wtorek, 19 kwietnia 2011

Vera F. Birkenbihl - „Jak szybko i łatwo nauczyć się języka”







Wydawnictwo: KOS
Katowice 1999
Tytuł oryginału: Sprechen lernen leicht gemach!
Przekład: Maria Olejniczak


Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o książce, którą niedawno znalazłam na półce w swoim pokoju, a o której całkiem zapomniałam. Stało się tak, dlatego że wbrew moim oczekiwaniom nie była mi w niczym przydatna. Jest to poradnik, w którym miałam nadzieję znaleźć choć kilka wskazówek  dotyczących tego, jak szybko i łatwo nauczyć się języka obcego.

Zanim zostałam pasjonatką książek i zaszyłam się w mojej spokojnej bibliotece, byłam normalnym belfrem, który starał się co sił wtłoczyć do głów naszej wspaniałej młodzieży zasady języka angielskiego. Moje działanie odnosiło różne skutki, gdyż jak wiadomo każdy uczeń jest inny, każdy ma inny potencjał i możliwości. Podobnie jak czytelnik. W związku z tym, żeby ułatwić sobie zadanie i żeby jak największa liczba moich uczniów zdała egzamin dojrzałości na jak najwyższym poziomie, bo wtedy i ja będę zadowolona i rodzice tych dzieciaków również, postanowiłam zasilić swoje umiejętności przekazywania wiedzy radami kogoś może bardziej doświadczonego w temacie. I wtedy w oko wpadł mi poradnik Very F. Birkenbihl, który znalazłam w Klubie dla Ciebie. Dzięki uprzejmości tej wysyłkowej jeszcze wtedy księgarni (bo teraz jest ona również internetowa), otrzymałam ów poradnik. Pamiętam, że nie czekałam długo, żeby zacząć go czytać. Na okładce książki znalazłam takie oto stwierdzenie, cytuję: Nauka języka nie musi być ani trudna, ani czasochłonna! Zapomnij (prawie) wszystko, czego dotychczas dowiedziałeś się o nauce języków obcych. Pomyślałam wtedy: O kurczę, to ja przez tyle lat uczyłam się angielskiego, żeby teraz to wszystko zapomnieć. Tyle wyrzeczeń. Nieprzespanych nocy. Zakuwania słówek, bo na drugi dzień kolokwium i mam to wszystko zapomnieć? Nigdy! Uznałam, że z panią Verą coś musi być nie halo, skoro tak doradza uczniom i studentom. Ale nie zrażając się tym, zaczęłam czytać.

Ci, którzy znają ten poradnik wiedzą, że autorka proponuje w nim naukę języków metodą zgodną z zasadami pracy mózgu. Reklama na okładce jest niezwykle przyciągająca. Podobno ma to być metoda szybka, skuteczna i zadziwiająco łatwa. Według mnie, nauczyciela z dziesięcioletnim doświadczeniem niestety, ale wcale taka nie jest. Jak dla mnie jest to metoda, którą przeciętny uczeń lub student nie bardzo pojmie. Vera F. Birkenbihl podaje tam terminy, których znaczenia trzeba szukać w słowniku. Mało tego, w praktyce wcale się nie sprawdza.

Vera F. Birkenbihl jest absolwentką psychologii i dziennikarstwa. Studiowała w Stanach Zjednoczonych, a od roku 1970 znana jest jako autorka książek i wykładowca na kursach dla menedżerów. Wśród jej klientów znajdują się dyrektorzy największych firm na świecie, natomiast jej seminaria oraz książki odznaczają się niezwykle prostym sposobem przekazywania wiedzy. Ten fragment, który zaznaczyłam kursywą pochodzi z okładki książki. Osobiście nie zgadzam się tym. A żeby nie być gołosłowną, zrobiłam nawet eksperyment. Próbowałam kilka lekcji przeprowadzić właśnie metodą, którą proponuje autorka poradnika. Efekt? Moi uczniowie gubili się, nie mieli pojęcia co oznacza na przykład dekodowanie tekstu, które tak mocno zaleca pani Vera. Już lepiej szło im ze słuchaniem biernym i czynnym. Ale mimo to twierdzę, że jest to porażka, jeśli chodzi o naukę języka obcego. Informacja na okładce mówi, że w samych Niemczech książka rozeszła się w siedemdziesięciu tysiącach sprzedanych egzemplarzy. No nie wiem. Może i się rozeszła, ale czy ktokolwiek z niej naprawdę skorzystał?

Jako były nauczyciel i korepetytor nie polecam tej metody, pomimo że jest ona skierowana do samouków, rodziców, nauczycieli i korepetytorów. Wielu moich kolegów po fachu również zgadza się ze mną. Poza tym, poradnik czytało kilku moich uczniów i także podzielają oni moje zdanie. Niemniej, jak zawsze szanuję opinię innych. W związku z tym byłabym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś z Was, drodzy Czytelnicy mojego bloga, wyraził swój pogląd na ten temat, jeśli na przykład zetknął się już z tym poradnikiem. Bardzo chętnie poznam Wasze stanowisko w tej sprawie. Może komuś z Was ta metoda naprawdę pomogła w przyswojeniu języka obcego? Póki co daję pani Verze trzy z plusem, bo w końcu się starała i poświęciła swój czas na przygotowanie zarówno metody, jaki i książki.






poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Literatura kobieca wcale nie gorsza





Przeglądając blogi o tematyce literackiej zauważyłam, że nie poleca się na nich zupełnie literatury kobiecej, czyli typowych romansów z domieszką sensacji. W ostatnim czasie odwiedziłam sporo tego typu blogów i ani na jednym nie dostrzegłam pozycji mojej ulubionej Nory Roberts czy Danielle Steel albo Sandry Brown. Może źle szukałam? Może nie trafiałam na te blogi co trzeba? Ale w tym momencie zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje? Czy ten rodzaj literatury naprawdę jest czymś gorszym? Dlaczego powieści tego typu omija się szerokim łukiem?

Od pewnego czasu pracuję w bibliotece i obserwuję ludzi, którzy tam przychodzą. Mam pewne rozeznanie na temat tego, co zwykli czytelnicy dziś preferują, dlatego śmiało mogę się wypowiedzieć w tej kwestii. W mojej bibliotece najbardziej schodzą właśnie romanse i kryminały, albo powieści sensacyjne. Kobiety tomami zabierają do domów Norę Roberts, Barbarę Delinsky, czy też Barbarę Taylor Bradford. Natomiast mężczyźni stale pytają o Clive’a Cussle’a, albo Stephena Kinga. Ostatnio coraz częściej obserwuję, że dużym powodzeniem wśród czytelników cieszy się Nicholas Sparks. No właśnie, dlaczego? Już odpowiadam. Bo pięknie pisze o miłości. Jest to temat, który zawsze będzie tematem uniwersalnym i chyba ponadczasowym, pomimo że w życiu różnie bywa z tą miłością.




Rozmawiając z czytelnikami, dowiedziałam się, że tego typu literatura pozwala im zapomnieć o szarej, a czasami nawet dramatycznej, rzeczywistości. Ludzie poprzez czytanie tego rodzaju książek odrywają się od swoich problemów, przenoszą się w inne realia, gdzie pomimo wielu niepowodzeń, a czasami wręcz tragedii, z reguły wszystko kończy się dobrze. Niedawno jedna kobieta powiedziała mi, że płakała przy powieści Danielle Steel. Płakała tak mocno, że w rezultacie nie poszła na jakieś umówione spotkanie, bo miała spuchnięte oczy. I co myśleć o takiej pani??? Czy coś z nią nie tak? Uważam, że nie. Według mnie fakt ten jest dowodem na to, że Danielle Steel naprawdę trafia w ludzkie serca. A przecież chyba właśnie to powinien potrafić robić dobry pisarz. Przynajmniej takie jest moje zdanie.

Myślę też, że ta polecana przez wielu blogujących, tak zwana literatura ambitna, dla większości ludzi jest po prostu męcząca. Książkę powinno czytać się płynnie, a nie z trudem, jak dzieje się to w przypadku niektórych książek z tej „górnej półki”. Przeciętny czytelnik zazwyczaj nie ma pojęcia, co autor chciał przekazać, pisząc taką a nie inną książkę. Nie będę w tym miejscu podawać adresów blogów, które skłoniły mnie do napisania tej notki, ale myślę, że polecają one pozycje, które w głównej mierze przeznaczone są dla pewnych kręgów, może nawet dla elit. Dlatego ja zamierzam troszkę to zmienić. Pewnie zauważyliście, że jak dotąd polecam na nim pisarzy, którzy w większości piszą lekko, łatwo i przyjemnie. I chcę, żeby tak zostało. Nie będę faszerować Was jedynie książkami trudnymi, niezrozumiałymi, tylko takimi, które szybko się czyta, a po skończeniu choć przez chwilę wierzy się, że w życiu też może tak być. Zresztą, sama również piszę i chciałabym kiedyś, żeby przy mojej książce też ktoś się wzruszył, bo to jest najlepsza nagroda dla pisarza.

Jako bibliotekarka jestem niejako zmuszona do czytania na większą skalę, ale robię to z przyjemnością. Nie mogę też odstawać od żadnego gatunku literackiego. Czasami zdarza się tak, że przychodzi do mnie czytelnik i prosi o plecenie mu jakieś „fajnej” książki. I co ja wtedy mam zrobić? Dać mu pisarza z tej „górnej półki”, żeby biedak się męczył przez kilka wieczorów, a potem był niezadowolony i oddał mi nieprzeczytaną książkę? Otóż nie. Na początek zawsze daję mu coś „light”. Taki sposób przyciągania czytelnika naprawdę zdaje egzamin. Po jakimś czasie osoba ta wraca uśmiechnięta i prosi o kolejną tego typu książkę.

Na swoim blogu nie zamierzam jednak dyskryminować żadnego gatunku literackiego. Może dla niektórych będzie to nie do pomyślenia. Jak napisałam niedawno na „Lubimy Czytać” to, czy dana książka jest dobra, czy też nie zależy jedynie od czytelnika i jego gustu. Każdy preferuje coś innego. Inną literaturę wolą kobiety, a inną mężczyźni. Nie wolno nam szufladkować żadnego gatunku literackiego, ponieważ w każdym można znaleźć coś dla siebie, nawet jeśli jest się zagorzałym przeciwnikiem, na przykład literatury kobiecej, bo o niej w głównej mierze tutaj mowa. Właśnie na „Lubimy Czytać” znalazłam wypowiedź dziewczyny, która z ogromnym naciskiem odradzała przeczytanie znanego wszystkim Dywizjonu 303, bo jej się nie podobał i bardzo ją zmęczył. A ja, z kolei znam chłopaka, który tak bardzo zachwycił się tą lekturą, że przez długi czas marzył o zostaniu pilotem. Wniosek? Tak robić nie wolno! Nie wolno narzucać innym swojej woli. A tak właśnie robią niektórzy blogujący.

Zdaję sobie sprawę, że nie zainteresuję blogiem tych wymagających czytelników, czy inne osoby blogujące, ale nie zamierzam zmieniać zdania tylko dlatego, żeby się komuś przypodobać i wtopić się w tłum. Uważam, że każda książka zasługuje na uwagę i jeśli ktoś jest PRAWDZIWYM CZYTELNIKIEM, to nie straszny mu żaden tekst, nawet ten najnudniejszy i najtrudniejszy. Jeśli natomiast zaczniemy polecać na blogach jedynie te książki, które podobają się nam samym, to jaki to będzie miało sens? Narzucimy innym swoją wolę, a tak robić NIE WOLNO. Nie należy skupiać się tylko na tym, co my sami preferujemy. Ewentualnie, omawiając nasz ulubiony rodzaj literatury możemy delikatnie zachęcić kogoś do sięgnięcia po niego. Mam nadzieję, że tak się stanie w przypadku tego bloga. Zadowoli mnie nawet jedna skromna osoba, która dzięki przeczytaniu mojej recenzji sięgnie po daną książkę.

Nie chcę też skupiać się tutaj tylko na nowościach. Ten fakt również uważam za bezsensowny. Czy wiecie ile jest interesujących pozycji, których data wydania jest dość odległa? Otóż takich książek jest naprawdę sporo i każda z nich zasługuje na uwagę. Na koniec nasuwa mi się porównanie literatury kobiecej, albo może inaczej tej „prostszej” literatury, z muzyką disco polo. Wszyscy ją znają, tylko mało kto ma odwagę przyznać się do tego, bo przecież to wstyd i inni mogą wyśmiać. A ja nie wstydzę się przyznać, że czasami zdarza mi się sięgnąć po typowy romans i przeczytać go z ogromnym zainteresowaniem.







niedziela, 17 kwietnia 2011

Victoria Holt – „Droga do raju”

 





Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA

Warszawa 1995

Tytuł oryginału: The Road To Paradise Island

Przekład: Anna Kamińska

 


Muszę przyznać, że Droga do raju to pierwsza powieść, jaką przeczytałam autorstwa Victorii Holt. Kilka miesięcy temu przyniosłam ją przez przypadek z biblioteki, a że jako pracownik, nie muszę robić zwrotów co miesiąc, zatrzymałam ją w domu znacznie dłużej niż mogą to robić inni czytelnicy. Początkowo z zamiarem przeczytania książki nosiła się moja mama, jednak po prześledzeniu kilku stron, mama stwierdziła, że już tę powieść kiedyś czytała. Zapytałam wówczas, czy jej się podobała, a ona uznała, że jak najbardziej. W związku z tym postanowiłam nie oddawać jej do biblioteki, a położyć na półkę w swoim pokoju i poczekać, aż „dojrzeje”. No i dojrzała jakiś tydzień temu. Waśnie wczoraj, tak mniej więcej około północy, przeczytałam ostatnie zdanie, które brzmi: Wydawał się bardzo zadowolony z tego stwierdzenia. A z jakiego? Musicie sami się przekonać, czytając powieść.

Jakoś nie mogłam znaleźć za dużo informacji o autorce. Serwisy internetowe są bardzo ubogie, jeśli chodzi o biografię Victorii Holt. A może ja po prostu źle szukam? Jeśli znajdziecie jakieś informacje to dajcie znać. Będę bardzo wdzięczna. Sama dowiedziałam się tylko tyle, że pochodziła z Anglii i pisała pod kilkoma pseudonimami. To zupełnie jak ja. Mnie też co jakiś czas przychodzi do głowy inny pseudonim, którym chcę opatrzyć swoje teksty. Z tego, co zdążyłam zauważyć Victoria Holt fascynowała się przede wszystkim przeszłością. Na podstawie tej jednej powieści mogę stwierdzić, że przenosi czytelnika w odlegle czasy XVII i XVIII wieku, umieszczając fabułę powieści na terenach swojej ukochanej Anglii. Choć w przypadku Drogi do raju akcja toczy się na dwóch kontynentach, ale nie będę zdradzać na jakich, mimo że zdaję sobie sprawę, iż książka nie jest nowością i na pewno wielu z Was już ją czytało. Niemniej są też tacy, którzy być może zetkną się z nią na moim blogu po raz pierwszy.

W Polsce Droga do raju ukazała się już po śmierci autorki, bo w roku 1995, zaś Victoria Holt zmarła dwa lata wcześniej. Pisarka opowiada w niej historię młodej dziewczyny o imieniu Annalice, która wywodzi się ze starej rodziny kartografów. Jej przodkowie od wieków trudnili się sporządzaniem map i właśnie po nich młodziutka Annalice odziedziczyła fascynację mapami. Pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, odwiedzając grób swojej matki natrafia na mogiłę dziewczyny o niemal identycznym imieniu, jakie sama posiada. Zastanawia ją bardzo młody wiek osoby, która jest tam pochowana. Jednak nikt nie chce wyjaśnić jej kim owa dziewczyna była. Annalice wie jedynie, że pochodziła z tego samego rodu, co ona, tj. z rodu Mallorych.

Za niedługo, w czasie remontu w dworze, gdzie mieszka razem z babcią i starszym bratem, odkrywa pokój, a w nim dziennik i mapę należącą do jej poprzedniczki, która zmarła tragicznie przed prawie stu laty i to jej grób odkryła Annalice. Brat dziewczyny, Filip, wyrusza na poszukiwanie Rajskiej Wyspy, położonej gdzieś na drugiej półkuli, zaś ona sama spędza czas na czytaniu dziennika Ann Alice Mallory. Nie mając przez dłuższy czas wiadomości o bracie, postanawia sama udać się jego śladem, zostawiając w Anglii narzeczonego. Na statku poznaje wyjątkowo interesującego mężczyznę i tak rozpoczyna się jej ryzykowna podróż, której celem jest odnalezienie brata oraz wyjaśnienie tajemnicy z przeszłości.

A teraz coś ode mnie. Otóż nie zaprzeczę, że książka potrafi wciągnąć. Czytając chciałam wiedzieć, co będzie dalej i ciężko mi było odkładać ją na półkę, żeby wrócić do niej następnego dnia. Niemniej klimat nie bardzo mi odpowiada. Jak dla mnie jest to coś na kształt Jane Austen. A do tego bohaterowie niesamowicie szybko się zakochują. Chyba, że się nie znam i ludzie żyjący w XVII lub XVIII wieku byli tak temperamentni, że miłość przychodziła im z łatwością. Wierzę, że Victoria Holt zanim napisała jakąkolwiek ze swoich książek, przez pewien czas studiowała styl życia i obyczaje, jakie pragnęła opisać w swojej powieści. Trochę męczące wydawało mi się to, że książka napisana jest w pierwszej osobie, co może oznaczać, że ma formę pamiętnika. Taka forma jakoś do mnie nie przemawia, chyba, że opisuje się autentyczne wydarzenia i narratorem jest prawdziwa osoba, która coś tam przeżyła w życiu i teraz ona albo ktoś inny usiłuje to spisać. Natomiast fikcja literacka powinna być pisana w osobie trzeciej. Takie jest moje zdanie, ale z Waszym, odmiennym też się będę liczyć.

Na koniec chcę jedynie dodać, że na pewno w niedługim czasie znowu sięgnę po kolejną powieść Victorii Holt, czyli o czymś to świadczy. Widocznie przekonała mnie do siebie. A tymczasem uciekam, biorę kocyk i idę czytać kolejną powieść. Tym razem Barbary Taylor Bradford. Za jakiś czas na pewno Wam o tym napiszę.

 





piątek, 15 kwietnia 2011

Barbara Erskine – „Szepty pustyni”










Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2001
Tytuł oryginału: Whispers in the Sand
Przekład: Ewa Pankiewicz



Jakiś czas temu przeczytałam Szepty pustyni Barbary Erskine i ten fakt skłonił mnie do zrecenzowania owej powieści na łamach mojego bloga. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu kilku stron książki, było: O Boże, jak ja to zmęczę! Na początku naprawdę wydawało mi się, że po urlopie zabiorę książkę do biblioteki, nie przeczytawszy jej do końca. Niemniej po kilku godzinach stwierdziłam, że żaden ze mnie czytelnik, skoro nie chcę sprostać wyzwaniu. I teraz mogę powiedzieć, że nie żałuję czasu, jaki spędziłam na czytaniu tej powieści.

Nie wiem, czy wiecie, ale Barbara Erskine specjalizuje się w powieściach, których tematyką są duchy. Perfekcyjnie potrafi połączyć ze sobą dwa światy. Ten realny, w którym egzystują zwykli śmiertelnicy, i ten mistyczny świat zmarłych, którzy nie chcą śmiertelnikom dać spokoju, nachodząc ich i wywołując lęki, czy nawet fobie. Zazwyczaj jej bohaterowie z zaświatów nie robią tego bez powodu. Z reguły mają w tym jakiś swój ukryty cel.

Powieści Barbary Erskine przeważnie mają jakieś tło historyczne, które pozwala czytelnikowi przenosić się w czasie. Jak sama Barbara przyznaje, swoje zainteresowanie historią rozpoczęła od własnej rodziny. Jej rodzice mieszkali w Indiach, natomiast rodzina ze strony jej dziadka pozostała tam przez około dwieście lat, pełniąc służbę w East India Company, w armii indyjskiej. Babcia Barbary pochodziła z rodziny zamieszkującej tereny pustkowia w południowo-zachodniej części Irlandii. Jednak ten fakt nie przeszkodził babci Barbary poznać i poślubić jej dziadka w Indiach, gdzie na świat przyszły matka pisarki i jej ciotka. Barbara przyznaje także, że jej rodzice spotkali się na korcie do squasha w Sussex, gdzie jej ojciec jako pilot stacjonował podczas bitwy o Anglię.

Barbara Erskine podjęła studia historyczne na szkockim Uniwersytecie w Edynburgu i właśnie tam rozpoczęła pracę nad swoją pierwszą powieścią historyczną, która z czasem została zaopatrzona tytułem Królestwo cieni. Następnie pisarka zaczęła pracować dla wydawcy pozycji edukacyjnych. Po jakimś czasie stała się niezależnym znawcą książek o sztuce i historii i rozpoczęła sprzedaż opowiadań. Jednak jej największym pragnieniem było zajęcie się pisaniem powieści w pełnym wymiarze godzin. Jak widać jej marzenie się spełniło.

Szepty pustyni to historia młodej kobiety, Anny Fox, która za namową sędziwej ciotki, Phyllis Shelley, wyjeżdża w podróż do Egiptu. Anna decyduje się na tę wycieczkę, ponieważ ma za sobą przykre doświadczenia związane z rozwodem. Poza tym, podróż ma odbyć się śladami jej praprababki, Luizy Shelley, będącej znaną akwarelistką. Luiza około sto czterdzieści lat wcześniej brała udział w rejsie po Nilu z Luksoru do Asuanu. Anna zabiera w podróż dziennik należący do praprababki oraz tajemniczy, starożytny flakonik na wonności, który niegdyś podarowała jej właśnie ciotka Phyllis. Z pamiętnika Luizy, Anna dowiaduje się o pięknym i egzotycznym romansie praprababki ze swoim przewodnikiem, który skończył się tragicznie. W dodatku na egipskim flakoniku ciąży straszna klątwa. Annę również zaczyna prześladować czyjaś upiorna postać i jej nieuchwytna obecność. Dostrzega, że ktoś stoi na straży flakonika i za wszelką cenę próbuje zawładnąć jej osobą.

Przerażona kobieta kilkakrotnie usiłuje pozbyć się przeklętej ampułki, lecz na próżno. Naczynie wciąż do niej powraca. Powraca nawet wtedy, gdy Anna ratuje się ucieczką do Anglii. Już w samolocie Anna poznaje przystojnego mężczyznę o imieniu Toby. Ich znajomość początkowo nie przebiega pomyślnie, ale po pewnym czasie przeradza się w romans. Toby nie pojawia się obok Anny przypadkowo. Ale czy jego głębokie uczucie zdoła ocalić duszę Anny przed potęgą egipskich magów i kapłanów? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami.

Po przeczytaniu tej powieści wiem, że zrobiłabym błąd, gdybym jej nie doczytała do końca. Może na początku trochę zdenerwowało mnie, że akcja książki równocześnie toczy się w dwóch rzeczywistościach. Barbara Erskine przeplata przygody Anny Fox z dziejami jej praprababki, Luizy. Niemal w każdym rozdziale czytelnik ma do czynienia z cofaniem się akcji powieści. Niemniej jako całość książka jest warta przeczytania i pomimo upiorów starożytnego Egiptu, można ją czytać do poduszki, gdyż nie jest to horror, a w miarę lekko opowiedziana historia z duchami w tle. Dodatkowo można też dowiedzieć się kilku rzeczy o starożytnym Egipcie, jego bogach i wierzeniach ludzi tam żyjących.






czwartek, 14 kwietnia 2011

Elizabeth Adler – „Leonia”







Wydawnictwo: AMBER
Warszawa 1994
Tytuł oryginału: Leonie
Przekład: Elżbieta Delis-Modzelewska


Elizabeth Adler to jedna z najbardziej płodnych pisarek, łącząca w swoich powieściach stylistykę romansu z konwencją thrillera. Jej biografia trochę przypomina po mistrzowsku napisaną przez nią powieść. Jej szczęśliwe i pełne przygód życie rozpoczęło się w roku 1965. Było to w momencie, gdy wkroczył w nie prawnik Richard. Elizabeth pracowała wówczas w Nowym Jorku jako skromna sekretarka. Po ślubie z Richardem, który odbył się w Las Vegas, zamieszkali w Rio de Janerio, zaś po pewnym czasie w Hollywood. Tam zaprzyjaźniła się z takimi gwiazdami, jak: Frank Sinatra, Tina Turner czy Stevie Wonder. W stolicy gwiazd światowego kina Elizabeth odgrywała rolę doskonałej hollywoodzkiej żony, jednocześnie wspierającej karierę męża. Kiedy Richard nagle poważnie zachorował, jego kariera jako prawnika została przerwana. Niemniej ich życie Normanów w dalszym ciągu trwało. Najpierw wyjechali do Hiszpanii, potem na południe Francji, aż ostatecznie osiedlili się na angielskiej wsi w hrabstwie Oxford, adaptując dwunastowieczny budynek klasztorny.

Elizabeth Adler zajęła się pisaniem powieści, kiedy jej córka rozpoczęła naukę w szkole. Akcja jej książek toczy się w realiach, od których skutecznie się odgrodziła, lecz które doskonale poznała. Jej bohaterki to kobiety sukcesu, który osiągają dzięki własnej pracy, natomiast osobiste interesy oraz dramaty zmuszają je do wędrówek po kontynentach świata. Opisywana przez Elizabeth Adler rzeczywistość jest niezwykle autentyczna, gdyż pisarka sama podróżuje po świecie, szukając materiałów do swoich powieści.

Cytując pokrótce biografię Elizabeth Adler chcę nieco przybliżyć jej sylwetkę, jako doskonałej pisarki, specjalizującej się w literaturze kobiecej. W tym miejscu chciałabym również polecić jedną z jej książek pod tytułem Leonia, która bynajmniej nie jest pozycją nową, gdyż w Polsce ukazała się w 1994 roku, czyli jakieś siedemnaście lat temu. Tak, jak wspomniałam wyżej, zazwyczaj bohaterkami powieści Elizabeth Adler są kobiety sukcesu. W przypadku Leonii fakt ten doskonale się potwierdza, gdyż tytułowa Leonia Bahri po śmierci matki decyduje się na śmiały krok. Ma wówczas niespełna siedemnaście lat. Opuszcza rodzinną wieś i udaje się w podróż pociągiem do Paryża. Jest koniec dziewiętnastego wieku, a Paryż uchodzi za szaloną stolicę Europy. 

Z uwagi na swoją egzotyczną urodę, odziedziczoną po ojcu, który z pochodzenia był Egipcjaninem, nie może opędzić się od nadmiernie zwracających na nią uwagę mężczyzn. W Paryżu spotyka ich wielu. Niektórych z nich pokocha prawdziwą miłością, zaś inni będą tylko przelotną znajomością w jej życiu. Osiągnie też sławę, jako aktorka. Przeżyje chwile wielkiego szczęścia, jak również momenty dramatyczne. Niemniej na całym życiu Leonii swoje piętno odciśnie zaborcza i niebezpieczna miłość milionera, hrabiego Gills’a de Courmont’a.

Pomimo interesującej fabuły, nie mogę powiedzieć, że powieść przeczytałam jednym tchem, bo tak nie było. W moje ręce książka wpadła stosunkowo niedawno, bo jakiś miesiąc temu. Niemniej historia Leonii Bahri może wciągnąć i może się podobać. Jest to literatura lekka, którą z powodzeniem można delektować się przed snem, bez ryzyka, że przyśnią się nam koszmary. Akcja powieści może wciągnąć, bo czytelnik może wciąż zastanawiać się co będzie dalej. Jak Leonia poradzi sobie z chorym uczuciem hrabiego? Książkę polecam głównie z uwagi na fakt, iż dzięki niej z łatwością oderwiemy się od codziennych spraw i przeniesiemy się w realia dziewiętnastowiecznego Paryża. Jedno, co mnie rozczarowało podczas czytania, to to, że autorka zbyt ubogo ukazuje życie tamtych czasów, w głównej mierze skupiając uwagę na postaci Leonii i jej życiowych dramatach. Brakowało mi precyzyjnych opisów Paryża z tamtych lat.