Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Warda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Warda. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2013

Małgorzata Warda – „Jak oddech”










Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 2013






W Polsce wciąż aktualny jest problem zaginięć osób w niewyjaśnionych okolicznościach. Bardzo dokładnie zagadnienie to opisałam przy okazji recenzji poprzedniej książki autorstwa Małgorzaty Wardy pod tytułem Nikt nie widział, nikt nie słyszał…, o czym możecie przeczytać tutaj. Tym razem nie będę powielać już tego tematu w kwestii podawania danych statystycznych, lecz od razu przejdę do omówienia najnowszej powieści Autorki. Książka swoją premierę miała w na początku kwietnia tego roku i już od pierwszych dni wzbudziła w czytelnikach ogromne zainteresowanie. Na pewno w dużej mierze przyczynił się do tego fakt, iż Małgorzata Warda nie jest pisarką początkującą. Na swoim koncie ma już bowiem wiele niezwykle udanych powieści. Wspomnijmy chociażby Dziewczynkę, która widziała zbyt wiele, czy rzeczoną Nikt nie widział, nikt nie słyszał… . Tym razem Autorka znów porusza problem zaginięć, jednak robi to w nieco inny sposób, niż w przypadku poprzedniej powieści.

Już sam tytuł – Jak oddech – budzi w czytelniku ogromne zainteresowanie. Słowo „oddech” większości z nas kojarzy się z czymś lekkim, nie do końca zmaterializowanym, choć wyczuwalnym. Głównymi bohaterami powieści są Jasmin i Staszek. Urodzili się w tym samym roku, a ich matki przyjaźnią się ze sobą od lat. Nic więc dziwnego, że ich również połączyła ta szczególna więź, która w miarę upływu czasu zaczęła przeradzać się w coś znacznie poważniejszego. Są ze sobą tak mocno związani, że wręcz czują na sobie tytułowy oddech tej drugiej osoby.

Można by rzec, że Jasmin to dziewczyna z poukładanym życiem rodzinnym. Choć jej matka nie miała łatwego dzieciństwa, to jednak potrafiła stworzyć prawdziwą rodzinę. Inaczej kwestia ta przedstawia się w przypadku Staszka. Jego wychowała tylko matka, która tak naprawdę nie za bardzo się nim interesuje. Chłopak dużo więcej uczucia okazuje Renacie Sochackiej, zamiast własnej matce. Jasmin i Staszek już w dzieciństwie obiecali sobie, że któregoś dnia wezmą ślub. Mijają lata, a ich uczucie to wzmaga się, to znów jakby zostaje osłabione w wyniku zaistnienia różnego rodzaju nieprzewidzianych okoliczności. Któregoś dnia Jasmin kieruje do Staszka nietypową prośbę. Chce, aby chłopak dał jej jakiś znak, gdyby na przykład umarł albo zaginął. Wygląda na to, że dziewczyna przeczuwa coś złego. I nie myli się, ponieważ pewnego wrześniowego dnia Staszek Kornowicz znika bez śladu.

Od tego momentu Jasmin zaczyna przeżywać koszmar. Lecz zniknięcie Staszka poważnie dotyka nie tylko ją, ale też wszystkich, którzy go znali, czyli rodzinę i znajomych. Ale największego dramatu doświadcza właśnie Jasmin, dla której chłopak jest całym światem. Przecież mieli wspólne plany. Nawet mieszkali już razem. Dlaczego zatem tak nagle zniknął? Dlaczego nawet się nie pożegnał? A może nie mógł tego zrobić? Może ktoś go uprowadził? Czy Staszek jeszcze żyje? Na te wszystkie pytania zrozpaczona Jasmin i jej rodzina próbują odnaleźć odpowiedź. Tylko jak mają to zrobić, skoro nikt o niczym nie wie? Dopiero po jakimś czasie rodzina Staszka otrzymuje informację od rzekomych porywaczy, która mrozi im krew w żyłach. Niemniej znów pojawiają się pytania bez odpowiedzi. Znów nie wiadomo czy owa informacja jest autentyczna, czy może sfingowana?

Jak oddech to trzecia książka Małgorzaty Wardy, którą przeczytałam. Nie zamierzam bynajmniej robić jakiegoś szczegółowego zestawienia tych powieści, ponieważ każda z nich jest wyjątkowa na swój własny sposób. Autorka zdążyła już przyzwyczaić mnie do tego, że sięgając po którąkolwiek z jej książek muszę nastawić się na poważny temat społeczny. Tak też jest i tym razem.

Na pewno o tej książce nie można łatwo zapomnieć. Pozostawia ona swój ślad w pamięci czytelnika na bardzo długo. Jesteśmy jak gdyby wciągnięci w świat Jasmin i nie możemy wyrwać się z niego, dopóki nie poznamy prawdy. Tylko czy na pewno dane nam będzie ją poznać? Może nawet sama Jasmin Sochacka nie będzie w stanie pojąć tego, co się stało z jej Staszkiem? Pojawia się szereg hipotez, które jednak nie znajdują swojego potwierdzenia w rzeczywistości. Autorka nie podaje czytelnikowi wszystkiego na srebrnej tacy. Zmusza do analizowania wydarzeń, stawiania własnych pytań i odnajdywania na nie odpowiedzi. To od nas zależy, w jaki sposób zinterpretujemy tę powieść. Zapewne będą pojawiać się rozmaite opinie w zależności od tego, kto sięgnie po książkę. Inaczej spojrzy na nią profesjonalny krytyk, a inaczej zwykły czytelnik.

W moim odczuciu książka okazała się być niezwykle wzruszająca. Autorka ogromną wagę przywiązuje do wzajemnych relacji pomiędzy Staszkiem a Jasmin. Dziewczyna naprawdę go kocha, ale z drugiej strony czy nie jest to przypadkiem miłość zaborcza i toksyczna, która potrafi zniszczyć nawet najpiękniejsze uczucie? Podczas czytania można odnieść wrażenie, że Jasmin pisze swego rodzaju list do Staszka, w którym opowiada mu o tym, co dzieje się wokół po jego zniknięciu. Opisuje mu relacje, jakie panują pomiędzy jego bliskimi. Opowiada mu o swoich własnych uczuciach. Zdaje mu relację z tego, co robi w jego sprawie policja. Mówi mu, jak bardzo zaawansowane jest śledztwo. Relacjonuje każdą rozmowę odbytą z policjantką, która to śledztwo prowadzi. Generalnie dziewczyna chce, aby Staszek wiedział o wszystkim, co się dzieje. Robi to w taki sposób, jakby wiedziała, że on jest tuż obok, ale nie może tego wszystkiego zobaczyć na własne oczy. Jasmin wraca również myślami do tego, co było, zanim Staszek zniknął. Dzięki temu czytelnik dostaje jasny obraz relacji, jakie panowały pomiędzy poszczególnymi bohaterami książki.

Kupując tę książkę przekazujesz 1 zł Fundacji ITAKA
W którymś momencie sprawa Kornowicza trafia do mediów. Przecież nie może być inaczej. Fakt ten zmusza matkę Staszka do swoistej metamorfozy. Do tej pory kobieta jakoś specjalnie nie interesowała się swoim synem. Kiedy jeszcze był małym chłopcem bardzo często oddawała go pod opiekę swojej przyjaciółki, Renaty Sochackiej. Teraz, kiedy w całą sprawę wkroczyły media, od Alicji Kornowicz oczekuje się, że nagle stanie się ona troskliwą i przerażoną matką.

Małgorzata Warda skupia się nie tylko na kwestii zaginięcia Staszka, choć ta sprawa jest tutaj wysunięta na pierwszy plan. Autorka przygląda się również relacjom na linii matka-dziecko. Wkracza w obszar toksycznych związków, i nie mam tutaj na myśli – być może – zaborczego uczucia Jasmin. Pojawia się natomiast dość poważny problem przemocy w związku. Jest też silna wieloletnia przyjaźń, która pomaga pokonać nawet najpoważniejsze życiowe trudności.

A jaki tak naprawdę jest Stanisław Kornowicz? Na pewno nie jest to postać wyidealizowana. Jak każdy posiada swoje wady i zalety. Od najmłodszych lat ma problemy ze skupieniem uwagi. To taka artystyczna dusza, dlatego bardzo łatwo sprawić mu ból. Ale z drugiej strony można odnieść wrażenie, że Staszek to wolny ptak, który nie potrafi żyć w zamknięciu. On potrzebuje wolności. Nie chce być niczym ograniczony. Nie chce podążać za panującymi wokół trendami. Fakt, że wszyscy studiują, bo takie jest społeczne przekonanie, wcale do niego nie trafia. On pragnie żyć po swojemu i na własnych warunkach. Dlatego możliwe jest, że ten dwudziestojednoletni chłopak zniknął na własne życzenie. Być może nie potrafił już tak żyć? Nie umiał egzystować w czymś, co ograniczało mu tę wolność. Lecz z drugiej strony, czy posunąłby się aż do takiego okrucieństwa wobec tych, którzy go kochają? Bo jedno jest pewne. Dotąd żył wśród ludzi, którym na nim naprawdę zależało. Być może nie wszyscy potrafią to okazać, ale jednak chłopak jest dla nich naprawdę ważny.

Obok tej powieści naprawdę nie można przejść obojętnie. Jej interpretacji można dokonać na wiele sposobów. Polecam każdemu, bo naprawdę warto poznać historię Staszka i Jasmin. Poza tym książka zawiera w sobie również elementy paranormalne, lecz nie jest z gatunku paranormalnych romansów, do jakich przyzwyczaili nas w ostatnim czasie niektórzy autorzy i wydawcy. Może dzięki tej książce ktoś, kto nagle stracił w niewyjaśnionych okolicznościach bliską osobę, spojrzy na swój problem inaczej niż do tej pory? Dlatego polecam tę powieść każdemu bez wyjątku. 





sobota, 20 lipca 2013

Małgorzata Warda – „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”











Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2010




Coraz częściej środki masowego przekazu dostarczają nam informacji dotyczących zaginięć różnych osób w niewyjaśnionych okolicznościach. Zjawisko to urasta do rangi naprawdę poważnego problemu społecznego w naszym kraju. Od wielu lat zarówno na świecie, jak i w Polsce obserwuje się zjawisko polegające na tym, iż ludzie nagle znikają ze środowiska, w którym jeszcze do niedawna żyli. Dodatkowo brak jest jakichkolwiek informacji odnośnie do przyczyny i charakteru zniknięcia. Problem zaginięć dotyczy wszystkich warstw i grup społecznych. W większości przypadków takie nagłe zniknięcie osoby bliskiej stanowi dla jej rodziny i środowiska, w którym żyła, ogromne zaskoczenie. Bez śladu znikają nie tylko osoby pełnoletnie. Wśród zaginionych są też ci, którzy nie ukończyli jeszcze 18. roku życia, jak i osoby o różnym stanie rodzinnym i majątkowym. Rzeczywiste powody zniknięcia danej osoby zazwyczaj bywają różne; mogą być błahe, jak i bardzo poważne i nie zawsze możliwe do ustalenia. 

Według danych Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych ITAKA każdego roku policja odnotowuje około 17 tysięcy zaginięć obywateli polskich przebywających w kraju, jak i za granicą. Spośród wszystkich zgłoszeń policja rocznie odnotowuje:
  • około 320 zaginięć dzieci do 6. roku życia,
  • około 800 zaginięć dzieci pomiędzy 7. a 13. rokiem życia,
  • około 5 340 zaginięć dzieci w wieku 14-17 lat.

Zaginięcia dzieci najmłodszych najczęściej mają miejsce z powodu braku odpowiedniej opieki rodzicielskiej lub ze strony ich opiekunów. Niemniej zdarza się też, iż powodem nagłego zniknięcia dziecka może być dokonanie przestępstwa, jak: uprowadzenie, pedofilia czy nawet morderstwo. ITAKA obserwuje również inne przyczyny zaginięć, niż te wymienione powyżej. Są to:
  • porwania rodzicielskie (uprowadzenia dzieci przez jednego z rodziców bądź opiekunów posiadających pełną władzę rodzicielską);
  • zaginięcia osób nastoletnich (w większości przypadków jest to ucieczka z domu);
  • zaginięcia osób pełnoletnich (wypadki, urazy wywołujące zaniki pamięci, świadome zerwanie kontaktów z rodziną i znajomymi, wyjazd za granicę w poszukiwaniu pracy, lęk przed wkroczeniem w dorosłość, świadome i dobrowolne odejścia z domu);
  • zaginięcia osób starszych (choroby, jak na przykład wylew, zawał, choroby psychiczne, padaczka). 


źródło: ITAKA


 
Zapewne do dziś większość z nas pamięta jeszcze przypadek Nataschy Kampusch, która jako dziesięcioletnia dziewczynka została uprowadzona przez niejakiego Wolfganga Priklopila i przez osiem lat przetrzymywana w jego willi na przedmieściach Wiednia. Porwanie miało miejsce dokładnie w dniu 2 marca 1998 roku. Na szczęście młodej Austriaczce udało się uciec 23 sierpnia 2006 roku. Jak pamiętamy, psycholodzy stwierdzili u niej tak zwany syndrom sztokholmski, który objawia się tym, iż ofiara odczuwa emocjonalny związek ze swoim prześladowcą. To właśnie historia Nataschy Kampusch stała się inspiracją dla Małgorzaty Wardy do napisania powieści Nikt nie wiedział, nikt nie słyszał… .

Małgorzata Warda jest jedną z tych polskich pisarek, które nie boją się poruszać w swoich książkach trudnych tematów. Nie obawiają się krytyki ze strony recenzentów czy zwykłych czytelników, lecz śmiało idą obraną przez siebie drogą literackiej kariery. Problem zaginięć w niewyjaśnionych okolicznościach to temat, w którym Małgorzata Warda czuje się bardzo dobrze. Ale czy Autorka pisze o tym, tylko dlatego, że ów temat – mówiąc kolokwialnie – jej leży? Odnoszę wrażenie, że nie. Małgorzata Warda przede wszystkim chce w ten sposób pokazać ludziom, jak poważny jest to problem, obok którego nie należy przechodzić obojętnie.

Co zatem czeka czytelnika, który sięgnie po Nikt nie widział, nikt nie słyszał…? Przede wszystkim pozna trzy zgoła różne pod względem osobowości młode kobiety: Lenę Gerson, Agnieszkę (Agnes) Kopecką i Monikę Litwin. Każda z nich jest inna, lecz jest coś, co je łączy, choć jeszcze o tym nie wiedzą.

Lena Gerson

Wychowała się w Gdyni i to właśnie z tym miastem łączą ją traumatyczne wspomnienia. Kiedy była dzieckiem w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła jej młodsza siostra – Sara. Ślad dziewczynki urwał się gdzieś w okolicach lotniska. Choć minęło już prawie dwadzieścia lat, Sary nie udało się odnaleźć ani żywej, ani martwej. Od tamtego dramatycznego dnia zarówno Lena, jak i jej ojciec nie potrafią normalnie żyć, pomimo że próbują. Michał Gerson to muzyk rockowy i to właśnie w muzyce stara się odnaleźć ukojenie. Z kolei Lena pozuje – głównie do aktów – studentom ASP, choć okazjonalnie bierze też innego rodzaju zlecenia. W końcu z czegoś trzeba żyć. Pomimo natłoku zajęć, wciąż myśli o swojej małej siostrzyczce. Czy kiedykolwiek ją odnajdzie? A może nie ma już nadziei na powrót Sary? Co robi policja w tej sprawie? Czy jeszcze ktokolwiek pamięta o małej Sarze Gerson?

Agnieszka (Agnes) Kopecka

Jako mała dziewczynka wraz z matką przyjechała do Francji. To tutaj chodziła do szkoły, poznawała nowych ludzi, zakochiwała się i odkochiwała. Dziewczyna ma już dwadzieścia pięć lat i stoi u progu muzycznej kariery. Jej najnowszy singiel bije rekordy popularności. Dla niej samej jest to ogromne zaskoczenie, ale taka jest prawda. Wygląda na to, że w muzycznym show businessie czeka ją świetlana przyszłość. Młoda kobieta naprawdę ma talent. Z matką nie układa jej się najlepiej, ale mimo tego Agnieszce na niej zależy. Próbuje poradzić sobie nawet z tym, że zaraz po przyjeździe do Francji została przez nią oddana na wychowanie obcej kobiecie. Co takiego stanie się, że dziewczyna zapragnie poznać swoją tożsamość? Jakie fakty sprawią, że Agnieszka dojdzie do wniosku, iż coś z jej pochodzeniem jest nie w porządku?

Monika Litwin

Pewnego dnia zostaje odnaleziona w rezerwacie przyrody w Łebie. W pierwszej chwili strażnik, który akurat robi obchód, uznaje, że dziewczyna jest pod wpływem alkoholu. Monika zachowuje się dość dziwnie, więc takie przekonanie u strażnika jest jak najbardziej uzasadnione. W pewnej chwili mężczyzna zauważa jednak, że młoda kobieta coraz bardziej zbliża się do morza. Dlaczego? Czyżby chciała popełnić samobójstwo? Ale z jakiego powodu? Czy ktoś ją skrzywdził? Może właśnie doznała miłosnego zawodu i nie widzi innego rozwiązania, jak tylko bezpowrotnie zniknąć w morskich falach?

Nikt nie widział, nikt nie słyszał… wybrałam świadomie. Tak jak poprzednią powieść Małgorzaty Wardy pod tytułem Ominąć Paryż przeczytałam przez zupełny przypadek, tak tym razem doskonale wiedziałam, jakiej książki potrzebuję. Oczywiście mogłam sięgnąć po Jak oddech, która jest nowością i dotyczy tego samego tematu. Dlaczego zatem padło na powieść starszą pod względem wydania? Ponieważ jestem na świeżo po recenzjach Jak oddech i w swoim odbiorze tej powieści nie chciałam sugerować się opiniami innych czytelników i recenzentów. Niemniej książkę przeczytam i to już niebawem, jako że jestem w jej posiadaniu. 

Akcja niniejszej książki prowadzona jest trójtorowo i jak gdyby w oderwaniu od całości. Czytelnik poznaje trzy różne historie, które dopiero na końcu znajdują swój finał. W związku z tym jesteśmy przez Autorkę zmuszeni do ciągłego zastanawiania się nad powodem takiej, a nie innej konstrukcji powieści, lecz rozwiązanie i tak odnajdziemy dopiero w zakończeniu. Fakt ten sprawia, że książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem i nie można się od niej oderwać dopóki wraz z głównymi bohaterkami nie odkryjemy prawdy.

W miarę zagłębiania się w lekturę widzimy jak zmienia się osobowość każdej z dziewczyn. Zdajemy sobie wówczas sprawę, jak ważna jest przeszłość. Wszystko to, co przeżyliśmy w dzieciństwie rzutuje na nasze dorosłe życie. Sprawy, które nie zostały do końca wyjaśnione, będą nas prześladować, choćbyśmy bardzo chcieli od nich uciec. Tego nigdy nie będzie można zrobić. Nawet gdybyśmy wmawiali sobie, że wszystko jest w porządku, to i tak gdzieś w podświadomości będziemy stale zastanawiać się nad tym, co było. Od niewyjaśnionej przeszłości nigdy nie zdołamy się odgrodzić. Jeśli ktoś mówi, że to, co było należy oddzielić od tego, co jest i po prostu zapomnieć, to bardzo się myli. Ludzie mogą sobie wmawiać, że jest dobrze i są szczęśliwi, ale tak naprawdę nigdy nie zaznają spokoju, dopóki nie rozliczą się ze swoją przeszłością. A to wszystko podszyte będzie ogromnym strachem, z którym trzeba zmagać się na co dzień.

Nasze bohaterki bardzo często wracają do lat dzieciństwa. Praktycznie nie ma dnia, aby Lena Gerson nie wspominała swojego w miarę szczęśliwego dzieciństwa, kiedy była w nim obecna mała Sara. Jej zniknięcie poważnie odbiło się na dorosłym życiu Leny. Być może to właśnie dlatego dziewczyna wciąż nie może znaleźć swojego miejsca na świecie. Czuje, że czegoś jej brakuje. Nie wiemy, czy gdyby Sara nadal z nią była, jej obecne życie wyglądałoby inaczej. Nie wiemy, czy Lena byłaby w stanie uniknąć błędów, które przez te wszystkie lata popełniała. Możemy jedynie przypuszczać, że tak właśnie by się stało.

A w jaki sposób żyłaby Agnieszka Kopecka, gdyby nie jej dramatyczne odkrycie dotyczące przeszłości? Możliwe, że nigdy nie zostałaby znaną piosenkarką. Nigdy nie poznałaby ludzi, którzy przez te wszystkie lata stanęli na jej drodze i którym zawdzięczała swój sukces. Ale czy to wszystko dało jej szczęście? Może jednak wolałaby tamto życie we Francji zamienić na inne, pełne miłości i troski ze strony bliskich?

Chciałabym też zwrócić uwagę na doskonałą konstrukcję powieści pod względem psychologicznym i medycznym. Czytelnicy, którzy gustują w tego typu książkach na pewno nie będą zawiedzeni, natomiast laicy w tych dziedzinach nauki otrzymają sporą dawkę wiedzy dotyczącej ludzkich zachowań w pewnego rodzaju sytuacjach oraz poznają tajniki medycyny sądowej.  

Po publikacji tej powieści Małgorzata Warda została przez dziennikarzy nazwana „fachowcem od zaginięć”. Kiedy w trakcie wywiadu przeprowadzonego w ramach cyklu Literat Miesiąca zapytałam Autorkę, jak ten fakt skomentuje, jednocześnie wspominając o dwóch innych powieściach, otrzymałam taką oto odpowiedź:

Zawsze interesował mnie problem zaginięć, nie potrafię przejść obojętnie obok plakatów z twarzami zaginionych ludzi i wydaje mi się bardzo prawdziwe powiedzenie, że lepsze są złe wiadomości, niż ich brak. Dlatego tak bardzo przeraża mnie myśl o tym, że ktoś może zniknąć bez śladu. Że można nie wiedzieć, gdzie on się znajduje, czy cierpi, czy było to zamierzone działanie i czy w ogóle żyje. Wiem, że strach najlepiej jest oswoić. Stąd powieści, które wymieniłaś (przyp. Środek lata i Ominąć Paryż). Obecnie po raz kolejny sięgnęłam po tematykę zaginięć, ale w zupełnie nowy sposób i mam nadzieję, że już w przyszłym roku będzie można zobaczyć efekty mojej pracy (o powieści Jak oddech).*

Myślę, że jakiekolwiek słowa są już zbędne i nie muszę już niczego więcej dodawać.  Jeśli chcecie przekonać się, czy Autorka naprawdę zasługuje na miano „fachowca od zaginięć”, nie pozostaje Wam nic innego, jak tylko sięgnąć po Nikt nie widział, nikt nie słyszał…



Recenzja została napisana przy współpracy z Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych ITAKA



 


* Fragment wywiadu w ramach cyklu Literat Miesiąca, gdzie Małgorzata Warda została Literatem Września 2012. Cały wywiad można przeczytać tutaj



sobota, 1 września 2012

Zawsze interesował mnie problem zaginięć...




LITERAT WRZEŚNIA 2012



ROZMOWA Z MAŁGORZATĄ WARDĄ

Pisarka, malarka, rzeźbiarka. Jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych oraz laureatką kilku konkursów literackich. Jej prozatorskim debiutem była książka „Dłonie” wydana w roku 2005. Również w 2005 roku, wspólnie z malarzem Marcinem Kędzierskim, założyła Grupę Miejską, która zajmuje się komentowaniem miasta. Napisała także kilka tekstów dla zespołu „Farba”.


Agnes Anne Rose: Małgosiu, witam Cię bardzo serdecznie na swoim blogu i dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia do wywiadu i tym samym zostania Literatem Września 2012. W tym roku ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele”, traktująca o kwestiach niezwykle trudnych i bolesnych, ponieważ dotyczących krzywdzenia ludzi młodych. Zastanawia mnie, czym kierowałaś się, opisując tę historię. Czy chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę społeczeństwa na dramat tych, którzy nie potrafią się samodzielnie obronić?

Małgorzata Warda: Witaj, Agnieszko, przede wszystkim dziękuję za zaproszenie i zainteresowanie moją osobą. Faktycznie, „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” jest książką, o której mam nadzieję, że nie uda się Czytelnikom zbyt łatwo zapomnieć. Przyznam, że to jedna z trudniejszych dla mnie powieści. Gwałt i przemoc to niezwykle delikatne tematy, gdzie łatwo o banał, moralizatorstwo albo epatowanie cierpieniem. Nie chciałam tego, pragnęłam postawić przed Czytelnikiem pytania i zmusić go, by rozejrzał się wokół i dostrzegł te osoby ze swojego otoczenia, które być może są takimi moimi książkowymi Aaronami i Aniami. Jestem bardzo szczęśliwa, kiedy dostaję wiadomość, że to mi się udało. Pytasz, co zainspirowało mnie do napisania tej powieści. Myślę, że chłopiec, którego miałam w swojej grupie, gdy wiele lat temu byłam opiekunką kolonijną. Ale także moja wcześniejsza powieść „Nikt nie widział, nikt nie słyszał”. Tam po raz pierwszy poruszyłam bolesny temat przemocy i czułam się tak, jakbym uchyliła odrobinę drzwi i ani ich nie zamknęła, ani nie zajrzała do wnętrza, które odsłoniły.

AAR: Koszmar przemocy domowej i molestowania seksualnego, a nawet pozbawianie życia przez najbliższych to problemy, o których bardzo często słyszy się w mediach w ostatnim czasie. Teoretycznie powinno być tak, że im więcej o czymś mówimy, tym problem powinien stopniowo zanikać. Jednak, obserwując rzeczywistość mam wrażenie, że dzieje się odwrotnie. W związku z tym, czy jest w ogóle sens skupiać się na tak dramatycznych życiowych problemach, skoro ci, do których powinno dotrzeć przesłanie, zupełnie nie zwracają na nie uwagi, koncentrując się jedynie na własnych dylematach? Może lepiej zacząć pisać o sprawach przyjemnych, które nie wymagają od odbiorcy zbyt wiele?

MW: Aj, teraz to wyraziłaś sąd większości wydawców, którzy wolą wrzucić na rynek książkę lekką i przyjemną niż trudniejszy temat (śmiech). Nawet nie wiesz, jakie problemy miałam z tym, by „Dziewczynka…” poszła do druku! Trudno w to uwierzyć, szczególnie, gdy ma się na swoim koncie sześć pozycji, ale niestety w Polsce wszystko jest możliwe, nawet stwierdzenie, że powieść jest bardzo dobra, ale się nie sprzeda. Książki lekkie lepiej się sprzedają i łatwiej się je pisze. Ciekawi mnie to. Przyznam, że kiedy borykałam się ze znalezieniem wydawcy, przychodziły mi do głowy różne myśli, w tym też bliska byłam napisania romansu fantasy i nie wykluczam takiego rozwiązania na przyszłość. Każdy z nas ma przecież w życiu czas, gdy chce po ciężkim dniu zagłębić się w fotelu i poczytać coś, co go rozbawi i nie zajmie wiele miejsca w jego głowie. Innego jednak dnia i taką, na Boga, mam nadzieję ktoś jednak ma ochotę przeczytać o czymś, co głębiej poruszy. Na razie jednak, bez względu na to, czym nasyca się rynek książkowy, chciałabym pozostać przy literaturze z przesłaniem.

AAR: Decydując się na pisanie o dramatach ludzi młodych, na pewno liczysz się z tym, że będziesz musiała zwrócić szczególną uwagę na ich psychikę, która jest szczególnie delikatna i diametralnie różni się od stanu umysłu dorosłego człowieka mającego za sobą już pewne życiowe doświadczenia. Jak sobie z tym radzisz?

MW: Udaję, że znowu mam siedemnaście lat, co jest niesamowicie przyjemne! Jednak tak na poważnie, nie mam z tym kłopotów. Pisząc „Dziewczynkę…” albo kreując Agnieszkę w „Nikt nie widział nikt nie słyszał” kierowałam się swoją intuicją. Mam dar łatwego wejścia w skórę osoby, która doznaje czegoś, czego ja nigdy nie przeżyłam, a młodzi ludzie i ich problemy są mi jakoś wyjątkowo bliscy. Oczywiście pisząc o młodym bohaterze takim jak Aaron w mojej ostatniej powieści, słuchałam młodzieżowej muzyki, oglądałam kultowe dla młodzieży filmy i można było mnie spotkać na boisku, gdzie z koszulką z zespołem Muse grałam w kosza (śmiech). Było to jednak głównie niesamowicie przyjemne i nie odczuwałam tego w ogóle jako problemu. Czasem, jeśli sobie z czymś nie radzę, życie ułatwia mi moja dyżurna pani psycholog, Ilona Powierz-Marciniak. Jednak ją wolę wykorzystać do tworzenia portretów psychologicznych, ale pod kątem traumy przeżytej przez moich bohaterów albo zrozumienia zależności między nimi, ponieważ na takim polu łatwo o błąd.

AAR: Podczas promocji książki „Nikt nie widział, nikt nie słyszał” dziennikarze określili Cię fachowcem od zaginięć. Nagłe tajemnicze zniknięcia młodych ludzi to wątek główny zarówno wspomnianej powyżej powieści, jak i historii opisanej w „Środku lata”. O problemie tym wspominasz także w „Ominąć Paryż”. Interesuje mnie, skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł na fabułę tak ciężką pod względem emocjonalnym?

MW: Zawsze interesował mnie problem zaginięć, nie potrafię przejść obojętnie obok plakatów z twarzami zaginionych ludzi i wydaje mi się bardzo prawdziwe powiedzenie, że lepsze są złe wiadomości, niż ich brak. Dlatego tak bardzo przeraża mnie myśl o tym, że ktoś może zniknąć bez śladu. Że można nie wiedzieć, gdzie on się znajduje, czy cierpi, czy było to zamierzone działanie i czy w ogóle żyje. Wiem, że strach najlepiej jest oswoić. Stąd powieści, które wymieniłaś. Obecnie po raz kolejny sięgnęłam po tematykę zaginięć, ale w zupełnie nowy sposób i mam nadzieję, że już w przyszłym roku będzie można zobaczyć efekty mojej pracy.

AAR: W powieści pod tytułem „Środek lata” poruszyłaś problem kazirodztwa. Nie obawiałaś się, że kiedy książka zostanie już wydana niektórzy czytelnicy będą wręcz oburzeni jej tematyką, a ich antypatia skupi się właśnie na Tobie i zostaniesz okrzyknięta jako autorka pisząca o rzeczach brudnych i złych?  Bo przecież w naszym społeczeństwie bardzo często jest tak, że odwracamy wzrok od spraw, które wydają nam się niewygodne albo zwyczajnie wstydzimy się o nich mówić, choć wiadomo, że istnieją.

MW: To, że zostanę okrzyknięta taką autorką staje się realne z powieści na powieść, ponieważ o ile w „Ominąć Paryż” czy w „Dłoniach” pojawiają się zaczątki moich zainteresowań problematyką tabu, o tyle od powieści „Środek lata” przestałam się z tym ukrywać! Mój profesor rzeźby na ASP, Jan Kucz, powiedział kiedyś, że bardzo łatwo jest krzyczeć na temat rzeczy trudnych, ale ciężko mówić o nich szeptem. I, że łatwo kopnąć w świętość, a trudno jej dotknąć. Właśnie taką szeptaną literaturę staram się stworzyć. Nie chcę bulwersować i nie staram się wyciągać na siłę tematów, którymi mogłabym kogoś obrazić. Gdybym postawiła przed sobą takie założenie, pewnie poruszyłabym problem mniejszości seksualnych, in vitro albo napisałabym coś na temat Kościoła. Na dzień dzisiejszy wydaje mi się jednak to niemożliwe. Nie chcę w ten sposób obalać żadnej świętości, interesują mnie zwyczajni ludzie postawieni przed ekstremalnymi sytuacjami. Piszę więc o tym, co mnie interesuje i o czym sama miałabym ochotę poczytać. „Środek lata” zresztą nie powstał przypadkowo. Znałam chłopaka, który miał śliczną, przemiłą dziewczynę, a ona no cóż, okazała się jego siostrą. To właśnie z ciekawości nimi zrodziła się ta powieść i przyznam, że targały mną wielkie emocje, kiedy ją pisałam, a sam temat ciągle jeszcze mnie intryguje.

AAR: W 2005 roku zadebiutowałaś powieścią pod tytułem „Dłonie”. Jednak tak naprawdę już rok wcześniej Czytelnicy mieli możliwość przeczytać „Bajkę o Laleczce” wydaną w zbiorze zatytułowanym „Wesołe historie”. Większość autorów przyznaje, że swoje pierwsze kroki w pisarstwie zaczynało stawiać jeszcze w latach dzieciństwa. Jak było w Twoim przypadku? Czy był obok Ciebie ktoś, kto szczególnie wpłynął na Twoją decyzję dotyczącą kariery literackiej?

MW: Mam wiele szczęścia w życiu i ktoś tam na górze na pewno nade mną czuwa, ponieważ nie mając przy sobie osób, które umiałyby mną pokierować i nie znając wcześniej świata wydawców, stałam się pisarką. Wcześniej pisałam dla siebie, dla przyjaciół, rodziny i do szuflady, aż przyszedł moment, gdy postawiłam kropkę po ostatnim zdaniu w „Dłoniach” i zapragnęłam, by inni ludzie poznali historię książkowej Julii. To był pierwszy raz, gdy wysłałam plik z powieścią do wydawcy. Oczywiście byłam pewna, że u tych największych nie ma sensu nawet próbować, więc dałam ją początkującemu wydawnictwu. Tak wszystko się zaczęło. A potem było już tylko lepiej. Rodzice, Siostra, Mąż i Przyjaciółki wspierali mnie we wszystkich decyzjach i do dzisiaj czytają wszystko, co wyjdzie spod mojej ręki. Biedna Dorotka, z którą pracuję, całe dnie wysłuchuje tysiąca moich pomysłów i szuka rozwiązań dla moich książek! Obecnie męczę ją kwestiami zjawisk paranormalnych, ponieważ to o nich teraz piszę.




AAR: Można by przyjąć, że tak naprawdę zaczynałaś jako bajkopisarka. W związku z tym, czy nigdy nie myślałaś, aby dalej pójść tą drogą i pisać dla dzieci?

MW: „Bajka o Laleczce” jak na razie to mój pierwszy i jedyny krok w stronę dziecięcego świata. Mój mąż zawsze, gdy mówię, że teraz napiszę coś dla dzieci albo dla młodzieży odpowiada: No tak, tym razem masakra rozegra się w szkole albo w przedszkolu. Bajka powstała dawno temu, całkiem przypadkowo i kiedy wysłałam ją na konkurs Radia Wrocław, gdy jakiś czas później kurier przyniósł mi karton z nagrodami byłam zaskoczona. Po paru latach przypomniałam sobie o niej i wysłałam ją do Wilgi. Udało się. Obecnie mam prawie pięcioletnią córeczkę i ona uwielbia wieczory, gdy kładziemy się obok siebie i wspólnie tworzymy bajki. Może kiedyś je spiszę, albo może napiszę jakąś książkę z myślą o niej i spróbuję ją wydać. Nie wiem tego. Na dzień dzisiejszy mam trochę planów dotyczących powieści i dziennikarstwa, więc nie mówię nie.

AAR: Małgosiu, jesteś osobą niezwykle uzdolnioną pod względem artystycznym. Przypuszczam, że tkwią w Tobie także inne ukryte przed światem umiejętności. Rzeźbisz, malujesz, piszesz. W związku z tym, powiedz mi, na ile rzeźba i malarstwo pomaga Ci w pisaniu? Czy te trzy umiejętności harmonizują się u Ciebie w jakiś sposób, czy może każda z nich funkcjonuje oddzielnie?

MW: Dziękuję, Agnieszko za miłe słowa, ale nie przeceniałabym swoich zdolności. Lubię malować i kocham rzeźbić, ale obecnie w tej materii skupiam się raczej na zleceniach dla klientów. Wydaje mi się, że piszę trochę tak, jakbym malowała, a w malarstwie czasem wykorzystuję bohaterki moich książek. Ale to tylko takie smaczki. Jeślibym miała mówić, że sztuki artystyczne jakkolwiek wpłynęły na moją pisarską twórczość, to chyba najbardziej poprzez fabułę. W „Dłoniach”, w „Nie ma powodu, by płakać” i „Czarodziejce” wyrzucałam z siebie historie artystów i ich problemy i starałam się udokumentować ten barwny i magiczny świat. Obecnie od tego odchodzę, ale pisząc, mam przed oczami obrazy, tyle, że coraz częściej zmierzają w kierunku tych filmowych, a nie takich, które tworzy się na płótnie.

AAR: Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy Twoim wykształceniu. Zauważyłam, że większość Twoich bohaterów to także osoby ściśle związane ze środowiskiem artystycznym. Czy mam rozumieć, że wolisz pisać o czymś, co znasz z autopsji, ponieważ wtedy historia, którą opisujesz jest bardziej wiarygodna?

MW: Na pewno tak właśnie jest, jak mówisz, ale obecnie sprawia mi przyjemność, kiedy wcielam się w kogoś pracującego w zawodzie, o którym nic prawie nie wiem. Wówczas muszę zgłębić tę profesję, nauczyć się jej i porozmawiać z kimś, kto ją uprawia to bardzo przyjemny element pisarstwa, kiedy podchodzę do niego jak do doktoratu. Być może też wyczerpałam już swoją potrzebę tworzenia bohaterów artystów. Był jednak czas, że chciałam pisać o nich, ponieważ wydawało mi się, że w tym temacie mogę bardzo wiele powiedzieć.

AAR: Małgosiu, jesteś także autorką kilku tekstów do piosenek zespołu Farba. Czy z uwagi na fakt, że posiadasz niezwykle artystyczną duszę, myślałaś kiedykolwiek, aby spróbować swoich sił także w śpiewaniu?

MW: Oj, Agnieszko, wyrzuć ten pomysł z pamięci! Artystyczna dusza nie oznacza dobrego słuchu ani ciekawego głosu. Uwierz mi, że nie chciałabyś słuchać mojego wykonania, już nawet moja córeczka zapytała, gdy śpiewałam jej kołysankę: mamusiu, czy musisz śpiewać całą? Ale chętnie podjęłabym się napisania tekstów dla innych zespołów, ponieważ jest to ciekawe i bardzo przyjemne doświadczenie. Takie myślenie skrótami.

AAR: Jesteś również współzałożycielką artystycznej Grupy Miejskiej. Jaki konkretnie jest cel tego przedsięwzięcia?

MW: Marcin Kędzierski, założyciel Grupy, kocha miasto i w jego obrębie widzi wiele historii, które warto opowiedzieć. Zauważa sens w prostych zjawiskach, takich jak jadący autobus, ludzie czekający na przystanku, czy człowiek sprzedający na chodniku jajka. Maluje bardzo dobre obrazy i do niektórych napisałam teksty, które w pewien sposób je dopełniały. Pytasz o sens tego działania. To rodzaj performance'u, który ma zwrócić uwagę na miejskie obrzędy i jednocześnie przybliżyć ludziom sztukę.

AAR: Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jak wyglądałoby Twoje życie zawodowe bez pisania? Czy byłabyś w stanie odrzucić tworzenie literatury i zająć się czymś zupełnie innym?

MW: Przyznam, że kiedy miałam problemy z wydaniem „Dziewczynki…”, którą uważam za najlepszą swoją powieść, w rozpaczy wzięłam pod uwagę możliwość, żeby przestać pisać. Tłumaczyłam sobie to tym, że nie ma sensu pisać książek, skoro zrobienie tego jak najlepiej nie przynosi efektów, a przecież nie chciałabym pisać na siłę rzeczy lekkich tylko dlatego, że z wydaniem ich nie miałabym problemów. Ale to zwątpienie to był tylko moment, ponieważ żeby zagłuszyć ten problem, zaczęłam znowu pisać. Nie potrafię przestać. Nie umiem wyobrazić sobie, że kiedyś może to nastąpić, że z jakichś względów będę musiała porzucić te wszystkie światy i bohaterów, którzy żyją w mojej głowie. Myślę, że byłaby to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogłyby mi się przydarzyć. Dlatego odpowiedź na Twoje pytanie brzmi: nie, nie mogłabym zamienić tego na inne zajęcie. Na żadne, nawet najlepiej płatne. Dla mnie pisanie jest jak oddychanie.

AAR: Małgosiu, na koniec zapytam Cię o Twoje najbliższe plany wydawnicze. Wiem, że praca nad kolejną powieścią trwa, a może nawet zbliża się już do końca. Czym tym razem zamierzasz zaskoczyć swoich Czytelników?

MW: Praca jeszcze jest w powijakach, ale powoli zaczynam już ją widzieć jako całość. Faktycznie, oddam ją na jesieni panu redaktorowi, Konradowi Nowackiemu, i zobaczymy, czy mu się spodoba. Myślę, że dla Czytelników ta książka będzie takim zaskoczeniem jak okazała się być dla mnie. „Jak oddech”, bo tak brzmi jej roboczy tytuł, to historia miłości dwojga ludzi, którzy znali się od dzieciństwa do dorosłości. Kiedy chłopak znika, dziewczyna zaczyna go szukać, ale w tych poszukiwaniach zachodzi o wiele dalej niż do rozwikłania Tajemnicy. Otwiera się dla niej świat, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie czas można dowolnie naginać, a miłość nigdy nie ma końca. Ciekawa jestem reakcji Czytelników na tę książkę, szczególnie też dlatego, że nigdy wcześniej nie skupiałam się całkowicie na relacji on-ona, a w tej powieści to główny wątek.  Przede wszystkim jednak jestem ciekawa tego, jak ją zakończę!

AAR: Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów wydawniczych oraz coraz większej liczby wiernych Czytelników.

MW: Dziękuję również!



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose