Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura australijska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lipca 2016

Kate Morton – „Dom nad Jeziorem”















Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2016
Tytuł oryginału: The Lake House
Przekład: Izabela Matuszewska





Stary opuszczony dom z zaniedbanym ogrodem ukrywający w swoich murach jakąś mroczną rodzinną tajemnicę sprzed dziesiątek lat to – jak dotąd – stały element każdej powieści autorstwa Kate Morton. Zastanawia zatem fakt, dlaczego Autorka niezmiennie zyskuje sobie rzesze oddanych czytelniczek na całym świecie, skoro jej książki – jak na razie – nie zaskakują niczym nowym i oryginalnym. Kate Morton pisze bowiem do tego samego schematu od dnia swojego debiutu, którym była powieść Dom w Riverton. O ile za pierwszym czy drugim razem można zachwycać się tego typu fabułą, to na dłuższą metę może ona wydawać się oklepana i nużąca. A jednak mimo to książkom Kate Morton wystawia się coraz więcej dobrych, aniżeli złych opinii. Wyjaśnienie jest chyba tylko jedno. Otóż, współczesne czytelniczki uwielbiają sagi rodzinne z akcją umiejscowioną w tajemniczym i mrocznym miejscu. Jeśli natomiast dorzuci się jeszcze do tego jakąś makabryczną zbrodnię popełnioną przed wielu laty, wówczas osiągnięcie sukcesu stanowi już tylko kwestię czasu.

Dom nad Jeziorem to najnowsza powieść Kate Morton i tak naprawdę nie można powiedzieć, że książka zaskakuje czymś nowym, co oczywiście było to przewidzenia już na etapie jej zapowiedzi. Charakteryzuje ją ten sam schemat, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić od prawie dziesięciu lat pisarskiej kariery Autorki. Tak więc mamy stary opuszczony dom, rodzinną niewyjaśnioną przez lata tajemnicę i bohaterów, którzy teraz usiłują za wszelką cenę odkryć co też takiego stało się z małym chłopcem, który w noc świętojańską 1933 roku zniknął bez wieści i nigdy nie udało się go odnaleźć, ani nawet ustalić jaki los go spotkał i kto brał udział w jego porwaniu. A może wręcz w zabójstwie? W dodatku praktycznie przez całą powieść nie dzieje się nic szczególnego. Dopiero pod sam koniec akcja nabiera tempa i dochodzi do decydującego rozstrzygnięcia.

Mały chłopiec, o którym wspomniałam wyżej, to Theo Edevane. Przed drugą wojną światową wraz ze swoimi rodzicami i trzema starszymi siostrami mieszkał w przepięknej posiadłości w Kornwalii. Od siedemdziesięciu lat sprawa jego tajemniczego zniknięcia nie doczekała się jednak rozwiązania. Siostra chłopca – dziś ponad osiemdziesięcioletnia Alice Edevane – stara się nie myśleć o tym, co stało się podczas tamtej pamiętnej nocy świętojańskiej, lecz nie jest to takie proste. Staruszka obwinia siebie za to, co przydarzyło się małemu Theo. Czy słusznie? Jeszcze jako mała dziewczynka, a potem nastolatka Alice wykazywała ogromny talent do tworzenia opowieści kryminalnych. Miała też obok siebie przyjaciela rodziny, który zachęcał ją do rozwijania owego talentu. Zapewne gdyby nie tamten człowiek, Alice nigdy nie stałaby się znaną i poczytną autorką kryminałów. Można śmiało rzec, że jej postać nasuwa czytelnikowi myśl o Agacie Christie (1890-1976) i trudno jest nie zauważyć, że Kate Morton przy kreowaniu Alice Edevane inspirowała się właśnie osobą Królowej Kryminałów. Przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie, zważywszy że nazwisko Agathy Christie wspomniane jest na kartach powieści. 

Pewnego dnia Loeanneth, czyli Dom nad Jeziorem zupełnie przypadkowo zostaje odkryty przez policjantkę Sadie Sparrow. Kobieta przyjechała właśnie z Londynu, aby odpocząć od pracy. Nie jest to jednak dla niej zwyczajny urlop, ponieważ w swojej pracy poważnie narozrabiała, zbyt mocno i osobiście zaangażowała się w sprawę, którą właśnie prowadziła i tym samym przekroczyła granice, czego szef nie może jej wybaczyć. W związku z tym jedynym wyjściem do czasu, aż sprawa przycichnie, było wysłanie Sadie na przymusowe wakacje. Ponieważ kobieta ma w Kornwalii ukochanego dziadka, może się u niego zatrzymać. I tak oto któregoś dnia odkrywa tajemniczą i mroczną posiadłość, obecnie zamkniętą na cztery spusty, która budzi jej ogromne zainteresowanie. Sadie nawiązuje zatem listowny kontakt z Alice Edevane, która jest właścicielką Loeanneth. Kierując się swoim policyjnym instynktem Sadie pragnie rozwiązać sprawę zagadkowego zniknięcia Theo Edevane’a, co powoduje, że Alice musi znów zagłębić się w przeszłości i wrócić myślami do wydarzeń, które nie są dla niej miłym wspomnieniem. W Loeanneth naprawdę sporo się działo i nie wszystko, co tam się stało można określić słowem „szczęście”.





W związku z powyższym akcja powieści zostaje podzielona na dwie płaszczyzny czasowe, czyli tak samo, jak dzieje się to we wszystkich książkach Kate Morton. Z jednej strony mamy rok 2003 i bohaterów, którzy robią wszystko, aby tylko dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się niegdyś w Domu nad Jeziorem, a z drugiej cofamy się do pierwszej połowy XX wieku i poznajemy losy mieszkańców Loeanneth. Widać zatem, że pod pozornym szczęściem było tam też ukryte sporo bólu i cierpienia. Z kolei pierwsza wojna światowa odcisnęła swoje piętno na wielu rodzinach, nie oszczędzając także Edevane’ów. Trzeba było radzić sobie z konsekwencjami wojny, a nie każdy był w stanie tego dokonać. Wiele ówczesnych rodzin każdego dnia przeżywało istny koszmar i nikt tak naprawdę nie mógł nic zrobić, aby ulżyć w cierpieniu tym, którzy na własne oczy widzieli to, co działo się na froncie i w czym brali czynny udział. Pojawiały się zatem wyrzuty sumienia, nocne koszmary i agresja skierowana na Bogu ducha winnych członków rodziny.

Gdyby zatem głębiej przeanalizować każdego z bohaterów, to moglibyśmy odkryć, że praktycznie wszystkich dręczą jakieś wewnętrzne demony, które tylko czekają sposobnej chwili, aby móc się ujawnić. Alice Edevane pomimo sukcesu, jaki osiągnęła jako utalentowana pisarka, nie potrafi zaznać spokoju, ponieważ wciąż zadręcza się wydarzeniami z dzieciństwa. Wie zbyt dużo o swojej rodzinie, aby mogła przejść nad tym do porządku dziennego. Zna tajemnice swojej matki. Ponadto wciąż pamięta, jak bardzo została zraniona przez mężczyznę, co na pewno w jakiś sposób przyczyniło się do tego, że nigdy nie zaznała szczęścia z mężczyzną i do starości pozostała panną. Jej starsza siostra Deborah również nie może spać spokojnie. Choć udało jej się stworzyć rodzinę, to jednak przeszłość związana z Domem nad Jeziorem nie daje o sobie zapomnieć. Los małego Theo bezustannie spędza jej sen z powiek. Owszem, przez wiele lat był to temat tabu, lecz w końcu nadszedł czas, aby zacząć odkrywać karty tamtego zagadkowego zaginięcia. Możliwe, że gdyby nie nagłe pojawienie się Sadie Sparrow, obydwie kobiety zabrałyby sekret do grobu, tak jak zrobiła to ich siostra Clemmie.




Skoro już mowa o Sadie Sparrow to ona również nie może żyć spokojnie, i nie chodzi tutaj jedynie o pracę, w której nie zachowała się jak profesjonalna policjantka. W jej przeszłości wydarzyło się coś, co od piętnastu lat nie pozwala jej normalnie żyć, choć udaje zarówno przed samą sobą, jak i przed innymi, że tak naprawdę nic się nie dzieje, i że o wszystkim już zapomniała. Czy zatem jest jeszcze szansa na to, aby Sadie naprawiła to, do czego została zmuszona wiele lat temu? Czy uzyska przebaczenie? Czy będzie umiała samej sobie wybaczyć? To wszystko jest niesamowicie trudne, ponieważ główną rolę odgrywają tutaj ludzkie uczucia, a wiele spraw zdążyło już się solidnie pogmatwać, aby można je było odkręcić bez bólu i cierpienia.

Dom nad Jeziorem to powieść, która wciąga od samego początku, pomimo że – tak jak wspomniałam – jest schematyczna. Wygląda na to, że Autorka doskonale wyczuła gust czytelniczek na całym świecie i wie, jak sprawić, aby nie odłożyły jej książki na półkę, nie doczytując do końca. Fabuła Domu nad Jeziorem dotyka najbardziej intymnych miejsc ludzkiej duszy. Każdy z bohaterów potrzebuje miłości, choć nie każdy jawnie się do tego przyznaje. Widać, jak bardzo potrzebny jest drugi człowiek, choćby tylko po to, żeby móc z nim porozmawiać i nie czuć się tak bardzo samotnym. Wiele też w życiu człowieka zmienia śmierć bliskiej osoby. Odejście kogoś, z kim spędziło się większość życia jest niezwykle druzgocące i tylko bliskość innych może pomóc odzyskać względną równowagę życiową.

Kate Morton to jedna z moich ulubionych pisarek i choć czasami jestem naprawdę krytyczna względem jej twórczości, to jednak nie mam zamiaru przestać czytać jej książek. Na każdą z nich wyczekuję z niecierpliwością. Uwielbiam te jej rodzinne tajemnice i nieoczekiwane zwroty akcji, które sprawiają, że jeszcze bardziej chcę poznać zakończenie. W przypadku Domu nad Jeziorem zakończenie jest naprawdę zaskakujące. Uważam, że Kate Morton to jedna z tych pisarek, od których należałoby się uczyć tego, w jaki sposób tworzyć literaturę kobiecą, która nie byłaby banalna, przesłodzona i w rezultacie nudna oraz nie wnosząca w życie czytelniczek niczego wartościowego. Schemat, jakiego używa Autorka przy tworzeniu fabuły swoich książek doskonale się sprawdza i daje poczucie, że właśnie tego pragną czytelniczki na całym świecie.  

Polecam zatem Dom nad Jeziorem, choć muszę przyznać, że jak do tej pory najbardziej urzekła mnie powieść Strażnik tajemnic, pomimo że niektórzy twierdzą, iż jest to najsłabsza książka w dorobku literackim Kate Morton. Na pewno nie jest taka w mojej opinii!










poniedziałek, 11 lipca 2016

Carmel McMurdo Audsley – „The Undertaker” & “The Last Hurrah”












Carmel McMurdo Audsley
Carmel McMurdo Audsley to australijska autorka mieszkająca w Brisbone. Niegdyś pracowała jako dziennikarka i redaktorka, pisząc tysiące felietonów i artykułów. Obecnie cały swój czas przeznacza na zbieranie materiałów, które są jej pomocne przy pisaniu powieści.

Z wykształcenia jest nie tylko dziennikarką i redaktorką, lecz także posiada stopień licencjata z literatury i filozofii. Kilka lat temu wydała trylogię, której akcję umiejscowiła w Szkocji. Napisała ją w oparciu o autentyczną historię własnej rodziny. Poszczególne części trylogii zatytułowane są: Ours, Yours and Mines (2012), Far Across The Sea (2013) oraz Faeries, Farms and Folk (2013). Książki opowiadają o losie rodzin górników zamieszkujących zielone obszary rolniczych miasteczek. Bohaterowie wspomnianych powieści przenoszą się w końcu na piaszczyste tereny słonecznych wybrzeży Australii. Wydarzenia opisane na kartach trylogii rozgrywają się na przestrzeni kilku wieków.

Miłość Carmel do Szkocji wynika przede wszystkim z faktu, iż zarówno jej ojciec, jak i ojciec jej męża Iana byli Szkotami, a zatem Autorka w swoich powieściach podąża ich śladami, aby poczuć jak wyglądało życie jej przodków wiele lat – a nawet wieków – temu. Trylogia została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników, co znajduje swoje odzwierciedlenie w opiniach, które można przeczytać między innymi w Internecie. Niedawno Carmel McMurdo Audsley napisała i wydała dwie kolejne powieści.



The Undertaker


Powieść ukazała się na rynku wydawniczym w 2015 roku. Jej akcja rozgrywa się w 1858 roku w Szkocji, zaś główną bohaterką jest młoda, ambitna i niezwykle inteligentna kobieta wykonująca niecodzienny zawód grabarza. Ta specyficzna praca pomaga jej w rozwiązywaniu tajemnic związanych z ludźmi zmarłymi. Tak więc w 1858 roku mieszkająca w Edynburgu dwudziestotrzyletnia kobieta – Kate Grainger – dziedziczy po ojcu zakład pogrzebowy, gdzie do dnia jego śmierci jedynie mu pomagała. Jest to czas, kiedy niewiele oczekuje się od kobiet. Zgodnie z panującym powszechnie przekonaniem niewiasty powinny być wyłącznie przykładnymi żonami i matkami. Jednakże Kate pragnie czegoś więcej. Chce zostać lekarzem, lecz niestety kobiety nie mają prawa studiować w prestiżowej edynburskiej szkole medycznej, pomimo że udało się to pewnej kobiecie w 1809 roku. Ta odważna niewiasta przebrała się wówczas za mężczyznę, aby spełnić swoje marzenie o studiowaniu medycyny.

Wydawnictwo: CreateSpace
 Independent Publishing Platform
USA (2015) 
Kate ma jednak bliskiego przyjaciela o imieniu James, który jest lekarzem. Mężczyzna jest nią zauroczony i pragnie ożenić się z Kate. Niemniej dziewczyna wcale nie ma zamiaru wychodzić za mąż. I choć spędza w towarzystwie Jamesa sporo czasu, to jednak nie ma to nic wspólnego z chęcią poślubienia go. Kate chodzi wyłącznie o medyczne książki, które James może jej udostępnić. Dziewczyna pragnie jedynie zgłębiać wiedzę medyczną. Kate posiada zapał, ambicję i szczególny dar. Może bowiem komunikować się z ludźmi, którzy przeszli już na drugą stronę. Dar ten ujawnił się u niej jeszcze w dzieciństwie, lecz jej ojciec nie traktował go poważnie, myśląc, że jego córka po prostu rozmawia z urojonym przyjacielem. Z kolei teraz przychodzi do niej duch małej dziewczynki, która straciła życie podczas wielkiego pożaru, jaki wybuchł w Edynburgu w 1824 roku.

Kiedy Kate odkrywa, że jej pierwszą klientką jest kobieta, która została zamordowana, dziewczyna wyrusza w podróż w głąb podziemnych krypt Edynburga oraz udaje się do świata duchów, aby dopaść seryjnego mordercę. Jej misja obejmuje także odwiedzanie domów publicznych i prymitywnych nor, gdzie zażywa się opium. Kate udaje się również do Londynu i szkockiego miasta Dundee. Czy uda jej się odnaleźć mordercę? Czy sama również nie padnie ofiarą seryjnego zabójcy? Czy Kate będzie w stanie powstrzymać mordercę, zanim ten pozbawi życia swoją kolejną ofiarę?

The Undertaker to powieść, którą charakteryzuje nie tylko oryginalna bohaterka, ale także pomysł na fabułę. Kate Grainger to postać, którą naprawdę można polubić. W dodatku – jak na kobietę – wykonuje ona naprawdę nietypowy zawód. Autorka przedstawia ją jako bardzo silną młodą kobietę, która nie szuka w poślubieniu mężczyzny finansowego wsparcia, aby tym samym zapewnić sobie bezpieczeństwo. Nie boi się także nadstawić karku, żeby ostatecznie dotrzeć do prawdy. Obok siebie nie ma zbyt wielu wzorów godnych naśladowania, podobnie jak nie mają ich młode kobiety żyjące w połowie XIX wieku. Niemniej Kate jest zdeterminowana w swoim działaniu. Na kartach powieści można być świadkiem naprawdę pięknych scen, czego przykładem jest spotkanie małego pieska, który stał się znany w całym Edynburgu z tego, iż przez czternaście lat siedział przy grobie swojego pana, zaś sama Kate, z powodu swojego niezwykłego daru, jest w stanie ujrzeć ducha owego pana, który teraz spaceruje ulicą.


Dzielna Kate Grainger ma zamiar wejść do podziemnych krypt Edynburga.


Fabuła powieści nie dotyczy jedynie kobiety-grabarza potrafiącej rozmawiać ze zmarłymi, co mogłoby być dalece przygnębiające dla czytelnika. Jest to przede wszystkim wzruszająca opowieść o śmierci, którą należy traktować z wielkim szacunkiem. W dodatku pomysł wykreowania bohaterki, która jest w stanie komunikować się ze zmarłymi jest godny pochwały. Ponadto opowieść ta pozwala odnaleźć odpowiedzi na trzy zasadnicze pytania stawiane zazwyczaj przy omawianiu kryminałów: Kto to zrobił?, Dlaczego to zrobił? oraz W jaki sposób to zrobił?

Jak wiadomo, beletrystyka historyczna to gatunek literatury, który posiada wielu miłośników. Dokonanie przez autora rzetelnych badań sprawia, że zarówno realia, jak i bohaterowie ożywają w wyobraźni czytelnika w naprawdę potężny sposób. Wiele osób twierdzi, że takie „ożywanie” odbywa się przy pomocy „Głosu”, którego dany autor używa, aby komunikować się ze swoimi czytelnikami. Carmel McMurdo Audsley wykorzystuje „Głos” tak umiejętnie, iż faktycznie można usłyszeć, jak poszczególni bohaterowie do nas przemawiają. Jest to swoiste przenoszenie się w czasie, dzięki czemu jesteśmy w stanie zaobserwować dziewiętnastowieczne społeczne realia Szkocji oraz poznać mentalność ludzi wówczas żyjących. W dodatku tło historyczne jest tak bardzo autentyczne, że można dokładnie usłyszeć nawet szkocki akcent i ujrzeć miejsca, gdzie rozgrywa się akcja. Fabuła powieści łączy się też poniekąd z okultyzmem, lecz mimo to Autorka nie zagłębia się zbyt mocno w szczegóły tego tematu. Tak więc historia Kate Grainger przeznaczona jest przede wszystkim dla czytelników, którzy lubią powieści historyczne, ale też nie stronią od opowieści, w których nie brak tajemnicy, suspensu, jak i sytuacji, które mogą okazać się prawdziwe w świecie duchowym. To wszystko sprawia, że powieść niesamowicie wciąga już od pierwszej strony.



The Last Hurrah

Powieść została wydana w 2016 roku i porusza niezwykle poważny i zarazem kontrowersyjny temat umierania na własnych warunkach. Tym razem nie jest to powieść historyczna, lecz współczesna obyczajowa. Ciężka śmiertelna choroba dotykająca nas samych bądź osoby nam bliskie nigdy nie jest łatwa do zaakceptowania. Pomimo że staramy się wierzyć i mieć nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, to jednak gdzieś w podświadomości tłucze się myśl, że tym razem lekarze już sobie z chorobą nie poradzą, a organizm po prostu się podda i trzeba będzie pożegnać się z bliskimi, z którymi spędziliśmy wiele lat życia. Tak więc kiedy u Boba i Anny McAllisterów w odstępie kilku tygodni zostaje zdiagnozowana terminalna choroba, wówczas starają się oni dotrzeć do swoich dorosłych dzieci, lecz nie jest to takie łatwe, ponieważ każde z dzieci jest zbyt zajęte, aby móc znaleźć czas i porozmawiać z rodzicami. McAllisterowie nie mają więc możliwości, aby móc przekazać im tak dramatyczną wiadomość.

Wydawnictwo: Theatricks Publishing
Australia (2016)
Bob McAllister ma siedemdziesiąt osiem lat. W 1960 roku przeprowadził się z Glasgow do Brisbane, gdzie pracował jako księgowy. Tam spotkał Annę, która urodziła się i wychowała w Brisbane. Anna była nauczycielką w miejscowej szkole. Jakiś czas później pobrali się i wychowali troje dzieci. Na emeryturze są już od osiemnastu lat. Czas ten spędzają niezwykle aktywnie, ponieważ często wyruszają w morskie rejsy i cieszą chwilami, które mogą spędzać razem.  

W 2016 roku – po reemisji raka piersi – siedemdziesięciopięcioletnia Anna odkrywa, że nowotwór jednak powrócił i rozprzestrzenił się na inne organy w jej ciele. Kobieta musi zatem zdecydować, czy poddać się kolejnym wyczerpującym zabiegom chirurgicznym i związanej z tym terapii, czy cieszyć się czasem, który jej jeszcze pozostał. Smutne zrządzenie losu doprowadza też do tego, że Bob dostaje kolejny zawał, a niewydolność jego serca rozwinęła się już do takiego stopnia, że on również ma przed sobą bardzo krótki okres życia. Ostatecznie zamiast spędzić ostatnie dni życia pod opieką lekarzy, Bob i Anna decydują się na swój finalny rejs po Południowym Pacyfiku. Mają zatem przed sobą ostatni cel w życiu i są świadomi, że mogą już nie wrócić z urlopu.

Opowiedziana przez Autorkę historia stanowi czystą fikcję literacką, jednak mimo to temat jest aktualny i może dotyczyć każdego człowieka. W tej powieści chodzi przede wszystkim o prawo do tego, aby osoba cierpiąca na nieuleczalną chorobę mogła odejść na własnych warunkach. Fabuła w żaden sposób nie stanowi odzwierciedlenia prywatnych poglądów Autorki, ani też nie jest to historia, w której Carmel McMurdo Audsley chciałaby kogokolwiek pouczać. Ona jest jedynie narratorką opowieści, która może poniekąd zmienić u ludzi ich sposób myślenia o życiu. Jest to naprawdę bardzo smutna historia miłosna, w której główne role odgrywają dwie osoby w podeszłym wieku. Staruszkowie bowiem poświęcają się sobie nawzajem. Autorka zwróciła także szczególną uwagę na rozłąkę i brak zainteresowania, które czasami mają miejsce w rodzinie, kiedy poszczególni jej członkowie są zbyt zajęci własnymi sprawami, aby móc dostrzec, że w tym konkretnym momencie ich obecność jest komuś niezwykle potrzebna.

The Last Hurrah to przede wszystkim poruszająca opowieść o starszych ludziach, którzy zdają sobie właśnie sprawę z tego, że ich czas już nadszedł i muszą przygotować się do dalszej drogi w nieznane. Ten ostatni rejs po Pacyfiku jest swego rodzaju pożegnaniem ze światem żywych. Nie chcą też obciążać swojej rodziny własnymi problemami, ponieważ ich rozwiązaniem może być już jedynie śmierć, która jest coraz bliżej. Powieść jest naprawdę doskonale napisaną historią, która zmusza czytelnika do zatrzymania się i zastanowienia nad swoim życiem, a także nad własnym zachowaniem wobec członków swojej rodziny. Czy przypadkiem młodzi nie są zbyt zabiegani i zainteresowani jedynie własnym życiem, aby dostrzec, że rodzic w podeszłym wieku naprawdę potrzebuje wsparcia z ich strony? Poza tym dla kogoś, kto kiedykolwiek brał udział w rejsie po Południowym Pacyfiku, książka może dodatkowo stać się swego rodzaju wspomnieniem z tej podróży, ponieważ zawiera ona wiele ciekawych opisów miejsc, które można obejrzeć podczas wycieczki, a które widzą Bob i Anna. Opisy te mogą też stanowić zachętę, aby któregoś dnia samu wybrać się w taki rejs.

Jak widać obydwie książki Carmel McMurdo Audsley dotyczą śmierci, choć w zupełnie innym kontekście. Umieranie stanowi tutaj wspólny mianownik i tylko od czytelnika zależy, w jaki sposób podejdzie do tematu i czy będzie w stanie odnaleźć drugie dno tych historii oraz odkryć ich przesłanie, czytając pomiędzy wierszami. Obydwie książki uczą też szacunku dla śmierci.



Jeśli chcesz przeczytać wywiad z Carmel McMurdo Audsley, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz przeczytać recenzję po angielsku, kliknij tutaj







sobota, 13 lutego 2016

Kate Morton – „Zapomniany ogród”













Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: The Forgotten Garden
Przekład: Anna Dobrzańska




W 1911 roku po raz pierwszy opublikowana została bestsellerowa powieść zatytułowana Tajemniczy ogród. W miarę upływu lat sukcesywnie pojawiały się na rynku wydawniczym kolejne jej wydania. Autorką książki jest angielska powieściopisarka Frances Hodgson Burnett (1849-1924). Pomimo że książka generalnie skierowana jest do młodego czytelnika, to jednak zyskała sobie sympatyków również wśród tych dużo starszych odbiorców. Historia opowiedziana przez Frances Hodgson Burnett jest niezwykle pouczająca, a do tego napisana w wyjątkowo magicznym klimacie. Chociaż mijają lata, powieść nadal zachwyca. Na rynku wydawniczym ukazują się kolejne jej wydania, a krąg czytelników stale się powiększa. Czy taki sam los pisany jest powieści Kate Morton? Któż to może wiedzieć. Aczkolwiek jedno jest pewne. Książka wciąga już od pierwszej strony, natomiast niedociągnięcia redakcyjne polskiej wersji nie są aż tak straszne, kiedy książkę czytamy jednym tchem.

Możliwe, że zastanawiacie się, dlaczego wspomniałam powyżej o Tajemniczym ogrodzie autorstwa Frances Hodgson Burnett. Otóż zrobiłam to dlatego, że Zapomniany ogród jest hołdem złożonym pani Hodgson Burnett i jej powieści. Kate Morton nie tylko wykorzystała motyw tajemniczego ogrodu otoczonego wysokim murem, ale także wprowadziła do fabuły postać pisarki. Tak więc w pewnym momencie na kartach powieści czytelnik spotyka Frances Hodgson Burnett jak żywą. Oczywiście nie należy spodziewać się, że odgrywa ona jakąś szczególną rolę i wywiera znaczący wpływ na poszczególne wydarzenia. Jej obecność jest jedynie urozmaiceniem fabuły, natomiast w żadnym razie nie wnosi do niej niczego, co mogłoby oddziaływać na bieg zdarzeń. Niemniej sam pomysł zasługuje na pochwałę.

Frances Hodgson Burnett
fot. Herbert Rose Barraud (1845-896)
Przejdźmy jednak do Zapomnianego ogrodu. Każdy, kto czytał powieści Kate Morton wie, że Autorka tworzy je według tego samego schematu. Kreuje bohaterów, którzy żyją w teraźniejszości, przez zupełny przypadek odkrywają jakąś tajemnicę z przeszłości (zazwyczaj taką, która dotyczy członków ich rodziny), a potem robią wszystko, aby tylko móc tę mroczną zagadkę rozwikłać. Zawsze też czytelnik przenoszony jest w przeszłość, aby mógł poznać historię ludzi, którzy obecnie są już albo bardzo starzy, albo nie żyją. Zapomniany ogród to powieść, której fabuła stworzona jest na trzech płaszczyznach czasowych. I tak oto przykładowo jesteśmy w roku 2005, aby w kolejnym rozdziale przenieść się do połowy lat 70. XX wieku, a potem jeszcze dalej, bo aż do początku XX wieku. Później następuje powrót do teraźniejszości i cała zabawa zaczyna się od nowa.

Zacznijmy może od teraźniejszości. W szpitalu w australijskim Brisbane umiera prawie stuletnia Nell Andrews. Przy jej łożu śmierci czuwa oddana wnuczka Cassandra Ryan. Kobieta bardzo mocno przeżywa nieuniknioną śmierć babci, ponieważ jest z nią niezwykle silnie związana emocjonalnie. Kiedy nie mogła liczyć na miłość własnej matki, wtedy Nell przyjęła ją pod swój dach i obdarzyła uczuciem. Praktycznie była dla niej zarówno matką, jak i babcią w jednej osobie. Cassandra również nie miała łatwego życia. Los dramatycznie ją doświadczył i teraz kobieta nie potrafi już normalnie funkcjonować. Tragiczna przeszłość wciąż wyciska z jej oczu łzy bólu. Pomimo że Cassandra ma jeszcze dalszą rodzinę – no i oczywiście matkę i rodzeństwo – to jednak nie widzi szansy na bliższy kontakt z nimi. To babcia Nell była jej całym światem i to ona uczyła, jak żyć i jak być szczęśliwą.

W końcu Nell umiera. Po pogrzebie Cassandra poznaje tajemnicę, którą przez lata nosiła w sercu jej babcia. Poza tym okazuje się, że w testamencie Nell Andrews zapisała swojej wnuczce dom, a właściwie chatkę wybudowaną gdzieś na klifie w dalekiej Kornwalii. Jak to się stało, że Nell weszła w jej posiadanie? Kiedy i dlaczego kupiła dom tak daleko od miejsca, w którym mieszkała przez całe swoje życie? Jaka tajemnica łączy się z tamtym miejscem? Dlaczego nigdy się tam nie przeprowadziła? Cassandra musi zatem zdecydować, co powinna zrobić z takim niecodziennym podarunkiem. Najpierw musi więc polecieć do Anglii i na własne oczy zobaczyć, jak wygląda miejsce, którym obdarowała ją Nell. Od tej pory życie kobiety nie będzie już takie samo. Podróż do Kornwalii okaże się punktem zwrotnym w jej monotonnym życiu. W dodatku nie będzie mogła oprzeć się pragnieniu poznania do końca historii życia Nell Andrews.

Ogród w majątku Blackhurst, 
gdzie wszystko się zaczęło.
A teraz cofnijmy się do roku 1913. Czasy są bardzo niespokojne, ponieważ już niedługo wybuchnie wojna. Pewnego dnia na pokład statku płynącego z Londynu do Maryborough wchodzi czteroletnia dziewczynka, a towarzyszy jej młoda i piękna kobieta. Dziecko ma przy sobie jedynie maleńką białą walizkę. Dziewczynka jest bardzo grzeczna i posłusznie wykonuje polecenia swojej opiekunki. Kiedy ta każe jej zostać na pokładzie i czekać, dziecko robi to bez choćby jednego słowa sprzeciwu i zbędnych pytań. Ufa kobiecie, bo bardzo dobrze ją zna, a w myślach nazywa „Autorką”. Wie, że ta szybko wróci, aby potem móc już tylko popłynąć w nieznane i rozpocząć nowe życie. Niestety, statek w końcu odpływa, a kobieta, która zostawiła dziecko na jego pokładzie nie dociera do portu na czas. Tak więc nasza mała podróżniczka sama bez żadnej opieki zmierza do Australii. Nie obywa się oczywiście bez przykrych sytuacji.

Ostatecznie dziewczynka dociera na miejsce, ale nikt tam na nią nie czeka. Na szczęście zwraca na siebie uwagę mężczyzny, który pracuje na nabrzeżu. To Hugh O’Connor. Kiedy już jest pewien, że na czterolatkę nikt nie czeka, mężczyzna zabiera ją do swojego domu. Wraz z żoną od lat starają się o potomstwo, ale jakoś nic z tego nie wychodzi. Tak więc znaleziona dziewczynka spada im jak z nieba. Są niezwykle szczęśliwi, że mogą się nią zaopiekować. I tak mija dwadzieścia jeden lat. W międzyczasie umiera żona Hugh, a on sam wciąż bije się z myślami, czy powinien powiedzieć swojej córce prawdę o jej pochodzeniu. Jakoś tak się później szczęśliwie złożyło, że na świat przyszły również biologiczne dzieci Hugh i Lil. Niemniej, to mała podróżniczka jest tą, która zajmuje najwięcej miejsca w sercu Hugh. Ostatecznie mężczyzna decyduje się na wyznanie prawdy, czym sprawia, że poukładane dotychczas życie młodej kobiety rozsypuje się niczym domek z kart. Kim zatem jest przybrana córka O’Connorów? Dlaczego jakaś nieznajoma kobieta wprowadziła ją na pokład statku, a potem w tajemniczych okolicznościach zniknęła? Czy dziewczynie uda się kiedyś poznać prawdę o ludziach, z którymi spędziła pierwsze cztery lata swojego życia? Kim byli i dlaczego pozwolili jej zniknąć? Dlaczego nikt nigdy jej nie szukał?

Pomimo że Zapomniany ogród to powieść o kilku kobietach, które w mniejszym lub większym stopniu odgrywają swoje role, to jednak w samym centrum uwagi znajduje się Nell Andrews. To jej historia ma tutaj zasadnicze znaczenie. Tajemnice, którymi owiane jest jej życie mogą nigdy nie zostać odkryte. A jeśli nawet ujrzą światło dzienne, to czy Nell będzie mogła z nimi żyć? Czy poznane fakty nie sprawią jej zbyt wiele bólu? Może byłoby lepiej, gdyby pozostały tam, gdzie ich miejsce, czyli w grobach tych, którzy – może zupełnie nieświadomie – zaplanowali jej życie? I co wspólnego z tym wszystkim mają baśnie pisane przez niejaką Elizę Makepeace? Kim była pisarka, która wydając tylko jeden zbiór tekstów dla dzieci zdobyła niewiarygodną sławę?

Wydanie australijskie (II)
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
październik 2012 
Ponieważ bardzo lubię, kiedy autor zabiera mnie w podróż po różnych płaszczyznach czasowych, nie przeszkadzało mi, że czasami musiałam wytężyć umysł, aby jakoś ogarnąć chronologicznie szereg wydarzeń pojawiających się na kartach książki. Przyznam, że były momenty, kiedy wydawało mi się, że jest tego stanowczo zbyt dużo, a tych wszystkich zakrętów losu nic już nie zdoła wyprostować. Pomyślałam sobie nawet, że Kate Morton gdzieś się wyłoży, mówiąc kolokwialnie. I w końcu trafiłam na jeden fragment, który logicznie nie pasował mi do całości. Nie wiem tylko czy jest to błąd Autorki, czy może zawiniła polska redakcja.

Na pewno tym, co dodatkowo dodaje uroku powieści jest wprowadzenie do tekstu takich elementów, jak: listy pisane przez niektórych bohaterów, fragmenty ich dzienników, czy też teksty kilku baśni, które stworzyła Eliza Makepeace. Czasami można odnieść wrażenie, że to, co dobre przytłaczane jest przez zło, które szczególnie dotyka małe i niewinne dzieci. Bardzo mnie to poruszyło. Jest bowiem jedna bohaterka, która wręcz przechodzi samą siebie, aby tylko jak najdotkliwiej skrzywdzić dzieci, które są pod jej opieką. Nie lepsza jest także właścicielka majątku Blackhurst, gdzie tak naprawdę rozgrywa się większa część akcji osadzonej w przeszłości. To miejsce wręcz kipi od negatywnych emocji. Mury Blackhurst są świadkiem rozmaitych wydarzeń, które po latach odbiją się negatywnie na życiu wielu osób. Gdyby więc potrafiły mówić, to z pewnością mogłyby opowiedzieć niejedną tragiczną historię.

Trochę żałuję, że Kate Morton nie zdecydowała się poświęcić więcej miejsca Cassandrze Ryan. Jej życie zaczyna się nagle odmieniać nie tylko za sprawą odkrywania tajemnicy swojej babki, ale także dlatego, że wkracza w nie przystojny Christian Blake. Oczywiście można domyślić się, że ich wzajemne relacje znacznie wykroczą poza te czysto przyjacielskie, ale jednak brakowało mi ich rozwinięcia. Zakładam, że koncepcją Autorki było skupienie uwagi na tym, co działo się w przeszłości. Moim zdaniem takie rozwiązanie wpłynęło niekorzystnie na wydarzenia mające miejsce w teraźniejszości, która w takim wydaniu jest – jak dla mnie – niekompletna.  

Najprawdopodobniej w maju tego roku ukaże się w Polsce najnowsza powieść Kate Morton zatytułowana Dom nad jeziorem. Jak już zdążyłam przeczytać, będzie to kolejna książka napisana do tego samego schematu. Czytelnik ponownie zostanie zabrany do tajemniczego opuszczonego domu z równie tajemniczym i zaniedbanym ogrodem. A potem pojawi się historia małego chłopca, który zniknął bez śladu. W końcu zostaniemy przeniesieni do 1933 roku, aby dowiedzieć się co też takiego się wtedy wydarzyło. Po raz kolejny będzie również o kobiecie z literackimi ambicjami. Chociaż powieści Kate Morton są bardzo dobre i naprawdę wciągają, to jednak drażni mnie to, że Autorka wciąż kręci się wokół tego samego schematu. To tak, jakby w ogóle nie chciała się rozwijać. Dlaczego nie zaskoczy czytelnika czymś oryginalnym? Nowym? Dlaczego nie napisze wreszcie powieści, która schematycznie znacząco odbiegałaby od tych, które już znamy?








poniedziałek, 1 lutego 2016

Kate Morton – „Milczący zamek”














Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Distant Hours
Przekład: Izabela Matuszewska





Każda książka posiada jakąś genezę. Chyba nie ma na świecie autora, który napisałby powieść bez jakiegoś impulsu, którego być może nawet sam nie potrafi zrozumieć. Czasami może to być rozmowa ze znajomym albo zaobserwowana sytuacja, na przykład podczas spaceru. Niekiedy mogą to być historie z przeszłości, które wciąż tkwią gdzieś głęboko w umyśle pisarza i tylko czekają, aby zostać wyciągniętymi na światło dzienne. Innym razem takim bodźcem do napisania książki może okazać się przypadkowo odnaleziony list bądź pocztówka z pozdrowieniami wysłana dawno temu i po prostu zapomniana. Zdarzają się także sytuacje, kiedy autor do napisania powieści zostaje zainspirowany przez twórczość innego pisarza lub przez jakąś niewiarygodną historię, którą ktoś nagle opowiada. Nie wierzę natomiast w to, że książki pisane są ot tak sobie, bez żadnego powodu. Moim zdaniem one wszystkie mają gdzieś swoje korzenie i czasami warto ich poszukać, bo może okazać się, że znając prawdę, zupełnie inaczej spojrzymy na daną lekturę.  

Takich ciekawostek dotyczących powstawania powieści bardzo często można dowiedzieć się z wywiadów z pisarzami, choć bywa i tak, że nie zawsze autorzy zdradzają publicznie, co skłoniło ich do napisania tej czy innej książki. Na przykład Raymond Blythe nigdy tak naprawdę otwarcie nie zdradził genezy powstania swojej najsłynniejszej powieści zatytułowanej Prawdziwa historia Człowieka z Błota. Tytuł niezwykle tajemniczy, który sugeruje jakąś fantastyczną historię niemającą nic wspólnego z rzeczywistością. Ale czy na pewno tak jest? Czy bestseller, który na początku XX wieku przyniósł autorowi bezprecedensową sławę nie powstał przypadkiem na bazie autentycznej historii? Trzeba zatem koniecznie się tego dowiedzieć.  

Ale zanim poznamy bliżej Raymonda Blythe’a przenieśmy się do 1992 roku, aby tam w jednym z londyńskich wydawnictw spotkać trzydziestoletnią Edith Burchill. Kobieta jest redaktorką, która bardzo lubi swoją pracę, ale nie ukrywa, że wydawnictwo, w którym pracuje nie daje jej zbyt dużych możliwości rozwoju. Gdyby nie jego właściciel, który jednocześnie jest bliskim przyjacielem Edie, trzydziestolatka zapewne już dawno odfrunęłaby do konkurencji, gdzie przede wszystkim mogłaby sporo więcej zarobić. Na chwilę obecną życie prywatne Edith nie układa się za dobrze i wygląda na to, że kobieta będzie musiała szukać jakiegoś lokum, bo to, w którym mieszkała do tej pory trzeba będzie zwolnić. W dodatku nie za dobrze wyglądają też jej relacje z matką. Na ojca nie może narzekać, lecz Meredith wciąż jest jakaś zdystansowana do córki. Możliwe, że na taki stan rzeczy wpłynęła tragedia, którą cała rodzina przeżyła wiele lat temu. To jednak nie znaczy, że Edie nie chciałaby poczuć z matką bliższych więzi.

Wydanie amerykańskie
Wydawnictwo: ATRIA
(listopad 2010)
Pewnego dnia do domu Burchillów przychodzi tajemniczy list. Jest zaadresowany do Meredith. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że list ten został nadany jakieś… pięćdziesiąt lat temu! Gdzie zatem przeleżał tyle czasu? Nie wiadomo. Został wysłany podczas wojny, więc to wiele tłumaczy. Polityczne zawirowania mogły przecież sprawić, że list gdzieś się zapodział, a potem zwyczajnie o nim zapomniano. Wygląda jednak na to, że matka Edith wcale nie jest zachwycona przesyłką. Ona jest wręcz przerażona! Kim zatem jest nadawca? Co takiego łączyło Meredith z osobą, która ten list napisała? Jaką przeszłość kobieta ukrywała przed rodziną, że teraz obawia się jej ujawnienia? Czy córka będzie na tyle wścibska, aby dowiedzieć się prawdy? A skoro już wszystko ujrzy światło dzienne, to czy osoby najbardziej zainteresowane będą mogły żyć z prawdą, która została tak nagle odkryta? Co takiego wydarzyło się w czasie drugiej wojny światowej, a do czego Meredith nie chce już wracać?  

Tymczasem w zamku Milderhurst w hrabstwie Kent mieszkają trzy staruszki. Dwie z nich to bliźniaczki, które liczą sobie już dziewięćdziesiąt wiosen, zaś trzecia to ich młodsza siostra, którą kobiety opiekują się od lat. Juniper Blythe od dziecka cierpiała na niczym niewytłumaczalne zaniki pamięci. Lekarze stawiali rozmaite diagnozy, ale tak naprawdę do końca nigdy nie było wiadomo, jaka jest przyczyna jej dziwnych stanów. Otóż, w jej głowie w pewnym momencie pojawiają się „goście”, a Juniper robi wtedy rzeczy, których potem nie pamięta. Jest w stanie nawet kogoś skrzywdzić, lecz potem i tak w jej świadomości nie pozostanie żaden ślad dotyczący tego wydarzenia. Czy jest szalona? Możliwe. Generalnie rodzina Blythe’ów wiele przeszła, więc istnieje przypuszczenie, że tragiczne wydarzenia odcisnęły swoje piętno na jej członkach. Obecnie o Juniper powszechnie mówi się, że jej choroba ma związek ze stratą narzeczonego, który nie wiadomo z jakich powodów nagle ją zostawił. Miał być ślub, Juniper promieniowała szczęściem, a tu nagle ukochany zniknął bez śladu. Dlaczego? Czyżby się rozmyślił? A może to wojna spowodowała, że odszedł bez słowa wyjaśnienia? Któż to może wiedzieć po tylu latach.  

Jak można się łatwo domyślać, wszystkie trzy kobiety są córkami wspomnianego wyżej pisarza Raymonda Blythe’a, którego wszyscy kojarzą z bestsellerowym Człowiekiem z Błota. Choć pisarza już dawno nie ma na tym świecie, to jednak pamięć o nim jest wciąż żywa, a zamek, w którym mieszkał przez lata nigdy nie zapomniał o swoim właścicielu i o tym, co wydarzyło się w jego murach. Ściany bezustannie o tym szepczą. Nawet przedmioty, które się w nim znajdują opowiadają sobie wzajemnie mrożące krew w żyłach historie. Czy to wszystko kiedyś się skończy? Czy nadejdzie w końcu dzień, w którym przeszłość przestanie ciążyć na sumieniach kobiet z Milderhurst?


Leybourne Castle w hrabstwie Kent
Tak wyobrażam sobie Milderhurst.
fot. Glen
źródło

Mroczny zamek to powieść o kobietach, na których przez kilkadziesiąt lat ciąży fatum. To opowieść o tym, jak jeden człowiek może zniszczyć życie wielu ludziom, a nawet pokoleniom. Książka zaliczana jest do powieści gotyckich, które były bardzo popularne w XVIII i XIX wieku. Trzeba przyznać, że klimat, jaki stworzyła Kate Morton jest niezwykle mroczny i czytelnik praktycznie przez cały czas odnosi wrażenie, że nad powieściowymi wydarzeniami unosi się duch Raymonda Blythe’a. Fabuła Mrocznego zamku podzielona jest na dwie części. Chodzi o to, że z jednej strony obserwujemy bohaterów żyjących w 1992 roku, zaś z drugiej cofamy się do lat drugiej wojny światowej i poznajemy wydarzenia, które miały niesamowity wpływ na to, co dzieje się pod koniec ubiegłego wieku.

Wydanie australijskie
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
(październik 2012)
Każda z kobiet przedstawionych na kartach powieści jest inna, lecz jednocześnie dla każdej z nich liczy się to samo: dobro tych, których kochają. Troska o innych nie zawsze idzie w parze ze spokojem własnego sumienia. Najważniejsza jest tutaj ochrona rodzinnego majątku i tych, którzy w nim mieszkają. Starsze siostry Blythe niby różnią się od siebie, lecz można zauważyć też pewne podobieństwa w charakterze. W końcu są przecież bliźniaczkami. Na pewno są ze sobą bardzo mocno związane, zaś jedna z nich nie wyobraża sobie życie bez tej drugiej. Mowa oczywiście o Persephone Blythe, która jest niezwykle zaborcza zarówno wobec Seraphiny, jak i Juniper. Obydwie kobiety nie mogą prowadzić samodzielnego życia, ponieważ Percy im na to nie pozwala. I tak jest przez lata, aż w końcu przychodzi starość, kiedy już nie ma najmniejszych szans na to, aby zmienić swoje życie. Z kolei Saffy sprawia wrażenie tej słabszej, która ulega wpływom i pomimo szansy na spełnienie marzeń, nie potrafi jej wykorzystać i przeciwstawić się decyzjom, jakie podejmuje Percy. Trzeba zatem uważać, aby nie narazić się starszej bliźniaczce, ponieważ ona nigdy nie zapomina i nie wybacza. Wygląda na to, że przez lata doskonale wyćwiczyła sobie twardy i nieugięty charakter, a w jej piersi zamiast serca jest kamień. Czy w takim razie kobieta nie ma żadnych uczuć? Czy nie wzrusza jej czyjeś cierpienie i ból? W tym kontekście sprawa jest naprawdę dyskusyjna.

Kate Morton pokazała również, ile tak naprawdę znaczy przyjaźń zawarta w niezwykle trudnych czasach. Otóż, z jednej strony pomimo upływu lat przyjaciółki nadal myślą o sobie, choć jedna z nich żyje w zupełnie innym świecie, który wykreowała choroba. Z drugiej strony czas i rozłąka sprawiły, że nie ma już powrotu do tego, co było. Może w grę wchodzi wiek bohaterek? A może to sytuacja, w jakiej się znalazły nie pozwala na odnowienie przyjaźni? Gdzieś w tym wszystkim jest również strach przed wspomnieniami i wyrzutami sumienia, a także świadomość, że zawiodło się tę drugą osobę. Siostry Blythe to z całą pewnością postacie niezwykle tragiczne. Wychowane w świecie urojeń nie potrafią normalnie funkcjonować nawet na starość. Ta sytuacja sprawia, że w pewnym momencie nie potrafią już odróżnić rzeczywistości od sennych iluzji.

Niedawno czytałam Strażnika tajemnic i muszę przyznać, że tamta książka podobała mi się znacznie bardziej, niż Mroczny zamek. Chociaż lubię powieści gotyckie, gdzie w murach starych domów snują się potępione duchy, to jednak czegoś mi w tej książce brakowało. Kate Morton każe czytelnikowi naprawdę bardzo długo czekać, zanim uchyli rąbka tajemnicy. Odniosłam wrażenie, że od chwili otrzymania listu przez Meredith Burchill bardzo długo nie dzieje się nic interesującego. Mamy opis wydarzeń, które są niesamowicie monotonne. Dopiero pod sam koniec powieści zaczynamy być wciągani w tajemnicę zamku Milderhurst. Zbyt mało jest nieoczekiwanych zwrotów akcji, co mogłoby sprawić, że czytelnik wróciłby do punktu wyjścia. Książkę może natomiast obronić zaskakujące zakończenie, jak również to, że są zagadki, które nie zostały do końca wyjaśnione i czytelnik może się jedynie domyślać, jaka była prawda. 









czwartek, 21 stycznia 2016

Kate Morton – „Strażnik tajemnic”
















Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Secret Keeper
Przekład: Magdalena Koziej





Ludzki los czasami naprawdę potrafi być bardzo przewrotny i zazwyczaj pisze swój własny scenariusz, z którym możemy zgadzać się bądź buntować przeciwko niemu. Wielokrotnie nie mamy jednak wpływu na to, co spotyka nas w życiu. Często są to zwyczajne zbiegi okoliczności – albo jak kto woli – przeznaczenie. Możliwe, iż tylko wydaje nam się, że wszystko, co robimy zależy jedynie od nas samych. Może faktycznie naszym życiem kieruje coś znacznie potężniejszego od nas i nigdy tak naprawdę nie działamy sami, a przysłowie, że człowiek jest kowalem własnego losu, to tylko oklepany slogan, który z prawdą nie ma nic wspólnego. Przecież wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy ktoś, kogo znamy, po latach uparcie powtarza, że gdyby dziś stawił czoło przeszłym okolicznościom, postąpiłby zupełnie inaczej niż wtedy. Czy takie rozumowanie ma związek z tym, iż po latach jesteśmy mądrzejsi, dojrzalsi, a na te same kwestie patrzymy inaczej? A może jest to jedynie nasze naiwne pojmowanie rzeczywistości, bo w gruncie rzeczy zachowalibyśmy się identycznie, ponieważ to nie my odpowiadamy za to, co dzieje się w naszym życiu, tylko robi to przeznaczenie czy jakaś inna niewytłumaczalna siła?  

Wydaje mi się, że bardzo trudno jest odpowiedzieć na powyższe pytania. Na pewno należy wyciągać wnioski z popełnionych błędów i – o ile to w ogóle możliwe – nie dopuszczać do ich powielenia. Przypuszczalnie nie ma na tym świecie człowieka, który nie żałowałby czegoś, co zrobił w przeszłości. Szczególnie kiedy dane mu jest dożyć sędziwego wieku zaczyna zastanawiać się nad źle podjętymi decyzjami, które nie dość, że niedobrze skończyły się dla niego samego, to jeszcze okrutnie skrzywdziły innych. Ludzie na łożu śmierci często analizują swoje życie, ale czasami jest już za późno na to, aby naprawić błędy z przeszłości, bo albo ludzie, których skrzywdziliśmy już dawno nie żyją, albo są gdzieś bardzo daleko i nie ma możliwości, żeby nawiązać z nimi kontakt. Wtedy pozostaje już tylko wybaczyć samemu sobie i próbować pogodzić się z losem. Na pewno nie jest to proste, zważywszy że wyrzuty sumienia ciążą niczym kamień uwiązany u szyi i wciąż ciągną człowieka w dół.

Wydanie australijskie
Wydawnictwo: ALLEN & UNWIN
(listopad 2012)
W angielskim hrabstwie Suffolk w Anglii Wschodniej w szpitalu leży staruszka, której dni są już policzone. Jej stan jest tak ciężki, że lekarze nie dają jej więcej, jak kilka dni życia. W związku z tym do domu zjeżdżają dzieci kobiety, aby móc pożegnać się z matką. Dorothy Nicolson, bo o niej mowa, tak naprawdę nie ma pojęcia, że jej dziewięćdziesiąte urodziny są jednocześnie pożegnaniem z dziećmi. Jej stan jest bardzo ciężki, co oczywiście objawia się między innymi tym, iż staruszka traci kontakt z rzeczywistością. W jednej chwili rozmawia z córkami, a już za moment przenosi się do zupełnie innego świata, w którym funkcjonowała jako bardzo młoda dziewczyna. Jest to świat jej dzieciństwa i młodości, który do najszczęśliwszych nie należy. W swojej wyobraźni Dolly na nowo przeżywa dramat drugiej wojny światowej i bombowe naloty na Londyn w latach 1940-1941. To wtedy straciła rodzinę i została całkiem sama, pomimo że miała obok siebie kochającego mężczyznę, który pragnął się z nią ożenić. Lecz Dorothy miała wówczas zupełnie inne plany. Pomimo że nie pochodziła z arystokratycznej rodziny, to jednak robiła co tylko w jej mocy, aby uchodzić za damę z wyższych sfer. Czasami nawet wstydziła się przed ludźmi swojego niskiego pochodzenia i przyjaciół, którzy wywodzili się z tej samej warstwy społecznej co ona.

Po stracie najbliższych do Dolly – wówczas jeszcze Smitham – los, jakby się nieco uśmiechnął, bo oto otrzymała pracę w domu niejakiej lady Gwendolyn. Była to starsza pani, która reprezentowała wyższe sfery, co naszej Dorothy bardzo odpowiadało. Teraz stała się jej damą do towarzystwa, a to oczywiście mogło sprawić, że dziewczyna kiedyś nie będzie głodować i wstydzić się swojego pochodzenia, lecz osiągnie naprawdę wiele. Musi zatem bardzo się starać, aby nie zniechęcić do sobie starszej pani, w tym znosić również jej dziwaczne humory i przestrzegać surowych zasad panujących w domu. Czy faktycznie takie poświęcenie się opłaci? Czy oprócz pracy i dachu nad głową Dolly uda się wyciągnąć coś więcej z opieki nad staruszką? Na pozór wydaje się, że tak. W dodatku po drugiej stronie ulicy mieszka małżeństwo wywodzące się ze sfery, o której panna Smitham może tylko pomarzyć. To Vivien i Henry Jenkinsowie. Ona jest wytworną modą kobietą pracującą charytatywnie na rzecz ofiar wojny, zaś on to starszy od Vivien poczytny pisarz. Tak więc nasza Dolly robi wszystko, aby tylko móc się zbliżyć do tych ludzi. Nad wszystko pragnie widzieć w Vivien swoją przyjaciółkę. Pytanie tylko, czy z drugiej strony chęć nawiązania jakichkolwiek relacji jest równie silna.

Wróćmy jednak do czasów współczesnych. Otóż najstarsza córka Dorothy Nicolson – Laurel – wciąż nie potrafi zapomnieć dramatycznego wydarzenia, którego była świadkiem. Miała wówczas szesnaście lat, było lato roku 1961, a ona siedziała ukryta w domku na drzewie, nie chcąc brać udziału w rodzinnym pikniku nad rzeką, który to piknik rodzice zorganizowali z okazji urodzin swojego najmłodszego dziecka – Gerry’ego. Laurel właśnie oddawała się rozmyślaniom o pewnym chłopaku, który całkiem niedawno skradł jej serce, kiedy usłyszała śpiew matki, gaworzenie dziecka i szczekanie psa. Zaciekawiona wyjrzała ze swojej kryjówki, a jej oczom ukazał się następujący widok: matka z małym Gerrym na rękach zmierza w kierunku domu, a obok niej wesoło szczeka pies. Z tamtego dnia Laurel zapamiętała każdy szczegół. W pamięci zachowała nawet hula-hoop swojej siostry, które stało oparte o ścianę domu, a potem zwyczajnie spadło. Wtedy też dziewczyna uświadomiła sobie, że matka przyszła po nóż do krojenia tortu, którego najzwyczajniej zapomniała ze sobą zabrać, gdy szykowała swoją rodzinę na urodzinowy piknik Gerry’ego.

Wydanie brytyjskie
Wydawnictwo: MANTLE
(październik 2012)
Tak więc zadowolona matka weszła do domu, a w tym samym momencie na posesję wkroczył tajemniczy mężczyzna, zaś pies przestał już szczekać tak wesoło, jak jeszcze kilka minut temu. Teraz po prostu złowrogo warczał, czego nie można było zrozumieć. Co tak nagle zdenerwowało Barnaby’ego? Czyżby obcy na posesji? Niemalże w tej samej chwili oczom Laurel ukazała się matka z małym Gerrym na rękach i nożem w dłoni. Zdezorientowana dziewczyna ukryta na drzewie nadal nie miała pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dostrzegła, że na widok nieznajomego jej matka niesamowicie się przeraziła i praktycznie w ułamku sekundy wbiła nóż w pierś mężczyzny. Ten zdążył coś jeszcze do niej powiedzieć, a już za chwilę leżał martwy na trawie przed domem Dorothy Nicolson. Oczywiście Gerry zaczął rozdzierająco płakać, a Laurel sparaliżowana strachem zemdlała. Kim był mężczyzna, który wtargnął na teren Greenacres? Jakie relacje łączyły go z Dorothy Nicolson? Dlaczego kobieta tak bardzo się przeraziła na jego widok, że aż posunęła się do ostateczności i wbiła mu nóż w serce? Czy tajemnica kiedykolwiek wyjdzie na światło dzienne? A jeśli tak, to czy jej skutki nie będą jeszcze bardziej przerażające niż samo morderstwo?

Po pięćdziesięciu latach Laurel Nicolson, która przez ten czas zdążyła już zrobić oszałamiającą karierę jako aktorka teatralna, pragnie dowiedzieć się, co stało się w Greenacres w dniu urodzin jej małego wówczas braciszka. Wydaje jej się, że ostatnie chwile jej matki na tym świecie mogą jej w tym pomóc. Kobieta widzi, że Dorothy wciąż zmaga się z przeszłością, ponieważ niejednokrotnie słyszy, jak matka wymawia imiona ludzi, o których jej córka nigdy nie słyszała. Kim zatem są bądź byli ci ludzie? Dlaczego Dorothy nie potrafi o nich zapomnieć? Czy ich skrzywdziła? A może to oni przysporzyli jej niewyobrażalnych cierpień? Tak więc Laurel podejmuje szereg działań, aby tylko rozwikłać tę zagadkę sprzed lat i pozwolić matce odejść w spokoju, a także sprawić, aby trauma, z jaką żyła przez te wszystkie lata przestała ją tak bardzo męczyć. W dodatku jest jeszcze jej rodzeństwo, które niby coś tam wie, ale nie do końca zdaje sobie sprawę, jak bardzo dramatyczne wydarzenie miało miejsce przed ich domem w 1961 roku. I tak oto krok po kroku wraz z Laurel i Dorothy cofamy się do czasów drugiej wojny światowej. Cofamy się do lat, kiedy oprócz makabrycznych wydarzeń na tle politycznym, ludzie przeżywali również swoje własne dramaty, których konsekwencje będą odczuwać już do końca swych dni.


W Anglii podczas drugiej wojny światowej wiele kobiet pracowało charytatywnie
z ramienia Women's Voluntary ServiceDorothy Smitham była jedną z nich. 
W kantynie pracowała w latach 1940-1941. 


Strażnik tajemnic to druga powieść Kate Morton, jaką przeczytałam. Choć Dom w Riverton nie do końca spełnił moje oczekiwania, to jednak postanowiłam, że tak łatwo nie ustąpię i za jakiś czas przeczytam kolejną książkę tej Autorki. Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że nie żałuję ani minuty, którą spędziłam przy lekturze Strażnika tajemnic. Ta powieść zaciekawiła mnie już od pierwszej strony i czytałam ją – jak to mówią – jednym tchem. Przyznam, że już dawno nie czytałam książki, która tak bardzo oderwałaby mnie od świata rzeczywistego i całkowicie pochłonęła swoją fabułą. Trzeba przyznać, że Kate Morton potrafi zaskakiwać. Nigdy nie spodziewałabym się, że tajemnica morderstwa mężczyzny, który nagle wdarł się do Greenacres może mieć takie konsekwencje, jak to zostało pokazane na kartach powieści. Zakończenie całej tej historii jest tak zaskakujące, że czytelnik jeszcze długo po zamknięciu książki nie potrafi zrozumieć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.

Wbrew pozorom Laurel Nicolson nie jest tutaj główną bohaterką. Tę rolę oddałabym Dorothy Smitham-Nicolson. Narracja prowadzona jest na dwóch płaszczyznach czasowych, czyli współcześnie i w latach 1940-1941. Na pewno jest to powieść o kobietach, a właściwie o niezwykle trudnych relacjach, które pomiędzy nimi panują. Sporo w tej historii również psychologii. Dolly to postać niesamowicie skomplikowana. Jej postępowanie może budzić wiele zastrzeżeń. Są bowiem sytuacje, w których nasza bohaterka za nic nie powinna postąpić tak, jak to zrobiła. Popełniła błąd, za który musiała srogo zapłacić. Na pewno nie jest to postać pozytywna, choć mogłoby się tak wydawać. Z jednej strony nie można jej niczego zarzucić, bo przecież ona pragnie jedynie lepszego życia, lecz z drugiej czy faktycznie cel uświęca środki?

Wydanie amerykańskie
Wydawnictwo: ATRIA
(październik 2012)
Kate Morton poruszyła w powieści kilka problemów społecznych, które są obecne również w dzisiejszym świecie. Jest więc przemoc domowa, która ma miejsce za zamkniętymi drzwiami, czyli tak, aby przypadkiem nikt z zewnątrz nie domyślił się, co tak naprawdę dzieje się w domu kogoś, kto powszechnie budzi ogromny szacunek i raczej nikt nie domyśliłby się, że w czterech ścianach własnego domu zdolny jest do największych okrucieństw wobec tych, których rzekomo ubóstwia nad życie. Jest tutaj również chęć polepszenia sobie warunków materialno-bytowych, która i dziś nie jest nam obca. Ludzie bowiem zdolni są posunąć się do największej podłości, aby tylko osiągnąć swój cel. Ale mamy także coś pozytywnego. Jest to oczywiście przyjaźń, choć zbudowana nie do końca na uczciwości. Niemniej w pewnym momencie przychodzi opamiętanie, lecz na naprawienie błędów jest już zbyt późno. Poza tym życie naszych bohaterów nie jest też wolne od miłości, która musi być przecież obecna w powieściach obyczajowych. Nie jest to jednak miłość wulgarna i nafaszerowana pod każdym względem erotyką.

Moim zdaniem Kate Morton stworzyła rewelacyjną historię, a jej pisarstwo może stanowić wzór dla innych autorów, jeśli chodzi o pisanie powieści obyczajowych z historią w tle, których fabuła owiana jest mrocznymi tajemnicami. Takich książek nie ma na rynku wydawniczym zbyt wiele, więc doceniajmy je, bo nie każdy pisarz potrafi tak bardzo wciągnąć czytelnika w swoją opowieść, jak robi to Kate Morton. Mam nadzieję, że inne książki tej Autorki są równie doskonałe i bez zarzutu. Historia opowiedziana przez australijską pisarkę jest także dramatem psychologicznym. Myślę, że te wszystkie cechy mogą jedynie przyciągnąć nas do powieści. I co najważniejsze: nie słuchajcie tych, którzy twierdzą, że powieść jest słaba! Wręcz przeciwnie. Napisana jest na bardzo wysokim poziomie. Dodatkowym atutem są nieoczekiwane zwroty akcji. Kiedy czytelnikowi wydaje się, że już wszystko wie, wówczas dzieje się coś zupełnie nieprzewidzianego, a my znów jesteśmy wyprowadzani przez Autorkę w pole. Tutaj nie ma spraw oczywistych. Do samego końca jest tajemnica, którą rozwikłać może jedynie Kate Morton, ponieważ czytelnik nie jest w stanie tego zrobić i niech nawet nie próbuje.










środa, 13 stycznia 2016

Anne Gracie – „Dynastia Tudorów. Król, królowa i królewska faworyta” # 1










Na okładce: Natalie Dormer
jako Anna Boleyn 
Jonathan Rhys-Meyers 
w roli Henryka VIII Tudora.


Wydawnictwo: HARPERCOLLINS POLSKA
(kiedyś HARLEQUIN POLSKA)
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: The Tudors: The King, the Queen, and the Mistress
Przekład: Alina Patkowska



Najbardziej znany władca Anglii, Francji i Irlandii – Henryk VIII Tudor – był synem Henryka VII Tudora (1457-1509) i Elżbiety York (ok. 1466-1503). Na świat przyszedł w królewskiej rezydencji, czyli w pałacu znajdującym, się w londyńskiej dzielnicy Greenwich, w dniu 28 czerwca 1491 roku. Po śmierci ojca objął rządy w Anglii, stając się Henrykiem VIII. Jak wiemy, na ślubnym kobiercu stawał aż sześć razy! Na rozkaz króla o głowę skrócono dwie jego żony. Henryk VIII był także głównym inicjatorem angielskiej reformacji. Jego jedyny ocalały syn – Edward VI Tudor (1537-1553) – zastąpił monarchę po jego śmierci, a było to w dniu 28 stycznia 1547 roku.

Henryk miał sześcioro rodzeństwa, lecz tylko troje dzieci doczekało wieku dorosłego, a byli to książę Kornwalii oraz Walii i hrabia Chester – Artur Tudor (1486-1502), królowa Szkocji – Małgorzata Tudor (1489-1541), a także królowa Francji i księżna Suffolk – Maria Tudor (1496-1533). Artur był starszy od Henryka, dlatego też oczekiwano, że to właśnie on przejmie angielski tron po śmierci Henryka VII. W 1502 roku, czyli tuż przed śmiercią, Artur ożenił się z Katarzyną Aragońską (1485-1536) – córką hiszpańskiej pary królewskiej – Ferdynanda II Aragońskiego (1452-1516) i Izabeli I Kastylijskiej (1451-1504). Po niespełna czterech miesiącach małżeństwa, Artur zmarł, pozostawiając swojego dziesięcioletniego wówczas brata jako kolejnego następcę tronu.

Po śmierci najstarszego syna, Henryk VII Tudor chciał umocnić sojusz z Hiszpanią, tak więc zaproponował, aby jego młodszy syn Henryk ożenił się z wdową po swoim bracie. W tej sytuacji obydwie rodziny zwróciły się do papieża Juliusza II (1443-1513) z prośbą o udzielenie dyspensy na zawarcie małżeństwa przez Henryka i Katarzynę. Papież zgodził się, lecz oficjalnie ślub został odroczony aż do dnia śmierci Henryka VII Tudora, która nastąpiła w 1509 roku. Następnie w wieku siedemnastu lat Henryk VIII poślubił Katarzynę. Wtedy też w opactwie Westminster odbyła się ich koronacja. Niestety, w 1533 roku z winy Henryka doszło do rozwodu pary królewskiej, co wywołało skandal w całej Europie. W tym momencie bowiem na scenę wkroczyła zaborcza Anna Boleyn (1507-1536), której nie tylko nie akceptowały głowy innych państw, ale przede wszystkim nie wzbudzała sympatii u poddanych Henryka VIII Tudora. Angielski lud nadal kochał swoją królową Katarzynę i nie mógł pogodzić się z tym, że oto teraz będzie musiał kłaniać się przed jakąś pospolitą dziewuchą, która podstępem wkradła się w łaski króla i zawróciła mu w głowie tak bardzo, iż ten zdolny był do największych szaleństw w imię pożądania.

Henryk VIII Tudor
W swojej epoce monarcha uważany był
za bardzo przystojnego mężczyznę.
Portret powstał około 1531 roku.
autor: Joos van Cleve (1485-1541)
Jako młody mężczyzna i monarcha, drugi w dynastii Tudorów, Henryk emanował charyzmą, był wysportowany, uwielbiał sztukę, muzykę i kulturę. Był dowcipny i bardzo dobrze wykształcony, gdyż pobierał nauki od prywatnych nauczycieli, którzy odpowiedzialni byli za całokształt jego rozległej wiedzy. Jak już wspomniałam, władca kochał muzykę, dlatego też nierzadko komponował utwory muzyczne. Był również miłośnikiem gier hazardowych i wszelkiego rodzaju potyczek. Na jego rozkaz organizowano liczne turnieje i bankiety. Jego ojciec zawsze wyobrażał sobie, że to Artur zasiądzie na angielskim tronie, zaś Henryk poświęci się życiu duchowemu i to właśnie na tym polu zdobędzie sławę. Było bowiem normą, że drugi w kolejności syn wstąpi do klasztoru i tam będzie się spełniał, dlatego też Henryka już od względnie wczesnego wieku skrupulatnie przygotowywano do tej roli. Stało się jednak inaczej i to Henryk VIII odziedziczył po ojcu tron, tym samym otrzymując spokój po latach Wojny Dwu Róż.

Henryk VIII był z natury wesoły, a jego dwór bardzo szybko nauczył się, że najlepiej będzie spełniać każde życzenie monarchy; tak dla świętego spokoju. Już dwa dni po swojej koronacji, Henryk rozkazał aresztować dwóch ministrów swojego ojca, których natychmiast skazał na śmierć. Swoje panowanie rozpoczął od poszukiwania dobrych doradców, nad którymi mógłby mieć całkowitą kontrolę. Czy jednak nie stało się inaczej? Czy to przypadkiem doradcy nie owinęli sobie Henryka wokół palca i nie faszerowali go faktami, czasami wręcz mijającymi się z prawdą, dzięki czemu mogli zaspokajać własne interesy? Taka sytuacja miała bowiem miejsce szczególnie pod koniec panowania Henryka, kiedy król cierpiał na nieuzasadnione lęki i wszędzie widział zagrożenie dla swojego życia i rządów. Okoliczności te sprzyjały temu, iż to królewscy ministrowie robili z monarchą, co tylko chcieli, a on był w ich rękach zwykłą marionetką.

W dniu 18 lutego 1516 roku królowa Katarzyna urodziła Henrykowi pierwsze dziecko, które przeżyło dzieciństwo. Była to księżniczka Maria – późniejsza królowa Maria I Tudor zwana też Krwawą Marią (1516-1558). Niestety, Henryk był bardzo sfrustrowany brakiem męskiego potomka i dlatego też rozpoczął swój „taniec” pomiędzy dwiema kochankami. Jego miłosne podboje nie były niczym niezwykłym, jeśli wziąć pod uwagę ówczesne standardy moralne, lecz mimo to przyczyniły się one do rozwodu z Katarzyną Aragońską. Jedną z kochanek króla była Maria Boleyn (1499-1543), która jak gdyby stała się przygrywką do wprowadzenia swojej siostry do królewskiego łoża. Anna Boleyn i Henryk VIII Tudor zaczęli więc spotykać się potajemnie. W tej sytuacji Katarzyna Aragońska, która liczyła sobie już czterdzieści dwie wiosny, nie była w stanie przekonać króla do poczęcia z nią męskiego potomka. Niedługo potem Henryk oficjalnie porzucił prawowitą królową Anglii, stwierdzając, że zgodnie z prawem Bożym mężczyzna, który poślubia żonę swojego brata, nigdy tak naprawdę nie jest jej mężem. Takie małżeństwo w oczach Boga jest po prostu nieważne. W dodatku Henryk upierał się przy tym, iż ślub z Katarzyną stał się przyczyną braku męskiego potomka. Uważał bowiem, że jest to klątwa za grzech, którego obydwoje się dopuścili. Pomimo że Katarzyna urodziła mu dziecko, to jednak było ono nieistotne dla Henryka, ponieważ to tylko dziewczynka! Taka oto była logika monarchy. W dodatku w grę wchodził jeszcze rzekomy brak dziewictwa u Katarzyny w chwili zawarcia małżeństwa. Po konsultacjach ze swoimi doradcami, król zwrócił się do papieża Klemensa VII (1478-1534) z żądaniem unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską. Na nieszczęście dla monarchy, żądania te zostały odrzucone przez głowę Kościoła Katolickiego, a stało się tak z powodu nacisków ze strony cesarza Karola V Habsburga (1500-1558), który jednocześnie był siostrzeńcem królowej Katarzyny. Proces, podczas którego Katarzyna Aragońska dzielnie walczyła o utrzymanie swojego tytułu i prawa do wychowywania córki, trwał sześć lat.


Katarzyna Aragońska błaga Henryka VIII, aby cofnął decyzję o ich rozwodzie. 
Obraz został namalowany w XIX wieku.
autor: Henry Nelson O'Neil (1817-1880) 


Na tym etapie zakończę swoje historyczne rozważania, ponieważ pierwszy tom cyklu książek napisanych na podstawie scenariusza do chyba najbardziej znanego serialu o Tudorach dotyczy właśnie tych sześciu lat walki, jaka toczyła się pomiędzy parą królewską, w której centrum znajdowała się Anna Boleyn. Z drugiej strony jednak zastanawiam się, czy gdybym opowiedziała do samego końca historię życia Henryka VIII ze szczegółami, to dopuściłabym się jakiegoś wielkiego przewinienia? Otóż musicie wiedzieć, że scenariusz serialu, którym większość ludzi tak bardzo się zachwyca posiada rażące błędy historyczne. Niestety, tak już jest, że filmowcy idą własną drogą, historycy własną, a pisarze niekiedy obierają jeszcze inne tory.

Kardynał Thomas Wolsey to znacząca postać  
zarówno w życiu Henryka VIII Tudora, 
jak i w dziejach Anglii.
Portret pochodzi z 1610 roku.
autor: Sampson Strong (1550-1611)
Jak już wspomniałam, pierwszy tom, a zarazem pierwszy sezon emisji serialu, do którego scenariusz napisał Michael Hirst opiera się na walce o odzyskanie wolności przez Henryka VIII; mam oczywiście na myśli wolność od Katarzyny Aragońskiej. Pomimo że generalnie najważniejsze wątki zgodne są z prawdą historyczną, to jednak całość jest tak bardzo podkolorowana, a niektóre wydarzenia tak znacząco odbiegają od rzeczywistości, że czytelnikowi znającemu historię po prostu podnosi się ciśnienie. Ponieważ w swoim życiu przeczytałam już mnóstwo książek dotyczących życia Tudorów, obejrzałam też wiele filmów dokumentalnych, wysłuchałam opowieści wybitnych angielskich historyków, to jedynymi uczuciami, jakie ta książka we mnie wzbudziła są złość i gniew na tych, którzy odpowiedzialni są za powstanie tego serialu/tej powieści. Rozumiem, że aby przyciągnąć widza do telewizora należy podarować mu całą masę emocji, czasami nawet niezgodnych z prawdą. Niestety, nie w moim przypadku. Tak więc już dziś mogę powiedzieć, że książka tak mocno mnie zawiodła, że serialu niestety, ale nie obejrzę. Wystarczy mi to, co przeczytałam i zapewne jeszcze przeczytam, ponieważ skoro już rozpoczęłam czytanie tej serii, to zamierzam ją skończyć. Nie jestem bowiem zwolenniczką rzucania książek w kąt, tylko dlatego, że mi się nie podobają.

Jakich zatem grzechów dopuścili się twórcy serialu/książki? Po pierwsze występuje w nim postać, którą nazwałam w myślach Małgorzato-Marią. Dlaczego? Otóż dlatego, że spotykamy tutaj tylko jedną siostrę Henryka, która jest, jak gdyby zlepkiem cech obydwu sióstr monarchy. Scenarzysta nazwał ją Małgorzatą i „wydał” ją za mąż za podstarzałego króla Portugalii, co akurat w tym wypadku nie całkiem mija się z prawdą. Ze względów politycznych prawdziwa Małgorzata została fałszywie poślubiona królowi Portugalii, lecz ten po kilku dniach został zamordowany najprawdopodobniej właśnie przez Małgorzatę. Historycy rzadko o tym wspominają, ale ten fałszywy ślub faktycznie miał miejsce. Z kolei księżniczka Maria przez pewien czas była żoną starszego od siebie mężczyzny, lecz małżonek był królem Francji. Niby w tej postaci więcej z Małgorzaty niż z Marii, ale gdzie w takim razie jest Jakub IV Stewart (1473-1513), nie mówiąc już o dwóch pozostałych mężach Małgorzaty, którymi w rzeczywistości byli Archibald Douglas, 6. hrabia Angus (1489-1557) oraz Henry Stewart, 1. Lord Methven (1495-1552). Z kolei mężem serialowej i powieściowej Małgorzaty jest rzeczywisty mąż jej siostry Marii. Czy ktoś to zrozumie?

Małgorzata Tudor 
autor: Daniel Mytens Starszy
(1590-1647)
Tłumaczenie twórców serialu, jakoby widz pomylił na ekranie dwie Marie wydaje mi mocno uderzające w poziom inteligencji potencjalnych odbiorców serialu. Chodzi oczywiście o pojawienie się ewentualnej Marii Tudor, czyli siostry króla, oraz małej córeczki monarchy – późniejszej królowej Anglii. Stąd w serialu obecna jest „Małgorzato-Maria” o imieniu Małgorzata. W tym wypadku różnica jest chyba znacząca, prawda? Dlatego też takie wyjaśnienie zupełnie do mnie nie przemawia. Natomiast inną kwestią, która rzuciła mi się w oczy jest śmierć kardynała Thomasa Wolseya (ok. 1474-1530). O ile jego konflikt z Henrykiem VIII Tudorem jest zgodny z faktami historycznymi, to pożegnanie się kardynała ze światem żywych zupełnie mija się z prawdą. Thomas Wolsey zmarł bowiem śmiercią naturalną z powodu choroby i wyczerpania, a było to w trakcie podróży, kiedy jechał do Londynu na wezwanie króla. W serialu/książce wygląda to zupełnie inaczej. Nie wiem, czy lepiej. Na pewno efektowniej.

Zawiodłam się również na tym, iż tak mało miejsca poświęcono Marii Boleyn. Siostra Anny odegrała w życiu Henryka VIII Tudora naprawdę znacznie większą rolę, aniżeli widzimy to na ekranie czy czytamy w książce. Co ważne, Maria urodziła królowi dwoje nieślubnych dzieci: Henryka Careya, 1. barona Hunsdon (ok. 1526-1596) oraz Katarzynę Carey (ok. 1529-1568). Monarcha nigdy nie uznał tych dzieci, dlatego też nosiły nazwisko męża Marii, który je po prostu adoptował. Niestety, ten fakt został pominięty.

Oprócz powyższego nie zgadza się także wiek poszczególnych bohaterów odnośnie wydarzeń, w których biorą udział. Scenarzysta Michael Hirst całe to „zamieszanie” tłumaczy tak: „Showtime zlecił mi napisanie czegoś rozrywkowego, jakiejś opery mydlanej, nie historycznej […] Chcemy, aby ludzie to oglądali. […] pewne zmiany zostały wprowadzone ze względów produkcyjnych, a niektóre po to, aby uniknąć niezrozumienia przez widza. Wszelkie odstępstwa od prawdy powstałe w wyniku zmian, nie zmniejszają zainteresowania serią i postaciami.” No cóż, moje zainteresowanie serialem znacznie zmniejszyło się już po przeczytaniu pierwszego tomu scenariusza/serii. Przypuszczam, że dalej będzie podobnie, czego trochę żałuję, ponieważ widziałam fragmenty tej produkcji i nie ukrywam, że mnie zaciekawiła, dlatego sięgnęłam najpierw po książkę. Naprawdę wiele dobrego oczekiwałam zarówno wobec serialu, jak i powieści. 


Maria Tudor i jej mąż Charles Brandon, 1. książę Suffolk (1484-1545)
Książę był bardzo bliskim przyjacielem Henryka VIII Tudora, lecz ich wzajemne relacje
znacznie pogorszyły się w momencie, gdy Suffolk potajemnie i bez zgody monarchy
poślubił jego siostrę. 


Pierwszy tom serii powieściowej wyszedł spod pióra Anne Gracie, która na co dzień pisze powieści historyczne, głównie romanse. Na pewno nie jest to literatura wysokich lotów. Do dialogów Autorka dodała trochę opisów i tak oto powstała powieść na podstawie serialu. Czy taka forma się sprawdza? Uważam, że raczej nie. Książkę czyta się bowiem źle. Czytelnik odnosi wrażenie, że poszczególne sceny serialu przesuwają mu się przed oczami. Na próżno szukać choćby minimalnego rozdzielenia poszczególnych wydarzeń przy pomocy dat ich występowania. To wszystko jest, jak gdyby jedną całością. Nie wiemy nawet, ile lat mają poszczególni bohaterowie. Tego wszystkiego możemy dowiedzieć się dopiero z Internetu, kiedy poszukamy informacji na temat serialu.

Naprawdę bardzo rzadko zdarza mi się, żeby nie zarekomendować jakiejś książki. Równie rzadko zdarza mi się też trafić na książkę, która jest zwyczajnie zła. Jeszcze rzadziej czuję tak ogromne rozczarowanie po przeczytaniu powieści, jak ma to miejsce w tym wypadku. Tym razem te wszystkie elementy złożyły się w jedną całość. Wiem, że wiele osób jest zachwyconych serialem. Możliwe, że dzieje się tak dlatego, iż mało kto zwraca uwagę na przedstawioną w nim prawdę historyczną. Rozumiem, że znacznie bardziej oko przyciąga obsada aktorska, kostiumy, gra doskonałych aktorów i cały ten splendor, który towarzyszy produkcji filmowej. Pamiętajmy jednak, że filmowcy w ten sposób chcą oszukać widza, który skupiając się na tej cudownej otoczce nie będzie zwracał uwagi na to, co naprawdę istotne. Niestety, w moim przekonaniu to stanowczo za mało, abym mogła serial historyczny czy powieść uznać za dobre.