czwartek, 28 marca 2013

Wspomnienie o „Czarodzieju”





Wpis upamiętniający rok 2013 jako Rok Juliana Tuwima



Modlitwa

Modlę się Panie, ale się nie korzę:
Twarde są słowa modlitwą zrodzone.
Daj mi wytrwania i sił wiele, Boże,
W życiu, co będzie twórcze i szalone.
Daj mi, o Panie, poczynań płomienność
I nieugiętą daj ku Sobie wolę.
Niech życie moje zwie się: wieczna zmienność
W wiecznej jedności na duszy cokole.
Ale pamiętaj: gdy padnę, nieszczęście
Moje olbrzymie w twarz cisnę Ci, Boże.
Wiedz: w górę wzniosę dwie żelazne pięście,
Oczy spłomienię, spojrzę i - zagrożę!


Julian Tuwim. Kim tak naprawdę był autor Kwiatów polskich, Lokomotywy, Murzynka Bambo i wielu innych utworów, które po dziś dzień cytowane są w szkolnych murach? Jak postrzegali go jemu współcześni, a w jaki sposób jego twórczość odbierają dzisiejsi czytelnicy? Niektórzy mówią, że był to jeden z tych płomiennych umysłów, które niemal w każdej chwili swojego życia w sposób egzaltowany wyrażają swoje emocje. W duszy Juliana Tuwima tkwił jednocześnie młodzieniec i stary mędrzec, pomimo że byli też i tacy, którzy twierdzili, że los obdarował go talentem zupełnie niezasłużenie ponad miarę jego rozumu.

Julian Tuwim był człowiekiem, dźwigającym na swych barkach dziedzictwo polskości, żydostwa i kultury rosyjskiej, co odczuwał jako pewnego rodzaju poszerzenie swojej świadomości i spełnienie człowieczeństwa, choć z drugiej strony było to dla niego ogromne nieszczęście, wywołujące wewnętrzny konflikt. Był też człowiekiem biblijnej kultury oraz cichej religijności, która była tak delikatna i dyskretna, iż niewielu potrafiło ją dostrzec. Czasami zdarzał mu się też wiecowy, polityczny fanatyzm. Nie należy jednak zapominać, że Julian Tuwim był przede wszystkim poetą. Wszelkiego rodzaju zaburzenia swojej egzystencji natychmiast zamieniał w poetyckie wersy. Jego tak bardzo charakterystyczna satyra swoje źródło miała w resentymentach autora, co dziś może być odbierane jako czysta furia obrażonej sprawiedliwości, nawet wówczas, gdy jest ona niesprawiedliwa.

Obecnie w twórczości Juliana Tuwima ceni się głównie jego wiersze skierowane do dzieci oraz teksty kabaretowe, natomiast wielu zapomina, że Tuwim był także wielkim lirykiem, zaś z tej liryki przebijała ogromna mądrość. Aby upamiętnić postać poety, pozwólcie, że głos oddam tym, którzy znali go osobiście. Bo cóż ja, żyjąca tak wiele lat po Tuwimie, mogłabym mądrego o nim napisać? Chyba tylko oprzeć się na gotowych publikacjach, które sucho streszczają jego ziemską egzystencję i twórczość. Tak więc zapraszam na spotkanie z tymi, w których życiu Julek odegrał znaczącą rolę, a wrażenie, jakie wywarła na nich jego szczególna osobowość, już na zawsze pozostało w ich pamięci.

Irena Tuwim (1899-1987; młodsza siostra Juliana, poetka, prozaik, tłumaczka literatury dla dzieci i młodzieży):

Jednym z najdawniejszych czarodziejstw Julka z zupełnie zamierzchłego dzieciństwa była gra w gildę. Gra polegała na tym, że Julek kładł się na kanapie stojącej między dwiema gmachalnymi szafami i rzucał piłkę, w boczną ścianę szafy, którą miał przed sobą. Ja stałam obok, przepisowo u jego wezgłowia, i chodziło o to, które z nas złapie odbitą o ścianę szafy piłkę. I choć byłam o tyle w lepszej sytuacji, że mogłam się swobodnie poruszać, a on leżał nieruchomo, nigdy ani razu nie udało mi się piłki schwytać. Było to wówczas dla mnie niepojęte. Moje zabiegi, żeby choć raz wygrać, były daremne. Wyniki zawodów były niezmienne 100:0.

Głowiłam się, dlaczego tak było, i stały sukces Julka przypisywałam jakimś nadprzyrodzonym jego mocom. Przeświadczenie o magicznych siłach i wtajemniczeniach mego małego brata miało źródło nie tylko w mojej wyobraźni, w moich w tym kierunku inklinacjach. Ta skłonność do wszelkiej magii, cudów i dziwów tkwiła w nim samym i przetrwała przez całe życie. Były czasy, kiedy Julek rujnował się na jakieś tajemnicze kolorowe ingrediencje kupowane w składzie aptecznym pana Thorna na rogu Andrzeja i Pańskiej. Zjawiały się w domu siarka i chlor, błękit pruski i nadmanganian potasu.[1]

Ewa Drozdowska (kuzynka Juliana Tuwima):

Julian Tuwim urodził się 13 września 1894 roku. Przyjście na świat pierworodnego syna, prócz radości, przyniosło rodzicom wielkie zmartwienie. Chłopczyk urodził się bowiem z ciemną plamą na policzku. Matka widzi w tym przekleństwo losu. Ojciec ze stoickim spokojem stara się w miarę możliwości uspokoić żonę. Po pewnym czasie rodzice postanowili pojechać z dzieckiem do Warszawy. Profesor, doktor Kosiński, orzekł, że wszelkie zabiegi będą mało skuteczne, i radził wracać do domu. Przy pożegnaniu, dla dodania rodzicom otuchy, powiedział: Miejmy nadzieję, że ta plama dziecku w życiu nie zaszkodzi. Równie bezskuteczna okazała się wyprawa z dzieckiem do Berlina, do słynnego w owym czasie profesora Izraela.

Jedną z najulubieńszych rozrywek Julka w dzieciństwie była zabawa w szufladzie. Były wówczas w modzie wielkie, przepaściste szafy z ogromnymi szufladami. Otóż w jednej z nich sadzano Julka, drugą napełniano przeróżnymi klockami, misiami itp. i wówczas zaczynało się ulubione wyrzucanie z szafy wszystkich zabawek, potem płacz, ponowne napełnianie szafy i tak aż do znudzenia.[2]


Julian Tuwim z żoną Stefanią i córką Ewą


Zofia Starowieyska-Morstinowa (1891-1966; eseistka i krytyk literacki):

Gdy czytałam wiersze Tuwima, wydawało mi się, że patrzę w jakieś race strzelające snopami iskier, a zarazem miałam wrażenie, że zstępuję w siebie głęboko, tak głęboko, jak mogłam dotrzeć myślą własną, i wydawało mi się, że przy reflektorze tych słów odnajduję w sobie rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałam. Może zresztą przedtem ich we mnie nie było. Te wiersze, podobnie zresztą jak wiersze Pawlikowskiej, rzeczy te we mnie odnajdywały, może stwarzały.

Dotąd wierszy Tuwima nie umiem czytać spokojnie, nie umiem ich zwłaszcza czytać z tym chłodnym krytycyzmem, z jakim czytają je moi młodzi przyjaciele. Gdy bowiem czytam o Bogu, który ciska w świat gwiazdami, o pachnącej nad stawem mięcie, o dusznych, upalnych ulicach niedzielnych miasteczek, o czułych strapieniach Piotra Płaksina, zatracam wszelki sąd, a tylko pogrążam się w jakimś morzu wzruszenia i zachwytu, które są mocniejsze od wszystkiego, czego się od tamtych czasów o literaturze i jej kryteriach nauczyłam (...).[3]

Julian Stryjewski (1905-1996; filolog polski i pisarz żydowskiego pochodzenia, doktor nauk humanistycznych, prozaik, autor opowiadań, dramaturg i dziennikarz):

Wieczór autorski w Chicago udało się zorganizować dopiero 3 października 1942 roku. Zebrało się paręset osób. Niewielka wówczas grupa uchodźców wojennych stawiła się w komplecie. Przybyli ci spośród Polonii, dla których Tuwim był największym żyjącym poetą polskim, przybyli również i tacy, dla których był przeciwnikiem politycznym. Tych przywiodła ciekawość. Zjawiło się sporo młodzieży polonijnej. Wśród niej nie wszyscy znali dobrze język polski.

Jakże gnębił nas wtedy niepokój, czy wszyscy zrozumieją, czy odczują poezję Tuwima. Zrozumieli i odczuli, słuchając w skupieniu każdego wiersza, tak pięknie i wyraziście, bo zwyczajnie recytowanego przez poetę. Owacyjne oklaski i tłok koło stolika, przy którym Tuwim podpisywał świeżo wówczas wydany przez Rój in Exile w Nowym Jorku Wybór wierszy, mówiły nam, że wieczór się udał. Świadczyły o tym rozognione twarze wszystkich słuchaczy i łzy w wielu oczach.[4]

Irena Tuwim:

Któregoś dnia doszło wreszcie między nami do pewnej bardzo ważnej rozmowy. Najważniejszej chyba, jaką z nim w życiu miałam. Było to po przeczytaniu w Teogonii, która potem weszła w skład Treści gorejącej, Julek zapytał mnie: No i co? Co myślisz o tym? Warto pisać?

Wierszem byłam wstrząśnięta do głębi. Zdjął mnie lęk spraw, jak mówiliśmy za czasów naszej młodości, ostatecznych. Kim też jest ten mój brat? Co się w nim kłębi? Po jakie tajemnice sięga? Milczałam przez chwilę, nie mogąc znaleźć słów, które choć w przybliżeniu oddałyby moje wrażenie. Wreszcie wybąkałam, jakoś oględnie i nieśmiało, że wiersz mnie zaniepokoił. Wolałabym, żebyś takich wierszy nie pisał. Boję się tego, jaki ty jesteś. A jaki chciałabyś, żebym był? Wolałabyś. Julek zaczął najwidoczniej odgadywać moją myśl. Tak, wzięłam na odwagę, wolałabym, żebyś był zwyczajny. Tak jak inni. Zwyczajny człowiek. A co ci się zdaje dopytywał się, że kto ja jestem?

Postanowiłam iść na całego i powiedziałam to słowo z dzieciństwa. Czarodziejem. Myślałam, że jak zwykle obróci wszystko w żart, że zbędzie mnie swoim kpiarsko-dobrotliwym: E, idź, głupia! Ale on popatrzył na mnie tylko z wielką powagą, posmutniał, spuścił głowę i na tym skończyła się nasza rozmowa.[5]

Janusz Makarczyk (1901-1960; oficer artylerii Wojska Polskiego, dziennikarz, prozaik, dramatopisarz i dyplomata):

Żona weszła na schody i wtedy usłyszała głos pani Stefy wołający ratunku. Wpadła do mego pokoju i pobiegła na górę. W pokoju Tuwima była już pani Tomaszewska. Obie zaczęły masować Tuwima. Radzicki dał żonie znak. Zrozumiała. Ale pani Stefa nie wiedziała, że to koniec. Wołała: Ratujcie go! Gdy przybyło pogotowie, żona wyprowadziła ją z pokoju. Na schodach spotkałem panią Jaworską, kierowniczkę Domów Pracy Twórczej Zaiksu w Warszawie. Nie wiadomo dlaczego zdziwiłem się dokąd ona biegnie? Ja już wiedziałem.

Ani ja, ani moja żona nie pamiętamy kto powiedział prawdę pani Stefie, wiem, że to żona sprowadzała ją na dół, gdy znoszono trumnę. Przedtem chciałem dzwonić po Pollaka, ale telefonował Żytomirski. Nie umiałem nakręcić tarczy. Jakoś zaraz przyszli Morstinowie, za nimi minister Wilczek, potem Brandstaetter. Pollak był cały czas obok mnie. Znoszono trumnę. Przypomniałem sobie wiersz o tym drzewie, które trzeba odszukać, z którym trzeba się porozumieć, drzewie, z którego będzie trumna.[6]

To tylko niektóre ze wspomnień, jakie czytelnik może odnaleźć w wyjątkowej publikacji wydanej w dziesiątą rocznicę śmierci Juliana Tuwima w roku 1963 pod tytułem Wspomnienia o Julianie Tuwimie. Jak widać, dla swoich przyjaciół i znajomych Tuwim był osobą szczególną i odegrał w ich życiu istotną rolę. Czytając owe wspomnienia aż łza się w oku kręci, kiedy do czytelnika dociera ta wielka wyjątkowość jego postaci. Jest jeszcze inna książka, znacznie nowsza, w której jej autor, Piotr Matywiecki, również przedstawia poetę w sposób nietuzinkowy. Ta publikacja to Twarz Tuwima wydana w roku 2007 nakładem Wydawnictwa W.A.B. Miłośnikom poezji oraz twórczości Juliana Tuwima obydwie książki serdecznie polecam.













[1] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, W. Jedlicka, M. Toporowski (red.), Wyd. Czytelnik, Warszawa 1963, s. 11.
[2] E. Drozdowska, Julek [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 19.
[3] Z. Starowieyska-Morstinowa, Zjazd poetów [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 159.
[4] J. Stryjewski, Wieczór autorski w Chicago [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 229-230.
[5] I. Tuwim, Czarodziej [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 17.
[6] J. Makarczyk, Ostatnie dni [w:] Wspomnienia o Julianie Tuwimie, op. cit., s. 405.







piątek, 1 marca 2013

Nie mam natury gawędziarza i nie opowiadam wymyślonych przez siebie historii...




LITERAT MARCA 2013


ROZMOWA Z JANUSZEM KORYLEM


Polski prozaik i poeta. Z wykształcenia jest polonistą i przez kilka lat pracował w liceum jako nauczyciel języka polskiego. Był także dziennikarzem, autorem programów w rzeszowskim oddziale Telewizji Polskiej, pisywał również recenzje w ogólnopolskich pismach literackich. Obecnie pracuje jako urzędnik.



Agnes Anne Rose: Dziś na łamach mojego bloga niezwykły wywiad. Rozmowa z dziennikarzem, poetą i prozaikiem, Panem Januszem Korylem, autorem pochodzącym z Podkarpacia. Panie Januszu, serdecznie dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia. To dla mnie wielki zaszczyt gościć Pana na swoim blogu. W styczniu premierę miała najnowsza Pana powieść pod tytułem „Urojenie”. Przyznam, że pomysł na fabułę niezwykle oryginalny. Czy naprawdę wierzy Pan w istnienie dwóch równoległych światów? Czy możliwe jest, aby ludzie już dawno nieżyjący przychodzili do nas, aby odkupić swoje winy?

Janusz Koryl: Hm, tak naprawdę to nikt nie wie, jak to jest z tymi równoległymi światami. Jest to temat tyleż intrygujący, co tajemniczy. Z literackiego punktu widzenia tego rodzaju tematy są nadzwyczaj kuszące. Zawsze to, co się rozgrywa na styku realizmu i swego rodzaju fantazji, przyciąga jak magnes. Osobiście bardzo lubię w swoich powieściach mieszać ze sobą świat realny z jego bardziej tajemną odsłoną. Stąd te moje wyprawy w stronę magii, snu i wszelkich nieprawdopodobnych wydarzeń. Jeśli chodzi o możliwość przenikania się świata żyjących ze światem zmarłych, nie uważam, by było to takie proste i jednoznaczne jak się niektórym wydaje. Mówiąc szczerze, nigdy nie miałem do czynienia ani z duchami, ani ze spirytyzmem. Nigdy nie uczestniczyłem w seansie wywoływania istot ze świata zmarłych. Powiem więcej, osobiście mam wątpliwości, czy taki świat w ogóle istnieje. Sceny znane chociażby z Mickiewiczowskich „Dziadów” są wprawdzie efektowne, ale z rzeczywistością mają raczej niewiele wspólnego. Należy jednak pamiętać, że literatura ma swoje prawa i często korzysta z rozmaitych nieprawdopodobieństw.

AAR: Wiele osób uważa, że przeznaczenia nie da się uniknąć. W powieści „Sny” przedstawił Pan rolę przeznaczenia w ludzkim życiu. Pomimo, że ksiądz Eugeniusz wie, kogo należałoby ostrzec, nie robi tego, ponieważ albo jest już za późno, albo znów z jego osobą dzieją się rzeczy, które mu to skutecznie uniemożliwiają. Czy myśli Pan, że każdy z nas ma na tym świecie swoją drogę, którą musi przebyć bez względu na konsekwencje i żadne ostrzeżenia nie pomogą, jeśli pewne sytuacje są nam pisane, nawet te najtragiczniejsze?

JK: Swego czasu wyznawałem pogląd skrajnego determinizmu. Każde, nawet najdrobniejsze zdarzenie wydawało mi się celowe i nieuniknione. Obecnie nieco zweryfikowałem swój sposób myślenia o ludzkim przeznaczeniu. Czy istnieje coś takiego jak fatalizm? Wiele rzeczy wskazuje na to, że tak, ale czy wszystko bez wyjątku zależy od kaprysów losu? Nie jestem tego już taki pewny. Być może ludzkie życie jest od początku do końca zaprojektowane i człowiek nie ma szans, by cokolwiek zmienić w tym scenariuszu. A może ma jednak wpływ na niektóre jego elementy? Motyw przeznaczenia jest stary jak świat i każdy mierzy się z nim po swojemu. Ja też. A swoją drogą, jeśliby przyjąć pogląd skrajnego determinizmu, ludzkie życie byłoby cholernie smutną i niedorzeczną przygodą.   

AAR: W powieści „Ceremonia” porusza Pan problem religijnego fanatyzmu. Czy pisząc tę książkę chciał Pan w ten sposób uczulić czytelników na niebezpieczny problem przekraczania pewnych religijnych granic, czy może koncepcja powieści to czysty przypadek?

JK: Fanatyzm, jaki opisuję w „Ceremonii”, należy rozumieć szerzej. Nie tylko religijnie, ale także obyczajowo i kulturowo. Osobiście jestem wrogiem jakichkolwiek fanatyzmów i drażnią mnie postawy ludzkie, które narzucają innym ściśle określone sposoby myślenia i postępowania. Dla swoich literackich celów wybrałem małą wioskę położoną głęboko w Bieszczadach, której mieszkańcy są niejako odizolowani od cywilizacji. Nazwa wioski Polana jest dość przypadkowa, chociaż wiem, iż taka miejscowość istnieje naprawdę. Chodziło mi o wybór pewnej niezbyt licznej społeczności ludzkiej, która żyłaby w swoim świecie, kierowała się swoimi poglądami i bezgranicznie wierzyła w swoją nieomylność. Trzeba także zwrócić uwagę na fakt, że społeczności tej przewodzi miejscowy ksiądz proboszcz i on wyznacza wszelkie reguły postępowania. Tak zresztą rodzą się wszelkiego rodzaju fanatyzmy. Jest przywódca, ściśle określona doktryna i jej wyznawcy. Dokładnie z tym mamy do czynienia w „Ceremonii”, z tym że świat przedstawiony w powieści jest wyłącznie wytworem mojej wyobraźni i z bieszczadzką rzeczywistością niewiele ma wspólnego.   

AAR: A jak mieszkańcy miejscowości, w których umieszcza Pan akcje swoich powieści odbierają fakt, że to akurat w ich mieście na kartach Pana książek dzieją się tak nieprawdopodobne historie?

JK: Nie wiem. Mam nadzieję, że nie utożsamiają literatury ze światem realnym, bo to nie miałoby najmniejszego sensu. Literatura z natury jest czymś w rodzaju pięknego kłamstwa, dlatego to, co znajduje się na stronicach powieści, nie musi mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości. I często nie ma. Polana z „Ceremonii” nie jest realnie istniejącą Polaną. To miejsce raczej symboliczne, w którym rozgrywają się wykreowane przeze mnie zdarzenia, gdzie po raz kolejny dochodzi do przenikania się świata realnego z elementami, które w rzeczywistości nie byłyby możliwe.  

AAR: Pana debiut prozatorski to powieść pod tytułem „Zegary idą do nieba”. Jeden z bohaterów pragnie zatrzymać czas, dlatego zakopuje zegary w sadzie. Niektórzy uważają, że tę historię opowiada Pan niczym gawędziarz. Czy prywatnie zdarza się Panu snuć rozmaite opowieści, na przykład, przy rodzinnym stole lub w gronie przyjaciół?

JK: Nie mam natury gawędziarza i nie opowiadam wymyślonych przez siebie historii w szerszym towarzystwie, choć wiem, że niektórzy pisarze tak właśnie robią. Świetnym tego przykładem jest choćby Bohumil Hrabal, który często racząc się w knajpie piwem opowiadał znajomym rozmaite historie pilnie przy tym obserwując, jakie reakcje wzbudzają. U mnie wygląda to inaczej. Historie tworzą się w mojej głowie i stamtąd trafiają prosto na papier, w mniej lub bardziej zmienionej wersji. Tak było nie tylko z powieścią „Zegary idą do nieba”, ale z wszystkimi pozostałymi książkami. A kiedy powieść trafia już do księgarni, staje się, jak mawiał Ernest Hemingawy, „martwym lwem”. Bardziej interesujące są „żywe lwy”, czyli powieści, których się jeszcze nie napisało.

AAR: Kiedy czyta się Pana biografię, to można odnieść wrażenie, że zawodowo jest Pan wszechstronnie uzdolniony. Wspomnę chociażby o pracy w mediach jako dziennikarz czy w szkole jako nauczyciel języka polskiego. Czy te profesje w jakiś sposób wywarły bądź nadal wywierają wpływ na Pana twórczość?

JK: Polonistą jestem z wykształcenia. Dziennikarzem byłem z zamiłowania. Języka polskiego uczyłem w liceum przez dziesięć lat. Podobała mi się ta praca, ale nie wiązałbym jej w żaden sposób z twórczością literacką. Jeśli już szukać jakichś wpływów moich profesji na moje pisarstwo, to lepszym przykładem jest uprawiane przeze mnie dziennikarstwo. W latach 90. jako reporter jednej z regionalnych gazet, pisywałem dwu, trzy całostronicowe reportaże tygodniowo. To było wyczerpujące, ale i bardzo przydatne warsztatowo zajęcie, gdyż zmuszało mnie do doskonalenia w posługiwaniu się polszczyzną. Reportaże nie mają wprawdzie waloru ściśle literackiego, ale ich pisanie wymaga dużej sprawności językowej i kompozycyjnej. Poza tym pisanie tak wielu reportaży zmuszało mnie do reżimu twórczego, co w przypadku literatury też ma swoje znaczenie. Pisanie powieści to przecież swoiste rzemiosło wymagające cierpliwości, wytrwałości i konsekwencji. Powieści nie pisze się tak jak poezji, pod wpływem chwili. Powieściopisarstwo to żmudna i wyczerpująca robota.   

AAR: Powróćmy do początków Pana kariery pisarskiej. Tak naprawdę zaczynał Pan jako poeta w 1985 roku. Wówczas zadebiutował Pan zbiorem wierszy pod tytułem „Uśmierzanie źródeł”. Dlaczego porzucił Pan tę formę uprawiania literatury na rzecz prozy? A może tak do końca nie rozstał się Pan z poezją i nadal zajmuje się Pan pisaniem wierszy?

JK: Owszem, zdarza mi się napisać wiersz, ale czynię to bardzo rzadko i raczej okazjonalnie, na przykład na konkursy poetyckie. Sporą ciekawostką jest dla mnie fakt, że moje wiersze wciąż zdobywają nagrody, więc pewnie jako poeta nie jestem całkiem stracony. A mówiąc poważnie, proza zawładnęła mną kilka lat temu, kiedy to ułożyła mi się w głowie pewna historia, której nadałem formę niedużej powieści pod tytułem „Śmierć nosorożca”. Właśnie ona jest moim rzeczywistym debiutem prozatorskim. Najpierw została opublikowana na łamach miesięcznika „Twórczość”, a rok później przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Dlaczego proza? A dlaczego nie? Ten sposób twórczości literackiej fascynuje mnie i ciekawi. Poezja umilkła, co nie znaczy, że wcale jej nie słychać. Uważny czytelnik bez trudu znajdzie jej ślady w moich powieściach. Tyle tylko, że korzystam z niej w sposób bardziej subtelny niż dawniej, kiedy nie wyobrażałem sobie dnia bez wiersza. Teraz już wiem, że rację miał Czesław Miłosz, który w jednym ze swoich utworów twierdził, że pisać należy rzadko i niechętnie. Jest w tej postawie sporo mądrości.

AAR: Powszechnie panuje przekonanie, że poeta to człowiek wrażliwy i romantyczny, dostrzegający w otaczającym nas świecie cechy, których nie potrafią ujrzeć przeciętni śmiertelnicy, na przykład piękno. W związku z tym, zastanawia mnie skąd u Pana skłonność do tworzenia powieści z dreszczykiem, gdzie pojawia się też zło w swojej charakterystycznej postaci?

JK: Czasy romantyków na szczęście już dawno minęły. Współczesna epoka nie sprzyja uduchowionym wizjom i romantycznym olśnieniom. Dwudziesty pierwszy wiek przypomina rozbite lustro, które wszystko zniekształca. Dobro miesza się ze złem, miłość z nienawiścią, prawda z kłamstwem. Tak zresztą było zawsze, ale współczesność dodatkowo wzmacnia współistnienie tych wartości. Moja skłonność do powieści z dreszczykiem jest efektem kaprysu. Po prostu takie mam zachcianki, by sięgać po elementy kryminalno-sensacyjne. Jak to długo będzie jeszcze trwało, nie mam pojęcia. Na razie mi z tym dobrze. 

AAR: Jest Pan także laureatem wielu ogólnopolskich konkursów literackich. Począwszy od roku 1983 zdobył Pan jedenaście nagród za swoją twórczość. Która z nich przedstawia dla Pana największą wartość?

JK: Tych nagród jest o wiele więcej, na pewno kilkadziesiąt, ale oczywiście nie rzecz w ilości. Trudno powiedzieć, która z nich ma dla mnie największą wartość. Każda jest inna. Z pewnością przełomową nagrodą było drugie miejsce w ogólnopolskim konkursie na powieść współczesną zorganizowanym w 2006 roku przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka i Miesięcznik „Claudia”. Efektem tej nagrody jest moja powieść „Zegary idą do nieba”.

AAR: Podczas swojej kariery zawodowej był Pan również recenzentem i krytykiem literackim. Teraz stoi Pan po tej drugiej stronie, bo to inni oceniają Pana twórczość. Jakie to uczucie, kiedy czyta się opinię powieści, która kosztowała kilka miesięcy pracy? Czy recenzenci Pana doceniają, czy może zupełnie nie rozumieją przekazu Pana twórczości?

JK: Nie mogę narzekać na opinie recenzentów, zwłaszcza jeśli chodzi o „Urojenie”. To miłe, że powieść się podoba. W końcu pisze się z myślą o czytelnikach. Dla mnie najistotniejsze są właśnie ich opinie. Rzeczywiście swego czasu zajmowałem się recenzowaniem książek. To było dość dawno, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pisywałem recenzje dla renomowanych pism literackich, takich jak między innymi „Życie Literackie”, „Nowe Książki”, „Twórczość”, „Poezja”, „Odra”. Byłem w swoich ocenach dość surowy, ale zawsze kierowałem się dobrem literatury. Uważam, że lepiej powiedzieć komuś bez owijania w bawełnę, że napisał utwór kiczowaty aniżeli głaskać go po głowie wprawiając w fałszywe samozadowolenie. Przestałem uprawiać zajęcie recenzenta, ponieważ doszedłem do wniosku, że oddźwięk tego rodzaju krytycznoliterackich ocen jest raczej mizerny. A jeśli chodzi o recenzje moich książek, to owszem, czytuję je wnikliwie i jeśli zawierają jakieś krytyczne uwagi, staram się wyciągać wnioski na przyszłość.

AAR: Obecnie coraz więcej ludzi rwie się do sięgania po pióro i tworzenia dzieł literackich. Czasami osoby te piszą z lepszym lub gorszym skutkiem. Czy jest jakiś uniwersalny sposób na stworzenie, niekoniecznie bestsellera, ale przynajmniej powieści, która spodoba się szerszemu gronu odbiorców?

JK: Nie czuję się specjalistą od recept na pisanie bestsellerów. Proszę zadać to pytanie Stephenowi Kingowi albo autorce „Harry’ego Pottera”. Ja uprawiam swoje małe poletko literackie i na razie nie mogę narzekać. Literatura jest dosyć kapryśna i nigdy nie wiadomo, co się spodoba ogółowi. Zresztą nawet największe bestsellery mają większą lub mniejszą publiczność. Jako przykład podam mojego ulubionego pisarza Gabriela Garcię Marqueza. Dopiero jego czwarta z kolei powieść, czyli „Sto lat samotności”, przyniosła mu ogromny sukces. Osobiście nie dzielę literatury na bestsellery i niebestsellery. Dla mnie literatura dzieli się na dobrą i kiepską, niezależnie od podziałów gatunkowych i tematyki, jaką poruszają pisarze. Zresztą to, co dla jednych jest bestsellerem, dla innych może być zwykłą chałą i nie ma w tym nic dziwnego ani niestosownego. Są ludzie, którzy zachwycają się na przykład powieścią Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Ja się nie zachwycam.

AAR: Jakiś czas temu w pewnym wywiadzie radiowym usłyszałam, że pisarz tworzy przede wszystkim dla siebie, głównie pod wpływem emocji, a jeśli inni chcą to czytać, to ich sprawa. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? Czy naprawdę autorzy piszą, aby oczyścić się emocjonalnie?

JK: Po trosze się zgadzam, a po trosze nie. Myślę, że pisarz tworzy przede wszystkim dla czytelników, bo bez czytelników nie ma mowy o literaturze, tak jak bez widzów nie ma mowy o teatrze. Emocje są oczywiście ważne, ale trzeba umieć je okiełznać i uformować w interesującą narrację. Bardzo ważny jest przy tym język. Zazdroszczę wspomnianemu już Marquezowi niezwykłej potoczystości i kunsztu językowego. W polskiej literaturze takim mistrzem języka literackiego jest na przykład Wiesław Myśliwski. Jego powieść „Kamień na kamieniu” potwierdza to najmocniej. Owszem, literatura jest swego rodzaju oczyszczeniem, ale nie można lekceważyć roli czytelnika. To on swoimi opiniami potwierdza wielkość albo marność dzieła literackiego. Pisarz jest w pewnym sensie niewolnikiem czytelniczych refleksji, co nie znaczy, że musi za wszelką cenę schlebiać gustom odbiorców. W twórczości nie wolno się niczym ograniczać. Literatura to wolność języka i wyobraźni.

AAR: Na koniec zadam standardowe pytanie. Jakie są Pana plany literackie na najbliższą przyszłość? Czy pracuje Pan już nad nową powieścią?

JK: Nie pracuję, ale męczy mnie od pewnego czasu pewien pomysł. Historia, którą chciałbym opisać, ma również charakter kryminalno-sensacyjny. Jak widać, nadal podążam w tym kierunku. Nie potrafię jednak określić, kiedy zabiorę się do roboty. Chciałbym zacząć jeszcze w tym roku, ale literatura jest nieprzewidywalna i bardzo chimeryczna.   

AAR: Bardzo serdecznie dziękuję Panu za rozmowę i życzę sukcesów w dalszej pracy literackiej oraz wciąż zwiększającej się liczby życzliwych czytelników. 



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose




piątek, 1 lutego 2013

Nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów...




LITERAT LUTEGO 2013


ROZMOWA Z ANTONIĄ MICHAELIS







Antonia Michaelis urodziła się w północnych Niemczech. Pierwsze dwa lata życia spędziła w niewielkiej wiosce nad Morzem Bałtyckim. Potem przeprowadziła się na południe Niemiec i tam, wraz ze swoimi szalonymi rodzicami oraz kotami różnej maści, spędziła dzieciństwo i okres dorastania. Opowiadania zaczęła pisać w bardzo młodym wieku. Po skończeniu szkoły, Antonia Michaelis opuściła Niemcy i na rok przeniosła się na południe Indii. Pracowała w szkole w pobliżu Madrasu jako nauczycielka angielskiego, sztuki i aktorstwa. Po powrocie do kraju podjęła studia na wydziale medycyny. Podróżowała też do Turcji, Włoch, Grecji, Syrii i Wielkiej Brytanii. Do tej pory w Polsce ukazało się kilka książek Antonii Michaelis adresowanych do dzieci i młodzieży, w tym ta najważniejsza i najbardziej wzruszająca: „Baśniarz”.



Agnes Anne Rose: Na wstępie bardzo serdecznie chciałabym podziękować Pani za wyrażenie zgody na udzielenie wywiadu. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt gościć Panią na swoim blogu, który prowadzę dla miłośników literatury w Polsce. Pisze Pani książki adresowane do dzieci i młodzieży. Myślę, że to bardzo wymagający czytelnicy. Skąd pomysł, aby tworzyć literaturę właśnie dla tej grupy czytelników?

Antonia Michaelis: Piszę także dla dorosłych, tylko że trudniej mi było te książki wydać. Dopiero teraz coś się ruszyło w tym kierunku. Dzieci i dorośli są do siebie bardzo podobni. Podział na literaturę dla dzieci, młodzieży czy dorosłych jest ogólnie trudny. Moim zdaniem, dobre książki dla młodych czytelników powinny być w pewnej mierze adresowane także do dorosłych, natomiast dobre książki dla dorosłych powinny im pozwalać na to, aby od czasu do czasu powracać do swojej dziecięcej natury. Nie ma niczego gorszego, niż – jako rodzic nie mający wyboru – czytać swojemu dziecku coś śmiertelnie nudnego. Staram się wbudowywać w moje książki dla dzieci podwójne dno oraz kilka żartów, które rozumieją z reguły tylko dorośli.



AAR: Czy młodzi czytelnicy są bardziej krytyczni?

AM: Myślę, że nie. Kto chce narzekać, zawsze znajdzie do tego powód, niezależnie od wieku.

AAR: Czy trudniej jest pisać dla dzieci, ponieważ ma się misję wychowawczą? Ponieważ książki współkształtują dzieci i młodzież?

AM: Być może. Ale ja nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów. Obawiam się, że tego nie potrafię.

AAR: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym zapytać dla kogo, Pani zdaniem, pisze się trudniej: dla dzieci czy dla młodzieży, która zaczyna stawiać pierwsze kroki w dorosłym życiu?

AM: Nie mam pojęcia. Po prostu siadam i piszę daną historię. Trudności polegają raczej na tym, co – zdaniem wydawnictw – dzieci i młodzież powinny czytać, a czego nie. W przypadku najmłodszych odbiorców, wiele kwestii należy do tematów tabu, natomiast przy młodzieży można odważyć się na więcej. Ja nie piszę tylko dla trzynastolatek albo czterdziestodwuletnich mężczyzn. Ja piszę dla ludzi. Wszyscy, niezależnie od wieku, i tak się od siebie różnimy.

AAR: Czy od dziecka marzyła Pani o tworzeniu literatury? Bo przecież studiowała Pani medycynę, która z literaturą ma raczej niewiele wspólnego. Chyba że w kontekście naukowym.

AM: Zaczęłam pisać już w wieku pięciu lat (szczerze mówiąc, niezbyt dobrze). Medycynę studiowałam dlatego, bo chciałam wyjechać za granicę i tam podjąć pracę. Jakoś nigdy do tego nie doszło. Wprawdzie często podróżowałam i pracowałam w zagranicznych szpitalach, ale w końcu zawsze lądowałam tutaj (blisko polskiej granicy). Po prostu lubię tutejszy krajobraz; i oczywiście kompletnie nie nadawałam się do tego, by pracować jako lekarz. Ukończyłam studia medyczne i od razu przestałam marnować czas na zastanawianie się nad tym, by pozostać w zawodzie.

 Wydawnictwo Dreams
Rzeszów 2012
Tytuł oryginału: 
Der Märchenerzähler
Przekład: Renata Ożóg
AAR: Czytając Pani biografię dowiedziałam się, że przez pewien czas mieszkała Pani w Indiach. Czy pobyt w tak egzotycznym kraju wpłynął w jakiś sposób na powstanie przepięknej baśni pod tytułem „Tygrysi księżyc”?

AM: Jasne. Przez cały czas rozmawiałam tam z białymi niedźwiedziami. Na szczęście przeżyłam wszystkie moje podróże po Indiach i ani razu nie musiałam inkarnować.

AAR: Zauważyłam też, że lubi Pani podróżować. W jaki sposób zwiedzanie świata wpływa na Pani twórczość?

AM: Podróżowanie ma na moją twórczość taki wpływ, że niektóre z książek piszę dwa razy: pierwszy raz ręcznie, bo właśnie wędruję po Himalajach albo jestem gdzieś indziej, a potem przepisuję wszystko na komputer, dla wydawnictw oczywiście.

AAR: W Polsce jak do tej pory ukazało się pięć Pani książek, z których każda na swój własny sposób wywarła wrażenie na czytelnikach. Mam tutaj na myśli takie książki, jak: „Tygrysi księżyc”, „U nas w Ammerlo”, „Lato w Ammerlo”, „Mikołajowe historie”, „Baśniarz”. Ta ostatnia stała się swego rodzaju fenomenem.

AM: Nie. „Mikołajowe historie” ukazały się po polsku? Naprawdę? Zabawne. To nie jest książka, tylko raczej zamówiony przez pewne wydawnictwo zbiór absolutnie krótkich i kompletnie nudnych historyjek, stworzonych po to, aby męczyć małe dzieci, które popełniły poważny błąd, decydując się nauczyć czytać.

AAR: Czy pomysł na napisanie tak wyjątkowej książki, jaką jest „Baśniarz” dojrzewał w Pani od lat, czy może jest on kwestią przypadku i podeszła Pani do tej powieści spontanicznie?

AM: Pomysł ten już od dawna krążył w mojej głowie, ale był bardzo mglisty. Potem przez rok nad nim rozmyślałam, aż w końcu zaczęłam pisać. Czy jest tak niezwykły? Właściwie to nie. Ta historia tylko NIEZWYKLE I ZUPEŁNIE PRZYPADKOWO przypadła do aktualnego gustu dużej ilości czytelników. I to jest trochę niepokojące.

AAR: W „Baśniarzu” porusza Pani problem trudnego dojrzewania. Czy nie obawiała się Pani, że właśnie tak dramatyczne przedstawienie wieku dorastania sprawi, że książka będzie poddawana fali krytyki?

AM: Ja nie tylko się tego obawiałam, ale to WIEDZIAŁAM. W Internecie, w Niemczech i Ameryce, aż roi się od pełnych nienawiści komentarzy. Zasadniczo dorośli pragną chronić młodzież przed moimi książkami. Jednak, co ciekawe, większość młodych ludzi wcale nie chce ratunku. Nie zależy mi na tym, aby młodzież podzielała moje przekonania w każdej kwestii, ale żeby sama myślała i miała swoje zdanie. I właściwie to potrafi, tylko dorośli często o tym nie wiedzą. Oczywiście w „Baśniarzu” nie chodzi tylko o dorastanie, lecz o wiele więcej, ale teraz nie będę tego wyjaśniać, bo po to napisałam książkę.

AAR: Wiele osób zalicza „Baśniarza” do literatury fantasy. Mnie się wydaje, że to bardziej powieść obyczajowa. Może nawet w pewnym stopniu kryminał. Skąd, Pani zdaniem, takie przekonanie? Czyżby ze względu na baśń, którą Abel opowiada?

AM: Fantasy? Naprawdę? W takim razie „Baśniarz” musi być w Polsce odbierany w jakiś szczególny sposób, bo to jest jedyna kategoria, do której z całą pewnością się NIE zalicza. Może to z powodu baśni, ale nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc, jestem tym zaskoczona. Czy fantasy to nie raczej smoki i inne światy, które trzeba przed smokami albo przy ich pomocy ratować? W Niemczech „Baśniarz” na przemian zaliczany jest do kategorii: thriller, historia miłosna oraz przede wszystkim dramat społeczny. Kryminałem (według niemieckiej klasyfikacji) nie jest, gdyż jednym z bohaterów musiałby być detektyw, albo ktoś w tym rodzaju.

AAR: Jest Pani młodą i utalentowaną pisarką, przed którą kariera literacka stoi otworem. Dlatego zapytam, czy nie myśli Pani napisać powieści adresowanej wyłącznie do osób dorosłych? A może taka powieść już powstała?

AM: Czy jestem utalentowana, tego nie wiem. Raczej sądzę, że po prostu nic innego nie potrafię. W robieniu na drutach jestem kompletną nogą, a kiedy śpiewam, wszyscy uciekają. Czyli pozostaje mi pisanie, jako jedyna forma wyrazu artystycznego. W marcu, nakładem wydawnictwa Knaur ukaże się książka „Paradies für Alle” („Raj dla wszystkich”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.). Poza tym w pewnym maleńkim wydawnictwie wydałam: „Der letzte Regen” („Ostatni deszcz”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.), to też jest utwór skierowany do dorosłych. Moja nowa książka wydana w wydawnictwie Oetinger pod tytułem „Solange die Nachtigal singt” („Dopóki śpiewa słowik”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.) jest także adresowana raczej do dorosłych czytelników. W każdym razie, tak piszą o niej (prawie) wszyscy Internauci.

AAR: Którą z książek darzy Pani największą sympatią i dlaczego, a nad którą pracowało się Pani najtrudniej?

AM: Lubię wszystkie moje książki, ponieważ (mam nadzieję) każda jest inna. Jeśli teraz wymieniłabym jakiś tytuł, reszta by się obraziła, na pewno. Czasem mam lekkie pióro, innym razem praca idzie jak po gruzie. Pisanie jest łatwe, korygowanie okropne. Natomiast skracanie (co zawsze muszę robić) jest koszmarne.

AAR: Czy oprócz tworzenia literatury ma Pani jeszcze inne pasje, którym oddaje się Pani w wolnych chwilach?

AM: Spanie i jedzenie. Poza tym pracuję. Urządzam także występy teatralne z udziałem dzieci i dorosłych, udzielam dodatkowych lekcji dla dzieci z rodzin w trudnej sytuacji życiowej w mojej miejscowości, wychowuję dwójkę własnych dzieci (w wieku półtora roku i czterech lat), biorę udział w spotkaniach autorskich w szkołach i księgarniach.

AAR: Myślę, że polscy Czytelnicy bardzo chętnie spotkaliby się z Panią w Polsce, szczególnie teraz, kiedy po sukcesie „Baśniarza” jest Pani jedną z bardziej znanych światowych pisarek tworzących dla dzieci i młodzieży. Czy gdyby otrzymała Pani zaproszenie przyjazdu do Polski, skorzystałaby Pani z niego?

AM: Jasne. Tak przy okazji wspomnę, że moja najlepsza przyjaciółka z czasów szkolnych była Polką. To znaczy, nadal jest Polką. Niestety nigdy mnie nie nauczyła swojego języka, a ja, wstyd się przyznać, znam tylko dwa słowa po polsku. Może polscy Czytelnicy nauczą mnie więcej? Na przykład Kurzwarenhändler (sprzedawca pasmanterii, w domyśle: handlarz narkotyków; odnośnik do książki, w której główny bohater właśnie tym się zajmuje; przyp. tłum.). To byłoby słowo, od którego można by zacząć naukę języka polskiego.

AAR: Serdecznie dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością będę czekać na kolejne Pani książki, które (mam nadzieję) będą sukcesywnie pojawiać się na polskim rynku wydawniczym.



Rozmowa i redakcja: Agnes Anne Rose
Przekład z języka niemieckiego: Renata Ożóg (tłumaczka „Baśniarza”)











czwartek, 17 stycznia 2013

Średniowiecze – epoka (nie) tylko literacka







Średniowiecze to epoka, która zarówno w dziejach literatury, jak i historii jest mi chyba najbliższa. W Europie rozpoczęło się w 476 roku naszej ery, a zapoczątkował je upadek cesarstwa zachodnio-rzymskiego. Koniec epoki w dziejach Europy przypadł na koniec wieku XV i miał związek z takimi wydarzeniami jak: wynalezienie druku (1450 rok), upadek Konstantynopola (1453 rok) oraz odkrycie Ameryki (1492 rok). Do Polski średniowiecze dotarło w połowie X wieku (963 rok; pierwsza wzmianka o państwie Mieszka I) i trwało do końca XV wieku.


Średniowieczny skryba

Historia dzieli średniowiecze na trzy okresy, czyli wczesne (V-X wiek), rozkwit (XI-XIII wiek; czasy wypraw krzyżowych) oraz schyłek (XIV-XV wiek). W średniowieczu ogromną rolę odegrał przede wszystkim Kościół, który:

— tworzył kulturę duchową i materialną;
— był jedną z głównych potęg politycznych i dążył do utrzymania supremacji, tj. zwierzchnictwa w całym ówczesnym świecie;
— zapoczątkował rozwój oświaty i literatury;
— głosił, że jedynym celem człowieka na ziemi jest troska o zbawienie duszy i propagował życie w ascezie;
— uznawał, że najważniejsza nauka to scholastyka i teologia;
— krępował swobodny rozwój nauk teocentrycznym systemem dydaktycznym;
— negował cały dorobek antyku, uznając, że jest on pogański.

W średniowiecznej filozofii zasadniczą rolę odegrały trzy kierunki, czyli augustynizm, tomizm i franciszkanizm. Pierwszy z nich został stworzony przez jednego z Ojców Kościoła, św. Augustyna. Jego nauka ujmowała pozycję człowieka jako sytuację dramatyczną, ponieważ człowiek jako byt pośredni pomiędzy zwierzętami a aniołami znajduje się wciąż w pewnym wewnętrznym konflikcie. Z kolei tomizm to nauka głoszona przez św. Tomasza z Akwinu. Podobnie jak Augustyn zajmował się on sytuacją człowieka, lecz w jego poglądach nie przedstawiała się ona dramatycznie, ale harmonijnie. Miejsce, które zajmuje człowiek jest celowe i właściwe, gdyż może on świadomie dążyć do wyniesienia się na wyższy szczebel, czyli na tak zwaną drabinę bytów. Jest to więc dla człowieka szansa i od niego zależy czy z niej skorzysta. Ostatnim, trzecim, kierunkiem jest franciszkanizm wywodzący się z myśli i czynów św. Franciszka z Asyżu. Jego istotę stanowi wszechogarniająca miłość do człowieka i przyrody, życie w ubóstwie oraz zgoda, na to, co przynosi los.

Literatura okresu średniowiecza rozwijała się w dwóch kręgach, tj. w kręgu kościelnym i dworskim. Twórcami literatury kościelnej byli przede wszystkim duchowni posługujący się językiem łacińskim. Wśród podstawowych cech tego rodzaju literatury wymienia się:
  
— alegoryzm, czyli skłonność do obrazowego przedstawiania zjawisk i pojęć;
— charakter moralizatorski oraz dydaktyczny;
— przewagę treści religijnych.

Podstawowe gatunki literackie, które powstały w kręgu kościelnym to:

— żywoty świętych (hagiografia) będące działem piśmiennictwa i obejmujące fakty i legendy z życia świętych oraz męczenników;
— utwory apokryficzne, czyli takie o tematyce biblijnej, opowiadające najczęściej o życiu Świętej Rodziny, natomiast ze względu na przewagę fikcji literackiej utwory te nie są zaliczane do kanonu biblijnego;
— pieśni religijne, głównie hymny;
— kroniki, czyli chronologiczny zapis wydarzeń z życia Kościoła i państwa.

NetPress Digital (2008)
Ideał ascety w Legendzie o św. Aleksym

Legenda o św. Aleksym to utwór anonimowy, który powstał prawdopodobnie na przełomie V i VI wieku na Bliskim Wschodzie. W X wieku utwór przywędrował do Europy, gdzie św. Aleksy otoczony był wielkim kultem. Polski przekład legendy datuje się na połowę XV wieku. Święty Aleksy pochodził z bogatej rodziny książęcej. Wyróżniał się przede wszystkim zasadami chrześcijańskimi, które przejął od swoich rodziców. Tak więc zgodnie z ich wolą pewnego dnia poślubił córkę cesarza. Jednak związek ten nie okazał się być dla niego szczęśliwy. Już w noc poślubną Aleksy porzucił swoją małżonkę, zabrał ze sobą bogactwa i odpłynął okrętem w podróż. Podczas owej podróży rozdał swoje bogactwo żebrakom, a sam rozpoczął żebracze życie. W ten oto sposób Aleksy podjął ascetyczny tryb życia, w imię Boga wyrzekając się wszelkich dóbr doczesnych. Po licznych przygodach i cudach, jakie miały miejsce podczas jego podróży, Aleksy znów trafił pod bramy domu rodzinnego. Jednak jako żebrak nie został rozpoznany przez rodzinę. Siedział więc w nieczystościach i żywił się odpadkami z ojcowskiego stołu. Takie umartwianie i narażanie się na ciągłe upokarzanie przez innych trwało przez wiele lat. W końcu Aleksy umarł, lecz przed śmiercią zdążył jeszcze spisać dzieje swojego życia. Po jego odejściu miały miejsce liczne cuda, a do jego ziemskich szczątek pielgrzymowali ludzie.

Asceza św. Aleksego polegała przede wszystkim na tym, iż wyrzekł się on wszystkiego, co miał na ziemi: żony, godności, chwały, rozgłosu, własnego kraju i miasta, rodziny oraz osobistego szczęścia. Jego cierpienie było pasmem wyrzeczeń, aby tym samym otworzyć sobie drogę do Nieba i doświadczyć zbawienia. Jednak z drugiej strony można przyjąć, że postępowanie Aleksego było negatywne wobec innych ludzi, ponieważ cechował je egoizm i myślenie jedynie o sobie. Tak naprawdę była to jego własna droga do osiągnięcia zbawienia.

 Słownik pojęć kultury i filozofii Średniowiecza:

Teocentryzm (z gr. theos – bóg) to pogląd sprowadzający całokształt ludzkich spraw do Boga jako jedynej i najwyższej wartości. Celom pozaziemskim podporządkowano wszystkie dziedziny życia i działalności człowieka.

Asceza to dobrowolne i metodyczne ograniczanie własnych potrzeb życiowych, surowy tryb życia, umartwianie duszy i ciała; postawę ascezy Kościół propagował jako niezawodny środek uzyskania zbawienia.

Herezja to pogląd religijny sprzeczny z dogmatami religii panującej, odstępstwo od poglądów powszechnie przyjętych.

Scholastyka to główny kierunek filozofii średniowiecznej dążący do rozumowego udowodnienia słuszności dogmatów religijnych; jako podstawowej metody scholastycy używali logiki wypracowanej przez Arystotelesa.