poniedziałek, 1 października 2012

Piszę o tym, co mnie osobiście pasjonuje, bulwersuje lub intryguje...





LITERAT PAŹDZIERNIKA 2012 


ROZMOWA Z ANNĄ KLEJZEROWICZ







Anna Klejzerowicz to polska pisarka, publicystka, fotograf, redaktor. Gdańszczanka. Autorka wielu powieści kryminalnych i obyczajowych oraz opowiadań grozy. Wcześniej przez wiele lat współpracowała z teatrem Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie jako fotograf i redaktor publikacji teatralnych, pisała oraz fotografowała dla prasy, redagowała książki. Ukończyła resocjalizację, zaś prywatnie uwielbia koty, góry, książki, sztukę, a w szczególności japońskie drzeworyty ukiyo-e, oraz historię i zabytki swojego regionu.



Agnes Anne Rose: Witam Cię, Aniu, serdecznie na moim blogu i dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie, zostając Literatem Października 2012. Generalnie znana jesteś jako specjalistka od kryminałów, jednak Twoja najnowsza książka pod tytułem „Czarownica” to powieść obyczajowa. Co skłoniło Cię do tego, aby tym razem stworzyć tego rodzaju historię? Chciałaś odpocząć od kryminałów czy może spróbować stworzyć coś zupełnie innego?

Anna Klejzerowicz: Jest mi bardzo miło, że mogę gościć na Twoim blogu. Witam też Czytelników. A co do „Czarownicy”, trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie... To chyba najbardziej osobista z moich książek; powstawała etapami, w przełomowych momentach mojego życia. Być może potrzebowałam akurat po prostu takiej odskoczni. Poza tym, ja zawsze lubiłam eksperymentować, próbować nowych rzeczy, staram się sama siebie nie zaszufladkować i nie ograniczać. Zdecydowałam się napisać coś innego i napisałam. Co nie oznacza, że teraz zamierzam poświęcić się wyłącznie literaturze obyczajowej. Piszę to, co mnie akurat inspiruje, i nieważne, czy przybierze to formę kryminału, obyczaju czy opowieści grozy...

A.A.R.: Głównym bohaterem „Czarownicy” jest Michał, mężczyzna po czterdziestce, z którym życie nie obeszło się zbyt łaskawie. Z reguły jest tak, że to kobieta po przejściach ucieka i zaszywa się gdzieś z dala od ludzi, natomiast w Twojej powieści czytelnik ma do czynienia z mężczyzną. Jest to swego rodzaju nowość w literaturze. W związku z tym zapytam wprost. Dlaczego akurat Michał?

A.K.: Michał nie jest głównym bohaterem „Czarownicy”. Jest tylko narratorem. Postacią pierwszoplanową jest zdecydowanie Ada, tytułowa, choć tylko symboliczna czarownica, kobieta skomplikowana, tajemnicza, wyobcowana i nieco demoniczna. Żeby pokazać ją z dystansu, potrzebowałam prostodusznego, trochę naiwnego, lecz także skłonnego do refleksji obserwatora. Chciałam, by był to mężczyzna, gdyż kobiety znacznie szybciej potrafią się rozszyfrować, a jednocześnie nie zawsze bywają wobec siebie obiektywne. W mojej książce zderzyły się dwa światy, różni ludzie nie tylko w sensie płci, ale i charakterów, poglądów, aspiracji, doświadczeń. Te różnice będą zarówno budowały ich wzajemne relacje, jak też wpływały na ich życie.

A.A.R.: W Twoich dwóch powieściach pod tytułem „Sąd Ostateczny” oraz „Cień gejszy” pojawia się postać gdańskiego dziennikarza, Emila Żądło. Obecnie coraz częściej spotyka się autorów, którzy przenoszą swoich bohaterów z jednej historii do drugiej. Czy Ty również dałaś ponieść się tej modzie, czy może zadziałała tutaj zwyczajna sympatia do postaci tego byłego policjanta?

A.K.: To chyba w każdym przypadku jest sympatia dla bohatera. Nie tylko autora, ale także czytelników. Po „Sądzie Ostatecznym” wielu czytelników oczekiwało na kolejne wejście Emila na scenę. A ponieważ sama go polubiłam, no i ponieważ obie powieści związane są z Gdańskiem, więc zatrudniłam go także przy kolejnym śledztwie. Być może nawet nie po raz ostatni. Lubię wracać do starych klimatów i bohaterów. To zresztą nic nowego, ten obyczaj trwa przecież od samego początku istnienia literatury kryminalnej, wystarczy przypomnieć Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot (śmiech).

A.A.R.: W „Cieniu gejszy” odwołałaś się do historii Japonii z początku XX wieku, a dzisiejszy Gdańsk owiany jest tajemnicą Dalekiego Wschodu. Czy pomysł na tego rodzaju powieść zrodził się z Twojej osobistej fascynacji Japonią, czy może jest to jedynie dzieło przypadku?

A.K.: Wziął się z mojej fascynacji nie tyle Japonią, co raczej japońską sztuką, a w zasadzie sztuką oraz historią sztuki w ogóle. To wieloletnia fascynacja, znacznie wyprzedzająca moje pisanie. Materiał wykorzystany w „Cieniu gejszy” zbierałam przez kilkanaście lat. Historię tę opisałam najpierw w cyklu artykułów prasowych, dopiero po latach wykorzystałam ją w powieści, dodając do niej współczesny wątek kryminalny.

A.A.R.: Przeważnie jest tak, że na kartach większości kryminałów w rolę detektywów wcielają się mężczyźni o specyficznym sposobie bycia. W powieści pod tytułem „Ostatnią kartą jest śmierć” czytelnik spotyka Weronikę Daglewską, która w końcu urzeczywistnia swoje marzenie i rozpoczyna działalność detektywistyczną. Zapytam Cię, czym w takim razie różni się kreowanie postaci mężczyzny-detektywa od kobiety, która trudni się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych?

A.K.: Niczym! Płeć nie gra tu żadnej roli. Może z wyjątkiem reakcji bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Ale moja bohaterka nie jest typem kobiety, która by się tym przejmowała. Prędzej wydrapie oczy każdemu, kto ośmieliłby się podważyć jej kompetencje... z powodu płci (śmiech).

A.A.R.: We wspomnianej powyżej powieści czytelnik ma do czynienia również z wróżbami i przepowiadaniem przyszłości. Czy uważasz, że tarot i inne formy magii naprawdę wywierają wpływ na nasze życie i mogą być pomocne w kierowaniu naszymi działaniami?

A.K.: Moja książka mówi o manipulacji. W tym kontekście należy widzieć w niej także kwestię wróżb i wróżek. A więc tak wywierają wpływ. Czy mogą być pomocne? Możliwe, nie wiem. Nie mam zdania na ten temat i nie to było przedmiotem mojego zainteresowania. Moim zdaniem człowiek w swoim życiu powinien kierować się raczej własnym rozumem oraz zwyczajnym zdrowym rozsądkiem. Takie wróżby mogą okazać się niebezpieczne, gdyż wykorzystują psychikę ludzką w momencie, gdy jest ona najbardziej podatna i chwiejna. Bo zazwyczaj w takich właśnie momentach życia szukamy ratunku u najróżniejszych wróżbitów czy uzdrowicieli. Uleganie czyjejś sugestii nie jest najlepszym sposobem na planowanie swego życia. A człowiek łatwowierną jest istotą...

A.A.R.: Aniu, bierzesz również udział w zbiorowych projektach literackich. Przykładem może być tutaj wydana niedawno antologia kryminału pod tytułem „Zatrute pióra” czy mające ukazać się już niedługo „13 ran”. Czy uważasz, że takie wspólne przedsięwzięcia mają jakikolwiek sens, skoro z obserwacji wynika, że większość czytelników woli jednak sięgać po dłuższe formy literackie, jakimi są powieści?

A.K.: Ale my nie piszemy wyłącznie dla większości czytelników, lecz także dla mniejszości. Mniejszość to przecież nie znaczy gorszość, a czasem wręcz przeciwnie, w tym przypadku są to ci najbardziej wysmakowani i świadomi czytelnicy, którzy potrafią docenić zalety literackie krótkiej formy, zapisanej w tradycji nie tylko kryminału (choć ten akurat gatunek właśnie z krótkiej formy się wywodzi), ale w ogóle w tradycji literatury pięknej. Trudniej napisać i chyba trudniej także czytać krótkie formy. Jednak jeśli ktoś szerzej interesuje się literaturą a nie tylko lubi czytać, bo to są dwie różne sprawy, to nie sposób ich pominąć, podobnie jak nie da się zignorować poezji czy dramatu. Naszym zamiarem było także przekonanie czytelników, że lektura opowiadań może być równie wspaniałą przygodą jak czytanie powieści. Wszystko może mieć swój czas. Szkoda życia na uprzedzenia!

A.A.R.: Twoją pasją od dzieciństwa są historia sztuki i archeologia. Czy te niecodzienne zainteresowania w jakiś sposób pomagają Ci w pisaniu?

A.K.: Nie wiedziałam, że one są niecodzienne... Zainteresowania jak zainteresowania. Jeden interesuje się sportem, inny sztuką. Na szczęście (śmiech). Czy pomagają? Na pewno nie przeszkadzają. Ja piszę o tym, co mnie osobiście pasjonuje, bulwersuje lub intryguje. Więc te zainteresowania wykorzystuję po prostu w swoich książkach.

A.A.R.: Wydaje mi się, że niewielu czytelników wie, iż jesteś także autorką powieści pod tytułem „Muszę poznać prawdę”. Jest to historia kryminalna o tematyce górskiej. Czy mogłabyś powiedzieć coś więcej na ten temat?

A.K.: A rzeczywiście, bo to jest historia, która wyszła tylko w wydaniu broszurowym, gazetowym, dawno temu. Mój pierwszy w życiu kryminał (śmiech). Niestety byłam wtedy naiwna i sprzedałam wydawcy prasowemu wszelkie prawa autorskie, muszę ją więc spisać na straty. Nie mam pojęcia, czy ma szanse jeszcze kiedyś ujrzeć światło dzienne. Nawet tytuł mi zmienili, bo mój własny brzmiał: „Negatyw”. To była taka kryminalna historyjka górsko-fotograficzna. A konkretnie główna bohaterka, zawodowy fotograf, dociera do prawdy dzięki swoim zdjęciom i w ten sposób rozwiązuje zagadkę wyrafinowanej zbrodni, której tłem jest tatrzańskie schronisko w zimowej aurze. Mam wielką nostalgię do tej historii, ale cóż przepadła.  Chyba że kiedyś dogadam się z wydawcą i zrobię z tego jakiś e-book... Żeby nie zatonęło całkowicie w mrokach czasu. Bo inaczej bez pełni praw autorskich nikt mi tego nie wyda.

Wydawnictwo: Prószyńki i S-ka
Warszawa 2012
A.A.R.: Pasjonujesz się także fotografią. Fotografujesz przyrodę, a także ilustrujesz własne teksty autorskimi zdjęciami. Myślę, że to zainteresowanie jest niezwykle pomocne w przypadku tworzenia opisów, którymi ubogaca się fabułę danej książki. Czy, w związku z tym, zdarzyło Ci się kiedykolwiek przenieść na karty swoich powieści obrazy uwiecznione na fotografiach, lecz nie w formie zdjęć, a słów?

A.K.: Owszem, na przykład w nowelce „Pejzaż z wozem konnym” w antologii „Narracje. 6 opowiadań o Gdańsku”. Najpierw zrobiłam cykl zdjęć w zabytkowej części Wrzeszcza (jest to stara dzielnica Gdańska), które następnie stały się tłem mojego opowiadania. To tylko taki najbardziej wyrazisty przykład. Bo tak jak w fotografii zawsze pociągały mnie pewne określone tematy czy klimaty, tak samo w pisaniu, choćby podświadomie, po podobne sięgam.

A.A.R.: Kiedy stwierdziłaś, że pisanie to jest to, co chciałabyś w życiu robić? Czy już jako mała dziewczynka wiedziałaś, że któregoś dnia napiszesz książkę?

A.K.: A wiesz, że chyba tak (śmiech). Zawsze wiedziałam, że kiedyś to zrobię. Próbowałam zresztą od dziecka. Oczywiście wielokrotnie... bo cierpliwości dziecku niestety brakowało. Ale, odkąd pamiętam, coś tam sobie skrobałam.

A.A.R.: Dlaczego wybrałaś akurat pisanie kryminałów? Czy to jest ten gatunek literacki, który pociąga Cię najbardziej, czy może był to zwykły przypadek?

A.K.: Nie zaczynałam od kryminałów, tylko od opowieści grozy. Kryminał przyszedł później. Jednak chyba tak, chyba rzeczywiście ten gatunek pociąga mnie najbardziej, nie tylko zresztą jako autora, ale także, a może nawet przede wszystkim jako czytelnika. Takie decyzje nigdy nie są kwestią przypadku. Kryminał to gatunek bardzo nośny, można w nim przekazać różne treści w atrakcyjnej formie. Kto czyta moje artykuły o sztuce japońskiej? Mała garstka zapaleńców. Tymczasem „Cień gejszy” ma mnóstwo fanów, których udało mi się zarazić swoją pasją, a także utrwalić w ich pamięci pewne ważne dla mnie wartości kulturowe. Podobnie jak moje opowiadanie, zatytułowane „Zatruta krew” w antologii kryminału „Zatrute pióra”. Dotyczy poważnej kwestii społecznej, porusza wciąż aktualny problem historycznych uprzedzeń i nietolerancji. Lecz gdybym napisała o tym na przykład felieton, dotarłby on co najwyżej do niewielkiej liczby zainteresowanych. Co innego, gdy pokaże się czytelnikom, czarno na białym, jak groźna w skutkach w wymiarze pojedynczych, zwykłych ludzi może okazać się taka postawa, szczególnie gdy natrafi na podatny grunt. Dlatego kryminał jako gatunek cenię sobie wysoko.

A.A.R.: Aniu, pojawiają się głosy, że polscy autorzy specjalizujący się w pisaniu kryminałów piszą je zbyt delikatnie, używając zbyt grzecznego języka, co w konsekwencji sprawia wrażenie swego rodzaju sztuczności. Czy zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

A.K.: Całkowicie się z tym nie zgadzam. Polscy autorzy kryminałów piszą bardzo różnie. Nie uważam, żebyśmy musieli naśladować obcą literaturę, w szczególności w sposób tak powierzchowny jak brutalizacja języka. Dla mnie to naciągane argumenty, obawiam się, że osoby, które tak uważają, po prostu zbyt mało polskich kryminałów czytały. A ja akurat czytam ich dużo, gdyż od lat recenzuję je dla serwisu „Zbrodnia w Bibliotece”. I naprawdę są bardzo różne, tak jak różnią się ich autorzy. Mnie to bardzo cieszy. Niech literatura będzie zróżnicowana, nie na jedno kopyto. Nie wymagajmy, żeby Polak pisał jak Amerykanin, bo nasza kultura, tak jak i nasza codzienność, różni się od tej amerykańskiej. I ma się różnić. Nie cierpię unifikacji. Niech każdy pisze po swojemu.

A co do zarzutu sztuczności, nie ma dla mnie nic bardziej sztucznego od popularnej amerykańskiej sensacji. Czy to w literaturze, czy w filmie. Gdzie bohater zazwyczaj jest piękny, sprawny, politycznie poprawny, odważny do granic absurdu i szlachetny niczym kandydat na świętego (tyle, że mocno przeklina). Możliwe, że nie jestem obiektywna. Lecz kiedy po raz kolejny biorę do ręki książkę, będącą wierną kalką poprzedniej, z tymi samymi pościgami, strzelaninami, bójkami, a nawet bohaterami tyle, że nazwanymi inaczej to odkładam, bo szkoda mi już czasu na sztampę.  

A.A.R.: Zapewne pracujesz już nad kolejną powieścią. Czy tym razem czytelnicy również mogą spodziewać się jakiejś mrożącej krew w żyłach historii kryminalnej, czy może będzie to książka podobna do „Czarownicy”.

A.K.: Odpowiem dyplomatycznie: będzie to coś pośredniego. Mam nadzieję, że jeszcze raz uda mi się zaskoczyć moich Czytelników (śmiech). Książka jest już w zasadzie ukończona i znajduje się w najbardziej właściwych rękach, czyli w rękach wydawcy. A ja pomału zabieram się za kolejną. 

A.A.R.: Aniu, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i życzę Ci tego, czego powinno życzyć się każdemu pisarzowi, czyli rzeszy wiernych i oddanych Czytelników.

A.K.: To dla nich piszemy. Więc, korzystając z Twojej gościny, wszystkich ich bardzo serdecznie pozdrawiam. Dziękuję, Agnieszko. Było mi u Ciebie bardzo miło. 



Rozmowa i redakcja
Agnes Anne Rose





sobota, 1 września 2012

Zawsze interesował mnie problem zaginięć...




LITERAT WRZEŚNIA 2012



ROZMOWA Z MAŁGORZATĄ WARDĄ

Pisarka, malarka, rzeźbiarka. Jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych oraz laureatką kilku konkursów literackich. Jej prozatorskim debiutem była książka „Dłonie” wydana w roku 2005. Również w 2005 roku, wspólnie z malarzem Marcinem Kędzierskim, założyła Grupę Miejską, która zajmuje się komentowaniem miasta. Napisała także kilka tekstów dla zespołu „Farba”.


Agnes Anne Rose: Małgosiu, witam Cię bardzo serdecznie na swoim blogu i dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia do wywiadu i tym samym zostania Literatem Września 2012. W tym roku ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele”, traktująca o kwestiach niezwykle trudnych i bolesnych, ponieważ dotyczących krzywdzenia ludzi młodych. Zastanawia mnie, czym kierowałaś się, opisując tę historię. Czy chciałaś w ten sposób zwrócić uwagę społeczeństwa na dramat tych, którzy nie potrafią się samodzielnie obronić?

Małgorzata Warda: Witaj, Agnieszko, przede wszystkim dziękuję za zaproszenie i zainteresowanie moją osobą. Faktycznie, „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” jest książką, o której mam nadzieję, że nie uda się Czytelnikom zbyt łatwo zapomnieć. Przyznam, że to jedna z trudniejszych dla mnie powieści. Gwałt i przemoc to niezwykle delikatne tematy, gdzie łatwo o banał, moralizatorstwo albo epatowanie cierpieniem. Nie chciałam tego, pragnęłam postawić przed Czytelnikiem pytania i zmusić go, by rozejrzał się wokół i dostrzegł te osoby ze swojego otoczenia, które być może są takimi moimi książkowymi Aaronami i Aniami. Jestem bardzo szczęśliwa, kiedy dostaję wiadomość, że to mi się udało. Pytasz, co zainspirowało mnie do napisania tej powieści. Myślę, że chłopiec, którego miałam w swojej grupie, gdy wiele lat temu byłam opiekunką kolonijną. Ale także moja wcześniejsza powieść „Nikt nie widział, nikt nie słyszał”. Tam po raz pierwszy poruszyłam bolesny temat przemocy i czułam się tak, jakbym uchyliła odrobinę drzwi i ani ich nie zamknęła, ani nie zajrzała do wnętrza, które odsłoniły.

AAR: Koszmar przemocy domowej i molestowania seksualnego, a nawet pozbawianie życia przez najbliższych to problemy, o których bardzo często słyszy się w mediach w ostatnim czasie. Teoretycznie powinno być tak, że im więcej o czymś mówimy, tym problem powinien stopniowo zanikać. Jednak, obserwując rzeczywistość mam wrażenie, że dzieje się odwrotnie. W związku z tym, czy jest w ogóle sens skupiać się na tak dramatycznych życiowych problemach, skoro ci, do których powinno dotrzeć przesłanie, zupełnie nie zwracają na nie uwagi, koncentrując się jedynie na własnych dylematach? Może lepiej zacząć pisać o sprawach przyjemnych, które nie wymagają od odbiorcy zbyt wiele?

MW: Aj, teraz to wyraziłaś sąd większości wydawców, którzy wolą wrzucić na rynek książkę lekką i przyjemną niż trudniejszy temat (śmiech). Nawet nie wiesz, jakie problemy miałam z tym, by „Dziewczynka…” poszła do druku! Trudno w to uwierzyć, szczególnie, gdy ma się na swoim koncie sześć pozycji, ale niestety w Polsce wszystko jest możliwe, nawet stwierdzenie, że powieść jest bardzo dobra, ale się nie sprzeda. Książki lekkie lepiej się sprzedają i łatwiej się je pisze. Ciekawi mnie to. Przyznam, że kiedy borykałam się ze znalezieniem wydawcy, przychodziły mi do głowy różne myśli, w tym też bliska byłam napisania romansu fantasy i nie wykluczam takiego rozwiązania na przyszłość. Każdy z nas ma przecież w życiu czas, gdy chce po ciężkim dniu zagłębić się w fotelu i poczytać coś, co go rozbawi i nie zajmie wiele miejsca w jego głowie. Innego jednak dnia i taką, na Boga, mam nadzieję ktoś jednak ma ochotę przeczytać o czymś, co głębiej poruszy. Na razie jednak, bez względu na to, czym nasyca się rynek książkowy, chciałabym pozostać przy literaturze z przesłaniem.

AAR: Decydując się na pisanie o dramatach ludzi młodych, na pewno liczysz się z tym, że będziesz musiała zwrócić szczególną uwagę na ich psychikę, która jest szczególnie delikatna i diametralnie różni się od stanu umysłu dorosłego człowieka mającego za sobą już pewne życiowe doświadczenia. Jak sobie z tym radzisz?

MW: Udaję, że znowu mam siedemnaście lat, co jest niesamowicie przyjemne! Jednak tak na poważnie, nie mam z tym kłopotów. Pisząc „Dziewczynkę…” albo kreując Agnieszkę w „Nikt nie widział nikt nie słyszał” kierowałam się swoją intuicją. Mam dar łatwego wejścia w skórę osoby, która doznaje czegoś, czego ja nigdy nie przeżyłam, a młodzi ludzie i ich problemy są mi jakoś wyjątkowo bliscy. Oczywiście pisząc o młodym bohaterze takim jak Aaron w mojej ostatniej powieści, słuchałam młodzieżowej muzyki, oglądałam kultowe dla młodzieży filmy i można było mnie spotkać na boisku, gdzie z koszulką z zespołem Muse grałam w kosza (śmiech). Było to jednak głównie niesamowicie przyjemne i nie odczuwałam tego w ogóle jako problemu. Czasem, jeśli sobie z czymś nie radzę, życie ułatwia mi moja dyżurna pani psycholog, Ilona Powierz-Marciniak. Jednak ją wolę wykorzystać do tworzenia portretów psychologicznych, ale pod kątem traumy przeżytej przez moich bohaterów albo zrozumienia zależności między nimi, ponieważ na takim polu łatwo o błąd.

AAR: Podczas promocji książki „Nikt nie widział, nikt nie słyszał” dziennikarze określili Cię fachowcem od zaginięć. Nagłe tajemnicze zniknięcia młodych ludzi to wątek główny zarówno wspomnianej powyżej powieści, jak i historii opisanej w „Środku lata”. O problemie tym wspominasz także w „Ominąć Paryż”. Interesuje mnie, skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł na fabułę tak ciężką pod względem emocjonalnym?

MW: Zawsze interesował mnie problem zaginięć, nie potrafię przejść obojętnie obok plakatów z twarzami zaginionych ludzi i wydaje mi się bardzo prawdziwe powiedzenie, że lepsze są złe wiadomości, niż ich brak. Dlatego tak bardzo przeraża mnie myśl o tym, że ktoś może zniknąć bez śladu. Że można nie wiedzieć, gdzie on się znajduje, czy cierpi, czy było to zamierzone działanie i czy w ogóle żyje. Wiem, że strach najlepiej jest oswoić. Stąd powieści, które wymieniłaś. Obecnie po raz kolejny sięgnęłam po tematykę zaginięć, ale w zupełnie nowy sposób i mam nadzieję, że już w przyszłym roku będzie można zobaczyć efekty mojej pracy.

AAR: W powieści pod tytułem „Środek lata” poruszyłaś problem kazirodztwa. Nie obawiałaś się, że kiedy książka zostanie już wydana niektórzy czytelnicy będą wręcz oburzeni jej tematyką, a ich antypatia skupi się właśnie na Tobie i zostaniesz okrzyknięta jako autorka pisząca o rzeczach brudnych i złych?  Bo przecież w naszym społeczeństwie bardzo często jest tak, że odwracamy wzrok od spraw, które wydają nam się niewygodne albo zwyczajnie wstydzimy się o nich mówić, choć wiadomo, że istnieją.

MW: To, że zostanę okrzyknięta taką autorką staje się realne z powieści na powieść, ponieważ o ile w „Ominąć Paryż” czy w „Dłoniach” pojawiają się zaczątki moich zainteresowań problematyką tabu, o tyle od powieści „Środek lata” przestałam się z tym ukrywać! Mój profesor rzeźby na ASP, Jan Kucz, powiedział kiedyś, że bardzo łatwo jest krzyczeć na temat rzeczy trudnych, ale ciężko mówić o nich szeptem. I, że łatwo kopnąć w świętość, a trudno jej dotknąć. Właśnie taką szeptaną literaturę staram się stworzyć. Nie chcę bulwersować i nie staram się wyciągać na siłę tematów, którymi mogłabym kogoś obrazić. Gdybym postawiła przed sobą takie założenie, pewnie poruszyłabym problem mniejszości seksualnych, in vitro albo napisałabym coś na temat Kościoła. Na dzień dzisiejszy wydaje mi się jednak to niemożliwe. Nie chcę w ten sposób obalać żadnej świętości, interesują mnie zwyczajni ludzie postawieni przed ekstremalnymi sytuacjami. Piszę więc o tym, co mnie interesuje i o czym sama miałabym ochotę poczytać. „Środek lata” zresztą nie powstał przypadkowo. Znałam chłopaka, który miał śliczną, przemiłą dziewczynę, a ona no cóż, okazała się jego siostrą. To właśnie z ciekawości nimi zrodziła się ta powieść i przyznam, że targały mną wielkie emocje, kiedy ją pisałam, a sam temat ciągle jeszcze mnie intryguje.

AAR: W 2005 roku zadebiutowałaś powieścią pod tytułem „Dłonie”. Jednak tak naprawdę już rok wcześniej Czytelnicy mieli możliwość przeczytać „Bajkę o Laleczce” wydaną w zbiorze zatytułowanym „Wesołe historie”. Większość autorów przyznaje, że swoje pierwsze kroki w pisarstwie zaczynało stawiać jeszcze w latach dzieciństwa. Jak było w Twoim przypadku? Czy był obok Ciebie ktoś, kto szczególnie wpłynął na Twoją decyzję dotyczącą kariery literackiej?

MW: Mam wiele szczęścia w życiu i ktoś tam na górze na pewno nade mną czuwa, ponieważ nie mając przy sobie osób, które umiałyby mną pokierować i nie znając wcześniej świata wydawców, stałam się pisarką. Wcześniej pisałam dla siebie, dla przyjaciół, rodziny i do szuflady, aż przyszedł moment, gdy postawiłam kropkę po ostatnim zdaniu w „Dłoniach” i zapragnęłam, by inni ludzie poznali historię książkowej Julii. To był pierwszy raz, gdy wysłałam plik z powieścią do wydawcy. Oczywiście byłam pewna, że u tych największych nie ma sensu nawet próbować, więc dałam ją początkującemu wydawnictwu. Tak wszystko się zaczęło. A potem było już tylko lepiej. Rodzice, Siostra, Mąż i Przyjaciółki wspierali mnie we wszystkich decyzjach i do dzisiaj czytają wszystko, co wyjdzie spod mojej ręki. Biedna Dorotka, z którą pracuję, całe dnie wysłuchuje tysiąca moich pomysłów i szuka rozwiązań dla moich książek! Obecnie męczę ją kwestiami zjawisk paranormalnych, ponieważ to o nich teraz piszę.




AAR: Można by przyjąć, że tak naprawdę zaczynałaś jako bajkopisarka. W związku z tym, czy nigdy nie myślałaś, aby dalej pójść tą drogą i pisać dla dzieci?

MW: „Bajka o Laleczce” jak na razie to mój pierwszy i jedyny krok w stronę dziecięcego świata. Mój mąż zawsze, gdy mówię, że teraz napiszę coś dla dzieci albo dla młodzieży odpowiada: No tak, tym razem masakra rozegra się w szkole albo w przedszkolu. Bajka powstała dawno temu, całkiem przypadkowo i kiedy wysłałam ją na konkurs Radia Wrocław, gdy jakiś czas później kurier przyniósł mi karton z nagrodami byłam zaskoczona. Po paru latach przypomniałam sobie o niej i wysłałam ją do Wilgi. Udało się. Obecnie mam prawie pięcioletnią córeczkę i ona uwielbia wieczory, gdy kładziemy się obok siebie i wspólnie tworzymy bajki. Może kiedyś je spiszę, albo może napiszę jakąś książkę z myślą o niej i spróbuję ją wydać. Nie wiem tego. Na dzień dzisiejszy mam trochę planów dotyczących powieści i dziennikarstwa, więc nie mówię nie.

AAR: Małgosiu, jesteś osobą niezwykle uzdolnioną pod względem artystycznym. Przypuszczam, że tkwią w Tobie także inne ukryte przed światem umiejętności. Rzeźbisz, malujesz, piszesz. W związku z tym, powiedz mi, na ile rzeźba i malarstwo pomaga Ci w pisaniu? Czy te trzy umiejętności harmonizują się u Ciebie w jakiś sposób, czy może każda z nich funkcjonuje oddzielnie?

MW: Dziękuję, Agnieszko za miłe słowa, ale nie przeceniałabym swoich zdolności. Lubię malować i kocham rzeźbić, ale obecnie w tej materii skupiam się raczej na zleceniach dla klientów. Wydaje mi się, że piszę trochę tak, jakbym malowała, a w malarstwie czasem wykorzystuję bohaterki moich książek. Ale to tylko takie smaczki. Jeślibym miała mówić, że sztuki artystyczne jakkolwiek wpłynęły na moją pisarską twórczość, to chyba najbardziej poprzez fabułę. W „Dłoniach”, w „Nie ma powodu, by płakać” i „Czarodziejce” wyrzucałam z siebie historie artystów i ich problemy i starałam się udokumentować ten barwny i magiczny świat. Obecnie od tego odchodzę, ale pisząc, mam przed oczami obrazy, tyle, że coraz częściej zmierzają w kierunku tych filmowych, a nie takich, które tworzy się na płótnie.

AAR: Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy Twoim wykształceniu. Zauważyłam, że większość Twoich bohaterów to także osoby ściśle związane ze środowiskiem artystycznym. Czy mam rozumieć, że wolisz pisać o czymś, co znasz z autopsji, ponieważ wtedy historia, którą opisujesz jest bardziej wiarygodna?

MW: Na pewno tak właśnie jest, jak mówisz, ale obecnie sprawia mi przyjemność, kiedy wcielam się w kogoś pracującego w zawodzie, o którym nic prawie nie wiem. Wówczas muszę zgłębić tę profesję, nauczyć się jej i porozmawiać z kimś, kto ją uprawia to bardzo przyjemny element pisarstwa, kiedy podchodzę do niego jak do doktoratu. Być może też wyczerpałam już swoją potrzebę tworzenia bohaterów artystów. Był jednak czas, że chciałam pisać o nich, ponieważ wydawało mi się, że w tym temacie mogę bardzo wiele powiedzieć.

AAR: Małgosiu, jesteś także autorką kilku tekstów do piosenek zespołu Farba. Czy z uwagi na fakt, że posiadasz niezwykle artystyczną duszę, myślałaś kiedykolwiek, aby spróbować swoich sił także w śpiewaniu?

MW: Oj, Agnieszko, wyrzuć ten pomysł z pamięci! Artystyczna dusza nie oznacza dobrego słuchu ani ciekawego głosu. Uwierz mi, że nie chciałabyś słuchać mojego wykonania, już nawet moja córeczka zapytała, gdy śpiewałam jej kołysankę: mamusiu, czy musisz śpiewać całą? Ale chętnie podjęłabym się napisania tekstów dla innych zespołów, ponieważ jest to ciekawe i bardzo przyjemne doświadczenie. Takie myślenie skrótami.

AAR: Jesteś również współzałożycielką artystycznej Grupy Miejskiej. Jaki konkretnie jest cel tego przedsięwzięcia?

MW: Marcin Kędzierski, założyciel Grupy, kocha miasto i w jego obrębie widzi wiele historii, które warto opowiedzieć. Zauważa sens w prostych zjawiskach, takich jak jadący autobus, ludzie czekający na przystanku, czy człowiek sprzedający na chodniku jajka. Maluje bardzo dobre obrazy i do niektórych napisałam teksty, które w pewien sposób je dopełniały. Pytasz o sens tego działania. To rodzaj performance'u, który ma zwrócić uwagę na miejskie obrzędy i jednocześnie przybliżyć ludziom sztukę.

AAR: Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jak wyglądałoby Twoje życie zawodowe bez pisania? Czy byłabyś w stanie odrzucić tworzenie literatury i zająć się czymś zupełnie innym?

MW: Przyznam, że kiedy miałam problemy z wydaniem „Dziewczynki…”, którą uważam za najlepszą swoją powieść, w rozpaczy wzięłam pod uwagę możliwość, żeby przestać pisać. Tłumaczyłam sobie to tym, że nie ma sensu pisać książek, skoro zrobienie tego jak najlepiej nie przynosi efektów, a przecież nie chciałabym pisać na siłę rzeczy lekkich tylko dlatego, że z wydaniem ich nie miałabym problemów. Ale to zwątpienie to był tylko moment, ponieważ żeby zagłuszyć ten problem, zaczęłam znowu pisać. Nie potrafię przestać. Nie umiem wyobrazić sobie, że kiedyś może to nastąpić, że z jakichś względów będę musiała porzucić te wszystkie światy i bohaterów, którzy żyją w mojej głowie. Myślę, że byłaby to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogłyby mi się przydarzyć. Dlatego odpowiedź na Twoje pytanie brzmi: nie, nie mogłabym zamienić tego na inne zajęcie. Na żadne, nawet najlepiej płatne. Dla mnie pisanie jest jak oddychanie.

AAR: Małgosiu, na koniec zapytam Cię o Twoje najbliższe plany wydawnicze. Wiem, że praca nad kolejną powieścią trwa, a może nawet zbliża się już do końca. Czym tym razem zamierzasz zaskoczyć swoich Czytelników?

MW: Praca jeszcze jest w powijakach, ale powoli zaczynam już ją widzieć jako całość. Faktycznie, oddam ją na jesieni panu redaktorowi, Konradowi Nowackiemu, i zobaczymy, czy mu się spodoba. Myślę, że dla Czytelników ta książka będzie takim zaskoczeniem jak okazała się być dla mnie. „Jak oddech”, bo tak brzmi jej roboczy tytuł, to historia miłości dwojga ludzi, którzy znali się od dzieciństwa do dorosłości. Kiedy chłopak znika, dziewczyna zaczyna go szukać, ale w tych poszukiwaniach zachodzi o wiele dalej niż do rozwikłania Tajemnicy. Otwiera się dla niej świat, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie czas można dowolnie naginać, a miłość nigdy nie ma końca. Ciekawa jestem reakcji Czytelników na tę książkę, szczególnie też dlatego, że nigdy wcześniej nie skupiałam się całkowicie na relacji on-ona, a w tej powieści to główny wątek.  Przede wszystkim jednak jestem ciekawa tego, jak ją zakończę!

AAR: Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów wydawniczych oraz coraz większej liczby wiernych Czytelników.

MW: Dziękuję również!



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





środa, 1 sierpnia 2012

Fascynują mnie historie o duchach i nawiedzonych domach...



LITERAT SIERPNIA 2012


ROZMOWA Z MAGDALENĄ ZIMNIAK

Autorka powieści „Szlak” (2008), „Willa” (2010, nominacja do nagrody Srebrny Kałamarz i wyróżnienie jury w konkursie Najlepsza Książka na Jesień na portalu literackim granice.pl) oraz „Pokój Marty” (2012). Pisuje też opowiadania, które ukazywały się w „Akancie” i „Magazynie Fantastycznym”. Jest laureatką konkursu na opowiadanie kryminalne ogłoszonego przez agencję literacką Pal Twins i Związek Literatów Polskich („Zapach róż”) oraz laureatką konkursu wydawnictwa Replika na opowiadanie erotyczne  („Wstydliwy sekret”).


Agnes Anne Rose: Witam Cię, Madziu, bardzo serdecznie na moim blogu. Jest mi niesamowicie miło, że zgodziłaś się przyjąć moje zaproszenie, zostając Literatem Sierpnia 2012. Niedawno ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Pokój Marty”. Poruszasz w niej szereg niezwykle trudnych kwestii, jak na przykład problem przemocy seksualnej. Powiedz mi, czy nie obawiałaś się, że ta powieść zostanie negatywnie odebrana przez czytelników z uwagi na to, że skupiasz się w niej na problemach, które tak naprawdę wiele osób zamiotłoby pod dywan?

Magdalena Zimniak: Aga, to mnie jest niezmiernie miło i dziękuję Ci, że mnie zaprosiłaś. Co do odbioru książki, nie zastanawiam się nad tym podczas pisania. Gdybym nawet się zastanawiała, z pewnością nie omijałabym spraw trudnych i bolesnych. Poruszam kwestie, które uważam za ważne. Jedna z moich ulubionych pisarek, Szwedka Majgull Axelsson, powiedziała kiedyś, że sprawy ważne często bolą, a na pisanie o nieważnych szkoda czasu. Podzielam jej zdanie, a jeśli zdarzy mi się wsadzić kij w mrowisko, tym lepiej.




AAR: Praca z młodymi ludźmi nie jest Ci obca, dlatego doskonale orientujesz się, jakimi emocjami kierują się oni przy podejmowaniu niektórych działań. Główna bohaterka „Pokoju Marty” jest osobą nastoletnią, jednocześnie uwikłaną w toksyczny związek ze swoim nauczycielem. To kolejny trudny problem, z którym wielokrotnie muszą zmagać się pedagodzy. W związku z tym, zapytam Cię, czy Marta i Eryk to tak do końca postacie fikcyjne, czy może gdzieś w swoim otoczeniu zaobserwowałaś tego typu zjawisko, które w efekcie stało się jednym z głównych wątków powieści?

MZ: Oczywiście pracuję z wieloma młodymi osobami, mam również dwie córki. Wydaje mi się, że jestem w stanie zrozumieć ich emocje i sposób myślenia, być może dlatego, że sama nie czuję się do końca dorosła. Kiedyś żartowałyśmy z paroma znajomymi literatkami, że pisarki to osoby, które zatrzymały się w okresie dorastania. Kiedy najczęściej ludzie przelewają to, co w nich tkwi, na papier? Kiedy mają kilkanaście lat. Jeśli ktoś ma kilkadziesiąt i nadal z tego nie wyrósł, musi to o czymś świadczyć, prawda? Co do Marty i Eryka, nie znałam osobiście nikogo w tego rodzaju związku. Oczywiście słyszałam o paru sytuacjach, a najbardziej utkwiła mi w pamięci historia wychowawczyni mojego męża. Była to osoba, którą uwielbiała cała klasa, a która na parę lat wplątała się w romans z wychowankiem. Prawdopodobnie częściej zdarzają się przypadki odwrotne, jak w moim „Pokoju Marty” nauczyciel i uczennica. Dziewczyny dojrzewają wcześniej, a rówieśnicy wydają się mało interesujący, infantylni. Sporo starszy mężczyzna może zafascynować osobowością, inteligencją, dojrzałością.

AAR: Motyw domu nawiedzanego przez duchy przeszłości to temat dość często wykorzystywany przez pisarzy. W „Pokoju Marty” wątek ten opisałaś perfekcyjnie. Czy, w związku z tym, uważasz, że osoby żyjące dziesiątki, a nawet setki lat przed nami, naprawdę mogą w istotny sposób oddziaływać na nasze życie?

MZ: Przede wszystkim bardzo się cieszę, że ten wątek Ci się podobał. Fascynują mnie historie o duchach i nawiedzonych domach. Spotkanie z czymś, co wykracza poza zwykłe doznania ludzkich zmysłów, uważam za niezwykle interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Rewelacyjnie łączył metafizykę z psychologią Edgar Allan Poe, świetny jest w tym King. Wierzę, że śmierć nie jest końcem wszystkiego, ale nie sądzę, żeby oddziaływanie umarłych było tak bezpośrednie jak w mojej powieści. Literatura piękna i życie to jednak dwie odrębne kwestie. Literatura inspiruje się życiem, czerpie z niego, ale miesza, przefiltrowuje przez wyobraźnię autora. Dodam jednak, że parę razy zdarzyło mi się doświadczyć rzeczy, których nauka na obecnym etapie nie jest w stanie wyjaśnić.

AAR: Generalnie w swojej twórczości poruszasz problem trudnej przeszłości. Ten fakt niemalże w sposób namacalny pozostawia na życiu kreowanego przez Ciebie bohatera swój bolesny ślad. Czy uważasz, że błędy, które popełniliśmy w przeszłości w istocie tak mocno rzutują na naszą teraźniejszość, czy może jest to jedynie świetny temat do napisania bestsellerowej powieści?

MZ: Sądzę, że życie człowieka nie jest podzielone na okresy, od których można odciąć się grubą kreską. Przeszłość ma znaczenie, nawet zapomniana i wyparta, wpływa na to, kim jesteśmy, jak patrzymy na świat, jakie decyzje podejmujemy, czego pragniemy. Jeśli chodzi o błędy, wszyscy je popełniamy, one są nieuniknione. Ważne, żeby wyciągać wnioski, czegoś się z nich uczyć, a nie rozpamiętywać je, rozdrapując rany. Co do recepty na bestseller, niestety jej nie znam (śmiech).

AAR: Niektórzy twierdzą, że o tym, jak będzie wyglądało nasze życie decyduje psychika człowieka. W Twoich powieściach dominuje psychologia postaci. Praktycznie każdego bohatera można poddać dogłębnej analizie psychologicznej. Skąd tak dobrze znasz strukturę ludzkiej mentalności? Z obserwacji? Z własnych doświadczeń?

MZ: Nie uważam się za znawczynię psychologii, ale psychika człowieka zawsze wydawała mi się jednym z najbardziej pasjonujących zagadnień. Myślę, że posiadam zdolności empatii, może odrobinę ponadprzeciętne. Potrafię na przykład wczuć się w mojego męża, kiedy się na mnie denerwuje (śmiech). Każdy z nas jest inny. To, co dzieje się w człowieku, czasami jest piękne, czasami przerażające, niekiedy wręcz brzydkie, ale zawsze fascynujące. Wybory, nawet najgorsze, można w jakiś sposób uzasadnić.

AAR: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym Cię zapytać, co takiego szczególnego jest w kobiecej psychice, że tak dużą uwagę przywiązujesz do niej w swoich powieściach? Dodam, że Twoje bohaterki to w głównej mierze kobiety niezwykle skomplikowane pod względem psychologicznym. W związku z tym wnioskuję, że ta kwestia musi Cię w pewien sposób fascynować.

MZ: No i przecież nie powiem, że fascynuje mnie psychika kobiety, bo facet to istota prosta jak konstrukcja cepa (śmiech). Już i tak znalazłam gdzieniegdzie opinie, a nawet zarzuty, że piszę w sposób feministyczny. Zupełnie poważnie uważam, że mężczyźni też bywają skomplikowani i próbuję to pokazywać. W „Pokoju Marty” starałam się, żeby została zachowana równowaga i mam nadzieję, że męscy bohaterowie również są wyraziści. Kocham jednak swoje bohaterki za to, że pozornie słabe i kruche, w decydującym momencie potrafią walczyć, pokazać wielką, wewnętrzną siłę. Jeśli właśnie kobiety lepiej mi wychodzą, to widocznie dlatego, że sama jestem kobietą i patrzę na świat z kobiecego punktu widzenia.

AAR: Skoro jesteśmy już przy kobietach, to chciałabym poznać Twoje zdanie na temat literatury kobiecej? Z moich obserwacji wynika, że ten gatunek głównie kojarzy się z tanimi romansami, a niektóre czytelniczki wręcz wstydzą przyznać się do sięgania po tego typu literaturę. Co, Twoim zdaniem, należałoby zrobić, aby zmienić ogólny pogląd na tę kwestię?

MZ: Mój pogląd na tę sprawę ewoluował. Kiedyś uznawałam, że wyodrębnienie literatury kobiecej jest sztuczne i nic nie wnosi. Dokładnie tak jak powiedziałaś, to określenie w świadomości przeciętnego czytelnika kojarzyło się z tanimi romansami. Termin zresztą został ukuty przez mężczyzn, z pogardą odnoszących się do kobiecego pisania. Jak powiedziała moja koleżanka po piórze, Hania Cygler, wy (czyli mężczyźni) to określenie wymyśliliście, my zrobimy z niego złoto. Obecnie już nie dla wszystkich książki określane tym mianem oznaczają podrzędny romans. Coraz więcej osób twierdzi, że to dramat, literatura psychologiczna, koncentrująca się na emocjach. Tak czy inaczej większość literatury musi być kobieca, bo procentowo znacznie więcej kobiet niż mężczyzn czyta. Jak wskazują statystyki przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, nowym trendem wśród naszej płci jest odwrócenie się od romansu w kierunku thrillerów. Co ciekawe, coraz mniej kobiet jest fankami szczęśliwych zakończeń. Pierwszy krok zmienienia ogólnego poglądu na tę kwestię został już zrobiony. Podczas panelu pisarek w Siedlcach w ubiegłym roku prowadziłyśmy długie nocne dyskusje i wtedy narodził się pomysł Festiwalu Literatury Kobiecej. Dzięki wytrwałości wielu z nas, a szczególnie pełnej energii Marioli Zaczyńskiej, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, pierwszy festiwal odbędzie się już w tym roku, a podczas niego zostaną przyznane nagrody w dwóch kategoriach: „Pióro” dla najbardziej poruszającej polskiej powieści roku 2011 i „Pazur” dla najsympatyczniejszej/najzabawniejszej polskiej powieści roku 2011.




AAR: W 2008 roku zadebiutowałaś powieścią pod tytułem „Szlak”, która traktuje o kobiecie miotanej pomiędzy szeregiem skrajnych uczuć. Co skłoniło Cię, aby zacząć pisać? Czy już wcześniej nosiłaś się z zamiarem pisania powieści, czy może był to krok spontaniczny?

MZ: Odkąd pamiętam, chciałam być pisarką. Bodajże w drugiej klasie szkoły podstawowej moja nauczycielka, skądinąd słusznie, stwierdziła, że mam paskudny charakter pisma i kazała mi ćwiczyć kaligrafię, pisząc cokolwiek. Oczywiście, nawet mi nie przyszło do głowy przepisywać cudzych tekstów. Napisałam najpiękniejszą baśń o królu, królewnie i tysiącach perypetii, które musieli przeżyć. Nauczycielka tylko spojrzała i stwierdziła, że moje pismo wciąż pozostawia wiele do życzenia. To było pierwsze rozczarowanie młodej pisarki. Trochę się obraziłam, ale w liceum od czasu do czasu coś skrobnęłam. Niestety, komputery nie były wtedy popularne, a ja nie jestem zbyt porządną i dobrze zorganizowaną osobą, więc wszystkie moje arcydzieła zaginęły. Potem robiłam masę innych rzeczy, ale marzenie o pisaniu wciąż tkwiło. Ponownie zaczęłam tworzyć około sześciu lat temu. Zdecydowałam się wysłać jedno z opowiadań do „Akantu”. Zostało przyjęte. Po pewnym czasie odważyłam się spróbować z długą formą. Teraz nie potrafiłabym już zrezygnować z pisania. To coś w rodzaju nałogu. Drugim jest kawa (śmiech).

AAR: Swego czasu Twoja druga powieść pod tytułem „Willa” zdobyła rzesze czytelników. Zachwyt historią, którą w niej opisałaś praktycznie nie ma końca. To jest istny hit na rynku wydawniczym. Powiedz mi, jak w takiej sytuacji czuje się autorka, spod której pióra wyszedł taki bestseller?

MZ: Bestseller oznacza książkę świetnie się sprzedającą, prawda? Gdybym napisała bestseller, stan mojego konta wyglądałby nieco inaczej (śmiech). Opinie o „Willi” rzeczywiście są bardzo miłe. Informacja, że ktoś nie mógł się oderwać, został poruszony, odnalazł w książce coś dla siebie, czy choćby przyjemnie spędził czas, wzmacnia mnie, pozwala wierzyć, że to, co robię, ma jakiś sens. Piszę dla ludzi, nie do szuflady, dlatego tak ważna jest reakcja czytelników.

AAR: Wiem też, że bierzesz udział w wielu spotkaniach autorskich. Czym dla Ciebie jest takie spotkanie z czytelnikami? Czy to jedynie forma promocji nowej powieści, czy może mają one jakiś głębszy sens?

MZ: Jak powiedziałam, piszę dla ludzi, a więc bezpośredni kontakt z czytelnikami jest po prostu bezcenny. Jasne, że przed każdym spotkaniem mam tremę. Wydawać by się mogło, że jako lektorka powinnam być oswojona z kontaktem z grupą, jednak podczas zajęć angielskiego to ja zadaję pytania. Podczas spotkań autorskich następuje odwrócenie sytuacji i jestem przepytywana. To niecodzienne, a więc stresujące. Stres jednak znika bardzo szybko i moje wspomnienia ze spotkań są bardzo miłe.

AAR: Jesteś także autorką kilku opowiadań. Twój tekst znajduje się między innymi w antologii pod tytułem „Słodko-gorzko”, która została wydana w formie e-booka. W związku z tym, ciekawi mnie która z tych dwóch form literackich jest Ci bliższa? W której czujesz się lepiej? A może nie ma to żadnego znaczenia?

MZ: Jak wspomniałam, zaczynałam od pisania opowiadań. Wcale nie uważam krótkiej formy za łatwiejszą, ale, aby napisać powieść, potrzeba więcej samozaparcia i dyscypliny, chociażby dlatego, że jest dłuższa i nie da się jej stworzyć w jeden lub kilka wieczorów. Obecnie piszę głównie powieści, lecz lubię od czasu do czasu popełnić jakieś opowiadanie. Ciężko mi powiedzieć w której z tych dwóch form czuję się lepiej. Opowiadanie jest bardziej skondensowane, nie można pozwolić sobie na dygresje niezwiązane z głównym wątkiem. W powieści natomiast jest szersza perspektywa, bohaterowie pełniejsi. Puenta w opowiadaniu jest moim zdaniem dużo ważniejsza niż w długiej formie. Jako czytelniczka preferuję obecnie powieści, bo pozwalają mi na dłuższe zanurzenie w wyimaginowanym świecie, chociaż uwielbiam opowiadania E.A. Poe, które są małymi arcydziełami.

AAR: Wiem też, że z zawodu jesteś lektorem języka angielskiego. Skoro tak doskonale znasz ten język, to czy nie myślałaś kiedyś, aby któregoś dnia napisać powieść po angielsku i wydać ją gdzieś na Zachodzie?

MZ: Szczerze mówiąc nie myślałam o tym. Polski zawsze będzie moim pierwszym językiem i pisanie po polsku o wiele bardziej naturalne. Nie przypuszczam zresztą, aby mnie, cudzoziemce, było tak łatwo znaleźć wydawcę na Zachodzie. Być może, kiedy naprawdę osiągnę sukces w Polsce, będą się tam o mnie zabijać (śmiech). Wtedy przetłumaczę swoje książki na angielski. A zresztą nie, wtedy będzie lepiej, żeby przetłumaczył kto inny, a ja zajmę się pisaniem kolejnego bestsellera.

AAR: Nora Roberts powiedziała w jednym ze swoich wywiadów, że pisząc jedną książkę, jednocześnie gromadzi materiały do kolejnej i rozmyśla nad koncepcją następnej. W ten sposób można mieć wrażenie, że ta niezwykle popularna amerykańska pisarka pracuje równocześnie nad trzema książkami. A jak jest u Ciebie? Czy Ty również, pisząc jedną powieść, masz już pomysł na kolejną?

MZ: Kiedy piszę powieść, koncentruję się na niej całkowicie. Trudno by mi więc było zbierać materiały do kolejnej i rozmyślać nad koncepcją następnej. Niekiedy jednak wpada mi do głowy pomysł, z którego później korzystam.

AAR: Pisarz to z reguły człowiek o niezwykłej wrażliwości. Aby tworzyć, przeważnie potrzebuje zaszyć się w jakimś szczególnym dla niego miejscu i tam oddać się swojej pracy bez reszty. Czy Ty też masz taką swoją własną pustelnię, gdzie czujesz się najlepiej i gdzie Twoje pomysły nabierają realnych kształtów?

MZ: Chyba nie jestem pisarką albo moja wrażliwość jest ograniczona. Piszę w każdych warunkach. Czasami jadę na rower, siadam na jakiejś ławce w parku i skrobię. W zeszłym roku pojechałam z młodszą córką nad morze i świetnie mi się pisało zarówno w domku letniskowym, przed nim jak i na plaży. Najczęściej jednak piszę w domu i w szkole, kiedy mam przerwę między zajęciami.

AAR: Madziu, pracujesz obecnie nad kolejną książką. Czy mogłabyś choć odrobinę zdradzić jakiego rodzaju będzie to powieść? Czy będzie ona podobna do poprzednich, czy może tym razem uznałaś, żeby pójść w zupełnie innym kierunku?

MZ: W mojej nowej powieści nie ma wątków fantastycznych, a więc pod tym względem jest inna od poprzednich. Występuje w niej dziewiętnastoletni Amerykanin, którego matka jest Polką, ale nigdy nie mówi o swoim kraju ani nie używa rodzinnego języka. Peter, bo tak ma na imię bohater, z młodzieńczej przekory zaczyna interesować się Polską, a w końcu postanawia spędzić tam wakacje. Jak zapewne przeczuwasz, w Polsce zagrzebane są rodzinne tajemnice. To powieść obyczajowo-psychologiczna z elementami kryminału i thrillera. Jako ciekawostkę dodam, że dziewczyna, którą Peter poznaje w kraju matki, ma na imię Agnieszka, tak jak ty.

AAR: Madziu, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę. Natomiast w imieniu swoim, jak i Czytelników mojego bloga życzę Ci dalszych sukcesów na drodze literackiej i rzeszy oddanych czytelników. Jest mi też niezmiernie miło, że moje imię będzie obecne w Twojej nowej powieści.

MZ: To ja jeszcze raz dziękuję, że mnie zaprosiłaś. Dziękuję też bardzo za życzenia i serdecznie pozdrawiam Czytelników Twojego bloga.



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





niedziela, 1 lipca 2012

Nigdy nie nosiłem się z zamiarem napisania polskiego thrillera....




LITERAT LIPCA 2012 



ROZMOWA Z ADAMEM ZALEWSKIM


Adam Zalewski urodził się w Kwidzynie. Dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały spędził w rodzinnym mieście, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej i do liceum. W rodzinnym mieście imał się różnych zawodów. W 2002 roku, w skutek choroby, musiał zrezygnować z czynnego życia zawodowego. Obecnie wraz z rodziną mieszka w niewielkiej posiadłości, na skraju lasów otaczających Kwidzyn. W swojej pracy twórczej ogromną ilość czasu poświęca na gromadzenie fachowej wiedzy po to, aby jego proza była maksymalnie osadzona w realiach.



Agnes Anne Rose: Panie Adamie, witam Pana bardzo serdecznie na moim blogu. To dla mnie ogromny zaszczyt gościć Pana w mojej Krainie Czytania i Historii. Niedawno ukazała się Pana najnowsza powieść pod tytułem „Małe miasteczko”. Czym różni się ta książka od poprzednich Pana powieści?

Adam Zalewski: Chyba tym, że jest jeszcze trudniejsza do zaszufladkowania niż poprzednie. Za wyjątkiem powieści „Grizzly”, która jest typowym thrillerem, większość mojej prozy wymyka się jednoznacznym określeniom, choć niektórzy krytycy uparcie próbują tego zabiegu.

AAR: Bohaterowie „Małego miasteczka” to postacie niezwykle realne. Czytelnik może dojść do przekonania, że te osoby naprawdę żyją swoim własnym życiem. Czy trudno jest opowiedzieć historię, która na wyobraźnię czytelnika będzie oddziaływać tak mocno, iż można mieć wrażenie, że jest się jednym z mieszkańców niewielkiego Abraham?

AZ: Nie wiem, jak inni radzą sobie z takimi wyzwaniami. Dla mnie jest to sprawa dość prosta. Może dlatego, że mam chyba nieprzeciętnie rozbudowaną wyobraźnię (to żadna zasługa, stwierdzam jedynie fakt). Oczami wyobraźni widzę sceny, które opisuję. Wypada tylko zachować przyzwoity styl. Niektórzy twierdzą, że nie mam z tym problemów, ja sądzę, że stać mnie na więcej. Nieustannie nad tym pracuję.  

AAR: Szeroki wachlarz portretów psychologicznych to z pewnością jeden z atutów nie tylko „Małego miasteczka”, ale także innych Pana powieści. Skąd czerpie Pan wiedzę na temat zawiłości ludzkiej psychiki? Czy przed przystąpieniem do pisania każdej kolejnej powieści drobiazgowo studiuje Pan literaturą z dziedziny psychologii, czy może wystarczy Panu obserwacja zachowań osób żyjących w Pana otoczeniu?

AZ: Żyję na tym świecie dość długo. Miałem czas, żeby poznać wielu ludzi i ocenić zachowania zarówno ich, jak swoje. Szczegółowe studiowanie wiedzy psychiatrycznej, było niezbędne jedynie podczas pracy nad zbiorem opowiadań. To bardzo szczególna książka.

AAR: W „Rowerzyście” stworzył Pan postać seryjnego mordercy, w którym tak naprawdę można dostrzec również szereg cech pozytywnych, co sprawia, że czytelnik jest w stanie obdarzyć sympatią Jerry’ego pomimo makabrycznych zbrodni, jakie popełnia. Czy uważa Pan, że granica pomiędzy Dobrem a Złem jest naprawdę aż tak cienka, że człowiek w pewnym momencie może przestać ją dostrzegać?

AZ: No właśnie! Przyłapała mnie Pani na nieścisłości. Podczas pracy nad „Rowerzystą” także konsultowałem się ze specjalistą. Musiałem wiedzieć, czy moja postać nie jest przejaskrawiona nierealna. Wyszło jak wyszło. Moim zdaniem dobrze. Tak, uważam, że granica pomiędzy Dobrem a Złem jest ulotna. Zależy od punktu widzenia i żadna obiektywna prawda nie ma tutaj racji bytu. Istnieje oczywiście kanon zachowań, jak choćby biblijny dekalog, jednak w efekcie wszystkie nasze działania sprowadzają się do kwestii sumienia.

AAR: A teraz wróćmy do korzeni Pana kariery pisarskiej. Zadebiutował Pan w roku 2008 horrorem pod tytułem „Biała wiedźma”. Skąd w ogóle pomysł na to, aby zacząć pisać?

AZ: To właściwie nie był horror, lecz thriller z elementami horroru. Dość nietypowy zabieg, który zastosowałem także w „Cieniu znad jeziora”. Pomysł narodził się w sposób banalny z potrzeby przeżyć i chęci dzielenia się nimi. Miał także być jeszcze jednym wyzwaniem życiowym. To ostatnie przyniosło mi sporo bardzo zróżnicowanych emocji. Chyba inaczej wyobrażałem sobie przygodę z literaturą. Zapewne nie ja jeden.

AAR: Akcję swoich powieści umiejscawia Pan na terenie Stanów Zjednoczonych. Skądinąd wiem, że ten kraj fascynuje Pana praktycznie od zawsze. W związku z tym proszę mi powiedzieć, czym Stany Zjednoczone zasłużyły sobie na tak wielkie uznanie z Pana strony?

AZ: Tak szczerze? Nie wiem. Fascynowały mnie i już. Często próbuję odpowiedzieć sobie samemu na to pytanie, lecz ono chyba mnie przerasta. Czuję w sposób namacalny atmosferę kraju za oceanem, a skąd się to bierze, jest dla mnie tajemnicą, choćbym przywołał nie wiem jakie powody. Domyślam się, że sporą rolę odegrały w tym zjawisku filmy oraz literatura, choć nie tylko. Analizowanie historii Stanów Zjednoczonych, przyniosło mi chyba najwięcej pozytywnych przeżyć i pobudziło moją wyobraźnię do wysiłku.

AAR: Czy nie myślał Pan, aby pewnego dnia napisać thriller, którego akcja osadzona byłaby w Polsce? Czy może rodzime realia zupełnie nie dorównują tym amerykańskim, co w efekcie mogłoby skutkować zgoła innym odbiorem Pana powieści niż ma to miejsce obecnie?

AZ: Zapewne Pani teza jest słuszna. Nigdy nie nosiłem się z zamiarem napisania polskiego thrillera. Może ze względu na wspomniane przez Panią realia, choć myślę, że powód mojej decyzji był inny, zgoła banalny. Chciałem dać czytelnikom zwłaszcza tym, zmęczonym naszą codziennością odrobinę relaksu. Nie mnie osądzać, czy pomysł zaowocował czymś pozytywnym.

AAR: Jest Pan autorem nie tylko powieści, ale także krótszych form literackich. Mam tutaj na myśli zbiór opowiadań pod tytułem „Sześć razy śmierć”. Czy w Pana przekonaniu istnieje jakaś zasadnicza różnica pomiędzy tworzeniem tych dwóch form literackich? A może wystarczy jedynie mieć dobry pomysł, natomiast reszta przychodzi sama?

AZ: Różnica jest wyraźna i przejrzysta. Autora opowiadań obowiązują rygorystyczne warunki, służące właściwej formie. Powieść daje więcej swobody. Nie wiedzieć czemu, większość adeptów pióra decyduje się na debiut w tej krótkiej, bardzo wymagającej formie. Ja zdecydowałem się dopiero przy tworzeniu mojej czwartej pozycji, co pozwoliło mi na konstruowanie bardziej rozwiniętej formy opowiadania, którą można określić fachowo jako opowiadanie: a) twórcze (powstałe z wyobraźni), b) złożone, c) z zastosowaniem dialogu i opisu. Myślę, że wielu początkujących autorów uważa opowiadanie za formę łatwą, bo krótką. Nic bardziej mylnego. I oczywiście nic nie przychodzi samo.




AAR: W poprzednim pytaniu wspomniałam o pomyśle na historię, którą potem należy jedynie przelać na papier. W związku z tym chciałabym zapytać, skąd Pan czerpie inspirację do swoich powieści?

AZ: Z wyobraźni. Nic dodać, nic ująć.

AAR: Panie Adamie, pisze Pan na bardzo wysokim, wręcz światowym poziomie. Na naszym rodzimym rynku wydawniczym niewiele jest literatury tego typu, wychodzącej spod pióra polskiego autora. Czy w Pana przypadku jest to wrodzony talent, czy może kształcił się Pan w tym kierunku, pobierając nauki u profesjonalistów?

AZ: Jestem samoukiem. Większość wiedzy, którą wykorzystuję podczas pracy twórczej, bierze się z tak zwanego oczytania oraz życiowego doświadczenia. Posiadam też chyba jakiś dar w postaci rozbudowanej wyobraźni, pozwalający mi na szczegółowe podejście do tematu. Istotną rolę odgrywa zapewne poziom wrażliwości. Piszę o tych zjawiskach, jak o darze, bowiem sądzę, że nie istnieje możliwość nauczenia się tych rzeczy. Albo się ma to coś, albo nie. A to coś jest tym, czym przyprawy dla mdłej potrawy.

AAR: Jest Pan nie tylko prozaikiem, ale także poetą. Swego czasu publikował Pan wiersze o tematyce lirycznej dotyczące piękna przyrody. W jaki sposób poezja wpłynęła na Pana obecną twórczość? Na ile tamto doświadczenie staje się pomocne przy perfekcyjnych opisach przyrody, jakie można spotkać w Pana powieściach?

AZ: Poezja rozwija wrażliwość, coś, o czym wspomniałem przed chwilą. Większość czytelników daje się ponieść akcji, czemu się nie dziwię, lecz bardziej wymagający trafią na stronach moich powieści na szereg zwrotów, jak choćby ten, zaczerpnięty z „Białej Wiedźmy”: Wtopieni w aurę miejsca, które wybrali na resztę życia, siedzieli na plecionych fotelach, przy których stały puste szklanki, i wspólnie przeżywali swoją samotność. Wieczór robił się coraz piękniejszy, jak gdyby natura chciała im powiedzieć, że majestat śmierci jest niczym wobec majestatu życia. To są takie drobne subtelności, które zbudowała poetycka wrażliwość, coś, co moim zdaniem oddziela mnie od jednoznacznego wizerunku autora thrillerów. Dystansuje mnie także od opinii naśladowcy choćby nie wiem jak głośno tupano ze wzburzeniem.

AAR: Niektórzy pisarze twierdzą, że są w stanie pracować nad kilkoma powieściami jednocześnie, bądź też pisząc jedną książkę planują już kolejną, zbierając do niej materiały. A jak jest w Pana przypadku? Czy w danym momencie skupia się Pan na tworzeniu jednej historii, czy może w tym samym momencie powstaje kilka innych?

AZ: Ja skupiam się na jednej. Pochłania mnie w całości, co ma tę zaletę, że przeżywam wymyśloną historię, niczym rzecz osobistą, absolutnie realną. To chyba największa satysfakcja, wynikająca z pisania. Może nie jedyna, lecz najważniejsza.

AAR: Na koniec chciałabym zadać standardowe pytanie o Pana najbliższe plany wydawnicze. Kiedy możemy spodziewać się kolejnego, trzymającego w napięciu, thrillera?

AZ: W przyszłym roku zamierzam opublikować kolejną powieść. Może nie będzie to thriller w ścisłym słowa znaczeniu, może będzie jeszcze trudniej zaszufladkować tę pozycję, lecz z pewnością nie zabraknie rosnącego napięcia tego uczucia oczekiwania, które sprawia, że książka jest ciekawa i czyta się dobrze. To chyba bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Czytelnicy ocenią moją pracę.

AAR: Panie Adamie, serdecznie dziękuję za rozmowę, natomiast w imieniu swoim i Czytelników mojego bloga chciałabym życzyć Panu dalszych sukcesów na polu literackim oraz kolejnych wspaniałych pomysłów na następne powieści.

AZ: To ja Pani dziękuję i serdecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników Krainy Czytania.



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose