poniedziałek, 14 grudnia 2015

Santa Montefiore – „Włoskie zaręczyny”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: The Italian Matchmaker
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska





Czasami zdarza się, że człowiek budzi się pewnego dnia i stwierdza, że jego dotychczasowe życie nie miało sensu. Nieważne, że jest praca, która daje nie tylko duże pieniądze, ale też satysfakcję. Nie jest ważne, że wokół są ludzie, którzy mogą pośpieszyć z pomocą, kiedy zajdzie taka potrzeba. Nie jest też istotne to, że jest rodzina, do której można zwrócić się o każdej porze dnia i nocy. Generalnie osobom postronnym w takiej sytuacji może wydawać się, że ktoś, kto jest niezadowolony ze swojego dotychczasowego życia, zwyczajnie kaprysi i nie potrafi docenić tego, co ma. Ktoś powie, że wielu ludzi zamieniłoby się z nim miejscami. Przecież na świecie żyje sporo osób, które każdego dnia muszą zastanawiać się, czy będą w stanie dać dzieciom jeść albo dotrwać do kolejnej wypłaty, o ile w ogóle są gdzieś zatrudnieni. Jak zatem ktoś, kto ma dosłownie wszystko i może bez zahamowań zaspokajać swoje potrzeby, ma odwagę grymasić i mówić, że jego życie jest bez sensu i pozbawione radości? Niektórzy mówią nawet, że ktoś taki zwyczajnie obraża Boga.

Spójrzmy jednak na sprawę z innej strony. Jest takie powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Są sytuacje, w których te słowa znajdują swoje potwierdzenie. Nie zawsze bowiem świetna praca i wspinanie się na coraz wyższe szczeble kariery zawodowej są tym, czego człowiek potrzebuje od życia. Niejednokrotnie jest tak, że mając w życiu wszystko, czujemy się nieszczęśliwi, ponieważ gdzieś na dnie duszy czai się pustka i brak tego, co najważniejsze. Dobra materialne wielokrotnie nie są w stanie zapewnić człowiekowi szczęścia. Oczywiście są potrzebne do godnego życia, ale na dłuższą metę nie stanowią jego sensu. Kolejny wypasiony samochód, piękny dom, czy bezustanne podróżowanie po świecie kiedyś w końcu sprawią, że człowiek będzie tym znudzony i zacznie pragnąć czegoś zupełnie innego. Będzie to coś, na co przez te wszystkie lata nie zwracał uwagi, ponieważ jego umysł zaprzątały sprawy dnia codziennego i zarabianie coraz większych pieniędzy. Natomiast to, co naprawdę ważne, było spychane gdzieś na samo dno podświadomości.

Poznajmy zatem czterdziestojednoletniego Lucę Chancellora, który jeszcze do niedawna pracował w banku w londyńskim City. Przez prawie dwadzieścia lat dorobił się naprawdę pokaźnego majątku. W międzyczasie zdążył się ożenić, spłodzić dwie córki, a potem wziąć rozwód. Jego była żona Claire to kobieta niezwykle rozkapryszona, którą od dłuższego czasu interesują jedynie duże pieniądze. Najlepiej takie, które pozwolą jej spełniać nawet najdroższe marzenia. W pewnym stopniu Claire stała się materialistką z powodu Luki, który po prostu ją zepsuł, spełniając każde życzenie żony, nawet to najdroższe. Oczywiście nie widział w tym problemu, ponieważ było go na to stać. Kiedy zdał sobie sprawę ze swojego błędu, było już za późno. Zaczął bowiem dusić się w małżeństwie i jedynym wyjściem z tej sytuacji okazał się rozwód. Od dnia jego orzeczenia relacje pomiędzy byłymi małżonkami nie należą do chociażby tylko poprawnych. Obydwoje kłócą się ze sobą na każdym kroku, nie bacząc nawet na dobro swoich córek.


Widok na Amalfi
fot. Kim Traynor


Pewnego dnia Luca stwierdza, że jego życie nie jest udane. Czuje w nim pustkę. Czegoś mu mocno brakuje, tylko sam jeszcze nie wie co to jest, więc stara się to odnaleźć. Luca ma nawet ochotę wrócić w ramiona swojej dawnej miłości, która dziś jest już mężatką i matką kilkorga dzieci. Kobieta również czuje, że mogłaby powrócić do romansu ze swoim dawnym kochankiem, pomimo że ma męża. Poza tym w otoczeniu obydwojga żyją ludzie, którzy chętnie widzieliby ich jako parę. Czy faktycznie tak się stanie? Czy Lucę czeka powrót do przeszłości? Czy romans z niegdysiejszą dziewczyną jest tym, czego mężczyzna potrzebuje w życiu?

Na chwilę obecną Luca Chancellor pragnie zaznać spokoju. Rzuca więc dobrze płatną pracę w banku i pod namową znajomych jedzie do Włoch, gdzie mieszkają jego rodzice. Kilka lat temu Romina i Bill weszli w posiadanie ruin pałacu Montelimone. Ponieważ znali się na rzeczy, sami go odremontowali i urządzili z ogromnym przepychem. Teraz zapraszają tam swoich znajomych, którzy czują się w nim niczym we własnym domu. Z tym miejscem łączy się pewna tragiczna historia. Otóż mieszkańcy Incantellarii (włoska miejscowość leżąca u Wybrzeża Amalfi) opowiadają, że ponad pięćdziesiąt lat temu w pałacu popełniono brutalne morderstwo, które teraz owiane jest tajemnicą. Życia został wówczas pozbawiony ówczesny właściciel pałacu. Co tak naprawdę się stało? Dlaczego hrabia musiał zginąć? Kto go zamordował? Czy sprawcę odnaleziono i ukarano?

Skoro było morderstwo, to nie dziwi też fakt, że ludzie po wielu latach dopisują sobie swoją własną teorię odnośnie tamtych wydarzeń. Otóż niektórzy twierdzą, że hrabia nadal przebywa w pałacu albo w jego otoczeniu, lecz tym razem jako duch. Jeszcze zanim rodzice Luki kupili posiadłość, ktoś nawet widział zapalone światło w ruinach pałacu. No cóż, może faktycznie duch hrabiego nie potrafi zaznać spokoju i błąka się potępiony po świecie w poszukiwaniu swojego mordercy? Któż to może wiedzieć na pewno. Z drugiej strony jednak ludzie od zawsze skłonni byli dopisywać rozmaite fakty do różnych historii, więc można też przypuszczać, że to wszystko jest tylko wytworem wyobraźni mieszkańców miasteczka.

Wróćmy jednak do Luki. Praktycznie już w pierwszym dniu swojego pobytu w Incantellarii mężczyzna dostrzega pewnego małego chłopca, który jest dość osobliwy. Niby bawi się z innymi dziećmi, ale one zachowują się tak, jakby zupełnie go nie dostrzegały. Chłopiec ten podąża również krok w krok za młodą kobietą, która wciąż przywdziewa czerń. Dlaczego? Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że stale chodzi w żałobie? A może to nie jest żałoba, a jedynie upodobanie do czarnego koloru? Czy Luca pozna prawdę? Czy dowie się, czym tak naprawdę spowodowana jest depresja młodej mieszkanki Incantellarii? I wreszcie: kim jest tajemnicza kobieta w czerni?

Włoskie zaręczyny to kolejna książka w dorobku literackim Santy Montefiore, która przenosi czytelnika do malowniczych Włoch. Powieść jest poniekąd kontynuacją Ostatniej podróży „Valentiny”. Tym razem Autorka nakreśla wydarzenia, które mają miejsce po upływie trzydziestu lat od historii opisanej w Ostatniej podróży „Valentiny”. Tak więc oprócz nowych bohaterów, pojawiają się też niektóre postacie znane czytelnikowi z poprzedniej części. Znów odwiedzamy rodzinę Fiorellich, która nie wyzbyła się swojej rodzinnej tradycji i nadal prowadzi w miasteczku doskonale prosperującą kawiarnię. Dziś Alba Arbuckle jest już prawie sześćdziesięcioletnią kobietą posiadającą ukochanego męża, córkę, zięcia i wnuki. Pomimo osiągniętego szczęścia kobieta nadal pamięta dramat, jaki wiele lat temu naznaczył jej rodzinę. W jej otoczeniu znajdują się też tacy, których fascynuje tamta historia, więc robią wszystko, aby na powrót ją odkryć i pokazać światu. W dodatku istnieje szansa, że w życie Alby znów wkroczy mężczyzna, z którym trzydzieści lat wcześniej odkrywała tajemnicę śmierci swojej matki – pięknej Valentiny Fiorelli. Czy dawne uczucie odżyje i Alba porzuci swoje uporządkowane życie?


Panorama Amalfi
fot. Jensens


Santa Montefiore znana jest z tego, że tworzy piękne powieści obyczajowe. Czasami można odnieść wrażenie, że są to bajkowe historie, choć nie pozbawione ludzkich dramatów. Książkom Autorki dodatkowo uroku dodają malownicze krajobrazy, na tle których zazwyczaj rozgrywa się akcja poszczególnych powieści. Nie jest inaczej i tym razem. Choć Incantellarię znamy już z Ostatniej podróży „Valentiny”, to jednak miejscowość ta zachwyca ponownie. Tym razem jest nieco inna niż trzydzieści lat temu. Trochę się tutaj zmieniło, lecz mimo to miasteczko nie zatraciło swojej specyficznej atmosfery. Na kartach powieści poznajemy także współczesne pokolenie mieszkańców Incantellarii, które patrzy na wiele spraw w zupełnie inny sposób, aniżeli robili to ich rodzice i dziadkowie. Poza tym, jak to często bywa w małych społecznościach, ludzie wierzą też w cuda, które rzekomo zsyła im sam Bóg. 

Włoskie zaręczyny to w głównej mierze historia o miłości pod jej różnymi postaciami, jak również o poszukiwaniu siebie i swojego miejsca w życiu. To także opowieść o tym, jak bardzo przeszłość może wpływać na teraźniejszość i zakłócać nasze codzienne życie. Autorka sama przyznaje, że napisała Włoskie zaręczyny, ponieważ głęboko wierzy, że ludzkie przebywanie na tym świecie nie kończy się z chwilą śmierci, lecz trwa nadal tylko w innej formie i wymiarze. W związku z tym książka posiada cechy powieści paranormalnej. Niektórzy bohaterowie doświadczają opieki zmarłych, z którymi łączyła ich naprawdę silna więź emocjonalna. Myślę, że Santa Montefiore chciała uzmysłowić czytelnikowi jedną rzecz. Otóż dopóki nie przestaniemy rozpaczać za tymi, którzy odeszli, oni gdzieś tam w innym świecie nie są w stanie zaznać spokoju. Tak przynajmniej wynika z fabuły powieści i tak odebrałam jej przesłanie. Niemniej odejście tych, których kochaliśmy wcale nie musi oznaczać, że straciliśmy ich na zawsze. Oni nadal są obok nas, tylko nie jesteśmy w stanie ich dostrzec gołym okiem.

Moim zdaniem Włoskie zaręczyny to coś znacznie więcej niż zwykły romans, o czym sugeruje tytuł. Z drugiej strony jednak nawet ten romans nie jest bynajmniej tandetny, lecz wzbija się ponad wyżyny ludzkich uczuć. Widać dokładnie, ile tak naprawdę jesteśmy w stanie poświęcić dla osoby, którą kochamy. Jesteśmy w stanie zrobić dla niej naprawdę wiele, aby wyrwać ją ze stanu swego rodzaju życiowego marazmu. Santa Montefiore pokazuje też, ile warta jest miłość matki do dziecka. Na tej płaszczyźnie czytelnik dostrzega dwie odmienne sytuacje. Jedną z nich jest miłość matki do zmarłego dziecka, zaś drugą do dziecka dorosłego, które ma już swoją rodzinę.

Powieść dla kobiet nie byłaby kompletna, gdyby gdzieś po drodze nie pojawiły się relacje typowo kobiece, wśród których dostrzegamy zarówno te pozytywne, jak i negatywne, jak zazdrość, czy wręcz zawiść. Trzeba bowiem czasu i zbiegu rozmaitych okoliczności, aby te drugie zostały naprawione. Nigdy nie ukrywałam, że Santa Montefiore jest dla mnie jedną z tych autorek, których powieści czytam z ogromnym zainteresowaniem. Przeczytałam ich już kilka i za każdym razem zostałam bez reszty wchłonięta w ich fabułę. Powieści obyczajowe, które wychodzą spod jej pióra nigdy nie są banalne, ponieważ zawsze niosą ze sobą mądre przesłanie odnoszące się do codziennego życia każdego z nas. Santa Montefiore naprawdę potrafi zachwycić i oderwać od rzeczywistości.










sobota, 12 grudnia 2015

Bogna Ziembicka – „Bądź przy mnie” # 4














Wydawnictwo: OTWARTE
Kraków 2015





Tanzania niegdyś znana była jako Tanganika. Kiedy pod koniec XIX wieku Europejczycy zdobyli i podzielili kontynent, Tanganika stała się częścią tak zwanej Niemieckiej Afryki Wschodniej (z niem. Deutsch-Ostafrika). Tak więc Niemiecka Afryka Wschodnia składała się wówczas z terenów, które dziś znamy jako Tanzanię, Rwandę i Burundi. Podczas swojego ponad trzydziestoletniego sprawowania rządów niemieccy władcy zainwestowali tam spore środki finansowe w rolnictwo, transport kolejowy oraz edukację. Stolicą zostało miasto Dar es Salaam, które było najbardziej prestiżowym miastem w ówczesnej tropikalnej Afryce. 

Po klęsce Niemiec w pierwszej wojnie światowej w 1918 roku Tanganika funkcjonowała pod protektoratem Ligii Narodów, nad którą pieczę sprawowali Brytyjczycy, podczas gdy Rwanda oraz Burundi były zarządzane przez Belgów. Tanganika pozostawała pod panowaniem Brytyjczyków przez kolejne czterdzieści trzy lata, czyli aż do dnia uzyskania niepodległości w grudniu 1961 roku. Pokojowe dążenia do niezależności wspierał Julius Kambarage Nyerere (1922-1999) wraz ze swoją partią polityczną o nazwie Afrykański Narodowy Związek Tanganiki (z ang. Tanganyika African National Union – TANU). Partia powstała siedem lat wcześniej po tym, jak Julius Kambarage Nyerere zdołał przekonać innych afrykańskich działaczy do przekształcenia Afrykańskiego Stowarzyszenia Tanganiki (z ang. Tanganyika African Association – TAA) w partię polityczną. Swoją inaugurację TANU świętował w dniu 7 lipca 1954 roku. Data ta stała się powodem, dla którego o partii mówiono po prostu „Siedem Siedem”. Pomimo że TANU został zlikwidowany prawie czterdzieści lat temu, to jednak dzień ten pozostaje nadal świętem narodowym Tanzanii.

Julius Kambarage Nyerere
Nowożytna historia Zanzibar rozpoczyna się w roku 1698, kiedy wyspą rządził sułtan Omanu. Wcześniej przez prawie dwieście lat wyspa znajdowała się pod luźną władzą Portugalii. Dla sułtana Omanu wyspy były kluczowe, jeśli chodzi o handel niewolnikami i kością słoniową z jego własnym krajem. Poszczególni władcy Omanu powołali do życia plantację goździków, która z czasem przyczyniła się do nazwania Zanzibaru „Wyspą Przypraw”, która to nazwa czasami używana jest również dzisiaj. Uprawa goździków wciąż pozostaje znaczącym sektorem gospodarki Zanzibaru. Wyspa stała się tak bardzo ważna dla władców arabskich, że w 1840 roku ówczesny władca Omanu przeniósł stolicę swojego kraju z Maskat do Zanzibaru, który wtedy był najważniejszym ośrodkiem handlu niewolnikami w tej części Afryki. Pod koniec XIX wieku Brytyjczykom z wysiłkiem udało się ostatecznie zakończyć ten handel i Zanzibar przeszedł pod ich władzę w 1890 roku. Niemniej Brytyjczycy nadal rządzili tam za pośrednictwem sułtana.

W grudniu 1963 roku Zanzibar uzyskał niepodległość i stał się monarchią konstytucyjną. Oznaczało to, że sułtan nadal mógł sprawować tam swoją władzę. Z kolei nacjonaliści pod wodzą Sheikh Abeid Karume (1905-1972) nie zaakceptowali tej formy rządów i miesiąc później obalili rząd w wyniku rewolucji, w której przelano sporo krwi, zaś ofiarami byli członkowie klasy rządzącej, którzy w większości byli Arabami i Hindusami. Wielu z nich opuściło także wyspę. Trzy miesiące po rewolucji Zanzibar formalnie został połączony z Tanganiką, tworząc Zjednoczoną Republikę Tanzanii. Było to w kwietniu 1964 roku. To jedyna afrykańska koalicja, której udało się przetrwać. Zanzibar posiada charakter pół-autonomiczny z własnym prezydentem i rządem. Niemniej sprawy zagraniczne oraz dotyczące obrony pozostają pod kontrolą rządu Unii. Co ważne, drugi prezydent Tanzanii pochodził w Zanzibaru.

Zjednoczona Republika Tanzanii wyróżnia się w regionie stabilnością polityczną o znaczących zawirowaniach politycznych. Wielu ludzi do tej pory ma świadomość strasznych stu dni ludobójstwa, w wyniku którego życie straciło prawie milion osób w sąsiedniej Rwandzie. Wspomniana rzeź ludności miała miejsce w 1994 roku. Z kolei na północy w 2007 roku mieszkańcy Kenii przeżyli dwa tygodnie bezprawia, które kosztowało życie tysięcy ludzi po tym, jak władzę przejął Mwai Kibaki. Zdaniem opozycji wybory te zostały sfałszowane, co było charakterystyczne dla post-niepodległościowych afrykańskich despotów. Innym sąsiadem z północy jest Uganda, która najpierw przez osiem lat pod rządami dyktatora Idi Amina (1925-2003), a potem po jego obaleniu przy pomocy sił Tanzanii, cierpiała kilka lat z powodu wojny domowej, w której życie straciło tysiące ludzi. Od tamtej pory kraj ten cieszy się względną stabilnością i dobrobytem gospodarczym. Problemy innych sąsiadów Zjednoczonej Republiki Tanzanii takich, jak Burundi czy Demokratycznej Republiki Konga (dawniej Zair) są bardzo dobrze udokumentowane.


Bitwa o miasto Tanga, które położone jest we wschodniej części Tanzanii.
Bitwa rozegrała się podczas pierwszej wojny światowej 
pomiędzy armią niemiecką i brytyjską. 
autor: Martin Frost (1875-1928)


Powyżej nakreśliłam historię Tanzanii zwanej niegdyś Tanganiką, ponieważ główny bohater czwartej części opowieści o podkrakowskich Różanach przez kilka lat pracował w faktorii właśnie w brytyjskiej Tanganice. Jak pamiętamy z poprzedniego tomu cyklu, Joachim von Ebert jest Niemcem, którego rodzina posiada majątek w Prusach Wschodnich. Od bardzo dawna członkowie jego familii przyjaźnią się z babcią niejakiej Zuzanny Hulewicz. Zuzia i jej babcia mieszkają w Krakowie i mają na wychowaniu małego Stasia, którego rodzice zginęli w pierwszych dniach drugiej wojny światowej. Dziecko zostało sierotą, a ponieważ dla Zuzanny ojciec chłopca był kimś naprawdę wyjątkowym, dziewczyna nie mogła postąpić inaczej, jak tylko zaopiekować się Stasiem. Oczywiście należy też pamiętać o przyjaźni, jaka łączyła pannę Hulewicz z żoną Piotra Boruckiego.

Z moich powyższych słów można domyślić się, że akcja Bądź przy mnie rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej. Tym razem książka posiada formę swego rodzaju pamiętnika, choć z drugiej strony trudno jest nazwać pamiętnikiem wspomnienia umierającego mężczyzny, który ich bynajmniej nie spisuje. Powieść rozpoczyna się niezwykle dramatycznie. Otóż Joachim leży w szpitalu owinięty w bandaże i zaczyna przypominać sobie swoje życie. Co takiego stało się, że młody Niemiec walczy ze śmiercią na szpitalnym łóżku? Czy to wojna odebrała mu zdrowie i być może za kilka dni zabierze mu także życie? O tym oczywiście dowiecie się, czytając powieść. Natomiast niezwykle istotne w tej opowieści są relacje łączące Niemca, czyli de facto wroga, który najechał na Polskę, oraz jego ofiarę. W tym wszystkim nie jest ważne, że obydwie rodziny przyjaźnią się ze sobą, znają się od lat i odwiedzają. Najważniejsze są bowiem kwestie polityczne i to, co dzieje się akurat w Polsce, a dzieje się naprawdę źle i nie widać końca tego okrucieństwa, które zgotował nam psychopatyczny Adolf Hitler (1889-1945).

Swoje wspomnienia Joachim von Ebert rozpoczyna od czasu, kiedy przebywał w Afryce i pracował tam jako inżynier. Poznał tam wielu ludzi, a z niektórymi nawet się zaprzyjaźnił. Miał też kobietę, która chyba go kochała, a przynajmniej można odnieść takie wrażenie. Dla Joachima ten związek też nie był bez znaczenia. Niestety, kiedy przychodzi dzień, w którym nasz bohater musi wyjechać z Tanganiki i przyłączyć się do włoskich oddziałów, Almaz nie może i nie chce mu towarzyszyć. To w Afryce jest jej dom i tam pragnie pozostać do końca życia. Ona nie zna innego życia, jak to, które wiodła do tej pory. Oczywiście Joachim będzie za nią tęsknił i łudził się nadzieją, że kiedyś znów się spotkają. Z drugiej strony jednak mężczyzna wciąż ma w pamięci piękną Zazulkę Hulewicz, wobec której ma bardzo poważne plany. Pewnego dnia chce się z nią ożenić i mieć syna. Czy faktycznie jego marzenia się spełnią? Czy wojna nie sprawi przypadkiem, że plany Joachima legną w gruzach? Czy Zuzanna będzie chciała poślubić wroga swojego narodu, nawet jeśli bardzo go kocha? A co z innymi kobietami, które przez lata przewinęły się przez życie i łóżko Niemca?

I tak oto czytelnik towarzyszy Joachimowi w jego drodze ku przeznaczeniu. Oczami wyobraźni widzimy jego niezwykle niebezpieczną przeprawę przez Afrykę. Jesteśmy świadkami okrucieństw, jakich dopuszczają się włoscy żołnierze – sojusznicy Trzeciej Rzeszy. Joachimowi może się to nie podobać, ale nic nie może zrobić. Jest sam, a ich tak wielu. Po wydostaniu się z Afryki mężczyzna w końcu dociera do domu skąd już prosta droga do Zuzanny Hulewicz, która również stale myśli o przyjacielu rodziny. Dziewczyna naraża się na wielkie niebezpieczeństwo, bo przecież łączą ją bliskie relacje ze znienawidzonym okupantem. Czy przypadkiem nie przyjdzie jej zapłacić za tę miłość najwyższej ceny? Co się stanie, kiedy ktoś odkryje, że Zuzanna nie do końca jest oddana polskiej sprawie? Czy nie zostanie oskarżona o zdradę?


Uciekinierzy z Prus Wschodnich na Węźle Hucisko w Gdańsku w lutym 1945 roku.
Rodzina Joachima von Eberta znalazła się wówczas w ogromnym niebezpieczeństwie.


Muszę przyznać, że Bądź przy mnie to książka, która naprawdę wzrusza. Dramatyczne zbiegi okoliczności, które pojawiają się w życiu poszczególnych bohaterów wywołują w czytelniku jakiś wewnętrzny bunt. Czasami ma się ochotę krzyknąć, że: „to nie tak powinno być!”. Wiadomo jednak, że gdyby Bogna Ziembicka poprowadziła swoje powieściowe postacie inną drogą, niż ta przez nią zaproponowana, wówczas książka straciłaby na wartości. Tak po prostu musiało być, aby nie rozczarować czytelnika. Musiało tak być, żeby czytelnik nie stwierdził, iż powieść nie wniosła niczego pozytywnego w jego czytelnicze życie. Musiało tak być, aby nie zarzucić Autorce, że napisała książkę nudną i bez emocji. I wreszcie musiało tak być, aby powieść nie stała się dla czytelnika jedną z wielu, o której zapomina niemalże tuż po przeczytaniu ostatniej strony.

Biorąc pod uwagę wszystkie cztery tomy cyklu, które przeczytałam, trzeba nastawić się na to, że próżno szukać w nich chronologicznego uporządkowania poszczególnych wydarzeń. Jak wynika z powyższego, w przypadku Bądź przy mnie mamy do czynienia z historią Zuzanny Hulewicz i Joachima von Eberta, którzy zostali rzuceni w realia drugiej wojny światowej, natomiast już w pierwszym tomie spotykamy Zuzannę, która zbliża się do kresu swoich dni. Potem w miarę czytania kolejnych części akcja momentami będzie się cofać, aż dotrzemy do wydarzeń, które przytaczam w niniejszym wpisie. Tak więc jeśli komuś bardzo zależy na chronologii, to obawiam się, że będzie musiał porzucić czytanie poszczególnych tomów zgodnie z datą ich wydania. Mnie taki zabieg Autorki zupełnie nie przeszkadza, ponieważ to, co nie zostało dopowiedziane w poprzednich częściach, zostało wyjaśnione w Bądź przy mnie.

Do nabycia jest już piąty i zarazem ostatni tom serii o Różanach zatytułowany Na zawsze Różany. Bardzo martwi mnie, że zakończenie tej magicznej opowieści nie pojawi się w księgarniach. Jest to bowiem wydanie kolekcjonerskie, które tylko do końca lutego 2016 roku będzie można zamawiać na stronie wydawnictwa [klik]. Przyznam, że ta forma sprzedaży nieco rozczarowuje, przynajmniej mnie. Wiedząc o planowanej publikacji, cieszyłam się, że książka będzie ogólnie dostępna. Mam jednak nadzieję, że fakt ten nie zniechęci czytelników do sięgnięcia po powieści Bogny Ziembickiej. Na chwilę obecną nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić wszystkie cztery tomy tej niezwykle wyjątkowej i wciągającej historii.









środa, 9 grudnia 2015

Antonio Garrido – „Skryba”












Wydawnictwo: ALBATROS
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: La Escriba
Przekład: Anna Jęczmyk



Oto przysłowie filozoficzne 
„niech niczego nie będzie zbyt wiele”
winniśmy stosować nie tylko 
do obyczajów, ale i do słów;
cokolwiek bowiem przekracza miarę, jest skażone.

Alkuin z Yorku (730-804)



Aby bronić swych doczesnych praw, hierarchowie Kościoła Katolickiego niekiedy powoływali się na dokument pochodzący z IV wieku i noszący nazwę Darowizna Konstantyna lub Donacja Konstantyna. Obecnie wielu twierdzi, że dokument ten stał się największym fałszerstwem w dziejach papiestwa. Czy mają rację? Możliwe, że tak. Prawdą jest natomiast, że według rzeczonego aktu prawnego Konstantyn I Wielki (ok. 272-337) udzielił świętym apostołom Piotrowi i Pawłowi, a przez nich także papieżowi Sylwestrowi I (?-335), jak również wszystkim jego następcom mnóstwo praw i przywilejów, których celem miało być nic innego, jak tylko zapewnienie biskupom rzymskim monarszej godności. Tak więc biskupom Kościoła Katolickiego cesarz przyznał w dokumencie używanie złotego diademu, mitry oraz całkowitą ochronę, a także noszenie purpurowego płaszcza i kompletu cesarskiego stroju. Z kolei rzymskie duchowieństwo mogło używać symboli i ozdób dworzan cesarskich, jak też mieć prawo do dosiadania konia pokrytego białym czaprakiem. Prócz powyższego Konstantyn I Wielki przyznawał papieżowi oraz jego sukcesorom władzę doczesną nad miastem Rzym oraz nad wszystkimi miejscowościami, prowincjami i włoskimi miastami, a także nad państwami zachodnimi. Na mocy Darowizny Konstantyna cesarz zrzekł się większej części swojego cesarstwa, co sprawiło, że musiał zadowolić się jedynie terenami Bizancjum, co oczywiście gotów był uczynić. Świadczą o tym jego własne słowa:

Dlatego to właśnie uważaliśmy za właściwe przenieść nasze cesarstwo i stolicę naszego państwa do prowincji wschodnich oraz wybudować miasto, które nosiłoby nasze imię, w miejscu najwygodniejszym z całej bizantyjskiej prowincji. Niesłuszna bowiem, aby cesarz ziemski wykonywał swą władzę tam, gdzie Król Niebieski ustanowił pierwszeństwo kapłaństwa i głowę chrześcijańskiej religii.

Papież Hadrian I (Adrian I)
Donacja Konstantyna na pewno nie jest dokumentem autentycznym, co zostało udowodnione. Zastanawia jednak fakt, dlaczego ktoś dopuścił się fałszerstwa i jaki miał ku temu cel. Można też próbować określić wpływ Darowizny Konstantyna na rozwój kościelnej władzy. Niektórzy przeciwnicy papiestwa utrzymują natomiast, że rzeczony dokument jest pochodzenia rzymskiego i został wymyślony przez samych papieży, aby wzmocnić swoją władzę na tym świecie. W tym miejscu można powołać się na kilka faktów charakterystycznych dla epoki średniowiecza i okresu, w którym powstała Darowizna Konstantyna. Można zatem wziąć pod uwagę miejsce, w którym dokument powstał oraz sposób jego użycia. Na przestrzeni wieków niektórzy przypuszczali, że pierwsze ślady Darowizny Konstantyna dostrzegalne są w liście papieża Hadriana I (?-795). List pochodzi z 777 roku. Lecz z drugiej strony trudno jest traktować te informacje jako twarde dowody w sprawie. W swoim liście papież Hadrian I mówi wprawdzie o władzy udzielonej Kościołowi Katolickiemu na Zachodzie przez cesarza Konstantyna I Wielkiego, ale znaczenie jego słów dalekie jest od sensu ustępu odnoszącego się do władania przez papieża Rzymem i całymi Włochami oraz zachodnimi królestwami, a także prowincjami, regionami i miastami. Dlatego też można przypuszczać, że autor Donacji Konstantyna zaczerpnął tę myśl z listu papieża Hadriana I, a co za tym idzie można też śmiało utrzymywać, iż krytycy, którzy swój osąd opierają właśnie na rzeczonym liście, przedwcześnie cieszą się, że odkryli prawdę historyczną.

Wiadomo natomiast, że papież Hadrian I przypisywał powstanie dziedzictwa świętego Piotra nie wspaniałomyślności cesarza Konstantyna I Wielkiego, lecz wielu darowiznom, których akta przechowywano w archiwum na Lateranie. Ten sam papież bowiem w liście datowanym na październik 785 roku i adresowanym do cesarza Bizancjum pisał, iż Kościół Katolicki zawdzięczał swoje terytorium, miasta i miejscowości wspaniałomyślności Karola I Wielkiego (ok. 747-814). O Donacji Konstantyna nie wiedzieli zaś bezpośredni następcy Hadriana I, co wynika z listu papieża Mikołaja I Wielkiego (ok. 820-867), w którym można znaleźć wyraźne wzmianki na temat przywilejów papiestwa, ale nie ma tam ani śladu Darowizny Konstantyna. W okresie, o którym mowa papieże byli raczej słabi politycznie i militarnie, więc trudno jest uwierzyć, żeby w jakikolwiek sposób domagali się silnej pozycji w świecie, jaką gwarantowała im Darowizna Konstantyna. Poszczególne głowy Kościoła Katolickiego bezustannie odwoływały się do frankońskich królów, prosząc o pomoc w walce z uciskiem longobardzkim[1]. W związku z tym papieże dalecy byli także od żądania zwierzchnictwa nad całą Italią oraz całym Zachodem, gdyż myśleli jedynie o skutecznym zabezpieczeniu niepodległości Rzymu oraz o podtrzymaniu porządku w lokalnych prowincjach.


Fresk, na którym Konstantyn I Wielki przekazuje władzę imperialną
papieżowi Sylwestrowi I. 
Fresk powstał w XIII wieku.
autor nieznany


W momencie, gdy zauważymy, iż Darowizna Konstantyna dotyczy nadania podstawy prawnej doczesnej władzy papieży, trudno będzie nam się zgodzić ze stwierdzeniem, iż mogła ujrzeć kiedykolwiek światło dzienne w Rzymie i to jeszcze w drugiej połowie VIII wieku, kiedy w ludzkich głowach wciąż kołatała się myśl odnosząca się do darowizn króla Franków Pepina Małego (714-768) oraz jego syna Karola I Wielkiego, które stworzyły fundament dobrych relacji pomiędzy papiestwem a cesarstwem frankońskim. Dlatego też autora Donacji Konstantyna należałoby raczej szukać poza Rzymem, ponieważ to właśnie z dala od Rzymu pojawiały się okoliczności sprzyjające ukazaniu się tego aktu w IX wieku. Powszechnie wiadomo jak bardzo niechętnie odnoszono się w Konstantynopolu do informacji na temat koronacji Karola I Wielkiego. Od wieków wszyscy byli bowiem przyzwyczajeni do tego, że państwo rzymskie jest niepodzielne, choć istnieje w nim podział władzy pomiędzy kilku wielkorządców. Z kolei świeże wznowienie cesarstwa zachodniego w osobie Karola I Wielkiego nadawało swego rodzaju dwoistość rządów. W tej sytuacji Konstantynopol natychmiast tracił wszelką powagę w Italii, co oczywiście wyjaśnia niezadowolenie wśród ówczesnych władców bizantyjskich.

Karol I Wielki 
Portret powstał około 1512 roku
autor: Albrecht Dürer (1471-1528)
Akt koronacyjny Karola I Wielkiego musiał teoretycznie zostać czymś usprawiedliwiony, chociażby tylko z powodów prawa publicznego. Nie było tajemnicą, że cesarz Franków utrudniał stosunki z cesarzami wschodnimi i na wszelkie możliwe sposoby starał się im dorównać. Dlatego też łatwo zrozumieć, z jakich powodów frankoński autor podjął decyzję o przygotowaniu Darowizny Konstantyna. Z uwagi na to, ze pierwszy chrześcijański cesarz ustąpił papieżowi cesarską godność, akt koronacji Karola I Wielkiego przez papieża był jedynie prawnym przejawem świętego państwowego prawa papieża. Podobna myśl mogła zatem narodzić się w umyśle frankońskiego autora Donacji Konstantyna. Istnieją także pewne dowody potwierdzające fakt, iż Darowizna Konstantyna jest faktycznie pochodzenia frankońskiego. Najdawniejszy znany rękopis zawierający Darowiznę Konstantyna na pewno posiada frankońską genezę. Na ten temat już w IX wieku mówili trzej pisarze, którzy cytowali fragmenty rzeczonego dokumentu. Byli to biskup paryski Eneasz (?-870), biskup vienneński Adon (?) oraz biskup Hinkmar z Reims (806-882). Co istotne, biskup Eneasz wykorzystał omawiany dokument w swoim traktacie skierowanym przeciwko Grekom, w którym cytował go niemalże dosłownie:

Skoro tylko cesarz Konstantyn został chrześcijaninem, natychmiast porzucił Rzym, utrzymując, że nie wypadało, aby dwóch cesarzów – jeden książę Ziemi, drugi książę Kościoła – rządzili w jednym i tym samym mieście. Tak więc rezydencję swą przeniósł do Konstantynopola, a Rzym i znaczną część różnych prowincji poddał Stolicy Apostolskiej. Biskupowi Rzymskiemu przyznał powagę królewską i kazał o tym spisać akt autentyczny, który został następnie rozpowszechniony po całym świecie.

Pierwszym papieżem, który poznał Darowiznę Konstantyna nie był Włoch, lecz Lotaryńczyk. Mowa oczywiście o niemieckim biskupie Brunonie z Toul, który potem został papieżem Leonem IX (1002-1054). W liście do patriarchy Konstantynopola Michała I Cerulariusza Leon IX użył Donację Konstantyna przeciwko Grekom celem przypomnienia bizantyjskim cesarzom o niezależności cesarstwa zachodniego. Na przestrzeni X i XI wieku jedynie dwukrotnie wspominana jest Darowizna Konstantyna w kontekście politycznym, czyli raz przez papieża Leona IX, zaś drugi raz przez późniejszego świętego biskupa Piotra Damiana (1007-1072). Papież Grzegorz VII (ok. 1020-1085), który z ogromną żarliwością oraz uporem oddany był utrzymaniu w całości przywilejów papiestwa i który wielokrotnie popadał w konflikty z ówczesnymi książętami celem poparcia swoich żądań, nigdy nie powołał się na Darowiznę Konstantyna.


Fresk zatytułowany Darowizna dla Rzymu
Fresk powstał około 1520 roku.
autor: Rafael Santi (1483-1520)


Wzmianki na temat omawianego dokumentu nie znajdziemy także w innym ważnym akcie prawnym pochodzącym z tego samego wieku, czyli w Dyplomie Henryka II. Cesarz Henryk II Święty (973-1024) w swoim dokumencie odnawia wszystkie dawne koncesje na korzyść Kościoła Katolickiego uczynione przez jego poprzedników. Dyplom Henryka II zawiera natomiast darowizny uczynione na rzecz Kościoła przez Pepina, Karola I Wielkiego, Ludwika I Pobożnego (778-840) oraz Ottona I Wielkiego (912-973). Dopiero w XII wieku, jak i w kolejnych stuleciach, ten apokryficzny dokument został włączony do Dekretu Gracjana[2], dzięki czemu stał się znany i mógł być jawnie rozpowszechniany. Od tej pory tacy władcy, jak Fryderyk I Barbarossa zwany Rudobrodym (ok. 1122-1190), kronikarze pokroju Ottona z Fryzyngi (1114-1158) czy tacy kanoniści, jak Geoffroy z Viterbo (1133-1191) zaczynali przytaczać go i wyjaśniać z niezachwianą wiarą w jego autentyczność. Niemniej niekiedy zdarzały się spory dotyczące braku wiarygodności tegoż dokumentu, lecz nie zwracano na nie szczególnej uwagi, ponieważ dyskusje te oparte były na argumentach bez większego znaczenia, bądź też na innych dokumentach apokryficznych.

Konstantyn I Wielki 
Mozaika znajdująca się w muzeum
Hagia Sofia w Stambule.
Mozaika powstała około 1000 roku. 
Z kolei do Kościoła greckiego dzięki staraniom Teodora Balsamona (?-po 1195) przedostał się dokument Darowizny Konstantyna. W 1194 roku kanonista wcielił go do swojego komentarza kanonów kościelnych. W roku 1270 Donację Konstantyna cytuje również cesarz Michał VIII Paleolog (ok. 1225-1282), natomiast Waldensi i Beguardowie[3] odrzucali jedynie prawne znaczenie dokumentu.

W czasach, kiedy ukazała się Darowizna Konstantyna nie było już mowy o tym, aby jej treść wnosiła jakiekolwiek zmiany w istniejące już relacje pomiędzy cesarstwem a papiestwem, co także świadczy przeciwko autentyczności dokumentu. Poza tym w tamtym okresie rzeczony akt nie miał już większego znaczenia, jeśli chodzi o jego wagę pomiędzy poważnymi dowodami, które mogłyby przemawiać za obroną władzy doczesnej na korzyść papieża i papiestwa. Praktycznie wszystkie dowody, którymi podpierają się obrońcy papiestwa, a które dotyczą walki z Kościołem Katolickim wynikają już tylko z samej teologii. Z drugiej strony jednak tylko nieliczni papieże wskazywali Darowiznę Konstantyna jako wytłumaczenie swojego prawa do mieszania się w sprawy polityczne odnoszące się do sporów pomiędzy chrześcijanami. Wśród papieży, którzy traktowali Donację Konstantyna poważnie byli: wspomniany już wyżej Leon IX, Innocenty III (ok. 1161-1216), Grzegorz IX (ok. 1170-1241), Innocenty IV (ok. 1195-1254), Mikołaj III (ok. 1215-1280) oraz Jan XXII (ok. 1244-1334). Niemniej należy pamiętać, że żaden z wymienionych papieży nie uważał, iż Darowizna Konstantyna stanowi fundamentalny dokument dotyczący przywilejów Kościoła Katolickiego. Na przykład Innocenty III, którego działalność polityczna była naprawdę wielka, zaś korespondencja dość rozległa, jedynie raz wspomniał o Darowiźnie Konstantyna. Było to w przypadku mowy wygłoszonej ku czci świętego Sylwestra.

Z kolei Grzegorz IX wspomniał o Donacji Konstantyna tylko dlatego, aby wobec nieprzyjacielskiego postępowania Fryderyka II Hohenstaufa (1194-1250) podkreślić przychylność Konstantyna I Wielkiego dla Kościoła Katolickiego. Innocenty IV o dokumencie powiedział tylko wówczas, gdy chciał podkreślić, iż doczesna władza papieży była udzielona świętemu Piotrowi, a więc nastąpiła znacznie wcześniej niż rządy Konstantyna I Wielkiego. Mikołaj III oraz Jan XXII wspomnieli o Donacji Konstantyna przypadkiem. Pierwszy uczynił to dlatego, iż pragnął przypomnieć o odstąpieniu miasta Iszym papieżom, natomiast drugi z nich powołał się na dokument celem wyrażenia sprzeciwu wobec wywodów włoskiego filozofa i pisarza Marsyliusza z Padwy (ok. 1275-1343).

Papieże raczej nie potrzebowali kierować się podejrzliwością wobec kanonistów, którzy zaprzeczali autentyczności Donacji Konstantyna. To podważanie wiarygodności aktu wyraźnie zarysowało się dopiero w XVI i XVII wieku. Franz Bursatus (?) jeszcze w 1570 roku uważał, że pomiędzy zwolennikami Darowizny Konstantyna jest dwudziestu dwóch kanonistów oraz siedemdziesięciu trzech jurystów. Potem liczba ta zmniejszyła się niemalże z dnia na dzień. Obecnie prawie nikt już nie broni prawdziwości tezy dotyczącej Darowizny Konstantyna. Na przestrzeni lat papieże dość obojętnie podchodzili do upadku ważności dokumentu, ponieważ nie mieli zamiaru czerpać z niego jakichkolwiek korzyści i nie miał on dla nich aż takiego znaczenia, aby można było stanąć w obronie najwyższych praw i przywilejów Stolicy Apostolskiej.

Jak zapewne domyślacie się, motywem przewodnim Skryby jest omówiony powyżej dokument, który Konstantyn I Wielki przekazał papieżowi Sylwestrowi I w podzięce za rzekome cudowne uzdrowienie z trądu oraz chrzest i nawrócenie na chrześcijaństwo. Tak przynajmniej mówi legenda, która – być może – została wymyślona jedynie po to, aby uzasadnić ewentualną autentyczność dokumentu. Niemniej, z książki nie dowiecie się zbyt wiele o samym akcie prawnym. W powieści próżno bowiem szukać tych wszystkich informacji, które przywołałam powyżej, ponieważ Antonio Garrido skupił się bardziej na intrydze kryminalnej i przygodzie, aniżeli na omawianiu historycznego pochodzenia Donacji Konstantyna. Dokument gdzieś tam istnieje i choć stanowi poważny problem, to jednak fabuła Skryby nie koncentruje się na nim całkowicie. Mogłabym rzec, iż Darowizna Konstantyna jest czymś na kształt skarbu, który powinien pozostać w rękach przedstawicieli Kościoła Katolickiego, dlatego też ważne jest, aby wciąż był powielany przez poszczególnych średniowiecznych pisarzy zwanych skrybami, i dzięki temu przekazywany kolejnym namiestnikom Kościoła.


Papież Sylwester I chrzci cesarza Konstantyna I Wielkiego
autor: Maso di Banco (?-1348)


Akcja powieści rozgrywa się na przełomie VIII i IX wieku za panowania Karola I Wielkiego. Generalnie miejscem akcji jest niemiecki Würzburg. Z kolei tytułowym bohaterem powieści jest niejaki Gorgias, który do Würzburga przybył z Bizancjum jako wdowiec z maleńką córeczką Theresą. W nowym miejscu Gorgias ożenił się po raz drugi i rozpoczął pracę u hrabiego Wilfreda jako skryba. Przez lata przepisywał mnóstwo rozmaitych dokumentów i ksiąg, aż wreszcie otrzymał bardzo nietypowe i jednocześnie niezwykle tajemnicze zlecenie. Otóż hrabia żąda, aby skryba powielił dokument, który niektórym może przysporzyć jedynie poważnych problemów. Co też takiego kryje się za owym pergaminem? Czy życie Gorgiasa nie znajdzie się przypadkiem w ogromnym niebezpieczeństwie, tylko dlatego, że zgodził się, a właściwie został przymuszony do skopiowania tajemniczego dokumentu?

Tymczasem Theresa dorasta i teraz jest już dwudziestotrzyletnią piękną kobietą, która zwraca na siebie uwagę mężczyzn. Wychowana przez ojca skrybę kochającego książki i pisanie, a także władającego łaciną i greką, Theresa również pragnie rozwijać swoje umiejętności jako skryba. Jak wiemy w epoce średniowiecza kobiety nadawały się jedynie do prowadzenia domu i rodzenia dzieci. To mężczyźnie przysługiwało prawo do nauki, zaś „idealna” kobieta miała być analfabetką. Theresa za nic nie chce być jedną z tych niewiast, które żyją w Würzburgu i są posłuszne mężczyznom. Ona przy boku ojca wiele się nauczyła. Potrafi pisać i czytać, a nawet zna łacinę i grekę! Kiedy ją poznajemy dziewczyna terminuje u lokalnego wytwórcy papieru o imieniu Korne, który bynajmniej nie jest przyjaźnie nastawiony do córki Gorgiasa. Utrudnia jej praktycznie wszystko. Natomiast kiedy przychodzi dzień egzaminu, który – jeśli Theresa go zda – zapewni jej tytuł czeladnika, dochodzi do tragedii. Konsekwencje pożaru w pracowni pergamenariusa Kornego są niezwykle dramatyczne. Nie dość, że cały zakład obraca się w zgliszcza, to jeszcze giną ludzie. Jedyne, o czym myśli Korne, to żądza zemsty na tym, który jego zdaniem zawinił. Czy faktycznie pergamenarius ma rację, obwiniając za tragedię tę a nie inną osobę? Czy uda mu się dokonać na niej zemsty, tak jak planuje? Czy jeszcze kiedyś odbuduje swoją pracownię i znów będzie wyrabiał w niej pergamin?


Średniowieczny skryba podczas pracy w skryptorium 


Skryba to powieść, której akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy problem Gorgiasa, który godząc się na powielanie dokumentu naraził na niebezpieczeństwo nie tylko samego siebie, ale także swoją rodzinę. Z drugiej strony czytelnik podąża śladem Theresy, której życie także nie będzie usłane płatkami róż. Któregoś dnia młoda kobieta trafi do Fuldy, gdzie spotka pewnego tajemniczego i trochę niebezpiecznego mnicha, z którym połączą ją sprawy o podłożu kryminalnym. W związku z tym nasza bohaterka kilka razy znajdzie się w poważnych tarapatach, z których naprawdę ciężko będzie ujść w jednym kawałku. W miarę upływu czasu widzimy, że w Theresie więcej jest cech charakteru typowo męskich, niż kobiecych. Dziewczyna posiadła naprawdę sporo umiejętności, które zarezerwowane są jedynie dla mężczyzn. W dodatku jest jeszcze Hoos Larsson, z którym zaczyna łączyć ją głębokie uczucie. Czy jest ono bezpieczne? Czy miłość nie stanie się przypadkiem powodem zaślepienia i niedostrzegania wrogów, którzy mogą czaić się tuż obok? Czy Hoosowi naprawdę można ufać i wierzyć w jego usilne zapewnienia o dozgonnej miłości? Dlaczego mężczyzna tak niespodziewanie pojawił się w życiu Theresy? I wreszcie: kim naprawdę jest ten człowiek? 

Alkuin z Yorku 
Moim zdaniem Skryba to doskonała powieść historyczno-przygodowa okraszona dość dobrą intrygą kryminalną adekwatną do epoki, w jakiej rozgrywa się akcja. Autor robi wszystko, aby czytelnik nie mógł oderwać się od historii Theresy i jej ojca. Oprócz postaci czysto fikcyjnych, Antonio Garrido wprowadził także bohaterów historycznych. To wszystko stanowi naprawdę ciekawą mieszankę. Relacje pomiędzy Theresą a Gorgiasem są niezwykle silne. Widać tutaj, jak bardzo ojciec kocha swoją córkę i jak wiele sama Theresa jest w stanie poświęcić dla swojego rodziciela. Na kartach powieści spotykamy także taką zwyczajną przyjaźń pomiędzy kobietami. Jedna z nich generalnie zaliczana jest do tych porządnych, które przestrzegają zasad i raczej nie wdają się w kompromitujące sytuacje z mężczyznami, zaś druga wręcz odwrotnie. Całe miasteczko wie, czym niewiasta się zajmuje i jakiego rodzaju lokal prowadzi. Pomimo tych różnic kobiety potrafią żyć ze sobą w zgodzie, a nawet nawiązać wspomnianą już przyjaźń.

Na kartach powieści czytelnik spotyka również całą galerię negatywnych postaci. Jestem skłonna przyznać, że jest ich znacznie więcej niż tych pozytywnych. Niezwykle zagadkowym bohaterem jest anglosaski mnich, o którym wspomniałam już wcześniej. Alkuina z Yorku Theresa spotyka, przebywając w Fuldzie. Tak naprawdę do samego końca nie wiemy po której stronie opowiada się mnich. Z jednej strony sprawia wrażenie bezwzględnego tyrana, zaś z drugiej jest łagodny i pomocny. Można odnieść wrażenie, że Alkuin stale coś ukrywa, tylko nie wiadomo co to jest.

Podczas czytania wydawało mi się, że Antonio Garrido bawi się z czytelnikiem w kotka i myszkę. Kiedy już byłam pewna, że rozgryzłam tę czy inną postać, okazywało się, że tak naprawdę nadal niczego nie wiem, ponieważ zaistniałe na kartach książki wydarzenia sprawiały, że znów traciłam rozeznanie i zmuszona byłam czekać na kolejny rozwój wypadków. Poza tym praktycznie do samego końca nie wiadomo, jaki związek z naszymi bohaterami ma Donacja Konstantyna. Z kolei w całą tę aferę kryminalną zamieszani są wysocy rangą hierarchowie Kościoła Katolickiego.

Moim zdaniem Skryba to fascynująca powieść, która dokładnie oddaje klimat wczesnego średniowiecza. Dodatkowo wprowadzona intryga kryminalna podnosi walor książki i sprawia, że czytelnikowi trudno jest oderwać się od losów bohaterów. Myślę, że wielbiciele powieści historycznych nie powinni poczuć się rozczarowani tą opowieścią.







[1] Longobardowie (Długobrodzi) – lud zachodniogermański wywodzący się z terenów Skandynawii. W przeciwieństwie do romańskiej ludności Włoch, mężczyźni nosili długie brody.
[2] Dekret Gracjana (z łac. Decretum Gratiani) – zbiór aktów prawa kanonicznego spisanego około 1140 roku przez prawnika z Bolonii Franciscusa Gratianusa lub Johannesa Gratianusa znanego jako Gratian (z pol. Gracjan).
[3] Waldensi i Beguardowie – heretycki odłam chrześcijan. 





sobota, 5 grudnia 2015

Małgorzata Musierowicz – „Noelka” # 7












Wydawnictwo: KSIĘGARNIA BESTSELLER
Poznań 1993
Ilustracje: Małgorzata Musierowicz
Seria: Jeżycjada




Wigilia to taki magiczny dzień, kiedy spełniają się wszystkie życzenia – a przynajmniej mamy taką nadzieję, że się spełnią – natomiast w ludziach do głosu dochodzi Dobro. Są tacy, którzy na Boże Narodzenie czekają przez cały rok i z wielką niecierpliwością wypatrują pierwszej gwiazdki, kiedy będą mogli zasiąść do wigilijnego stołu wraz ze swoimi najbliższymi. Zanim jednak to się stanie czeka nas kilka dni przygotowań, które dla niektórych mogą być bardzo męczące. Trzeba bowiem pomyśleć o choince, prezentach dla najbliższych, nie mówiąc już o wysprzątaniu całego mieszkania. Najważniejsze jednak w tym wszystkim są potrawy, od ciężaru których będzie uginał się stół podczas kolacji. Przeważnie pamiętamy też o tych, którzy mają mniej szczęścia od nas i nie będzie im dane zasiąść przy wigilijnym stole w otoczeniu rodziny. Niemniej taka myśl dla większości z nas jest jedynie jakimś mało znaczącym przebłyskiem, bo przecież od pomocy, na przykład ludziom bezdomnym, są odpowiednie instytucje, prawda? Na Boże Narodzenie chyba najbardziej niecierpliwie czekają dzieci. Z jednej strony nie pójdą do szkoły, ponieważ ferie świąteczne są dość długie, natomiast z drugiej przyjdzie do nich Święty Mikołaj, który przyniesie mnóstwo wymarzonych prezentów.

Przenieśmy się zatem do Poznania do dzielnicy Jeżyce. Jest początek lat 90. XX wieku, więc realia zupełnie inne, niż te, które mamy obecnie. W Polsce niedawno upadł komunizm, a za najdrobniejsze rzeczy płaci się w tysiącach, zaś za te „większe” w milionach! Ale już niedługo, bo z początkiem 1995 roku nastąpi denominacja złotego, więc tych zer na banknotach będzie trochę mniej. Na chwilę obecną bohaterowie Noelki jeszcze o tym nie wiedzą. Główną bohaterkę – siedemnastoletnią Elżbietę Strybę – czytelnik spotyka w dzień Wigilii, kiedy dziewczyna z niepokojem wypatruje przez okno przybycia niejakiego Floriana Górskiego noszącego ksywę „Baltona”. Chłopak musi być chyba naprawdę wyjątkowy, skoro Elka z takim utęsknieniem wyczekuje jego przybycia i to jeszcze w dzień Wigilii, kiedy powinna zająć się czymś zupełnie innym, na przykład pomóc Cyrylowi Strybie lepić pierogi. Niestety, nastolatka ma całkiem inną koncepcję odnośnie spędzania Wigilii.

Kim zatem jest ta nasza Elka Stryba? Otóż dziewczyna bardzo szybko straciła matkę i praktycznie jej nie pamięta. Wychowaniem Elżbiety zajęli się dziadek Metody i jego brat Cyryl zwany „Cyryjkiem” oraz jej ojciec – Grzegorz Stryba. W takim męskim gronie Elka z jednej strony wyrosła na mądrą pannicę, która świetnie radzi sobie w szkole, lecz z drugiej strony, jak na typową nastolatkę przystało, buntuje się przeciwko wielu sprawom, których możliwe, że jeszcze nie rozumie albo nie chce zrozumieć. Pozornie może wydawać się, że Elkę nic szczególnego nie spotka w tym wyjątkowym dniu. Nie ma bowiem żadnych przesłanek ku temu, aby zanim jeszcze skończy się dzień, nasza bohaterka zaczęła nieco inaczej patrzeć na życie.

Wydawnictwo: Akapit Press
Łódź 1998
Mija minuta za minutą, godzina za godziną, a Baltona nadal nie puka do drzwi mieszkania Strybów. Można sobie tylko wyobrazić, jak w tej sytuacji czuje się Elka. W końcu postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. I tak oto na skutek zbiegu okoliczności siedemnastolatka zostaje Aniołkiem, który w towarzystwie Świętego Mikołaja – w Wielkopolsce zwanego Gwiazdorem – odwiedza mieszkania w poszczególnych poznańskich dzielnicach i wręcza prezenty dzieciom, które na nie wyczekują z wielką niecierpliwością. Podczas tych odwiedzin dziewczyna widzi, jak żyją inni i czasami porównuje to ich życie do własnego. W niektórych domach Elka spotyka bardzo szczęśliwych ludzi, zaś w innych widzi ból i cierpienie. W trakcie tej wędrówki poznaje też chłopaka, który odgrywa tutaj rolę Gwiazdora. Co ciekawe, dziewczyna nigdy wcześniej go nie widziała, więc to odkrywanie drugiej osoby i rozmowa na rozmaite tematy naprawdę wiele wnoszą do życia Elki. Jaki to wszystko będzie mieć wpływ na jej dalsze życie? Czy nastolatka zda sobie wreszcie sprawę ze swoich błędów? Czy zrozumie, że nie zawsze postępowała fair wobec bliskich?

Drugim głównym wątkiem Noelki jest ślub Idy Borejko, który ma się odbyć w pierwszy dzień Świąt. Tak więc w mieszkaniu Borejków panuje okropne zamieszanie. Z jednej strony kolacja wigilijna, a z drugiej najważniejsze wydarzenie w życiu pani doktor, która zgodnie z planem ma wyjść za mąż już następnego dnia. Rodzina Borejków diametralnie różni się od tej, w której dorasta Elka, ale jednocześnie można rzec, że bardzo wiele łączy obydwie familie. W rodzinie Borejków nie ma tak naprawdę osoby, która jakoś szczególnie wysuwałaby się na pierwszy plan. Wszyscy jej członkowie w równym stopniu są ważni. Sporo pozytywnych emocji dostarcza czytelnikowi głowa rodziny, czyli Ignacy Borejko. To taki trochę ślamazara, który widzi tylko swoje książki, a z domownikami dość często rozmawia po łacinie.

Jestem niemalże przekonana, że starszemu pokoleniu czytelników nie trzeba specjalnie przedstawiać kultowej serii Małgorzaty Musierowicz. Nawet jeśli ktoś nigdy nie przeczytał żadnej części cyklu, to na pewno wiele razy sporo dobrego o nim słyszał. Jeżycjada jest znana od bardzo, bardzo dawna i wciąż cieszy się niezwykłą popularnością. Wielu czytelników nadal do niej wraca, ponieważ widzi w tych książkach mądrość i wartości, które w miarę upływu lat powoli zanikają. Dla niektórych kolejne sięgnięcie po którąś książkę cyklu może być także swego rodzaju sentymentalną podróżą w przeszłość. Przyznam, że kiedy miałam te kilkanaście lat nie udało mi się przeczytać ani jednej części tej powieściowej serii, pomimo że dobrze pamiętam czasy, w których rozgrywa się akcja, na przykład Noelki. Po siódmy tom Jeżycjady sięgnęłam tylko dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie i pomyślałam, że warto byłoby przeczytać choć kilka książek ze Świętami w tle. Podobnie jak w przypadku Elki, dla której zwykły zbieg okoliczności stał się przyczyną do zmiany postrzegania pewnych życiowych kwestii, tak dla mnie zbliżające się Święta i w związku z tym sięgnięcie po Noelkę w wieku dorosłym stały się zachętą do nadrobienia zaległości czytelniczych. Tak więc zapewne już niedługo będziecie mogli przeczytać na blogu o pozostałych książkach z serii Jeżycjada.

Wydawnictwo: Akapit Press
Łódź 2007
Wracając jednak do Noelki uważam, że historia zaproponowana czytelnikom przez Autorkę jest niezwykle magiczna i może naprawdę głęboko trafić do serca młodego czytelnika. Generalnie jest to cykl przeznaczony dla dziewczyn, ale czy w takim razie jest zakazany dla dorastających chłopców? Myślę, że nie. Wydaje mi się, że rodzinne problemy Elki równie dobrze mogą odnosić się do dylematów, z jakimi borykają się także chłopcy. Poza tym w Noelce nie brak także nastoletnich męskich bohaterów – jak chociażby Tomek Kowalik – z których problemami mogą utożsamiać się współcześni dorastający młodzi mężczyźni.

Na podstawie Noelki mogę stwierdzić, że Małgorzata Musierowicz zadbała o wszystko. Do rąk młodego czytelnika trafia bowiem nie tylko magiczna opowieść o wyjątkowym dniu w roku. Historia ta pokazuje również, co tak naprawdę jest w życiu ważne dla każdego z nas, choć czasami trudno jest nam się do tego przyznać. Szczególnie w Święta możemy dotkliwie odczuć brak drugiego człowieka, dlatego nie warto wykłócać się o błahostki, a już na pewno nie wolno innych poniżać, bo tak naprawdę nie wiadomo, kiedy los zakpi sobie z nas i pokaże nasz błąd niczym w lustrze, co może okazać się niezwykle bolesne, a nam przynieść ogromny wstyd i poczucie winy. Małgorzata Musierowicz zadbała także o niemal każdą z wigilijnych tradycji. Autorka wplotła bowiem w fabułę powieści nie tylko potrzebę przygotowania smakowitych wigilijnych potraw, ale przede wszystkim pokazała, że puste miejsce przy stole wcale nie musi być jedynie tradycją. Właśnie na to zwróciłam szczególną uwagę podczas czytania.  

Oprócz powyższego, w Noelce czytelnik spotyka różne rodziny o różnych statusach majątkowych. Tak więc nasi bohaterowie – szczególnie Gwiazdor i Aniołek – muszą zmierzyć się z rozmaitymi uczuciami, które rodzą się w ich sercach w trakcie wizyt w poszczególnych mieszkaniach. Moim zdaniem nie chodzi tutaj jedynie o sposób spędzania Bożego Narodzenia przez każdą z tych rodzin, lecz generalnie o styl życia, jaki prowadzą na co dzień. Przecież Święta miną, a oni będą musieli nadal żyć. Jedni w bogactwie, zaś inni w biedzie, choć w Święta mogło wydawać się, że jest inaczej, bo przecież były prezenty, które sprawiły mnóstwo radości najmłodszym. Tak więc Noelka to powieść w sam raz na czas Bożego Narodzenia, natomiast przesłanie, które wypływa z fabuły powieści wcale nie musi odnosić się jedynie do Świąt.










środa, 2 grudnia 2015

Agatha Christie – „Morderstwo w Boże Narodzenie”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 1995
Tytuł oryginału: Hercule Poirot’s Christams
Przekład: Andrzej Milcarz




Święta Bożego Narodzenia generalnie kojarzą nam się ze spotkaniami w gronie rodzinnym. Członkowie tej samej familii, którzy zazwyczaj rozproszeni są po całym kraju, albo nawet i świecie, zjeżdżają się do domu seniorów rodu, aby wspólnie świętować i opowiadać o tym, co też takiego ciekawego dzieje się w ich zabieganym życiu. Czasami przechwalają się swoimi osobistymi lub zawodowymi sukcesami, aby tylko wzbudzić w ten sposób zazdrość u pozostałych członków rodziny, czyli u tych, którym w życiu nie za bardzo wyszło. Wszystkie te przechwałki niekoniecznie muszą mijać się z prawdą. Tymczasem inni siedzą sobie cichutko przy wigilijnym stole i tylko przysłuchują się tym niewiarygodnym opowieściom. Z jednej strony faktycznie mogą nie mieć się czym pochwalić, ale z drugiej brak uczestnictwa w rozmowie może też wynikać z ich charakteru. Być może są zbyt skromni, aby uprawiać autopromocję w obecności własnej rodziny?

Boże Narodzenie to także czas, kiedy niektórzy ludzie chcą pozałatwiać sprawy z przeszłości. Możliwe, że czują, iż ich czas już nadchodzi i nie chcieliby pozostawiać po sobie jakichś niedomówień i nierozwiązanych problemów. Czasami ktoś pragnie wyciągnąć rękę na zgodę do kogoś, z kim wiele lat temu poważnie się pokłócił. Ale są i tacy, którzy rodzinne spotkania wykorzystują do tego, żeby jeszcze bardziej poróżnić się z bliskimi. Dlaczego? Co daje im takie zachowanie? Czy wtedy poczują się lepiej? Czy sprawianie komuś przykrości stanowi sens ich życia? No cóż, trzeba przyznać, że tacy ludzie też istnieją, a ich złośliwość niekiedy osiąga naprawdę ogromne rozmiary.

Wyd. Phantom Press International
Gdańsk 1992
tłum. Barbara Jabłońska
Przenieśmy się zatem do angielskiej posiadłości Garston Hall. To tutaj od wielu, wielu lat mieszka rodzina Lee. Seniorem rodu jest Simeon Lee, który pod jednym dachem przebywa ze swoim najstarszym synem Alfredem oraz jego żoną Lydią. Oczywiście jak przystało na starą posiadłość z tradycjami, jest również służba, która każdego dnia dba o to, aby państwu niczego nie brakowało. Schorowany staruszek Simeon Lee to jeden z tych mężczyzn, którzy nie folgowali sobie w młodości. Jego przeszłość jest niezwykle bogata w wydarzenia, które daleko odbiegały od powszechnie przyjętych konwenansów. Ale z drugiej strony wiadomo przecież, że w tamtych czasach, czyli gdzieś tak na przełomie XIX i XX wieku mężczyznom naprawdę wiele uchodziło na sucho. To kobieta musiała wciąż na siebie uważać, aby przypadkiem nie wywołać obyczajowego skandalu i nie zostać usunięta z towarzystwa. Natomiast sam Simeon Lee zamiast oblewać się rumieńcem wstydu na każde wspomnienie swoich młodzieńczych wybryków, tak naprawdę szczyci się nimi i chętnie o nich opowiada każdemu, kto tylko chce słuchać.

Mamy lata 30. XX wieku, a nasz senior rodu Lee pragnie zgromadzić w swoim domu całą rodzinę. Na chwilę obecną są to synowie, ich żony oraz anonimowa dotąd wnuczka z Hiszpanii. I tak oto do Garston Hall przybywają: prowadzący hulaszczy tryb życia Harry, który nigdy się nie ożenił; George piastujący urząd posła do parlamentu z okręgu Westeringham – czym oczywiście bardzo się szczyci – oraz jego sporo młodsza żona Magdalena; wrażliwy i sentymentalny David wraz z małżonką Hildą, a także wspomniana już hiszpańska wnuczka Simeona – Pilar Estravados, która jest córką zmarłej kilka lat wcześniej córki naszego seniora rodu. Do posiadłości zupełnie nieoczekiwanie przyjeżdża również syn przyjaciela Simeona Lee – Stephen Farr. Ojciec Stephena dawno temu prowadził interesy razem z głównym bohaterem, więc teraz – po śmierci rodziciela – mężczyzna pragnie poznać człowieka, który był tak bardzo ważny dla starego Farra.

Jak na razie nic nie wskazuje na to, że już niedługo wydarzy się tragedia. Wszyscy bohaterowie przebywający w Garston Hall próbują nawiązać ze sobą kontakt, co oczywiście wychodzi im z różnym skutkiem. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie wszyscy pałają do siebie wzajemnie sympatią, pomimo że należą do tej samej rodziny. Jedni mają w pamięci krzywdy, które wyrządzono im jakiś czas temu, zaś inni usiłują robić dobrą minę do złej gry i wpasować się w klimat zbliżających się świąt. Kiedy wydaje się, że jakoś uda im się przeżyć Boże Narodzenie, dochodzi do… brutalnego morderstwa. Otóż w przedświąteczny wieczór w niezwykle bestialski sposób zostaje zamordowany Simeon Lee. Każda z osób przebywających w posiadłości w momencie dokonania zabójstwa słyszy przerażający krzyk, który można jedynie porównać do dźwięku wydawanego przez zarzynaną świnię. Gdy już mija pierwszy wstrząs wszyscy biegną w kierunku pokoju seniora rodu, a tam ich oczom ukazuje się przerażający widok. Simeon Lee leży w kałuży krwi z poderżniętym gardłem. Kto zatem zabił, skoro wszyscy przebywali w innej części domu niż gabinet Simeona? Gdzie podział się morderca? Jak udało mu się uciec, skoro na pierwszy rzut oka wygląda, że nie miał na to najmniejszych szans?

Wydanie z 2011 roku
Po dokonaniu tego makabrycznego odkrycia natychmiast zostaje zawiadomiona policja. Śledztwo prowadzi pułkownik Johnson oraz inspektor Sugden. Niemniej zbieg okoliczności sprawia, że do sprawy zostaje włączony niezawodny Herkules Poirot. I tak oto rozpoczyna się seria niekończących się przesłuchań. Każda z osób przebywających w Garston Hall zostaje poddana wnikliwej ocenie. Mordercą może okazać się praktycznie każdy. Wszyscy bohaterowie mogli mieć powód do tego, aby pozbyć się raz na zawsze seniora rodu, który nie był przecież powszechnie lubiany. Ileż to złośliwych uwag rodzina i znajomi usłyszeli od tego człowieka! W dodatku jeszcze te miliony, których dorobił się na swoich szemranych interesach! Nikt nawet nie przypuszczał, jak wiele osób żyjących wokół staruszka życzyło mu źle. Teraz należy już tylko mieć nadzieję, że detektyw Herkules Poirot jak najszybciej wpadnie na trop mordercy i doprowadzi go za kratki.

Do tej pory praktycznie nie sięgałam po książki Agathy Christie, z wyjątkiem dwóch powieści obyczajowych (W samotności i Róża i cis). Muszę przyznać, że Morderstwo w Boże Narodzenie to kryminał, który całkiem dobrze się czyta. Książka została też wydana pod tytułem Boże Narodzenie Herkulesa Poirot, więc niektórzy czytelnicy na pewno znają ją w nieco innej wersji niż ta, którą dane mi było przeczytać. Na pewno nie jest to kryminał, do jakich przyzwyczaili nas współcześni pisarze. Książki Agathy Christie są bowiem napisane w tak zwanym „starym stylu”, który jest niesamowicie ciekawy i pozwala czytelnikowi przenieść się w przeszłość. Choć w tytule mamy Boże Narodzenie, to jednak próżno szukać w tej historii opisu świątecznych tradycji czy angielskich zwyczajów towarzyszących właśnie Bożemu Narodzeniu. Autorka, a wraz z nią bohaterowie, których wykreowała, całą uwagę skupili na dokonanym morderstwie oraz drodze do odnalezienia winnego tej makabrycznej zbrodni. Co ciekawe, głównym bohaterem niezmiennie pozostaje Simeon Lee, zaś nie postać, która „żyje”. 

Zakończenie kryminału jest niezwykle zaskakujące. Prawdę powiedziawszy przez większą część książki zastanawiałam się, kim jest morderca, dlaczego zabił i jaki miał ku temu powód. Bardzo polubiłam Herkulesa Poirot, którego nie spotkałam w powieściach obyczajowych Agathy Christie. Jak wynika z dedykacji, którą Autorka umieściła na początku książki i którą skierowała do swojego szwagra Jamesa, Morderstwo w Boże Narodzenie jest jednym z tych „krwawszych kryminałów”. Najprawdopodobniej James uskarżał się wcześniej, że Agatha pisze zbyt delikatnie, więc tym razem dostał prezent w postaci historii, która może nie mrozi krwi w żyłach współczesnemu czytelnikowi, ale bez wątpienia bardzo wciąga w wir wydarzeń. Myślę jednak, że czytelnika z lat 30. XX wieku ta powieść mogła naprawdę przerazić. Na podstawie książki zrealizowano także serial z niezrównanym Davidem Suchetem w roli detektywa Herkulesa Poirot. Premiera serialu miała miejsce w 1994 roku.