środa, 1 maja 2013

Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie...



LITERAT MAJA 2013



ROZMOWA Z AGNIESZKĄ STEUR


Żona i mama. Mieszka w Holandii. Absolwentka Wydziału Języków Słowiańskich i Kultury na Uniwersytecie Amsterdamskim. W 2008 roku wyróżniona w Konkursie na Nagrodę Marszałka Senatu dla dziennikarzy polskich i polonijnych. W 2010 roku zdobyła pierwsze miejsce w Międzynarodowym Konkursie „Emigracja” portalu kobietawuk.info. Od 2011 roku nauczycielka języka polskiego w Polskiej Szkółce w Utrechcie. Od 2010 roku pisze felietony w języku polskim dla Sceny Polskiej – Pools Podium w Holandii oraz artykuły popularno-naukowe w języku niderlandzkim dla Biuletynu Polsko-Niderlandzkiego Stowarzyszenia Kulturalnego PNKV.



Agnes Anne Rose: Witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę w ramach cyklu Literat Miesiąca. Agnieszko, na początek zapytam, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zdecydowałaś się poświęcić tworzeniu literatury? Bo przecież chęć opowiadania innym rozmaitych historii musi mieć gdzieś swoje źródło.

Agnieszka Steur: Bardzo dziękuję za zaproszenie. Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie. Chęć opowiadania nie ma źródła w jakimś konkretnym wydarzeniu mojego życia. Określone tematy tak, tworzenie w ogóle już nie, ono jest we mnie. Nie jest wynikiem, stanowi raczej treść. Z jednej strony to wewnętrzna potrzeba przelewania na papier myśli, pomysłów, a z drugiej chęć spotykania innego człowieka w ten wyjątkowy sposób, właśnie dzięki temu, co robię. Już będąc małą dziewczynką zmieniałam swoje marzenia w opowiadania i przelewałam je na papier. W ten sposób się spełniały. Gdy wyjechałam za granicę, pisanie zyskało jeszcze jeden wymiar, stało się bardzo ważnym elementem podkreślającym moją tożsamość. Piszę po polsku i dzięki temu nie tracę tego, co za sobą zostawiłam.

AAR: Niedawno ukazała się Twoja debiutancka powieść pod tytułem „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”. Jest to powieść fantasy adresowana przede wszystkim do młodzieży. Dlaczego właśnie tę grupę czytelników wybrałaś jako odbiorców Twojej twórczości?

AS: Każdy etap w życiu człowieka ma swoją magię, ale wkraczanie w dorosłość wydaje mi się bardzo czułą i wyjątkową chwilą. Wtedy przecież tak wiele się decyduje. Młodzi ludzie przestają być dziećmi, ale jeszcze wierzą w bajki. Żaden szczyt nie jest zbyt wysoki, ale i świat rzeczywisty zostaje już odbierany wszystkimi zmysłami. Bunt, kwestionowanie wartości i poszukiwanie własnej drogi, przecież to bardzo ważne. Moje dzieci stoją na granicy tego etapu i z ogromną ciekawością będę obserwować ich drogę. Jak one będą przeżywać zmiany. Bardzo bym chciała, aby potrafiły zachować w sobie coś z dzieci, ale i pewnie wkroczyły w kolejną fazę życia. Czasem myślę, że również ja nie chcę stracić tej cząstki naiwności, która jest we mnie i dlatego tak lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową.

AAR: Przyznam, że kiedy czytałam Twoją powieść byłam pozytywnie zaskoczona jej oryginalnością. Przeważnie jest tak, że bohaterowie z naszego świata przedostają się w jakiś magiczny sposób do świata baśni, gdzie spotykają rozmaite istoty. U Ciebie jest na odwrót. Skąd pomysł, aby to obce byty wysłać w podroż do świata ludzi?

AS: Od wielu lat mieszkam poza granicą Polski. Stałam się Emigrantką i w pewnej chwili przeraził mnie fakt, że to jedno słowo w jakiś sposób definiuje całą moją osobę.  W tych doświadczeniach znalazłam inspirację do mojej książki. Problem bycia obcym bardzo mnie fascynuje. Już dawno odkryłam, że to uczucie to w dużej mierze stan umysłu. Wyobcowanie często jest wewnętrzną częścią człowieka, a nie czymś poza nim. Ta świadomość nie jest pocieszająca. Ponadto mieszkanie w innym państwie przekonało mnie, że czasem to, co oczywiste może stać się dziwne, a codzienność innych ludzi potrafi nas bardzo zaskoczyć. Chciałam pokazać znany świat, jako obcy. Bardzo ważnym był dla mnie zabieg tego odwrócenia. Dzięki niemu Jangblzijanie przyszli do czytelnika lub może czytelnik odkrył w sobie Jangblizję. Przecież wokół nas jest mnóstwo zwykłości, których nie rozumiemy. Wcale nie musimy wyjeżdżać, aby zadać sobie pytanie, dlaczego jest właśnie tak, jak jest i dlaczego (o zgrozo!) tyle osób zgadza się na to milcząco.

AAR: Twoja powieść zawiera w sobie szereg uniwersalnych wartości, jak miłość, przyjaźń, tolerancja, ale też nie brakuje tego, co złe. Dlaczego, Twoim zdaniem, tak wielu autorów wciąż skupia się na walce Dobra ze Złem? Przecież ten problem poruszany w tak licznych publikacjach może dla wielu czytelników okazać się nudny i przegadany. Nie obawiałaś się właśnie tego rodzaju krytyki, tworząc fabułę swojej powieści?

AS: Tworząc Jangblizję obawiałam się krytyki, ale akurat nie w tym temacie. Głęboko wierzę, że istnieją treści, które nigdy nie staną się nudne. Może to cliché, ale walka Dobra ze Złem toczy się w każdym z nas. Nie mam na myśli tak ekstremalnych sytuacji jak wojna, ale całkiem zwykłe. Codziennie podejmujemy decyzje, które w jakiś sposób wpływają na innych i na nas. Ważne jest, aby pozwalać w takim właśnie wymiarze Dobru wygrywać. To są tematy uniwersalne. To trochę tak, jakby zapytać czy książki o miłości kiedyś staną się nudne, albo kryminały, albo czy znudzą się wampiry i magia. Kolejne pokolenia będą się tym fascynować i być może dla kogoś te tematy są trochę przegadane, ale należy je powtarzać.

AAR: Świat Jangblizjan, który stworzyłaś jest z jednej strony światem bardzo podobnym do naszego, ale z drugiej można też wywnioskować, że w sposób znaczący różni się od rzeczywistości, jaka otacza ludzi. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim mieszkańców Jangblizji. Jak udało Ci się stworzyć tak oryginalne postacie o dość specyficznym wyglądzie i upodobaniach?

AS: Puściłam wodze fantazji. Zdaję sobie sprawę z tego, że wymyślić coś nowego jest prawie niemożliwe. Nowe rzeczy to najczęściej układanki z tego, co już było. Jednak bardzo chciałam mieć coś swojego. Moja twórczość jest podyktowana tym, co dzieje się w moim życiu. Któregoś dnia dzieci zapytały o ewolucję i o to, co różni ludzie na ten temat twierdzą. Odpowiadając na ich przeróżne pytania wpadłam na pomysł, że może stworzę historię, w której ewolucja pójdzie w różnych kierunkach. Każdy zadaje sobie pytanie, co by było gdyby. Moją odpowiedzią stała się cała historia innego miejsca.

AAR: Przypomnijmy także, że Twoja powieść została opatrzona niezwykłymi ilustracjami autorstwa Ewy Kieńko Gawlik. Skąd pomysł, aby w ten sposób ubogacić stronę wizualną książki?

AS: Ewę znam już wiele lat. Zawsze podziwiałam jej twórczość. Praca z nią jest czystą przyjemnością i jestem pewna, że jeszcze nie raz pojawimy się jako duo. Ona jest bardzo delikatną osobą o niezwykłej sile. Najbardziej boli to, że mieszkamy tak daleko od siebie. Każde spotkanie z Ewą bardzo mnie inspiruje. Szkoda tylko, że tych spotkań jest tak mało. W chwili, gdy w mej głowie zrodziła się królowa Zara wiedziałam, że Ewa musi stworzyć wizualną część książki. Same rysunki zmieniały się już w trakcie rysowania. Najpierw chciałyśmy, aby to były szkice, ale Ewa zaproponowała, aby dodać kolor. Opowiadałam jej, jak widzę ilustracje, a ona te pomysły przelewała na papier i za każdym razem mnie zaskakiwała, ponieważ to, co tworzyła było piękniejsze niż sobie wyobraziłam.

AAR: Jako emigrantka niezwykle aktywnie działasz na rzecz Polonii w Holandii. Mogłabyś zdradzić czytelnikom na czym ta działalność polega i co takiego wnosi w życie Twoje i Polaków mieszkających na obczyźnie?

AS: Zajmuję się przeróżną polonijną działalnością. Bardzo często są to akcje związane z kulturą. W chwili obecnej jestem członkiem jury w konkursie poetyckim dla dzieci „Tuwimować mi się chce” zorganizowanym przez Korespondencyjny Klub Literacki Młodej Polonii. Dostaję cudowne wiersze pisane przez dzieci mieszkające poza granicami Polski. Zaangażowanie w to sprawia mi ogromną radość, ale i martwi, bo muszę podjąć decyzję. Dzieci są fantastyczne, a ja muszę stwierdzić, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy, to ogromna odpowiedzialność. Niezwykle ważnym jest też dla mnie temat dwujęzyczności dzieci mieszkających w Holandii. Są rodzice, którzy zaniedbują język polski swych pociech, ale i tacy, którzy mają mnóstwo wątpliwości w tym temacie. Spotykam też rodziców, potrzebujących tylko usłyszeć, że inni borykają się z takimi samymi problemami. Angażuję się w spotkania polonijne i opowiadam o dwujęzyczności oraz jej dobrych stronach. Dzięki temu też poznaję cudownych ludzi. To są niezapomniane chwile.

AAR: Jesteś również laureatką kilku nagród literackich i wyróżnień, wśród których znajduje się wyróżnienie samego marszałka senatu RP dla dziennikarzy polskich i polonijnych. To chyba wyjątkowa nagroda dla Ciebie, prawda? Pamiętasz, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że to właśnie Tobie ją przyznano?

AS: To była moja pierwsza nagroda na obczyźnie. Byłam bardzo dumna, ponieważ otrzymałam ją za mój debiut dziennikarski. Było mi również bardzo miło, gdy miałam okazję spotkać się osobiście z marszałkiem senatu. Wtedy też po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest związek autor-czytelnik. Po publikacji nagrodzonych tekstów zaczęłam otrzymywać listy od osób, które czytając przeżywali. Gdy słyszę lub czytam, że moje teksty wywołały uczucia, coś dały, to jest największa nagroda.

AAR: Krótka forma literacka również nie jest Ci obca, bo przecież potrafisz pisać fantastyczne opowiadania z oryginalnym przesłaniem. Planowane jest także wydanie zbioru felietonów Twojego autorstwa. Możesz zdradzić czytelnikom jaką tematykę w nich poruszasz i do kogo są skierowane?

AS: Pierwsze moje teksty, które zostały opublikowane w prasie polonijnej to były felietony dotyczące życia na emigracji. Z czasem zaczęłam pisać o wszystkim.  Od kilku lat współpracuję ze Sceną Polską w Holandii. Również pisanie dla Lejdiz Magazine w Anglii jest dla mnie powodem do dumy. Gdy w 2011 roku współpracowałam z PNKV w Holandii, zaproponowano mi wydanie moich felietonów, których wtedy już się sporo uzbierało, w formie książki. Ten projekt jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ będzie to wydanie dwujęzyczne i będzie nosić tytuł „Słowa do użytku wewnętrznego”. Czytanie moich słów w innym języku jest dziwne, ekscytujące i trochę nierealne.

AAR: Masz już za sobą pierwsze spotkanie autorskie, które odbyło się w Polsce w Twoim rodzinnym mieście. Czy było to dla Ciebie bardzo stresujące wydarzenie jako debiutantki?

AS: Pierwsze spotkanie autorskie było dla mnie bardzo stresującym przeżyciem. Przyznam Ci się, że były chwile, gdy myślałam, że będę pierwszym w historii debiutantem, który zejdzie z tego świata podczas takiego spotkania. Teraz, gdy mam to już za sobą, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wieczór w Wałbrzychu w Bibliotece pod Atlantami pozostanie jednym z moich najmilszych wspomnień. Poznałam tylu miłych i ciepłych ludzi. Na spotkanie przyszły osoby z mojej przeszłości, ale i obcy, którzy ściskali mi dłonie i dzielili się przeżyciami.

AAR: Planujesz kolejne spotkania autorskie, na przykład w Holandii?

AS: Spotkania z czytelnikami są cudowne i z pewnością, gdy tylko będzie okazja będą organizowane. W niedalekiej przyszłości odbędą się w Holandii spotkania z czytelnikami mojej drugiej książki, zbioru felietonów.

AAR: Być może jeszcze zbyt wcześnie pytać Cię o to, ale ciekawi mnie czy chcesz pisać tylko dla młodzieży, czy może masz w planach napisanie kiedyś powieści adresowanej do dorosłych czytelników?

AS: W tej chwili jestem pochłonięta dalszymi losami Jangblizjan, rozpoczęłam też cykl bajek dla najmłodszych. W głowie mam mnóstwo pomysłów. Myślę, że kiedyś napiszę coś adresowanego do dorosłych. Teraz jednak przez jakiś czas pozostanę w świecie bajek i fantasy.

AAR: O ile mi wiadomo „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” równocześnie miała ukazać się w Polsce, Holandii i Anglii. Czy jest jakaś różnica pomiędzy odbiorem książki przez czytelników w tych trzech krajach? A może ich gusta wszędzie są takie same?

AS: To prawda. Odbiór bardzo się różni, ale powodem nie jest różnica w gustach czytających. Emigranci to ludzie dorośli, którzy ciężko pracują i często nie mają czasu na wyprawy do świata fantasy. Za granicę przyjeżdżają z dziećmi, które tu chodzą do szkół i bardzo szybko zaczynają czytać w języku danego kraju. Młodzież mieszkająca w Holandii czyta właściwie już tylko po holendersku, więc może jeśli uda mi się książkę przetłumaczyć, znajdę więcej czytelników. Oczywiście nie jest to reguła, ale niestety większość. Zresztą zobaczyć „Jangblizję” wydaną po niderlandzku jest moim kolejnym marzeniem do zrealizowania.  

AAR: Wiem, że Twoja debiutancka powieść to tylko początek opowieści o Jangblizjanach. Ta historia ma mieć formę trylogii. W związku z tym, kiedy możemy spodziewać się dalszego ciągu tej wyjątkowej baśni?

AS: Chciałabym, aby druga część ukazała się rok po premierze pierwszej. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu. Już wiem, że książka ta będzie obszerniejsza. Postaci żyją w mojej głowie i zmuszają do pisania.  „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” to dopiero początek. W kolejnej części wątki się rozwijają i padają odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.

AAR: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów u progu Twojej kariery literackiej.

AS: To ja dziękuję za rozmowę i możliwość goszczenia na Twym blogu.



Rozmowa i redakcja: 
Agnes Anne Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad po angielsku, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here. 




piątek, 26 kwietnia 2013

Średniowieczna literatura dworska






Rozwój epiki rycerskiej

Głównym nurtem dworskiej literatury średniowiecznej była tak zwana epika rycerska. Odzwierciedlała ona ideały i obyczaje epoki, ukazując jako wzór do naśladowania rycerza doskonałego, będącego wcieleniem wszelkich cnót. Ten typ literatury tworzyli i rozpowszechniali wędrowni śpiewacy noszący w różnych krajach rozmaite nazwy: trubadur, truwer, minstrel, bard, skald, rybałt czy wajdelota. Obok czynów sławnych rycerzy, wędrowni śpiewacy opiewali także wyidealizowaną miłość dworską, co wiązało się z rycerskim obyczajem mówiącym, iż każdy rycerz powinien posiadać panią swego serca. Wśród charakterystycznych cech epiki rycerskiej wymienia się:

— anonimowość autorów,
— ukazywanie tego samego tematu w różnych ujęciach,
— występowanie wątków baśniowych i fantastycznych postaci, jak potwory, smoki, olbrzymy czy karły,
— łączenie się opowieści w całe cykle.

W różnych krajach europejskich powstawały całe cykle, które opowiadały o sławnych rycerzach i ich nadzwyczajnych czynach. I tak:

— Hiszpania: opowieści o rycerzu kastylijskim, Cydzie i jego walkach z Maurami;
— Anglia: cykl opowieści o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Ich zadaniem było poszukiwanie Świętego Graala, czyli naczynia napełnionego Krwią Chrystusa;
— Niemcy: cykl opowieści o Nibelungach, czyli karłach strzegących wielkiego skarbu na dnie rzeki Ren;
— Francja: cykl opowieści o cesarzu Karolu Wielkim i jego dwunastu paladynach (wodzach), z których najdzielniejszym był hrabia Roland;
— Ruś: poemat rycerski pod tytułem Słowo o wyprawie Igora na Połowców opowiadający o walkach księcia Igora z koczowniczymi plemionami.

Należy też dodać, iż styl epiki rycerskiej charakteryzował się patosem, czyli podniosłym sposobem mówienia i pisania. Używano słów górnolotnych i przesadnych. Epika rycerska to także wyolbrzymianie wydarzeń i zasług bohaterów, czyli innymi słowy tak zwana hiperbolizacja.

Fragment Pieśni o Rolandzie
w przekładzie
Tadeusza Boya-Żeleńskiego
Ideał rycerza średniowiecznego w Pieśni o Rolandzie

Pieśń o Rolandzie to narodowa epopeja francuska, będąca utworem anonimowym pochodzącym z końca XI wieku, który został spisany przez niejakiego Turolda w połowie XII wieku. Treścią utworu są bohaterskie czyny i śmierć Rolanda, jednego z dwunastu paladynów cesarza Karola Wielkiego. Roland to postać historyczna, lecz w zapiskach kronikarskich istnieje o nim jedynie krótka wzmianka. W roku 778 podczas wyprawy do Hiszpanii tylna straż wojsk francuskich pod wodzą Rolanda została zaatakowana i zniszczona przez pogański górski lud Basków, określanych wspólnie dla wszystkich Muzułmanów mianem Saracenów.

Hrabia Roland stanowi przykład ideału średniowiecznego rycerza. Jest odważny, mężny, waleczny i bohaterski. Kocha też swoją ojczyznę, ceni swojego władcę i do samego końca jest mu wierny. Największą wartością dla Rolanda jest honor, dlatego też jest człowiekiem, na którym zawsze można polegać. Stara się również opiekować słabszymi od siebie. Doskonale walczy i jest przywiązany do swojej broni. Jest lojalny i nieugięty, lecz jako dowódca nierozważny. W obliczu zbliżającej się śmierci, Roland nie czuje strachu, a jedynie pragnie pojednać się z Bogiem.

Średniowieczna historiografia w języku łacińskim

Na początek wyjaśnijmy czym tak naprawę jest średniowieczna historiografia nazywana czasami dziejopisarstwem lub piśmiennictwem historycznym. Otóż, jest to ogół prac historycznych odnoszących się do danego okresu, regionu lub zagadnienia. Najdawniejszymi zapiskami historycznymi są tak zwane roczniki (annales). Były to krótkie notatki prowadzone w języku łacińskim i sporządzane przez anonimowych duchownych na marginesach ksiąg kościelnych, na przykład:

— 965 rok: Dąbrówka przybyła do Mieszka;
— 966 rok: Mieszko, książę Polski ochrzczony.

Roczniki stały się podstawą dla powstania i rozwoju znacznie obszerniejszych kronik. Średniowieczna kronika to z kolei utwór o charakterze publicystyczno-literackim zawierający opis wypadków ujętych w porządku chronologicznym. Pierwszym polskim kronikarzem był tak zwany Gall Anonim. Informacje o jego życiu są niezwykle skąpe. Przyjmuje się, że był zakonnikiem benedyktyńskim, pochodzenia francuskiego i przybył do Polski z Węgier. Działał w okresie panowania księcia Bolesława Krzywoustego, natomiast za okazaną mu opiekę odwdzięczył się napisaniem Kroniki. Dzieło to obejmuje historię Polski od czasów najdawniejszych do 1113 roku.

Autorem Kroniki pochodzącej z XIII wieku jest biskup krakowski, Wincenty Kadłubek. Swoje dzieło doprowadził do roku 1202. Cechą charakterystyczną tej Kroniki jest to, iż autor, chcąc uświetnić naszą przeszłość narodową rozbudował prehistorię Polski oraz wykorzystał fantastyczne opowieści, między innymi O Popielu i myszach, O smoku wawelskim, O księciu Kraku czy O księżniczce Wandzie. Ponadto opisywał też fikcyjne wojny legendarnych polskich władców z Juliuszem Cezarem, Aleksandrem Macedońskim oraz innymi wodzami starożytności.

Czasy Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego (XIV wiek) opisuje natomiast Kronika Wielkopolska. Jej autorem jest Janko z Czarnkowa. Kronika ta ma charakter pamiętnika, ponieważ autor wysoki urzędnik dworski opisywał te wydarzenia, w których sam brał udział. Z kolei wiek XV przyniósł Kronikę Jana Długosza urzędnika dworskiego i nauczyciela synów króla Kazimierza Jagiellończyka. W swojej Historii Polski opisał dzieje kraju od czasów najdawniejszych do 1480 roku. Jego dzieło odznacza się wysoką kulturą literacką, krytycyzmem i wiarygodnością. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do Kroniki Galla Anonima, w której autor przedstawił portrety dwóch Bolesławów, czyli Bolesława I Chrobrego i Bolesława III Krzywoustego. Kronika polska Galla Anonima powstała w latach 1112-1116 na zamówienie polskich dostojników. Z braku źródeł pisanych, autor oparł się głównie na informacjach przekazywanych ustnie, a także na własnych obserwacjach. Wprowadził też elementy fikcji literackiej. Utwór pisany jest prozą rymowaną w języku łacińskim i obejmuje trzy księgi, które rozpoczynają wierszowane wstępy i listy. W swej Kronice Gall Anonim wyeksponował szczególnie czasy panowania króla Bolesława Chrobrego i księcia Bolesława Krzywoustego.


Bolesław I Chrobry (967-1025) i Bolesław III Krzywousty (1086-1138)


Zdaniem Galla Anonima Bolesław Chrobry posiadał przede wszystkim cechy wspaniałego, doskonałego i dzielnego rycerza. Był też dobrym władcą i gospodarzem, a po jego śmierci Polska osłabła politycznie i gospodarczo. Król nigdy nie podejmował pochopnych decyzji, zaś swoich poddanych traktował jednakowo i odnosił się do nich z miłością. Był też władcą sprawiedliwym. Natomiast Bolesław Krzywousty posiadał ogromny talent wojenny i rycerski, był bezlitosny dla swoich wrogów, konsekwentny w działaniu oraz nieugięty i nieustraszony, co sprawiało, że obawiano się go i nazywano Bolesławem, który nie śpi. Książę określany był też pogromcą wrogów i księciem rycerzem

Tak więc portrety polskich władców w Kronice Galla Anonima realizują dwa popularne modele w średniowiecznej literaturze europejskiej. Bolesław Chrobry to władca i dobry ojciec, którego pierwowzorem był cesarz Karol Wielki. Z kolei Bolesław Krzywousty ukazany został jako utalentowany żołnierz i w ten sposób przypomina średniowiecznego bohatera, jakim był rycerz doskonały.







poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wydaje mi się, że obecnie mamy problem z wyrażaniem uczuć...




LITERAT KWIETNIA 2013



ROZMOWA Z HANNĄ CYGLER


Polska tłumaczka i pisarka specjalizująca się w literaturze obyczajowej. Pracowała w gdańskim oddziale Polskiej Agencji Informacyjnej i na Uniwersytecie Gdańskim. Od 1993 roku zajmuje się zawodowo tłumaczeniami z języka szwedzkiego i angielskiego. Prowadzi własne biuro tłumaczeń. Jest członkiem założycielem Bałtyckiego Stowarzyszenia Tłumaczy. Nad pierwszą powieścią, „Tryb warunkowy”, rozpoczęła pracę w 1985 roku. Ostatecznie ukończyła ją w 1997 roku. Pierwszą książką, która ukazała się w 2003 roku nakładem Wydawnictwa Cztery Strony Świata, była powieść „3 razy R”. W latach 2004-2005 opublikowała w Wydawnictwie Kurpisz kilka powieści w serii „Nie tylko o miłości”, w tym dylogię „Głowa anioła” i „Dwie głowy anioła” oraz trylogię „Tryb warunkowy”, „Deklinacja męska/żeńska” oraz „Przyszły niedokonany”, która w 2009 roku, po wydaniu przez Dom Wydawniczy Rebis, powieści „Odmiana przez przypadki”, przekształciła się w tetralogię.


Agnes Anne Rose: Serdecznie witam Panią na moim blogu i dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. Na początek zadam chyba dość proste pytanie. Czy lubi Pani historię i jaką rolę odgrywa ona w Pani życiu?

Hanna Cygler: W dzieciństwie historia kojarzyła mi się wyłącznie z zapamiętywaniem dat i opasłymi podręcznikami akademickimi na półkach rodziców. Ale już w ogólniaku zmieniłam nastawienie do tego przedmiotu, głównie dzięki mojej nauczycielce. Potem już sama zanurkowałam w przeszłości. Swego czasu bardzo interesowałam się okresem Wielkiej Rewolucji Francuskiej i dość szybko zrodziła się u mnie świadomość, że aktualne wydarzenia polityczne, w których żyję, czyli Solidarność czy stan wojenny, staną się wkrótce przedmiotem badań historyków. Myślę, że wszyscy powinni interesować się historią, gdyż ta wiedza pozwala nam na unikanie tych samych błędów. Bo historia się powtarza, a gdy nie potrafimy rozpoznać jej podobieństw, stajemy się łatwym łupem wszelkich manipulatorów i propagandystów.

AAR: Niedawno ukazała się Pani najnowsza powieść pod tytułem „W cudzym domu”. Już od pierwszych chwil wzbudziła ona zainteresowanie czytelników, a potem zaczęły pojawiać się pierwsze opinie. W opisie książki czytamy, że jest to doskonała kombinacja romansu z powieścią historyczną. Jakie jest Pani zdanie na ten temat, jako autorki? Ile tak naprawdę czytelnik odnajdzie w tej powieści historii, a ile romansu?

HC: Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta. Cała historia jest prawdziwa, a wszystkie romanse zmyślone. W zasadzie historia jest tłem, na którym rozgrywają się przygody bohaterów. Nie chciałam, żeby przytłaczała ona akcję, natomiast jest starannie w nią wkomponowana. I chociaż nie ma w książce epickich opisów wydarzeń historycznych, pełno w niej szczegółów dotyczących tamtych czasów, być może niewidocznych na pierwszy rzut oka. Topografia, przedmioty, którymi posługują się bohaterowie, a nawet wygłaszane przez nich opinie na temat polityki czy świata, zgadzają się z przestudiowanymi przeze mnie przekazami. Przynajmniej mam taką nadzieję.

AAR: Pozostańmy jeszcze przy Pani najnowszej powieści. Otóż, wykreowała Pani w niej obraz XIX-wiecznego społeczeństwa, a sami bohaterowie okazują się być postaciami o różnych twarzach w zależności od sytuacji, w jakiej się akurat znajdują. Niektórzy czytelnicy twierdzą, że stworzyła Pani całą galerię postaci drugoplanowych, nie skupiając zbyt dużej uwagi na głównej bohaterce. Czy od samego początku tworzenia tej powieści właśnie to było Pani zamiarem, czy może czytelnicy błędnie ten fakt interpretują?

HC: Nie ma jednej głównej bohaterki. Są dwie: Luiza i Rozalia. W miarę pisania koncentruję uwagę na tej z nich, która jest w danej chwili najbardziej dramatyczną postacią. Na początku książki to Luiza skupia wokół siebie dramaturgię zdarzeń, idzie pod prąd, żeby stopniowo osłabnąć i podporządkować się konwenansom. Pod koniec książki na krótko wraca do swojej pierwotnej roli. Kiedy Luiza słabnie, Rozalia przejmuje pałeczkę. Jest młodsza i pełna buntu, jest u siebie w kraju, a poza tym czasy zmieniają się na tyle, że pojawiają się większe możliwości dla dążącej do wiedzy kobiety. Dziś trudno nam to zrozumieć, ale podstawowym problemem dla tamtych kobiet była potworna nuda i brak racjonalnego zajęcia. A poza tym bardzo się cieszę, że doceniono inne postaci drugoplanowe. W przedstawieniu „Warszawianki” Wyspiańskiego najbardziej zapamiętano rolę Ludwika Solskiego jako Starego Wiarusa. Wszystko to dowodzi mojej życiowej tezy, że należy swoje życie rozgrywać jak najpiękniej, nawet jak przypadła nam rola ogona.

AAR: „W cudzym domu” to pierwsza Pani powieść stricte historyczna. Czy będą następne osadzone w podobnych realiach?

HC: „Czas zamknięty” i jego druga część „Pokonani” opowiadały już o czasach minionych, a mianowicie o okresie II wojny światowej i latach stalinizmu. Pisząc te powieści, musiałam się również opierać na źródłach historycznych, a w przypadku „Pokonanych”, w związku z tematyką powieści, musiałam się rzeczywiście nabiedzić, by w odpowiedni sposób odsiać zabarwienie polityczne od faktów.

AAR: Pani pierwsza powieść pod tytułem „Tryb warunkowy” zabrała Pani sporo czasu, bo aż ponad dziesięć lat. Dlaczego trwało to tak długo?

HC: Może byłam za młoda. Kiedy wpadłam na pomysł napisania książki, byłam dość dobrze wykształcona, przepełniona wiedzą i teorią, ale brakowało mi doświadczenia. Poległam przy budowie fabuły. Być może na tym etapie stawiałam sobie zbyt ambitne cele. Dopiero gdy postanowiłam pisać powieść popularną, poszło jak z bicza strzelił. Poza tym sądzę, że powstanie pewnego dystansu pomiędzy opisywanymi przeze mnie czasami wyszło książce na dobre.

AAR: „Tryb warunkowy” doczekał się swojej kontynuacji w powieściach „Deklinacja męska/żeńska” oraz „Przyszły niedokonany”. Co skłoniło Panią do opowiedzenia o dalszych losach Zosi Knyszewskiej, której życie jest dość burzliwe pod względem uczuciowym?

HC: Od początku pisałam „Tryb warunkowy” jako jedną książkę, składającą się z trzech części. Kiedy w końcu znalazłam wydawcę, zażyczył sobie, aby została podzielona. Miałam jedynie parę godzin, by wymyślić pozostałe tytuły i postanowiłam trzymać się klucza gramatycznego. Natomiast powieść o dalszych losach bohaterów, „Odmiana przez przypadki” została zaplanowana jako zamknięcie cyklu. Myślałam, że już nie wrócę do Halmanów i ich krewnych. Bardzo się pomyliłam.

AAR: Pomimo że „Tryb warunkowy” to pierwsza książka, którą Pani napisała, to jednak Pani debiutem wydawniczym stała się powieść pod tytułem „3 razy R”. Dlaczego?

HC: To była dość zabawna historia. Mój pierwszy wydawca poprosił mnie, abym wybrała powieść, w której jest najwięcej „momentów”. Wcześniej opublikował parę książek Lwa-Starowicza i chciał, by kolejne książki stanowiły naturalny tematyczny ciąg. Stąd też różowy kolor okładki pierwszego wydania „3 razy R”, dodany na sam koniec na życzenie wydawcy, co zostało przez redakcję nazwane żartobliwie różem wydawniczym.

AAR: Bohaterkami Pani książek są kobiety, co chyba jest jednoznaczne z tym, że to właśnie kobiety głównie sięgają po Pani powieści. A jak jest z mężczyznami? Czy kiedykolwiek usłyszała Pani bądź przeczytała opinię wyrażoną z męskiego punktu widzenia na temat którejś z Pani książek?

HC: Zawsze są wyjątki potwierdzające regułę, zatem są też mężczyźni czytający moje książki. Pamiętam, jak została wydana moja pierwsza książka, to znajomy powiedział mi, że jeszcze nigdy od czasów lektury Alexandra Dumas nie czytał tak intensywnie żadnej książki. Mnie bardzo cieszą wszystkie męskie opinie, gdyż dzięki nim uświadamiam sobie, na co zwracają uwagę przy czytaniu książek i co im się podoba. Czasem są to zupełnie inne rzeczy niż te, które przyciągają kobiety. Wśród znajomych mam kilku prawdziwych czytelników, którzy przeczytali wszystkie moje książki. Nie wiem jednak, czy się do tego przyznają publicznie.

AAR: W swoich książkach porusza Pani przede wszystkim problem miłości i przyjaźni. Są to uczucia, które obecne są przede wszystkim w życiu kobiet. Bez miłości i przyjaźni chyba nie sposób żyć. Tak więc skoro każdy człowiek potrzebuje ich do prawidłowego funkcjonowania, to dlaczego tak wielu czytelników broni się przed czytaniem powieści romantycznych, nazywając je wręcz „nędznymi romansidłami dla nieszczęśliwych starych panien”? A może w dzisiejszych czasach wstyd jest przyznać się, że w ogóle sięga się po tego typu książki, więc lepiej je publicznie ośmieszyć?

HC: Wydaje mi się, że obecnie mamy problem z wyrażaniem uczuć. Mam czasem wrażenie, że współcześni z dużą łatwością potrafią pozbyć się ubrań, natomiast potwornie wstydzą się mówienia o swych uczuciach. I nawet nie potrafią. Nie umiemy już się posługiwać niedomówieniem, półtonem, gestem, jak kiedyś, bo nie działa już wyobraźnia czytelnicza tylko przekaz telewizyjny. Kawa na ławę. To prawda, popularną literaturę kobiecą się ośmiesza, często zarzucając jej stereotypowość i schematyczność, co jest dość absurdalne, gdyż właśnie to plus emocje są głównymi narzędziami literatury popularnej. Kiedy się od nich odchodzi, powstaje literatura ambitna. Mam wrażenie, że często narzuca nam się kierkegaardowskie albo-albo. A niczego tak naprawdę nie musimy wybierać. Możemy czytać zarówno literaturę popularną, jak i ambitną i czerpać z niej różne rodzaje przyjemności.

AAR: Pani twórczość znana jest również czytelnikom zza oceanu. Mam tutaj na myśli amerykańską Polonię. W zeszłym roku w Chicago spotkała się Pani z polskimi czytelnikami mieszkającymi na stałe w USA. Jak odbierają Pani twórczość osoby, dla których polska literatura jest bezcenna, ponieważ żyją z dala od rodzinnego kraju?

HC: Wydaje mi się, że szczególnie moje powieści współczesne mogą być dla nich interesujące, gdyż przedstawiają bohaterów na tle aktualnych wydarzeń politycznych i społecznych. Spotkanie z Polonią było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Wiąże się z nią tyle stereotypów, a ja w Stanach spotkałam wyłącznie ludzi świetnie wykształconych, wykonywujących ciekawe zawody i zainteresowanych kulturą. I tacy też ludzie przyszli na moje spotkanie do Domu Książki D&Z w Chicago. Dziwne, nie? Ale taka jest Ameryka, różna, a ja poprzez pobyt tam zweryfikowałam sporo dotychczasowych poglądów.

AAR: Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego wielu pisarzy pisze pod pseudonimami. Chcą być bardziej anonimowi, a może ktoś z ich otoczenia uznał, że prawdziwe nazwisko autora nie będzie się dobrze sprzedawać? A jak jest w Pani przypadku, bo Pani również podpisuje swoje książki pseudonimem literackim, prawda?

HC: Muszę tu rozczarować, to nie jest pseudonim tylko moje nazwisko panieńskie. Nie wiem, z jakich powodów robią to inni. Może czasem uważają, że ich własne nie odpowiada im ze względów marketingowych, czasem podobnie jak u mnie jest to chęć oddzielania różnych sfer swojego życia.

AAR: Z zawodu jest Pani tłumaczem języka angielskiego i szwedzkiego. Czy wykształcenie w jakiś sposób pomaga Pani w pisaniu? Czy podczas przekładu jakiejś książki podpatruje Pani koncepcję i technikę autora, którego powieść akurat Pani tłumaczy?

HC: Myślę, że dzięki moim studiom i licznym pobytom za granicą zdobyłam wiele cennych doświadczeń, które czasem sprzedaję w książkach. Ale niestety, muszę rozczarować, nie zajmuję się przekładem literackim. Głównie dlatego, że umarłabym z głodu. Jednak tak się składa, że jedną książkę przetłumaczyłam i wówczas zdałam sobie sprawę z tego, jakie to jest trudne zadanie. Była to powieść Joanny Czechowskiej „Goodbye, Polsko”.

AAR: Na koniec zapytam, jak czuje się autorka, której fragmenty książki czytane są w radiowej Jedynce przez samą Sonię Bohosiewicz?

HC: Oczywiście cieszy się, że „W cudzym domu” wiąże się w ten sposób z tak śliczną i utalentowaną aktorką.

AAR: Serdecznie dziękuję Pani za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów na polu literackim oraz rzeszy wiernych czytelników.

HC: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników.




Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





czwartek, 28 marca 2013

Wspomnienie o „Czarodzieju”





Wpis upamiętniający rok 2013 jako Rok Juliana Tuwima



Modlitwa

Modlę się Panie, ale się nie korzę:
Twarde są słowa modlitwą zrodzone.
Daj mi wytrwania i sił wiele, Boże,
W życiu, co będzie twórcze i szalone.
Daj mi, o Panie, poczynań płomienność
I nieugiętą daj ku Sobie wolę.
Niech życie moje zwie się: wieczna zmienność
W wiecznej jedności na duszy cokole.
Ale pamiętaj: gdy padnę, nieszczęście
Moje olbrzymie w twarz cisnę Ci, Boże.
Wiedz: w górę wzniosę dwie żelazne pięście,
Oczy spłomienię, spojrzę i - zagrożę!


Julian Tuwim. Kim tak naprawdę był autor Kwiatów polskich, Lokomotywy, Murzynka Bambo i wielu innych utworów, które po dziś dzień cytowane są w szkolnych murach? Jak postrzegali go jemu współcześni, a w jaki sposób jego twórczość odbierają dzisiejsi czytelnicy? Niektórzy mówią, że był to jeden z tych płomiennych umysłów, które niemal w każdej chwili swojego życia w sposób egzaltowany wyrażają swoje emocje. W duszy Juliana Tuwima tkwił jednocześnie młodzieniec i stary mędrzec, pomimo że byli też i tacy, którzy twierdzili, że los obdarował go talentem zupełnie niezasłużenie ponad miarę jego rozumu.

Julian Tuwim był człowiekiem, dźwigającym na swych barkach dziedzictwo polskości, żydostwa i kultury rosyjskiej, co odczuwał jako pewnego rodzaju poszerzenie swojej świadomości i spełnienie człowieczeństwa, choć z drugiej strony było to dla niego ogromne nieszczęście, wywołujące wewnętrzny konflikt. Był też człowiekiem biblijnej kultury oraz cichej religijności, która była tak delikatna i dyskretna, iż niewielu potrafiło ją dostrzec. Czasami zdarzał mu się też wiecowy, polityczny fanatyzm. Nie należy jednak zapominać, że Julian Tuwim był przede wszystkim poetą. Wszelkiego rodzaju zaburzenia swojej egzystencji natychmiast zamieniał w poetyckie wersy. Jego tak bardzo charakterystyczna satyra swoje źródło miała w resentymentach autora, co dziś może być odbierane jako czysta furia obrażonej sprawiedliwości, nawet wówczas, gdy jest ona niesprawiedliwa.

Obecnie w twórczości Juliana Tuwima ceni się głównie jego wiersze skierowane do dzieci oraz teksty kabaretowe, natomiast wielu zapomina, że Tuwim był także wielkim lirykiem, zaś z tej liryki przebijała ogromna mądrość. Aby upamiętnić postać poety, pozwólcie, że głos oddam tym, którzy znali go osobiście. Bo cóż ja, żyjąca tak wiele lat po Tuwimie, mogłabym mądrego o nim napisać? Chyba tylko oprzeć się na gotowych publikacjach, które sucho streszczają jego ziemską egzystencję i twórczość. Tak więc zapraszam na spotkanie z tymi, w których życiu Julek odegrał znaczącą rolę, a wrażenie, jakie wywarła na nich jego szczególna osobowość, już na zawsze pozostało w ich pamięci.

Irena Tuwim (1899-1987; młodsza siostra Juliana, poetka, prozaik, tłumaczka literatury dla dzieci i młodzieży):

Jednym z najdawniejszych czarodziejstw Julka z zupełnie zamierzchłego dzieciństwa była gra w gildę. Gra polegała na tym, że Julek kładł się na kanapie stojącej między dwiema gmachalnymi szafami i rzucał piłkę, w boczną ścianę szafy, którą miał przed sobą. Ja stałam obok, przepisowo u jego wezgłowia, i chodziło o to, które z nas złapie odbitą o ścianę szafy piłkę. I choć byłam o tyle w lepszej sytuacji, że mogłam się swobodnie poruszać, a on leżał nieruchomo, nigdy ani razu nie udało mi się piłki schwytać. Było to wówczas dla mnie niepojęte. Moje zabiegi, żeby choć raz wygrać, były daremne. Wyniki zawodów były niezmienne 100:0.

Głowiłam się, dlaczego tak było, i stały sukces Julka przypisywałam jakimś nadprzyrodzonym jego mocom. Przeświadczenie o magicznych siłach i wtajemniczeniach mego małego brata miało źródło nie tylko w mojej wyobraźni, w moich w tym kierunku inklinacjach. Ta skłonność do wszelkiej magii, cudów i dziwów tkwiła w nim samym i przetrwała przez całe życie. Były czasy, kiedy Julek rujnował się na jakieś tajemnicze kolorowe ingrediencje kupowane w składzie aptecznym pana Thorna na rogu Andrzeja i Pańskiej. Zjawiały się w domu siarka i chlor, błękit pruski i nadmanganian potasu.[1]

Ewa Drozdowska (kuzynka Juliana Tuwima):

Julian Tuwim urodził się 13 września 1894 roku. Przyjście na świat pierworodnego syna, prócz radości, przyniosło rodzicom wielkie zmartwienie. Chłopczyk urodził się bowiem z ciemną plamą na policzku. Matka widzi w tym przekleństwo losu. Ojciec ze stoickim spokojem stara się w miarę możliwości uspokoić żonę. Po pewnym czasie rodzice postanowili pojechać z dzieckiem do Warszawy. Profesor, doktor Kosiński, orzekł, że wszelkie zabiegi będą mało skuteczne, i radził wracać do domu. Przy pożegnaniu, dla dodania rodzicom otuchy, powiedział: Miejmy nadzieję, że ta plama dziecku w życiu nie zaszkodzi. Równie bezskuteczna okazała się wyprawa z dzieckiem do Berlina, do słynnego w owym czasie profesora Izraela.

Jedną z najulubieńszych rozrywek Julka w dzieciństwie była zabawa w szufladzie. Były wówczas w modzie wielkie, przepaściste szafy z ogromnymi szufladami. Otóż w jednej z nich sadzano Julka, drugą napełniano przeróżnymi klockami, misiami itp. i wówczas zaczynało się ulubione wyrzucanie z szafy wszystkich zabawek, potem płacz, ponowne napełnianie szafy i tak aż do znudzenia.[2]


Julian Tuwim z żoną Stefanią i córką Ewą


Zofia Starowieyska-Morstinowa (1891-1966; eseistka i krytyk literacki):

Gdy czytałam wiersze Tuwima, wydawało mi się, że patrzę w jakieś race strzelające snopami iskier, a zarazem miałam wrażenie, że zstępuję w siebie głęboko, tak głęboko, jak mogłam dotrzeć myślą własną, i wydawało mi się, że przy reflektorze tych słów odnajduję w sobie rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam. Może zresztą przedtem ich we mnie nie było. Te wiersze, podobnie zresztą jak wiersze Pawlikowskiej, rzeczy te we mnie odnajdywały, może stwarzały.

Dotąd wierszy Tuwima nie umiem czytać spokojnie, nie umiem ich zwłaszcza czytać z tym chłodnym krytycyzmem, z jakim czytają je moi młodzi przyjaciele. Gdy bowiem czytam o Bogu, który ciska w świat gwiazdami, o pachnącej nad stawem mięcie, o dusznych, upalnych ulicach niedzielnych miasteczek, o czułych strapieniach Piotra Płaksina, zatracam wszelki sąd, a tylko pogrążam się w jakimś morzu wzruszenia i zachwytu, które są mocniejsze od wszystkiego, czego się od tamtych czasów o literaturze i jej kryteriach nauczyłam (...).[3]

Julian Stryjewski (1905-1996; filolog polski i pisarz żydowskiego pochodzenia, doktor nauk humanistycznych, prozaik, autor opowiadań, dramaturg i dziennikarz):

Wieczór autorski w Chicago udało się zorganizować dopiero 3 października 1942 roku. Zebrało się paręset osób. Niewielka wówczas grupa uchodźców wojennych stawiła się w komplecie. Przybyli ci spośród Polonii, dla których Tuwim był największym żyjącym poetą polskim, przybyli również i tacy, dla których był przeciwnikiem politycznym. Tych przywiodła ciekawość. Zjawiło się sporo młodzieży polonijnej. Wśród niej nie wszyscy znali dobrze język polski.

Jakże gnębił nas wtedy niepokój, czy wszyscy zrozumieją, czy odczują poezję Tuwima. Zrozumieli i odczuli, słuchając w skupieniu każdego wiersza, tak pięknie i wyraziście, bo zwyczajnie recytowanego przez poetę. Owacyjne oklaski i tłok koło stolika, przy którym Tuwim podpisywał świeżo wówczas wydany przez Rój in Exile w Nowym Jorku Wybór wierszy, mówiły nam, że wieczór się udał. Świadczyły o tym rozognione twarze wszystkich słuchaczy i łzy w wielu oczach.[4]

Irena Tuwim:

Któregoś dnia doszło wreszcie między nami do pewnej bardzo ważnej rozmowy. Najważniejszej chyba, jaką z nim w życiu miałam. Było to po przeczytaniu w Teogonii, która potem weszła w skład Treści gorejącej, Julek zapytał mnie: No i co? Co myślisz o tym? Warto pisać?

Wierszem byłam wstrząśnięta do głębi. Zdjął mnie lęk spraw, jak mówiliśmy za czasów naszej młodości, ostatecznych. Kim też jest ten mój brat? Co się w nim kłębi? Po jakie tajemnice sięga? Milczałam przez chwilę, nie mogąc znaleźć słów, które choć w przybliżeniu oddałyby moje wrażenie. Wreszcie wybąkałam, jakoś oględnie i nieśmiało, że wiersz mnie zaniepokoił. Wolałabym, żebyś takich wierszy nie pisał. Boję się tego, jaki ty jesteś. A jaki chciałabyś, żebym był? Wolałabyś. Julek zaczął najwidoczniej odgadywać moją myśl. Tak, wzięłam na odwagę, wolałabym, żebyś był zwyczajny. Tak jak inni. Zwyczajny człowiek. A co ci się zdaje dopytywał się, że kto ja jestem?

Postanowiłam iść na całego i powiedziałam to słowo z dzieciństwa. Czarodziejem. Myślałam, że jak zwykle obróci wszystko w żart, że zbędzie mnie swoim kpiarsko-dobrotliwym: E, idź, głupia! Ale on popatrzył na mnie tylko z wielką powagą, posmutniał, spuścił głowę i na tym skończyła się nasza rozmowa.[5]

Janusz Makarczyk (1901-1960; oficer artylerii Wojska Polskiego, dziennikarz, prozaik, dramatopisarz i dyplomata):

Żona weszła na schody i wtedy usłyszała głos pani Stefy wołający ratunku. Wpadła do mego pokoju i pobiegła na górę. W pokoju Tuwima była już pani Tomaszewska. Obie zaczęły masować Tuwima. Radzicki dał żonie znak. Zrozumiała. Ale pani Stefa nie wiedziała, że to koniec. Wołała: Ratujcie go! Gdy przybyło pogotowie, żona wyprowadziła ją z pokoju. Na schodach spotkałem panią Jaworską, kierowniczkę Domów Pracy Twórczej Zaiksu w Warszawie. Nie wiadomo dlaczego zdziwiłem się dokąd ona biegnie? Ja już wiedziałem.

Ani ja, ani moja żona nie pamiętamy kto powiedział prawdę pani Stefie, wiem, że to żona sprowadzała ją na dół, gdy znoszono trumnę. Przedtem chciałem dzwonić po Pollaka, ale telefonował Żytomirski. Nie umiałem nakręcić tarczy. Jakoś zaraz przyszli Morstinowie, za nimi minister Wilczek, potem Brandstaetter. Pollak był cały czas obok mnie. Znoszono trumnę. Przypomniałem sobie wiersz o tym drzewie, które trzeba odszukać, z którym trzeba się porozumieć, drzewie, z którego będzie trumna.[6]

To tylko niektóre ze wspomnień, jakie czytelnik może odnaleźć w wyjątkowej publikacji wydanej w dziesiątą rocznicę śmierci Juliana Tuwima w roku 1963 pod tytułem Wspomnienia o Julianie Tuwimie. Jak widać, dla swoich przyjaciół i znajomych Tuwim był osobą szczególną i odegrał w ich życiu istotną rolę. Czytając owe wspomnienia aż łza się w oku kręci, kiedy do czytelnika dociera ta wielka wyjątkowość jego postaci. Jest jeszcze inna książka, znacznie nowsza, w której jej autor, Piotr Matywiecki, również przedstawia poetę w sposób nietuzinkowy. Ta publikacja to Twarz Tuwima wydana w roku 2007 nakładem Wydawnictwa W.A.B. Miłośnikom poezji oraz twórczości Juliana Tuwima obydwie książki serdecznie polecam.













[1] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, W. Jedlicka, M. Toporowski (red.), Wyd. Czytelnik, Warszawa 1963, s. 11.
[2] E. Drozdowska, Julek [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 19.
[3] Z. Starowieyska-Morstinowa, Zjazd poetów [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 159.
[4] J. Stryjewski, Wieczór autorski w Chicago [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 229-230.
[5] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 17.
[6] J. Makarczyk, Ostatnie dni [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 405.