i Stanisław Matulewicz (?). Pewnego dnia Matulewicz odkrył niegroźną bakterię, która obecna w organizmie człowieka, podczas tekstów medycznych dawała takie same wyniki, jak tyfus plamisty. Lekarze zaczęli zatem wstrzykiwać swoim pacjentom tę niegroźną bakterię, a potem wysyłać próbki ich krwi do niemieckich laboratoriów. Cała akcja miała miejsce w okolicach Stalowej Woli na Podkarpaciu. I tak oto Niemcy przerażeni „epidemią” tyfusu zaczęli nagminnie uciekać z zagrożonego obszaru. Ewakuacja dotyczyła nie tylko niemieckich oficerów, ale także zwykłych niemieckich obywateli. Z powodu strachu przed zarazą hitlerowcy odstąpili od aresztowań i masowych wywózek ludzi do nazistowskich obozów koncentracyjnych. W ten sposób lekarze uratowali mnóstwo ludzi, również Żydów. Aby uniknąć dekonspiracji, medycy ukryli fakt całkowitej nieszkodliwości bakterii nawet przed swoimi pacjentami. Po raz pierwszy powieść „Night Trains” została opublikowana w 1979 roku. Współautorem jest Gareth Wootton. [przyp. tłum.].









czwartek, 2 marca 2017

Barbara Wood – „Domina”












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2008
Tytuł oryginału: Domina
Przekład: Anna Kraśko





Dziś cofnijmy się do czasów, kiedy dwie trzecie Amerykanów mieszkało na farmach lub w wiejskich posiadłościach. Kanalizacja w domach należała do rzadkości, a mieszkania ogrzewano przy pomocy dymiących pieców, w których spalano drewno, zaś zamiast elektryczności używano lamp naftowych. Praca w gospodarstwach była naprawdę ciężka i bardzo często dochodziło do wypadków. Występowały również poważne choroby, takie jak cholera, żółta febra, dur brzuszny, błonica, malaria czy gruźlica. Te trudne warunki dodatkowo potęgował fakt, że nie było wtedy jeszcze szczepionek, nie prowadzono badań laboratoryjnych, a także nie było wielu skutecznych leków, aby ówcześni lekarze mogli wyleczyć wspomniane choroby. Taki wiejski lekarz był jednak w stanie wyleczyć niektóre dolegliwości. Potrafił nastawić złamane kości, zaradzić trudno gojącym się ranom, czy też ostrym objawom niektórych chorób. Kiedy nie można było uniknąć interwencji chirurgicznej, wówczas operacje często odbywały się albo w domach pacjentów, albo w szpitalach.

Z kolei niewielkie zabiegi przeprowadzano niemalże wyłącznie w domach pacjentów. Pod koniec XIX wieku jeszcze tak niedawno popularne puszczanie krwi uważane za główną metodę leczenia, zupełnie przestało być brane pod uwagę przez większość medyków. Od tej chwili proces leczenia odbywał się w większości przypadków w oparciu o dostępne specyfiki w połączeniu z odpoczynkiem i odpowiednią dietą. Zalecano zatem spożywanie bulionu, kaszy oraz ciepłych lub zimnych napojów. Powszechne było także stosowanie ciepłych kąpieli, okładów i płukanek. Każdy lek, który zostawał podany pacjentowi był nanoszony miejscowo na dotknięty chorobą obszar ciała lub rozpuszczany w cieczy, na przykład w herbacie. Dopóki lekarze nie nauczyli się przygotowywać sterylnych roztworów, nie robiono pacjentom zastrzyków. Z kolei przygotowanie wszelkiego rodzaju tabletek było trudne i czasochłonne. W małych miejscowościach, gdzie brakowało apteki, leki często były przygotowywane przez lekarza.

Doktor William H. Thomson
fot. Rockwood & Co.
źródło
Przed epoką antybiotyku, leki przeważnie były stosowane do leczenia objawów danej choroby, a nie samego stanu chorobowego. Na przykład można było używać wielu leków przeciwbólowych, jak opium, morfinę, fenacetynę czy acetanilid, a także niektóre leki o właściwościach przeciwgorączkowych, jak kora wierzby albo wiązówka błotna. Stosowano również środki przeczyszczające przygotowywane na bazie różnych roślin, których właściwością było przyśpieszenie defekacji i oczyszczanie dolnego odcinka przewodu pokarmowego. Z kolei opium mogło być stosowane przy zwalczaniu biegunki, zaś kamfora łagodziła swędzenie skóry i stosowano ją także na rany, aby zapobiec infekcji, ponieważ posiada ona właściwości przeciwbakteryjne. Specyfiki te stosowano dla wygody pacjenta oraz aby nie dopuścić do powikłań (odwodnienie, zaparcia, wysoka gorączka), podczas gdy choroba biegła swoim naturalnym torem.

Lekarze, którzy na bieżąco śledzili najnowsze badania medyczne mogli być zaznajomieni z ideami podobnymi do tych, które prowadził doktor William H. Thomson (1833-1918). Był profesorem medycyny na uniwersytecie w Nowym Jorku. Wydał książkę zatytułowaną Notes on Materia Medica and Therapeutics (w wolnym tłumaczeniu: Uwagi dotyczące surowców leczniczych i lecznictwa), która stała się podręcznikiem używanym podczas wykładów prowadzonych na uniwersytecie w roku akademickim 1888/1889. Ta książka czytelnie ukazuje metody leczenia stosowane pod koniec XIX wieku. Autor dzieli w niej wszystkie zabiegi na trzy kategorie, czyli leki, nie-leki i środki dezynfekujące. Środki lecznicze to zabiegi, takie jak masaże, kąpiele, tworzenie pęcherzy na ciele, stosowanie ciepłych lub zimnych okładów, przy jednoczesnym zakazie używania substancji żrących i drażniących.

Leki były dzielone na dwie grupy ze względu na chorobę i jej objawy. Wyżej wspomniałam już, że przeważnie leczono objawy danego schorzenia, zamiast konkretną chorobę. Od tej chwili miało już być inaczej. Zaczęto bowiem zastanawiać się nad tym, jak efektywnie leczyć samą chorobę. Skuteczny lek dostępny pod koniec XIX wieku był stosowany głównie w przypadku chorób przewlekłych lub – zdaniem doktora Thomsona – jeśli chodzi o dolegliwości odziedziczone bądź nabyte. Zazwyczaj leki te wymagały kilku dawek, aby mogły być skuteczne. Z kolei leki odtwórcze wykorzystywano jedynie po to, aby uzupełnić braki jakichś minerałów czy witamin w organizmie. Na przykład podawano żelazo przy niedokrwistości. Alternatywne leki często podawano w małych dawkach, ponieważ mogły mieć one właściwości trujące, dlatego też należało obserwować reakcję organizmu pacjenta na dany specyfik, a przy tym zachować ostrożność. Przykładem może być zimowit, który wykorzystywano przy leczeniu zapalenia stawów. Obecnie skuteczność tych leków nie jest jednak zbyt dobrze znana i rozumiana.

Florence Nightingale (1820-1910)
Angielska pielęgniarka, która miała istotny
wpływ na kreowanie nowoczesnego
pielęgniarstwa w XIX wieku.
Portret pochodzi z około 1873 roku.
autor nieznany
Trzecią kategorię leków stanowiły środki dezynfekujące. Tę niewielką grupę leków stosowano w profilaktyce chorób zakaźnych. Nowe badania – z perspektywy omawianej epoki – wykazały, że niektóre choroby spowodowane są przez działanie żywych organizmów, które można było zobaczyć tylko pod mikroskopem. Chorobom tym można było zapobiegać lub je leczyć przez zabijanie tychże organizmów i zatrzymywanie ich rozwoju w ciele człowieka. Głównymi środkami służącymi do dezynfekcji były roztwór karbolowy, chlor, wapno, węgiel czy siarka. Sposoby leczenia podobnych chorób przez różnych lekarzy mogły się różnić ze względu na fakt, iż edukacja medyczna była w znacznym stopniu nierównomierna, a także dlatego, że produkcja leków nie była tak dobrze rozwinięta, jak ma to miejsce obecnie. Poza tym nie znano jeszcze przyczyn występowania wielu chorób. Każdy lekarz przede wszystkim leczył w oparciu o własne doświadczenia, natomiast niekoniecznie na podstawie badań medycznych.

W tamtym czasie nie było niczym niezwykłym to, że pacjenci z reguły najpierw leczyli się domowymi sposobami, a dopiero po jakimś czasie wzywali lekarza, który czasami niewiele był w stanie pomóc, ponieważ choroba była już tak zaawansowana, że tylko cud mógł uratować pacjenta przed śmiercią. Pierwszym naprawdę skutecznym lekiem w leczeniu wielu zakażeń występujących wewnątrz organizmu był Prontosil, lecz odkryto go dopiero w 1935 roku. Niemniej odkrycie to doprowadziło do wynalezienia antybiotyku, który zrewolucjonizował medycynę na całym świecie.

W takiej właśnie amerykańskiej rzeczywistości musi egzystować młoda lekarka Samantha Hargrave. Lecz zanim to się stanie kobieta przejdzie prawdziwe piekło nie tylko w swoim rodzinnym domu, ale także podczas studiów medycznych. Zacznijmy jednak od początku. Samantha urodziła się w 1860 roku w St. Agnes Crescent w Anglii jako córka Samuela Hargrave’a, który jest nie tylko bardzo surowym mężem i ojcem, ale także wymagającym pastorem. Uważa on bowiem, że Bóg zsyła na ludzi jedynie kary, zaś wszelkiego rodzaju przyjemności są po prostu zakazane, w tym również seks, chyba że dochodzi do niego z powodu małżeńskiego obowiązku. Dlatego też kiedy jego żona cierpi katusze podczas porodu, jedyną czynnością, do jakiej w tym momencie jest zdolny, to bezwarunkowe oddanie się Bogu poprzez żarliwą modlitwę. Samuel nie chce słyszeć o sprowadzeniu lekarza. Mężczyzna twierdzi bowiem, że zarówno on, jak i jego małżonka zasłużyli sobie na te męki, a to dlatego, iż podczas płodzenia dziecka, które właśnie pcha się na świat, obydwoje odczuwali przyjemność. Zdaniem pastora tylko akuszerka może asystować przy porodzie, natomiast żaden inny mężczyzna nie ma prawa oglądać jego żony nagiej.

Louis Pasteur (1822-1895) podczas
prowadzenia badań
w swoim laboratorium

Bohaterowie powieści często
powołują się na wyniki jego analiz.
autor nieznany
Samuel Hargrave ma dwóch synów, wobec których raczej nie wykazuje ojcowskich uczuć. Ma względem nich swoje plany i nie dopuszcza do siebie myśli, że któryś z chłopców mógłby się im sprzeciwić. Żaden bunt z ich strony nie wchodzi w grę. Okazuje się jednak, że pastor tak naprawdę nie zna swoich dzieci. Gdy akuszerka informuje Samuela, że konieczne jest sprowadzenie lekarza, ponieważ ona niewiele może poradzić przy tak trudnym porodzie, młodszy z synów Hargrave’a cichaczem wymyka się z domu i co sił w nogach biegnie po doktora, choć doskonale wie, że za nieposłuszeństwo spotka go bardzo surowa kara. Niemniej dla chłopca ważniejsze jest życie matki, aniżeli jakieś fanaberie ojca. Niestety, pomimo pomocy lekarza pani Hargrave umiera, zaś mały James tak mocno obrywa od ojca, że zostaje kaleką na całe życie. W tym nieszczęściu jedynym pocieszeniem jest to, że udaje się uratować dziecko. To dziewczynka, którą ochrzczono imieniem Samantha.

Od najmłodszych lat Samantha Hargrave musi radzić sobie sama. Ojciec zupełnie się nią nie interesuje. Mężczyzna całą swą uwagę skupia na Biblii i synach, wobec których musi przecież zrealizować swoje plany. Tak więc mała Samantha wychowuje się na ulicy wśród bezdomnych zwierząt i ubogich ludzi. To miejskie slumsy są jej domem, a najlepszym przyjacielem staje się dla niej starszy od dziewczynki chłopak o imieniu Freddy. Już podczas tych wędrówek po ciemnych zakamarkach miasteczka Samantha odkrywa w sobie niezwykły dar. Choć jest wyobcowana i praktycznie do nikogo się nie odzywa, to jednak czuje, że pragnie pomagać innym, a pierwszym jej pacjentem staje się bezdomny stary kot. Jej zainteresowanie światem medycyny jeszcze bardziej się potęguje, kiedy srogi ojciec oddaje ją na służbę do starego aptekarza, który wśród mieszkańców miasteczka budzi jedynie postrach. Niemniej dziewczynka doskonale radzi sobie w towarzystwie pana Hawksbilla. Dba o jego dom, gotuje mu, pierze jego ubrania i generalnie stanowi dla starca doskonałe towarzystwo. W zamian człowiek ten odwdzięcza się przekazywaniem dziewczynce wiedzy, którą sam posiada. I tak oto Samantha Hargrave z dnia na dzień wie coraz więcej o różnego rodzaju specyfikach i chorobach, w przypadku których należy owe leki stosować. Poznaje też tajemnicę, którą Hawksbill skrywa przez wiele lat i z powodu której zupełnie przestał starać się o towarzystwo innych ludzi.

Elizabeth Blackwell
Portret pochodzi z 1905 roku.
autor: Joseph Stanley Kozlowski
(1912-1992)
Kiedy pewnego dnia pan Hawksbill umiera, Samantha zostaje oddana przez ojca do żeńskiej szkoły w Londynie, gdzie zdobywa wiedzę, jaką musi posiadać dobrze wychowana panna epoki wiktoriańskiej. Tam też dochodzi do niecodziennego incydentu. Na skutek pewnych wydarzeń Samantha poznaje samą Elizabeth Blackwell (1821-1910), czyli pierwszego w historii lekarza-kobietę. Elizabeth opowiada więc dziewczynie swoją historię. Mówi o tym, jak udało jej się zdobyć lekarski dyplom w świecie zdominowanym przez mężczyzn. To niewiarygodny upór i chęć niesienia pomocy potrzebującym, a także pokazanie mężczyznom, że kobieta wcale nie jest gorsza od nich, sprawiły, że zaszła tak daleko. Oczywiście nie było łatwo, bo przecież każda kobieta stworzona jest wyłącznie do roli posłusznej żony i matki. Nie wolno jej pracować, a jeśli już się zdecyduje na taki krok, wówczas musi liczyć się z tym, że żaden szanujący się mężczyzna nigdy się z nią nie ożeni, zaś społeczeństwo będzie na nią patrzeć jak na jakieś dziwadło. Mało kto będzie też jej ufał jako lekarzowi. Mimo tych wszystkich przestróg, w Samancie rodzi się pragnienie pójścia w ślady Elizabeth Blackwell i stawienia czoła wszystkim trudnościom, jakie bez wątpienia spotka na drodze do kariery. I tak oto nasza bohaterka wyjeżdża do Ameryki, gdzie poznaje pewnego lekarza, który robi wszystko, aby tylko pomóc upartej dziewczynie w osiągnięciu zamierzonego celu.

Ponieważ nie jest moją intencją streszczenie fabuły powieści w całości, dlatego poprzestanę na tym etapie jej nakreślania. Jak można się domyśleć Domina to opowieść o kobiecie, która poświęciła bardzo wiele, aby tylko osiągnąć swój cel. To historia kobiety, która musiała zmagać się nie tylko z ostracyzmem społecznym, lecz także z własnymi słabościami. Niemniej chęć niesienia pomocy potrzebującym jest u niej tak wielka, że Samantha jest w stanie naprawdę wiele poświęcić, aby tylko doprowadzić sprawę do końca. W dodatku nie omijają jej także osobiste dramaty, które osłabiają jej siły psychiczne, lecz z drugiej strony dodają także odwagi, aby wciąż iść naprzód i nie oglądać się za siebie. Można odnieść wrażenie, że nasza Samantha Hargrave to taka serialowa doktor Michaela Quinn, której losy polscy widzowie mieli okazję śledzić w latach 90. XX wieku.

Barbara Wood przenosi zatem czytelników w czasy epoki wiktoriańskiej, gdzie panują sztywne konwenanse, których należy przestrzegać, gdyż w innym wypadku można zostać odrzuconym przez społeczeństwo. Trzeba mieć w sobie naprawdę wiele samozaparcia, aby nie dać sobą kierować. Autorka pokazuje, w jaki sposób wyglądały studia medyczne w drugiej połowie XIX wieku, gdzie w ławach studenckich zasiadali wyłącznie młodzi mężczyźni, którzy za nic w świecie nie potrafili zrozumieć, dlaczego mają w swoim gronie kobietę. Przecież to się nie godzi! Samantha traktowana jest bowiem jak wariatka, która ubzdurała sobie, że będzie lekarzem. Nawet wykładowcy nie chcą prowadzić zajęć w jej obecności. Godzą się na to pod warunkiem, że dziewczyna będzie siedzieć za parawanem, a oni nie będą musieli na nią patrzeć podczas wykładów. Samancie nie wolno uczestniczyć w sekcji zwłok, ani też przeprowadzać zabiegów chirurgicznych. Dlaczego? Przecież kobieta nie może oglądać nagiego ciała innej osoby! Ta swoista wstydliwość działa w obydwie strony. Pacjentki wręcz dostają histerii, kiedy musi je zbadać lekarz-mężczyzna. Nie pozwalają się dotknąć, a skoro medyk nie może ich dotykać, to w jaki sposób ma postawić diagnozę? I koło się zamyka. Nie dziwi więc fakt, że w XIX wieku tak wielu pacjentów umierało z powodu nawet błahych schorzeń. Na szczęście w otoczeniu Samanty Hargrave są jednak ludzie, którzy myślą przyszłościowo i wiedzą, czym tak naprawdę jest zawód lekarza i co się z nim wiąże.  


Sala szpitala w Scutari (dzielnica Istambułu dziś znana jako Üsküdar)
To tam przez pewien czas pracowała Florence Nightingale, tworząc nowoczesny szpital.
Można przypuszczać, że powieściowa doktor Samantha Hargrave prowadziła podobną placówkę w San Francisco.
Obraz został namalowany około 1856 roku.
autor: William Simpson (1823-1899)



Domina to naprawdę doskonała powieść i błędem byłoby sądzić, że jest to zwykły romans, biorąc pod uwagę nazwisko Autorki, które niektórym czytelnikom może kojarzyć się właśnie z taką literaturą. Oczywiście kwestie damsko-męskie również występują w fabule, lecz tak naprawdę główny problem tej historii tkwi w czymś zupełnie innym. Jak się okazuje Samantha w pewnej chwili musi także walczyć z firmą, która produkuje szkodliwy specyfik i wmawia pacjentom, że po jego zastosowaniu pokonają każdą – nawet śmiertelną – chorobę. Dziś powiedzielibyśmy, że młoda lekarka zmuszona jest stawić czoło potężnemu koncernowi farmaceutycznemu, z którym – jak wiadomo – nie jest łatwo wygrać. Czy naszej bohaterce uda się ochronić pacjentów przez pewną śmiercią, jaką funduje im owa firma, aby tylko na nich zarobić? Czy sąd przychyli się do argumentów wysuwanych przez doktor Hargrave? A może fakt, że jest kobietą już na starcie sprawi, że nikt nie będzie chciał jej słuchać?

Barbara Wood należy do moich ulubionych amerykańskich autorek starszego pokolenia. Jej książki zawsze poruszają niebanalne problemy, zaś akcja osadzona jest w czasach, które do najłatwiejszych nie należały. Bohaterowie wykreowani przez Barbarę Wood muszą zmagać się z wieloma trudnościami. Przeżywają życiowe dramaty, ale ich wewnętrzna siła sprawia, że nigdy się nie poddają, tak jak Samantha Hargrave. Poza tym zawsze łączy ich wzajemna przyjaźń, która pomaga pokonywać codzienne życiowe trudności. 









środa, 2 listopada 2016

Barbara Wood – „Córka słońca”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2008
Tytuł oryginału: The Last Shaman (Daughter of the Sun)
Przekład: Anna Maria Nowak





Generalnie początek istnienia Stanów Zjednoczonych datuje się na XVII wiek. Był to bowiem czas europejskiego osadnictwa podporządkowanego królowi Anglii. Mało kto jednak wie, że historia Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej sięga aż czasów prekolumbijskich, czyli epoki przed odkryciem Ameryki przez Krzysztofa Kolumba (1451-1506) w 1492 roku. Otóż przymiotnik prekolumbijski używany jest w odniesieniu do kultur obydwu Ameryk. Cywilizacje te znajdowały się bowiem pod znaczącym wpływem europejskim. Trzeba też zaznaczyć, że przybycie Krzysztofa Kolumba do Ameryki w 1492 roku okazało się katastrofalne w skutkach dla pierwotnych mieszkańców kontynentu amerykańskiego. Główną przyczyną wymierania tejże ludności plemiennej były nieznane dotąd choroby. Przy braku odporności na nowe zarazki, plemiona bardzo szybko poddawały się nowym chorobom już przy pierwszym kontakcie z Europejczykami, co w wielu przypadkach doprowadzało do znacznej redukcji liczby rdzennych Amerykanów, choć nikt nie oddał nawet jednego strzału. 

Na terenach, gdzie rozwiały się bliższe relacje pomiędzy ludnością plemienną a nowo przybyłymi, ci pierwsi często byli oszukiwani przez Europejczyków, dręczeni, a wręcz okaleczani. Przybysze z Europy okazali się silniejsi i bardziej bezwzględni z dwóch powodów. Po pierwsze, posiadali broń, a po drugie panowało wśród nich niezachwiane przekonanie o słuszności ich chrześcijańskiej misji. Tak więc wydarzenie z 1492 roku stało się przełomowe w historii Ameryki, natomiast z drugiej strony miało znaczący wpływ na dalsze losy ludności zamieszkującej nowo odkryte tereny. W związku z tym historycy wcześniejsze kultury amerykańskie określają jako prekolumbijskie. Z kolei rdzenni Amerykanie zamieszkujący kontynent jeszcze przed przybyciem Krzysztofa Kolumba zostali nazwani Indianami, ponieważ podróżnik uległ iluzji, myśląc, że właśnie dotarł do Indii. Trzeba też pamiętać, że pojęcie rdzenni Amerykanie jest nieco mylące, lecz na chwilę obecną nie wymyślono niczego innego, zaś wielu twierdzi, że jest ono znacznie trafniejsze, aniżeli na przykład autochtoniczni Amerykanie lub rodzimi Amerykanie. Niemniej pomimo swojego ekscentrycznego pochodzenia, to właśnie Indianie wciąż pozostają terminem prostym i bezpośrednim. 

Toltecki bóg Quetzalcoatl 
Rysunek pochodzi z XVI wieku.
autor nieznany
Jednym z plemion zamieszkujących tereny dzisiejszej Ameryki Północnej byli Toltekowie. Ich cywilizacja tak naprawdę rozkwitła w Środkowym Meksyku pomiędzy wiekiem X a połową XII wieku. Kontynuowali oni tradycje pozostawione im między innymi przez żyjące wcześniej plemiona Olmeków czy Majów. Toltekowie stworzyli imponujące miasto Tollan (Tula), które ostatecznie przekazali kolejnym cywilizacjom, jak na przykład Aztekom, którzy uważali dorobek Tolteków za wielki i dostatni. Większość informacji na temat Tolteków pochodzi od Azteków, jak również z postkolonialnych pism dokumentujących wcześniejsze przekazy ustne. Niestety, nie są one kompletne i mogą być podkoloryzowane przez Azteków, którzy traktowali Tolteków z ogromnym szacunkiem i zachwytem, a wręcz uważali ich za swoich mistrzów. Ostrożnie należy również traktować wcześniejsze teksty Majów, które w głównych aspektach nie do końca są wiarygodne.

Toltekowie wywodzili się z plemienia Chichimeków, którzy w IX wieku wyemigrowali z północno-zachodniej części Doliny Meksyku. W kulturze Tolteków istniało wielu bogów, z których każdy zajmował swoje miejsce w hierarchii. Najważniejszym był Quetzalcoatl, czyli Pierzasty Wąż. Było to bóstwo opiekujące się przyrodą, zaś po powstaniu państwa tolteckiego, Quetzalcoatl stał się bogiem wiatru, powietrza, dziennego nieba, urodzaju i dobrobytu, a także był opiekunem rzemieślników, artystów-rzeźbiarzy i złotników. Lud uczył się od niego budować miasta, przyswajał wszelkiego rodzaju wiedzę, natomiast w mitologii wielu indiańskich plemion, bóg ten uosabiał tajemnicę nieznanych sił przyrody oraz podziemnego świata. Wyobraźmy sobie zatem, że przenosimy się do roku 1150, kiedy to w Europie władzę sprawują potężni średniowieczni władcy, natomiast na terenie dzisiejszej Ameryki Północnej żyją sobie nikomu nieznane plemiona. Tworzą one swoje własne cywilizacje i tak naprawdę nie mają pojęcia, że oprócz nich ktoś jeszcze żyje na tym świecie. Nie zdają sobie również sprawy z tego, że gdzieś tam daleko ktoś nazwał bieżący rok rokiem tysiąc sto pięćdziesiątym, ponieważ oni budzą się i zasypiają zgodnie z pojawianiem się oraz znikaniem Słońca i Księżyca.

Tak więc gdzieś na terenie położonym na północ od późniejszego stanu Kolorado mieszka sobie w otoczeniu rodziny i sąsiadów piękna siedemnastoletnia dziewczyna o imieniu Hoszitiwa. Dziewczyna jest pilnie strzeżona przez swoją matkę, która wie, że nieprzeciętna uroda jej córki może sprowadzić na nią nieszczęście. W dodatku już niedługo Hoszitiwa ma wyjść za mąż za chłopaka, którego jej przeznaczono. Młodzi bardzo się kochają, co może wydawać się dziwne, zważywszy że małżeństwo jest aranżowane. Lud Hoszitiwy zdaje sobie jednak sprawę z tego, że nie jest na świecie sam. Niedaleko w Mieście żyje bowiem Mroczny Pan, którego imię budzi powszechny strach. Znany jest on bowiem ze swojego wielkiego okrucieństwa i kanibalizmu. Zarówno on, jak i jego ludzie zjadają tych, którzy stoją niżej w ludzkiej hierarchii. Hoszitiwa wie zatem, że w chwili, gdy Mroczny Pan przybędzie do jej osady, nikt nie zachowa życia. 

Wydanie z 2011 roku
Oprócz urody, los obdarował dziewczynę również wyjątkowym talentem. Otóż, jest ona niezwykłą garncarką, która potrafi wyrabiać naprawdę piękne dzbany. Nic nie może równać się z jej umiejętnością. Rodzice są z córki naprawdę dumni. Ojciec nie omieszka nawet wychwalać publicznie daru Hoszitiwy, czego oczywiście nie powinien robić. W dodatku sama zainteresowana również nie może się nim chełpić, gdyż zgodnie z obowiązującym wierzeniem, cieszyłaby się wówczas z tego, iż ów talent został odebrany komuś innemu. Niemniej ojciec Hoszitiwy w tym wychwalaniu jest tak bardzo nieostrożny, że któregoś dnia wieść o pięknej i utalentowanej garncarce dociera do uszu Mrocznego Pana. Kwestią czasu jest zatem zjawienie się w osadzie wojowników księcia Jakala, który rządzi Miastem.

I tak oto pewnego dnia jaguarowie w końcu przekraczają granicę osady, gdzie mieszka Hoszitiwa, i oznajmiają, że Mroczny Pan wręcz żąda jej przybycia do Miasta. Dziewczyna wie, że nie będzie miała wyboru. Jej współplemieńcy nie mogą nic zrobić, aby uchronić Hoszitiwę przed hańbą. Wszyscy bowiem doskonale wiedzą, z jakiego powodu książę Jakal wzywa piękną Hoszitiwę. Od tej chwili stanie się ona jego kochanką i już nikt ani nic nie będzie w stanie jej pomóc. Zostanie przeklęta. Jej lud wyrzeknie się jej, a żaden mężczyzna nigdy jej nie poślubi. Hoszitiwa nie poddaje się jednak bez walki. Niemniej wojownicy są bezwzględni i na jej oczach mordują tego, który swoim tańcem sprawiał, że wschodziło słońce. Czy jednak Hoszitiwa ma rację? Czy Mroczny Pan na pewno pragnie, aby piękna dziewczyna z tatuażem na czole zapewniała mu przyjemność w łożu? Może tak naprawdę powód, dla którego jaguarowie ją porywają jest zupełnie inny?

Mija prawie osiemset lat. Jest rok 1910. Na pokładzie statku Caprica płynącym z angielskiego Southampton do Nowego Jorku na świat przychodzi córka doktora Faradaya Hightowera. Niestety, poród jest bardzo trudny, dlatego też młodziutka Abigail Hightower umiera. Od tej chwili maleńka Morgana będzie zdana na życie bez matki. Na szczęście jest kochający ojciec i ciotka Bettina Liddell. Faraday Hightower na stałe mieszka w Bostonie. Kiedy zatem cała trójka dociera do domu, lekarz popada w głęboką depresję. Pragnie skończyć ze sobą i już nawet podejmuje w tym kierunku konkretne działania. Mężczyzna wie, że małej Morganie nie stanie się krzywda pod opieką Bettiny, która przecież jest siostrą jego ukochanej żony, więc zajmie się dzieckiem, jakby było jej własne. Trzeba też dodać, że Faraday jest głęboko wierzący. Nie jest jednak katolikiem, choć jest chrześcijaninem. Oczywiście strata Abigail poważnie chwieje fundamentami jego wiary. Kiedy lekarz jest już pewien, że za chwilę przeniesie się na drugi świat, wtedy do drzwi jego gabinetu puka tajemnicza Cyganka, która ma mu coś ważnego do przekazania. Wiadomość pochodzi rzekomo od jego zmarłej żony. Tak więc idąc za instrukcjami starej kobiety, Faraday Hightower udaje się w okolice pustyni, gdzie zgodnie z przekazem żyli niegdyś tajemniczy Indianie. To tam mężczyzna ma odnaleźć spokój i pogłębić swoją wiarę. Czy tak się stanie? Któż to może wiedzieć.


Widok na Twentynine Palms (Kalifornia)
To miasto również odgrywa znaczącą rolę w powieści.
Położone jest w pobliżu Parku Narodowego Joshua Tree (Drzewo Jozuego) na pustyni Mojave.

Oczywiście wyprawę poprzedzają liczne medytacje i modlitwy, i dopiero w ich wyniku Faraday dochodzi do wniosku, że powinien pójść za wskazówkami Cyganki. I tak oto z maleńką Morganą i zrzędliwą Bettiną u boku, mężczyzna wyrusza tam, gdzie stykają się ze sobą cztery stany: Utah, Kolorado, Nowy Meksyk i Arizona. Region ten zwany jest Czterema Rogami. To tam żyją Indianie z plemienia Navaho, którzy rzekomo są potomkami Tolteków. Od tej pory mężczyzna bez reszty oddaje się badaniom nad życiem Indian. Nie będzie dla niego istnieć już nic poza wiedzą i odkrywaniem tajemnicy ich istnienia. Nie zapomni jednak o swojej córce. Niemniej, w pewnym momencie straci czujność i bezwiednie pozwoli, aby ktoś przejął kontrolę nad jego życiem. Zaufa ludziom, którym ufać nigdy nie powinien. Takie postępowanie może doprowadzić go do zguby. Czy Faraday zdoła w porę zawrócić? A może kiedy zda sobie ze wszystkiego sprawę będzie już za późno na jakąkolwiek drogę powrotną? Co łączy go z plemieniem Tolteków? Czy lekarz zdąży odkryć tę tajemnicę i przekazać ją kolejnym pokoleniom?

Wydanie amerykańskie 
Wyd. St. Martin's Griffin
USA 2007
Córka słońca to naprawdę piękna opowieść przenosząca nas w czasy, o których mało kto pamięta. To historia nie tylko o prawdziwej miłości, która jest w stanie pokonać największe zło, lecz także o zdradzie i przegranym życiu. Fabuła powieści podzielona jest na kilka części. Najpierw czytelnik poznaje plemię Tolteków oraz Lud Słońca. W związku z tym mamy okazję oczami wyobraźni ujrzeć ich makabryczne rytuały, które stanowią istotę ich egzystencji. Z drugiej strony jednak Toltekowie wcale nie są pozbawieni podstawowych ludzkich uczuć. Trzeba jedynie umieć je wydobyć na światło dzienne. Czy Hoszitiwie się to uda? Czy właśnie dlatego jaguarowie ją uprowadzili? Potem mijają wieki i przyglądamy się wręcz obsesyjnej fascynacji lekarza, który za wszelką cenę pragnie dotrzeć do prawdy. Z całą pewnością Faraday Hightower to marzyciel, któremu wydaje się, że odkryje coś, co pozwoli mu wiele rzeczy lepiej zrozumieć. Niestety, badania – dzięki którym na nowo miał odkryć Boga – tak bardzo go pochłoną, że w pewnym momencie straci czujność i sam znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie. I wreszcie czytelnik pozna Morganę, która już od najmłodszych lat będzie przesiąknięta historią Indian. Dziewczyna będzie nią tak bardzo zafascynowana, że zapragnie stać się jedną z nich. A może to nie będzie tylko marzenie? Może Morgana naprawdę jest potomkinią Tolteków?

Na kartach powieści czytelnik znajdzie zatem wiele interesujących informacji. W dodatku fabuła jest tak skonstruowana, że spotykamy nie tylko wspomniane wyżej miłość i zdradę, lecz także zbrodnie, które naznaczą swoim piętnem każdego z bohaterów. Tak naprawdę nikt nie będzie mógł czuć się bezpieczny. Czytelnik dowie się również, ile złego może spowodować odrzucona miłość. Zraniony człowiek jest bowiem w stanie posunąć się do najbardziej okrutnych czynów, aby tylko nie dopuścić do tego, żeby ktoś inny był szczęśliwy. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wyjątkowa zachłanność na pieniądze i przesadna troska o wygodne życie. To wszystko sprawi, że człowiek zamiast piąć się w górę, zacznie z tego wyimaginowanego szczytu spadać, aż w końcu zginie od własnej broni.

Moim zdaniem Barbara Wood doskonale powiązała ze sobą wszystkie wątki, co sprawiło, że stworzyła powieść, którą czyta się z zapartym tchem. Tego typu powieści przełamują stereotyp, jakoby literatura kobieca była tożsama z tanimi romansami. Przyznam, że niejednokrotnie serce mi się kraje, kiedy widzę, że tak wspaniałe powieści przegrywają z nachalnie oferowaną dziś kobietom literaturą erotyczną, która tak naprawdę nie ma czytelnikowi nic wartościowego do zaproponowania, oprócz wulgarnych scen erotycznych. Mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni, a pisarze i wydawcy znów będą inwestować w piękne historie obyczajowe, które potrafią wzruszyć czytelnika i sprawić, że po jakimś czasie będzie chciał wrócić do tej czy innej książki.









wtorek, 29 marca 2016

Barbara Wood – „Przeklnij ten dom”












Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2007
Tytuł oryginału: Curse This House
Przekład: Anna Pajek





Motyw starych i tajemniczych domów bardzo często wykorzystywany jest w beletrystyce, szczególnie historycznej. Autorzy, którzy sięgają po ten wątek zazwyczaj tworzą kilkupokoleniowe sagi rodzinne, w których poszczególni członkowie rodu zostali dotknięci jakąś niczym niewytłumaczalną klątwą, co powoduje, że albo nie dożywają starości i niepodziewanie tracą życie w dramatycznych okolicznościach, albo zapadają na dziwaczne choroby, których nie da się wyleczyć, choćby nawet lekarze stosowali najnowocześniejsze – na dany okres czasu – metody leczenia. Nierzadko zdarza się też, że senior rodu dokładnie wie, skąd tak naprawdę wzięła się rzeczona klątwa, lecz złożona wiele lat wcześniej przysięga nie pozwala mu wyznać prawdy. I tak oto autor tworzy zawiłą fabułę, aby coraz bardziej wciągać w nią czytelnika. Dopiero na samym końcu pisarz zdradza, co tak naprawdę się stało i dlaczego przez wiele pokoleń rodzina żyjąca na kartach jego książki musiała zmagać się z tym czy innym zagadkowym problemem. Zazwyczaj taka historia kończy się szczęśliwie, ale zanim to nastąpi musi minąć sporo czasu, zaś galeria postaci zostaje zredukowana do minimum i zostają tylko ci, którym udało się pokonać przeznaczenie.

Nie wiem, na ile w Polsce znana jest Barbara Wood, szczególnie grupie młodych czytelników. Wydaje mi się jednak, że Autorka popularnością cieszy się raczej wśród starszego pokolenia czytelniczek. Dla przypomnienia wspomnę, że Pisarka na świat przyszła w 1947 roku w Warrington w Anglii (niedaleko Liverpoolu). Razem z rodzicami i starszym bratem wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Dorastała w Kalifornii Południowej (Los Angeles), gdzie uczęszczała do szkoły. Po skończeniu szkoły średniej, Barbara podjęła naukę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, ucząc się tam chirurgii, lecz po jakimś czasie przerwała studia. Wtedy też często zmieniała pracę, aż w końcu udało jej się sprzedać wydawcy swoją pierwszą powieść. Było to w 1976 roku. Dotychczas spod jej pióra wyszło kilkadziesiąt książek, w tym również te pisane pod pseudonimem Kathryn Harvey. Barbara Wood znajduje się na liście najlepiej zarabiających pisarzy na arenie międzynarodowej, zaś jej powieści przetłumaczono na ponad trzydzieści języków. Na kartach swoich książek Autorka przenosi czytelnika w naprawdę egzotyczne miejsca, które wcześniej są przez nią skrupulatnie badane celem zapewnienia odbiorcom poczucia prawdziwej kultury i historii związanych z opisywanymi miejscami, co jest oczywiście niezbędne przy kreowaniu fabuły. Generalnie w centrum każdej historii występuje silna i niezależna kobieta.  

Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 1999
tłum. Anna Pajek
Przeklnij ten dom to książka, która po raz pierwszy ukazała się na rynku wydawniczym w 1978 roku. Barbara Wood przenosi w niej czytelnika do wiktoriańskiej Anglii. Jest połowa XIX wieku, a dokładnie rok 1857. W Londynie umiera Jennifer Pemberton. Okazuje się, że tuż przed śmiercią kobieta otrzymała list od ciotki Sylvii, w którym ta zapraszała ją do posiadłości Pemberton Hurst, którą Jenny wraz z pięcioletnią wówczas córeczką opuściła wiele lat temu. Po śmierci matki Leyla odnajduje list i postanawia – zamiast Jenny – odwiedzić nieznaną jej rodzinę. Dziewczyna praktycznie nie pamięta, jakie życie wiodły z matką w Pemberton Hurst. Powiedziano jej natomiast, że ojciec i starszy braciszek zmarli. Z kolei w Londynie Leyla wraz z matką prowadziły bardzo ubogie życie. Jennifer robiła wszystko, aby tylko nie przymierały głodem. Pracowała w najbardziej obskurnych miejscach. Dlaczego zatem nie mogły liczyć na rodzinę z Pemberton Hurst? Przecież Pembertonowie nigdy nie narzekali na brak pieniędzy. Byli i są właścicielami fabryk bawełny, więc bieda naprawdę nie jest w stanie im zagrozić. Czyżby wszystkiemu winne były okoliczności śmierci Roberta Pembertona?

Kiedy w końcu Leyla przybywa do Pemberton Hurst – posiadłości pochodzącej jeszcze z czasów Elżbiety I Tudor (1533-1603) – członkowie rodziny są niesamowicie zaskoczeni jej wizytą. Zachowują się wręcz tak, jakby właśnie zobaczyli ducha. Niektórzy mylą ją nawet ze zmarłą Jennifer. Wydaje się, że tylko Colin Pemberton nie przywiązuje zbyt dużej wagi do niespodziewanych odwiedzin kuzynki. Prawdę powiedziawszy Colin traktowany jest w domu jak dziwak, z którym nie warto rozmawiać. Urodą znacznie odbiega od pozostałych męskich członków rodu. Charakter też ma zupełnie inny. Jest otwarty i nikogo nie udaje. Stara się mówić i robić to, co akurat przyjdzie mu na myśl. Kim zatem jest ów Colin? Dlaczego Leyli wydano surowy zakaz rozmowy z kuzynem? Czyżby ten wiedział więcej, niż pozostali członkowie rodziny chcą jej zdradzić? Jakie mroczne tajemnice kładą się cieniem na Pemberton Hurst?  

Bardzo szybko okazuje się, że nad Pembertonami od dziesiątek lat ciąży klątwa, która zwyczajnie ich zabija. Jedni tracą zmysły i w konsekwencji umierają, zaś inni również na skutek problemów psychicznych mordują. W związku z tym uznano, że na obecnym pokoleniu zakończy się linia rodu Pembertonów i nikt już więcej nie założy rodziny i nie spłodzi potomstwa. Kuzynostwo Leyli uparcie stosuje się do tej zasady, ponieważ nie chce przekazywać następnym pokoleniom tragicznej klątwy, i tym samym doprowadzać do kolejnych rodzinnych dramatów. Nie można jednak powiedzieć, że młodzi są z tego powodu zadowoleni. Pomimo że żyją w bogactwie, to jednak nie są szczęśliwi, bo nigdy nie będzie im dane zaznać prawdziwej miłości.

Jedno z wydań amerykańskich
Wydawnictwo: TURNER
Nowy Jork 2012
Obecnie na czele rodu stoi Abigail Pemberton, przed którą nic się nie ukryje. Ta stara kobieta wie dosłownie o wszystkim, co ma jakikolwiek związek z mieszkańcami posiadłości. Wobec swojej wnuczki Leyli nie jest bynajmniej przyjaźnie nastawiona. Domaga się wręcz, aby ta natychmiast opuściła jej dom. Mało tego. Kobieta zarzuca dziewczynie, że ta przybyła do posiadłości tylko po to, aby domagać się spadku po nieżyjącym od dwudziestu lat ojcu. I tak oto krok po kroku Leyla zaczyna odkrywać mroczną rodzinną tajemnicę, co może okazać się dla niej naprawdę niebezpieczne. Czy zatem Leyli uda się uniknąć klątwy Pembertonów? Czy zdoła ocalić głowę i nie podzielić losu swoich przodków? Czy rzeczona klątwa faktycznie istnieje, czy może ktoś ją sobie wymyślił dla własnych celów? Jaki w tym wszystkim jest udział Colina Pembertona, który od samego początku, jak gdyby nie wpisuje się w tło Pemberton Hurst?

Czy współcześni autorzy potrafią pisać powieści wiktoriańskie? Na pewno takim książkom wiele brakuje do tych, które tworzyli pisarze żyjący w XIX wieku i na co dzień obcujący z ówczesnymi realiami. Opisywane przez nich historie z całą pewnością są wiarygodniejsze i znacznie lepiej oddają specyfikę tamtych czasów. Nie można jednak zabronić współczesnym autorom sięgania po tego rodzaju wątki, bo to tak, jakby w ogóle zakazać pisania powieści historycznych. Barbara Wood stworzyła natomiast całkiem przyjemną powieść w wiktoriańskim klimacie, dołączając do tego jeszcze wątek kryminalny. Podobne książki swego czasu pisała Eleanor Hibbert (1906-1993), która w Polsce znana jest przede wszystkim jako Victoria Holt.

Akcja powieści biegnie dość szybko, a nasza główna bohaterka z dnia na dzień odkrywa coś nowego. Trzeba przyznać, że nie poddaje się tak łatwo i nie słucha podszeptów rodziny, która każe jej wyjechać z Pemberton Hurst. Leyla pragnie poznać okoliczności śmierci ojca i brata, bo czuje, że rodzina nie mówi jej prawdy. Poza tym niemalże wszyscy obawiają się, iż pewnego dnia dziewczyna przypomni sobie co tak naprawdę wydarzyło się w zagajniku, gdzie odnaleziono ciała Roberta i Thomasa. Dlaczego w takim razie Pembertonowie tak bardzo boją się ujawnienia prawdy? Co też stało się w zagajniku dwadzieścia lat temu, że na samą myśl o tym miejscu oblewa ich zimny pot?

Przeklnij ten dom to także delikatny romans, który rozwija się tak, jak przystało na czasy wiktoriańskie. Nie ma tutaj gwałtownych wybuchów uczuć i namiętności, natomiast miłość rodzi się bardzo powoli i w sekrecie. Myślę, że osoby, które lubią powieści utrzymane w dziewiętnastowiecznym angielskim klimacie mogą czuć się zadowolone po przeczytaniu tej lektury. Mnie książka bardzo się podobała, ale może dlatego, że generalnie cenię sobie pisarzy starszego pokolenia, dlatego też niemalże zawsze przemawiają do mnie powieści tworzone w ubiegłych dekadach. Natomiast do nowości podchodzę bardzo ostrożnie.