czwartek, 17 stycznia 2013

Średniowiecze – epoka (nie) tylko literacka







Średniowiecze to epoka, która zarówno w dziejach literatury, jak i historii jest mi chyba najbliższa. W Europie rozpoczęło się w 476 roku naszej ery, a zapoczątkował je upadek cesarstwa zachodnio-rzymskiego. Koniec epoki w dziejach Europy przypadł na koniec wieku XV i miał związek z takimi wydarzeniami jak: wynalezienie druku (1450 rok), upadek Konstantynopola (1453 rok) oraz odkrycie Ameryki (1492 rok). Do Polski średniowiecze dotarło w połowie X wieku (963 rok; pierwsza wzmianka o państwie Mieszka I) i trwało do końca XV wieku.


Średniowieczny skryba

Historia dzieli średniowiecze na trzy okresy, czyli wczesne (V-X wiek), rozkwit (XI-XIII wiek; czasy wypraw krzyżowych) oraz schyłek (XIV-XV wiek). W średniowieczu ogromną rolę odegrał przede wszystkim Kościół, który:

— tworzył kulturę duchową i materialną;
— był jedną z głównych potęg politycznych i dążył do utrzymania supremacji, tj. zwierzchnictwa w całym ówczesnym świecie;
— zapoczątkował rozwój oświaty i literatury;
— głosił, że jedynym celem człowieka na ziemi jest troska o zbawienie duszy i propagował życie w ascezie;
— uznawał, że najważniejsza nauka to scholastyka i teologia;
— krępował swobodny rozwój nauk teocentrycznym systemem dydaktycznym;
— negował cały dorobek antyku, uznając, że jest on pogański.

W średniowiecznej filozofii zasadniczą rolę odegrały trzy kierunki, czyli augustynizm, tomizm i franciszkanizm. Pierwszy z nich został stworzony przez jednego z Ojców Kościoła, św. Augustyna. Jego nauka ujmowała pozycję człowieka jako sytuację dramatyczną, ponieważ człowiek jako byt pośredni pomiędzy zwierzętami a aniołami znajduje się wciąż w pewnym wewnętrznym konflikcie. Z kolei tomizm to nauka głoszona przez św. Tomasza z Akwinu. Podobnie jak Augustyn zajmował się on sytuacją człowieka, lecz w jego poglądach nie przedstawiała się ona dramatycznie, ale harmonijnie. Miejsce, które zajmuje człowiek jest celowe i właściwe, gdyż może on świadomie dążyć do wyniesienia się na wyższy szczebel, czyli na tak zwaną drabinę bytów. Jest to więc dla człowieka szansa i od niego zależy czy z niej skorzysta. Ostatnim, trzecim, kierunkiem jest franciszkanizm wywodzący się z myśli i czynów św. Franciszka z Asyżu. Jego istotę stanowi wszechogarniająca miłość do człowieka i przyrody, życie w ubóstwie oraz zgoda, na to, co przynosi los.

Literatura okresu średniowiecza rozwijała się w dwóch kręgach, tj. w kręgu kościelnym i dworskim. Twórcami literatury kościelnej byli przede wszystkim duchowni posługujący się językiem łacińskim. Wśród podstawowych cech tego rodzaju literatury wymienia się:
  
— alegoryzm, czyli skłonność do obrazowego przedstawiania zjawisk i pojęć;
— charakter moralizatorski oraz dydaktyczny;
— przewagę treści religijnych.

Podstawowe gatunki literackie, które powstały w kręgu kościelnym to:

— żywoty świętych (hagiografia) będące działem piśmiennictwa i obejmujące fakty i legendy z życia świętych oraz męczenników;
— utwory apokryficzne, czyli takie o tematyce biblijnej, opowiadające najczęściej o życiu Świętej Rodziny, natomiast ze względu na przewagę fikcji literackiej utwory te nie są zaliczane do kanonu biblijnego;
— pieśni religijne, głównie hymny;
— kroniki, czyli chronologiczny zapis wydarzeń z życia Kościoła i państwa.

NetPress Digital (2008)
Ideał ascety w Legendzie o św. Aleksym

Legenda o św. Aleksym to utwór anonimowy, który powstał prawdopodobnie na przełomie V i VI wieku na Bliskim Wschodzie. W X wieku utwór przywędrował do Europy, gdzie św. Aleksy otoczony był wielkim kultem. Polski przekład legendy datuje się na połowę XV wieku. Święty Aleksy pochodził z bogatej rodziny książęcej. Wyróżniał się przede wszystkim zasadami chrześcijańskimi, które przejął od swoich rodziców. Tak więc zgodnie z ich wolą pewnego dnia poślubił córkę cesarza. Jednak związek ten nie okazał się być dla niego szczęśliwy. Już w noc poślubną Aleksy porzucił swoją małżonkę, zabrał ze sobą bogactwa i odpłynął okrętem w podróż. Podczas owej podróży rozdał swoje bogactwo żebrakom, a sam rozpoczął żebracze życie. W ten oto sposób Aleksy podjął ascetyczny tryb życia, w imię Boga wyrzekając się wszelkich dóbr doczesnych. Po licznych przygodach i cudach, jakie miały miejsce podczas jego podróży, Aleksy znów trafił pod bramy domu rodzinnego. Jednak jako żebrak nie został rozpoznany przez rodzinę. Siedział więc w nieczystościach i żywił się odpadkami z ojcowskiego stołu. Takie umartwianie i narażanie się na ciągłe upokarzanie przez innych trwało przez wiele lat. W końcu Aleksy umarł, lecz przed śmiercią zdążył jeszcze spisać dzieje swojego życia. Po jego odejściu miały miejsce liczne cuda, a do jego ziemskich szczątek pielgrzymowali ludzie.

Asceza św. Aleksego polegała przede wszystkim na tym, iż wyrzekł się on wszystkiego, co miał na ziemi: żony, godności, chwały, rozgłosu, własnego kraju i miasta, rodziny oraz osobistego szczęścia. Jego cierpienie było pasmem wyrzeczeń, aby tym samym otworzyć sobie drogę do Nieba i doświadczyć zbawienia. Jednak z drugiej strony można przyjąć, że postępowanie Aleksego było negatywne wobec innych ludzi, ponieważ cechował je egoizm i myślenie jedynie o sobie. Tak naprawdę była to jego własna droga do osiągnięcia zbawienia.

 Słownik pojęć kultury i filozofii Średniowiecza:

Teocentryzm (z gr. theos – bóg) to pogląd sprowadzający całokształt ludzkich spraw do Boga jako jedynej i najwyższej wartości. Celom pozaziemskim podporządkowano wszystkie dziedziny życia i działalności człowieka.

Asceza to dobrowolne i metodyczne ograniczanie własnych potrzeb życiowych, surowy tryb życia, umartwianie duszy i ciała; postawę ascezy Kościół propagował jako niezawodny środek uzyskania zbawienia.

Herezja to pogląd religijny sprzeczny z dogmatami religii panującej, odstępstwo od poglądów powszechnie przyjętych.

Scholastyka to główny kierunek filozofii średniowiecznej dążący do rozumowego udowodnienia słuszności dogmatów religijnych; jako podstawowej metody scholastycy używali logiki wypracowanej przez Arystotelesa.





wtorek, 1 stycznia 2013

Dla młodych czytelników pisze mi się łatwiej...




LITERAT STYCZNIA 2013


ROZMOWA Z LIDIĄ MIŚ-NOWAK


Pisarka, właścicielka rzeszowskiego wydawnictwa Dreams. Debiutowała w 2004 roku baśnią dla dzieci „Odwiedzając czarownice”. Kilkakrotnie otrzymała dyplom uznania za życzliwość i wsparcie dla kampanii społecznej „Cała Polska Czyta Dzieciom”. Uczestniczka centralnej inauguracji VIII Ogólnopolskiego Tygodnia Czytania Dzieciom Fundacji ABCXXI. W grudniu 2010 roku za książkę „Opowieści biblijne dziadzia Józefa” otrzymała nominację oraz główną nagrodę w konkursie portalu granice.pl w kategoriach: „Najlepsza książka na gwiazdkę” i „Najlepsza książka na zimę 2010” (wyróżnienie jury). W marcu 2011 roku książka ta zdobyła I miejsce w rankingu Książek Roku 2010, w kategorii Książek Dla Najmłodszych.



Agnes Anne Rose: Witam Panią serdecznie na moim blogu i dziękuję za przyjęcie zaproszenia w ramach cyklu Literat Miesiąca. Jest Pani pisarką, która specjalizuje się w tworzeniu literatury dla dzieci i młodzieży. Co skłoniło Panią do ukierunkowania swoich umiejętności literackich właśnie na tę grupę czytelników?

Lidia Miś-Nowak: Witam noworocznie. Tak, piszę przede wszystkim dla dzieci. W zasadzie popełniłam kilka książek dla dorosłych, dwie z nich obecnie przerabiam na scenariusz filmowy, ale jeszcze ich nie wydałam. Dla młodych czytelników pisze mi się łatwiej, pewnie dlatego, że sama nadal czuję się małą dziewczynką. Poza tym pisałam od dziecka. Miałam bodajże osiem lat, gdy po raz pierwszy usiadłam za biurkiem z zamiarem napisania książki. Inspirują mnie też moje córki (Julia 14 i Brygida 17 lat). To przed nimi zaczęłam roztaczać baśniowe wizje, które później przypadły do gustu szerszemu gronu czytelników.




AAR: Pani debiut literacki miał miejsce w 2004 roku, kiedy to ukazała się baśń dla dzieci pod tytułem „Odwiedzając czarownice”. Rok później została ona uznana jako najlepszy Debiut Prozatorski Podkarpacia, natomiast w 2012 roku baśń adaptowano na sztukę teatralną. Nadmienię jeszcze, że książka niedawno trafiła również na włoski rynek wydawniczy. Czy kiedy tworzyła Pani tę opowieść myślała Pani o tym, że ta książka odniesie tak wielki sukces?

LMN: Muszę sprostować jedną informację, którą Internauci opacznie zrozumieli. Mianowicie dotyczącą wejścia książki „Odwiedzając czarownice” na włoski rynek wydawniczy. Otóż trzecie wydanie książki miało swoją premierę na Targach Książki Dziecięcej i Młodzieżowej w Bolonii we Włoszech. To była premiera polskiej wersji językowej na stoisku Wydawnictwa Dreams. Nie oznacza to, że książka doczekała się przekładu. Ale rzeczywiście, dzieje się z nią wiele dobrego. Czasami wydaje mi się, że jest zaczarowana, że emanuje czymś niezwykłym. Bo wszystko tu było tajemnicze i zaczarowane. Od tego czaru zaczarowała się nawet ta baśń. Ta, którą właśnie czytasz. Książka nie miała kampanii reklamowej; w jej przypadku działają jakieś inne siły, które nie do końca rozumiem, ale też nie staram się ich pojąć. Cieszy mnie, że po prostu działają. Pewnego dnia dzwoni telefon i dowiaduję się, że dyrektor teatru chce adaptować ją na sztukę. Innym razem otrzymuję informację, że książka uczestniczy w ogólnopolskiej grze miejskiej „Pięć minut dla książki. Następnie kontaktuje się ze mną dziennikarz Polskiego Radia programu pierwszego, informując mnie, że chcą ją czytać na antenie. Teraz ubiega się o nią angielski rynek wydawniczy dla Polonii. Maciej Zakościelny z fundacji im. Kaliny Jędrusik „Kalinowe serce” pragnie zorganizować spotkanie autorskie. To miłe, widzieć jak moje dziecko ewoluuje. To cieszy.

AAR: Mam wrażenie, że prawdziwym hitem w dziedzinie literatury dziecięcej stały się „Opowieści biblijne dziadzia Józefa”. Ta pozycja wciąż cieszy się ogromną popularnością wśród najmłodszych czytelników, a także jest doceniana nie tylko przez jury na wszelkiego rodzaju imprezach związanych z literaturą, ale także przez Internautów. Co takiego, Pani zdaniem jako autorki, jest tak wyjątkowego w tych opowieściach, że tak wiele osób je docenia?

LMN: Może to, że jest autobiograficzna? Pewnie Pani zapyta jakim cudem, przecież to opowieści biblijne?! Otóż wspominam w niej całe swoje dzieciństwo. Przede wszystkim mojego dziadka Józefa, który raczył nas, dzieci, pięknymi opisami z Biblii. Na każdy temat, na każdą okazję i psotę, na to wszystko co przydarzało się w naszym dziecięcym życiu, odnajdywał biblijną analogię. Mawiał: „Podobne zdarzenie miało miejsce w Biblii” i snuł opowieść. Tłumaczył nam niezrozumiałe opisy, a my zadawaliśmy mu całą masę pytań. Jak to jest, kiedy nie ma niczego? No bo jak dziecięcy umysł ma pojąć obraz stworzenia świata? To pewnie przez prosty język, jakim operuję, książka podoba się czytelnikom. A może ciekawi ich, jaka byłam będąc dzieckiem?

AAR: Jest Pani również autorką książki pod tytułem „Serce lasu”. Jest to zbiór sześciu baśniowych ksiąg, z których każda opisuje losy poszczególnych grup istot zamieszkujących las. Dlaczego akurat las stał się w tym przypadku centralnym miejscem akcji?

LMN: Uwielbiam przyrodę i stare kultury. Tę książkę oparłam na obrządkach Słowian. Znajdują się tu kult przyrody, Elfy, Trolle, Krasnale, Smoki i oczywiście Zielarka. Są też jednorożce oraz bogini lasu. Z wykształcenia jestem technikiem ogrodnikiem, mój tato pielęgnował ponad dziesięciohektarowy sad, który pokochałam od pierwszego wejrzenia, a który później przejęłam. Rosły w nim jabłka, wiśnie, śliwy, grusze. Jesienią snuły się mgły, a zimą drzewa zasypiały pod grubą pierzyną śniegu. Poza tym często wybieraliśmy się całą rodziną do lasu na grzyby. Wszyscy mieli nosy skierowane ku ziemi, a tymczasem ja dawałam upust swojej wyobraźni. Na przykład wyobrażałam sobie małego trolla, który wychyla się zza drzewa i łypie na mnie jednym okiem. Brałam ze sobą notesik i długopis, siadałam na omszałym pieńku i pisałam. Kiedyś przy takim pniu dostrzegłam jamę, a tuż przed nią rósł fioletowy grzyb. Bajecznie!

AAR: Czy myślała Pani kiedyś, aby któregoś dnia napisać powieść adresowaną do dorosłych czytelników? Jeśli tak, to czego ewentualnie mogłaby ona dotyczyć i jaki problem poruszać?

LMN: Tak, mam kilka napisanych, kilka w trakcie pisania i kilka w planach. Jedna z nich przyśniła mi się od początku do końca. To thriller pod tytułem „Kuracja S.N.U.”. Inna „Męski punkt widzenia” to komedia, farsa na życie małżeńskie. Główną bohaterką jest farmaceutka, Magda, która słyszy myśli swojego męża. Na ten pomysł wpadłam ponad dziesięć lat temu i zaraz go opisałam. Ciekawa byłam, co też krąży po głowie mojemu mężowi. Co w ogóle myśli żonaty facet na temat swojej żony, jej koleżanek, czy innych kobiet. Och, nie uwierzę, że któraś kobieta się nad tym nie zastanawiała. Tak więc, książka leży w szufladzie od dziesięciu lat. Ostatnio wyjęłam ją i zaczęłam przerabiać na scenariusz do filmu. Ta koncepcja była tematem mojej pracy w Krakowskiej Szkole Komunikacji Audiowizualnej, gdzie zdobywałam wiedzę z zakresu Scenariuszy Filmowych. Ostatnio wróciłam do mojej pierwszej powieści, która powstała jeszcze przed czarownicami i męskim punktem, pod tytułem „Córka driady, Klara”. Bardzo chciałabym ją wydać jako pierwszą.

AAR: Oprócz tworzenia literatury, prowadzi Pani także własne wydawnictwo o wiele mówiącej nazwie „Dreams”. Czy pomysł założenia własnego wydawnictwa ma swoje źródło w Pani miłości do literatury, czy może nagle stwierdziła Pani, że Podkarpacie potrzebuje właśnie takiego wydawnictwa, które zajmowałoby się publikacją beletrystyki?

LMN: To moje marzenie. Od dzieciństwa pragnęłam pisać i kochałam książki. Mój sad nie nadaje się już do uprawy, jest zbyt stary, a ja musiałam znaleźć nowy sposób na życie. Nie wahałam się ani minuty. Część ziemi sprzedałam pod dojazdowe drogi i wszystkie środki zainwestowałam w wydawnictwo. W ten sposób spełniłam swoje najskrytsze marzenie. Wiedziałam jakie książki chcę wydawać, świadoma też byłam tego, że to ciężki czas dla wydawnictw. Trudno wprowadzić na rynek nową firmę, czy nowy produkt, jeśli wszystkiego mamy w nadmiarze. W styczniu będziemy obchodzić trzecie urodziny. Wiele już mamy za sobą, ale jeszcze dużo przed nami. Wciąż marzę że podołamy, że się uda!

AAR: W ofercie Wydawnictwa można znaleźć nie tylko pozycje przeznaczone dla młodych czytelników, ale także książki skierowane do osób dorosłych, czego przykładem są thrillery autorstwa podkarpackiego pisarza, Janusza Koryla. Czy można przez to rozumieć, że Wydawnictwo Dreams będzie w przyszłości również skupiać się na tego typu powieściach?

LMN: Tak. Thrillery to mój ulubiony gatunek, jeśli chodzi o literaturę dla dorosłych. Poza tym, jako wydawnictwo będziemy uczestniczyć w ekranizacjach naszych książek. Chcę mieć wpływ na scenariusz, a jedną z książek Pana Janusza Koryla jest zainteresowany producent filmowy. Osobiście redagowałam powieści Pana Janusza właśnie pod tym kątem.




AAR: Wróćmy jednak do literatury dziecięcej i młodzieżowej. W ofercie Pani wydawnictwa dominują powieści fantasy. Czy ten fakt ma związek z Pani osobistą fascynacją tym gatunkiem literackim, czy może jest to zwykły przypadek?

LMN: Ma to związek z nurtem wydawniczym. A nurt określa nazwa Dreams. Wydajemy głównie powieści, w których świat realny przeplata się ze światem fantastycznym, nierzeczywistym. Nie publikujemy typowego fantasy, gdzie bohater wyrósł w swoim nierealnym świecie i w nim pozostaje. Nasi bohaterowie wywodzą się z naszego świata, lecz pod wpływem pewnych nieoczekiwanych wydarzeń zostają przeniesieni do światów innych, równoległych, bądź w czasie. W styczniu planujemy premierę powieści, która rzeczywiście w stu procentach zalicza się do fantasy „Tam, gdzie śpiewają drzewa” Laury Gallego. Książka w Hiszpanii w pierwszym roku sprzedała się w nakładzie ponad osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy! Ale tak naprawdę to tytuł przykuł moją uwagę i skłonił do zakupu praw. Dopiero później dotarły do nas dane sprzedażowe.

AAR: Wydawnictwo Dreams nie koncentruje się jedynie na utworach polskich autorów. Coraz częściej w ofercie pojawiają się powieści wychodzące spod pióra pisarzy obcych, jak na przykład Antonii Michaelis, Isabell Pfeiffer, Asi Greenhorn czy Mirjam Mous. Czy proces wprowadzenia na polski rynek wydawniczy utworów zagranicznych autorów jest trudny, czy może nie ma z tym większego problemu, skoro tak wiele wydawnictw decyduje się na tego rodzaju krok?

LMN: Trudny nie jest, lecz ryzykowny. Nie jest tani i pociąga za sobą wiele działań. Nie tylko trzeba być dokładnie zorientowanym, co gdzie jest hitem i czy to tylko hit na dany kraj, czy ma szansę stać się bestsellerem światowym. A może już jest takim bestsellerem? Wówczas trzeba szybko reagować, by konkurencja nas nie uprzedziła. Książkę należy zrecenzować zanim podpisze się umowy, omówić z recenzentem, wykluczając jego subiektywne odczucia i ustalić, czy jest zgodna z nurtem wydawnictwa. Kolejne kroki to przetłumaczenie, zakup ilustracji, okładki. Potem trzeba zaplanować marketing i złożyć książkę do druku. W przypadku powieści „Boy 7” Mirjam Mous wiedzieliśmy, że planowana jest ekranizacja. Natomiast „Baśniarz” Antonii Michaelis przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie sądziłam, że aż tak poruszy serca czytelników, gdyż dotyka trudnych tematów. Ja po przeczytaniu „Baśniarza” zaniemówiłam. Nie potrafiłam wypowiadać się na jej temat. Zapytana przez dyrektora ds. sprzedaży w największej polskiej firmie dystrybuującej książki o czym jest ta powieść, odpowiedziałam: „Nie umiem panu tego wyjaśnić, ale…” ale to będzie hit, chciałam dodać, lecz słowa uwięzły mi w gardle. Pamiętam, że inna pani ds. sprzedaży wzięła ją do ręki i oznajmiła: W takim razie będę ją musiała przeczytać osobiście. Później czekałam z zapartym tchem, co napiszą o niej inni. Jakie zdobędzie recenzje.

AAR: Obserwując Pani wydawnictwo można odnieść wrażenie, że rozwija się ono bardzo dynamicznie. Wystarczy spojrzeć na katalog lektur, jakie macie do zaoferowania czytelnikom. Czy, w związku z tym, nie planuje Pani rozszerzyć tej oferty jeszcze bardziej, na przykład o powieści z gatunku literatury kobiecej albo historycznej?

LMN: To zależy jaka to będzie książka. Jeśli mowa o literaturze kobiecej musi się ona zgrać z naszym nurtem. Nie każdą książkę dla kobiet przyjmiemy, choć mamy takie plany, aby i ten gatunek literacki wydawać. Jednak jak dotąd nie znaleźliśmy nic, co byłoby zgodne z naszym profilem. Pewnie pierwszym takim tytułem będzie mój „Męski punkt widzenia”. Ale szukamy też wśród bestsellerów światowych.

AAR: Gdzieś przeczytałam, że udzielała się Pani charytatywnie, biorąc aktywny udział w ogólnopolskiej akcji Cała Polska Czyta Dzieciom. Akcję promowała Pani na spotkaniach autorskich, a także odwiedzając placówki opiekuńczo-wychowawcze oraz spotykając się z chorymi dziećmi w szpitalach. Jakie pozytywne aspekty tego typu działalności może dziś Pani wymienić?

LMN: Angażuję się w takie działania od 2005 roku jako autorka. Również jako Wydawnictwo Dreams byliśmy organizatorem ogólnopolskiej akcji „Pięć minut dla książki” w Rzeszowie. Akcja ma na celu zwrócenie uwagi na czytelnictwo. Wiosną propagowaliśmy wyjście bibliotekarzy na ulice, zachęcając do czytania „Czytamy pod chmurką” w myśl hasła, że czytać można wszędzie i o każdej porze. Czytelnictwo z roku na rok spada. Statystyki są przerażające, więc jeśli tylko pozwala nam na to czas, chętnie bierzemy udział w takich imprezach.

AAR: Jako autorka i wydawca jest Pani niezwykle aktywną osobą. Jest Pani obecna praktycznie na każdych targach książki organizowanych w Polsce, a także wyjeżdża Pani za granicę, aby promować literaturę. Czy sądzi Pani, że to właśnie promocja i reklama są tymi elementami, które zachęcają czytelników do sięgnięcia po daną książkę? Bo przecież patrząc na ten problem z drugiej strony, osoba kochająca literaturę chyba nie musi być wciąż zasypywana reklamami w celu zachęcenia jej do czytania?

LMN: I tak, i nie. Ale jeśli ktoś tak kocha książki, jak ja, czy Pani, to chyba lubi wiedzieć co nowego w trawie piszczy. Czytelnicy chętnie spotkają się ze swoimi ulubionymi pisarzami na targach książki i wybiorą się na spotkanie autorskie, aby dowiedzieć się jak powstała ich ostatnia powieść. Działania promocyjne są wpisane w ich zakres działań. Studiowałam psychologię reklamy na wydziale ekonomicznym, mam wiedzę jak promować swoich autorów i chętnie z tej wiedzy korzystam. Staram się jednak nikomu niczego nie narzucać, gdyż przynosi to odwrotny efekt. Zachęcamy, informujemy, sprzyjamy takim spotkaniom, ale nic na siłę.

AAR: Stoimy u progu nowego roku. Tak więc chciałabym Panią zapytać jakie plany i postanowienia poczyniła Pani zarówno jako autorka, jak i wydawca? Jakie niespodzianki szykuje Pani dla swoich czytelników w kolejnym roku Pani działalności twórczej i wydawniczej?

LMN: Jeśli chodzi o plany wydawnicze, to zwiększamy publikację książek czterokrotnie. Mamy też zamiar wybudować nową siedzibę wraz z magazynami, bo już nie mieścimy się w obecnej. Pozostaje mi tylko życzyć sobie ciut więcej czasu. Mogłabym popracować nad swoimi powieściami i kilka z nich wydać, bo o tym marzyłam od dziecka. Wszystkie książki jakie wydajemy są przeze mnie czytane i podpisuję się pod nimi obiema rękami. Będą kontynuacje serii komediowych dla dzieci „Coolman i ja” i „Rodzina Pompadauz”, „Mumia Dummie” i ekranizowana w Niemczech „Yoko” o białym puchatym stworku Yeti. Dla młodzieży niebawem ukaże się nowa powieść Mirjam Mous pod tytułem „Password”, kontynuacja „Winter” Asi Greenhorn pod tytułem „Silver”. Pojawią się też nowe serie jak: „Denazen”, pierwsza część pod tytułem „Dotyk” oraz „Szept morza” inaugurująca nowy cykl. Planujemy wydać kolejną powieść autorki „Baśniarza” Antonii Michaelis, ale dopóki nie zamkniemy kontraktu, nie zdradzę tytułu. W każdym razie będzie się dużo działo, może też uda nam się zaprosić do Polski kilku znamienitych autorów oraz Państwa na spotkanie z nimi na targach książki.

AAR: Pani Lidio, bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i w imieniu swoim oraz czytelników Krainy Czytania życzę Pani w nowym roku spełnienia wszystkich marzeń zarówno tych zawodowych, jak również osobistych i z ogromną niecierpliwością będę wypatrywać kolejnych powieści wypuszczanych przez Pani wydawnictwo. Powieści na miarę „Baśniarza”, bo wierzę, że takowe na pewno się pojawią.

LMN: Dziękuję bardzo. Ja również pragnę złożyć najlepsze życzenia noworoczne Pani i wszystkim tym, którzy kochają książki oraz tym, którzy nie wiedzą, że je kochają i dopiero je pokochają. Cudownych, baśniowych dni w nowym 2013 roku. A jeśli zdarzyłyby się takie trochę gorsze, wówczas życzę oderwania się od szarości dnia i zatopienia w dobrej lekturze. Spełnienia najskrytszych marzeń!



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





sobota, 1 grudnia 2012

Powieść historyczna wymaga zgłębienia epoki i solidnych przygotowań...




LITERAT GRUDNIA 2012


ROZMOWA Z RENATĄ CZARNECKĄ


Renata Czarnecka debiutowała powieścią „Królowa w kolorze karminu”. Po „Signorze Fiorelli” wkroczyła w epokę oświecenia, która niesamowicie ją zauroczyła. Patrzyła na nią oczami ówczesnych bohaterek, czyli przede wszystkim Heleny Radziwiłłowej i Izabeli Czartoryskiej. Widziała ludzi rozdartych, szarpanych emocjami, nie-patriotów i nie-zdrajców. Żaden obraz nie był czarno-biały, lecz nasycony barwami. W trakcie pisania zawsze wspiera ją rodzina i to ona jest pierwszym czytelnikiem jej książek. W życiu kieruje się zasadą tolerancji i poszanowania. Jest zodiakalną rybą, absolwentką UMK. Mieszka w urokliwej miejscowości, w otoczeniu lasów. Uwielbia zwierzęta, przyrodę i oczywiście książki.



Agnes Anne Rose: Witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłaś się zostać Literatem Grudnia 2012. Może zacznę od tego, że specjalizujesz się w tworzeniu powieści historycznych. Tak sobie myślę, że to jednak poważne wyzwanie móc przenosić czytelnika w odległe czasy, które już dawno za nami. Dlaczego zdecydowałaś się akurat na ten gatunek literacki, a nie na przykład, na typową literaturę kobiecą, która ostatnio staje się coraz bardziej popularna?

Renata Czarnecka: Witam wszystkich serdecznie i dziękuję za zaproszenie. Piszę powieści historyczne, bo akurat historia mnie najbardziej pociąga. Bardzo lubię kostium, całą oprawę dawnych epok, i uważam, że fajnie jest pokazywać historię z perspektywy człowieka współczesnego, a w tej historii właśnie jednostkę.

AAR: Nie ukrywam, że bardzo interesuje mnie cały ten proces tworzenia powieści historycznych. Przypuszczam, że praca nad tego rodzaju literaturą odbywa się trochę inaczej, aniżeli w przypadku współczesnych powieści obyczajowych. Jak to wygląda u Ciebie? Czy dużo czasu zabiera Ci gromadzenie materiałów, które w efekcie posłużą Ci do skonstruowania interesującej fabuły?

RC: Tak, to zupełnie coś innego. Powieść historyczna wymaga zgłębienia epoki i solidnych przygotowań. Najpierw więc buszuję w książkach w poszukiwaniu czegoś, co mnie zainspiruje do stworzenia nowej powieści. To może być jakieś zdarzenie z przeszłości, osoba, ale bywa i tak, że już w trakcie pisania obecnej książki napotykam na coś, co staje się dla mnie inspiracją dla kolejnej powieści i już wiem, że o tym chciałabym pisać. Potem jest szukanie informacji na ten temat, zgłębianie tematu, które odbywa się przez cały czas pisania powieści, gdyż nieustannie mam wiele pytań i wątpliwości odnośnie do zdarzeń, epoki, ludzi, coś mi nie gra, coś jest niejasne, a więc trzeba szukać odpowiedzi, których czasem nie ma, a wtedy trzeba zdać się na własną intuicję. Tak więc praca nad powieścią zajmuje mi jakiś rok.

AAR: Wielu czytelnikom powieść historyczna kojarzy się z latami szkolnymi, kiedy pod presją nauczyciela musieli zapamiętywać szereg dat i wydarzeń z naszej przeszłości. Przyznam, że sama, czytając powieść historyczną nie chcę, aby przypominała tradycyjny podręcznik do nauki historii. Jak, w takim razie, sprawić, aby czytelnicy pozbywali się tego mylnego wrażenia?

RC: Powieść historyczna nie może być podręcznikiem historii. Pisząc, pamiętam, że to ludzie tworzą historię, nie odwrotnie. Ludzie tacy jak my, z ambicjami, z wadami, słabościami. I tych ludzi trzeba pokazać w wirze ich epoki, ich czasów. Rolą powieści historycznej nie jest nauczenie czytelnika historii, ale rozbudzenie zainteresowania tą historią, by zapragnął zgłębić zdarzenia, jakie ukazał autor, by dociekać, co jest prawdą, a co fikcją literacką. I to już jest sukces, gdy taki czytelnik przeczytawszy powieść historyczną, zajrzy do źródeł, by dowiedzieć się czegoś więcej o tamtych czasach, ludziach i zdarzeniach.

AAR: Przytoczenie w powieści faktów, które niegdyś w istocie miały miejsce to jedno, ale powołanie do życia na kartach książki postaci, które żyły setki lat temu, to już zupełnie inna sprawa. Przecież trzeba skonstruować dialogi, „włożyć w usta” bohaterów kwestie, które kiedyś naprawdę zostały wypowiedziane albo być może zostały wypowiedziane adekwatnie do sytuacji. Czy trudno jest ożywić takiego księcia czy króla, których znamy jedynie z podręczników do historii?

RC: A no właśnie. To podwójna robota, bo nie dość, że trzeba odtworzyć tło historyczne, to jeszcze postaciom, które żyły setki lat temu zabieram nazwisko, korzenie i tworzę na nowo, tworzę tak, by czytelnik uwierzył mi, że tacy byli. To nie jest łatwe. Nie jest możliwe przedstawić jakąś postać historyczną taką, jaką była ona w rzeczywistości, bo choć opieram się na źródłach historycznych, to tworzę bohaterów moimi oczami.

AAR: W Twoich powieściach często pojawia się ród Radziwiłłów. Przypuszczam, że może to wynikać z Twojej fascynacji tą dynastią. Czy tak właśnie jest w istocie, czy może zadziałał tutaj zwykły przypadek?

RC: Ogólnie uwielbiam poznawać dzieje dynastii, a co do Radziwiłłów, pierwsza moja powieść ich tyczyła, więc na nich musiałam się skupić. W renesansie był to ród dopiero wspinający się po drabinie kariery, ale w dalszych wiekach widzimy już ich rosnącą potęgę.

AAR: Kraków to miasto, które chyba większości z nas kojarzy się z monarchią. W powieści pod tytułem „Signora Fiorella, kapeluszniczka Królowej Bony” niezwykle wiernie odmalowałaś społeczeństwo szesnastowiecznego Krakowa. Jak Ci się to udało?

RC: Nie wiem, na ile mi się to udało, ale starałam się pokazać różnorodność Krakowa w tamtych czasach. Obok bogatych włoskich kupców i przepychu wawelskich komnat istniał drugi świat, był to świat ludzi, którzy musieli sobie jakoś radzić, zwykłych mieszczan, ludzi z półświatka, a także bogatych i biednych Żydów, a wszyscy oni byli ze sobą powiązani wzajemnymi zależnościami. Tak więc poszukiwałam książek, które pozwoliły mi poznać ówczesny Kraków.

AAR: „Królowa w kolorze karminu” to opowieść o wielkim romansie i małżeństwie Barbary Radziwiłłówny i Zygmunta Augusta. Historycy twierdzą, że tych dwoje ludzi praktycznie zmieniło bieg historii. Skąd, Twoim zdaniem, takie przekonanie?

RC: Może stąd, że Barbara Radziwiłłówna stała się jakimś fatum, które zawisło nad Zygmuntem Augustem, bowiem kolejna jego żona, Katarzyna z rodu Habsburgów, również nie urodziła królowi potomka, i szybko wyszło na jaw, że choruje na epilepsję, tak jak jej starsza siostra, Elżbieta. To małżeństwo trwające wiele lat było ogromnym ciężarem dla króla, który pragnął mieć syna, tymczasem miał związane ręce, bo papież nie godził się na unieważnienie małżeństwa z Katarzyną. I co ten biedny król miał robić? Brał sobie kochanki. Jedną z nich była słynna z urody i podobieństwa do Barbary Radziwiłłówny, Barbara Giżanka. Nie można jednak pominąć, że najprawdopodobniej król był bezpłodny a więc każde kolejne małżeństwo nie dałoby królowi dziedzica.

AAR: Która z Twoich powieści jest Ci najbliższa i dlaczego?

RC: Zdecydowanie „Królowa w kolorze karminu”. Najwięcej serca włożyłam w wykreowanie postaci Barbary Radziwiłłówny, bo i jej historia była bardzo tragiczna. Gdy wszystko tak pięknie szło i jej głowę przyozdobiła korona, w pół roku pożegnała się z życiem. Tworząc jej postać widziałam świat jej oczyma, pragnęłam pokazać dramat kobiety zależnej od woli mężczyzn, uwikłanej w rodzinne rozgrywki. Nie mogła stanowić o sobie, bo była kobietą. Po drugie ważną rolę odgrywały korzenie. Nie mogła więc powiedzieć, zrywam z wami, idę swoją drogą. Urodziła się jako Radziwiłłówna i należała do rodziny, to rodzina decydowała o niej. Jej pierwsze małżeństwo nie było szczęśliwe, ale przecież mariaż miał być tylko dobrze ubitym interesem, uczucia nie wchodziły w grę. Małżeństwo miało łączyć fortuny, pomnażać je i zwiększać wpływy. Barbara wiedziała, że takie jest jej przeznaczenie. Była z tym pogodzona, a jednocześnie była świadoma swojej niepospolitej urody i uroku, jaki roztaczała. Lubiła być podziwiana, była takim lekkoduchem, kobietą próżną, którą zmieniła miłość do króla. Zmieniła ich oboje. Ta korona na głowie Jagiellona jej ciążyła, przecież doskonale wiedziała, że nigdy nie zostanie małżonką króla, tak więc w Zygmuncie Auguście widziała mężczyznę, człowieka, który z wzajemnością ją pokochał. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że dla niej król gotów iść na wojnę z całym światem, z matką, senatorami, prymasem i szlachtą. I jeszcze jedna rzecz, nie sądzę, by tak było, jak niektórzy podają, że to bracia Barbary, Mikołaj Rudy i Czarny tylko czyhali na króla, by dać mu ultimatum, albo korona dla ich siostry, albo koniec romansu. Na to, sądzę, żaden z nich by się nie poważył. To od króla wyszła inicjatywa poślubienia Barbary. I ta miłość wyzwoliła Zygmunta Augusta spod kurateli i władzy matki, Bony Sforzy. To musiało ją zapiec, zaboleć, ten sprzeciw dotąd potulnego syna, który dla jakiejś Litwinki o niezbyt dobrej reputacji, chce wszystko poświęcić. Ale tak naprawdę to nie zła reputacja Barbary była przyczyną tej powszechnej nienawiści, ale obawa o wyniesienie Radziwiłłów.

AAR: Gdzieś przeczytałam, że piszesz tak, jak gdybyś osobiście znała bohaterów swoich książek. Gdybyś faktycznie miała taką możliwość, to z którą postacią historyczną umówiłabyś się na kawę? (śmiech)

RC: Trudny wybór. Na pewno z Barbarą Radziwiłłówną i księżną Heleną Radziwiłłową. Chciałabym zobaczyć jakie były naprawdę.

AAR: Czy jest jakiś szczególny okres w dziejach Polski, który chciałabyś wykorzystać w którejś ze swoich kolejnych powieści?

RC: Tak mocno tkwię w renesansie, że nie myślę teraz o innej epoce.

AAR: Gdybyś nagle miała możliwość przeniesienia się w czasie, to do której z epok chciałabyś trafić i dlaczego?

RC: Chciałabym znaleźć się na Wawelu, krótko przed śmiercią Barbary Radziwiłłówny, by posłuchać o czym szeptano w jej pokojach, w korytarzach, gdy już nie mogła się bronić przed zgrają nieprzychylnych jej ludzi czekających na jej śmierć, a jedynym człowiekiem, który jej bronił był król. Wyobrażam sobie jej samotność, gdy bliscy ludzie, dworzanie, damy dworu zaczęli odsuwać się od niej, nie mogąc znieść smrodu gnijącego ciała, a także jej złego nastroju i wybuchów złości, co było wynikiem cierpienia, gdy z pięknej kobiety pozostał już tylko szkielet obleczony skórą, cień człowieka. Ciekawie też byłoby znaleźć się na ulicach Warszawy 17 kwietnia 1794 roku w dniu wybuchu powstania przeciwko Rosjanom, a także później. Cały ten okres od wybuchu powstania do listopada, gdy do stolicy wkroczył Suworow jest szalenie ciekawy. Pisząc o tych zdarzeniach, czułam całą grozę, ten wielki strach jaki towarzyszył warszawiakom obserwującym z okien pałaców i domów tego wielkiego wodza, który, aby złamać warszawiaków wymordował dwadzieścia tysięcy prażan. Widok kozaków zaglądających do okien i liczących na łup, musiał budzić przerażenie.

AAR: W jaki sposób zachęciłabyś czytelników do sięgania po powieści historyczne, bo tak naprawdę są to lektury niezwykle wartościowe, a jednak w pewien sposób traktowane po macoszemu?

RC: Powiedziałabym: Nie bójcie się historii, nie uprzedzajcie się do niej, historia nie jest nudna, bo historię tworzyli ludzie.

AAR: Nad czym teraz pracuje Renata Czarnecka i kiedy wielbiciele powieści historycznych i Twojego talentu mogą spodziewać się kolejnej fascynującej lekcji historii?

RC: Obecnie piszę powieść o Bonie Sforzy. Jej życiorys jest gotowym scenariuszem na świetny film i doskonałym tematem na powieść. Mało kto wie, jak wiele zaznała w dzieciństwie tragedii i tułaczki, straciła ojca, dwie siostry i brata. Jej ciotkami były Lukrecja Borgia i Katarzyna Sforza, od której otrzymała spis receptur na kosmetyki, a także na trucizny. Te rodowe powiązania rzucały na nią cień, gdy przybyła do Polski, stąd tyle oskarżeń o otrucie, między innymi, synowych.

AAR: Reniu, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i korzystając z okazji, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, w imieniu swoim i czytelników mojego bloga, chciałabym życzyć Ci spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt oraz wciąż rosnącej liczby oddanych czytelników.

RC: Dziękuję i życzę Tobie, Agnieszko, oraz czytelnikom spokojnych Świąt, i aby nikt w tym szczególnym dniu nie był sam, a pod choinką oczywiście książek, na które niecierpliwie czekacie.


 Rozmowa i redakcja: 
Agnes Anne Rose





czwartek, 1 listopada 2012

Moja praca literacka polega na bezustannej obserwacji otaczającego świata...





LITERAT LISTOPADA 2012 



JANUSZ KORCZAK


Bądź sobą, szukaj własnej drogi.
Poznaj siebie, zanim zechcesz poznać dzieci.
J. Korczak




Był w moim życiu taki czas, kiedy za sprawą Literatury mogłam przenosić się w czasie i odbywać podróże do różnych miejsc i epok literackich. Niektóre z tych tajemniczych wędrówek po kartach rozmaitych powieści miały miejsce wbrew mojej woli, a innych wyczekiwałam z niecierpliwością. Jednak w miarę upływu czasu zaczynałam się do nich przyzwyczajać, aż w końcu nawet je polubiłam i zaakceptowałam. Dzisiaj chcę powrócić myślami do jednej z moich literackich podróży, która była dla mnie bardzo szczególna.

Kiedy straciłam rodziców, było mi bardzo ciężko. Myślałam, że już nigdy nie będę w stanie pogodzić się z ich odejściem. Przecież byli tacy młodzi i pełni życia. Gdyby nie ktoś bardzo mi bliski, którego imię nie jest w tym momencie najważniejsze, nigdy nie wróciłabym do psychicznej równowagi. Ale w tym wszystkim było coś jeszcze, o czym nigdy nikomu nie opowiadałam. Literatura chyba jednak lepiej ode mnie wiedziała czego mi potrzeba. Tak więc, gdy leżałam w jednym z krakowskich szpitali tuż po wypadku, poobijana i ze złamaną nogą, jakąś tajemniczą siłą zostałam przeniesiona do krainy, w której władzę sprawował pewien mały chłopiec. Choć liczył sobie tak niewiele lat, to jednak spoczywała na nim ogromna odpowiedzialność. Podobnie jak ja, on także stracił rodziców, dlatego musiał przejąć ich obowiązki. Kiedy go poznałam był już królem. Był królem, który za wszelką cenę pragnął, aby w jego królestwie to właśnie dzieci były najważniejsze i najszczęśliwsze. Dlatego w swoim państwie zaproponował wprowadzenie reform, na mocy których chciał oddać władzę w ręce Najmłodszych. Chłopcu temu na imię było Maciuś.

Z powodu złamanej nogi, z trudem przemierzałam komnaty jego pałacu, jednocześnie zastanawiając się czy gdzieś tutaj spotkam człowieka, który go stworzył. Człowieka z ogromną charyzmą i siłą ducha, który uparcie twierdził, że nie ma dzieci, a są ludzie. Człowieka, który stworzył swój własny kodeks praw dziecka i nakazywał jego przestrzeganie. Ponieważ w krainie Literatury wszystko było możliwe, nie zdziwiłam się, kiedy zupełnie niespodziewanie tuż obok mnie, mojego Towarzysza i Maciusia pojawił się ten, o którym myślałam, stojąc po środku królewskiego pałacu. Sądziłam, że oto moja podróż dobiegła końca, ponieważ niemal zawsze spotkanie pisarza kończyło moją wędrówkę. Dopóki byłam w towarzystwie jedynie literackiego bohatera, mogłam być spokojna o to, że nie wrócę do domu tak szybko. Lecz tym razem było inaczej. Stary Doktor, bo o nim mowa, wykonał gest, który zrozumieliśmy jako zachętę do podążania za nim.

Mały Maciuś, który jeszcze do niedawna nie opuszczał nas na krok, nagle gdzieś znikł. Zostałam tylko ja, mój Towarzysz i Janusz Korczak. Mój Przyjaciel wziął mnie na ręce, ponieważ złamana noga skutecznie utrudniała mi swobodne poruszanie się. Bez słowa ruszyliśmy za Korczakiem, który lekko przygarbiony skierował swoje kroki ku pałacowym drzwiom. Opuszczając bajkową posiadłość Maciusia byłam przekonana, że na zewnętrz powita nas piękny ogród z fontannami tryskającymi wodą i dziesiątkami kwitnących kwiatów. Tak przynajmniej zawsze wyobrażałam sobie pałacowe ogrody. Lecz stało się inaczej. Naszym oczom ukazała się Warszawa z początku dwudziestego wieku. Tuż przed nami wznosił się trzypiętrowy nowoczesny, jak na tamte czasy, gmach. Ulicą właśnie przejechał czerwony tramwaj, a w ślad za nim dorożka. Zrozumiałam, że stoję przed Domem Sierot. O ile dobrze pamiętałam, z chwilą przyjęcia pierwszych wychowanków budynek wyposażony był już w elektryczną pralnię i centralne ogrzewanie, a w swoich murach mógł pomieścić ponad sto osieroconych dzieci. O tym, co kryje wielki biały budynek przy Krochmalnej 92 miałam przekonać się już za chwilę.

Korczak, podobnie jak ja w domu dziadków w Krakowie, również zajmował pokój na poddaszu. Żal mi było mojego Towarzysza, który w dalszym ciągu niósł mnie na rękach. Nie ważyłam zbyt dużo, ale jednak wspinaczka po schodach, aby móc pokonać aż trzy piętra, musiała choć trochę nadwyrężyć jego siły. Spojrzałam na niego, ale on jedynie nieznacznie się uśmiechnął, nie wypowiadając ani jednego słowa skargi. Kiedy przeszliśmy przez drzwi z żelaznej kraty, otoczył nas półmrok, w którym niewyraźnie dostrzegliśmy drewniane drzwi. Lecz skoro tylko nasz przewodnik otworzył je przed nami, naszym oczom ukazał się jasny i obszerny pokój, gdzie przez weneckie okno wpadały promienie wiosennego słońca. Mój Towarzysz wreszcie pozwolił mi stanąć na własnych nogach, a ja natychmiast zaczęłam rozglądać się wokół. W pokoju nie było niczego, co mogłoby być tutaj niepotrzebne. Zobaczyłam stół, a na nim zdjęcie jakiejś kobiety.

— To moja matka wyjaśnił Korczak, kiedy dostrzegł, że z zainteresowaniem przyglądam się fotografii. Było tam też żelazne łóżko. Na ścianach nie zauważyłam żadnych obrazów. Z lewej strony drzwi stał regał, a właściwie szafa wypełniona papierami. Zapewne Korczak przechowywał w niej swoje cenne zapiski. Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało, była bryłka wykonana chyba z plasteliny, a w niej od góry do dołu tkwiły małe białe kostki.
— To mleczne zęby moich wychowanków — powiedział Stary Doktor, dostrzegając jak po raz kolejny z zaciekawieniem wpatruję się w skarby zgromadzone na stole.
— Aha — odpowiedziałam zaskoczona, przypominając sobie, że ja swoje mleczne zęby przez długi czas trzymałam ukryte w niewielkiej buteleczce po jakimś lekarstwie.

To, co wydarzyło się potem zupełnie mnie zaskoczyło. Okazało się, że Stary Doktor zaprosił nas do siebie na poddasze, aby porozmawiać ze mną o swoim życiu i pracy. Chyba wiedział, że wszelkie informacje, które od niego usłyszę, nie zachowam jedynie dla siebie. Był niemal pewien, że przekażę je dalej i tym samym sprawię, że pamięć o nim będzie wciąż żywa. Tak więc zasiadłam za jego stołem, czując jak mocno bije mi serce. To było dla mnie ogromne wyróżnienie. Przede mną leżała już czysta kartka papieru, na której wiecznym piórem miałam zapisywać słowa, które wychodziły z ust Starego Doktora. Korczak zdjął płaszcz i usiadł na swoim żelaznym łóżku obok mojego Towarzysza. Wiedziałam, że jest gotowy odpowiedzieć na każde moje pytanie. I tak oto przeprowadziłam pierwszy w swoim życiu wywiad.

Weronika Świtalska: „Janusz Korczak” to Pana pseudonim literacki. Pana prawdziwe nazwisko brzmi Henryk Goldszmit. Skąd pomysł na taki właśnie pseudonim?

Janusz Korczak: Imię dostałem po dziadku, a ten pseudonim narodził się przez przypadek jeszcze w latach mojej młodości. Pamiętam, jak posyłałem na konkurs swój dramat pod tytułem „Którędy?”. Szukając w myślach jakiegoś godła, wzrok mój padł na książkę Kraszewskiego traktującą o Janaszu Korczaku. Książka leżała na stole tuż przed moimi oczami. Zawarłem to nazwisko w rękopisie, a zecer zamienił imię Janasz na Janusz i tak jest do dziś.

WŚ: Odnoszę wrażenie, że jest Pan pisarzem niezwykle płodnym i zarazem oryginalnym. Na czym polega specyfika Pana twórczości?

JK: Moja praca literacka polega na bezustannej obserwacji otaczającego świata. Stale gromadzę wszelkie informacje, zapisując je w zeszytach. Moje bruliony pełne są notatek, a także planowanych i zaczętych utworów. W moim życiu literatura zajmuje sporo miejsca, lecz w zetknięciu z życiem, które po brzegi wypełnione jest wszelkiego rodzaju przymusami, mój zapał twórczy bardzo często zamienia się w zniechęcenie. Swoją drogę literacką przemierzam samotnie. Nie należę do żadnego ugrupowania, a z braku czasu nie śledzę nawet najnowszych prądów literackich.

WŚ: W 1921 roku w broszurze „O gazetce szkolnej” zawarł Pan takie oto słowa: Wierzę mocno w potrzebę pism dla dzieci i młodzieży; ale takich pism, których współpracownikami będą one same, które by poruszały tematy ważne i ciekawe dla nich.” Czy mógłby Pan nieco szerzej rozwinąć swój pogląd?

JK: Urzeczywistnienie tej koncepcji rozpocząłem bardzo wcześnie na terenie wszystkich moich sierocińców. Cotygodniowa gazetka jest bardzo ważnym elementem życia moich wychowanków. Emocje towarzyszące pisaniu i ceremonia odczytywania tekstów daje dzieciom wiele wzruszeń, a wychowawcom dostarcza potrzebnych informacji. Gazetkę dzieci piszą wraz z kierownikami. Ja sam staram się nie opuszczać żadnej okazji, aby moc napisać tygodniowy artykuł wstępny. Jednak trzeba pamiętać, że dorośli nie powinni zbyt mocno angażować się w życie pisma. Stanowczo im to odradzam i staram się ograniczać ich wpływ odnośnie do dziecinnych wypowiedzi.

WŚ: Czy otwierając Dom Sierot miał Pan już gotowy, wypracowany przez siebie system wychowawczy, który wystarczyło jedynie wcielić w życie?

JK: Nic podobnego. Dysponowałem jedynie pewnymi przemyśleniami w tej dziedzinie, może jakimiś ogólnymi zasadami, w jaki sposób należy postępować z dziećmi. W 1912 roku byłem już bogaty w pewne doświadczenia, jednak swój własny system wciąż tworzę, stale go korygując i dopasowując do określonej sytuacji, a czasami nawet do konkretnego dziecka. Bo przecież każde dziecko wymaga indywidualnego podejścia, dlatego nie wolno niczego generalizować. Dziecko należy postrzegać poprzez jego rozwój, szukając takich metod oddziaływania, które będą skuteczne akurat w tych, a nie innych warunkach.

WŚ: W 1903 roku rozpoczął Pan pracę jako lekarz w niewielkim szpitalu dziecięcym przy ulicy Śliskiej w Warszawie. Jednak ta ustabilizowana egzystencja lekarska nie trwała zbyt długo. Dlaczego?

JK: Moją praktykę lekarską w tamtym okresie przerwał wybuch wojny rosyjsko-japońskiej, i jako poddany rosyjski, zostałem powołany do wojska. Jednak przed wyjazdem na front, udało mi się jeszcze uczestniczyć w zaczynających się właśnie rozruchach robotniczych, opatrując jednego z rannych uczestników demonstracji. A potem przyszedł czas, kiedy całkowicie dojrzałem do oddania się pracy wychowawczej. Ta moja przemiana następowała bardzo powoli i stopniowo. Jeszcze podczas pierwszej wojny światowej byłem ordynatorem lazaretu dywizyjnego, a potem leczyłem w wojskowym szpitalu epidemicznym w Łodzi oraz w szpitalu na Kamionku w Warszawie. W tym czasie doznałem też wielkiej osobistej straty. W szpitalu zaraziłem się tyfusem. Aby nie narażać dzieci na niebezpieczeństwo choroby, zamieszkałem z matką, która nie bacząc na ryzyko choroby, pielęgnowała mnie najlepiej jak potrafiła. Niestety, ale jako lekarz poniosłem na tym polu klęskę. Przez swoją nieroztropność doprowadziłem do tego, że matka zaraziła się tyfusem i zmarła. Zatajono przede mną ten fakt do chwili, aż stan mojego zdrowia uległ poprawie. Jej martwe ciało wyniesiono z mieszkania tylnymi schodami, aby nie wzbudzać moich podejrzeń.

WŚ: To bardzo przykre.

JK: Tę stratę odczułem bardzo głęboko. Byłem na granicy depresji. Bardzo często nachodziły mnie myśli samobójcze. Odwiedzając grób matki, zawsze miałem przy sobie pastylki sublimatu i morfinę. Mój plan samobójstwa był precyzyjnie obmyślony. To nagłe sieroctwo odczułem jak własną winę. Do tego dochodziło jeszcze beznadziejne sieroctwo moich dzieci. Traktowałem to jako osobistą bezsilność. Był to oczywisty powód mojej rozpaczy.

WŚ: Powróćmy do Pana pracy wychowawczej. Co ostatecznie zadecydowało o całkowitym poświęceniu się osieroconym dzieciom?

JK: To był rok 1909. Wtedy to zostałem zaproszony przez panią Eliasbergową na uroczystość upamiętniającą osobę Marii Konopnickiej. Było to w przytułku dla sierot żydowskich przy ulicy Franciszkańskiej. Schronisku patronowało wtedy towarzystwo opiekuńcze o nazwie Pomoc dla Sierot, gdzie jednym z działaczy był doktor Eliasberg. To właśnie ta wizyta w schronisku sprawiła, że ostatecznie podjąłem decyzję o poświęceniu się dzieciom. Wówczas otrzymałem propozycję prowadzenia zajęć z dziećmi, którą przyjąłem bez wahania.

WŚ: Tutaj, w Domu na Krochmalnej, pracuje z Panem także pani Stefania Wilczyńska. Jaką rolę pani Stefa pełni w sierocińcu?

JK: Stefa, podobnie jak ja, rozpoczęła pracę wychowawczą jeszcze na Franciszkańskiej, a potem opuściła zamożny dom rodzinny i wprowadziła się na Krochmalną. To właśnie Stefie Dom Sierot zawdzięcza ocalenie w trudnych latach pierwszej wojny światowej, kiedy cierpieliśmy głód i epidemię tyfusu. Przebywałem wtedy na froncie, a Stefa stała się najwierniejszą strażniczką moich reguł wychowawczych. Jest stale obecna w życiu dzieci. Jest dla nich jak matka.

WŚ: Wiadomo, że jest Pan znakomitym pedagogiem, praktykiem i teoretykiem wychowania. Jest Pan także autorem książek dla dzieci, a do tego jest Pan również lekarzem i wielkim społecznikiem. Do tej długiej listy Pana profesji należałoby jeszcze dodać zawód dramaturg. Jak naprawdę jest z tym teatrem w Pana przypadku?

JK: Mój stosunek do teatru jest dość osobliwy. Z jednej strony publicznie manifestuję swoją niechęć i pogardę dla teatru, a z drugiej żywię do niego swego rodzaju nie odwzajemnioną sympatię, a wręcz miłość. Pamiętam, jak w 1930 roku w mieszkaniu Ireny Solskiej spotkałem Stefana Jaracza i Stanisławę Perzanowską. Jaracz, jako dyrektor teatru Ateneum, natychmiast zainteresował się moją bajką pod tytułem „Jak Pan Bóg ze świątyni w te dyrdy uciekał”. Miałem co do tej bajki pewne plany. Traktowałem ją jako fragment zamierzonej sztuki. Kiedy w końcu ukończyłem tę sztukę, Jaracz zdecydował się wprowadzić ją na scenę w Ateneum. Sztuka miała swoją premierę 1 października 1931 roku i nosiła tytuł „Senat szaleńców”, jednak nie zdobyła ona uznania publiczności...

Teraz wiem, że ten wywiad nie był kompletny, bo przecież mogłam jeszcze zapytać Starego Doktora o tak wiele rzeczy, które w tamtym momencie cisnęły mi się na usta. Mogłam jeszcze zapytać Korczaka o jego słynne „Gadaninki radiowe”, które rozpoczął w 1935 roku, czyli praktycznie w chwili naszego spotkania. Jednak trzeba było wracać do domu, a właściwie do szpitala, w którym wtedy leżałam. Mój Towarzysz zaczynał się już niecierpliwić. On wiedział, że nasz czas w Domu Sierot dobiegł końca. Lecz zanim już na zawsze opuściliśmy mury Domu na Krochmalnej, Korczak pozwolił nam poznać niektórych z jego wychowanków. To, co najbardziej mnie ujęło, to fakt, że garnęły się do niego przede wszystkim dzieci, które dzisiaj zostałyby uznane za trudne wychowawczo. Wtedy pomyślałam, że gdybym żyła w tamtej epoce i nie miała rodziny, po śmierci rodziców również trafiłabym do Domu Sierot i znalazła się wśród tych wszystkich Jaśków, Franków, Helenek i Józków. Ale ja miałam do kogo wracać. Na mnie czekali dziadkowie i brat.

I tak oto ja i mój Towarzysz pożegnaliśmy Starego Doktora i jego rozkrzyczanych wychowanków traktujących Korczaka jak ojca. Już zawsze będę mieć w pamięci jego obraz. Nigdy nie zapomnę nieco pochylonej postaci w szarym ubraniu i okularach, z zarostem na poważnej twarzy. Wtedy myślałam, że smutne i nieco gniewne spojrzenie Starego Doktora wymierzone we mnie jest czymś w rodzaju oskarżenia. Bo to przecież niejako z mojej winy rodzice zginęli. Lecz po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że się myliłam. Korczak doskonale wiedział, co go czeka. Wiedział, że właśnie wkracza w przedśmiertne lata swojego życia i stąd ten smutek. Być może przeczuwał, że trafi do Getta Warszawskiego, a potem już tylko na śmierć. Tego nigdy się nie dowiem.

Od tamtej pory starałam się zbliżyć do Korczaka poprzez literaturę, ponieważ czułam, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Łączyło nas przede wszystkim to, że obydwoje obwinialiśmy się o śmierć naszych rodziców. Wtedy też zrozumiałam, ile tak naprawdę dla Korczaka znaczyła fotografia jego matki, która zajmowała na jego stole honorowe miejsce. Odniosłam wrażenie, że Stary Doktor nigdy nie wyzbył się tego wszechogarniającego poczucia winy. Moje poszukiwania Korczaka na kartach książek doprowadziły w końcu do tego, że niedawno trafiłam na przepiękną książeczkę o Starym Doktorze zatytułowaną „Jest taka historia. Opowieść o Januszu Korczaku. Książeczka jest przeznaczona dla dzieci i opowiada o wychowankach Domu Sierot i ich ukochanym opiekunie. Napisała ją Beata Ostrowiecka, a ilustracjami ubogaciła Jola Richter-Magnuszewska. Książeczka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literatura. Jej bohaterami są pewien Jasiek z trzeciej C i jego babcia o imieniu Frania, która zwykła mu opowiadać o ukochanym Panudoktorze. Babcia Frania była jedną z wychowanek Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej 92. Swoją historię opowiadała Jaśkowi tak wiele razy, że w końcu chłopiec nauczył się jej na pamięć. Może wtedy, gdy wraz z moim Towarzyszem odwiedziłam Korczaka, spotkałam tam babcię Franię? Dziś nie umiem sobie tego przypomnieć. Lecz wiem jedno. Książeczka opowiada piękną i zarazem wzruszającą historię, która doskonale upamiętnia osobę tego Wielkiego Pedagoga i Przyjaciela Dzieci.






Niniejszy wpis bierze udział w konkursie „Blogerzy dla Korczaka”. Weronika Świtalska jest postacią całkowicie fikcyjną, stworzoną na potrzeby powieści pod tytułem „Literackie podróże Weroniki”. Wywiad z Januszem Korczakiem nie został nigdy przeprowadzony, lecz wszelkie informacje w nim zawarte są jak najbardziej prawdziwe i pochodzą z materiałów bibliograficznych. Pozycja książkowa polecana przez Weronikę również jest prawdziwa.