Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

czwartek, 25 sierpnia 2016

„Słodka bomba Silly” jest moim prywatnym wołaniem o pokój na świecie...









ROZMOWA Z MARCINEM BRZOSTOWSKIM



Marcin Brzostowski zadebiutował w 2002 roku jako autor powieści „Pozytywnie nieobliczalni”. Na swoim koncie ma również takie tytuły, jak: „Zemsta kobiet”, „Słodka bomba Silly”, „Złote spinki Jeffreya Banksa” czy „Szach-Mat!, czyli Szafa wychodzi, ja zostaję”. Jest także autorem kilku opowiadań, z których najbardziej znane to: „Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki” i „Mroczna tajemnica sgt. Adeli White”. Niektóre z jego książek zostały przetłumaczone na język angielski. Swoje utwory Marcin Brzostowski wydaje przede wszystkim w formie e-booków, lecz ostatnio można je nabyć również w wersji papierowej. Autor jest też laureatem konkursów literackich. Niedawno na rynku wydawniczym pojawiło się wznowienie powieści zatytułowanej „Podpalę wasze serca!”. Historie, które tworzy cechuje przede wszystkim absurd, groteska i surrealizm.



Agnes A. Rose: Witam Cię serdecznie na moim blogu i cieszę się, że wreszcie mamy okazję porozmawiać o Twojej twórczości. Niedawno wydałeś książkę, w której w dość oryginalny sposób poruszasz kwestię pracy w korporacji. Nie jest to pierwsza powieść dotycząca tego problemu, ponieważ już Twój debiut „Pozytywnie nieobliczalni” odnosił się do – delikatnie mówiąc – złego traktowania ludzi pracujących w korporacjach. Dlaczego tak bardzo nie lubisz korporacji? Czy te dwie powieści to forma protestu przeciwko wyzyskowi pracowników?

Marcin Brzostowski: Przede wszystkim jest mi bardzo miło, że zaprosiłaś mnie do rozmowy i postaram się jak najbardziej szczerze odpowiedzieć na Twoje pytania. Odnośnie do pracy w korporacji, to co nieco wiem na ten temat. Chociaż nie pracowałem w klasycznej korporacji, to z racji wykonywanego zawodu (prawnik) udało mi się wiele rzeczy podpatrzeć lub pośrednio albo bezpośrednio brać w nich udział. Trwało to dobrych parę lat, dlatego posiadam na ten temat jakąś tam wiedzę. Z tego, co widziałem i słyszałem praca w tak zwanej korporacji przypomina ściśle strzeżony obóz pracy, a stosunki w nim panujące ciężko nazwać w parlamentarny sposób. Znam jednak ludzi, którzy kochają pracę w korporacji i doskonale się w niej odnajdują, chociaż dla mnie jest to sytuacja nie do przyjęcia. Jeśli ktoś chce poczuć, jak wygląda praca w korporacji i co może ona uczynić z człowiekiem w niej pracującym, niech koniecznie zobaczy film „Podziemny krąg”. Szczerze polecam.

AAR: Jak już wspomniałam wyżej, Twoją twórczość charakteryzuje przede wszystkim absurd, groteska i surrealizm. Dlaczego? Czy uważasz, że w ten sposób łatwiej jest dotrzeć do czytelnika i pokazać mu prawdziwy obraz problemu?

MB: Od wielu lat jestem jedynym reprezentantem grupy artystycznej GAS, co oznacza – groteska, absurd, surrealizm. Do tej pory nikt nie chciał dołączyć do grupy, co oznacza, że ludzie wolą konfrontować rzeczywistość w wymiarze 1:1. Mnie taki ogląd świata nie odpowiada, gdyż to, co widzę na co dzień nazwałbym zwyczajną deformacją. Nie wierzę w literaturę, gdzie ona kocha jego, a on jej jeszcze nie bardzo, czy też w zombie, które atakują polskie społeczeństwo zgromadzone nad weekendowym grillem. Świat, który widzę jest właśnie przez ludzi i społeczeństwo deformowany. Brak w nim jasnych zasad postępowania oraz reguł, które rządziłyby tym światem. Dzisiaj zwycięża cwaniactwo, chodzenie na łatwiznę, wykorzystywanie człowieka przez człowieka, a nade wszystko mamy do czynienia z zanikiem tak zwanych wartości niematerialnych. Świat, w którym żyjemy jest kompletnie zdeformowany, chociaż wszystkim dookoła wydaje się, że jest dokładnie na odwrót. Niestety, nie łapię się na ten lep i nie będę udawał, że wszystko jest OK, a ludzie są piękni i mądrzy. Może właśnie stąd moje zamiłowanie do groteski, absurdu i surrealizmu, które tak naprawdę są jedynym sensownym kluczem do odczytywania polskiej rzeczywistości. Natomiast moje pisanie dzielę na dwa nurty: ten weselszy („Zemsta kobiet”, „Złote spinki Jeffreya Banksa”) oraz ten bardziej dosadny, surowszy („Podpalę wasze serca!”).

O książce
AAR: Twoi bohaterowie to naprawdę oryginalne postacie. Czy są one czysto fikcyjne, czy może wzorujesz się na kimś, kogo spotkałeś w życiu?  Bo pomysły na fabułę chyba jednak czerpiesz z życia. Mam rację?

MB: I tak, i nie. Tak, bo żyję i obserwuję co się dzieje wokół mnie, a zdecydowanie nie, ponieważ nie opisuję tego, co widzę, tylko wymyślam zapisywane przeze mnie historie. Nie jestem dziennikarzem. To niestety wytwory mojego umysłu.

AAR: Niektóre z Twoich książek zostały przetłumaczone na język angielski. Czy widzisz różnicę w ich odbiorze przez czytelników polskich i anglojęzycznych?

MB: Szczerze mówiąc, niewiele mogę powiedzieć na ten temat, gdyż znam dosłownie kilka reakcji osób, które nie są Polakami. Jednak generalnie odbiór jest bardzo podobny w Polsce, jak i za granicą. Czyli są zwolennicy, ale są także osoby, które wysłałyby mnie na zieloną trawkę.

AAR: Co tak naprawdę chciałbyś przekazać czytelnikom poprzez swoje książki?

MB: To wszystko zależy od tematu książki. Na przykład w „Pozytywnie nieobliczalnych”, czy w „Podpalę wasze serca!” chcę pokazać, że praca w korporacji nie musi być jedynym sposobem na życie. No chyba, że ktoś lubi wyścig szczurów – to niech wtedy się ściga ze wszystkimi i o wszystko. Z kolei „Słodka bomba Silly” jest moim prywatnym wołaniem o pokój na świecie. Chciałem w tej książce przekazać, że od ludzkiej głupoty i małości jest tylko krok do wywołania kolejnego konfliktu zbrojnego, w którym zginą tak zwani zwykli, szarzy ludzie, a nie ich przywódcy. Przecież to jest horror i dzieje się to każdego dnia!

AAR: Tak sobie myślę, że chyba największą popularnością cieszyła się i nadal cieszy właśnie „Słodka bomba Silly”. Czytelnicy wciąż pamiętają o tej książce i praktycznie przy okazji każdego wywiadu jesteś o nią pytany. Nie będę więc oryginalna i zapytam skąd pomysł na stworzenie tak nietypowej bohaterki i fabuły, która daje naprawdę sporo do myślenia?

O książce
MB: Dziękuję za miłe słowa o „Bombie”, która rzeczywiście zapadła niektórym w pamięć. A skąd się wzięła? Po prostu ją wymyśliłem. Chciałem napisać książkę o największej głupocie świata jaką jest wywoływanie oraz prowadzenie wojny. Wiem, że to mało oryginalny pomysł, ale z nami jest coś ostro nie tak. Powstało przecież wiele książek, filmów czy obrazów, które piętnują wojnę jako sposób rozwiązywania sytuacji konfliktowych, a jednocześnie te wojny wciąż wybuchają. To jest dopiero absurd! A dzieje się to dokładnie każdego dnia. Kiedy pomyślę, że zaczynam jeść zupę, czekam na schabowego z kapustą i w końcu go zjadam, a w tym samym czasie bombarduje się bezbronne miasta i wsie na całym świecie, to naprawdę odechciewa się jakiejkolwiek konsumpcji. I to na bardzo długo. A słowo „człowiek” naprawdę nie brzmi dumnie.

AAR: „Złote spinki Jeffreya Banksa” to lekka powieść sensacyjna z wątkiem gangsterskim, przy której czytelnik ma szansę na dobrą zabawę. Nie myślałeś nigdy, aby zmienić nieco swój styl pisania i stworzyć tak zwaną „poważną” powieść sensacyjną albo „poważny” kryminał?

MB: Zdecydowanie nie. Przecież jest tylu w Polsce i na świecie pisarzy, którzy tworzą powieści kryminalne. Nie mam ochoty dołączać do tego peletonu i tworzyć „kolejnych konstrukcji” pod hasłem – kto zabił albo kto ukradł. Mam wrażenie, że takich książek na rynku są tysiące. Jeśli myślę o kryminałach, to już bardziej o historiach gangsterskich, niż o „kolejnych odcinkach” Agaty Christie. Myślę, że w literaturze trzeba dodawać coś od siebie, a nie wpisywać się w trendy ogólnie obowiązujące. Wiem, że kryminały są modne, ale ta moda też kiedyś przeminie.

AAR: Kiedy po raz pierwszy pomyślałeś sobie: „Tak, będę wydawał e-booki!”, i co takiego zadecydowało o tym, że podjąłeś właśnie taką decyzję?

MB: Pierwszego e-booka wydałem w 2008 roku dzięki wyjątkowej uprzejmości Piotra Kowalczyka, który stał wówczas na czele wydawnictwa Indigo. Co ciekawe, Piotr Kowalczyk jest jedną z pierwszych w Polsce osób, które zwróciły się ku literaturze wydawanej w formie elektronicznej, czyli w formie e-booków (epub, mobi). Miałem dużo szczęścia, że trafiłem na Piotra i jego wydawnictwo. Dzięki temu odkryłem, że książka to także e-book i że przyszłość literatury jest bezpośrednio związana z rozwojem technicznym. Myślę, że za dwadzieścia, trzydzieści lat większość książek w Polsce to będą e-booki. W USA czy w Wielkiej Brytanii dużą część rynku książki stanowią już dziś publikacje wydawane w formie elektronicznej. Natomiast z badań rynku wynika, że w krajach wysoko rozwiniętych udział e-booków w ogólnym rynku książki już za kilka lat może stanowić nawet pięćdziesiąt procent tego rynku.

O książce
AAR: Chociaż jesteś zwolennikiem wydawania e-booków, to jednak Twoje dwie ostatnie książki ukazały się także w formie tradycyjnej. Co takiego się zmieniło? Postanowiłeś dać wreszcie szansę również książkom papierowym?

MB: Od zawsze daję szansę książkom papierowym, ale od kilku lat wydaję swoje utwory w wydawnictwie internetowym, które jest nastawione głównie na wydawanie e-booków. Skoro jednak pojawiła się szansa, aby oprócz e-booków wydać również książki na papierze, to rzecz jasna, skorzystałem z tej okazji.

AAR: Piszesz bardzo krótkie powieści, które z reguły nie przekraczają stu pięćdziesięciu stron. Kiedyś ktoś powiedział mi, że jeśli autor nie ma niczego ciekawego do powiedzenia na stu stronach, to i na pięciuset tego nie zrobi. Czy zgadzasz się z takim stwierdzeniem? Przecież na rynku wydawniczym dominują powieści o sporej objętości, a niektórzy wydawcy wręcz wymagają, aby książka była słusznych rozmiarów.

MB: Zgadzam się w stu procentach z postawioną powyżej tezą. O jakości książki nie może świadczyć ilość stron. To prawda, że nie piszę długich powieści, ale przyświeca mi idea, aby pisać treściwie i żeby przypadkiem „nie lać niepotrzebnej wody”. Nie znoszę książek, które są co prawda „fajne”, ale rozkręcają się dopiero około dwusetnej strony. Takie książki należałoby spalić, a ich piewców solidnie wyedukować. Jestem zdania, że o wartości książki nie świadczy ilość jej stron, tylko zawarte w niej treści. W dzisiejszych czasach dochodzi do absurdalnych sytuacji polegających na tym, że tak zwanych „krótkich książek” w ogóle się nie wydaje. Gdyby powyższe założenie było powszechnie stosowane, to nigdy w życiu nie mielibyśmy okazji przeczytać „Obcego” Alberta Camusa albo „Pociągów pod specjalnym nadzorem” Bohumila Hrabala. Dlatego warto przemyśleć raz jeszcze obowiązujące dziś trendy.

AAR: W Stanach Zjednoczonych e-booki są bardzo popularne zarówno wśród autorów, jak i czytelników. W ostatnim czasie w Polsce chyba też coś zaczyna się zmieniać w tej kwestii, ponieważ coraz częściej słyszy się, że ktoś kupił i przeczytał e-booka. Poza tym wydawcy obok książek papierowych publikują również ich wersje elektroniczne. Nawet niektóre biblioteki wprowadziły możliwość wypożyczania książek elektronicznych. Czy myślisz, że era e-booków zbliża się do nas wielkimi krokami? Przecież jeszcze nie tak dawno można było przeczytać w Internecie niekorzystne opinie na temat e-booków, szczególnie tych wydawanych na własny koszt, a ich autorzy byli wręcz uważani za grafomanów, których nikt nie chce wydawać, więc dla własnej satysfakcji publikują wersje elektroniczne swoich książek.

O książce
MB: Porównując rynek e-booków z 2008 roku ze stanem obecnym można odnieść wrażenie, że doszło do prawdziwej eksplozji. E-booków jest coraz więcej i są one coraz lepiej wydawane. Biorąc jednak pod uwagę stan czytelnictwa w Polsce, nie jest już tak wesoło. Niestety, znam mnóstwo ludzi, którzy wręcz gardzą e-bookami i twierdzą, że to rozrywka dla grafomanów, a prawdziwe książki są wydawane wyłącznie na papierze. Oczywiście, współczuję tym ludziom zaściankowego myślenia, ale takie są fakty. Dzięki takim postawom w niezwykle ciężkiej sytuacji znajdują się self-publisherzy, czyli osoby, które wydają na przykład e-booki we własnym zakresie, czyli nie w tradycyjnym wydawnictwie. O polskich self-publisherach mówi się niemal wyłącznie źle, chociaż w USA stanowią oni całkiem znaczącą część rynku e-booków. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości ludzie dadzą szansę e-bookom oraz ich twórcom (w tym także self-publisherom) i zrozumieją, że literatura może istnieć również w formie elektronicznej.

AAR: Czy uważasz, że powieść wydana w formie e-booka ma szansę stać się bestsellerem na równi z książką opublikowaną w wersji tradycyjnej?

MB: Myślę, że tak, ale na pewno nie w Polsce. W naszym kraju czyta się niewiele książek, a jeśli już, to książki szeroko reklamowane. Nie spotkałem się jeszcze z „widoczną” reklamą e-booków.

AAR: Jakich rad mógłbyś udzielić osobom, które chcą wydawać e-booki? W jaki sposób powinni je promować?

MB: Strasznie nie lubię udzielać rad, ponieważ każdy powinien znaleźć swoje rozwiązanie sam, które będzie mu najbardziej odpowiadało. Jeśli jednak miałbym komukolwiek doradzać, to poleciłbym w szczególności nawiązanie kontaktów z blogerami. Istnieją na szczęście ludzie, którzy czytają książki i dzielą się swoimi wrażeniami o nich w tak zwanej blogosferze. Z moich doświadczeń wynika, że warto z takimi osobami nawiązać kontakt i zwyczajnie poprosić ich o przeczytanie e-booka oraz wyrażenie opinii na jego temat na blogu. Trzeba być przygotowanym na odpowiedź odmowną (na przykład: „nie czytam e-booków”), ale myślę, że w zdecydowanej większości taka prośba spotka się z przychylnym odbiorem.

AAR: Odnoszę wrażenie, że w ostatnim czasie rynek wydawniczy zalewają książki, które – delikatnie mówiąc – nie są zbyt ambitne. I wiem, że w tym momencie narażę się wielu czytelnikom, ale mam na myśli wulgarne powieści erotyczne i źle napisane romanse. Niestety, zarówno wydawcy, jak i czytelnicy inwestują w tego rodzaju literaturę, zapominając, że książka powinna zostawiać w świadomości człowieka trwały ślad, zamiast być tylko zwykłym czytadłem, o którym za kilka dni nie będzie już pamiętał. Czy, Twoim zdaniem, jest szansa na to, aby coś w tej kwestii zmienić? Czy „piękna książka”, którą od tego roku zaczął promować Festiwal Pięknej Książki w Rzeszowie, odrodzi się jeszcze niczym Feniks z popiołów?

MB: Niestety, muszę się z Tobą zgodzić, że od wielu lat rynek wydawniczy jest zalany wręcz przez literaturę, której głównym adresatem są panie. Mam na myśli romanse, literaturę erotyczną, i tym podobne. Tych książek jest mnóstwo i mnożą się w zastraszającym tempie. A jak mówi słynne twierdzenie – „zły pieniądz wypiera dobry pieniądz”, dlatego coraz częściej można się spotkać z książkami, które stanowią kalkę książek wydanych już wcześniej. Bo przecież, ile może powstać książek, których fabuła oparta jest na schemacie, że on kocha ją, a ona jego nie bardzo, albo na odwrót. Poza tym istnieją tak zwane mody literackie, których przykładem w Polsce jest ogólnie panujący trend pisania powieści kryminalnych. I tu też się zastanawiam nad tym, ile może powstać książek, których fabuła sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, kto zabił lub ukradł. Nie oszukujmy się, ale ta moda na kryminały przypomina fabrykę, a jeśli mamy do czynienia z przemysłem, to trudno tu będzie mówić o oryginalności. Wiem, że powstają książki oryginalne, ale gdy nie wpisują się w ogólnie obowiązującą modę czytelniczą, to nikt o nich nie usłyszy. Bo albo ich nikt nie wyda, albo nie będą posiadały żadnej promocji. Wydawcy nie chcą ryzykować i nie inwestują w nieznanych autorów lub w dziwne tematy ich książek. Mam jednak nadzieję, że „piękna książka” będzie zwiastować pozytywną zmianę na rynku oraz w świadomości czytelników.





AAR: Wiem, że oprócz literatury, Twoją pasją jest również muzyka. Był taki czas, kiedy sam tworzyłeś muzykę. Nie tęsknisz za tym?

MB: Czasami tęsknię, ale to już zamknięty okres w moim życiu. Na szczęście pozostało kilka nagrań oraz pamięć o wielu koncertach i spotkanych dzięki nim ludziach. To było bardzo cenne i wartościowe doświadczenie.

AAR: A teraz tradycyjne pytanie, które zawsze zadaję pisarzom na koniec: pracujesz już nad nową książką czy może odpoczywasz i czekasz cierpliwie, aż wena twórcza zapuka do Twoich drzwi?

MB: Obecnie jestem na etapie oglądania zmagań naszych sportowców na Olimpiadzie w Rio, ale zaraz po jej zakończeniu zabieram się do pracy nad nową książką. Na razie nie chcę jednak zdradzać szczegółów.

AAR: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę Ci, abyś nadal z sukcesem realizował swoje pasje.

MB: Ja również dziękuję za wspaniałą rozmowę i życzę Ci spełnienia wszystkich Twoich literackich marzeń. Oby wszystko ułożyło się po Twojej myśli. Pozdrawiam.




Rozmowa i redakcja
Agnes A. Rose






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz