wtorek, 1 maja 2012

Czasami pomysł na książkę powstaje po prostu z chęci opowiedzenia jakiejś historii...




LITERAT MAJA 2012 




ROZMOWA Z AGNIESZKĄ GIL


Jej przygoda z pisaniem rozpoczęła się „Przygodą na basenie” zamieszczoną w antologii „Wesołe historie”. W lokalnych gazetach autorka od kilku lat publikuje bajki, teksty o Wrocławiu i serię artykułów „Nauka przez zabawę”. Najłatwiej spotkać ją w bibliotece, gdzie co prawda nie pracuje, ale prowadzi cykl GILgotki, czyli Agnieszka Gil zaprasza – na spotkaniach z literaturą od kuchni gości autorów i ilustratorów, bawi się z dziećmi na czytelniczych GILgotkach tematycznych. W 2008 ukazał się „Dziki szczaw”, czyli powieść z drugim dnem, które docenią również dorośli, gdyż w perypetiach młodzieży jak w wodzie odbija się historia poprzedniego pokolenia i uwidaczniają różnice miejsko-wiejskie. W kwietniu 2012 roku pojawiła się „Herbata z jaśminem”, w której autorka podejmuje niełatwy temat dojrzewania i przedstawia swój ukochany Wrocław.


Agnes Anne Rose: Agnieszko, witam Cię bardzo serdecznie na swoim blogu. Dziękuję Ci za przyjęcie mojego zaproszenia i tym samym zostania Literatem Maja 2012. Niedawno ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Herbata z jaśminem. Przyznasz chyba, że bardzo apetyczny tytuł. Czy treść książki również tak dobrze smakuje jak owa herbata z jaśminem?

Agnieszka Gil: Mam wrażenie, że nie do końca, tytuł może być trochę mylący, bo choć brzmi i pachnie zachęcająco, kojarzy się z czymś przyjemnym, jest zgoła odmienny od rzeczywistości, w jakiej umieściłam bohaterkę. Ale kierując się tym, co słyszę ostatnio od Czytelniczek, czyta się to nieźle, więc jako lektura może smakować. Choć z pewnością powtórzę za moją ulubioną recenzentką: nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna.

AAR: Z tego, co wyczytałam na stronie wydawnictwa, a także z informacji na Twoim blogu wnioskuję, że książka adresowana jest do młodzieży, a szczególnie do nastoletnich dziewczyn, które jeszcze nie bardzo wiedzą, czego oczekują od życia. Powiedz mi, czy trudno jest napisać książkę skierowaną do nastolatek? Czy w zawiązku z tym musiałaś przyjąć pewne ograniczenia, na przykład językowe?

AG: Tak, ta książka z założenia miała być skierowana do nastolatek. I choć wiem, że chętnie sięgają po nią ich mamy, nastolatki były tu priorytetowym odbiorcą. I to odbiorcą bardzo wymagającym, bezbłędnie i bezlitośnie obnażającym każdą niezgrabność czy nieszczerość. Dlatego bardzo dużo pracy włożyłam w to, by język był zrozumiały, a jednocześnie, by nie wyszło na to, że dorosła kobieta przebrała się na chwilę w ciuchy siedemnastolatki. Nie wystarczy napisać: jesteś cool, chodź na fejsa, by stać się wiarygodnym. Bardzo bałam się powierzchowności. Mocno skupiłam się na języku. Moją pierwszą redaktorką merytoryczną była nastoletnia córka, wspaniale wyłapująca każdą niezręczność. Jedną z nich było sformułowanie do jasnej Anielki!, naturalne i zupełnie zrozumiałe... dla moich rówieśników. Dlatego usłyszałam natychmiast: Mamo, proszę cię... Może chociaż: do jasnej cholery? Z drugiej strony jednak zależało mi bardzo na tym, by język nie był ubogi, a miejsca między dialogami wypełnione treścią bardziej obfitą, niż mieszcząca się w trzech wersach. Ale jednocześnie, by zainteresować, a nie zagadać. To wszystko sprawiło, że pisanie „Herbaty z jaśminem” było naprawdę dużym wyzwaniem i po raz nie wiem który chcę się tu ukłonić w stronę Anny Garbal, redaktorki pracującej ze mną od początku powstawania książki. Choć i tak nie udało nam się uniknąć złośliwości chochlików drukarskich, wąsy wychowawcy bohaterki przejdą do historii jako anegdotka...

AAR: Bohaterką książki jest Martyna, której rodzinie daleko jest do ideału, a samą dziewczynę charakteryzuje ogromny pesymizm, który nie pozwala jej nawiązać bliższych relacji z innymi ludźmi, nawet z tymi najbliższymi. Czy stwarzając taką właśnie bohaterkę, chciałaś dotrzeć do młodzieży z jakimś szczególnym przesłaniem i uświadomić ludziom młodym, co naprawdę jest w życiu ważne i jak skutecznie radzić sobie z problemami wieku dorastania?

AG: Czasami pomysł powstaje po prostu z chęci opowiedzenia jakiejś historii. Nieraz jest pretekstem, by przedstawić miejsce, czy jakąś rzeczywistość. Bywa, że autor czuje misję. W „Herbacie z jaśminem” jest wszystkiego po trochę i w zasadzie do samego końca nie byłam pewna, co w tym przypadku najbardziej powodowało mną, że tak, a nie inaczej przedstawiłam losy bohaterów. Zaczęło się od słów mojej córki: Mamo, Łucja z „Dzikiego szczawiu” była taką mamincórką. Mogłabyś teraz napisać o jakiejś niegrzecznej dziewczynce! A obmyślając fabułę, szłam trochę za Martyną, zwaną Kurą, nie tak do końca nią sterując, dawałam się poprowadzić jej charakterowi, a czasem nawet nastrojowi. Zobaczyłam wszystko wyraźniej, kiedy przeczytałam całą książkę podczas korekty autorskiej. I wyszło na to, że oprócz zaprezentowania Czytelnikowi mojego ukochanego Wrocławia, udało mi się mam nadzieję pokazać, że z pewnych sytuacji można i koniecznie trzeba się wywikłać. Nawet jeśli nie ma się doświadczenia, pieniędzy i, wydawałoby się, żadnych szans na zmiany, trzeba do nich dążyć. W zasadzie niezależnie od tego ile ma się lat, kilkanaście czy kilkadziesiąt, nie wolno dać się zamknąć w klatce bez wyjścia, szczególnie jeżeli klatka jest brudna i zardzewiała, a pobyt w niej lokatorowi wyjątkowo nie służy. A ludzie wokół potrzebni są nam do funkcjonowania, tylko warto dobrze im się przyglądać i wybierać. Zdarza się, że ktoś, kto powinien być osobą najbliższą i podporą, nie spełnia tej roli. Trzeba szukać przyjaźni, oparcia i szczęścia, wychodzić im na przeciw. Z drugiej strony czasem naprawdę nie ma możliwości nic samemu zdziałać, kiedy człowiek powodowany jest pewnymi mechanizmami czy znajdzie się w sytuacji, z której po prostu sam nie ma szans się wydostać. Wtedy niezbędna jest pomoc innych, mam nadzieję, że i ten sygnał dotrze do kogoś, kto mógłby coś zrobić, a tylko patrzy, nawet udając, że nie widzi, bo tak wygodniej.

AAR: Niektórzy pisarze przyznają, że kreując daną postać, starają się bardzo dokładnie obserwować innych ludzi i w ten sposób przenosić to prawdziwe życie na karty swoich powieści. Czasami mówią nawet, że ich literacka postać ma wiele wspólnego z kimś, kogo spotykają na co dzień. Jak było z Martyną? Czy Martyna naprawdę istnieje, czy może jest ona jedynie wytworem Twojej wyobraźni?

AG: Niestety, Martyna istnieje. Istnieje w wielu dziewczynach, które są lub były nastolatkami, dawno temu i obecnie. Mówię: niestety, bo rodzina i środowisko, w którym się obracają, to nie jest coś, co zdrowo myślący człowiek chciałby widzieć jako miejsce dla swojego dziecka. Moja bohaterka odradza się wzorem feniksa, ale całe zastępy innych nie mają takiej możliwości, grzęznąc w bagienkach, jakie stworzyli im najbliżsi. I to, co powiedziałam wcześniej nieraz nie ma możliwości samodzielnego wydostania się z matni, o ile nie zadziała Los albo ktoś, kto wyciągnie rękę. Dziś usłyszałam od jednej z Czytelniczek, że trudno opisać wiarygodnie taką postać, nie mając kontaktu z tego rodzaju sytuacjami. Coś w tym jest.

AAR: Powiedz, mi skąd w ogóle pomysł, aby pisać dla młodzieży?

AG: Zawsze chciałam pisać to, co sama chętnie przeczytałabym. Chyba nie dojrzałam jeszcze do tego, by czytać wyłącznie literaturę dla dorosłych (śmiech). Przepadam za książkami dla młodzieży, do dziś jestem za pan brat z wieloma lekturami kojarzącymi się bardziej z dziewczętami, niż z kobietami. Pewnie to dlatego. A trochę to też przypadek, pierwszą dłuższą rzecz, jaką stworzyłam, „Dziki szczaw”, pisałam na konkurs na powieść dla młodzieży ogłoszony przez Wydawnictwo Telbit. Ostatecznie na konkurs jej nie posłałam, ale Los wiedział swoje, właśnie tam debiutowałam z większą formą. „Herbatę z jaśminem” pisałam już konkretnie do serii Naszej Księgarni „Tylko dla dziewczyn”, czyli z założenia dla młodzieży.

AAR: Twoim debiutem literackim było opowiadanie pod tytułem „Przygoda na basenie”, które ukazało się w antologii o tytule „Wesołe historie”. Mam wrażenie, że zarówno opowiadanie, jak i cała antologia adresowane były do najmłodszych czytelników. Czy mogłabyś coś więcej powiedzieć na ten temat?

AG: „Przygoda na basenie” jest moim debiutem absolutnym to pierwsza bajka, jaką w ogóle napisałam. I od razu okazała się być szczęśliwym kamyczkiem na mojej literackiej drodze. Napisałam ją dla córki, zainspirowana konkursem literackim ogłoszonym przez miesięcznik dla rodziców „Dziecko”. Bajeczka została nagrodzona przez redakcję, więc wysłałam ją potem do kilku wydawców i tak trafiła do antologii Wilgi, sąsiadując z bajkami Wandy Chotomskiej i wielu innych dobrych pisarzy. Ta publikacja sprawiła, że odważyłam się pisać dalej i dotąd moje bajki ukazują się w lokalnym wrocławskim czasopiśmie, a ja wzięłam się także za powieści. Dodam jeszcze, że „Dziecko” jest trochę i moim dzieckiem, mam przyjemność współpracować z serwisem eDziecko między innymi jako autorka artykułów poradnikowych.

AAR: Dowiedziałam się również, że we wrocławskiej bibliotece prowadzisz spotkania literackie, podczas których, między innymi, bawisz się z dziećmi na tak zwanych GILgotkach tematycznych. Agnieszko, a cóż to takiego te GILgotki?

AG: Nie każdy lubi łaskotanie, ale na literackich GILgotkach nie czyha takie niebezpieczeństwo. Od czterech lat spotykam się z dziećmi w wieku około 5-10 lat, głównie w bibliotekach, organizując tematyczne spotkania okołoliterackie. Czytam im bajki, opowiadania, wiersze czy fragmenty książek, przeplatając lekturę zabawami, zgadywankami, grami, rysowaniem najróżniejszymi ciekawymi zajęciami. Wcielam się w postać czarownicy, Indianki, piratki, królewny czy kucharki, przebieram się i bawię wraz z nimi. Wszystko po to, by zaszczepić w nich chęć przebywania w miejscach pełnych książek, otwieram drzwi do różnych światów. By czytanie nie kojarzyło się z przymusem, ale z przyjemnością, relaksem. Chętnie widziałabym na tych spotkaniach również rodziców, by i oni mieli świadomość, po co warto sięgnąć, co zaproponować swoim pociechom, jaką książkę sprawić mu na Dzień Dziecka czy inną okazję, ale zwykle chętniej w tym czasie robią zakupy... Szkoda, bo ci, którzy spędzają z nami czas, naprawdę świetnie się bawią. Myślę, że to GILgotki były przyczyną, dla której niedawno zaproszono mnie w szeregi członków Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych, Polskiej Sekcji IBBY, z czego jestem bardzo dumna!

AAR: A teraz skupmy się ponownie na Twoim pisaniu. W 2008 roku wydałaś powieść dla młodzieży pod tytułem „Dziki szczaw”. Kolejny intrygujący tytuł, a w dodatku książka z drugim dnem, którą ceni zarówno młodzież, jak i ci starsi czytelnicy. W takim razie, zdradź mi, co takiego szczególnego ma w sobie ta powieść?

AG: „Dziki szczaw” to pierwsza większa forma, którą wydałam, a powstała z różnych przyczyn. Pierwszym impulsem były słowa pisarza, Romka Pawlaka, który powiedział kiedyś, że pisząc książkę, raczej nie kieruje się ekstra powodem, tylko zwyczajnie ma ochotę opowiedzieć jakąś historię. Pomyślałam, skoro to takie proste, to może i ja spróbuję? Od dawna inspirująca była dla mnie wioska, którą znałam od dzieciństwa, spędzając w niej większość wakacji. Jeździłam do niej potem ze swoimi dziećmi, tam też powstało kilka bajek. Wakacyjne wspomnienia z czasów nastoletnich to chwile, które chciałam zachować nie tylko w sercu, więc wymyśliłam bohaterów i prostą fabułę, całość osadziłam w lesie nad Pilicą i zanurzywszy się trochę we wspomnienia własne, trochę w opowieści zasłyszane, trochę w wyobraźnię napisałam tę książkę, pachnącą lasem, miodem i malinami. Przez wydawcę została zakwalifikowana jako powieść dla młodzieży, ale czuję, że taki też jest odbiór, jak słyszę, że lepiej przyjmują ją mamy niż córki. Wspominają własne wakacje sprzed lat, pierwsze miłości, wybory. Chyba każda odnajduje tam siebie, swoją młodość, ciepłą i bezpieczną. I jeszcze trochę, bo na przykład pszczoły. A jak się ktoś dobrze wsłucha, to i piosenki Grechuty...

AAR: Agnieszko, a teraz może zapytam o Twoje upodobania czytelnicze. Czy jest taki autor, którego powieści czytasz bez względu na recenzje? A może masz takiego, na którym się wzorujesz, pisząc swoje teksty?

AG: Tak naj-, najbardziej to lubię horrory... Chciałabym kiedyś i ja taki napisać. Tymczasem jednak wiem, na co mogę się porwać i pozostaję przy powieściach obyczajowych i bajkach. Wielu jest pisarzy, którzy trafiają w środek mego czytelniczego serca, a także są wzorem jako literaci. Moją mistrzynią jest Stanisława Fleszarowa-Muskat, której „Pasje i uspokojenia”, „Most nad rwącą rzeką” i trylogia z „Pozwólcie nam krzyczeć” to książki wyczytane przeze mnie we wszystkie strony po kilkanaście, albo i więcej, razy. Niesamowicie przemawia do mnie sposób, w jaki pisała o emocjach, w jaki przedstawiała ludzi, szczególnie bliskie są mi kobiety Fleszarowej. Kolejną pisarką sprzed lat, której twórczość robiła na mnie zawsze ogromne wrażenie, była Marta Tomaszewska. Jej „Tapatiki” i „Omijajcie Wyspę Hula” też znam chyba na pamięć, a to przecież zaledwie ułamek jej dorobku. Z powodu podobnej Tomaszewskiej (i pewnie mojej) wrażliwości bliska jest mi także Tove Jansson i jej „Muminki”. Może kiedyś i mnie uda się stworzyć taki świat, to moje literackie marzenie. Mam także ulubionych współczesnych twórców, a pośród nich bezsprzecznie Irena Landau, ze szczególnym uwzględnieniem jej książek dla dorosłych (między innymi „Siostry”) i sposób przedstawiania trudnej rzeczywistości, niepozbawiony akcentów humorystycznych, a wszystko poparte znakomitym warsztatem. Z młodszych stażem pisarek wzorem jest dla mnie Anna Fryczkowska, którą kocham za zdolność przeżywania emocji zbliżoną do mojej, umiejętność obserwowania i w szczególny sposób opisywania społeczeństwa. Za te wszystkie okropieństwa, które opisuje z uśmiechem barokowego aniołka na ślicznej twarzy okolonej blond włosami.

AAR: Nie mogę też nie zapytać Cię o projekt, w którym zgodziłaś się wziąć udział. Oczywiście mam tutaj na myśli akcję Blogerzy Książki Piszą. To bardzo miłe, że osoba z takim dorobkiem literackim zaszczyciła nas swoim tekstem, pisząc opowiadanie pod tytułem „Sielanka”. Jak oceniasz tego typu projekty, których ostatnio jest coraz więcej?

AG: To pierwszy projekt tego rodzaju, w którym biorę udział. I nie mam pojęcia, czego się spodziewać, bo nie znam takich przedsięwzięć nawet jako czytelniczka. Wszystko to jest dla mnie strasznie tajemnicze, lecz na pierwszy plan wysuwa się ciekawość jak przyjmą to Czytelnicy? Moje zainteresowanie budzą też opowiadania innych autorów, z których znam tylko jedno. Jak wypadnie na ich tle „Sielanka”, opowiadanie o tytule dość przewrotnym, które dla czytelników „Dzikiego szczawiu” pewnie będzie zaskoczeniem? Czy wpisuje się w organizm tego zbioru, czy też zostanie odrzucona jak Obcy? Temat pozostawiał duże pole do popisu dla wyobraźni, więc tym bardziej czekam na chwilę, kiedy będę mogła zobaczyć całość. Dopiero wtedy będę mogła szerzej wypowiedzieć się w tej kwestii, na razie brak mi punktu odniesienia.

AAR: Wiem, że niedawno brałaś czynny udział w imprezach zorganizowanych z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, które odbyły się w Kamiennej Górze. Przypomnijmy, że byłaś też jedną z tych autorek, które miały przyjemność wziąć udział w akcji pod tytułem „Czytajmy pod chmurką”, gdzie jak przypuszczam, poprzez głośne czytanie na kamiennogórskim rynku zachęcałaś do sięgania po książki. Co dają takie wspólne spotkania z innymi pisarzami? Czy myślisz, że taki sposób propagowania czytelnictwa naprawdę może zmienić pogląd dotyczący czytania książek u tych osób, które na co dzień sięgają jedynie po prasę i to nie zawsze?

AG: Tak, czytaliśmy na kamiennogórskim rynku, myślę, że ludzi było zupełnie sporo jak na pierwszą tego rodzaju akcję w tamtym miejscu. Nawet pogoda dopisała, na pewno specjalnie po to, żeby jeszcze bardziej zachęcić ludzi do czytania. I było nas więcej niż w stolicy! Biegałam ze spotkania na spotkanie, z „Czytania pod chmurką” na GILgotki, i to były jedne z najmilej spędzonych dni tej wiosny! Żywy kontakt z odbiorcami, którym czytałam fragmenty jednej z ulubionych książek z dzieciństwa „O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i kucharce Pelasi”, wizyta w Centrum Kultury, gdzie przybyły dzieci z pobliskiej szkoły i bawiliśmy się naprawdę świetnie, spotkania z Czytelnikami, którzy odwiedzali nas na rynku, rozmawiali i zbierali autografy, to wszystko napawa otuchą. Ludzie potrzebują książek, czasem tylko o tym zapominają w codziennej gonitwie. Każda tego typu akcja ma sens, bo pozwala wrócić na właściwe tory, ustawić priorytety, przypomnieć, że od prozy życia można się oderwać dzięki prozie w literaturze. Każda tego typu impreza to w mojej ocenie znakomita sprawa, także dla nas, piszących, którzy inaczej pewnie niezbyt często mieliby okazję się spotykać na żywo. Jestem bardzo wdzięczna organizatorom za zaproszenie, bo miałam możliwość poznać kilku autorów ze znakomitym dorobkiem, ale także z fantastycznymi osobowościami. Z Moniką Szwają odnalazłyśmy wspólny żeglarski język, osoba Hannibala Smoke’a sprawiła, że mam ochotę nie tylko sięgnąć po kryminał, ale także zagłębić się w różne okolice Dolnego Śląska, a zgodnie z przysłowiem, że szewc bez butów chodzi, z Agnieszką Lingas-Łoniewską, wrocławianką, musiałam się spotkać aż w Kamiennej Górze...

AAR: Kończąc, zapytam Cię o Twoje plany na najbliższą przyszłość. Oczywiście, mam tutaj na myśli tworzenie kolejnej powieści. Czy zaczęłaś już nad nią pracę? Jeśli tak, to do kogo będzie adresowana? Ponownie do młodzieży, czy może tym razem uraczysz swoim talentem pisarskim dorosłych czytelników?

AG: Tym razem zmierzę się z powieścią dla dorosłych. Chodziło mi to po głowie i trochę po sercu, bo choć sprawa będzie poważna, to akcja dzieje się nie tylko w moim Wrocławiu, ale też w miejscach dla mnie szczególnych, silnie związanych z hobby, które uprawiam. Materiały do nowej książki zaczęłam zbierać już kilka miesięcy temu, teraz czekam na akceptację konspektu przez wydawcę i jeśli uda się nam zrealizować wspólny plan, za jakiś czas przedstawię swoje kolejne literackie dziecko. Ale mam też pomysł na kolejną powieść dla młodzieży, to nie tylko ogólny pomysł, lecz dość konkretny zarys, w miarę określeni bohaterowie i miejsce akcji bliska memu sercu miejscowość nad jeziorem, która do niedawna nawet nie istniała na mapie. I środowisko, z którym w czasach nastoletnich, dużo mnie łączyło. Mam też nadzieję, że ujrzy światło dzienne książka dla dzieci na poły realistyczna, na poły baśniowa opowieść o pewnym Jacku, która czeka na decyzję wydawcy.

AAR: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę samych sukcesów na dalszej drodze kariery literackiej.

AG: Bardzo dziękuję za zaproszenie i pozdrawiam wszystkich Czytelników Krainy Czytania.


Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





poniedziałek, 9 kwietnia 2012

J.D. Bujak – „Bilbord”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2012


Niezwykle trudno jest odnaleźć w Polsce drugie tak wyjątkowe miasto, jakim jest bez wątpienia Kazimierz Dolny nad Wisłą. Jest to miasto przede wszystkim uwielbiane przez artystów. Patrząc na ciekawą architekturę Kazimierza Dolnego, na jego piękne widoki oraz swoisty klimat, trudno dziwić się, iż wpływa on tak niewiarygodnie na wenę artystyczną twórców rozmaitych rodzajów sztuki.

To właśnie w tym wyjątkowym i malowniczym miasteczku swoją kwiaciarnię prowadzi niejaki Krzysztof Pasłęcki. Jest to miejsce, które znają praktycznie wszyscy. Kwiaciarnia świetnie prosperuje, zaś Krzysztof robi wszystko, aby pozyskiwać coraz to nowych klientów. Lecz nie zawsze tak było. Zanim mężczyzna trafił do tego pięknego miasteczka, jego życie przypominało istny koszmar, o którym nie chce pamiętać.

Krzysztof urodził się dwadzieścia siedem lat temu jako Marcin Borowiński. Do pewnego momentu jego życie przypominało sielankę. Miał kochających rodziców, którzy nie widzieli świata poza sobą. Dla małego chłopca ojciec policjant był wielkim autorytetem, zaś matka to najwspanialsza osoba na świecie. Wraz z rodzicami mały Marcinek mieszkał gdzieś w okolicach Krakowa. Ich dom stał tuż przy ogromnym bilbordzie, który chłopcu kojarzył się z wielkim srebrnym oknem. Lecz pewnego dnia w poukładanym życiu siedmioletniego chłopca coś się zmieniło. Ukochana mama nagle zniknęła, a tata stał się podręcznikowym sadystą, dla którego jedynym celem było katowanie swojego jedynaka. Nikt do końca nie wiedział, co tak naprawdę stało się z Ewą Borowińską. Kobieta nagle przepadła bez wieści. Jednak Marcinek z ojcem wiedzieli, że umarła. Chłopiec nie lubił tego słowa. On wolał myśleć, że mama odeszła. Natomiast sąsiedzi faszerowani byli historią o niewiernej żonie i w końcu w to uwierzyli.

Mijają lata. Marcin cudem wyrwany z koszmaru, jaki zgotował mu własny ojciec, zmienia nazwisko na Krzysztof Pasłęcki i trafia do Kazimierza Dolnego do kwiaciarni pana Dawida. Chłopakowi udało się skończyć studia i znaleźć pracę w miasteczku, które już wcześniej go oczarowało. Po śmierci właściciela, Krzysiek przejmuje kwiaciarnię i teraz to on ją prowadzi. Ma swoich stałych klientów, którzy go wręcz ubóstwiają. Zatrudnia też pewną Wiolę o charakterystycznym sposobie bycia. Wydaje się, że mężczyzna w końcu ułożył sobie życie. Odnalazł nie tylko zawodową stabilizację. Prywatnie także mu się wiedzie. Jest szczęśliwy, gdyż ma u boku piękną artystkę, Elżbietę Zakrzewską. Oboje bardzo się kochają i planują wspólną przyszłość.

Jednak w życiu nic nie trwa wiecznie. Spokój i idylliczną egzystencję Krzysztofa brutalnie przerywa wizyta zaprzyjaźnionego policjanta, Feliksa Pokornego. Były stróż prawa nie ma dla Krzyśka dobrych wieści.

— Krzysztof? — zabrzmiał niski głos tuż za jego plecami.
Odgłos upadających na chodnikowe płyty kluczy zabrzmiał jak alarm.
— Na Boga, ależ mnie pan przestraszył, panie Feliksie. — Pasłęcki nerwowo przeczesał dłonią włosy. — Czy coś się stało?
— Niestety, zła wiadomość. — Feliks Pokorny wbił ręce w kieszenie. Słabe podmuchy wiatru kołysały wiszącą na łańcuchu latarnią nad wejściem i powodowały, że cień zwalistej sylwetki przybysza drżał na chodniku, jakby chciał się oderwać od właściciela i umknąć. — Trzy dni temu uciekł z więzienia — powiedział cicho, by nie dosłyszały go przechodzące rozchichotane dziewczyny. — Po plecach Krzysztofa przebiegły lodowate ciarki. Przetarł dłonią czoło, wpatrując się w płaską jak naleśnik twarz byłego policjanta. — Powinieneś uważać…
— Przecież nie wie, gdzie mieszkam… — przerwał mu Pasłęcki. — Nie zna mojego nowego nazwiska, nie wie czym się zajmuję…
— Mimo wszystko. — Pokorny uniósł rękę. — Bądź ostrożny. Fakt, minęło wiele lat, poddano go leczeniu, jednak nie wiadomo, dlaczego uciekł ani co planuje. Gdyby siedział na tyłku, wyszedłby warunkowo za niecałe dwa lata, a jednak podjął ryzyko![1]

O kim mówi Pokorny? Kim jest człowiek, który uciekł z więzienia i dlaczego ta wiadomość budzi w Krzysztofie tak ogromne przerażenie? Po odpowiedzi na te pytania odsyłam Was do książki. Zdradzę Wam jedynie, iż od tego momentu Krzyśka zaczynają dręczyć koszmary senne. Są one tak realne, że pozostawiają na ciele mężczyzny fizyczne ślady. Rany na jego skórze zaczynają się otwierać, niczym stygmaty u osób wybranych przez Boga. Dochodzi nawet do tego, że Krzysztof zaczyna stanowić zagrożenie dla otoczenia, a w szczególności dla swojej dziewczyny. Podczas tych koszmarów nie panuje nad sobą i jest w stanie zrobić krzywdę każdemu, kto znajdzie się w jego pobliżu.

Tymczasem gdzieś pod Kielcami starszy mężczyzna odkrywa w swojej sypialni zwłoki żony, której pogrzeb odbył się dwa tygodnie wcześniej.

Kobieta leżała w poprzek łóżka i wpatrywała się w małżonka nieobecnym wzrokiem. Miała na sobie jedynie cienką, długą koszulę z jasnoróżowego jedwabiu ze wstawkami z delikatnej białej koronki, a na stopach różowe kapcie z białymi pomponami. Ufarbowane na blond włosy zostały misternie ułożone w modną wiele lat temu fryzurę. Leżała tak sobie na boku, podparta na wszystkich poduszkach, z prawą ręką pod głową, jakby zamierzała jeszcze chwilę poczytać przed snem.
— Agatko — ponownie szepnął pan Mariusz, wolno podchodząc do łóżka. Bał się, że jeśli zrobi kolejny krok, jego żona ulotni się jak miraż, pozostawiając w jego sercu jeszcze większą wyrwę niż dwa tygodnie temu.
— A może ona wcale nie umarła? Może te ostatnie dni były tylko koszmarem sennym?
Trzymając się tej wątpliwej teorii, mężczyzna podszedł do skraju materaca i pochylił się nad włosami leżącej. Zapach róż, i jeszcze czegoś ostrego, uderzył w jego nozdrza z taką siłą, że aż mu się zakręciło w głowie.
Odruchowo wsparł się o kremową pościel, a wtedy kobieta straciła równowagę i przewróciła się, z głuchym plaśnięciem, uderzając ręką o drewnianą poręcz. Bezwładna głowa potoczyła się w kierunku męskich dłoni i stary człowiek poczuł na nich lodowate martwe ciało, którego rozpadająca się struktura buchała wręcz niewyobrażalnym smrodem, częściowo tylko zamaskowanym różanymi perfumami.
Pan Mariusz upadł na łóżko i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ma do czynienia nie z duchem, a z trupem.[2]

Od tego momentu w krótkich odstępach czasu na terenie całej Polski zaczynają ginąć ludzie. Ofiar jest tak wiele, że można stracić rachubę. Co je łączy i kto stoi za tymi brutalnymi zabójstwami? Czy koszmarne sny Krzysztofa mają coś wspólnego z serią makabrycznych mordów? O tym także dowiecie się, czytając Bilbord.

Otóż, są tacy autorzy, co do których jestem pewna, iż jeśli sięgnę po ich powieść, to mam gwarancję tego, że się nie zawiodę. Ci z Was, którzy regularnie czytają moje wpisy, mogą łatwo domyślić się jakich pisarzy/pisarki mam na myśli. Oczywiście Joanna Bujak jest jedną z takich właśnie autorek. Jej twórczość literacką śledzę od samego początku. Bilbord to trzecia powieść Autorki, po której wyraźnie widać, że Pisarka nie stoi w miejscu, lecz fantastycznie rozwija swój warsztat. Już od pierwszej lektury wiedziałam, że drzemie w niej ogromny talent, czego potwierdzeniem są wszystkie trzy powieści.

Książka, o której dzisiaj mowa, stanowi doskonałe połączenie thrillera z powieścią obyczajową. Oprócz wątków kryminalnych, czytelnik poznaje również prywatne życie bohaterów. Spotkałam się z opiniami, że takie połączenie może wytrącić czytelnika z rytmu i oderwać od wątku głównego. Moim zdaniem wszystko zależy od samego czytelnika. Osobiście tego typu połączenie traktuję jako duży plus, gdyż wtedy wiem, że dany autor nie jest monotematyczny. Takie wątki poboczne w powieściach są jak najbardziej potrzebne, ponieważ dzięki nim postacie kreowane przez pisarzy nabierają bardziej realnego wymiaru. Czytelnik oprócz śledzenia kryminalnej zagadki, ma również możliwość poznania życia prywatnego takiego detektywa, czy policjanta. Pamiętajmy, że oni są takimi samymi ludźmi jak każdy inny bohater książki i oprócz pracy zawodowej mogą pokazać nam coś więcej niż tylko proces tropienia przestępców. Dlatego uważam, że autorzy powinni mieć to na uwadze i nie skupiać się jedynie na jednym elemencie.

Joanna Bujak doskonale sobie z tym poradziła. Dokonała połączenia dwóch światów, prywatnego i zawodowego, w sposób perfekcyjny. Relacje damsko-męskie wprowadziła do fabuły powieści tak, że nie przytłaczają one swoją obecnością tego, co jest tutaj najważniejsze. A najistotniejsze jest rozwiązanie tajemnicy morderstw i odnalezienie osoby, która jest za nie odpowiedzialna. Podobnie jak istotną kwestię stanowią koszmary Krzysztofa. To wszystko umiejscowione jest na pierwszym planie, zaś wszelkie romanse stanowią jedynie uzupełnienie.

Chciałabym też zwrócić uwagę na język, którego używa Autorka. Jest to język prosty i płynny, co sprawia, iż powieść czyta się bardzo dobrze i szybko. Może nawet za szybko. Podobnie jak w przypadku Spadku miałam wrażenie, że książka skończyła się zbyt szybko. Nie brak także dialogów podszytych humorem. Niejednokrotnie zdarzało mi się uśmiechnąć samej do siebie.

Z mojego punktu widzenia tej powieści nie można niczego zarzucić, jeśli chodzi o warsztat pisarski Autorki. Czytelnicy preferujący opisy drastycznych scen efektów popełnionych morderstw, na pewno się nie rozczarują. Wszystko jest tutaj wyważone i dawkowane w odpowiednich proporcjach. Tam, gdzie należy potrzymać czytelnika w napięciu Joanna Bujak robi to doskonale. Tam, gdzie czytelnik powinien się bać, naprawdę czuje strach, a gdzie powinien się uśmiechnąć, robi to. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak tylko z tego miejsca pogratulować jednej z moich ulubionych Autorek, kolejnej fantastycznej powieści. Natomiast jako czytelnik, z niecierpliwością czekam na następne.  











[1] J.D. Bujak, Bilbord, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 38.
[2] Ibidem, s 18-19.




niedziela, 1 kwietnia 2012

Początki mojego pisania sięgają dużo dalej niż powieść „Cztery pory lata” ...



LITERAT KWIETNIA 2012 



ROZMOWA Z RENATĄ L. GÓRSKĄ


Renata L. Górska to polska autorka literatury obyczajowej, znana z takich powieści jak „Cztery pory lata”, „Za plecami anioła”, czy „Błędne siostry”. Publikuje też felietony i opowiadania. Lubi zabawę słowem, dzieci i koty. Jej dewizą jest wszystko móc, nic nie musieć. Autorka o swoim pisaniu: Kluczem pojedynczej idei otwieram inne światy i przez wiele miesięcy przemykam się do nich. Wcielam się w ich mieszkańców, uczestniczę w ich radościach i smutkach, myślę ich myślami. Rozwijam te historie, lecz one też mnie przemieniają, dlatego kończąc powieść jestem trochę inna niż na jej początku. W moich książkach wszystko jest fikcją, mam wtedy największą satysfakcję tworzenia. Dokumentację naszej rzeczywistości pozostawiam już innym. Piszę, ponieważ jednego życia mi mało? Możliwe. Renata oznacza bowiem odrodzona, urodzona na nowo.

Agnes Anne Rose: Pani Renato, na początek chciałabym Panią serdecznie powitać na moim blogu i podziękować, że zgodziła się Pani przyjąć moje zaproszenie i zostać Literatem Kwietnia 2012. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt. W styczniu ukazała się Pani najnowsza powieść, pod tytułem „Błędne siostry”. Przyznam, że tytuł bardzo intrygujący. Skąd taki pomysł?

Renata L. Górska: Witam równie serdecznie! Dziękuję za to sympatyczne wyróżnienie, tym mocniej, że spotkało mnie wiosną! O tej porze roku budzą się we mnie nowe idee, nie inaczej było z „Błędnymi siostrami”. Początkowo wątek kobiet-sióstr miał być drugoplanowym, a powieść nosiła inny tytuł. Kiedy byłam zmuszona go zmienić, przyszło mi na myśl, by połączyć stworzoną legendę wokół górskiej polany z losem bohaterek. Nazwa skałek stała się symboliczna dla związku sióstr, dla ich życiowego błąkania się, też popełnionych przez nich błędów. Historia potoczyła się zatem inaczej niż w pierwotnym zamierzeniu. Mam nadzieję, że wyszło jej to na korzyść.   


  

AAR: Na stałe mieszka Pani za granicą, lecz akcję najnowszej powieści umiejscowiła Pani w Polsce, a dokładnie w Karkonoszach. Czy jest to przejaw tęsknoty za krajem rodzinnym?

RLG: I tak, i nie. Dzisiejsza emigracja jest inna niż dawniej, a powroty do Polski są łatwiejsze. Swoją tęsknotę za nią zaspokajam podczas osobistych pobytów w ojczyźnie, ale twórcze wycieczki w wyobraźni na pewno też są w tym pomocne. Nie zawsze umiejscawiam akcję w naszym kraju, jednak „Błędne siostry” rzeczywiście toczą się w polskich górach. Po Karkonoszach wędrowałam w latach licealnych, w ostatnich już nieczęsto. Kto wie, może istotnie zatęskniłam za nimi? 

AAR: „Błędne siostry” to trzecia powieść Pani autorstwa. Ciekawi mnie która z bohaterek jest Pani najbliższa: Kornelia, Marta, a może Karola?

RLG: Najbliższa jest mi zawsze ta, którą właśnie kreuję. Każda z wyżej wymienionych miała swój intensywny czas i najpewniej odzwierciedla po części moje ówczesne nastroje i przemyślenia. Dzisiaj te dziewczyny są mi niczym dawno nie widziane przyjaciółki, do których czuje się sentyment, ale ma się świadomość, że jest się już gdzie indziej niż one. Może odpowiem więc inaczej. Najmocniej bawiła mnie Kornelia, Marta jest trochę taka, jaką chciałabym być, a Karolę lubię za jej niedoskonałości.

AAR: Co, Pani zdaniem, odróżnia „Błędne siostry” od Pani poprzednich powieści?

RLG: Mam wrażenie, że wszystko, gdyż nowa jest (choć też wielowątkowa) historia, odmienna sceneria, inni bohaterzy. Jest natomiast kilka rzeczy, które pojawiły się po raz pierwszy. Są to polskie góry i zima, elementy z pogranicza metafizyki, czy wplecione osobiste doświadczenie migreny. Co do stylu, to nie mnie się wypowiadać, jednak w porównaniu do poprzednich książek w tej starałam się o nieco więcej dialogów.

AAR: A teraz może wróćmy do początków Pani przygody z pisaniem. Zadebiutowała Pani powieścią pod tytułem „Cztery pory lata”. Jak to jest trzymać w ręku własną powieść, na której napisanie poświeciło się kilka miesięcy?

RLG: Początki mojego pisania sięgają dużo dalej, ale istotnie, w księgarniach zadebiutowałam powieścią „Cztery pory lata” po raz pierwszy, odważając się na zmierzenie z rynkiem wydawniczym. Wszystko potoczyło się niebywale szybko, (pozytywne odpowiedzi dwóch wydawców, podpisanie umowy), więc nim naprawdę otrząsnęłam się z szoku, do końca nie dowierzając, już otwierałam paczkę z egzemplarzami autorskimi. Przeżycie było ogromne, jak zawsze, gdy coś wyjątkowego przydarza nam się po raz pierwszy. Trudna do opisania radość, podniecenie i satysfakcja. Przy kolejnych książkach było podobnie, lecz już mniej odlotowo, ponieważ z wiedzą o pozytywnych i negatywnych stronach publikowania.

AAR: Z Pani biografii wynika, że z wykształcenia jest Pani ekonomistką. Zatem, skąd u ekonomistki tak ogromne zacięcie pisarskie?

RLG: Wykształcenie zgodne z rodzajem wykonywanej twórczości może być niekiedy przeszkodą. Jedna ze znajomych, polonistka i dziennikarka, powiedziała mi kiedyś: Ja doskonale wiem, jak powinna wyglądać dobra powieść, ale mi to nie wychodzi, ty nie uczyłaś się tego, a udaje ci się. Istotnie, piszę wyłącznie intuicyjnie. Moje wykształcenie jest pomyłką i poza niespełna rokiem pracy w tym zawodzie, później nie miałam z nim nic do czynienia. Natomiast literki pokochałam jeszcze w przedszkolu, od małej pochłaniałam ogromne ilości książek, a pisać opowiadania zaczęłam w podstawówce. W wieku dorosłym współpracowałam z pewnym miesięcznikiem i dwutygodnikiem, a jakieś dłuższe formy pisałam wyłącznie do szuflady. Wiary w siebie dodało mi prezentowanie swoich tekstów na blogu, który dopóki istniał cieszył się dużą popularnością. Pomiędzy było wychowanie dziecka, różne miejsca pracy i wiele innych doświadczeń życiowych, z których obecnie mogę czerpać. Pisanie nie jest tylko opanowaniem warsztatu, potrzeba zmysłu obserwacji, umiejętności analizy i syntezy, wrażliwości, itd.

AAR: Niektórzy pisarze twierdzą, że przed wysłaniem powieści do wydawnictwa proszą o opinię osoby ze swojego najbliższego otoczenia, na przykład rodzinę, zaufanych znajomych. A jak jest w Pani przypadku? Czy ma Pani jakiegoś swojego nadwornego recenzenta?

RLG: Owszem, są takie osoby najwierniejsze z nich to moja kuzynka Ania i przyjaciółka Bożena. Nie nazwałabym ich jednak recenzentkami, gdyż są nazbyt życzliwe mojemu pisaniu. Obydwie na bieżąco śledzą powstawanie moich powieści, wyłapują literówki, mają celne uwagi. Przede wszystkim zaś motywują mnie, kiedy nachodzi mnie zwątpienie w sens pisania. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna.

AAR: Niedawno czytałam wywiad z dość znaną amerykańską pisarką tworzącą literaturę kobiecą. Twierdziła ona, iż nie ma czegoś takiego, jak wena. Jej zdaniem sukces literacki to nic innego, jak tylko efekt ciężkiej pracy nie mający nic wspólnego z natchnieniem. Jakie jest Pani zdanie w tej kwestii? Czy naprawdę coś takiego jak wena, czy natchnienie w ogóle nie istnieje?

RLG: W moim przypadku brak weny byłby końcem pisania. Wszystko bowiem zaczyna się od idei, a one nie biorą się z pracowitości. Napływają, kiedy chcą, acz niekiedy możemy pomóc natchnieniu. Przypuszczam, że każdy autor ma na to swoje sposoby. Nie wyobrażam sobie, ani też nie chciałabym sukcesu literackiego, który opierałby się wyłącznie na ciężkiej pracy. Pisanie nie zawsze jest łatwe i dyscyplina jest niezbędna, ale bez pierwiastka weny w moim pojęciu, czegoś od nas niezależnego - nie byłoby twórczością, a rzemiosłem. Może nawet katorgą.

AAR: Co sprawia Pani największą trudność podczas pisania? Umiejscowienie akcji? Wykreowanie bohaterów?

RLG: Nic z tych rzeczy. Mam ogromną przyjemność w wymyślaniu postaci i miejsc akcji. Wszelakie opisy przychodzą mi dosyć łatwo, ponieważ widzę to wszystko. Wyobraźnię wspomagają obrazy zakodowane przez pamięć, a efekt końcowy jest zapewne zlepkiem jednego i drugiego. Niestety, tak jak natura wyposażyła mnie w dobrą pamięć wzrokową, tak zawiodła już przy słuchowej. Pomijając tematy muzyczne. Absolutnie nie mam jednak pamięci do zasłyszanych słów, notorycznie przekręcam nazwiska, nie potrafię przytoczyć czyichś wypowiedzi. Tym samym dotarłam do sedna, największą trudność sprawiają mi dialogi powieściowe, rodzą się powoli. Za to moi znajomi mogą czuć się bezpiecznie, gdyż nigdy nie przytoczę żadnej z ich rozmów (co podobno zdarza się niektórym pisarzom).  

AAR: Czy pisanie to dla Pani przyjemność, czy może traktuje je Pani jako ciężką pracę, którą należy wykonać bez względu na wszystko?

RLG: Kiedyś obiecałam sobie, że nie dopuszczę do tego, aby moje pisanie z przyjemności przeobraziło się w obowiązek. Nie gryzie się to z samodyscypliną, gdyż czymś innym jest chcę (jeżeli chcę), a czymś innym muszę. A ja nie znoszę coś musieć. Kiedy nachodzi mnie niemoc twórcza, po prostu robię sobie przerwę. To luksus, na który nie stać autorów związanych umowami terminowymi. Moją zasadą jest nic na siłę. Pisanie lubi, aby za nim zatęsknić.

AAR: Na Pani blogu wyczytałam, że pracuje już Pani nad kolejną powieścią. Czego, jako czytelnicy, możemy się po niej spodziewać?

RLG: Na tak wczesnym etapie trudno odpowiedzieć mi na to, ponieważ historia przeobraża się z fragmentu na fragment. Mogę zdradzić, że akcja nie dzieje się w Polsce, będą nietuzinkowe postaci, trochę intryg i sekretów, a wszystko w cieniu zabytkowego miasteczka. Głównym wątkiem jest osobliwy kontakt dwóch kobiet, jedna z nich jest naszą rodaczką. Na jej przykładzie chciałabym pokazać, że spotkania z innymi ludźmi dodają nam też wiedzy o nas samych.

AAR: Wiem, że o najskrytszych marzeniach nie powinno się mówić głośno, ale zaryzykuję i zapytam, jakie jest największe marzenie Pani Renaty Górskiej jako pisarki?

RLG: Rozumiem, że to nie lista życzeń, gdyż ta byłaby dość długa (dotyczy spraw zapleczowych). Największe marzenie jako pisarki? Zyskiwać coraz więcej wiernych czytelników!

AAR: Na koniec chciałabym prosić Panią o zachęcenie czytelników mojego bloga do zapoznania się z Pani najnowszą powieścią.

RLG: Niedawno poproszono mnie o to samo, toteż pozwolę sobie przytoczyć to zdanie: Jeżeli lubisz powieści obyczajowe z sekretami rodzinnymi, wątkiem romansowym i dreszczykiem emocji, a wszystko w pięknych okolicznościach przyrody gór; koniecznie sięgnij po „Błędne siostry”!

AAR: Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę udanych Świąt Wielkanocnych, a także kolejnych fantastycznych powieści.

RLG: Dziękuję, to miłe. Pozdrawiam moją rozmówczynię i wszystkich gości tego bloga! Pogodnej Wielkanocy Wam życzę!


Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose




sobota, 10 marca 2012

Moje ulubione seriale






Przyznam się Wam, że od kilku lat prawie wcale nie oglądam telewizji. Skupiam się wyłącznie na książkach i jest mi z tym dobrze. Poza tym uważam, że w dzisiejszych czasach nasza telewizja nie ma nam, widzom, do zaproponowania niczego szczególnego. Oglądamy wciąż te same seriale, które wydaje się, że nie mają końca. Stale te same filmy i te same programy. Przykładem mogą być przygody słynnego Kevina, które wciska się nam w każde Boże Narodzenie. Dlatego zdecydowanie wolę książkę. Niemniej, w niniejszym wpisie chcę skupić się wyłącznie na serialach, które zrealizowano na podstawie książek. Kolejność jest zupełnie przypadkowa, choć na tej liście ujrzycie jeden, który jest mi szczególnie bliski zarówno ze względu na fabułę, jak i na obsadę. Ale o tym za chwilę.

1. Czterej pancerni i pies

Serial ten powstał na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Janusza Przymanowskiego (1922-1998), której pierwsze wydanie ukazało się w roku 1964, natomiast w dwa lata później serial świętował swoją pierwszą emisję na antenie TVP. Po raz pierwszy obejrzałam ten kultowy serial w wieku sześciu lat. Pamiętam, że byłam nim zachwycona. Na pewno nie wszyscy wiedzą, że w latach, kiedy w Polsce obowiązywał jeszcze inny system władzy, do szkoły obowiązkowo trzeba było również chodzić w soboty. Okres mojego wczesnego dzieciństwa przypadał na lata 80. XX wieku. W tym czasie obowiązkowa była tylko jedna sobota w miesiącu. Serial był emitowany po bardzo popularnym wówczas programie dla dzieci pod tytułem 5-10-15. Pamiętam, że zamiast poznawać nowe literki i uczyć się czytać, pani wychowawczyni zabierała nas do świetlicy, gdzie z otwartymi buziami oglądaliśmy zmagania Janka Kosa i Gustlika Jelenia z Niemcami. Swoją drogą Janusz Gajos i Franciszek Pieczka świetnie wcielili się w role powieściowych bohaterów. Myślę, że chyba zawsze będą nam się kojarzyć właśnie z tymi postaciami.

2. Kariera Emmy Harte

W 1984 roku swoją premierę miał serial pod tytułem Kariera Emmy Harte (z ang. A Woman of Substance), zrealizowany na podstawie powieści Barbary Taylor Bradford. Jest to miniserial składający się z pięciu odcinków. Emma Harte to właścicielka amerykańskiego imperium finansowego Sitex. Pewnego dnia odkrywa wymierzony w siebie spisek. Jej przeciwnicy pragną przejąć firmę i tym samym pozbawić ją władzy. W chwili, gdy multimilionerka odwiedza jeden ze swoich sklepów, zaczyna nagle wspominać dawne czasy. Jej podróż w przeszłość rozpoczyna się od momentu, gdy pracowała jeszcze jako służąca w domu pewnej angielskiej rodziny.

Losy klanu Harte, Barbara Taylor Bradford spisała w siedmiu częściach. Czytałam tylko trzy pierwsze części, lecz w najbliższym czasie mam zamiar wrócić do tej lektury. Obok Nory Roberts, to właśnie jej twórczość cenię sobie bardzo wysoko. Choć pisarka zaliczyła kilka wpadek, to jednak całokształt twórczości ma naprawdę imponujący. Przynajmniej w moim przekonaniu. O ile mi wiadomo na srebrny ekran weszło jeszcze dwie części z tej serii, czyli Spadkobiercy Emmy Harte i Być najlepszą.

3. Tylko Manhattan

Rok 1987 to z kolei premiera innego serialu telewizyjnego. Tym razem na podstawie bestsellera jednej z fenomenalnych amerykańskich pisarek specjalizującej się w tak zwanej literaturze kobiecej. Mowa tutaj o Judith Krantz. Serial przedstawia historię Maxi Amberville oraz jej starania zmierzające do ocalenia upadającego imperium wydawniczego, którego właścicielem jest jej ojciec Zachary. Maxi pragnie zniweczyć plany swojego wuja Cuttera, który jest bratem jej ojca. Mężczyzna knuje szereg intryg, aby tylko zawłaszczyć przedsiębiorstwo. Serial rozpoczyna scena odnalezienia zwłok Zachary’ego. Po pewnym czasie Maxi i jej niewidomy brat Toby dowiadują się, iż Cutter nie tylko przejmuje władzę nad imperium ojca, ale również żeni się z ich owdowiałą matką Lily. W związku z tym Maxi zmuszona jest posunąć się do szantażu, aby w ten sposób odzyskać jeden z magazynów. Dziewczyna grozi, iż wyjawi tajemnice dotyczące Cuttera, których, w jego mniemaniu, nie powinna znać. Jak widać, serial jest dość podeszły w latach. Pamiętam, że TVP nadawała go w każdą niedzielę po Wiadomościach. Chętnie zobaczyłabym go jeszcze raz. Do książki zamierzam wrócić, jak tylko czas mi na to pozwoli. Kiedy już tak się stanie, to z pewnością zamieszczę na blogu recenzję.

4. W Krainie Niekończącej się Opowieści

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o baśni, która została zekranizowana w formie serialu. Jak już zdążyliście się dowiedzieć z moich wpisów, uwielbiam ten rodzaj literatury i jeśli tylko mam okazję, to pogrążam się w świecie baśni. Serial powstał w roku 2001 na podstawie powieści fantasy Michaela Ende pod tytułem Niekończąca się historia (1979).




Królowa Mroku, Xayida, z całej duszy nienawidzi swojej siostry, Dziecięcej Cesarzowej. W związku z tym, za wszelką cenę chce zniszczyć jej Krainę Fantazji. Zaufanym sługą Dziecięcej Cesarzowej jest Areyu. Natomiast na ziemi służy jej dwunastoletni Bastien. Obaj skutecznie niweczą niecne zamiary złej monarchini, co sprawia, że zdesperowana Królowa Mroku przystępuje do frontalnego ataku.

I na koniec serial, o którym wspominałam, że jest mi bardzo bliski. Książkę, na podstawie której powstał, czytałam wiele lat temu. Serial obejrzałam nieco później, ale wywarł na mnie ogromne wrażenie, choć nie stanowi wiernego odbicia fabuły książki.  Serial pochodzi z roku 1985, 1986 i 1994, a autorem powieści jest John Jakes. Daty, które podałam to premiery poszczególnych części tego miniserialu. Dwaj młodzi mężczyźni: George Hazard (James Read) oraz Orry Main (Patrick Swayze) poznają się w drodze do Akademii Wojskowej West Point. Zaprzyjaźniają się ze sobą, pomimo że dzieli ich bardzo wiele. George pochodzi z Pensylwanii (Północ), natomiast Orry z Południowej Karoliny (Południe).

Kiedy po raz pierwszy oglądałam Północ-Południe, Patrick Swayze był mi już znany. Jak chyba każdy młody człowiek dorastający w latach 80. XX wieku, ja również oglądałam kultowy hollywoodzki hit Dirty Dancing. Od tego czasu moja znajomość z Patrickiem Swayze rozwijała się dość intensywnie i trwała nieprzerwanie aż do ostatnich dni jego życia. Dla mnie osobiście Patrick był fantastycznym aktorem, których nie spotyka się na co dzień. Jego umiejętności w tej dziedzinie były nieprzeciętne. Nawet w scenach szczególnie niebezpiecznych brał udział osobiście. Nie życzył sobie zastępstwa w postaci, na przykład, kaskadera. Obejrzałam wszystkie filmy i seriale z jego udziałem. Niektóre nawet w oryginale. Wiadomość o jego chorobie, a potem śmierci mocno mną wstrząsnęła. Kibicowałam mu do ostatniej chwili, bo wciąż naiwnie wierzyłam, że uda mu się wygrać. Niestety, nie udało. Zmarł 14 września 2009 roku w Los Angeles, a jego prochy zostały rozrzucone na terenie jego rancza. Kiedy już był poważnie chory, podziwiałam go za to, jak walczy z chorobą, jak się nie poddaje, jak nadal gra w serialu, choć na twarzy widać ból i zmęczenie. Nie uciekał od swoich fanów, nie ukrywał się za czterema ścianami swojego domu. Choroba bardzo go wyniszczyła. W ciągu kilku miesięcy znikła bezpowrotnie jego uroda. Ale nie wstydził się tego.






czwartek, 1 marca 2012

Dzięki staraniom swoich krewnych Kraszewski uniknął zesłania do wojska na Kaukaz...



LITERAT MARCA 2012 


JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI


Józef Ignacy Kraszewski urodził się 28 lipca 1812 roku w Warszawie. Jego ojciec, Jan Kraszewski (1788-1864), był chorążym prużańskim. Był to szlachcic starej daty, a zarazem fantastyczny gawędziarz. Matką Józefa była Zofia z Malskich (1791-1859). Rodzice Pisarza byli właścicielami wsi Dołhe położonej na Grodzieńszczyźnie. Józef był najstarszym z pięciorga rodzeństwa. Miał dwie siostry, Joannę i Annę, oraz dwóch braci, Lucjana i Kajetana. Pisarz wychowywał się pod bezpośrednią opieką prababki Konstancji Nowomiejskiej w majątku dziadka Malskiego w Romanowie. Była to przepiękna, niemalże szlachecka rezydencja położona na terenie powiatu włodawskiego. Rodzina Kraszewskiego przerastała pod względem kulturowym poziom tradycyjnego dworu szlacheckiego.

Do szkoły Pisarz zaczął uczęszczać w wieku dziesięciu lat. Najpierw była to szkoła w Białej Podlaskiej (niegdyś Radziwiłłowskiej), a następnie w Lublinie i Świsłoczy, gdzie w 1829 roku zdał egzamin dojrzałości. Po zdaniu matury Kraszewski zapisał się na Uniwersytet Wileński, gdzie próbował studiować medycynę, aby ostatecznie przenieść się na wydział literacki. W dniu 3 grudnia 1830 roku został aresztowany. Początkującemu Pisarzowi zarzucono udział w konspiracji powstaniowej i osadzono go w więzieniu. Niemniej, dzięki staraniom swoich krewnych Kraszewski uniknął zesłania do wojska na Kaukaz. W areszcie spędził ponad rok, lecz po opuszczeniu go nie mógł wyjechać z Wilna przez dwa lata, pozostając pod nadzorem policyjnym. W tym czasie zapoznał się z materiałami źródłowymi dotyczącymi historii miasta, co następnie znalazło swoje odzwierciedlenie w jego twórczości.

Po ustaniu nadzoru policyjnego w roku 1833 Kraszewski przez pewien czas mieszkał w ojcowskim Dołhem, a na Wołyń jeździł jedynie z wizytami do krewnych. W 1835 roku na jego drodze życiowej stanęła Zofia Woroniczówna, która była bratanicą zmarłego już prymasa Jana Woronicza. Z Zofią ożenił się w 1838 roku i od tego momentu rozpoczął osiadły tryb życia jako szlachcic-ziemianin oraz dzierżawca wsi Omelno w powiecie łuckim na Wołyniu. Dwudziestoletni pobyt na Wołyniu naznaczony był w głównej mierze nieudanymi próbami gospodarowania nie tylko w dzierżawionym Omelnie, ale również we własnych wsiach, czyli w Gródku i Hubinie. W roli pańszczyźnianego dziedzica Pisarz był niezwykle sprawiedliwy i humanitarny w stosunku do swoich poddanych, którymi byli ukraińscy chłopi. Bardzo często odwiedzał swoich krewnych na Wołyniu. Odbywał też krótsze i dłuższe podróże do Kijowa i Dubna na słynne kontrakty. Jeździł do Odessy i Druskienik oraz do rodziców i dziadków w Dołhem i Romanowie, a także do Warszawy. W tym okresie na świat przyszło czworo jego dzieci: Konstancja, Jan, Franciszek i Augusta. Pomimo pobytu na głębokiej prowincji wołyńskiej, Pisarz utrzymywał niezwykle ożywiony kontakt ze wszystkimi środowiskami literackimi w Polsce.

W 1853 roku Kraszewski przeniósł się do Żytomierza w celu kształcenia swoich dorastających dzieci. Zamożne oraz ożywione środowisko szlachty polskiej nadało mu szereg godności, jak na przykład funkcję dyrektora Klubu Szlacheckiego, Towarzystwa Dobroczynności oraz kuratora polskich szkół, jak również dyrektora artystycznego Teatru Żytomierskiego. Niemniej, już wkrótce Kraszewski popadł w konflikt z tymże środowiskiem. Spór miał związek z dyskusją przeduwłaszczeniową, która wywiązała się w państwie carskim. Zdaniem szlachty wołyńskiej poglądy Pisarza były zbyt radykalne, choć kompromisowe. W 1858 roku Józef Ignacy Kraszewski udał się w podróż po Europie. Odwiedził Austrię, Włochy, Francję i Niemcy. W Rzymie zmuszony był wysłuchać upomnienia papieża Piusa IX, które dotyczyło rzekomo niemoralnego kierunku jego twórczości. W tym samym czasie Pisarz zdobył rozległą wiedzę na temat egzystencji społeczeństw zachodnich, skupiającej się na wyższości form gospodarczych i cywilizacyjnych, które oparte były na zasadach burżuazyjnej demokracji z wszelkimi dobrodziejstwami rozwoju techniki i przemysłu.

Rok później, czyli w 1859 roku, Kraszewski przyjął propozycję bankiera warszawskiego, Leopolda Kronenberga, dotyczącą objęcia redaktorstwa zakupionej przez niego „Gazety Codziennej”, którą pragnął przekształcić w organ popularyzujący rozwój kapitalistycznych form gospodarczych w Królestwie Polskim. Pisarz, pełniąc funkcję redaktora „Gazety Codziennej”, którą od roku 1860 zaczęto wydawać jako „Gazetę Polską”, podniósł pismo z upadku głównie poprzez modernizację układu. Swoje działania skupił również na doborze odpowiednich współpracowników, poziomie artykułów oraz szybkości informacji. Był też jej czołowym publicystą. Pobyt Kraszewskiego w Warszawie zbiegł się z ruchem przedpowstaniowym, a także z falą ulicznych manifestacji oraz z organizacją konspiracyjnych władz powstańczych. W związku z tym nie było sposobu, aby nie zaangażował się aktywnie w sytuację polityczną kraju. Z Warszawy Kraszewski wyjechał pod koniec stycznia 1863 roku, zaś 3 lutego był już w Dreźnie. Do Warszawy i Królestwa już nigdy nie powrócił.

Będąc w Dreźnie, gdy powstanie jeszcze trwało, Pisarz organizował rozmaite formy pomocy dla emigrantów z Polski, uchodzących po rozbiciu oddziałów powstańczych. Pisał też artykuły do gazet angielskich i francuskich, biorąc tym samym w obronę powstanie przed atakami dzienników zachodnich, które finansowane były przez ambasady carskie. Najprawdopodobniej już od roku 1871 Kraszewski został wciągnięty przez swych paryskich przyjaciół do współpracy z siatką francuskiego wywiadu antypruskiego. Zbierane przez agentów materiały Pisarz opracowywał, a następnie przesyłał do Paryża. Częściowo wykorzystywał je również w artykułach zwróconych przeciw Prusom i Bismarckowi, które drukowane były zarówno w pismach krajowych, jak i zagranicznych. Zadziwiająco szybko działalnością Pisarza zainteresowała się policja pruska. Pomimo rewizji w domu i roztoczonej inwigilacji Kraszewskiemu nie udało się zlikwidować na czas swej działalności i wyjechać na stałe do Niemiec. W dniu 13 czerwca 1883 roku Pisarz został aresztowany w Berlinie w drodze powrotnej z Francji. W więzieniu śledczym przebywał do sierpnia tego samego roku, natomiast od 12 do 19 maja 1884 roku miał miejsce jego proces przed Trybunałem Stanu w Lipsku. Sąd skazał go na trzy i pół roku twierdzy bez konfiskaty majątku. Okolicznością łagodzącą był fakt, iż Kraszewski działał jako Polak z pobudek czysto ideowych.

W dniu 5 listopada 1885 roku Kraszewski otrzymał półroczny urlop z więzienia z powodu stale pogarszającego się stanu zdrowia. Kaucja wynosiła dwadzieścia tysięcy marek. Wyjechał na Riwierę Włoską, próbował się leczyć, lecz w rezultacie był w stanie poruszać się jedynie przy pomocy pielęgniarza. W styczniu 1887 roku Kraszewski wyjechał do Florencji, gdzie odwiedził swego dawnego przyjaciela, Teofila Lenartowicza. Po powrocie przeżył w San Remo trzęsienie ziemi, które zmusiło go do wyjazdu do Szwajcarii. Dnia 19 marca, w dniu swych imienin, Pisarz zmarł w Genewie, w hotelu de la Paix otoczony opieką Teodora Tomasza Jeża* oraz dra Laskowskiego, który w tym czasie był profesorem uniwersytetu w Genewie. W dniu 18 kwietnia 1887 roku miał miejsce uroczysty pogrzeb jego zwłok w Krakowie w grobach zasłużonych na Skałce.




Opracowano na podstawie: W. Danek, Józef Ignacy Kraszewski. Nauka dla wszystkich, Wyd. PAN, Kraków, nr 3/1967.





Teodor Tomasz Jeż (1824-1915) to działacz społeczny i polityczny, publicysta, powieściopisarz.