Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Wolański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ryszard Wolański. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2016

Ryszard Wolański – „Aleksander Żabczyński. Jak drogie są wspomnienia”














Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2015
Przedmowa: Roman Dziewoński
Współpraca: Adam Wolański





Aleksander Żabczyński (1900-1958) to – obok Eugeniusza Bodo (1899-1943) – wybitny aktor przedwojennego kina i teatru. Niektórzy twierdzili wręcz, że ci dwaj panowie rywalizowali ze sobą o to, który z nich jest „większym amantem” kina lat 30. XX wieku. Nie wiadomo do końca, czy ta rywalizacja była autentyczna, czy może tylko stworzona na potrzeby rozwoju kariery obydwu aktorów. Pewne jest natomiast, że zarówno Aleksander Żabczyński, jak i Eugeniusz Bodo mieli mnóstwo wielbicielek zakochanych w nich bez pamięci. Na deskach teatrów, czy też w filmach obydwaj stworzyli niezapomniane kreacje bohaterów, które do dzisiaj wspominane są z ogromnym sentymentem. Postacie kreowane przez Aleksandra Żabczyńskiego na pewno były świadome własnej urody oraz wysokiej pozycji społecznej. Byli to zazwyczaj eleganccy dżentelmeni, których los obdarzył ogromnym urokiem osobistym, nie zapominając również o zasobności ich portfela.

Byli tacy, którzy sądzili, że prywatnie Aleksander Żabczyński bardzo przypomina bohaterów, których odgrywa. Lubił bowiem obracać się w elitarnych kręgach Warszawy. Ponieważ jego przyjazny sposób bycia sprawiał, że bardzo łatwo zjednywał sobie ludzi, wiele grzechów mu wybaczano. Kobiety roztapiały się pod jego ciepłym spojrzeniem, zaś promienny uśmiech i aksamitny głos naprawdę potrafiły zdziałać cuda. Z kolei mężczyźni doceniali jego sportowe umiejętności. W chwilach, gdy przedwojenna towarzyska elita zajmowała się plotkowaniem na temat coraz to nowych trendów w obowiązującej modzie, a także koloryzowaniem niektórych wydarzeń, fanki Aleksandra Żabczyńskiego wzdychały do oficerów, arystokratów czy młodych przedsiębiorców, w których role wcielał się aktor.

Można powiedzieć, że szczytowym momentem w karierze aktorskiej Aleksandra Żabczyńskiego był dzień 23 grudnia 1935 roku, kiedy na ekrany kin wszedł film w reżyserii Jana Nowiny-Przybylskiego (ok. 1904-1938) i Konrada Toma (1887-1957) zatytułowany Manewry miłosne, czyli córka pułku. Nasz bohater zagrał w nim rolę hrabiego Nika Quanti, który był porucznikiem huzarów. Akcja komedii rozgrywa się w stolicy fikcyjnego państwa o nazwie Skumbrja. Oczywiście rej wodzi porucznik Niko Quanti. Jego rodzina pragnie, aby ten ożenił się z kobietą, która została dla niego wybrana. Niemniej porucznik jest już zakochany w pięknej, owdowiałej baronowej, którą obdarzył głębokim uczuciem podczas pewnego balu. Tak więc do narzeczonej, którą narzuciła mu rodzina, Niko udaje się w przebraniu swego ordynansa, który z kolei odgrywa rolę porucznika. Okazuje się jednak, że przeznaczoną mu narzeczoną jest… właśnie owdowiała baronowa Kolmar. Tymczasem ona również przebrała się za swoją pokojówkę, natomiast pokojówka wcieliła się w rolę swej pani. Wszelkie nieporozumienia wyjaśniają się dopiero wtedy, gdy odbywają się prawdziwe husarskie zaręczyny.


Aleksander Żabczyński (Niko Quanti) & Tola Mankiewiczówna (baronowa Kolmar) 
w filmie Manewry miłosne, czyli córka pułku.


Na planie Miłosnych manewrów Aleksander Żabczyński pokazał, że naprawdę potrafi tańczyć, czego przykładem była przepiękna scena walca zatańczonego z Tolą Mankiewiczówną (1900-1985). Co ciekawe, aktorzy i cała ekipa filmowa pracowali nad nią ponad trzydzieści godzin, zaś Aleksander Żabczyński przez cały ten czas nie odczuwał zmęczenia, lecz zachowywał zwiewność ruchów, prowadząc swoją partnerkę w sposób zdecydowany. Śpiew, taniec oraz pełna żartobliwych momentów gra aktorska sprawiły, iż po premierze filmu okrzyknięto Żabczyńskiego gwiazdą pierwszej wielkości. To wszystko spowodowało, że niecały rok później aktor ponownie śpiewał i tańczył na ekranie. Tym razem wystąpił z Lodą Niemirzanką (1909-1984) i zaśpiewał wielki szlagier Nie kochać w taką noc to grzech. Z kolei w 1936 roku Aleksander Żabczyński pojawił się w komedii w reżyserii Konrada Toma zatytułowanej Ada! To nie wypada!, gdzie zagrał arystokratę bez pamięci zakochanego w pięknej i żywiołowej córce ziemianina.

W 1936 roku na ekrany kin wszedł także inny film z udziałem Aleksandra Żabczyńskiego. Mowa oczywiście o Jadzi w reżyserii Mieczysława Krawicza (1893-1944), gdzie zagrał Jana Okszę – syna prezesowej składu sportowego. W filmie tym towarzyszyła mu Jadwiga Smosarska (1898-1971) wcielająca się w rolę głównej bohaterki Jadzi Maliczówny, która była córką właściciela konkurencyjnej firmy. Szybko okazało się jednak, że widzowie pragną oglądać Żabczyńskiego w rolach „rozśpiewanych”, a występ u boku najbardziej znanej żeńskiej gwiazdy polskiego kina przedwojennego – Jadwigi Smosarskiej – zapisał się w dorobku aktora jako ten najbardziej znany, o którym wiele z nas pamięta do dziś. Nie tylko widzowie nie mieli zastrzeżeń do jego roli w Jadzi. Ich zdanie podzielali także krytycy. Manewry miłosne czy Jadzia nie były pierwszymi filmami, w których widzowie mogli oglądać Aleksandra Żabczyńskiego. Aktor zadebiutował bowiem przed kamerami już dziesięć lat wcześniej, zaś na deskach teatru pojawił się w 1922 roku.


Michał Znicz (1888-1943) jako Królik, dyrektor firmy Oksza,
Mieczysława Ćwiklińska (1879-1972) w roli prezesowej firmy i matki Jana Okszy
oraz Aleksander Żabczyński (Jan Oksza). 

Kadr pochodzi z filmu Jadzia.


Rodzina Żabczyńskiego nie była jednak zachwycona z obranej przez niego życiowej drogi. Aleksander był synem oficera armii rosyjskiej, który po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, został generałem Wojska Polskiego, więc oczekiwano, że syn pójdzie jednak w ślady ojca. Oczywiście taki był pierwotny plan, ponieważ kiedy Aleksander Żabczyński ukończył dziewiętnaście lat, wówczas rozpoczął naukę w Szkole Podchorążych w Poznaniu. Do 1921 roku służył zatem w 1. pułku artylerii, aby po ogłoszeniu demobilizacji rozpocząć studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Problemy zaczęły się natomiast wraz z otrzymaniem indeksu Warszawskiej Szkoły Gry Sceniczno-Filmowej N. Niovilli. Od tego momentu przyszły aktor znacznie częściej przebywał w towarzystwie koleżanek i kolegów po fachu, aniżeli wśród prawników. Ostatecznie w 1922 roku z prawem wygrała jego miłość do teatru. Wtedy też – jako młody syn żołnierza – zadebiutował na scenie teatru eksperymentalnego Reduta, który został założony przez Juliusza Osterwę (1885-1947) i Mieczysława Limanowskiego (1876-1948). Wystąpił tam w Pastorałce Leona Schillera (1887-1954) i wcielił się w rolę Archanioła Gabriela. Studiów prawniczych nigdy nie ukończył, natomiast przez kilka kolejnych lat Aleksander Żabczyński współpracował z łódzkimi, lwowskimi i warszawskimi teatrami. Trzeba też przyznać, że doskonale czuł się również na scenach teatrzyków rewiowych.

Tamara Wiszniewska (1919-1981) w roli
hrabianki Jadwigi & Aleksander Żabczyński
jako Zygmunt, narzeczony Jadwigi
w filmie Biały murzyn (1939).

reż. Leonard Buczkowski (1900-1967)
W 1926 roku Aleksandra Żabczyńskiego odkrył Henryk Szaro (1900-1942), który powierzył mu mało znaczącą rolę w dramacie zatytułowanym Czerwony błazen. Był to film niemy z wątkiem kryminalnym, a jego zapis zaginął na przestrzeni lat. Niektórzy biografowie Aleksandra Żabczyńskiego twierdzą, że aktor spotkał na planie filmowym Jadwigę Smosarską już w 1927 roku, kiedy to obydwoje zagrali w Ziemi obiecanej będącej ekranizacją powieści Władysława Reymonta (1867-1925). Film został wyreżyserowany przez Aleksandra Hertza (1879-1928) i Zbigniewa Gniazdowskiego (1877-1950). Oczywiście produkcja ta nie przetrwała próby czasu, ale nie to jest najważniejsze, choć z drugiej strony może gdyby była obecnie dostępna, wówczas można byłoby uniknąć pomyłek dotyczących jej obsady.

Pomimo że Aleksander Żabczyński wymieniany jest w obsadzie tegoż filmu, to jednak gdzieś na samym końcu, co może świadczyć, że jego rola była praktycznie bez znaczenia. Nigdzie też nie można znaleźć nawet wzmianki o charakterze roli, w jaką się tam rzekomo wcielił. Jadwiga Smosarska natomiast zagrała jedną z głównych ról, a była to postać Anki Kurowskiej.

Z kolei Ryszard Wolański w swojej książce o Aleksandrze Żabczyńskim zawzięcie odpiera powyższą tezę i twierdzi, że aktor nigdy nie pojawił się na planie tego filmu i nie zagrał w nim żadnego z bohaterów. Komu zatem należałoby wierzyć? Jeśli o mnie chodzi, to przychylam się do opinii Ryszarda Wolańskiego, ponieważ o Aleksandrze Żabczyńskim jest tak mało informacji odnośnie do Ziemi obiecanej, a te, które są nie stanowią nawet najmniejszego dowodu na to, iż aktor faktycznie pojawił się w tym filmie. Poza tym Ryszard Wolański przeprowadził szereg badań merytorycznych, które pozwoliły mu na zaprzeczenie faktom podawanym przez innych biografów Aleksandra Żabczyńskiego. Prawdą natomiast jest, że w Ziemi obiecanej obok Jadwigi Smosarskiej wystąpiły takie gwiazdy przedwojennego kina, jak Kazimierz Junosza-Stępowski (1880-1943), Ludwik Solski (1855-1954), Antoni Różański (1862-1934), czy Loda Halama (1911-1996).

Maria Malicka (1900-1992) jako
śpiewaczka Ewa Korecka,
Aleksander Żabczyński w roli
dziedzica Zaruby
& Wiesław Gawlikowski
(ok. 1890-1933) jako profesor muzyki.

Kadr pochodzi z filmu Janko Muzykant.
Pierwszym filmem z udziałem Aleksandra Żabczyńskiego, który zachował się do dziś, jest Janko Muzykant i pochodzi z 1930 roku. Oczywiście film zrealizowano w oparciu o opowiadanie Henryka Sienkiewicza (1846-1916) pod tym samym tytułem. Żabczyński zagrał w nim nieczułego na piękno sztuki dziedzica Zarubę. Obraz został wyreżyserowany przez Ryszarda Ordyńskiego (1878-1953). Niestety, ani rola w Janku Muzykancie, ale też role w kolejnych dramatach nie przyniosły aktorowi sukcesu. Musiało upłynąć jeszcze trochę czasu, aby aktor wspiął się na szczyt swojej aktorskiej kariery. Wydaje się, że dopiero kino dźwiękowe sprawiło, iż w pełni dostrzeżono talent Żabczyńskiego. Bez wątpienia wielkim atutem aktora był jego melodyjny i aksamitny głos, który mógł zostać zauważony tylko na planach filmów dźwiękowych albo w teatrach. Ta nieziemska barwa głosu w miarę upływu czasu stawała się znakiem firmowym Aleksandra Żabczyńskiego. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze promienny uśmiech, którym uwodził swoje wielbicielki.

Z kolei Jan Nowina-Przybylski odkrył w Żabczyńskim jego talent komediowy. To właśnie ten reżyser powierzył aktorowi główną rolę w Panience z poste restante (1935). Współreżyserem obrazu był Michał Waszyński (1904-1965) znany również ze ścisłej współpracy z Eugeniuszem Bodo. Potem przyszła kolej na wspomniane już Manewry miłosne, a także kolejne dzieła z domieszką komedii, jak Ada! To nie wypada! (1936), Będzie lepiej (1936), Jadzia (1936) czy Pani minister tańczy (1937). Natomiast na planie Zapomnianej melodii (1938) u boku Heleny Grossówny (1904-1994) Żabczyński zaśpiewał Już nie zapomnisz mnie, która to piosenka stała się przewodnim motywem filmu. Premiera ostatniego przedwojennego filmu z udziałem Żabczyńskiego miała miejsce już w czasie okupacji hitlerowskiej 31 maja 1940 roku. Był to film zatytułowany Sportowiec mimo woli w reżyserii Mieczysława Krawicza. Obraz był doskonałą komedią, w której Aleksander Żabczyński w rolach głównych wystąpił wraz z Adolfem Dymszą (1900-1975), najbardziej utalentowanym przedwojennym aktorem komediowym.


Helena Grossówna jako pensjonarka Halina Rolicz & Aleksander Żabczyński
w roli Stefana Frankiewicza.

Kadr pochodzi z filmu Zapomniana melodia.


Lata drugiej wojny światowej brutalnie przerwały doskonale rozwijającą się karierę aktorską Aleksandra Żabczyńskiego. Zresztą, nie tylko on musiał zawiesić swoją karierę. Inni aktorzy również zostali do tego zmuszeni, choć byli i tacy, którzy nie wahali się grać dla Niemców. Natomiast sam Żabczyński jako zawodowy żołnierz zasilił szeregi Wojska Polskiego i opuścił kraj, pozostawiając w nim żonę Marię (1903-1981). Został ranny w bitwie pod Monte Cassino, która rozegrała się w dniach 17-19 maja 1944 roku. Do Polski powrócił w 1946 roku w stopniu kapitana. Niestety, nie była to już ta sama Polska, którą aktor zostawiał przed kilkoma laty. Teraz władzę w państwie sprawowali stalinowscy komuniści, którzy jakoś tak szczególnie upatrzyli sobie Żabczyńskiego i za wszelką cenę starali się znaleźć na niego przysłowiowego „haka”. Teczka akt z donosami i rozpracowywaniem „szpiega Żabczyńskiego” była dość sporych rozmiarów. Czy coś znaleziono? Nie, ponieważ w życiorysie aktora nie było niczego, co mogłoby go kwalifikować jako szpiega i zdrajcę Polski. Pamiętając jednak, co Sowieci zrobili z Eugeniuszem Bodo, można było spodziewać się wszystkiego.

Aleksander Żabczyński jako
Szafrankiewicz w spektaklu teatralnym
Trzeci dzwonek (1958).

reż. Marian Wyrzykowski (1904-1970)
Po przeczytaniu doskonałej biografii Eugeniusza Bodo zatytułowanej Już taki jestem zimny drań, którą również napisał Ryszard Wolański, kwestią czasu było sięgnięcie po kolejną książkę z tego gatunku jego autorstwa. W mojej opinii Ryszard Wolański należy bowiem do grona tych biografów, którzy nie idą na skróty, nie snują domysłów i nie podają w swoich książkach informacji, które nie mają nic wspólnego z tematem oraz opisywaną rzeczywistością. Autor jest także jednym z tych, którzy autentycznie zżywają się z osobami, o których piszą, co jest wyraźnie widoczne na kartach książek. Te emocje udzielają się również czytelnikowi. Tak więc sięgając po Jak drogie są wspomnienia byłam niemalże pewna, iż ani się nie rozczaruję, ani też nie będę mieć poczucia, że czegoś nie zrozumiałam, ponieważ Autor podaje informacje w sposób nie tylko przejrzysty, ale też bardzo ciekawy. Prostuje również fakty, które ktoś inny wcześniej zniekształcił, sprawiając, że biografia Aleksandra Żabczyńskiego mogła poniekąd zostać zafałszowana.

Z niniejszej biografii czytelnik dowie się wielu naprawdę wartościowych rzeczy z zakresu przedwojennego kina. Sama osoba Aleksandra Żabczyńskiego budzi podziw, szacunek, ale też współczucie, szczególnie kiedy czytamy o powojennym fragmencie jego życia. Po wojnie pojawiła się bowiem poważna choroba, która nie zawsze pozwalała aktorowi na normalne życie. Choć wrócił do aktorskiego zawodu, to jego praca wyglądała już nieco inaczej, niż miało to miejsce przed okupacją hitlerowską. Wydaje się, że przy życiu trzymała go miłość do żony, chociaż byli i tacy, którzy zarzucali mu zdrady małżeńskie i prowadzenie hulaszczego życia.

Biografia napisana jest w podobny sposób, jak ta o Eugeniuszu Bodo. Praktycznie jest to ten sam schemat, lecz mimo to czytelnik nie ma wrażenia, że czyta powielenie tamtej książki, a tylko w roli głównej występuje inny bohater. Książka zawiera wiele fotografii pochodzących z zawodowego życia Aleksandra Żabczyńskiego. Są też teksty donosów i akt, które służyły Urzędowi Bezpieczeństwa do rozpracowywania „podejrzanego”. Myślę, że dla fanów przedwojennego kina oraz osoby Aleksandra Żabczyńskiego będzie to biografia niezwykle wartościowa, pozwalająca choć na chwilę przenieść się w lata dwudziestolecia międzywojennego, a potem do trudnej powojennej Polski. 









poniedziałek, 16 maja 2016

Ryszard Wolański – „Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań”
















Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2012
Przedmowa: Bohdan Łazuka





Rok 2016 można w Polsce śmiało nazwać Rokiem Eugeniusza Bodo (1899-1943). Z jednej strony mamy serial telewizyjny, zaś z drugiej wysyp biografii, które ostatnio pojawiają się na rynku wydawniczym niczym grzyby po deszczu. Kim zatem był osławiony Bodo, którego okoliczności śmierci przez lata komunizmu były fałszowane albo zupełnie przemilczane? Do wiadomości publicznej podawano głównie informację, że Bodo został zastrzelony przez Niemców po ich wkroczeniu do Lwowa, a miało się to stać 29 czerwca 1941 roku. Prawda okazała się jednak znacznie bardziej dramatyczna, a o Bodo można powiedzieć, że zmarł w wielkich męczarniach, które zafundowali mu Sowieci, traktując artystę jako „element niebezpieczny społecznie”. Może gdyby nie przyznawał się wówczas do szwajcarskiego obywatelstwa i nie upierał się tak przy swoim obcym pochodzeniu, wszystko potoczyłoby się inaczej? Przypuszczalnie podjął taką decyzję, ponieważ już raz szwajcarski paszport bardzo mu pomógł, więc sądził, że tym razem również tak się stanie. Niestety, nie „docenił” Sowietów i ich niezwykłej „pomysłowości” i „inteligencji” w prowadzeniu dochodzenia.

Eugeniusz Bodo, a właściwie Bogdan Eugène Junod, był – obok Adolfa Dymszy (1900-1975) – jednym z najsłynniejszych i najbardziej utalentowanych aktorów dwudziestolecia międzywojennego. Uwielbiali go praktycznie wszyscy, zaś w sercach kobiet zajmował szczególne miejsce. Kochały go nawet te, które nigdy nie zetknęły się z nim osobiście. I choć był amantem przedwojennego kina, to jednak swoje związki z kobietami utrzymywał w tajemnicy. Nigdy nie wystawiał swojego prywatnego życia na widok publiczny, natomiast na pytania dziennikarzy o kobiety w jego życiu reagował albo humorem, albo milczeniem, a czasami zwyczajnie zmieniał temat rozmowy. Jeśli już coś przedostało się do prasy, to była to tylko i wyłącznie zasługa dociekliwości samych dziennikarzy. Bodo ani niczego nie potwierdzał, ani też niczemu nie zaprzeczał. 

Eugeniusz Bodo i Adam Brodzisz
w filmie Wiatr od morza (1930)
reż. Kazimierz Czyński (1891-1956)
Eugeniusz Bodo był nie tylko aktorem filmowym, ale także teatralnym oraz artystą estradowym. Potrafił również doskonale śpiewać i tańczyć. Był bardzo silnie związany z matką, która do końca pozostała najważniejszą kobietą w jego życiu, pomimo że po rozwodzie z ojcem Bogdana zostawiła go i wyjechała za granicę. Jadwidze Annie Dorocie Dylewskiej (ok. 1874-1944) nie podobało się, że Eugeniusz – podobnie jak jego ojciec – pragnie zostać artystą. Théodore Junod (1870-1927) był Szwajcarem i prowadził objazdowe teatrzyki i kabarety, którymi fascynował się mały Bodzio. Tak więc dorastając w otoczeniu piosenkarzy, komików i tancerzy, Eugeniusz bardzo szybko zaczął wykazywać talent w tym kierunku. W wieku dziesięciu lat opracował skecz zatytułowany Dziesięcioletni kowboj Bodo – cudowne dziecko XX wieku, który publiczność oklaskiwała na stojąco. Z kolei pseudonim artystyczny BODO powstał z połączenia liter występujących w imionach jego i trzeciego imienia matki, czyli BOGDAN i DOROTA.

W 1903 roku rodzina Junodów osiedliła się w Łodzi po tym, jak zjeździła z występami całą Rosję. To właśnie w Łodzi Théodore Junod otworzył pierwsze w Polsce nieme kino i nazwał je Urania. Od 1907 roku kino-teatr Junoda mieścił się w drewnianym budynku na zapleczu domów u zbiegu ulic Piotrowskiej i Jaracza. Matka Eugeniusza jeszcze wówczas łudziła się nadzieją, że ostatecznie jej jedynak porzuci marzenia o życiu estradowym i wybierze sobie jakiś „przyzwoity” zawód, chociażby zostanie lekarzem. Nie miałaby też nic przeciwko temu, aby pracował jako kolejarz. Bardzo długo nie mogła pogodzić się z wyborem syna. Konflikt pomiędzy Bogdanem a Dorotą doprowadził w końcu do tego, że siedemnastoletni wówczas Bodo zwyczajnie uciekł z domu i wyruszył do Poznania, gdzie zaczął występować w miejscowym teatrze. Minęły trzy lata, po upływie których Bodo był już całkiem dobrze zapowiadającym się aktorem. Wtedy też przeniósł się do Warszawy i zaprosił do siebie matkę. Pomimo chłopięcego buntu, Dorota nigdy nie przestała być dla Bogdana autorytetem. Bliskie relacje z matką sprawiły, że niektórzy twierdzili, iż jest on zwyczajnym maminsynkiem.

W 1917 roku Eugeniusz Bodo zaczął występować jako tancerz i pieśniarz. W tej roli można było go zobaczyć na scenach rewiowych, najpierw w Poznaniu i Lublinie, a od roku 1919 także w Warszawie. Występował między innymi w takich kabaretach jak Qui Pro Quo, Morskie Oko, Cyganeria oraz Cyrulik Warszawski. Jego filmowy debiut miał miejsce w 1925 roku, kiedy zagrał w niemym filmie zatytułowanym Rywale, co stało się początkiem jego ogromnej popularności. Niestety, sukces aktorski został przyćmiony przez osobistą tragedię, z której konsekwencjami moralnymi i prawnymi musiał zmagać się przez kilka lat. Przypuszczalnie wyrzuty sumienia ciążyły mu nawet wtedy, gdy sprawa sądowa dobiegła już końca. Od tego czasu Bodo zmienił także swój stosunek do życia towarzyskiego. Przestał pić alkohol, choć nie zaniechał pojawiania się na wszelkiego rodzaju bankietach. Zawsze cenił sobie dobrą zabawę, szczególnie że uchodził za duszę towarzystwa i nie wyobrażano sobie, że mogłoby go nie być na imprezie, na której świętowano powodzenie kolejnych filmów z jego udziałem.


Scena z filmu Uroda życia, który został zrealizowany na podstawie powieści Stefana Żeromskiego (1864-1925) wydanej pod tym samym tytułem (1912).
reż. Juliusz Garden (1901-1944)


W latach 30. XX wieku Eugeniusz Bodo odnosił największe sukcesy zawodowe. Powszechnie uważano go za mężczyznę tryskającego humorem, szarmanckiego oraz niezwykle uwodzicielskiego, co sprawiało, że grono jego wielbicielek stale rosło. Dziś powiedzielibyśmy, że był celebrytą na szeroką skalę. Reklamował krawaty, kapelusze i marynarki. O kobietach w życiu Bodo pisać nie będę, ponieważ to temat na osobną notkę. Prawdą jest jednak, że w latach 30. XX wieku Eugeniusz zaczął pisać scenariusze, natomiast niedługo przed wybuchem drugiej wojny światowej skupił się na reżyserowaniu filmów, w których grał główne role. Na ekranie można go było zobaczyć obok najlepszych ówczesnych polskich aktorów, wśród których wymienić należy chociażby Władysława Grabowskiego (1883-1961), Jadwigę Smosarską (1898-1971), Mieczysławę Ćwiklińską (1879-1972), Adama Brodzisza (1906-1986) i oczywiście niezrównanego Adolfa Dymszę.

Eugeniusz Bodo był też producentem oraz jednym ze współwłaścicieli wytwórni filmowej o nazwie B.W.B., czyli Bodo-Waszyński-Brodzisz. Oprócz Bodo i Brodzisza, którzy – jak wiadomo byli aktorami – znalazł się także Michał Waszyński (1904-1965), reżyser pochodzenia żydowskiego. Pisał również scenariusze, a także zajmował się montażem filmowym. Wytwórnia nie przetrwała jednak próby czasu, niemniej Eugeniusz nie spoczął na laurach i założył własną wytwórnię, którą w 1933 roku nazwał Urania-Film, co miało upamiętnić firmę jego ojca. To właśnie w Urania-Film powstawały największe szlagiery. Z kolei w 1938 roku Eugeniusz Bodo występował z programem estradowym wraz z Mirą Zimińską-Sygietyńską (1901-1997). W tym samym czasie swoją premierę miała komedia Paweł i Gaweł, która stała się wielkim kinowym przebojem. Eugeniusz Bodo zagrał w niej Pawła, zaś Adolf Dymsza wcielił się w rolę Gawła. Obydwaj aktorzy bardzo się od siebie różnili zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Ich wojenne losy również potoczyły się zupełnie inaczej.


Plakat reklamujący film Jaśnie pan szofer (1935)
Obok Eugeniusza Bodo wystąpili również: Antoni Fertner (1874-1959), Ina Benita (1912-1944), Ludwik Sempoliński (1899-1981), Tadeusz Olsza (1895-1975) i inni.
reż. Michał Waszyński


Wybuch drugiej wojny światowej uniemożliwił Eugeniuszowi Bodo dokończenie nie tylko antyfaszystowskiego filmu, nad którym właśnie pracował, lecz także musiał zrezygnować z przedstawień teatralnych czy premier kinowych. Dramatyczne okoliczności sprawiły, że zmuszony był uciekać z Warszawy, podobnie jak kilkuset innych polskich aktorów, literatów, muzyków, plastyków, dziennikarzy czy krytyków. Część z nich wróciło potem do stolicy, lecz byli i tacy, którym nie dane było przeżyć krwawego września 1939 roku. Eugeniusz Bodo przedarł się zatem na Kresy, gdzie znalazł zatrudnienie u Henryka Warsa (1902-1977). Jednakże pomimo tego zarówno koniec jego kariery, jak i życia był już bliski…

W całej biografii Eugeniusza Bodo napisanej przez Ryszarda Wolańskiego najbardziej dramatycznym w odbiorze jest właśnie ostatni rozdział poświęcony okolicznościom śmierci tego niezwykłego przedwojennego aktora. Znajduje się tam bowiem autentyczny zapis z przesłuchania Bodo przez NKWD. Praktycznie przez całe życie nie opuszczało go szczęście. Może życie prywatne faktycznie nie ułożyło mu się najlepiej, bo nigdy się nie ożenił i nie miał dzieci, ale zapewne nie to było najważniejsze. Wciąż otaczały go piękne kobiety, a on sam nie był obojętny na ich wdzięki. Być może taki styl życia mu odpowiadał. Niemniej ostatnie dwa lata życia Bodo były największą gehenną, jaką można sobie wyobrazić. Może wydawać się, że ten przystojny mężczyzna, który miał dosłownie wszystko nagle został odarty nawet z godności. Myślę jednak, że to tylko pozory. W obliczu tragedii i pewnej śmierci robił wszystko, aby tę godność jednak zachować. Liczył na to, że nic mu się nie stanie i już wkrótce wyjdzie na wolność. Przecież nie zrobił niczego złego! Był tylko aktorem, który kochał to, co robił. Wciąż zastanawiam się, jak potoczyłyby się dalsze losy Bodo, gdyby nie przyznał się do swojego szwajcarskiego pochodzenia i tak usilnie się przy nim nie upierał. Czy przeżyłby wojnę? Czy oglądalibyśmy go w filmach powojennych? A może zrezygnowałby z aktorstwa? Albo wyemigrował do Ameryki, tak jak zrobili to niektórzy jego koledzy po fachu? Niestety, bezlitosne NKWD w szwajcarskim obywatelstwie Bodo dopatrzyło się rzeczy, których tak naprawdę nie było. Wystarczyło jednak, że Bodo był człowiekiem światowym, znał języki obce i sporo podróżował po świecie, nawiązując liczne znajomości, aby stać się wrogiem Związku Sowieckiego.


Eugeniusz Bodo jako amerykańska aktorka filmowa Mae West (1893-1980)
w filmie Piętro wyżej (1937).
reż. Leon Trystan (ok. 1900-1941)


Ryszard Wolański w swojej książce skupia się głównie na Eugeniuszu Bodo jako na wybitnym przedwojennym artyście. Jego życie prywatne i liczne romanse, jakby trochę omija. Czasami odnosiłam wrażenie, że Autor robi to tak zręcznie, jak gdyby robił to sam Bodo, który – jak już wspomniałam – nie informował dziennikarzy o tym, co dzieje się za drzwiami jego alkowy. W związku z powyższym wiele w tej biografii cytatów zaczerpniętych z ówczesnych pism o tematyce kulturalnej, jak Film czy Kino, a także wielu innych. Można też przeczytać autentyczne recenzje, jakie pojawiały się po premierach teatralnych lub filmowych z udziałem Eugeniusza Bodo. Za tymi recenzjami stał między innymi Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941). Na kartach książki czytelnik odnajdzie również szereg nazwisk osób, które w mniejszym bądź większym stopniu wpłynęły na rozwój kariery Eugeniusza Bodo, szczególnie poprzez współpracę przy poszczególnych filmach. Wśród tych nazwisk odnajdujemy aktorów, reżyserów, scenarzystów, a nawet pisarzy, ponieważ to na podstawie ich powieści powstały niektóre filmy w dorobku Bodo.

Wydanie z 2016 roku
Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań to przede wszystkim rzetelnie opracowana biografia, którą czyta się jednym tchem, szczególnie jeśli czytelnikowi znane są tragiczne losy bohatera. Myślę – podobnie jak Ryszard Wolański – że Eugeniusz Bodo przez wiele lat pozostawał w zapomnieniu, a to właśnie dlatego, że okoliczności jego śmierci nie pozwalały na to, aby mówić o nim głośno. W Polsce przez lata komunizmu wolno było jedynie skupiać się na jego dorobku teatralnym i filmowym, a nawet jego burzliwych romansach, natomiast nie wolno było poruszać kwestii śmierci. Komunistyczne zakłamanie na wyraźne życzenie Związku Radzieckiego sprawiło, że wielu ludzi uwierzyło w to, iż to naziści zamordowali Eugeniusza Bodo. Przyznam, że kilka lat temu sama natknęłam się na taką informację, czytając biografię jednej z przedwojennych polskich aktorek. Oczywiście książka wydana została jeszcze w czasach PRL-u, więc należy rozumieć, że cenzura nie dopuściła do opublikowania prawdy, nawet gdyby autorka biografii wiedziała, że jest inaczej.

Tak więc jeśli ktoś interesuje się przedwojennym kinem i chciałby poznać losy Eugeniusza Bodo, to ta książka jest jak najbardziej odpowiednia, aby to zrobić. Autor rzetelnie naświetla poszczególne etapy z zawodowego życia Bodo, zaś miejscami jedynie delikatnie wspomina o kobietach, które odegrały mniejszą bądź większą rolę w życiu artysty. Ryszard Wolański robi to jednak tylko wtedy, gdy wymaga tego sytuacja, na przykład jeśli opowiada o filmie, na planie którego Bodo spotkał tę czy inną aktorkę. Gdzieś pomiędzy wierszami daje się natomiast wyczytać, że artystę nie interesowały jedynie koleżanki z pracy, ale także zwykłe kobiety nie mające nic wspólnego z przemysłem filmowym ani teatrem. Były to kobiety, które na co dzień wykonywały proste zawody, dzięki którym zarabiały na chleb. Czytając biografię można też dojść do wniosku, że Bodo nie był zarozumiały i nie zgrywał gwiazdora. Tak naprawdę można odczuć, że w pewnym sensie był wręcz nieśmiały, co skutecznie tuszował poczuciem humoru. Nieco dziwić może również fakt, że był domatorem, choć większość czasu spędzał poza domem wśród ludzi. I co ciekawe, dla relaksu wyszywał makatki i kolekcjonował znaczki.