Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcia Willett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcia Willett. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2025

Między wzgórzami Devonu a sercem człowieka: opowieść o twórczości Marcii Willett

 



Marcia Willett (1945–2022) wypracowała sobie wyjątkową i cenioną pozycję w brytyjskiej literaturze kobiecej, urzekając czytelników wnikliwym spojrzeniem na relacje międzyludzkie, ukojenie płynące z domowego ogniska oraz cichą, lecz niezłomną siłę ludzkiego ducha. Przez niemal trzy dekady niezwykle płodnej kariery napisała trzydzieści sześć powieści, w tym cztery pod pseudonimem Willa Marsh, zdobywając uznanie jako mistrzyni opowieści, której narracje odzwierciedlają głębokie zrozumienie złożoności życia i jego nieustannej zdolności do odnowy. Twórczość Willett wyróżnia się sugestywnymi opisami miejsc, głęboko empatycznymi postaciami oraz ciepłym, refleksyjnym stylem prozatorskim. Jej książki niezmiennie oferują czytelnikom azyl — przestrzeń do zadumy nad tematami rodziny, straty, drugich szans i misternie splecionych więzi społecznych. W centrum jej pisarstwa znajdują się powracające motywy, które stanowią filary jej literackiego świata, oraz charakterystyczne techniki narracyjne, dzięki którym zwyczajne życie nabiera niezwykłej głębi i emocjonalnego rezonansu. Trwała siła oddziaływania Willett tkwiła w jej umiejętności subtelnego ukazywania codzienności, przekształcania zwykłych losów w poruszające mozaiki doświadczeń oraz w niezachwianej wierze w moc ludzkich więzi i cichą godność, z jaką człowiek stawia czoła zmienności losu.


Fot. Ⓒ Emma Stoner


Jednym z najbardziej fundamentalnych i powracających motywów w jej twórczości była trwała siła oraz złożona dynamika więzi rodzinnych, a także głębokie znaczenie pojęcia „domu”. Rodzina w ujęciu Willett rzadko jawiła się jako prosta, idylliczna struktura — raczej jako żywy, pulsujący organizm, naznaczony dawnymi ranami i napięciami wynikającymi z nieporozumień, ale też wzmocniony niezachwianymi więzami. Z niezwykłą precyzją analizowała wielopokoleniowe zależności, ukazując, jak historia, tajemnice i wspólne doświadczenia kształtują tożsamość jednostek oraz ich wspólne losy. Kwintesencją jej mistrzostwa w kreowaniu rozbudowanych sag rodzinnych jest cykl powieści The Chadwick Family Chronicles, obejmujący: Looking Forward (1998), Holding On (2000), Winning Through (2001), The Prodigal Wife (2009) oraz opublikowaną pośmiertnie nowelę Christmas at the Keep (2022). Na przestrzeni tych utworów Willett śledziła losy klanu Chadwicków na różnych etapach życia, ukazując ich zwycięstwa i porażki, wzajemne zależności oraz subtelne zmiany w relacjach. Looking Forward wyznacza ton całej serii, badając konsekwencje przełomowego wydarzenia, które zmusza bohaterów do przewartościowania swoich ról i zmierzenia się z nierozwiązanymi emocjami. Willett doskonale oddawała niewypowiedziane napięcia obecne w rodzinach — dziedziczone cechy, lojalność, a czasem także urazy — splatając je w tkankę, która ostatecznie dawała poczucie przynależności i wsparcia.
 
Marcia Willett konsekwentnie poszerzała tradycyjne rozumienie rodziny, wykraczając poza więzy krwi i obejmując nim relacje z wyboru oraz wspólnoty tworzone przez wspólne doświadczenia czy bliskość geograficzną. W wielu jej powieściach bohaterowie zagubieni lub wyobcowani odnajdują ukojenie i poczucie przynależności w nowych, często nietypowych strukturach rodzinnych. Pojęcie „domu” w twórczości Willett pozostaje nierozerwalnie związane z rodziną, lecz wykracza daleko poza fizyczną przestrzeń — staje się skarbcem wspomnień, symbolem tożsamości i azylem, w którym postacie szukają schronienia, odkrywają siebie na nowo lub konfrontują się z przeszłością. Szczególne miejsce w jej narracjach zajmują stare domy, zwłaszcza te położone na brytyjskiej prowincji, które nabierają niemal ludzkich cech i stają się milczącymi świadkami pokoleń radości i smutku. Powieści The Courtyard (1995), Hattie's Mill (1997) oraz The Garden House (2020) doskonale ilustrują tę głęboką więź między miejscem a emocjonalnym światem bohaterów. Przestrzenie te nie pełnią jedynie funkcji tła — są integralną częścią krajobrazu emocjonalnego, nasyconego historią i osobowością. Willett często ukazywała postacie dziedziczące lub powracające do domów przodków, co stawało się początkiem podróży ku samopoznaniu, nierozerwalnie splecionej z duchem miejsca. Proces odnawiania zaniedbanego ogrodu czy restaurowania starego domu symbolizował wewnętrzną pracę bohaterów nad uzdrowieniem i odbudową własnego życia, przekształcając fizyczną przestrzeń w prawdziwy emocjonalny „dom”. To głębokie splecenie jednostki z korzeniami rodzinnymi i otaczającym ją środowiskiem podkreślało przekonanie Willett o istnieniu zarówno materialnych, jak i niematerialnych sił, które łączą ludzi z ich dziedzictwem i ze sobą nawzajem.

Uzupełniając wszechobecne w jej twórczości motywy rodziny i domu, Willett często podejmowała tematykę straty, żalu oraz trudnej, lecz ostatecznie pełnej nadziei drogi ku uzdrowieniu. Nie unikała ukazywania nieuchronnych smutków życia — śmierci bliskiej osoby, rozpadu małżeństwa, bólu wyobcowania czy utraty dawnych pewników. Poruszała te tematy z głęboką empatią i delikatnością, pozwalając swoim bohaterom zmagać się z emocjonalnymi ranami w sposób realistyczny i bliski czytelnikowi. Doskonale rozumiała, że żałoba nie przebiega liniowo, dlatego jej powieści często śledzą kręte, nieoczywiste ścieżki, którymi bohaterowie próbują pogodzić się ze stratą. W Forgotten Laughter (2002) Willett ukazuje, jak przeszłe traumy i nierozwiązany żal rzucają długie cienie na teraźniejszość, a akt przypomnienia i konfrontacji z bolesnymi wspomnieniami staje się kluczowy dla procesu leczenia. Podobnie Memories Of The Storm (2005) to narracja osadzona w następstwie znaczącego i burzliwego wydarzenia, w której bohaterowie muszą na nowo poukładać swoje życie, mierząc się z echem dawnych cierpień.

Tym, co szczególnie wyróżniało Marcię Willett, było jej skupienie na uzdrawiającej sile czasu, międzyludzkich więziach oraz ukojeniu, jakie często przynosi natura. Bohaterowie jej powieści nie tylko przezwyciężają żałobę, lecz także potrafią ją zintegrować ze swoim życiem, zyskując głębsze zrozumienie siebie i otaczającego ich świata. Powolny, cichy rytm wiejskiej codzienności, kojąca obecność przyjaciół oraz piękno przyrody stają się w jej narracjach katalizatorami procesu leczenia. Spacer wzdłuż wybrzeża Kornwalii, pielęgnacja ogrodu czy wspólne milczenie przy filiżance herbaty mogą przerodzić się w kluczowe momenty refleksji i ukojenia. Willett ukazywała proces uzdrawiania jako coś dalekiego od łatwego czy natychmiastowego — raczej jako stopniowy, nierzadko bolesny wysiłek, naznaczony drobnymi zwycięstwami i chwilowymi potknięciami. Mimo to przez jej opowieści nieustannie przebiega nurt nadziei — łagodne zapewnienie, że nawet po głębokiej stracie życie toczy się dalej, oferując nowe możliwości i odnowione więzi. Emocjonalna głębia, jaką nadawała swoim historiom, pozwalała czytelnikom utożsamiać się z wrażliwością i triumfami jej postaci, budując poczucie wspólnoty w obliczu uniwersalnych doświadczeń smutku i odnowy.
 
Jednym z kluczowych elementów optymistycznej wizji świata, którą Willett konsekwentnie snuła w swojej obszernej twórczości, była wzmacniająca idea drugich szans i nowych początków. Jej bohaterowie często stają na życiowych rozdrożach — nierzadko w późniejszym wieku — co skłania ich do podjęcia prób reinwencji, zmiany miejsca zamieszkania lub odkrycia dotąd niewykorzystanego potencjału. Motyw ten silnie rezonował z jej czytelnikami, niosąc pokrzepiające przesłanie, że nigdy nie jest za późno, by odmienić swój los, odnaleźć miłość czy zrealizować dawne marzenia. Tytuły takie jak Starting Over (1997) oraz Second Time Around (1998) wprost deklarują tę tematykę, przedstawiając bohaterów mierzących się z żalem z przeszłości lub niezadowoleniem z teraźniejszości, którzy decydują się na radykalne zmiany w swoim życiu. Przemiany te często mają charakter geograficzny — postacie przenoszą się do nowych miejscowości lub wracają do miejsc znanych z młodości, poszukując zarówno zewnętrznej odmiany, jak i wewnętrznej przemiany. Powieści The Summer House (pol. Letni domek, 2010), Indian Summer (2014) oraz Homecomings (2018) doskonale ilustrują ten motyw, ukazując osoby, które dziedziczą nieruchomości, pragną wolniejszego tempa życia lub powracają do korzeni, by odkryć nieoczekiwane możliwości rozwoju osobistego i romantycznych relacji.

Narracje Marcii Willett dotyczące nowych początków nigdy nie były prostymi opowieściami o natychmiastowym sukcesie. Wręcz przeciwnie — uwzględniały odwagę potrzebną do wkroczenia w nieznane, trudności związane z adaptacją do nowych okoliczności oraz uporczywe echa przeszłości, z którymi bohaterowie musieli się zmierzyć. Mimo tych wyzwań Willett niezmiennie nasycała swoje historie poczuciem nadziei i wiarą w ludzką odporność. Jej postacie często odnajdują szczęście w nieoczekiwanych miejscach lub u boku niespodziewanych towarzyszy, co sugeruje, że przypadek odgrywa istotną rolę w kształtowaniu drugiego aktu życia. Niezależnie od tego, czy jest to wdowa odnajdująca miłość na nowo, rozwodnik odbudowujący swoje życie, czy ktoś odkrywający zapomnianą pasję — Willett celebrowała siłę i sprawczość jednostki w kierowaniu własnym losem ku nowym, satysfakcjonującym ścieżkom. Ten motyw silnie przemawia do uniwersalnego pragnienia odnowy, zdolności do rozwoju w każdym wieku oraz niesie kojące przesłanie, że życie — mimo przeciwności — zawsze kryje w sobie obietnicę jaśniejszego rozdziału. Ciche triumfy jej bohaterów, którzy odważnie kroczą nowymi drogami, stanowią inspirację i przypomnienie, że prawdziwe spełnienie nie tkwi w unikaniu zmian, lecz w ich pełnym, transformującym przyjęciu.

Poza intymną sferą życia rodzinnego Willett wykazywała niezwykły talent do ukazywania złożoności różnorodnych relacji — przyjaźni, dojrzałej miłości oraz misternie utkanego społecznego krajobrazu. Jej powieści często badają subtelności trwałych przyjaźni: ich ewolucję w obliczu życiowych wzlotów i upadków, ich niezachwianą rolę jako filarów wsparcia, a także próby, którym bohaterowie muszą sprostać. Seria o Kate Webster — Those Who Serve (1995, wydana w USA jako First Friends), Thea's Parrot (1995, w USA jako A Friend of the Family) oraz Echoes of the Dance (2006) — stanowi wyraźny przykład skupienia Willett na więziach przyjacielskich i ich splecionych losach w ramach wspólnoty. Historie te zagłębiają się w temat wspólnych doświadczeń, powierzanych sekretów i cichego porozumienia, które definiują głębokie przyjaźnie, ukazując, że tego rodzaju relacje mogą być równie istotne jak więzi rodzinne. Szczególnie Thea’s Parrot sugeruje zatarcie granic między przyjacielem a członkiem rodziny, podkreślając, jak głęboko relacje z wyboru mogą zostać wplecione w podstawowy system wsparcia jednostki.

Relacje romantyczne w twórczości Marcii Willett cechują się dojrzałością, głębią oraz realistycznym podejściem do wyzwań, jakie niesie ze sobą długoletnie partnerstwo lub delikatne początki niespodziewanej miłości w późniejszym okresie życia. Autorka z niezwykłą wrażliwością oddawała odrodzone uczucia, niespodziewane więzi między pozornie różniącymi się osobami oraz cichą, pełną ciepła bliskość opartą na wspólnej historii i wzajemnym szacunku. Jej romanse rzadko przybierają formę burzliwych, dramatycznych zauroczeń — są raczej powolnym, naturalnym rozwijaniem się więzi i zrozumienia, osadzonym w codzienności. Powieści takie jak The Golden Cup (2005) oraz The Songbird (2016) doskonale ilustrują ten typ narracji, ukazując trwałą lub nowo odkrytą miłość, często nasyconą subtelną symboliką. Równocześnie Willett nieustannie podkreślała znaczenie wspólnoty. Jej historie rozgrywają się zazwyczaj w zżytych ze sobą wsiach lub małych miasteczkach, gdzie sąsiedzi znają nawzajem swoje sprawy, wspierają się i tworzą system wzajemnej pomocy. Taka społeczność stanowi kluczowe tło dla osobistych przemian bohaterów, oferując praktyczne wsparcie, emocjonalne ukojenie oraz poczucie wspólnej tożsamości. Przenikanie się indywidualnych losów z duchem wspólnoty było stałym motywem w jej twórczości, podkreślającym przekonanie autorki o fundamentalnej potrzebie więzi i przynależności. Czy to tętniący życiem sklepik, lokalny pub, czy wspólny ogród — te przestrzenie stawały się miejscami spotkań, wymiany myśli i cichego rozwoju ludzkich dramatów, umacniając ideę, że żadna historia nie toczy się w izolacji.

Powieści Marcii Willett zasłynęły również z sugestywnych opisów miejsc, które często pełnią rolę samodzielnych bohaterów, wywierając głęboki wpływ na nastrój, przebieg fabuły oraz rozwój postaci. Tworzyła dzięki nim bogate doświadczenie sensoryczne dla czytelnika. Akcja jej utworów rozgrywa się głównie na malowniczej brytyjskiej prowincji, najczęściej w hrabstwach West Country — Kornwalii i Devon — a krajobrazy te oddane są z niezwykłą dbałością o szczegóły i głębokim uznaniem dla ich naturalnego piękna. Willett nie ograniczała się do opisu scen — potrafiła zanurzyć czytelnika w przestrzeni, pozwalając, by obrazy, dźwięki, a nawet zapachy środowiska przenikały narrację. Surowe wybrzeża, zielone, falujące wzgórza, urokliwe domki kryte strzechą i dzikie, nieujarzmione ogrody nie stanowią jedynie tła wydarzeń — są nośnikami historii, emocjonalnymi punktami odniesienia dla bohaterów, a często także katalizatorami refleksji i przemiany.
 
Powieści takie jak The Dipper (1996), o wymownym, naturalistycznym tytule, A Summer in the Country (2002), The Sea Garden (2012) oraz Summer On The River (2015) ukazują głęboką więź między człowiekiem a otaczającym go środowiskiem. Zmienność pór roku, rytmiczny przypływ i odpływ fal, łagodny szmer rzeki czy szelest liści w ogrodzie często odzwierciedlają wewnętrzne stany emocjonalne bohaterów. Postać odnajdująca ukojenie w pielęgnacji zaniedbanego ogrodu może równocześnie leczyć własne zranione wnętrze, a dzikość nadmorskiej burzy może symbolizować wewnętrzne rozdarcie. Opisy Willett są bogate w detale sensoryczne — od zapachu wiciokrzewu oplatającego stary kamienny mur, przez krzyk mew nad morzem, po smak świeżo zaparzonej herbaty w przytulnej kuchni. Ta immersyjna jakość nie tylko osadza opowieści w namacalnej rzeczywistości, lecz także pogłębia ich emocjonalny wydźwięk, pozwalając przestrzeniom odgrywać istotną rolę w budowaniu tematycznego wymiaru narracji. Poczucie miejsca było w jej twórczości tak silne, że czytelnicy często odczuwali tęsknotę za odwiedzeniem tych spokojnych, choć nierzadko naładowanych emocjonalnie zakątków. Dzięki mistrzowskiej kreacji scenerii jej powieści wykraczają poza ramy prostych dramatów obyczajowych, stając się głębokimi refleksjami nad tym, jak środowisko kształtuje tożsamość i zapewnia stałą, kojącą obecność w obliczu zmienności ludzkich losów.
 
Charakterystyczny styl narracyjny Marcii Willett oraz jej kunszt pisarski stanowiły istotę trwałego uroku jej twórczości, wyróżniając się łagodnym, a zarazem wciągającym sposobem opowiadania historii. Jej tempo narracji jest zazwyczaj niespieszne i refleksyjne, co pozwala na dogłębną kreację postaci, wewnętrzne rozważania oraz stopniowe rozwijanie złożonych wątków fabularnych. Ten zamierzony rytm zachęca czytelników do zanurzenia się w wykreowanych przez nią światach, do smakowania emocjonalnych niuansów i cichego dramatu codzienności. Willett była mistrzynią narracji z perspektywy wielu postaci — techniki, która umożliwia ukazanie wydarzeń w sposób kalejdoskopowy, oczami różnych bohaterów. Takie podejście nie tylko zapewnia pełniejsze zrozumienie złożoności opowieści, lecz także buduje głęboką empatię, pozwalając czytelnikom zajrzeć w myśli, motywacje i emocjonalne zmagania każdej postaci. Ta wielowymiarowa perspektywa szczególnie dobrze sprawdzała się w jej sagach rodzinnych oraz powieściach skupionych na wspólnocie, ukazując misterną sieć relacji oraz często odmienne postrzeganie wspólnych doświadczeń.

Dialogi w twórczości Marcii Willett cechują się wyjątkowym realizmem i powściągliwością. Autorka konsekwentnie unikała wzniosłych deklaracji, stawiając na autentyczne wymiany zdań, które subtelnie odsłaniają charakter postaci, posuwają fabułę naprzód i niosą ze sobą niewypowiedziany ładunek emocjonalny. Jej bohaterowie komunikują się w sposób naturalny i wiarygodny, co wzmacnia ogólne poczucie autentyczności narracji. Największą siłą Willett była niewątpliwie kreacja postaci. Jej bohaterowie są głęboko empatyczni, niedoskonali i niezwykle bliscy czytelnikowi — zmagają się z uniwersalnymi doświadczeniami ludzkimi. Autorka z wrażliwością wnikała w ich wewnętrzne rozterki, nadzieje, lęki i ciche zwycięstwa, pozwalając odbiorcom śledzić ich rozwój i przemianę. W jej portretach obecna jest łagodność, celebrująca wrodzoną dobroć ludzi, mimo ich niedoskonałości. Willett posługiwała się również subtelną symboliką — elementy natury, stare domy czy znaczące przedmioty często pełniły funkcję metafor pamięci, nadziei, zmiany lub ciągłości, jak ma to miejsce w The Birdcage (2004) czy The Golden Cup (2005). Ogólny ton jej twórczości jest ciepły, introspektywny i nasycony cichą nadzieją, często z nutą nostalgii za przeszłością, lecz zawsze skierowany ku możliwościom, jakie oferuje przyszłość. Willett z delikatnością podejmowała uniwersalne tematy miłości, straty, przynależności i odnowy, unikając melodramatu na rzecz głębokiego realizmu emocjonalnego. „Cichy dramat” jej prozy, w którym istotne przemiany dokonują się poprzez subtelne interakcje i wewnętrzne odkrycia, stanowił znak rozpoznawczy jej wyjątkowego, kojącego literackiego głosu.
 
Jednym z najbardziej intrygujących aspektów kariery Marcii Willett była decyzja o publikacji czterech powieści pod pseudonimem Willa Marsh: Amy Wingate's Journal (1996), Facing the Music (1997), Sisters Under the Skin (1998) oraz The Quick and the Dead (1999). Taki krok często sygnalizuje odejście od ustalonego gatunku lub stylu, a dla Willett prawdopodobnie stanowił okazję do eksploracji innego obszaru narracyjnego lub bardziej eksperymentalnego podejścia do pisania. Podczas gdy jej książki publikowane pod własnym nazwiskiem są mocno osadzone w gatunku „fikcji kobiecej”, charakteryzującym się ciepłem, empatią oraz skupieniem na relacjach i życiu domowym, tytuły wydane jako Willa Marsh — opublikowane przez wydawnictwo Sceptre, znane z bardziej literackiej, czasem mroczniejszej i wymagającej prozy — sugerują zwrot ku innemu gatunkowi. Już same tytuły wskazują na istotne różnice. Amy Wingate's Journal to intymna, introspektywna narracja pierwszoosobowa, pozwalająca intensywnie zagłębiać się w psychikę bohaterki. Facing the Music oraz The Quick and the Dead przywołują natomiast poczucie nieuchronnej konfrontacji, konsekwencji lub śmiertelności, co charakteryzuje fabuły nasycone większym napięciem psychologicznym, suspensem lub mroczniejszym obrazem ludzkiej natury niż ten obecny w głównym dorobku Willett. Sisters Under the Skin bada złożone i napięte relacje rodzinne z większą ostrością, zgłębiając tematy tożsamości i percepcji w sposób wykraczający poza jej konwencjonalne narracje. Można więc przypuszczać, że jako Willa Marsh, Marcia Willett pozwalała sobie na sondowanie tematów z większym realizmem, podejmowała bardziej złożone moralne dylematy lub eksperymentowała ze strukturą narracyjną, która mogłaby nie pasować do jej ustalonego stylu. Ta podwójna tożsamość autorska świadczyła o potrzebie twórczej wolności, umożliwiając jej poszerzenie literackiego zakresu bez ryzyka utraty lojalnych czytelników, którzy cenili jej kojące i emocjonalnie rezonujące powieści. Było to zatem bardziej introspektywne, a może nawet nieco surowsze podejście do ludzkiego doświadczenia, ukazujące kontrastującą, lecz równie przenikliwą stronę jej literackiego talentu.
 
Na przestrzeni niemal trzydziestu lat kariery literackiej Marcia Willett wykazywała niezwykłą konsekwencję w zachowywaniu rdzennego uroku swojej twórczości, jednocześnie subtelnie rozwijając warsztat pisarski i pogłębiając warstwę tematyczną. Od wczesnych powieści, takich jak Those Who Serve (1995) i The Courtyard (1995), które ustanowiły fundamenty jej ulubionych motywów — rodziny, wspólnoty i dramatów życia codziennego — po późniejsze utwory, jak Starry, Starry Night (2021) oraz poruszającą, ostatnią nowelę Christmas at the Keep (2022), Willett niezmiennie pozostawała wierna swojemu charakterystycznemu stylowi, koncentrując się na wewnętrznym świecie bohaterów. Głębsza analiza jej dorobku ujawnia rosnącą pewność w podejmowaniu złożonych tematów emocjonalnych oraz coraz większą biegłość w konstruowaniu wielowątkowych fabuł i rozbudowanych portretów psychologicznych. Wczesne powieści wyraźnie kreśliły relacje między postaciami i osadzeniem akcji, podczas gdy późniejsze charakteryzowały się większą subtelnością w ukazywaniu motywacji bohaterów oraz bardziej zniuansowanym podejściem do ich moralnych dylematów. Willett szczególnie dobrze radziła sobie z narracjami wielopokoleniowymi, czego dowodem był nieprzerwany sukces cyklu Chadwick Family Chronicles, pozwalającego jej zgłębiać długofalowe skutki decyzji oraz powolne, nieuniknione zmiany w dynamice rodzinnej. Jej umiejętność nadawania przestrzeniom literackim głębokiego znaczenia również ewoluowała — scenerie przestawały być jedynie tłem, stając się integralnymi elementami, które odzwierciedlały i kształtowały emocjonalne stany postaci. Choć podstawowe tematy pozostawały niezmienne — ukojenie płynące z domu, siła ludzkiego ducha, potęga więzi — sposób ich przedstawiania dojrzewał, oferując bogatsze warstwy interpretacyjne i głębsze zrozumienie ludzkiej kondycji. Jej późne dzieła ukazywały pisarkę u szczytu możliwości, tworząc opowieści jednocześnie kojące i przenikliwe, co ugruntowało jej pozycję jako cenionej i znaczącej postaci we współczesnej literaturze brytyjskiej.
 
Podsumowując, literacki dorobek Marcii Willett stanowił bogatą i barwną mozaikę, złożoną z trwałych emocji, misternych relacji oraz kojącego rytmu życia w zgodzie z otaczającym światem. Od debiutu w 1995 roku aż do śmierci w 2022 roku niezmiennie oferowała czytelnikom azyl na kartach swoich powieści — przestrzeń, w której ciche dramaty codzienności były ukazywane z głęboką empatią i wnikliwością. Jej mistrzowskie portrety rodziny w całej jej złożoności, czego najlepszym przykładem był cykl Chadwick Family Chronicles, w połączeniu z wrażliwym podejściem do tematu straty i pełnej nadziei drogi ku uzdrowieniu, podkreślały jej głębokie zrozumienie ludzkiego serca. Motyw drugich szans i nowych początków, obecny w jej twórczości, stanowił wyraz wiary w ludzką odporność, a staranna kreacja przyjaźni, dojrzałej miłości oraz wspólnoty ukazywała fundamentalne znaczenie więzi międzyludzkich. Willett potrafiła z niezwykłą sugestywnością przekształcać brytyjską prowincję w żywe, oddychające postacie, co świadczyło o jej głębokim związku z siłą miejsca.




Dzięki łagodnemu, a zarazem wciągającemu stylowi narracyjnemu, wielowymiarowej charakterystyce postaci oraz kontemplacyjnej prozie, Marcia Willett stworzyła wyjątkową przestrzeń w obrębie literatury kobiecej. Nawet jej literacki eksperyment pod pseudonimem Willa Marsh świadczył o nieograniczonej kreatywności i gotowości do eksplorowania szerszego spektrum ludzkich doświadczeń. Ostatecznie siła oddziaływania Willett nie wynikała z sensacyjnych zwrotów akcji, lecz z niezwykłej umiejętności odnajdywania głębi w codzienności, ukazywania cichej godności ludzkich zmagań oraz celebracji niezłomnej siły miłości, nadziei i przynależności. Jej powieści nieustannie przypominają, że nawet w obliczu nieuniknionych życiowych trudności istnieje obietnica odnowy, ciepło domowego ogniska i kojąca obecność bliskich. Twórczość Marcii Willett pozostaje świadectwem trwałej mocy opowieści — zdolnej łączyć, pocieszać i głęboko rozumieć zawiły taniec ludzkiego ducha.



prawa autorskie Ⓒ Agnieszka Różycka
 
 


czwartek, 30 marca 2017

Marcia Willett – „Letni domek”













Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2011
Tytuł oryginału: The Summer House
Przekład: Agnieszka Podruczna




Sięgając po literaturę kobiecą bardzo często możemy natrafić na fabułę, która będzie skupiać się na jakiejś tajemnicy rodzinnej skrywanej przez wiele lat. Dopiero po śmierci któregoś z bohaterów pojawią się sygnały świadczące o tym, że osoba zmarła praktycznie przez całe życie – albo jego większą część – żyła pod presją tragedii, o której nikt nie wiedział. W tej sytuacji pozostali przy życiu bohaterowie zupełnie przypadkiem natrafiają zazwyczaj na listy czy pamiątki rodzinne, które będą w stanie doprowadzić ich do odkrycia prawdy. Czasami taka prawda może być jednak bardzo druzgocąca lub wręcz spowodować kolejny dramat. I tak oto autor czy autorka danej powieści całą jej treść poświęca na to, aby ostatecznie wraz ze swoimi bohaterami rozwiązać rodzinne dylematy i jednocześnie spróbować wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego dany bohater podjął taką a nie inną decyzję.

Tak właśnie dzieje się w przypadku powieści Letni domek. Już sam tytuł może sugerować nam, że mamy do czynienia z przesłodzoną, sielankową historią. Ale czy na pewno? Nie wiadomo tak naprawdę, kto jest głównym bohaterem tej opowieści, ponieważ każda z postaci wnosi coś ważnego do fabuły. Należałoby jednak przyjąć, że centralną postacią jest tutaj mężczyzna w średnim wieku o imieniu Matt. To pisarz, którego opuściła wena twórcza. Nie można odmówić mu talentu, patrząc na sukces, jaki odniósł po wydaniu debiutu. Nie dość, że już na samej książce zarobił fortunę, to jeszcze wykupiono prawa do jej ekranizacji, a to dodatkowo powiększyło stan jego bankowego konta. Pomimo że Matt jest znanym autorem i praktycznie nie powinien na nic narzekać, to jednak jego prywatne życie pozostawia wiele do życzenia.

Jak każdy pisarz, Matt również jest bardzo wrażliwy i raczej trudno jest mu stawić czoło przeciwnościom losu. Mieszka w Londynie, gdzie ma kilkoro przyjaciół, lecz można odnieść wrażenie, że nie robi nic, aby pielęgnować te więzi. Jeśli chodzi o kobiety, to sprawa również nie wygląda za dobrze. Matt jest skryty, ale też nie czuje jakiejś wewnętrznej potrzeby, aby związać się na stałe z którąś z kręcących się wokół niego kobiet. Choć jest nieziemsko przystojny i nie brakuje niewiast, które byłyby chętne dzielić z nim życie, on nie potrafi wzbudzić w sobie nawet najmniejszych uczuć wobec tych pań. Czy coś jest z nim nie w porządku? Dlaczego jest taki oziębły? Dlaczego nie potrafi stworzyć stałego związku i założyć rodziny? Może sedno stanowi tutaj jego rodzinna przeszłość? Czyżby w jego życiu wydarzyło się coś, co nie pozwala mu na bliskość nie tylko z kobietami, ale też generalnie z innymi ludźmi? Gdzie pisarz powinien szukać przyczyny takiej sytuacji?


Rzeka East Lyn w Exmoor w Kornwalii
fot. Jamsta
źródło


Jako mały chłopiec Matt stracił ojca, który był korespondentem i zginął w Afganistanie, gdzie de facto mieszkali wtedy całą rodziną. Ta strata wpłynęła druzgocąco nie tylko na małego Matthew, ale także na resztę rodziny i przyjaciół. Emocjonalnie ucierpiała także młodsza siostra Matta – Imogen. Natomiast ich matka tak bardzo się załamała, że w końcu popadła w alkoholizm i depresję. Teraz, kiedy poznajemy pisarza jako dorosłego już mężczyznę, porządkuje on rzeczy po zmarłej niedawno matce. Jego młodsza siostra jest dziś matką i żoną, z którą mężczyzna kontaktuje się najczęściej, jak tylko może. Obydwoje są dla siebie wzajemnie nie tylko rodzeństwem, ale przede wszystkim przyjaciółmi. I tak oto podczas porządkowania rzeczy pozostałych po rodzicielce, nasz bohater odnajduje plik fotografii, na których widać tylko jego. Nie ma tam ani rodziców, ani też siostry. Widać jednak, że zdjęcia pochodzą z różnych okresów życia Matta. Mężczyzna zaczyna zatem zastanawiać się, dlaczego nigdy wcześniej ich nie widział. Dlaczego matka ukrywała je przed nim? Jaki miała ku temu powód? Czyżby kryła się za tym jakaś tajemnica?

W miejscowości Exmoor położonej w północnej części Półwyspu Kornwalijskiego mieszkają przyjaciele Matta, którzy mogliby coś wiedzieć na temat znalezionych przez pisarza fotografii. To Milo i Lottie (skrót od Charlotte). W tej samej miejscowości mieszka również Imogen wraz z rodziną. Zarówno Milo, jak i Lottie nie są już pierwszej młodości. Staruszek jest byłym żołnierzem, zaś Charlotte przyjaźniła się niegdyś z rodzicami Matta, a właściwie bardziej z jego ojcem. Po śmierci Toma, Lottie była tak dobra, że zaopiekowała się jego dziećmi, podczas gdy ich własna matka nie była w stanie tego zrobić. Przyjaciółką rodziny jest też niejaka Venetia. To starsza pani, która po śmierci swojego męża – również byłego żołnierza – wdała się w romans z Milo. Dziś jej niegdysiejszy kochanek jest po rozwodzie, więc Venetia znów czyni starania o to, aby wkraść się w jego łaski. Wygląda to dość komicznie, lecz trzeba ją zrozumieć. Jest bardzo samotna, a za jedyne towarzystwo ma od czasu do czasu jakieś bezpańskie koty.

Wydanie anglojezyczne z 2012 roku
Wyd. CORGI BOOKS
W związku z powyższym Matt wyjeżdża do Exmoor, gdzie ma nadzieję odnaleźć odpowiedź na dręczące go pytania związane z tajemniczymi fotografiami. Jak gdyby tego było mało, mężczyzna otrzymuje przesyłkę ze zdjęciem, na którym widzi samego siebie. List adresowany jest do jego nieżyjącej matki. Kto zatem zakłóca mu spokój? Czy nadawca nie wie, że jego rodzicielka właśnie wyruszyła w podróż na drugi świat? I dlaczego na fotografii jest Matt, skoro sam zainteresowany nie pamięta, żeby kiedyś pozował do takiego zdjęcia? Czy ktoś bawi się jego uczuciami? Może jest ktoś, kto go śledzi? A jeśli tak, to w jakim celu to robi. I wreszcie, czy klimatyczny Letni Domek, będący własnością Milo, pomoże mu odkryć prawdę? Czy to właśnie tam Matthew znów zacznie pisać?

Letni domek to oczywiście klasyczna powieść obyczajowa. Marcia Willett porusza w niej naprawdę szereg problemów, jakie mogą nękać typową rodzinę. Czytelnik widzi, jak ważne są relacje pomiędzy rodzeństwem. Imogen jest wsparciem dla Matta. Martwi się o niego i chciałaby, żeby brat wreszcie ułożył sobie życie. Oddaje mu nawet to, o czym marzyła przez wiele lat, ponieważ wie, że Matthew jej nie zawiedzie. Ufa mu bezgranicznie. Z kolei jeśli wziąć pod uwagę bohaterów-seniorów, to również możemy zauważyć ich poświęcenie nie tylko dla siebie nawzajem, ale także w odniesieniu do młodych. Służą im własnym doświadczeniem i radą, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. Nawet Milo, któremu nie wszystko się podoba i czasami wręcz w opryskliwy i arogancki sposób wyraża swoje zdanie, niesie pomoc zawsze, gdy ktoś o nią poprosi. Relacje, które łączą go z Lottie z jednej strony mają charakter platoniczny, lecz z drugiej istnieje pomiędzy nimi bardzo mocna duchowa więź. Można śmiało rzec, że ci bohaterowie rozumieją się bez słów.

Marcia Willett sporo uwagi poświęca także życiowym dylematom moralnym. Na kartach książki spotykamy bowiem bohaterów, którzy w każdej chwili mogą przekroczyć bardzo cienką granicę i tym samym zranić tych, których kochają. Pokusa jest naprawdę ogromna, zważywszy że lata temu łączyło ich silne uczucie. Czasami można odnieść wrażenie, że pomimo iż żyją w stałych związkach, to jednak są bardzo samotni. Nie potrafią też znaleźć wspólnego języka ze swoimi życiowymi partnerami. Każde z nich zawzięcie obstaje przy swoim, nie chcąc zrozumieć tej drugiej strony. Jeśli już o samotności mowa, to należy także zwrócić uwagę na samotność, która jest przekleństwem ludzi starszych. Dopóki człowiek ma z kim dzielić życie, wszystko wydaje się być w porządku. Najgorszy czas przychodzi wtedy, gdy jedno z małżonków umiera. Wówczas taki samotny starzec poszukuje towarzystwa innych ludzi. Czasami robi to zbyt nachalnie, co oczywiście może wywołać u innych irytację. Niemniej, Marcia Willett pokazuje, jak radzić sobie z takim „natrętnym staruszkiem” i w jaki sposób mu pomóc, żeby nie czuł się odtrącony i nikomu niepotrzebny.

Dodatkowym walorem tej książki jest to, że jej akcja rozgrywa się w malowniczej scenerii Kornwalii. Oczami wyobraźni czytelnik może dostrzec całe piękno tego miejsca i jego specyficzny klimat. Poza tym wiele też zależy od ludzi, którzy mieszkają w Rezydencji. To oni tak naprawdę tworzą atmosferę tej powieści z bardzo ważnym przesłaniem. Trzeba wiedzieć, że Marcia Willett pisze książki, które w żadnym razie nie są puste w swoim przekazie. To nie są historie o niczym. Nie są to też opowieści, które zostały napisane tylko po to, aby Autorka mogła odfajkować kolejną powieść w swoim dorobku. One mają ukryte drugie dno i trzeba uważnie wczytać się w to, co Marcia Willett ma do powiedzenia swoim czytelnikom. Odnoszę wrażenie, że Autorka pisze dla każdego pokolenia. Oczywiście trzeba zrozumieć, że nie każdy sięgnie po jej powieści, ponieważ nie do każdego one przemówią czy go zainteresują. Wszystko jest tutaj rzeczą gustu. Niemniej uważam, że czytelnicy w każdym wieku mogą odnaleźć w nich coś dla siebie. Przecież to są bez wątpienia historie rodzinne, a każdy z nas jest częścią jakiejś rodziny, która niejednokrotnie składa się z kilku pokoleń.








piątek, 16 stycznia 2015

We wszystkich moich książkach bohaterowie pojawiają się jako pierwsi...





ROZMOWA Z MARCIĄ WILLETT



Marcia Willett rozpoczęła swoją karierę pisarską, kiedy miała pięćdziesiąt lat. Jest autorką ponad dwudziestu powieści, które napisała pod własnym nazwiskiem, a także wielu różnych opowiadań. Jest również autorką czterech książek, które stworzyła pod pseudonimem „Willa Marsh”. Do tej pory jej książki zostały opublikowane w ponad szestnastu krajach. Wczesne lata życia autorka poświęciła baletowi, lecz jej marzenia o zostaniu zawodową baletnicą zakończyły się w chwili, gdy wyrosła z rozmiarów wymaganych w tej profesji. Nigdy nie żałowała decyzji o zostaniu pełnoetatową pisarką. W Polsce możemy przeczytać trzy jej książki: „Tydzień w zimie”, „Godzina dzieci” oraz „Letni domek”. Marcia mieszka w pięknej i dzikiej części hrabstwa Devon i uwielbia być odwiedzana przez syna i rodzinę.


Agnes A. Rose: Dzisiaj moim gościem jest Marcia Willett. Bardzo dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Twoje opowieści przeważnie traktują o relacjach rodzinnych. Co według Ciebie jest takiego szczególnego w tego rodzaju historiach?

Marcia Willett: Myślę, że powinnam powiedzieć, iż wśród rodzin, o których piszę, rzadko występują te o charakterze konwencjonalnym. W „Tygodniu w zimie” Maudie jest przyszywaną prababcią Posy. W „Letnim domku” Lottie jest siostrą byłej żony Milo. W „Godzinie dzieci” Mina mieszka ze swoją niepełnosprawną siostrą. Uważam, że to bardzo ciekawe móc przestudiować dynamikę takich rodzin.




Agnes A. Rose: Dlaczego zaczęłaś pisać dopiero w wieku pięćdziesięciu lat?

Marcia Willet: Z powodu złej koniunktury na początku lat dziewięćdziesiątych mieliśmy kłopoty finansowe, i mój mąż namówił mnie, abym spróbowała napisać książkę – coś, w co zawsze wierzył, że mogę to zrobić, choć nigdy tak naprawdę nie brałam tego pod uwagę. Byłam czytelniczką, zaś nie pisarką! Spędzałam godziny, spacerując ze swoimi psami po wrzosowiskach, próbując oczyścić swój umył ze wszystkich książek, które kiedykolwiek czytałam i pozwalając, aby moje myśli biegły wolno, aż do momentu, gdy bardzo powoli zaczęłam kreować swoich własnych bohaterów i budować opowieść, która by ich dotyczyła. To był bardzo ekscytujący proces i nikt nie był bardziej zaskoczony ode mnie, kiedy ostateczny efekt został zaakceptowany przez wydawcę!

Agnes A. Rose: Pamiętam, że gdy czytałam „Tydzień w zimie” nie mogłam powstrzymać emocji. Czy mogłabyś nam powiedzieć, co zainspirowało Cię do napisania tak emocjonalnej i smutnej historii?

Marcia Willett: We wszystkich moich książkach bohaterowie pojawiają się jako pierwsi: w tym przypadku były to Maudie i Posy, a następnie Melissa. Przynoszą ze sobą swoje historie i miejsca, w których mieszkają, a potem czekam, słucham, podczas gdy pojawiają się inni, którzy łączą to wszystko ze sobą, i tak powoli rozwija się historia. Tak naprawdę nigdy nie decyduję się na pisanie o osobliwych kwestiach.

Agnes A. Rose: A co z Moorgate? Czy jest to miejsce prawdziwe, czy fikcyjne?

Marcia Willett: Takich „Moorgate” jest bardzo dużo: tym, o którym piszę są domy umiejscowione na granicy trzech wrzosowisk znajdujących się w West Country. To konkretne Moorgate stanowi moją własną inwencję, lecz jest ono zakorzenione w rzeczywistości.

Agnes A. Rose: W „Godzinie dzieci” skupiasz się na problemie starzenia się. Piszesz także o obecności drugiego człowieka, co jest niezwykle ważne dla każdego z nas. Jak wpadłaś na pomysł, aby połączyć te dwie kwestie?

Marcia Willett: Szkoda, że nie mogę przypisać sobie zasługi za te dwie sprawy. Wydaje się, że istnieje alternatywna czasoprzestrzeń rozrzucona po West Country, w której mieszkam i właśnie tutaj również żyją i pracują moi bohaterowie. Oni odkrywają mi siebie, a ja opowiadam ich historie.

Agnes A. Rose: Według Ciebie, jako pisarki, jakie najważniejsze elementy powinny znaleźć się w Twoich opowieściach? Jakie są Twoje mocne i słabe strony?

Marcia Willett: Najbardziej istotnym elementem jest bezustanna fascynacja tematem relacji zachodzących pomiędzy bohaterami, które napędzają fabułę książek. Moją słabą stroną jest plan! Rzadko zdarza mi się go mieć!

Agnes A. Rose: Kto lub co najbardziej oddziaływuje na Twoje pisanie? Jaki jest tego wpływ na to, co tworzysz?

Marcia Willett: Największy wpływ wywiera na mnie miejsce, w którym mieszkam przez większość swojego życia. To kraina West Country – hrabstwa Somerset, Devon i Kornwalia – która jest bardzo pięknym i klimatycznym miejscem, a do tego jest także głównym bohaterem wszystkich moich książek.

Agnes A. Rose: Czy edytujesz i poprawiasz to, co aktualnie piszesz? A może robisz to dopiero po zakończeniu pierwszego szkicu? Która metoda jest dla Ciebie najlepsza?

Marcia Willett: Edytuję i przeglądam to, co piszę, bezustannie sprawdzając i poprawiając. Kiedy skończę, ponownie czytam książkę, ale do tego czasu większość pracy jest już wykonana.

Agnes A. Rose: Jak radzisz sobie z najtrudniejszymi aspektami pisania? Czy wierzysz w zanik inwencji twórczej?

Marcia Willett: On z pewnością istnieje! Mój mąż dał mi najlepszą radę, która polega na tym, aby „wciąż uderzać w klawisze”. Bardzo łatwo jest pozwolić temu okropnemu strachowi, aby przeszkodził mi w pracy, lecz jeśli napiszę tylko jedno zdanie – nawet, jeżeli potem je wymarzę – to często mój mózg znów pracuje. Inną pożyteczną dla mnie czynnością jest spacerowanie: poruszanie się po okolicy jest zwykle inspirujące.

Agnes A. Rose: Jakiej rady udzieliłabyś młodym pisarzom, szczególnie tym, którzy pragną tworzyć w preferowanym przez Ciebie gatunku?

Marcia Willett: Słuchajcie swoich bohaterów.

Agnes A. Rose: Czy masz swoją ulubioną książkę lub bohaterów? Gdyby któraś z Twoich powieści stała się adaptacją filmową, to kogo z wiodących aktorów widziałabyś w tym filmie?

Marcia Willett: Nie mam swojej ulubionej książki ani bohatera, ale bardzo lubię Olivera Wivenhoe’a, który pojawił się w kilku powieściach, i gdyby “The Sea Garden” stała się adaptacją filmową, to w roli Olivera chciałabym zobaczyć Benedicta Cumberbatcha. Byłabym taka szczęśliwa!

Agnes A. Rose: Czy miałaś coś do powiedzenia w kwestii tytułów i okładek swoich książek? Jak bardzo te dwie sprawy są ważne? Jak myślisz? Moim zdaniem polskie okładki Twoich powieści są piękne. A jak jest z angielskimi?

Marcia Willett: Polskie okładki rzeczywiście są piękne i jak najbardziej odpowiednie dla każdej książki. Właśnie patrzę na swój polski egzemplarz „Godziny dzieci” i okładka jest po prostu śliczna. Każdy kraj, który publikuje moje książki – a jest ich osiemnaście – ma swoje własne pomysły na okładki i tytuły, i tak powinno być. Moja zgoda tutaj w Wielkiej Brytanii jest zawsze wymagana, ale wiem, że posiadam bardzo profesjonalny zespół pracujący w moim imieniu, i zawsze jestem gotowa do słuchania porad.

Agnes A. Rose: Nad czym pracujesz w tej chwili?

Marcia Willett: Właśnie skończyłam adjustację książki, która latem będzie opublikowana w Wielkiej Brytanii, a której akcja rozgrywa się nad rzeką Dart w mieście Dartmouth w West Country w czasie Annual Royal Regatta.

Agnes A. Rose: Marcia, bardzo dziękuję za tę rozmowę. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim polskim Czytelnikom?

Marcia Willett: Chciałabym powiedzieć jak bardzo czuję się podekscytowana i zaszczycona tym, że moje książki są publikowane w Polsce. To bardzo wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że moi polscy Czytelnicy są w stanie nawiązać kontakt z moimi „ludźmi” oraz ich otoczeniem i cieszyć się tymi książkami.

Agnieszko, bardzo dziękuję za zaproszenie. Wszystkim składam najlepsze życzenia noworoczne.




Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here.





niedziela, 15 grudnia 2013

Marcia Willett – „Godzina dzieci”















Wydawnictwo: REPLIKA
Zakrzewo 2012
Tytuł oryginału: The Children’s Hour
Przekład: Agnieszka Podruczna




Starość to czas, który w życiu niemalże każdego człowieka nadejdzie prędzej czy później. Jeśli ktoś nie pożegna się z życiem w młodym wieku, to logiczne jest, iż rzeczonej starości dożyje. Ludzie generalnie boją się wieku podeszłego. Obawiają się zmian, jakie zajdą w ich życiu. Pojawi się zniedołężnienie. Nie ominą nas choroby. Dla młodego pokolenia możemy stać się bezużyteczni i jedyne, co nas wtedy będzie czekać to dom opieki. Chyba dlatego tak wielu ludzi twierdzi, że jedyne, co Panu Bogu nie wyszło, to właśnie starość. Ale czy na pewno tak jest? Może człowiek sam kreuje sobie w wyobraźni taki obraz własnej jesieni życia, a potem podświadomie do niego dąży. Ludzka psychika naprawdę wiele może. Dzięki niej możemy przyciągać do siebie to, co dobre, ale też i to, co jest złe. Niemniej starość na pewno wiąże się ze wspomnieniami. Osoby w podeszłym wieku bardzo często wracają myślami do tego, co było. Ludzie z tęsknotą spoglądają wstecz, niejednokrotnie żałując błędów, które popełnili. Wspominają też tych, którzy stanęli na ich drodze, a których być może już nie ma. Czują smutek na samą myśl, że poprzez swoje postępowanie kogoś skrzywdzili albo nie zdążyli powiedzieć tego, co powinni byli powiedzieć. Drugiej szansy nikt już nie da, bo życie jest tylko jedno i powtórki nie będzie.

Tak więc jeśli człowiek dożywa starości w spokoju bez zbędnych wyrzutów sumienia, wówczas wszystko jest w jak najlepszym porządku. Niestety, znacznie gorzej sprawa przedstawia się wtedy, gdy do późnej starości ukrywamy tajemnicę, którą powinniśmy byli wyjawić dawno temu, lecz z jakichś przyczyn tego nie zrobiliśmy. Z takim właśnie dylematem muszą radzić sobie bohaterki Godziny dzieci. Kiedy czytelnik poznaje Minę i Nest, kobiety mają już swoje lata. Dziesięć lat temu Nest uległa poważnemu wypadkowi samochodowemu, w którym zgięła jej siostra i szwagier. Od tamtego czasu Nest Shaw jest przykuta do wózka inwalidzkiego i musi liczyć na pomoc swojej starszej siostry, która z oddaniem opiekuje się kobietą. Choć Nest jest niepełnosprawna, to jednak najprostsze życiowe czynności jest w stanie wykonywać bez udziału siostry. Kobiety wraz z trzema psami mieszkają w Kornwalii w posiadłości o nazwie Ottercombe, która należała jeszcze do ich rodziców. To tutaj wraz z matką spędziły najpiękniejsze lata swojego życia. Spośród rodzeństwa Nest i Miny żyją jeszcze dwie siostry – Georgie i Josie. Ta pierwsza cierpi na starczą demencję, a może jest to Alzheimer? Któż to wie? Symptomy są bardzo podobne, jednak nikt nie próbuje dokładnie ustalić przypadłości najstarszej z sióstr. Z kolei Josie wraz z rodziną mieszka daleko, bo aż w Stanach Zjednoczonych, więc ich kontakt jest dość rzadki. Oprócz Henrietty, która razem z mężem zginęła w wypadku, na skutek którego Nest została przykuta do wózka inwalidzkiego, był jeszcze ubóstwiany przez wszystkich brat. Jednak on również już nie żyje, a jedyne co po nim pozostało, to dzieci.

Skoro już mowa o dzieciach, to należałoby wspomnieć, że młode pokolenie znacznie różni się od swoich rodziców. Młodzi kierują się nieco innymi zasadami, ale to wcale nie przeszkadza im odwiedzać ciotek i dzielić się z nimi swoimi problemami. Jest też najmłodsze pokolenie – wnuki. One również odgrywają niemałą rolę w tej trzypokoleniowej rodzinie. Wydawać by się mogło, że praktycznie tym ludziom nie potrzeba niczego do szczęścia. Kochają się wzajemnie, szanują, wspierają, kiedy zajdzie taka potrzeba, więc czego można chcieć więcej? Otóż, nie wszystko jest takie, jak wydaje się być na pierwszy rzut oka. Ta pozorna sielanka to jedynie swego rodzaju dywan, pod którym znajdują się naprawdę poważne problemy i tajemnice, a które w końcu odżywają za sprawą jednej z sióstr.

Dom w Ottercombe jest nie tylko piękny, ale też duży na tyle, aby móc przyjąć jeszcze jednego domownika. Pewnego dnia do posiadłości zostaje odtransportowana Georgie, która musi przeczekać tam czas potrzebny do załatwienia wszystkich formalności związanych z umieszczeniem jej w domu opieki. Choroba kobiety jest już tak zaawansowana, że nie jest ona w stanie normalnie żyć. Ktoś wciąż musi mieć na nią oko. Bardzo często zdarza jej się tracić poczucie rzeczywistości. Georgie gubi kontakt ze światem, pogrążając się w swoim własnym, do którego dostęp ma tylko ona. Lecz z drugiej strony czy Georgie naprawdę nie wie, co się z nią dzieje? A może to przeszłość wraca do niej ze zdwojoną siłą, aby wreszcie kobieta mogła wyciągnąć na światło dzienne tajemnice, które w rodzinie skrywane były od dziesiątek lat? Jedno jest pewne: kiedy Georgie uparcie powtarza, że „zna tajemnicę”, Nest i Mina natychmiast sztywnieją z przerażenia. One wiedzą jakie trupy siedzą w szafie. To sekrety, których pod żadnym pozorem nie wolno odkrywać. Wydaje się jednak, że Georgie ma to wszystko w nosie i uparcie powtarza, że „zna tajemnicę”. A zatem co takiego siedzi w głowie starej i schorowanej kobiety, a czego ujawnienia tak bardzo boją się pozostałe siostry? Czy owa tajemnica zniszczy rodziną sielankę, którą tak pracowicie pielęgnowały? Co takiego stało się w przeszłości, o czym należy zapomnieć i najlepiej zabrać ze sobą do grobu? 


Siedziba hrabstwa Truro; tutaj również rozgrywa się część akcji powieści          


Marcia Willett jest mi znana z powieści Tydzień w zimie. Już podczas tamtej lektury wiedziałam, że na tej jednej książce nie poprzestanę. Tydzień w zimie jest typowym wyciskaczem łez, ale z drugiej strony niosącym niezwykłe przesłanie. W przypadku Godziny dzieci na łzy raczej się nie zanosi, choć tak naprawdę jest to indywidualna sprawa czytelnika, bo przecież każdy z nas posiada inny próg wrażliwości. Z mojego powyższego opisu wydawać by się mogło, że mamy tutaj do czynienia z powieścią o starości i o tym, w jaki sposób należy sobie z nią radzić. Otóż nie do końca tak jest. Owszem, nasze bohaterki są już podeszłe w latach, jednak to, na co powinniśmy zwrócić uwagę w trakcie lektury, to ich przeszłość. Styl życia, jaki teraz prowadzą wynika tak naprawdę z ich przeszłości. To ich dzieciństwo i młodość stanowią w główniej mierze o tym, iż na starość przyszło im spędzać czas w swoim towarzystwie. Autorka co pewien czas cofa fabułę powieści o te kilkadziesiąt lat wstecz i wtedy poznajemy rodzinę państwa Shaw w zupełnie innym świetle, niż to, które przedstawiają starsze kobiety. Widzimy kogo kochały, a kogo nienawidziły. Poznajemy styl, w jakim zostały wychowane. Mamy szansę poznać ich rodziców, którzy nie zawsze stawali na wysokości zadania, aby odpowiednio przygotować swoje dzieci do dorosłego życia, bo przecież oni również popełniali błędy i dawali ponieść się swoim namiętnościom.

Ta powieść to także obraz, na którym widzimy ból i cierpienie. Dostrzegamy, iż człowiek to nie maszyna, która może bez końca dawać z siebie wszystko, nie otrzymując nic w zamian. Lecz z drugiej strony wzajemne relacje sióstr pokazują, ile tak naprawdę znaczą dla siebie nawzajem. Choć przychodzą chwile, kiedy chciałoby się powiedzieć „dość”, to jednak siostrzana miłość na to nie pozwala. Jest to takie trochę cierpienie w milczeniu. Zastanówmy się, czy czasami nie jest w naszym życiu tak, iż mamy obok siebie osobę, która jest z nami od zawsze i każdego dnia o nas dba, więc w końcu uznajemy to za normalność. Nie dostrzegamy, że ten ktoś może być zmęczony, może mieć też własne potrzeby, które chciałby zaspokoić, lecz nie mówi o tym, bo nie chce się skarżyć. Tak przeważnie funkcjonują nasze matki, których opieka i pomoc jest dla nas czymś, co otrzymujemy każdego dnia. W końcu przyzwyczajamy się do tego tak bardzo, że dostrzegamy je dopiero wtedy, gdy poważnie zachorują lub odejdą na zawsze. Godzina dzieci pokazuje przede wszystkim, jak ważna jest w naszym życiu obecność drugiego człowieka i rozmowa z nim, a dokładnie ten moment, w którym możemy dzielić z kimś nasze problemy. Niekoniecznie musi to być ktoś, kto żyje z nami pod jednym dachem. Czasami może być to osoba poznana w Internecie.

W Godzinie dzieci bardzo ważną rolę odgrywa również córka Henrietty i Connora – Lyddie. Nagła śmierć rodziców i kalectwo ciotki były dla niej ogromnym ciosem, jaki otrzymała od losu. Choć od tamtego dnia minęło już jakieś dziesięć lat, ona wciąż nie potrafi o tym zapomnieć. W dodatku jej życie osobiste też pozostawia wiele do życzenia. Gdzie zatem Lyddie znajduje schronienie, kiedy jest naprawdę źle? Oczywiście w Ottercombe. Można odnieść wrażenie, że to taka oaza spokoju i ciepła, gdzie każdy będzie w stanie powrócić do emocjonalnej równowagi.

Generalnie bohaterowie naprawdę dają się lubić. Nie ma tutaj jakichś skrajnie negatywnych postaci. Do mnie najbardziej przemówiła postać Jacka. Jego ojciec był jedynym mężczyzną, jaki urodził się państwu Shaw. Jedynym i jednocześnie niesamowicie upragnionym przez Ambrose’a Shawa. Jack ujął mnie przede wszystkim swoim poczuciem humoru i zdrowym rozsądkiem.

Być może zastanawiacie się, co kryje się za tytułową „godziną dzieci”? Przyznam, że początkowo myślałam, że tytuł ma związek z jakimś wydarzeniem, które miało miejsce w rodzinie państwa Shaw jeszcze w czasie drugiej wojny światowej. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale „godzina dzieci” kojarzy mi się z latami wojny. Niestety, pomyliłam się, ponieważ rzeczona „godzina dzieci” nie ma nic wspólnego z okupacją hitlerowską, pomimo że dzieje rodziny Shaw przypadają również na tamte okrutne czasy. Prawdę powiedziawszy, gdyby uściślić liczbę pokoleń pojawiających się w tej powieści, to mamy ich aż cztery. Dzieje się tak dlatego, iż Marcia Willett cofa fabułę lata wstecz, i to właśnie wtedy poznajemy rodziców naszych przemiłych staruszek, które teraz muszą znosić swoje wzajemne towarzystwo, mieszkając w Ottercombe.

Myślę, że Godzina dzieci to doskonała powieść obyczajowa przeznaczona dla tych czytelników, którzy gustują w rodzinnych sagach. Fabuła książki zawiera w sobie naprawdę szereg wartościowych życiowych prawd, o których dzisiaj tak łatwo zapominamy. Na pewno nie jest to powieść z gatunku tych „o wszystkim i o niczym”. Moim zdaniem od czasu do czasu każdy z nas powinien sięgnąć po taką prostą, ale jednocześnie bogatą w wartości powieść obyczajową. Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że fenomen konkretnej książki tkwi właśnie w jej prostocie. Okazuje się bowiem, że autor wcale nie musi wprowadzać jakichś dziwactw językowych, żeby napisać naprawdę świetną powieść.