środa, 8 lutego 2017

Renata Czarnecka – „Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793” # 1













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2011






Choć pozycja Polski po pierwszym rozbiorze (1772 rok) była dość osłabiona, to jednak w jakimś stopniu zostało oddalone bezpośrednie zagrożenie jej istnienia. W sierpniu 1787 roku rozpoczęła się wojna rosyjsko-turecka, podczas której po stronie rosyjskiej stanęła Austria. Reformy wprowadzone przez Sejm Wielki (1788-1792) wywołały sprzeciw magnaterii oraz zaniepokojenie mocarstw ościennych. Tak więc w 1792 roku grupa magnatów, na której czele stanęli Stanisław Szczęsny Potocki (1751-1805), Franciszek Ksawery Branicki (1730-1819) i Seweryn Rzewuski (1743-1811) zawiązała konfederację, którą ogłoszono w miasteczku o nazwie Targowica leżącym na Ukrainie. Miejscowość ta znajdowała się w dobrach należących do Potockiego. Celem konfederatów stało się dążenie do obalenia reform Sejmu Wielkiego oraz unieważnienie Konstytucji 3 Maja uchwalonej w 1791 roku. Wezwanie przez konfederatów wojsk rosyjskich zapoczątkowało wojnę polsko-rosyjską. Natomiast w styczniu 1973 roku w Petersburgu Rosja i Prusy zawarły porozumienie dotyczące drugiego rozbioru Polski. Tym razem Austria zbyt zajęta wojną z rewolucyjną Francją nie wzięła udziału w rozbiorze.

Tak w skrócie przedstawiają się fakty, które poprzedzają wydarzenia opisane przez Renatę Czarnecką w powieści Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793. O ich konsekwencjach wciąż mówi się na salonach ówczesnej Warszawy. Dyskutuje się o nich podczas spotkań towarzyskich, a także w pałacowych komnatach, gdzie oprócz najbliższych, nikt inny nie ma prawa usłyszeć opinii wyrażanych przez mieszkańców owych pałaców. Na pierwszy plan wysuwają się trzy rody szlacheckie, czyli Radziwiłłowie, Czartoryscy oraz Potoccy. Spośród Radziwiłłów najbardziej aktywną osobą jest wojewodzina wileńska, Helena Radziwiłłowa (1753-1821). Jest to kobieta niezwykle energiczna i szczycąca się swoją przyjaźnią z carycą Katarzyną II Wielką (1729-1796). Jej oddanie względem imperatorowej jest tak wielkie, że każdą negatywną opinię o przyjaciółce przypłaca palpitacją serca. Za wszelką cenę próbuje też wprowadzić na dwór rosyjski swoją córkę, aby w ten sposób móc korzystnie wydać ją za mąż. Helena Radziwiłłowa nie stroni także od romansów, które raczej nie są tajemnicą dla jej męża, Michała Hieronima Radziwiłła (1744-1831), lecz wygląda na to, że małżonkowi wcale to nie przeszkadza. Są mu one nawet na rękę, ponieważ przynoszą mu nie tylko korzyści polityczne, ale również materialne. Helena to piękna kobieta, więc nie dziwi fakt, że zwróciła na siebie uwagę samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732-1798).

Księżna Izabela Czartoryska
Portret pochodzi z 1774 roku.
autor: Alexander Roslin (1718-1793)
Wydaje się, że bardzo podobnie pod względem moralnym prowadzi się Izabela Czartoryska (1746-1835) – żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734-1823) – pomimo że w chwili, kiedy czytelnik ją poznaje, księżna swoje liczne romanse ma już za sobą. Chociaż obecnie jest wierna mężowi, to jednak ślad po jej miłosnych uniesieniach pozostanie do końca jej ziemskiego życia. 

Każde z żyjących dzieci księżnej jest potomkiem innego kochanka arystokratki, choć oficjalnie urodziło się jako owoc jej małżeńskiego związku. Podobnie jak jej przyjaciółka – Helena Radziwiłłowa – ona również uległa urokowi Stanisława Augusta Poniatowskiego, skądinąd swojego kuzyna. Konsekwencją jej romansu z królem okazała się córka Maria Anna Wirtemberska (1768-1854). Ale to nie wszystko. Trzeba bowiem wiedzieć, że Izabela romansowała nawet z Armandem Louisem de Gontaut, księciem de Lauzun (1747-1793), który podczas rewolucji francuskiej (1789-1799) stracił głowę na gilotynie. Z ich związku na świat przyszedł syn, Konstanty Adam Czartoryski (1774-1860). Niektórzy twierdzili nawet, że diuk – wezwany przez Izabelę – był obecny przy porodzie, ukryty w szafie za łóżkiem księżnej. Sam książę de Lauzun miał tę dość komiczną sytuację opisać w swoich pamiętnikach, które ukazały się już po jego śmierci, lecz jeszcze za życia Izabeli, co w środowisku wywołało naprawdę wielki skandal.

Jakob Johann Sievers 
Portret powstał
w latach 1790-1795.
autor: Józef Maria Grassi
(1757-1838)
Można zatem odnieść wrażenie, że spośród tych trzech rodów najbardziej w cieniu pozostają Potoccy. Z kolei Radziwiłłowie tylko z pozoru wyglądają na wpływowych, lecz prawdą jest, że czasy ich świetności już dawno minęły. Wprawdzie Helena Radziwiłłowa usiłuje przywołać pamięć wpływowych przodków swojego męża, jednak mało kto chce tego słuchać po tylu latach od ich śmierci. Podobnie rzecz przedstawia się w przypadku Czartoryskich. Oni również nie są już tym samym rodem, którym byli kiedyś. Pomimo że sytuacja w kraju jest dość napięta, to jednak arystokracja próbuje żyć normalnie. Organizowane są bale, na których można spotkać także rosyjskich oficerów, którzy na dobre zadomowili się już w Polsce, szczególnie w Warszawie. Bohaterowie przemieszczają się pomiędzy Warszawą a Grodnem, gdzie ma rozpocząć obrady sejm, który potem zostanie nazwany „rozbiorowym”. Caryca Katarzyna II Wielka wysyła do Polski także swojego ambasadora, Jakoba Johanna Sieversa (1731-1808), którego zadaniem jest przygotowanie gruntu pod rozbiór. Ambasador chyba jednak nie za dobrze czuje się w obcym kraju, co wynika z faktu, że wciąż pisze listy do swych córek, relacjonując im ze szczegółami działania, jakie podejmuje w Polsce. Wyraźnie widać, że tęskni za rodziną i jest bardzo samotny, pomimo że stale obraca się w towarzystwie.

W pierwszej chwili można więc pomyśleć, że tym, co w powieści wysuwa się na pierwszy plan jest przede wszystkim polityka. Lecz oprócz kwestii politycznych na kartach książki spotykamy także całą galerię rozmaitych postaci historycznych, a każda z nich jest inna. Widzimy ich życie rodzinne, oceniamy poglądy, obserwujemy emocje, jakie im towarzyszą każdego dnia. Obraz Warszawy końca XVIII wieku jest tutaj oddany w sposób doskonały. Oczami wyobraźni widzimy karety podążające ulicami miasta, słyszymy uliczny gwar rozmów czy stukot obcasów na pałacowych posadzkach. Autorka nie zapomniała także o charakterystycznej modzie, jaka wówczas obowiązywała.

Helena Radziwiłłowa 
Portret pochodzi z 1816 roku.
autor: Ernst Gebauer (1782-1865)
Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793 to pierwsza część opowieści o drugim rozbiorze Polski. Drugi tom tej historii nosi tytuł Pod sztandarem miłości. Rok 1794. Całą dylogię przeczytałam dokładnie cztery lata temu, ale nadal często do niej wracam, podobnie jak do innych powieści Renaty Czarneckiej. Pamiętam, że po przeczytaniu pierwszego tomu byłam niesamowicie ciekawa, w jaki sposób Autorka pokierowała dalszym życiem bohaterów podczas drugiego rozbioru Polski. Zastanawiałam się też, co dalej stało się z piękną księżniczką Marią z Czetwertyńskich Naryszkiną (1779–1854), która swoją urodą przyćmiewała wszystkie damy, tym samym ciesząc się ogromnym powodzeniem wśród mężczyzn.

Podczas lektury chyba największą sympatią zapałałam jednak do Heleny Radziwiłłowej. Pomimo jej trudnego charakteru, tej postaci raczej nie można nie polubić. O ile wierzyć przekazom historycznym, była to osoba z gatunku tych, które mówią to, co myślą, nie owijając niczego w bawełnę. Jej cięty język niekiedy naprawdę śmieszy, a ona sama czasami postępuje bezmyślnie, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Nie można jej też zarzucić braku empatii. Ciekawa jestem czy faktycznie była kleptomanką, czy może kradła, będąc w pełni świadomą tego, co robi? I wreszcie, czy naprawdę przeklinała, niczym przysłowiowy szewc, nie bacząc na towarzystwo, w jakim się znajdowała?

Nie jest tajemnicą, że od lat jestem pod ogromnym wrażeniem talentu pisarskiego Renaty Czarneckiej. To, co Autorka wyprawia z historią Polski na kartach swoich książek, jest czymś naprawdę niezwykłym. Jej bohaterowie nadal żyją, choć fizycznie odeszli od nas wieki temu. Te postacie de facto niewiele różnią się od nas. Tak jak my, oni również posiadają wady i zalety. Popadają w nałogi i uzależnienia. Autorka sprawia, że czytelnik dostrzega w nich ludzi z krwi i kości. Nie są to jedynie sztywne postacie związane z określonymi datami, o których mowa na lekcjach historii w szkole. Jestem więc przekonana, że każdy miłośnik powieści historycznych oraz twórczości Renaty Czarneckiej przyzna mi rację. Autorka potrafi zabrać czytelnika w niesamowitą podróż do przeszłości. Pamiętam, że czytając Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793 niejednokrotnie zastanawiałam się nad obsadą aktorską, ponieważ ta książka wyjątkowo nadaje się na adaptację filmową. Mam nadzieję, że kiedyś tak właśnie się stanie. I już dziś mogę zagwarantować, że fabuła drugiego tomu jest równie wciągająca i emocjonująca.


Nowy Zamek w Grodnie – miejsce obrad sejmu w 1793 roku



 




niedziela, 5 lutego 2017

Margaret Leroy – „Kolaborantka”













Wydawnictwo: GOLA
Głuchołazy 2013
Tytuł oryginału: The Soldier’s Wife
Przekład: Anna Wojtaszczyk & Olga Wojtaszczyk





Guernsey to wyspa na kanale La Manche uzależniona od Wielkiej Brytanii, pomimo że jej terytorium znajduje się przy francuskim wybrzeżu. Wchodzi ona w skład grupy wysp wraz z pozostałymi Wyspami Normandzkimi, lecz z wyłączeniem wyspy Jersey. Każdy jej zaułek może opowiedzieć swoją własną historię. Znajduje się tam bowiem szereg twierdz, zamków, ruin oraz starożytnych grobowców. Położenie wyspy sprawia, że jest ona idealnym miejscem spędzania wakacji, jeśli wziąć pod uwagę jej historyczne walory. Z tym terenem wiążą się także fascynujące historie dotyczące przemytu i budownictwa okrętowego obecnych tam na przestrzeni lat w okresie gorącego konfliktu pomiędzy Wielką Brytanią a resztą Europy. Każdy okres historyczny pozostawił po sobie niepowtarzalne i społecznie istotne dziedzictwo. Kiedy w 1066 roku książę Normandii – Wilhelm I Zdobywca (ok. 1028-1087) pokonał króla Anglii Harolda II (ok. 1022-1066) i przejął angielski tron, wówczas księstwa Normandii i Anglii stały się jednym państwem, natomiast od połowy X wieku Wyspy Normandzie stanowią część Zjednoczonego Królestwa.

Jeśli chodzi o kwestie polityczne, to w przypadku Guernsey są one dość skomplikowane. Wyspiarze są bowiem zobowiązani do uznania królowej jako głowy swojego państwa, ale nie muszą tego robić w stosunku do rządu brytyjskiego, ponieważ mają swój własny. Jest to odpowiednik parlamentu, który zasadniczo przyjmuje przepisy prawne podobne do tych obowiązujących w Wielkiej Brytanii, lecz niekoniecznie realizuje je w ten sam sposób. Wielka Brytania nie może na przykład powołać do służby wojskowej mężczyzn z Guernsey, chyba że chodzi o ratowanie samej królowej, gdyby została bezpośrednio zaatakowana przez wrogów, na przykład porwana. Niemniej wyspiarze służyli w imieniu króla podczas dwóch wojen światowych, odważnie i z przekonaniem walcząc na frontach. Choć Guernsey jest częścią wspólnoty, to jednocześnie posiada swój własny rząd, system podatkowy, prawo, walutę, język (dialekt normandzki), charakter, a także kieruje się swoimi tradycjami.

Jak wspomniałam wyżej, Guernsey posiada bardzo bogatą historię, czego przykładem są zamki – starsze nawet niż Tower of London – jak również starożytne miejsca pochówku, czy też ruiny pochodzące z okresu neolitu. Unikalne położenie geograficzne wysp zaowocowało tym, że teraz można podziwiać ich fascynujące dziedzictwo. Znajduje się tam bowiem wiele muzeów, a także ogromnych rozmiarów zamek Castle Cornet, twierdza Fort Grey czy Niemieckie Muzeum Okupacji. Tak więc turysta wcale nie musi daleko szukać, aby móc doświadczyć tam przeszłości. Na przykład na niewielkiej wysepce Lihou, położonej tuż przy zachodnim wybrzeżu Guernsey, można ujrzeć smagane wiatrem ruiny klasztoru Najświętszej Marii Panny. Poza tym, gdzie nie spojrzeć, można dostrzec starożytne mogiły i grobowce, jak również ruiny wież czy fortyfikacji będące dowodem zawiłej historii wyspy.

Grupa dziewczynek ewakuowanych
z Wysp Normandzkich do Marple
w Cheshire przymierza ubrania
i buty podarowane przez
Stany Zjednoczone.

Zdjęcie wykonano w 1940 roku.
fot. Imperialne Muzeum Wojny
Jednym z najbardziej znaczących okresów w historii Wysp Normandzkich było zajęcie ich przez Niemców podczas drugiej wojny światowej. Okupacja Guernsey w okresie od czerwca 1940 roku do maja roku 1945 rzuca mroczny cień na charakter wyspy i jej mieszkańców w kontekście XX wieku. Tamto wydarzenie wywarło ogromny wypływ na kształt wyspy i ludzi, o czym wyspiarze pamiętają do dziś. Jest to niezwykle trwałe dziedzictwo zarówno pod względem emocjonalnym, jak i w sensie dosłownym. 

W dniu 19 czerwca 1940 roku Wyspy Normandzkie zostały oficjalnie zajęte przez hitlerowców po uprzednim zdemilitaryzowaniu i opuszczeniu tych terenów przez armię Wielkiej Brytanii. Niczym czarny dym unoszący się nad wybrzeżem Francji, nagłówek na pierwszej stronie Guernsey Evening Press nawoływał do natychmiastowej ewakuacji dzieci. Matki mogły towarzyszyć swoim pociechom w ucieczce, ale tylko tym, które nie ukończyły jeszcze piątego roku życia, natomiast dzieci w wieku szkolnym udawały się w podróż wraz z rówieśnikami, z którymi chodziły do szkoły. Jedynie niektórym matkom zezwalano na ucieczkę w ramach opieki nad grupami dzieci. W tym czasie ewakuowano około czterech tysięcy dzieci w wieku szkolnym, zapewniając im schronienie w Wielkiej Brytanii.

W dniu 28 czerwca 1940 roku (piątek) Guernsey przeżyła swój pierwszy nalot bombowy, który zabił trzydziestu trzech mieszkańców wyspy i ranił sześćdziesięciu siedmiu. Praca portu została sparaliżowana, więc nie można było już eksportować owoców, które stanowiły źródło dochodu wyspiarzy. Od tej chwili portowa przystań została przejęta przez Niemców, którzy wierzyli, że zainstalują tam swoje wojska i ciężkie pojazdy. Okupacja Guernsey rozpoczęła się około dwudziestej trzydzieści w niedzielę 30 czerwca 1940 roku, kiedy to na lotnisku w Guernsey wylądowało pięć niemieckich bombowców nurkujących o nazwie Junkers. Następnego dnia przybyły hitlerowskie oddziały wojska i już po południu zaczęły rozwieszać niemieckie flagi. Kolejne oddziały dotarły nieco później. Ostatecznie Niemców było więcej niż mieszkańców wyspy. Żołnierze Führera zajęli się fortyfikacją Guernsey, budując nowe mocniejsze bunkry, jak również dostosowując do własnych potrzeb już istniejące umocnienia oraz dodając do tego szereg lekkich i ciężkich karabinów.

Dzisiaj linia brzegowa stanowi swego rodzaju testament tamtych czasów. Najstarsi wyspiarze wciąż sięgają pamięcią do dnia swojej ewakuacji i powrotu na Guernsey. Ich przekazy różnią się od siebie wzajemnie. Ci ludzie nadal wspominają radość, jaka im towarzyszyła w dniu 9 maja 1945 roku (10 maja w Sark, a 16 maja w Alderney), kiedy było już wiadomo, że wojna się skończyła, a naziści ją przegrali. Wtedy też ich wyspa została uwolniona spod okupacji niemieckiej. Główną pozytywną cechą Guernsey jest jej związek z morzem. Z wyspą łączy się imponująca historia przemysłu stoczniowego, gdzie pracowali najbardziej znani brytyjscy marynarze. Dziedzictwo Guernsey to także połączenie wyspy z wodami przybrzeżnymi. W czasach rzymskich miejsce to było ważnym ogniwem handlu z Brytanią. Potem – w latach 1815-1880 – na wyspie prężnie rozwijało się szkutnictwo. Przemysł stoczniowy to był naprawdę wielki biznes, szczególnie w latach 1815-1890, kiedy budowano dwieście (a może nawet i więcej) statków w ponad dwudziestu stoczniach, począwszy od małych domowych łodzi rybackich, a skończywszy na fregatach. Rozwijający się przemysł okrętowy sprawił, że w XIX wieku na wyspę zaczęli przybywać nowi osadnicy, a wielu spośród nich było marynarzami.


Zamek Cornet na wyspie Guernsey 
źródło


Wróćmy zatem do roku 1940, kiedy wyspa Guernsey została opanowana przez nazistów, a dzieci zmuszone do opuszczenia swoich domów, natomiast dorośli do tolerowania nowych sąsiadów, którzy w każdej chwili mogli pozbawić życia, bo akurat taki mieli kaprys. W posiadłości Le Colombier mieszka Vivienne de la Mare. Kobieta ma około czterdziestu lat. Ponieważ trawa wojna, jej mąż został powołany do wojska i teraz walczy gdzieś na froncie. Vivienne nie mieszka sama. Ma na wychowaniu dwie córki: dorastającą Blanche i kilkuletnią Millie. Poza tym musi także opiekować się teściową, która jest już w podeszłym wieku i z tego powodu cierpi na demencję starczą. Są chwile, kiedy wydaje się, że Evelyn jest w doskonałej kondycji umysłowej, ale bardzo szybko okazuje się, że to tylko złudzenie, ponieważ kobieta tak naprawdę traci poczucie rzeczywistości i żyje w swoim własnym świecie. Choć opiekowanie się staruszką jest uciążliwe, to jednak Vivienne wcale się nie skarży. Ona wie, że należy to do jej obowiązków. Przecież kiedyś wyszła za mąż i tym samym przyjęła do swojego życia nie tylko męża, ale także jego bliskich. W dodatku któż inny mógłby teraz zaopiekować się Evelyn? Przecież jest wojna, a jedyny syn staruszki właśnie walczy gdzieś z wrogiem i tak naprawdę nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś go zobaczą.


Wyd. HACHETTE BOOKS
czerwiec 2011
Pewnego dnia Vivienne de la Mare postanawia, że wraz z córkami wejdzie na pokład statku i tym sposobem przedostanie się do Anglii, gdzie mieszka jej ciotka. Trzeba bowiem wiedzieć, że nasza bohaterka jest rodowitą Angielką, natomiast na Guernsey znalazła się z powodu męża. Kobieta wie, że w tej sytuacji będzie musiała zostawić schorowaną teściową pod opieką sąsiadów. Nie będzie bowiem w stanie zaopiekować się Evelyn podczas podróży. Starsza córka – Blanche – jest zachwycona tym, że w końcu będzie mogła normalnie żyć. Londyn kojarzy jej się bowiem ze spokojem, co oczywiście jest tylko złudzeniem, bo przecież w Anglii również trwa wojna, a ludzie każdego wieczoru muszą zaciemniać okna w swoich domach i ukrywać się w schronach przed niemieckimi bombami. Blanche dorasta i marzy jej się życie na wysokim poziomie. Chciałaby kiedyś być bogata i nosić ubrania, które widzi w uwielbianych przez siebie magazynach o modzie. Z kolei młodsza córka – Millie – sprawia wrażenie, jak gdyby było jej wszystko jedno. Niestety, tak się jakoś dziwnie składa, że w ostatniej chwili Vivienne de la Mare rezygnuje z podróży, czego przez długi czas nie może jej wybaczyć Blanche.

Na Guernsey wcale nie jest spokojnie. Niemców coraz więcej, a to budzi przerażenie mieszkańców. Hitlerowcy zawłaszczają kolejne domy. Są to posiadłości tych, którym udało się uciec. Choć ich działanie to zwykła kradzież, bo przecież właściciele tych domów kiedyś do nich wrócą, to jednak dobrego w tym tyle, iż nie wysiedlają ludzi z ich mieszkań i nie wysyłają w nieznane albo nie czynią z nich bezdomnych. Cóż za miłosierdzie z ich strony! Pomimo że pojawia się coraz więcej zakazów, to jednak jak na razie nie widać brutalności ze strony okupantów. Zapewne jest na to jeszcze za wcześnie. W końcu najpierw muszą się rozgościć, prawda? Kwestią czasu zatem jest fakt, iż Vivienne de la Mare spotka na swojej drodze jakiegoś hitlerowca. Ona o tym doskonale wie i wcale nie ukrywa, że napawa ją to wielkim przerażeniem. Kobieta nie spodziewa się jednak, że to spotkanie będzie tak bliskie. Otóż pewnego dnia kilku Niemców wprowadza się do opuszczonej posiadłości tuż obok domu Vivienne. Teraz już nic im nie umknie. Kobieta musi zatem bardzo uważać, aby przypadkiem nie zrobić czegoś, co mogłoby być sprzeczne z nakazami i zakazami, jakie obowiązują na Guernsey.

Prócz powyższego wygląda też na to, że nowi sąsiedzi Vivienne to naprawdę kulturalni mężczyźni. Już pierwszego dnia przychodzą się przywitać i przedstawić, nie zapominając oczywiście o przypomnieniu przepisów, jakie teraz obowiązują na wyspie. Chodzi o godzinę policyjną i przede wszystkim zakaz ukrywania jakichkolwiek zbiegów, jeńców czy innych „podejrzanych typów” z kategorii podludzi. Jeśli Vivienne sprzeniewierzyłaby się temu w jakiś sposób, wówczas jej los mógłby być tragiczny. Ale hitlerowcy to przecież nie tylko bestie i maszyny do zabijania niewinnych ludzi. Okazuje się, że akurat ci konkretni Niemcy mają też uczucia. Przecież pewnego dnia Führer oderwał ich od życia, które prowadzili i w którym byli naprawdę szczęśliwi. Wykonywali jakieś tam zawody, mieli swoje pasje i marzenia, nigdy także nie myśleli o tym, żeby kogoś zabić. Dla nich wojna to też poniekąd przymus i rozkaz, który trzeba było wykonać, zakładając mundur Wehrmachtu czy Waffen-SS ze swastyką, której kolejne pokolenia ludzi na całym świecie będą nienawidzić przez dziesiątki lat.

Wyd. MIRA
wrzesień 2014
I tak oto mijają miesiące, a Vivienne de la Mare coraz bardziej przekonuje się do swoich sąsiadów, choć doskonale wie, że nie wolno jej tego robić. Ona powinna ich nienawidzić w taki sam sposób, jak robi to jej schorowana teściowa. Pomimo demencji, Evelyn zdaje sobie sprawę z tego, że wyspę opanował wróg, z powodu którego jej syn musiał opuścić dom i walczyć na froncie. Jednak nad uczuciami najtrudniej jest zapanować. Tak więc pomiędzy Vivienne i jednym z Niemców rodzi się uczucie, które z wiadomych względów muszą utrzymywać w tajemnicy. Ich miłość naprawdę jest ogromna, choć obydwoje wiedzą, że niemożliwa do spełnienia. Ona ma męża, który może przeżyć wojnę i kiedyś wrócić do domu, zaś on gdzieś w Trzeciej Rzeszy ma żonę i syna, który również zaciągnął się do armii Führera. W dodatku nie są w tym wszystkim sami. O ile dla Niemców nie jest problemem fakt, że jeden z nich wdał się właśnie w romans z kobietą, z którą teoretycznie nie powinno go nic łączyć, to dla wyspiarzy tego rodzaju miłość jest czymś plugawym, a sama Vivienne może być uważana za zdrajczynię i kolaborantkę, jeśli cała sprawa wyjdzie na jaw. Wiadomo przecież, jak kończą kochanki hitlerowców. Czy zatem kobiecie grozi niebezpieczeństwo z rąk ludzi, którzy do tej pory traktowali ją jak uczciwą i godną zaufania sąsiadkę? Czy miłość do znienawidzonego Niemca już na zawsze okryje ją hańbą? A co z kapitanem Lehmannem? Czy on również będzie musiał coś w życiu poświęcić?

Takich książek jak Kolaborantka powstało na przestrzeni lat bardzo wiele. Myślę, że autorzy sięgają po temat zakazanej wojennej miłości głównie dlatego, aby w bestiach i katach odnaleźć też zwykłe ludzkie cechy i pragnienia. Nie można również powiedzieć, że takich romansów w ogóle nie było podczas drugiej wojny światowej. Tego typu związków było i to całkiem sporo. Praktycznie w każdym okupowanym kraju kobiety wchodziły w związki z nazistami z różnych powodów. Czasami robiły to dlatego, żeby poprawić sobie poziom życia. Pamiętajmy, że wtedy panował głód, a one wielokrotnie miały na wychowaniu dzieci, bo mężowie albo zginęli na froncie czy w jakimś innym miejscu (na przykład w nazistowskim obozie zagłady), albo też wciąż walczyli, więc nie mogli zadbać o rodzinę. Czasami kobiety romansowały z Niemcami w celu wyciągnięcia od nich jakichś ważnych informacji, które pomogłyby członkom ruchu oporu przygotować akcję zbrojną. Były jednak przypadki, kiedy kobiety naprawdę zakochiwały się w esesmanach, a oni odwzajemniali to uczucie. Z takich związków bardzo często rodziły się dzieci. Lecz wraz z zakończeniem wojny kończyły się również romanse, a wtedy cała wina spadała na kobiety, które już do końca życia musiały nosić w sobie piętno hańby, nie mówiąc o wrogim traktowaniu ich przez społeczeństwo.


Przybycie brytyjskich oddziałów do Saint Peter Port (Guernsey) w maju 1945 roku.
Na nabrzeżu widać tłum wiwatujących ludzi witających żołnierzy. 

źródło: Imperialne Muzeum Wojny



W przypadku powieściowej Vivienne de la Mare można mówić o prawdziwym uczuciu. Zarówno ona, jak i jej nazistowski kochanek przez cały czas starają się udawać, że poza czterema ścianami ich sypialni tak naprawdę nic się nie dzieje. Nie ma wojny, a oni znajdują się w świecie, w którym najważniejsza jest ich wzajemna miłość. Czy zatem można potępiać Vivienne dlatego, że się zakochała? Z jednej strony zapewne tak, ponieważ bratanie się z wrogiem, który występuje tutaj w roli kata i w sposób bezwzględny morduje niewinnych ludzi, jest czymś haniebnym i praktycznie brak słów, które mogłyby w pełni określić negatywne postępowanie naszej bohaterki. Z drugiej strony trzeba też pamiętać, że kapitan Lehmann będący tutaj symbolem nazistów jako ogółu, jest także mężczyzną, który nie do końca zgadza się z polityką swojego wodza. Takich Niemców w czasie drugiej wojny światowej było trochę i to oni stanowią namiastkę człowieczeństwa w tych okrutnych czasach. Zresztą nie tylko Gunther Lehmann tak się zachowuje. Jest też Max Richter, któremu Vivienne wiele zawdzięcza.

Powieść Margaret Leroy zmusza czytelnika do zastanowienia się nie tyle nad okrucieństwem wojny, ponieważ akurat ten fakt nie podlega dyskusji. Chodzi tutaj przede wszystkim o jednostkowe relacje zachodzące pomiędzy katem a ofiarą. Książka jest naprawdę wzruszająca. Nie jest to historia, którą można przeczytać dla rozrywki. Ona wymaga skupienia uwagi i refleksji nad ludzką moralnością, gdzie główną rolę odgrywa miłość do drugiego człowieka, nawet kosztem poniesienia naprawdę poważnych konsekwencji. Te konsekwencje mogą być niebywale tragiczne, szczególnie wtedy, gdy jedna ze stron działa na dwa fronty i w pewnym momencie musi dokonać dramatycznego wyboru: kolaboracja czy działalność w ruchu oporu? 










piątek, 3 lutego 2017

Diana Palmer – „Zdrajca”














Wydawnictwo: MIRA
Warszawa 2007
Tytuł oryginału: Renegade
Przykład: Alina Patkowska





Nie da się ukryć, że literatura kobieca kojarzy nam się przede wszystkim z romansami. Od dawna obserwujemy prawdziwy wysyp powieści skierowanych do kobiet. Ten swoisty boom dotyczy nie tylko literatury obcej, ale także rodzimej, która w ostatnich latach wręcz zalewa nasz rynek wydawniczy. Oczywiście nie ma w tym niczego złego pod warunkiem, że książki z tego gatunku będą napisane na poziomie, który nie będzie obrażał inteligencji czytelniczek. Wbrew pozorom nie jest wcale łatwo napisać powieść przeznaczoną dla kobiet, która spełniałaby powyższe kryterium. Czasami fabuła takich książek jest tak naiwna, że na pierwszy rzut oka widać, iż powieść została wydana tylko po to, aby móc na niej zarobić i wmówić czytelniczkom, że oto właśnie w ich ręce trafia historia, o której przez bardzo długi czas nie będą w stanie zapomnieć. Nierzadko zdarza się, że jest to tylko zwykły chwyt marketingowy, za którym kryje się chęć zysku i nic więcej. Niemniej wśród literatury kobiecej można jednak znaleźć książki, które nie są zwykłymi romansami, zaś ich autorzy poruszają na ich kartach naprawdę istotne problemy społeczne. Co ciekawe, za takimi historiami kryją się nie tylko kobiety-pisarki, ale także mężczyźni, jak chociażby Nicholas Sparks czy Richard Paul Evans. Niestety, bardzo często wszystkie powieści z gatunku literatury kobiecej wrzucane są do tego samego worka i krytykowane dla samej tylko zasady. Nie jest to uczciwe podejście do problemu, ponieważ nie każda książka dla kobiet jest zła, tak samo jak nie każda powieść zaliczana do literatury ambitnej jest dobra.

Kreując historię przeznaczoną stricte dla kobiet, czyli innymi słowy historię obyczajową, trudno jest pominąć w niej romans. Szkoda tylko, że wielu czytelników w takich powieściach dostrzega jedynie wątek uczuciowy zamiast skupić się na ukrytym drugim dnie, które przeważnie tam występuje. Jest to wysoce niesprawiedliwe podejście do tematu, co bardzo mnie smuci. Z drugiej strony jednak zastanawiam się, dlaczego tego typu historie pisane są z reguły do jednego schematu. Przeważnie wykreowani przez autorów główni bohaterowie posiadają trudną przeszłość. Mężczyzna to zazwyczaj typowy macho ukrywający jakieś niecne występki z przeszłości lub osobiste dramaty, który bardzo długo boi się przyznać, że potrafi także czuć, zaś kobieta to albo szara myszka, która nie wierzy w siebie z powodu przeżytych nieszczęść, albo silna zołza niszcząca wszystko, co tylko stanie jej na drodze. Taka bohaterka również mężczyzn traktuje przedmiotowo, choć gdzieś w głębi duszy pragnie być kochana, a i sama także chce komuś tę miłość dać. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zdrady małżeńskie, które rzekomo mają podnieść walor powieści. Czy nie można stworzyć bohaterów, którzy byliby w stu procentach normalni i sprawiali wrażenie, że są ludźmi żyjącymi gdzieś obok nas? Opinie czytelniczek są jednak jednoznaczne. Tego rodzaju postacie budzą znacznie więcej emocji, niż bohaterowie, którzy mają poukładane życie. Z tego też powodu często wydają się nudni i nawet tragedie, które po drodze ich dotykają rzadko potrafią to zmienić. A ponieważ autorzy generalnie słuchają tego, co mają do powiedzenia ich czytelnicy, kreują każdą kolejną historię według ich życzenia oraz nierzadko także zgodnie z żądaniem wydawców. Moim zdaniem brak w tym swobody i kreatywności.

Diana Palmer to jedna z tych amerykańskich autorek, które rozkwit pisarskiej kariery datują na lata 80. i 90. XX wieku. To wtedy ugruntowały swoją mocną pozycję nie tylko na rodzimym rynku, ale też na międzynarodowym. Ich dobra passa trwa do dziś, nawet jeśli w Polsce tego nie widać. Ich książki nadal tłumaczone są na języki obce, natomiast czytelniczki na całym świecie chętnie sięgają po każdą nową powieść, która wyszła spod ich pióra. Do takich pisarek można zaliczyć Norę Roberts, Danielle Steel, Barbarę Taylor Bradford czy Sandrę Brown, a także wiele innych amerykańskich i brytyjskich autorek. Pisząc niedawno o Kłamstwach i tajemnicach wspomniałam, że jest to historia wchodząca w skład wielotomowego cyklu powieściowego, którego akcja rozgrywa się w małym fikcyjnym miasteczku Jacobsville położonego w Teksasie niedaleko San Antonio. Podczas gdy tam mogliśmy poznać losy niejakiego Garona Griera będącego agentem FBI i właśnie rozpracowującego sprawę seryjnego mordecy małych dziewczynek, tak w tym przypadku Autorka proponuje nam opowieść o jego młodszym bracie.

Jedno z wydań anglojęzycznych
Wyd. HQN BOOKS
USA/Kanada 2011
Cash Grier właśnie objął stanowisko komendanta policji w Jacobsville. Kiedyś zajmował się cyberprzestępczością, natomiast teraz za punkt honoru postawił sobie pilnowanie porządku w teksańskim miasteczku. Lata pracy w policji sprawiły, że doskonale wie, iż nie można nikomu wierzyć na słowo. Miejscowa społeczność traktuje go życzliwie, lecz gdyby jednak któregoś dnia sprzeniewierzył się zasadom panującym w Jacobsville, wówczas zapewne wszyscy by się odwrócili do niego plecami. Tak już jest w małych miejscowościach, że niczego nie da się tam ukryć, natomiast nawet najdrobniejsze przewinienie jest piętnowane. Gdyby zaś Cashowi przyszło kiedyś do głowy skrzywdzić kogoś z mieszkańców Jacobsville, wówczas jedyne, co by mu pozostało, to spakowanie manatek i wyjazd tam, gdzie nikt nie miałby pojęcia o jego winie.

Podobnie jak jego brat – Garon – Cash również skrywa mroczną przeszłość, o której nikt nie wie. Mężczyzna tylko raz odważył się o niej opowiedzieć, ale bardzo szybko tego pożałował. Od tamtej pory nikomu nie ufa i przed wszystkimi udaje, że tak naprawdę od zawsze był prawym i uczciwym człowiekiem, który nie skrzywdziłby nawet muchy. Już jakiś czas temu w życiu Casha pojawiła się dużo od niego młodsza gwiazda Hollywood. To dwudziestosześcioletnia modelka i początkująca aktorka – Tippy Moore. Dziewczyna mieszka w Nowym Jorku, mając na wychowaniu dziewięcioletniego brata. Pomimo że mały Rory mógłby mieszkać z matką, to jednak nie może tego zrobić z uwagi na patologię jaka panuje w jego rodzinnym domu. Tippy także nie utrzymuje kontaktu z matką, lecz ona robi to z zupełnie innego powodu, niż jej młodszy brat. Tak naprawdę Rory jest dla niej wszystkim i nie wyobraża sobie, że mogłoby go nie być w jej życiu. Dla bezpieczeństwa wysłała go do szkoły wojskowej, gdzie stale ktoś sprawuje nad nim kontrolę, co sprawia, że Tippy bez reszty może poświęcić się swojej pracy.

Jak można się spodziewać, splot rozmaitych wydarzeń sprawia, że Cash i Tippy zbliżają się do siebie wzajemnie coraz bardziej. Cash nie chce jednak angażować się w ten związek i robi wszystko, aby Tippy zrozumiała wreszcie jego argumenty. Pewnego dnia dochodzi do dramatu, wobec którego twardziel Cash Grier nie może przejść obojętnie. Jako stróż prawa jest podwójnie zobowiązany do tego, aby nieść pomoc pokrzywdzonym. W dodatku sprawa dotyczy ludzi, którzy tak naprawdę stanowią centrum jego świata. Czy zatem uda mu się uratować tych, na których naprawdę mu zależy? Czy zdąży na czas? A może dotrze na miejsce zbyt późno i nie będzie już czego zbierać? Czy jako komendant policji działający na zupełnie innym terenie może ot tak sobie wtrącać się w pracę swoich kolegów po fachu? Czy w tym przypadku sprawy prywatne staną się ważniejsze, aniżeli służbowe?

Zdrajca to powieść utrzymana w podobnym klimacie, jak wspomniane już Kłamstwa i tajemnice. Pojawia się bowiem rozwijające się uczucie oraz wątek kryminalny, który dość szybko znajduje swoje rozwiązanie. Są także sceny humorystyczne oraz szczęśliwe zakończenie, odnośnie do którego można śmiało rzec, że żyli długo i szczęśliwie. Czy zatem ta książka ma jakiejś wady? Och, gdyby tak się przyczepić, to na pewno znalazłoby się ich kilka, jak zresztą w przypadku każdej innej. Po pierwsze, fabuła nie jest zbyt wyszukana, lecz przewidywalna. Po drugie, bohaterowie raczej nie zaskakują niczym szczególnym, czyli inaczej niż miało to miejsce podczas lektury Kłamstw i tajemnic. Po trzecie, wątek kryminalny jest bardzo prosty, co nie pozwala potrzymać czytelnika w napięciu. Wiadomo bowiem, że tylko sekundy dzielą rycerza na białym koniu od tego, aby mógł wykonać ten ostateczny ruch. Jest jeszcze kilkuletni chłopiec zbyt dojrzały jak na swój wiek, co sprawia, że można o nim powiedzieć, iż to taki typowy „stary maleńki”, a to z kolei wywołuje wrażenie nierealności.

Tak więc w przypadku tej książki generalnie mamy do czynienia z fabułą leciutką, nieskomplikowaną, ale jednocześnie sprawiającą, że można przy niej odpocząć. Z drugiej strony jednak, czy naprawdę powyższe elementy można uznać za wady? Zapewne ktoś, kto gustuje w literaturze ambitniejszej tak właśnie będzie je odbierał, ale jest przecież mnóstwo czytelniczek, które uwielbiają takie bajki dla dużych dziewczynek. Dlatego nadal nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że tego typu książek w ogóle nie powinno się czytać. A skoro nie powinno się czytać, bo wstyd, to także nie należałoby ich pisać. Jest to wierutna bzdura! 






czwartek, 2 lutego 2017

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Zakręty losu” # 1













Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2012





Chyba nie ma na świecie człowieka, który w pewnym momencie swojego życia nie musiałby zmierzyć się ze swoimi własnymi demonami i zakrętami losu. Jedni radzą sobie z tym lepiej, zaś inni poddają się im bez walki i pozwalają, aby coś, co naprawdę ważne, zniknęło z ich życia bezpowrotnie. Niestety, jak do tej pory nikt jeszcze nie wymyślił skutecznego sposobu umożliwiającego wyprostowanie krętych życiowych dróg, aby tym samym móc żyć w szczęściu i nie oglądać się za siebie każdego dnia, bojąc się, że zła przeszłość powróci w najmniej oczekiwanym momencie.

Na krętą życiową drogę z całą pewnością wszedł Łukasz „Lukas” Borowski. Któregoś dnia postanowił bowiem, że zostawi najbliższą rodzinę i zwiąże się z tymi, dla których ludzkie życie tak naprawdę nic nie znaczy. Zdecydował, że nie będzie zwracał najmniejszej uwagi na błagania rodziców, aby zawrócił z drogi, która może zapewnić mu szczęście jedynie przez krótką chwilę. Nie ma dla niego znaczenia to, że rodzice od zawsze pragnęli dla niego tylko tego, co dobre. Przecież „fach”, który ma ręku na pewno umożliwi mu lepsze życie. Lecz on mimo to zdecydował, że od teraz będzie już tylko egzystował na wysokim poziomie i nie jest ważne, ilu niewinnych młodych ludzi straci przez niego życie.

Łukasz ma też młodszego brata, Krzysztofa. Chłopak ma dopiero niespełna dziewiętnaście lat, ale jest zbyt poważny jak na swój wiek. Doskonale wie, czego chce od życia, ma sprecyzowane plany na przyszłość, posiada też swoje pasje, które stara się rozwijać. Boli go, że jego starszy brat wybrał własną drogę, która kiedyś z pewnością doprowadzi go do zguby. Lecz ani Krzysiek, ani też rodzice nie mają na to żadnego wpływu. Łukasz jest dorosły i teoretycznie wie, co robi i nikt nie może mu tego zabronić. 

Jedną z pasji Krzyśka Borowskiego jest jazda na rowerze, którą praktykuje szczególnie w miejskim parku. I tak oto pewnego październikowego dnia, kiedy jak co dzień jeździ po parkowych alejkach, jego życie zmienia się diametralnie za sprawą dziewczyny, która najpierw go „zabije”, a po latach znów przywróci do życia.

[…] Biegła przez park, wokół nie było prawie nikogo. Zaczynało się już ściemniać i postanowiła wracać, bo nie chciała martwić ojca.
Schyliła się, ponaciągała trochę mięśnie nóg i grzbietu, zrobiła kilka wymachów rękoma i zaczęła biec w stronę domu. Nagle z kieszeni dresu wypadł jej wysłużony walkman i potoczył się na ziemię. W ostatniej chwili zrobiła unik, żeby go nie rozdeptać, i poślizgnęła się na mokrej trochę ściółce, robiąc piękny szpagat wprost na wilgotne liście.

– Cholera! – krzyknęła i w tym momencie usłyszała, jak z lekkim szurnięciem zatrzymuje się koło niej rower i po krótkiej chwili do jej uszu dotarł głęboki głos:

– Wszystko w porządku?

– Nie wiem… chyba… – powiedziała, próbując się podnieść. Kątem oka zobaczyła jak jakiś chłopak odstawia rower, żeby pomóc jej wstać. Spojrzała na swojego wybawcę – był bardzo wysoki, miał kask rowerowy i cały osprzęt do szybkich jazd.

– Dzięki – uśmiechnęła się. 
– Nie ma sprawy. Na mokrych liściach łatwo się przejechać – mruknął, zdejmując kask. Podał jej rękę, uzbrojoną w rękawiczkę bez palców. – Krzysiek jestem – powiedział, patrząc na nią uważnie.


– Kaśka – uścisnęła jego dłoń i przyjrzała się chłopakowi […]*.

Nietrudno się domyślić, że tych dwoje już niedługo połączy gorące uczucie. Jednak bycie razem nie będzie trwało długo. Lecz oni jeszcze o tym nie wiedzą. Snują wspólne plany na przyszłość. Krzysiek pragnie zostać prawnikiem, tak jak jego ojciec. Kasię Matczak również ciągnie do tego zawodu. Niemniej teraz obydwoje muszą skupić się na zbliżającej się wielkimi krokami maturze. Ich spokój co pewien czas zakłóca starszy brat Krzyśka, a także Małgosia Filipiak, która jest córką drugiej żony ojca Kasi. Ich dramat rozpoczyna się już na szkolnej wycieczce, na którą całą klasą wyjeżdżają tuż przed maturą. Potem dochodzi jeszcze tragedia, po której Kasia nie jest w stanie się podnieść i jedynym wyjściem z tej dramatycznej sytuacji jest dla niej wyjazd do Warszawy na studia.

[…] Krzysiek nie pamiętał jak wypadł z pokoju i wsiadł do samochodu. Drogę na dworzec pokonał w rekordowym tempie. Gdy wbiegł do hali dworca, usłyszał, jak głos z megafonu informuje, że pociąg pośpieszny do Warszawy odjeżdża z toru drugiego przy peronie pierwszym. Skacząc po trzy stopnie, niemal tratując ludzi, wbiegł na peron i zobaczył wolno ruszający pociąg. Dostrzegł ojca Kaśki, który szedł obok wagonu. W oknie stała jego córka i patrzyła na niego smutnym wzrokiem. 
Krzysiek krzyknął: 
– Katka!!! – a dziewczyna odwróciła głowę i spojrzała na niego przestraszona. Podbiegł do jej okna i chwycił ją za rękę, biegnąc koło rozpędzającego się pociągu. 
– Katka!!! Nie zostawiaj mnie, błagam!!! – pociąg nabrał prędkości i jej chłodne palce wysunęły się z jego mocnego uścisku. Popatrzyła zrozpaczonym wzrokiem, a on dobiegł do końca peronu i podniósł ręce. Krzyknął z całej siły, jaką miał w płucach: 
– KATKA!!!**

Mija trzynaście długich lat udręki. Drogi życiowe Katarzyny i Krzysztofa znów się krzyżują. Lecz tym razem stają po dwóch różnych stronach. Jak poradzą sobie z kolejnym zakrętem losu? Czy uda im się zapomnieć i wybaczyć? Czy dadzą radę stawić czoło tym, którzy NIGDY NIE ZAPOMINAJĄ? Przekonajcie się sami, sięgając po powieść.

Okładka pierwszego wydania
z 2010 roku
Zakręty losu to pierwsza z czterech części opowieści o braciach Borowskich. Jak na razie historia ta obejmuje cztery tomy, ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy za jakiś czas nie powstanie kolejny. Dość długo losy braci Borowskich stanowiły trylogię. Nagle okazało się jednak, że Agnieszka Lingas-Łoniewska zatęskniła za swoimi bohaterami do tego stopnia, iż postanowiła stworzyć kolejny – czwarty – tom tej opowieści i zatytułowała go Zakręty losu. Nowe pokolenie. 

Moje pierwsze spotkanie z braćmi Borowskimi miało miejsce kilka lat temu. Przeczytałam wtedy pierwsze wydanie tej książki, które po wznowieniu zostało nieco poprawione, tak więc zacytowane przeze mnie fragmenty w nieznacznym stopniu mogą różnić się od tych z wydania, które ukazało się w 2012 roku. Niemniej, mam ogromny sentyment do starej wersji, dlatego też ją przypominam. Co ważne, jesienią 2012 roku wraz z nowym i poprawionym wydaniem pierwszego tomu ukazały się dwa kolejne, czyli Zakręty losu. Braterstwo krwi oraz Zakręty losu. Historia Lukasa. Z kolei w zeszłym roku w ręce czytelników została oddana czwarta cześć serii, która szybko stała się bestsellerem. 
                                  
Sięgając po Zakręty losu powinniśmy pamiętać, że nie jest to jedynie romans. Jest to również powieść sensacyjna, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Autorka funduje czytelnikowi nie tylko sporą dawkę emocji, ale przede wszystkim skupia się na portretach psychologicznych poszczególnych bohaterów. Na tę książkę – podobnie jak na pozostałe powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej – należy spojrzeć znacznie głębiej, aniżeli tylko brać pod uwagę wątek uczuciowy. W przypadku Zakrętów losu czytelnik ma do czynienia z różnorodnością postaci. Jest tutaj bardzo wyraźnie przedstawiona miłość braterska, w imię której można uczynić bardzo wiele, nawet wbrew prawu. Widać też miłość rodzicielską, dzięki której rodzic jest w stanie nie dostrzegać błędów swojego dziecka. Tak właśnie zachowują się rodzice Łukasza i Krzysztofa, a także matka Małgosi Filipiak. Kobieta nie dość, że nie radzi sobie z wychowywaniem córki, to jeszcze za jej występki obarcza winą innych. A rodzice Krzyśka i Łukasza? Co oni robią? Oni z kolei doprowadzają do tego, że Krzysiek czuje się odpowiedzialny za postępowanie swojego brata, choć tak naprawdę nic nie może zrobić, aby zawrócić go ze złej drogi. A co w takim razie dzieje się z Łukaszem w tej sytuacji? Czy on naprawdę jest tak do końca zdemoralizowanym gangsterem, że nie ma w nim ani odrobiny ludzkich uczuć?

Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby Agnieszka Lingas-Łoniewska zawiodła moje czytelnicze oczekiwania. Pamiętam, że książka Zakrętu losu wywarła na mnie ogromne wrażenie. W 2012 roku znałam już na tyle dobrze prozę Autorki, że wiedziałam czego mogę spodziewać się po tej powieści. Z jednej strony bardzo mnie wzruszyła, a z drugiej pozostawiła w pewnym zawieszeniu i nie mogłam doczekać się kontynuacji. Na chwilę obecną jestem już po lekturze czwartego tomu serii, ale postanowiłam, że zanim o nim napiszę przypomnę poprzednie części, o których pisałam dość dawno i w innym miejscu.









* A. Lingas-Łoniewska, Zakręty losu, tom 1., Wyd. Novae Res, Gdynia 2010, s. 14-15.
** Ibidem, s. 176.






środa, 1 lutego 2017

Hanna Cygler – „Kolor bursztynu”












Wydawnictwo: DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2013





Zanim przejdę do omówienia książki, chciałabym pokrótce przybliżyć historię bursztynu, z którym związana jest fabuła niniejszej powieści. Trzeba pamiętać, że bursztyn towarzyszył ludziom od zarania dziejów. Niegdyś pełnił on funkcję środka płatniczego, jak również wykorzystywano go do produkcji wszelkiego rodzaju ozdób, w tym biżuterii i talizmanów. Od najdawniejszych czasów bursztyn budził podziw i zachwyt, a także był uważany za symbol bogactwa i prestiżu. Mówi się, że najstarszy amulet wykonany z bursztynu pochodzi sprzed ponad trzydziestu tysięcy lat. Ten przejrzysty, twardy minerał organiczny od wieków należał do najbardziej pożądanych i gromadzonych kamieni w epokach starożytności i średniowiecza. Od tysięcy lat znany jest w najdalszych zakątkach świata. Biżuterię wykonaną z bursztynu odnajdywano w wielu grobowcach, czego przykładem może być grób egipskiego faraona Tutanchamona (ok. 1342/1339-1323 p.n.e.).

W starożytnej Grecji bursztyn pojawił się około tysiąc osiemset lat przed naszą erą. Określono go mianem świętego kamienia i wierzono, że kiedy potrze się go suknem, wówczas obudzą się w nim właściwości przyciągające. Dla Greków takie tajemnicze zjawisko było tożsame z magią. Dlatego też słowo elektryczność pochodzi od greckiej nazwy bursztynu – elektron. Z północnej części Polski do Rzymu surowiec ten docierał tak zwanym Bursztynowym Szlakiem, gdzie w latach panowania cesarza Nerona (37-68) bursztyn i wyrabiana z niego biżuteria stały się niesamowicie popularne. Panowała zatem moda na wszelkiego rodzaju bursztynowe amulety, a także bursztynowe elementy dekoracyjne, biżuterię oraz inne luksusowe artykuły. Greccy i rzymscy pisarze starożytni uważali, że bursztyn przywożono do Rzymu z odległego państwa Lugiów i Wenedów, które leżało nad Bałtykiem. Co ciekawe, w tamtych czasach Morze Bałtyckie nazywane było Oceanem Północnym. Początkowo Rzymianie wymieniali swoje wyroby na cenny bursztyn za pośrednictwem ludów znad Dunaju, lecz w miarę upływu czasu byli już w stanie organizować samodzielne wyprawy.

Jedną z wypraw Bursztynowym Szlakiem opisał Pliniusz Starszy (23-79) w pierwszym wieku naszej ery. Jej głównym bohaterem stał się pewien Rzymianin, który przez cesarza Nerona został wysłany poza granice Imperium Rzymskiego celem odkrycia niezbadanych wybrzeży Bałtyku oraz przywiezienia stamtąd nowego skarbu, jakim był właśnie bursztyn. Wyprawa Rzymianina doszła do skutku i zakończyła się powodzeniem, gdyż sprowadził on imponujące ilości tego kosztownego kamienia. Wydarzenie to spowodowało, iż w niedługim czasie wielu kupców wyruszyło traktami prowadzącymi na północ i wkrótce zapełniły się one jucznymi zwierzętami ciągnącymi wozy wyładowane bursztynem. Obecnie przebieg tych handlowych szlaków można odtworzyć w oparciu o archeologiczne znaleziska. Przykładem może być Wrocław, gdzie swego czasu odkryto skład zawierający około półtorej tony bursztynu pochodzącego z pierwszego wieku przed naszą erą. Tak więc droga rozpoczynała się w północnej części Włoch – w Akwilei – a następnie przecinała Alpy i dolinę Dunaju. Potem zazwyczaj w okolicy Kotliny Morawskiej bądź Kotliny Kłodzkiej wchodziła w rejon dzisiejszego obszaru Polski, skąd przez Opole docierała do Kalisza nad Prosną, a następnie nad morze, najprawdopodobniej gdzieś w okolice pomiędzy Gdańskiem a Królewcem.

Prawdopodobny przebieg Bursztynowego Szlaku z uzwględnieniem
granic współczesnych państw.

autor: Richard Resch
źródło

A teraz przejdźmy do książki. Powszechnie panuje przekonanie, że o naszej osobowości w dorosłym życiu decyduje dzieciństwo i to, w jaki sposób byliśmy wychowywani przez rodziców lub opiekunów prawnych. Takiego zdania są przeważnie psychologowie, którzy często uważają, że wszelkiego rodzaju negatywne lub pozytywne zachowania dorosłych wobec dzieci w znaczący sposób kształtują ich charakter i po latach wpływają na podejmowane przez nich decyzje. Zapewne tak właśnie stało się z główną bohaterką książki Kolor bursztynu. W przypadku Anieli Stelman nie można bowiem mówić, że jej dzieciństwo i lata dorastania należały do najszczęśliwszych. Wychowywana przez babcię, posiadającą swoje własne wizje świata, na pewno nie otrzymała tego, co zapewniliby jej kochający rodzice. Nawet imię miała inne w zależności od sytuacji. Raz była Anielą, kiedy indziej Anitą, a nawet Anią. W szkole także nie czuła się zbyt komfortowo. Była wyobcowana i raczej nie udzielała się towarzysko. Dopiero na studiach zaczęło się coś minimalnie zmieniać. Nie dziwi więc fakt, że w dorosłym życiu Aniela nie bardzo potrafi odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości. Bardzo szybko wychodzi za mąż, rodzi dzieci, lecz nie może powiedzieć, że w związku z Pawłem Lisieckim jest szczęśliwa. Chyba jedyne, co Anieli faktycznie wyszło to dzieci, które kobieta kocha najbardziej na świecie. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie.

Trudne dzieciństwo i młodość, a także nieszczęśliwe małżeństwo sprawiają, że Aniela ma naprawdę niskie poczucie własnej wartości, co widać również na zewnątrz. Kiedy ją poznajemy, kobieta jest już po trzydziestce, pracuje w muzeum regionalnym, jest po rozwodzie, a na utrzymaniu ma dwoje fantastycznych dzieciaków. Aniela to taka szara myszka, która nie rzuca się nikomu w oczy, choć nie można powiedzieć, że jest zupełnie aspołeczna. Możliwe, że wiele rzeczy po prostu sama sobie wmawia i żyje tak w tym wykreowanym przez siebie świecie. Pewnego dnia wszystko się jednak zmienia. Otóż muzeum, gdzie pracuje Lisiecka, odwiedza mężczyzna, którego Nela od trzech lat podejrzewa o udział w zamordowaniu Wiktora Nokiana, który miał zostać jej mężem. Nela bardzo go kochała i do tej pory nie może o nim zapomnieć, choć de facto mógłby być jej ojcem, ponieważ dzieliła ich spora różnica wieku. Od tej chwili Aniela Lisiecka postanawia, że wyrówna rachunki z nieznajomym, a tym samym pomści śmierć ukochanego. Układa sobie w głowie plan i stawia wszystko na jedną kartę, choć nadal gdzieś w podświadomości kołacze jej się myśl o niskim poczuciu własnej wartości. Czy nasza bohaterka naprawdę wie, co robi? Czy rzeczywiście ma rację, obwiniając tajemniczego mężczyznę o zamordowanie Wiktora? Co stanie się, jeśli w końcu uda jej się osiągnąć swój cel? A może los szykuje dla niej niespodziankę i Nela sama wpadnie w pułapkę, którą zastawiła na rzekomego zabójcę?

Okładka pierwszego wydania
Wyd. KURPISZ
Poznań 2004
Akcja powieści rozgrywa się w Gdańsku. Z fabuły można wywnioskować, że są to lata 90. XX wieku. W tle powieściowych wydarzeń pojawia się bursztyn, choć moim zdaniem nie on jest tutaj najważniejszy. Najistotniejsze są relacje panujące pomiędzy poszczególnymi bohaterami, a także Aniela Lisiecka, którą można poddać naprawdę wnikliwej analizie psychologicznej. Stopniowo widać bowiem, jak z nieciekawej i zakompleksionej dziewczyny przemienia się w silną i piękną kobietę, która naprawdę wie, czego chce od życia. Kocha swoje dzieci, lecz z drugiej strony rozpaczliwie pragnie miłości i chyba czasami jest z tego powodu trochę naiwna, ufając nie tym mężczyznom, którym powinna. Fakt ten zapewne po części wynika z jej trudnego dzieciństwa. Nela jest tak bardzo skupiona na swoich niepowodzeniach, że nie dostrzega sprzyjających sytuacji i nie do końca potrafi je wykorzystać. W dodatku dochodzą do tego nie najlepsze relacje z matką, którą nasza bohaterka widuje od wielkiego święta.

Kolor bursztynu to bez wątpienia powieść obyczajowo-kryminalna. Z jednej strony mamy bowiem klasyczną historię obyczajową z bohaterami, którzy zmagają się z problemami dnia codziennego, zaś z drugiej występuje wątek kryminalny z tajemnicą w tle. Jest także gorący romans, który wywraca życie Anieli do góry nogami. Moim zdaniem nie należy jednak skupiać się jedynie na romansie i wokół niego budować swojej opinii o książce. Powieść posiada bogate drugie dno. Hanna Cygler porusza bowiem kilka istotnych problemów społecznych, o których wspomniałam powyżej. One wszystkie wpływają na sposób zachowywania się głównej bohaterki oraz na charakter podejmowanych przez nią decyzji. Tak więc Kolor bursztynu to przede wszystkim opowieść o kobiecie, której los raczej nie oszczędzał. Już od najwcześniejszych lat musiała liczyć na własne siły i uczyć się na błędach, których dopuściła się niemało w swoim trzydziestoparoletnim życiu. Aniela na pewno nie chce też popełniać tych samych błędów, jakie ma na koncie jej matka w stosunku do niej. Lecz z drugiej strony może Ewa nie miała jednak wyboru i nie należy jej zbyt surowo oceniać?

Według mnie Kolor bursztynu to historia nieco złożona. Z jednej strony można powiedzieć o niej, że jest lekka, odprężająca i doskonała na urlop, natomiast z drugiej nie brak w niej problemów, nad którymi warto się głębiej zastanowić. W dodatku powieść ma niebanalne zakończenie. Posiada ono bowiem dwuznaczny wydźwięk i tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak należałoby je rozumieć. Czytelnik pozostaje w pewnym zawieszeniu i sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie: W którą stronę zmierzałyby dalsze losy bohaterów, gdyby dopisać ich kontynuację?