sobota, 4 sierpnia 2018

Eleanor Hibbert – pisarka o wielu twarzach #1







Kocham moją pracę tak bardzo, że nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed pisaniem. Nigdy nie myślę o pieniądzach, które dzięki temu zarabiam. Kiedy kończę jedną książkę, zaczynam następną. Jeśli robię sobie choćby tydzień przerwy, wówczas czuję się nieszczęśliwa. To jest jak narkotyk.


Eleanor Alice Hibbert
W szczytowym okresie swojej pisarskiej kariery, czyli w latach 50. i 60. XX wieku, Eleanor Hibbert (1906-1993) była uważana w Wielkiej Brytanii za najpopularniejszą autorkę powieści historycznych. Jej twórczość była bardzo wysoko ceniona zarówno przez czytelników, jak i krytyków. Chociaż wszystkie jej książki stanowiły beletrystykę historyczną, to jednak każda z nich została starannie przygotowana w oparciu o publikacje takich autorów, jak Agnes Strickland[1], Alexander Fraser Tytler, lord Woodhouselee[2], James Anthony Froude[3] czy John Speed[4]. Największą radość Eleanor sprawiało jednak gromadzenie stosów zakurzonych, starych książek historycznych, czytanie ich od deski do deski, a następnie przenoszenie wydarzeń w nich zawartych na karty swych powieści, które na przestrzeni lat przyciągały miliony czytelników.

Eleanor Hibbert, znana między innymi jako Jean Plaidy, była też doskonale kojarzona z gotyckimi romansami, które tworzyła pod pseudonimem Victoria Holt. Z kolei jako Philippa Carr napisała wspaniałą wielotomową sagę zatytułowaną Córki Anglii, której fabuła obejmuje ponad cztery stulecia dziejów Anglii. Nieco mniej znane są prace, które autorka stworzyła pod innymi pseudonimami, niż wymienione powyżej. Wśród nich znalazło się kilka doskonałych powieści kryminalnych oraz garść tytułów z gatunku literatury faktu, w tym fascynujące i bardzo dobrze napisane pod względem merytorycznym trzytomowe studium dotyczące hiszpańskiej inkwizycji.

Swoją pracę autorka zawsze traktowała jako czystą przyjemność i rozrywkę. Kiedyś napisała, że przyjemniej być czytanym, niż dostawać miłe recenzje. Niektórzy krytycy okazywali się jednak bardzo złośliwi wobec twórczości Eleanor Hibbert. Z drugiej strony autorka otrzymywała też wiele pozytywnych komentarzy od recenzentów, którzy naprawdę doceniali jej wyjątkowy talent pisarski. W jednym z artykułów w Sunday Times podsumowano nawet powody, dla których pisarka odnosi tak wielkie sukcesy. Napisano, iż Jean Plaidy, dzięki umiejętnemu połączeniu doskonałych opowieści i skrupulatnej dbałości o autentyczność szczegółów i głębię charakterystyki bohaterów, stała się jedną z najczęściej czytanych powieściopisarek w kraju. Oczywiście chodziło tutaj o poczytność jej książek w Wielkiej Brytanii.  

Eleanor Alice Burford (nazwisko panieńskie) urodziła się 1 września 1906 roku. Co ciekawe, na świat wcale nie przyszła w jakiejś romantycznej wiktoriańskiej rezydencji, ani nawet na wietrznym kornwalijskim wzgórzu, lecz w prozaicznym południowym Londynie, a dokładnie na przedmieściach Kensington. Jej ojciec, Joseph Burford, pracował jedynie dorywczo, nie miał stałej posady ani konkretnego zawodu, lecz bardzo szybko przekazał swej małej córeczce ogromną miłość do książek. Dlatego też Eleanor już od czwartego roku życia była zagorzałą czytelniczką.

Uważam się za osobę niezwykle szczęśliwą, ponieważ urodziłam się i wychowałam w Londynie, i stale miałam przed oczami najbardziej fascynujące miasto na świecie z jego wieloma reliktami liczącymi sobie dwa tysiące lat, a które wciąż można znaleźć na jego ulicach podczas zwiedzania.

Eleanor Hibbert była urzeczona miastem, w którym się urodziła. Jedną z jej największych przyjemności było bezustanne zwiedzanie Londynu. Kiedy zakończyła naukę w szkole, natychmiast rozpoczęła edukację w college’u biznesu, gdzie studiowała stenografię, pisanie na maszynie oraz uczyła się języków obcych. To zajmowanie się sprawami biznesowymi miało być dla niej sposobem na życie. Przez kolejne dwa lub trzy lata piastowała szereg stanowisk na przykład zajmowała się unikalnymi opalami i perłami, które sprzedawała po okazyjnej cenie w londyńskim Hatton Garden. Była także tłumaczką francuskiego i niemieckiego w miejskiej kawiarni. Eleanor cieszyła się, że nie musiała zbyt często rozmawiać z Niemcami, natomiast spotkania z Francuzami wspominała bardzo miło.


Sklep w Hatton Garden (Londyn), w którym w latach 20. XX wieku pracowała
Eleanor Hibbert, zajmując się biżuterią.
fot. Adrian Pingstone


W wieku dwudziestu kilku lat Eleanor poślubiła kupca, który zajmował się handlem wyrobami skórzanymi. Była jego drugą żoną, a kupiec nazywał się George Hibbert. On również był miłośnikiem książek i ich czytania, więc nie było mowy o konflikcie zainteresowań. Na temat małżeństwa autorka mówiła tak: Odkryłam, że życie małżeńskie daje mi tak potrzebną swobodę do tego, abym mogła podążać za swoimi ambicjami, które towarzyszyły mi od dzieciństwa, więc w końcu zaczęłam pisać na poważnie. Początkowo Eleanor próbowała naśladować swoich ulubionych pisarzy, jak siostry Brontë, George’a Eliota, Charlesa Dickensa, Victora Hugo, czy Lwa Tołstoja. Jeszcze przed wybuchem wojny, w latach 30. XX wieku, miała na swoim koncie dziewięć ukończonych powieści, a każda z nich stanowiła poważne, psychologiczne studium ówczesnego życia. Niemniej, żadna z tych książek nie została przyjęta do druku przez wydawców.

Jeśli ktoś mówi do mnie: Jesteś zmęczona, to odpowiadam mu, że to dlatego, iż nie byłam w stanie dostać się do mojej maszyny do pisania; pisanie mnie podnieca, żyję każdą postacią, którą tworzę i nigdy nie mam problemu z zastanawianiem się nad tym, co ci ludzie mogliby powiedzieć, ponieważ jestem nimi, kiedy piszę.

Lata, kiedy Eleanor Hibbert tworzyła swoje książki, były czasem pojawiania się na rynku bardzo popularnych magazynów o tematyce historycznej, jak The Strand MagazinePearson's MagazineThe London Magazine czy The Windsor Magazine. Jest zatem całkiem możliwe, że autorka przyczyniła się do podniesienia poziomu niektórych z nich, pisząc do nich pod pseudonimami. Jeżeli faktycznie tak było, to i tak nie jesteśmy w stanie prześledzić obecnie jej wkładu w funkcjonowanie tych czasopism, ponieważ najwcześniejsze jej prace, które znamy, składały się z około tysiąca słów i publikowane były w The Daily Mail i The Evening News także pod różnymi nazwiskami. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach większość codziennych gazet drukowała na swoich łamach opowiadania lub powieści w odcinkach. To redaktor The Daily Mail pierwszy przekonał Eleanor Hibbert, żeby zrezygnowała z tak zwanej „poważnej fikcji”. Któregoś dnia po prostu powiedział do niej: Szczekasz na złe drzewo. Musisz napisać coś, co można będzie sprzedać, a najprostszym sposobem na to jest napisanie powieści romantycznej. Mając zbyt skąpe doświadczenie w pisaniu tekstów z tego gatunku, Eleanor postanowiła jednak przyjrzeć się im dokładniej. W związku z tym przed napisaniem pierwszej powieści – Daughter of Anna – przeczytała pięćdziesiąt takich romansów. Daughter of Anna natychmiast została przyjęta do druku przez wydawnictwo założone przez Herberta George'a Jenkinsa (1876-1923).

Zawsze chciałam napisać bestseller. Każdy pisarz tego chce. Tak naprawdę w pisaniu chodzi o to, aby wiedzieć, czego pragnie czytelnik.

Daphne du Maurier (1930)
Niektórzy uważali, że
Eleanor Hibbert tworząc swoje
powieści inspiruje się twórczością
koleżanki po piórze.
Wspomniana wyżej powieść okazała się wielkim sukcesem już w chwili, gdy została opublikowana w 1941 roku, natomiast wydawnictwo nieżyjącego już Herberta Jenkinsa natychmiast zleciło Eleanor napisanie kolejnej powieści, a potem dwóch następnych, które ukazały się w dalszych latach, zaś za każdą z nich wypłaciło pisarce zaliczkę w wysokości trzydziestu funtów. Wszystkie te książki zostały opublikowane pod panieńskim nazwiskiem autorki, czyli Eleanor Burford. Były to romantyczne opowieści o dziewczęcej miłości. Ukazały się one pod następującymi tytułami: Passionate Witness (1941), The House at Cupid's Cross (1949), The Love Child (1950) oraz Castles in Spain (1954). Dla Herberta Jenkinsa Eleanor napisała dwadzieścia tego typu książek, a było to w latach 1941-1955, zaś kolejne dziesięć wydała w wydawnictwie Mills & Boon w latach 1956-1966. Obecnie te książki są najmniej znane spośród wszystkich powieści autorki. Niestety, dziś bardzo trudno jest je odnaleźć.

Bardziej interesujące są natomiast cztery wspaniałe powieści kryminalne, które Eleanor Hibbert napisała pod zniekształconym nazwiskiem panieńskim, czyli jako Elbur Ford. Fabuła książek oparta jest na losach czterech najbardziej znanych i osławionych morderców żyjących w XIX wieku. Chodzi o doktora Edwarda Williama Pritcharda (1825-1865), Adelaide Blanche Bartlett (1856-?), Euphrasie Mercier (1823-?) i Constance Emily Kent (1844-1944). Tytuły książek, które powstały na podstawie tychże historii to: The Flesh and the Devil (1950), Poison in Pimlico (1950), The Bed Disturbed (1952) oraz Such Bitter Business (1953). Ostatnia z wymienionych książek została opublikowana w Stanach Zjednoczonych w 1954 roku pod zmienionym tytułem Evil in the House. Ta porywająca seria powieści, z których każda ściśle nawiązuje do autentycznych wydarzeń, umiejętnie odsłania różne sytuacje i emocje, które kryją się za najbardziej sensacyjnymi i upiornymi zbrodniami dziewiętnastego stulecia. 

Podczas drugiej wojny światowej państwo Hibbert mieszkali w Kornwalii, niedaleko malowniczej i ustronnej plaży o nazwie Plaidy. Właśnie to sprawiło, że Eleanor wpadła na pomysł, aby pisać pod swoim najbardziej znanym pseudonimem, czyli jako Jean Plaidy. Pierwszą powieścią, którą wydała pod tym nazwiskiem była książka Together They Ride (z pol. Ich wspólna podróż; 1945). To dobrze napisana historia, lecz mimo to nie odniosła sukcesu równego poprzednim powieściom. Fabuła dotyczy kornwalijskiego przemytu. Akcja rozgrywa się w okrutnych, lecz zarazem ekscytujących dniach końca XVIII wieku. Wyraźnie widać, że inspiracją do napisania tej książki stała się dla Eleanor twórczość angielskiej pisarki Daphne du Maurier (1907-1989). Dokładnie chodzi o dwie jej powieści: Jamaica Inn (z pol. Obrzeża na pustkowiu) W wersji oryginalnej powieść miała swoją premierę w 1936 roku, natomiast w Polsce ukazała się w roku 1976. Z kolei drugą książką autorstwa Daphne du Maurier, która dla Eleanor najprawdopodobniej stała się inspiracją, była powieść Frenchman's Creek (z pol. Zatoka Francuza). Premiera tej powieści odbyła się w 1941 roku, zaś w Polsce książka weszła na rynek kilkadziesiąt lat później, bo dopiero w 1991 roku. Together They Ride była jedyną powieścią Jean Plaidy opublikowaną przez wydawnictwo Geralda G. Swana (1902-1980), który w latach 40. i 50. XX wieku na szeroką skalę rozwinął wydawanie tanich książek, komiksów i czasopism.


Kornwalijska plaża Plaidy, od której nazwy Eleanor Hibbert
stworzyła sobie pseudonim Jean Plaidy.
fot. Tony Atkin


Kolejna powieść Jean Plaidy – Beyond the Blue Mountains – była natomiast bardzo długa, bo liczyła sobie ponad pięćset stron. Została odrzucona przez kilka wydawnictw, w tym także przez wydawnictwo Geralda G. Swana. Dopiero Robert Hale (1887-1956) dostrzegł jej wartość i zaakceptował powieść do druku, pisząc do agenta Eleanor tak: Czy powiesz tej autorce, że na wszystkich, którzy piszą tak, jak ona czekają naprawdę wielkie nagrody? I tak oto rozpoczęła się niezwykle udana współpraca pomiędzy autorką a wydawnictwem, która trwała aż do śmierci Eleanor Hibbert w styczniu 1993 roku. Trzeba jednak pamiętać, że w przypadku Eleanor Hibbert nie zawsze oprócz naprawdę wysokich zaliczek za powieści historyczne, pojawiały się tak zwane „wielkie nagrody”, o których mówił Robert Hale.

Słyszałam kiedyś jej nazwisko w związku z moimi powieściami, ale myślę, że to dlatego, iż obydwie mieszkamy w Kornwalii i obydwie pisałyśmy o tym miejscu. „Rebecca”[5] to klimatyczna powieść z zaskakującym zwrotem akcji, ale nie sądzę, aby istniało więcej podobieństw pomiędzy jej powieściami a moimi.

Daphne du Maurier o podobieństwach
pomiędzy jej książkami a powieściami Eleanor Hibbert.









[1] Agnes Strickland (1796-1874) – angielska pisarka tworząca powieści historyczne, i poetka.
[2] Alexander Fraser Tytler, lord Woodhouselee (1747-1813) – szkocki adwokat, sędzia, historyk i profesor uczelni wyższych.
[3] James Anthony Froude (1818-1894) – angielski historyk, pisarz, biograf i wydawca londyńskiego Fraser's Magazine.
[4] John Speed (ok. 1552-1629) – angielski kartograf i historyk.
[5] Rebecca (z pol. Rebeka) to powieść Daphne du Maurier wydana w 1938 roku. W Polsce opublikowana została nakładem wydawnictwa Iskry w 1960 roku. 




sobota, 30 czerwca 2018

Maria Paszyńska – „Dziewczęta wygnane. Owoc granatu” #1











Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2018


Borysław to miasto położone około stu kilometrów na południe od Lwowa. Przed wybuchem drugiej wojny światowej należało do Polski, natomiast obecnie są to tereny Ukrainy. Do 1939 roku zamieszkiwane było przez czterdzieści trzy tysiące ludzi (obecnie około trzydzieści siedem tysięcy). Czternaście tysięcy z nich stanowili Żydzi, około siedem tysięcy to ludność pochodzenia ruskiego (Rusini), natomiast jakieś sto osób było narodowości innej niż powyższe (Francuzi, Niemcy, Anglicy). Ponieważ charakterystycznym elementem miasta od dziesiątek lat jest przemysł naftowy, większość mieszkańców tamtego okresu w mniejszym lub większym stopniu była z nim związana. Ludność Borysławia miała wówczas trzech wrogów. Z jednej strony zagrażali miastu Niemcy, z drugiej bolszewicy, a z trzeciej wspomniani wyżej Rusini, których jeszcze przed wybuchem wojny Niemcy buntowali przeciwko Polakom. Kiedy było już wiadomo, że wojna z Trzecią Rzeszą jest nieunikniona, mieszkańcy Borysławia obawiali się nie tylko nadchodzących wojsk niemieckich, ale także Rusinów, których w miarę trwania okupacji zaczęto nazywać „Ukraińcami”. Ich strach był o tyle bardziej uzasadniony, że w mieście zostało bardzo mało mężczyzn, którzy mogliby go bronić, gdyż rezerwiści i spora część polskiej młodzieży w wieku poborowym zasiliła szeregi armii. Wielu mężczyzn uciekło również za granicę w obawie przed Niemcami, pozostawiając w domach kobiety i dzieci.

W drugiej połowie września 1939 roku w Borysławiu oraz pobliskich miejscowościach nie było żadnej władzy administracyjnej czy wojskowej. Rząd polski już się ewakuował, zaś hitlerowcy jeszcze nie weszli do miasta. Natomiast Polacy raczej nie wychodzili na ulice, aby nie narażać się na różnego rodzaju prześladowania ze strony Ukraińców, którzy zamieszkiwali wtedy nie tylko Borysław, lecz także okoliczne miejscowości, jak na przykład Tustanowice. W miarę jak armia niemiecka zbliżała się do miasta, Rusini zaczęli czuć się coraz swobodniej i zachowywać się coraz bardziej prowokacyjnie, spacerując po ulicach z bronią i grożąc Polakom śmiercią. Nastał więc czas wielkiego strachu i oczekiwania tego, co najgorsze. Polacy bali się zarówno nieznanego wroga, czyli Niemców, jak i tego, z którym do tej pory żyli na co dzień, a który z łatwością mordował pojedynczych polskich żołnierzy powracających do swoich domów z rozbitych oddziałów wojskowych. Jego ofiarami padali również zwykli cywile, którzy uciekali przed inwazją Trzeciej Rzeszy. Rozpoczęło się zatem istne polowanie na Polaków nazywanych przez Ukraińców „Lachami”.

Borysław (1926)
Na zdjęciu widać wieże wiertnicze charakterystyczne dla przemysłu naftowego.

autor: Mieczysław Orłowicz (1881-1959)
źródło: Biblioteka Narodowa

Przed wybuchem drugiej wojny światowej mówiono, że Borysław to stolica polskiej nafty. W tamtym czasie było to bowiem najbogatsze polskie miasto. Jego gwałtowny rozwój nastąpił na początku XIX wieku. Niemniej było to także miasto kontrastów, ponieważ obok nowoczesnych budowli, stały tam również stare, drewniane i zbutwiałe domki oblepione gliną zmieszaną ze słomą, która miała chronić przed silnymi mrozami panującymi zimą w tamtych okolicach. Znajdowały się też nowoczesne sklepy z pięknymi wystawami. Przez sklepowe witryny ludzie mogli zobaczyć różnego rodzaju i kalibru towary zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Niestety, były też bardzo ubogie stragany sklecone ze starych desek i pordzewiałej blachy. Niemniej od dnia odzyskania niepodległości do chwili wybuchu wojny Borysław bardzo szybko zmienił się na korzyść. Miasto zostało bowiem skanalizowane, likwidacji uległy drewniane chodniki, które zastąpiono kamiennymi, zaś w centrum poszerzono ulice, a niektóre z nich wyłożono nawet kostką granitową. Wybudowano też kilka nowych ulic wraz z kamiennymi chodnikami. Jednakże to, co tak naprawdę wyróżniało Borysław, to las wież wiertniczych. Szczególnie nocą były one widoczne, kiedy swoją iluminacją oczarowywały każdego przybysza. W dodatku bezustanny odgłos pracy maszyn parowych stanowił swoistą symfonię tego przemysłowego miasta.

W latach 30. XX wieku Borysław posiadał sprawną konną straż ogniową, która świetnie radziła sobie z pożarami na terenach górzystych, gdzie nie mogły dojechać samochody. Z kolei w północnej części miasta znajdowała się kopalnia wosku ziemnego wydobywanego metodą górniczą. Przed wojną w Borysławiu były też kościoły: trzy rzymskokatolickie, cztery cerkwie grekokatolickie oraz trzy żydowskie bożnice. Znajdowało się również dziewięć szkół powszechnych, a także prywatne gimnazjum i liceum ogólnokształcące, średnia szkoła handlowa, żeńska szkoła zawodowa, szkoła wiertnicza oraz szkoły przemysłowe przeznaczone dla rzemieślników. Istniały również liczne organizacje o charakterze politycznym, co sprawiało, że pod tym względem Borysław znacznie wyprzedzał inne większe polskie miasta.


Borysław. Ulica Kościuszki (1915)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

Niemcy wkroczyli do Borysławia około 20 września 1939 roku. W Tustanowicach, gdzie znajdowało się centrum osiedla ruskiego, byli witani dosłownie chlebem i solą, a ówcześni przedstawiciele tamtych władz wygłosili mowę powitalną na ich cześć, w której pod niebiosa wychwalano Adolfa Hitlera (1889-1945) i Trzecią Rzeszę, jednocześnie szkalując i mówiąc wszystko, co najgorsze o rządzie polskim. W przekonaniu Rusinów to właśnie hitlerowcy mieli zapewnić im wolność, na którą tak długo czekali. W pierwszych dniach okupacji Niemcy nie prześladowali jeszcze ludności polskiej, więc można było bez strachu wychodzić z domów, robić zakupy czy zaspokajać inne potrzeby. Gorzej było ze strony Rusinów. Pałali do Polaków tak wielką nienawiścią, że zaczęli prosić Niemców o pozwolenie na ich mordowanie, na co ci nie wyrazili zgody, a to sprawiło, że Rusini poczuli się mocno rozczarowani.

Niemcy okupowali Borysław przez około dziesięć dni, a potem oddali go Armii Czerwonej, która w dniu 17 września 1939 roku wkroczyła bezprawnie do Polski. Był to akt agresji ze strony Związku Sowieckiego wobec Polski i narodu polskiego. W konsekwencji tego haniebnego działania, którego celem było zagarnięcie polskich ziem wschodnich, zginęło pół miliona ludności polskiej. Zarówno wojskowi, jak i cywile zostali bestialsko wymordowani przez NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wtedy też zaczęły się masowe wywózki Polaków na Syberię lub do Kazachstanu. Wywożenie miało miejsce przeważnie w nocy pomiędzy godziną drugą a trzecią, czyli tuż przed świtem, kiedy człowiek z reguły pogrążony jest w najgłębszym śnie. Aresztowanym rodzinom pozwalano zabrać ze sobą jedynie podręczny bagaż, na spakowanie którego enkawudziści dawali tylko piętnaście minut. W praktyce były to dwie walizki lub dwa tobołki. Przed opuszczeniem Borysławia, Niemcy w swoim rozporządzeniu napisali, że Polacy, podobnie jak ludność pochodzenia niemieckiego, mogą również opuścić miasto i udać się na zachód przez San. W związku z tym wśród Polaków wytworzyły się dwa przeciwstawne obozy, ponieważ jedni chcieli natychmiast wyjechać, uciekając przed bolszewikami, inni zaś uważali, że trzeba zostać w domu, ponieważ wierzyli, że większa liczba Polaków będzie w stanie osłabić sowieckie roszczenia do tych ziem.


Borysław. Dworzec kolejowy (1905)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

W takich okolicznościach przychodzi żyć bohaterom najnowszej powieści autorstwa Marii Paszyńskiej. Poznajemy ich latem 1939 roku, czyli tuż przed wybuchem wojny. Na pierwszy plan wysuwają się bliźniaczki: Stefania i Elżbieta Łukowskie. Na co dzień mieszkają właśnie w Borysławiu, lecz każdego roku spędzają wakacje u dziadków Białkowskich we dworze. Ich ojciec to oficer Wojska Polskiego, natomiast matka zajmuje się domem, mając na wychowaniu dwuletniego synka, Lucka. Dziewczyny mają piętnaście lat, więc są już w miarę samodzielne. Każda z nich ma swoje marzenia i plany na przyszłość. Pomimo że są bliźniaczkami, to jednak różnią się pod względem charakteru. Stefania to typowa panna z dobrego domu, która jest świadoma własnej urody, pracą się brzydzi, bo wszak od tego jest służba, pragnie wyjść za mąż za chłopaka z wyższej sfery, ponieważ nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby kiedykolwiek biedować albo znaleźć się na językach innych ludzi, tylko dlatego, że nie potrafiła zadbać o to, by dobrze się w życiu ustawić. Z kolei Elżbieta, zwana przez bliskich Halszką, to zupełne przeciwieństwo Stefanii. Dziewczyna nie boi się pracy, porozmawia z każdym, bez względu na jego status społeczny czy majątkowy, nie jest egoistką, jak jej siostra, i poza czubkiem własnego nosa dostrzega coś jeszcze.

Wydaje się, że dziewczyny są sobie bliskie, lecz to jedynie pozory. Prawda wygląda zupełnie inaczej i jeśli do tej pory nie było tego widać, to tylko dlatego, że nie było ku temu okazji. Wszystko bowiem zmienia się, kiedy Elżbieta poznaje przystojnego Jędrzeja Walickiego, który podobnie jak bliźniaczki, również spędza wakacje u rodziny na wsi. Jędrzej studiuje we Lwowie medycynę i nie podoba mu się wiele z tego, co się obecnie dzieje. Nie jest ślepy i widzi, jak traktowani są Żydzi, którzy przecież niczemu nie są winni. Nacjonalizm i antysemityzm zaczynają w Polsce coraz bardziej przybierać na sile, a dowodem tego są tak zwane „getta ławkowe”. Chłopak boi się, że jeszcze trochę, a zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Swoimi obawami dzieli się z Halszką, która doskonale go rozumie, co jeszcze bardziej przyciąga go do niej. Jędrzej jest pewny, że pewnego dnia Elżbieta zostanie jego żoną. Niestety, ani Halszka, ani młodzieniec nie wiedzą, że chłopak wpadł już wcześniej w oko Stefanii. Dzień, w którym Stefcia dowiaduje się o tym, jak bardzo Elżbieta stała się bliska jej ukochanemu, jest ostatnim dniem, kiedy dziewczyna jest w stanie zapanować nad swoją niechęcią do siostry. Nienawiść i chęć zemsty coraz bardziej przybierają na sile w jej młodym sercu, a to nie wróży niczego dobrego w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami wojny.


Tak Sowieci świętowali atak na Polskę.
Na zdjęciu widać defiladę kawalerii po kapitulacji Lwowa;
Wały Hetmańskie obok Grand Hotelu (28 września 1939).

autor nieznany


Gdy nadchodzi pamiętny dzień 1 września 1939 roku wszyscy są przerażeni. Oczywiście młodzi mężczyźni, w tym Jędrzej Walicki, dostają powołanie do wojska. W jednostce wojskowej musi także stawić się Władysław Łukowski, czyli ojciec bliźniaczek. Pożegnanie jest bardzo wzruszające. Wtedy też ojciec przykazuje Elżbiecie – swojej ulubienicy – żeby opiekowała się rodziną pod jego nieobecność. Jak bardzo Halszka weźmie sobie do serca te słowa? Czy w toczącej się zawierusze wojennej będzie w stanie dotrzymać danego ojcu słowa? Czy mając u boku Stefanię, która jej nienawidzi, będzie mogła opiekować się matką, małym braciszkiem i dziadkami, nie mówiąc już o siostrze bliźniaczce? Zapewne łatwiej byłoby jej to zrobić, gdyby nie pewna mroźna lutowa noc 1940 roku. To wtedy do dworu wkraczają enkawudziści i każą się pakować. Jak wielki bagaż można ze sobą zabrać, kiedy sowieccy okupanci dają tylko piętnaście minut? Nie obywa się też bez brutalności ze strony żołnierzy. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, co ich czeka i że być może Łukowscy i Białkowscy już nigdy się nie spotkają. I tak oto rozpoczyna się dramatyczna podróż Łukowskich w nieznane. Stłoczeni, niczym śledzie w beczce, w cuchnących bydlęcych wagonach jadą tam, skąd może już nie być powrotu. Tak ekstremalne warunki źle wpływają nie tylko na fizyczne zdrowie człowieka, ale także na jego psychikę, a gdy dodatkowo po drodze traci się kogoś najbliższego, to faktycznie można postradać zmysły. Do okrutnych Sowietów nie docierają żadne prośby. Śmieją się swoim ofiarom w twarz i świetnie się przy tym bawią.

Deportacja Polaków
z Kresów Wschodnich
Dziewczęta wygnane to pierwszy tom całkiem dobrze zapowiadającej się trylogii pod wspólnym tytułem Owoc granatu. Niniejsza powieść to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marii Paszyńskiej, które uważam za bardzo udane. Oczywiście tematyka książki nie jest dla mnie jakimś szczególnym zaskoczeniem, ponieważ tego typu publikacji czytałam już w swoim życiu całkiem sporo. Była to nie tylko beletrystyka, ale przede wszystkim literatura faktu: pamiętniki, dzienniki, wspomnienia czy reportaże. Poznałam też losy Polaków wywiezionych na Syberię z opowiadań osób, które miałam szczęście spotkać osobiście, a które jako dzieci zostały brutalnie pozbawione domu i razem z rodzicami musiały tułać się po obcej ziemi, nie mając nadziei na przeżycie. Dlatego też samo tło historyczne niniejszej lektury jest mi doskonale znane i podczas czytania wiedziałam z wyprzedzeniem, co będzie dalej i dokąd trafią bohaterowie. Mogę też przypuszczać, co takiego stało się z Władysławem Łukowskim, skoro był oficerem Wojska Polskiego. W związku z tym bardziej interesowała mnie kreacja poszczególnych postaci i ich reakcja na zaistniałe dramatyczne okoliczności.

Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście siostry Łukowskie. Jak już wspomniałam powyżej, dziewczyny są do siebie podobne jedynie pod względem urody, natomiast charaktery mają diametralnie różne. Niemniej okoliczności, w jakich muszą żyć zmuszają je do tego, aby inaczej spojrzeć na życie. Sytuacja, w jakich człowiek musi nagle egzystować, z reguły sprawia, że zmienia się jego postrzeganie świata. Czy tak samo dzieje się z dziewczętami? Nie do końca. Podczas gdy Elżbieta wie, że musi zrobić wszystko, aby przeżyć, gdyż jest odpowiedzialna za rodzinę i to nią musi się zająć, Stefania dba jedynie o własne dobro. Ona wciąż nie może zapomnieć, że Halszka odbiła jej ukochanego. Dla niej nie ma znaczenia, że na Syberii każdego dnia może stracić życie. Jedyne, co ją interesuje, to pielęgnowanie nienawiści do siostry. Wydaje się nawet, że utrata najbliższych niewiele ją obchodzi. To ona jest najważniejsza. Dlatego też wysoce prawdopodobne jest, że czytelnik znacznie większą sympatią zapała właśnie do Halszki, która jest w stanie naprawdę wiele znieść, aby tylko zapewnić bezpieczeństwo siostrze.

Na kartach powieści „żyją także bohaterowie drugoplanowi, którzy są równie istotni. Jedni pojawiają się na krótko, zaś inni pozostają dłużej. Są też tacy, którzy nie do końca pasują do fabuły, jak na przykład tajemnicza leśna szamanka otoczona krukami. Ten wątek zalatuje nieznacznie fantastyką i zastanawiam się, w jakim celu został wplątany do fabuły. Możliwe, że Autorka ma jakieś plany w związku z tą postacią i odkryje je w kolejnych częściach trylogii, a jeśli nie, to moim zdaniem szamanka pojawiła się w książce tylko po to, aby zwiększyć objętość powieści. Na chwilę obecną ta postać wydaje mi się zupełnie zbędna i niepasująca do całości. Ponadto mieszanie fantastyki, choćby bardzo delikatnej, z wydarzeniami, które stanowią fakt historyczny, nawet jeżeli bohaterowie są fikcyjni, nie do końca się sprawdza, przynajmniej w moim odczuciu. Bardzo dobrze natomiast opisane są losy Polaków nie tylko w trakcie przebywania na Syberii, ale przede wszystkim po jej opuszczeniu, co skutkuje dotarciem do Iranu.


Obóz polskich uchodźców w Iranie w 1943 roku
źródło: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych


Zawsze trudno jest mi oceniać powieść, która stanowi część cyklu, ponieważ ze zrozumiałych powodów wiele wątków jest niedokończonych. Na tym etapie może bowiem wydawać się, że coś w powieści zgrzyta, jak wspomniana wyżej szamanka. Z drugiej strony jednak to, co teraz wydaje się błędem czy niedopowiedzeniem, w kolejnym tomie może zostać rozwinięte, a czytelnik czy recenzent stwierdzi, iż nie miał racji. Dlatego też powstrzymam się od jednoznacznej oceny Dziewcząt wygnanych i poczekam na kolejną część tej historii, która bez wątpienia jest wciągająca i bardzo dobrze się ją czyta. Jest ona również doskonała dla tych, którzy nie posiadają dostatecznej wiedzy na temat drugiej wojny światowej, a szczególnie tej części historii związanej z atakiem Sowietów na Polskę. Nie każdy bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że my-Polacy też kiedyś byliśmy uchodźcami i bez pomocy życzliwych „obcych”, którzy narażali dla nas własne zdrowie i życie, nie dalibyśmy rady przeżyć.






___________________________________________
Informacje na temat Borysławia zaczerpnęłam z książki:
Adam Żarski, Okupacyjne wspomnienia z Borysławia i opowiadania z ZSRR, Wyd. Centrix.pl s.c. Krzysztof Cebula i Tomasz Kalota, Wrocław 2007 [klik].




wtorek, 26 czerwca 2018

Magdalena Zimniak – „Gra poza prawem”











Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!




Wydawnictwo: PROZAMI
Słupsk/Warszawa 2018



Ludzie kłamią i popełniają błędy z różnych powodów. Czasami robią to z własnej woli, bo tak jest im wygodnie, a niekiedy są do tego zmuszani przez inne osoby – nierzadko te najbliższe – albo przez zaistniałe okoliczności, nie widząc innego wyjścia, jak tylko wybór zła. Często uważają bowiem, że kłamstwo będzie lepsze niż prawda, która podobno ma zapewnić człowiekowi wolność. Są też przypadki, kiedy ktoś ukrywa prawdę, ponieważ boi się, że jej ujawnienie może mu zaszkodzić lub sprawić, że nie będzie akceptowany w swoim środowisku, a ludzie wciąż będą gadać i wytykać palcami. W takiej sytuacji poczucie ewentualnego wstydu i napiętnowanie przez społeczeństwo są gorsze niż życie w zgodzie z samym sobą. Funkcjonowanie w takim zakłamanym świecie musi być bardzo trudne i męczące. Trzeba bowiem wciąż uważać na to, co się mówi i do kogo, kontrolować swoje zachowanie i trzymać na dystans tych, którzy chcieliby się do nas zbliżyć i zawrzeć nieco bliższą znajomość. Każdego dnia towarzyszy nam strach, który w rezultacie może doprowadzić do naprawdę nieprzewidzianych sytuacji. Człowiek jest tylko człowiekiem i pewnego dnia może zdarzyć się tak, że nie wytrzyma ciągłego życia w stresie i napięciu i zwyczajnie wyrzuci z siebie to, z czym borykał się przez długie lata. Wtedy zacznie się obwinianie innych, a nawet pojawi się chęć ukarania samych siebie.

Opisane powyżej warianty ludzkich zachowań wcale nie są rzadkością w dzisiejszym świecie. Można rzec, że dotyczą one nie tylko współczesnego człowieka. Moim zdaniem ludzie od wieków coś ukrywają przed światem i boją się, że pewnego dnia prawda ujrzy światło dzienne. Choć czasy się zmieniają, mijają lata i wieki, a człowiek wciąż pozostaje taki sam. Bez względu na to, w jakich realiach przychodzi mu funkcjonować, jego sposób myślenia wcale nie różni się od tego, jakim kierowali się jego przodkowie. Można przypuszczać, że przyszłość także niczego nie zmieni. Wbrew pozorom natura ludzka wcale się nie zmienia, co ukazuje fabuła najnowszej powieści Magdaleny Zimniak. Bohaterkami książki są trzy kobiety w różnym wieku, których życiowe drogi pewnego dnia splatają się ze sobą wzajemnie i już zawsze będzie je łączyć wspólna dramatyczna historia, choćby nie wiadomo gdzie rzucił je los.  

Dorota to dwudziestoletnia niepełnosprawna dziewczyna, która nigdy nie opuściła czterech ścian własnego domu. Oprócz matki i apodyktycznej babki, Dorota nie zna innych ludzi. Nie ma pojęcia, kim jest jej ojciec, choć uważa, że to zapewne po nim odziedziczyła urodę, bo przecież jej matka jest piękną kobietą, więc logiczne, że nie mogła dostać jej genów. Dziewczyna interesuje się literaturą i nawet sama próbuje tworzyć krótkie opowiadania, o których istnieniu wie tylko ona. Matka niby o nią dba, ale nie do końca troska ta wynika z miłości do córki, a przynajmniej tak to wygląda na samym początku. Można odnieść wrażenie, że z przymusu wykonuje jedynie swoje obowiązki związane z zapewnieniem córce jako takich warunków życia. Dorota nie jest zarejestrowana w żadnym urzędzie, czyli jednym słowem ONA NIE ISTNIEJE! Przez dwadzieścia lat życia dała radę się z tym pogodzić, ale wygląda na to, że od pewnego czasu coraz bardziej męczy ją taki stan rzeczy. Ona wie, że niepełnosprawność wcale nie wyklucza jej z życia w społeczeństwie. Ale jak może pokazać się ludziom, skoro nie ma nawet Internetu, nie mówiąc już o choćby jednej przyjaciółce. To matka i babka są dla niej całym światem; światem, jaki zna od chwili narodzin.

Beata jest matką Doroty. Jak wspomniałam wyżej, to bardzo piękna kobieta, na którą mężczyźni zwracają uwagę, jednak mimo to Beata nie ma szczęścia w miłości. Kiedy była nastolatką zakochała się, potem urodziła niepełnosprawną córkę i od tamtego czasu ona również bez słowa skargi podporządkowuje się swojej władczej matce, która przecież wie najlepiej, co tak naprawdę jest dobre zarówno dla Beaty, jak i Doroty. Choć czasami ona także czuje się już zmęczona taką sytuacją, to jednak głośno nie ma odwagi wyrazić swojego sprzeciwu, ponieważ obawia się reakcji matki. Beata pragnie jednak mieć kogoś bliskiego. Skoro z mężczyznami nie za bardzo jej wychodzi i z reguły łączy ją z nimi tylko łóżko, kobieta zbliża się do jednej ze swoich podwładnych. To Aleksandra ma być jej powiernicą i podnosić ją na duchu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale czy Beata naprawdę dobrze wybrała? Czy dwudziestokilkuletnia Ola jest osobą, której rzeczywiście można zaufać i powierzyć każdy sekret?

Aleksandra to młoda bibliotekarka posiadająca dwie twarze. Jedną znają koleżanki z pracy i może jacyś dalsi znajomi, zaś druga przeznaczona jest do oglądania jedynie przez nią samą oraz chłopaka, z którym łączy ją nie za ciekawa przeszłość. Po śmierci babki i matki Ola trafiła do domu dziecka, a tam wcale nie było wesoło. W miejscu, gdzie powinna czuć się bezpiecznie, spotkała ją ogromna krzywda i gdyby nie Krzysiek pewnie dziś nie byłoby jej na świecie. Tak więc bez względu na to, jak dalej potoczyły się losy jej i Krzyśka, oni wciąż trzymali się razem i wygląda na to, że tak już będzie zawsze. Lecz nie tylko z Krzyśkiem Olę coś łączy. Choć dziewczyna jeszcze o tym nie wie, to jednak już za chwilę na jej drodze stanie Dorota, która nie tylko solidnie namiesza w jej życiu, ale też poniekąd stanie się dla niej swego rodzaju przyjaciółką, której Aleksandra będzie chciała pomóc. Otóż jeden głupi i zupełnie nieprzemyślany wyskok sprawi, że cała czwórka – Dorota, Beata, Ola i Krzysiek – będzie musiała stawić czoło prawdziwemu niebezpieczeństwu i rozwiązać tajemnicę… morderstwa.

Gra poza prawem to typowy thriller psychologiczny, do jakich zdążyła już przyzwyczaić swoich czytelników Magdalena Zimniak. Z jednej strony bohaterowie są różni, a z drugiej bardzo podobni do siebie nawzajem. Wydaje się, że tylko Krzysiek jest tym, który niczego nie udaje ani nie ukrywa. Z niego można czytać niczym z otwartej księgi. Natomiast każda z trzech kobiet to naprawdę ogromna zagadka. Wszystkie posiadają w sobie jakąś sprzeczność. Beata i Dorota niby kochają się nawzajem, jak matka i córka, lecz wystarczy chwila i ta miłość przeradza się w tak wielką nienawiść, że tylko krok dzieli je od zrobienia krzywdy tej drugiej. Czasami działają w jakimś niezrozumiałym amoku, a kiedy zdają sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiły, czują ból, wyrzuty sumienia i niekiedy same nie potrafią zrozumieć, dlaczego postąpiły tak a nie inaczej. Z jednej strony nie chcą krzywdzić siebie nawzajem, ale z drugiej pod wpływem emocji mogą nawet zabić.  

Jaka zatem w tym wszystkim jest rola Aleksandry? Młoda bibliotekarka stoi, jak gdyby pomiędzy Beatą a Dorotą i to od jej działań zależy, jak dalej potoczą się losy matki i córki. Są chwile, kiedy Ola widzi w Beacie i jej władczej matce kobiety, które ją wychowały. Wtedy rodzi się w niej jakaś chęć zemsty, lecz po pewnym czasie to uczucie mija i dziewczyna wraca do rzeczywistości i do rozwiązania zadania, którego się podjęła. Pobyt w domu dziecka i doświadczenia, które wyniosła z tamtego miejsca naprawdę zrobiły swoje, pustosząc jej psychikę. W dodatku dziewczyna wciąż nie może zapomnieć tego, co wmawiała jej babka zanim pożegnała się z tym światem. To nadal bardzo mocno tkwi w jej świadomości i nie pozwala normalnie żyć. Zdaniem babki Aleksandra pociąg do zła odziedziczyła po ojcu, co jeszcze dodatkowo odzwierciedla jej wygląd, a dokładnie jej niepełnosprawność, z powodu której jeszcze bardziej czuje się związana z Dorotą. Tak więc dziewczyna przez lata żyje w tym przekonaniu i nawet jeśli jest inaczej, to ona nie dopuszcza do siebie takiej myśli.

Najnowsza powieść Magdaleny Zimniak to doskonałe psychologiczne studium przypadku. Czytelnikowi bardzo trudno jest zrozumieć prawdziwe motywy postępowania poszczególnych bohaterów, ponieważ one wciąż się zmieniają, a ich zachowanie nie jest bynajmniej jednoznaczne. Jedyne, co w tej sytuacji jest pewne, to fakt, iż oni wszyscy w mniejszym lub większym stopniu wplątani są w morderstwo i w konsekwencji poszukiwanie sprawcy makabrycznej zbrodni. Czy zatem to Aleksandra i Krzysztof stoją za zabójstwem? A może to Beata, która nie była w stanie dłużej stawiać czoła presji i sytuacji, w której sama była więźniem? Czy możliwe jest też, że zabójstwa dokonała niepełnosprawna Dorota, pragnąc w ten sposób odzyskać wolność? Może nie widziała już innego wyjścia, jak tylko pozbyć się przeszkody, która od dnia narodzin uniemożliwiała jej prowadzenie normalnego życia? Kim zatem jest zabójca? Czy to ktoś z najbliższego otoczenia ofiary, czy może ktoś zupełnie obcy, kogo znała tylko osoba zamordowana? Tego rodzaju pytania towarzyszą czytelnikowi od momentu, gdy dowiaduje się o morderstwie, lecz na rozwiązanie zagadki musi poczekać, aż do ostatnich stron powieści, a to czego się dowiaduje może naprawdę zaskoczyć.

Gra poza prawem to powieść dla tych, którzy oczekują od literatury czegoś znacznie więcej niż tylko przyjemności czytania. To historia, która wymaga skupienia, myślenia i przede wszystkim głębokiego zastanowienia się nad ludzką psychiką. W tej książce nic nie jest czarno-białe. Odcieni szarości jest tutaj naprawdę wiele. Większość bohaterów to mocno skomplikowane jednostki i nawet, kiedy już poznajemy zakończenie, nie możemy być do końca pewni, że ich zachowanie jest prawdziwe. Skoro przez całą powieść przyzwyczajają nas do tak poważnej złożoności swoich charakterów, to jak możemy być pewni, że w tym finałowym momencie są z nami szczerzy?






środa, 7 marca 2018

Agnieszka Wojdowicz – „Córka głosu. Księga życia Hili Campos” # 1















Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!




Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2018



W dniu 29 marca 1516 roku wenecki senat pod przewodnictwem doży Leonarda Loredana (1436-1521) zarządził, iż wszyscy Żydzi muszą żyć w jednym miejscu, które na terenie miasta będzie strzeżone i zamknięte. Do tamtego czasu w Cannaregio, czyli w północnej dzielnicy Wenecji, składowano odpady pochodzące ze starej odlewni miedzi. Miejsce to otoczone było kanałami. Była to mała wyspa, której obszar wyznaczały dwie bramy otwierane każdego ranka na dźwięk dzwonu znajdującego się w dzwonnicy świętego Marka. Bramy zamykane były o północy przez chrześcijańskich strażników opłacanych przez żydowskich mieszkańców. Z kolei każdej nocy dwie łodzie miały patrolować kanały wokół wyspy. Już wkrótce ta zamknięta przestrzeń stanie się pierwszym na świecie prawnie ustanowionym żydowskim gettem. Pomimo że wciąż dochodzi do dyskusji na temat etymologii słowa getto, można jednak sformułować argument dotyczący dialektu weneckiego, w którym słowo getto oznacza odlewnię, zaś po włosku wyrzucenie.

Dwa lata temu, z okazji pięćsetnej rocznicy założenia getta w Wenecji, miasto wraz ze specjalnym komitetem i społecznością żydowską zorganizowało bardzo ambitną wystawę w Pałacu Dożów, czyli rezydencji najwyższych weneckich urzędników, oraz w siedzibie władzy Republiki Weneckiej, która wydała dekret w 1516 roku. Z tej okazji kuratorka wystawy Donatella Calabi opublikowała książkę zatytułowaną Wenecja, Żydzi i Europa: 1516-2016*, w której opowiada o miejskiej organizacji ówczesnej Wenecji, przedstawia jej architekturę i codzienne życie społeczności żydowskiej zarówno w getcie, jak i poza nim. Autorka ukazuje zasady, zakazy, nadużycia i konflikty, przed którymi musiała stanąć żydowska społeczność w Wenecji. Ponadto zwraca również uwagę na rolę żydowskich kobiet, warstwy społeczne mieszkańców getta oraz ich życie pod kątem materialnym. W swoich badaniach wykorzystała obrazy Vittore Carpaccio (ok. 1465-1526) i Giovanniego Belliniego (1427/1430-1516), a także rysunki architektoniczne, archiwalne dokumenty, przedmioty liturgiczne z tamtego okresu, rekonstrukcje multimedialne, jak również odnalazła rzadkie egzemplarze książek pochodzące z tamtego okresu. To wszystko sprawiło, że na ponad pięciuset stronach, Donatella Calabi opowiedziała naprawdę fascynującą historię weneckich Żydów.

Doża Leonardo Loredano
Portret pochodzi z 1501 roku.
autor: Giovanni Bellini
Z kolei 13 listopada 2016 roku można było obejrzeć spektakl, który obejmował szeroki zakres historii weneckich Żydów, czyli począwszy od założenia getta w 1516 roku, poprzez przybycie tam Napoleona Bonapartego (1769-1821) w 1797 roku, co doprowadziło do upadku imperium weneckiego i zniszczenia bram getta, oraz rolę Żydów w mieście, aż do nastania XX wieku i wydarzeń z nim związanych a dotyczących ludności żydowskiej mieszkającej w Wenecji. Ponadto spektakl dokonywał analizy okoliczności, które doprowadziły do powstania getta, a także sposobu jego postrzegania i przekształcania na przestrzeni wieków. Pokazano w nim relacje mieszkańców getta z resztą miasta oraz innymi społecznościami żydowskimi i nie-żydowskimi we Włoszech i Europie. Na przykład chrześcijanie przybywali do getta, aby odwiedzać żydowskie banki i żydowskich lekarzy, czy też kupować takie towary, jak przyprawy, biżuterię i tkaniny.

Kiedy w 1516 roku utworzono żydowskie getto, Wenecja była ważnym ośrodkiem handlu znanym z kosmopolitycznej atmosfery i różnorodności kulturowej. Był to także czas, gdy jej władze były nieufne wobec wszystkich, których uważały za obcych. Grecy, Turcy, Ormianie czy Persowie również byli odizolowani od reszty społeczeństwa, co tłumaczono koniecznością zapewnienia im bezpieczeństwa. Chociaż Żydzi prowadzili swoją działalność w centrum miasta od stuleci, to jednak nie mogli tam zamieszkać. Odsyłając Żydów do getta, Wenecja z jednej strony uwzględniła ich jako swoich obywateli, zaś z drugiej wykluczyła.

Włoski historyk Riccardo Calimani, który specjalizuje się w badaniach nad kulturą i historią żydowską pisze: Jak często bywa, separacja, która w rażący sposób była dyskryminująca, stała się użyteczną obroną, ponieważ Żydzi, politycznie słabi poza murami, stali się w nich autonomiczni, byli niemalże mistrzami w swojej działalności, a w wielu przypadkach znacznie lepsi niż mieszkańcy i poddani świata zewnętrznego, którzy żyli na całkowitej łasce dożów, księcia, papieża czy króla. Choć Żydzi byli odseparowani od reszty, to jednocześnie byli też chronieni w getcie.

Mapa żydowskiego getta w Wenecji 
sporządzona w 1905 roku.
Żydzi podlegali w Wenecji licznym restrykcjom. Mogli pracować tylko w lombardach lub w hebrajskich drukarniach, które stanowiły naprawdę prężnie rozwijający się przemysł, albo działać jako lichwiarze, handlować materiałami włókienniczymi oraz uczyć się medycyny. Prawo bankowe utrzymywało stopy procentowe na niskim poziomie, a dodatkowo były one obciążone wysokimi podatkami. Wyjątek stanowili na przykład lekarze, którzy byli niezwykle popularni w weneckiej społeczności chrześcijańskiej. Z powodów biznesowych lub rodzinnych żydowscy kupcy mogli przez pewien czas podróżować i przebywać z dala od getta. Większość mieszkańców zajmowała się jednak handlem, krawiectwem, handlem wtórnym i rzemiosłem. Do popularnych rozrywek należały natomiast taniec, hazard i granie w piłkę. Poza gettem, Żydzi zgodnie z prawem sumptowym Republiki Weneckiej, które dotyczyło wszystkich „obcych” i było w rzeczywistości rozpowszechnione w całej Europie, musieli nosić pewne wyróżniające się symbole. Były to zazwyczaj żółty kapelusz, szalik albo żółta odznaka (później był to czerwony kapelusz). Wyjątkiem ponownie byli żydowscy lekarze, którym wolno było nosić czarne czapki.

Pomimo tak poważnych restrykcji, przytłaczających warunków życia i natrętnej inwigilacji, weneccy Żydzi zdołali uczynić z getta miejsce, w którym rozkwitała tradycja żydowska. Kosmopolityczna mieszanka Żydów pochodzących z różnych państw – Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii czy Azji – charakteryzujących się różnymi religijnymi rytuałami, językami, kulturami i obyczajami sprawiła, że getto stało się czymś na kształt miasta w mieście o niezwykłej różnorodności. W miarę upływu czasu gmina wybudowała pięć synagog i nie tylko zachowała swoją niezależną tożsamość, ale także wywarła wpływ na otaczające ją społeczeństwo.


Widok na Cannaregio Canal w Wenecji. 
To północna część miasta, gdzie niegdyś istniało żydowskie getto.
Obraz został namalowany w latach 1775-1780.
autor: Francesco Guardi (1712-1793)


Wiek XVII był złotym wiekiem Wenecji i getta. Żydowski handel, a co za tym idzie również pieniądze, miały się bardzo dobrze, zaś granice getta zaczęto poszerzać, aby otworzyć getto Nuovissimo przeznaczone dla zamożnych mieszkańców. Warunki gospodarcze Żydów pogorszyły się dopiero pod koniec XVII wieku, a wraz z nasileniem się nastrojów antyżydowskich w XVIII wieku, zaczęto nakładać nowe ograniczenia na działalność handlową Żydów. Liczba ludności getta zmniejszyła się z 4 800 w 1655 roku do 1 700 w roku 1766, kiedy to wiele znaczących rodzin wyjechało do innych miast. Wiek XIX znany był natomiast z powrotu Żydów na stanowiska reprezentujące władzę w mieście. Wówczas wielu opuściło już getto, a niektórzy kupili piękne budynki, często położone wzdłuż Wielkiego Kanału. Faszyzm charakteryzujący lata drugiej wojny światowej sprawił, że w mieście wybuchła nowa fala antysemityzmu, co doprowadziło do deportacji Żydów. Obecnie liczba ludności żydowskiej w Wenecji wynosi około pięciuset osób, z czego tylko trzydzieści mieszka na terenie byłego getta, gdzie teraz znajdują się wszystkie największe instytucje żydowskie w mieście, w tym pięć synagog i Muzeum Żydowskie.

Rodzina Hili Campos – głównej bohaterki najnowszej powieści Agnieszki Wojdowicz – również mieszka w getcie weneckim. Jest koniec XVI wieku. Żydzi zamknięci za murami getta próbują żyć normalnie, jednocześnie stosując się do wydanych przez władzę zarządzeń. Hila właśnie przygotowuje się do ślubu i praktycznie jej myśli wciąż skierowane są na osobę ukochanego. Z drugiej strony dziewczyna nie zapomina jednak o problemach codziennego życia. Jej dom tętni życiem, ponieważ mieszka w nim naprawdę sporo osób.  Hila jest córką kupca, który wciąż gdzieś wypływa na handlowym galeonie, aby w obcych krajach załatwiać interesy. Kiedy poznajemy Hilę, jej ojciec i najstarszy brat, Ruben, właśnie są w podróży i wszyscy niecierpliwie wyczekują ich powrotu. Żona Rubena jest już w zaawansowanej ciąży i lada moment na świecie może pojawić się kolejny członek rodziny Camposów. Z kolei średni z braci, Dawid, jest lekarzem, czyli reprezentuje tę grupę mieszkańców getta, która jest najbardziej uprzywilejowana. Z racji wykonywanego zawodu wolno mu znacznie więcej niż pozostałym. Dawid może bowiem swobodnie poruszać się również po terenie znajdującym się „za murami”. Leczy nie tylko Żydów, lecz także chrześcijan. Mało tego. Wśród chrześcijan ma prawdziwych przyjaciół, a przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Wydaje się, że problem dotyczy jedynie najmłodszego z braci o imieniu Ezra. Chłopak lubi się zabawić i tak naprawdę życie zgodnie z surowymi żydowskimi regułami nie do końca mu odpowiada. On pragnie czegoś więcej, dlatego też stale popada w kłopoty.


Żydowski ślub w Wenecji. 
Być może tak właśnie wyglądały ślub i wesele Hili i Eliszy. 
Obraz pochodzi z około 1780 roku.
autor: Marco Marcuola (1740-1793)


Wygląda na to, że rodzina Camposów to naprawdę szczęśliwi ludzie. Nie ma wielkiego znaczenia, że czasami zdarzają się jakieś problemy. Któż ich nie ma? Camposom nikt nie robi krzywdy. Każdy odnosi się do nich z życzliwością. Niektórzy także służą pomocą, na przykład pracując w prowadzonym przez nich sklepie. Jak do tej pory jedynym nieszczęściem była śmierć pani Campos przed paroma latami. Lecz przecież fakt, że ktoś z rodziny umiera, jest czymś naturalnym. Takie jest życie i trzeba to zaakceptować. Ogólnie można rzec, iż Camposowie – choć mieszkają w getcie – są szczęśliwą rodziną, a jej członkowie wspierają siebie nawzajem. Co ciekawe, dla Menachema Camposa bardzo ważne są także książki, których w swojej biblioteczce ma naprawdę sporo. Zaciekawiona nimi Hila dość często do nich zagląda. Nie zawsze to, co w nich znajduje jest dla niej zrozumiałe, ale mimo to ciągle jest chłonna wiedzy.

Przychodzi jednak taki dzień, kiedy wszystko zaczyna się zmieniać. Do getta docierają bowiem bardzo złe wieści. Podczas podróży Ruben Campos zostaje uprowadzony i tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stało. Jego żona zaczyna rodzić i tylko cud sprawia, że wychodzi z tego cało. Gdyby nie pomoc Dawida, zapewne Chaja pożegnałaby się z życiem podczas porodu. Niestety, to nie wszystko. Kobieta zamiast upragnionego syna, rodzi… przekleństwo. Od tej chwili rodzina Camposów jest piętnowana. Ci, którzy jeszcze do niedawna byli ich przyjaciółmi, teraz z każdym dniem coraz bardziej się od nich odsuwają. Na tym się jednak nie kończy. Wydaje się, że szczęście zupełnie odwróciło się od rodziny Hili. Na Camposów spada jedno nieszczęście za drugim. Czy zatem dadzą radę pokonać trudności? Czy jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy do ich domu zawita spokój? A może opuszczenie Wenecji jest jedynym wyjściem z tej dramatycznej sytuacji?


Wypędzenie sefardyjskich Żydów z Hiszpanii 
przez Izabelę I Kastylijską i Ferdynanda II Aragońskiego.
Obraz namalowano w 1889 roku.
autor: Emilio Sala (1850-1910)


Córka głosu to pierwszy tom dylogii o żydowskiej rodzinie, która tak jak wszyscy pragnie być szczęśliwa i żyć według reguł związanych z własną kulturą i religią. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Czasami wtrąca się przekorny los, a niekiedy są to działania innych ludzi. Nie ma tutaj miejsca na prawdziwe uczucie, kiedy w grę wchodzą zasady, których należy przestrzegać pod groźbą kary. Historia zaproponowana czytelnikowi przez Agnieszkę Wojdowicz to przykład na to, jak trudno jest o zrozumienie i tolerancję, gdy coś nagle wymyka się z przyjętych odgórnie zasad. Zachowanie ludzi, którzy jeszcze nie tak dawno byli nam przychylni, może diametralnie się zmienić, jeśli tylko wydarzy się coś, czego nie będą w stanie ogarnąć swoim umysłem. Odpowiedzi na dręczące ich pytania będą wówczas szukać w jakichś siłach nadprzyrodzonych i nawet jeżeli w tej czy innej kwestii wypowie się autorytet, to i tak niewiele to zmieni. Ludzie zawsze będą wiedzieć lepiej. Będą oceniać, potępiać i piętnować, opierając swoje opinie na przesądach lub własnych domysłach.

W tej powieści to Hila jest narratorką. Historię swojej rodziny opowiada czytelnikowi z perspektywy lat, kiedy jest już stara, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie. Mało w tej opowieści dialogów, lecz świetnie prowadzona narracja doskonale rekompensuje ten fakt. Córka głosu nie jest zwykłą beletrystyką historyczną. To przede wszystkim historia, z której czytelnik może dowiedzieć się naprawdę sporo o życiu weneckich Żydów z końca XVI wieku. Trzeba też wiedzieć, że genealogia Camposów sięga jeszcze czasów panowania Izabeli I Kastylijskiej (1451-1504) i jej męża Ferdynanda II Aragońskiego (1452-1516). To właśnie ta hiszpańska para królewska swego czasu wydała dokument, na mocy którego sefardyjscy** Żydzi musieli opuścić tereny Hiszpanii i szukać nowego miejsca na ziemi. Czy zatem uda im się w końcu znaleźć prawdziwy dom, gdzie nikt nie będzie nastawał na ich bezpieczeństwo, a oni sami będą mogli powiedzieć o sobie, że są naprawdę wolnymi ludźmi?

Moim zdaniem Agnieszka Wojdowicz stworzyła kolejną powieść, od której naprawdę trudno się oderwać. Po trylogii Niepokorne (Eliza, Klara, Judyta) czas na historię równie wciągającą, choć diametralnie inną, bo przenoszącą czytelnika w świat, o którym niewielu wie i tak samo niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że w ogóle istniał. Powieść jest dopracowana w każdym elemencie. Widać, że Autorka poświęciła naprawdę sporo czasu, aby wykreować obraz sefardyjskich Żydów tak precyzyjnie, iż czytelnik odnosi wrażenie, że bohaterowie wcale nie są fikcyjni, lecz żyją gdzieś obok. Tak więc polecam Córkę głosu i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo naprawdę jest na co.







* Do tej pory książka nie została wydana w polskim tłumaczeniu. 
** Żydzi sefardyjscy to określenie ludności żydowskiej zamieszkującej tereny Półwyspu Iberyjskiego (Hiszpania, Portugalia) i posługującej się dialektami judeoromańskimi. 





poniedziałek, 26 lutego 2018

Agnieszka Steur – „Wojna w Jangblizji. We wnętrzu” # 3










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: POLIGRAF
Brzezia Łąka 2017
Ilustracje: Ewa Kieńko Gawlik



Generalnie przyjęło się, że literatura fantastyczna to gatunek, który posiada tendencję do polaryzowania czytelników. Często mówi się, że tylko „poważni” czytelnicy sięgają po książki realistyczne, zaś fantastyka dotyczy przede wszystkim dzieci lub tych, którzy postrzegają czytanie jako swego rodzaju formę eskapizmu. Niektórzy idą nawet o krok dalej i uparcie twierdzą, że fantastyka posiada znacznie mniejszą wartość niż literatura realistyczna, dlatego też powszechnie kojarzona jest z dziećmi i ich silnie rozbudowaną wyobraźnią. Okazuje się jednak, że w ostatnich latach to właśnie literatura fantastyczna przoduje, jeśli chodzi o czytelnicze gusta. Oprócz literatury kobiecej i kryminałów, czytelnicy najczęściej sięgają właśnie po fantastykę. Dzieje się tak bez względu na wiek odbiorcy. Dlaczego? Cóż takiego szczególnego akurat ten rodzaj literatury ma do zaoferowania czytelnikom? Może po prostu szukamy w nim samych siebie, lecz z drugiej strony to, co tam widzimy niekoniecznie musi się nam podobać, gdyż fantastyka ma to do siebie, że z reguły pokazuje nasz świat niczym odbity w lustrze. Tak więc czytając fantastykę możemy z łatwością odnaleźć w niej własne odbicie. I możliwe, że właśnie ten fakt tak bardzo przyciąga nas do tego rodzaju książek.

Pomiędzy XVIII a XIX wiekiem snucie opowieści fantastycznych i realistycznych stało wobec siebie nawzajem w opozycji i korespondowało z rozwojem osobnej literatury przeznaczonej dla dzieci i dorosłych. Poważna powieść realistyczna skierowana była jedynie do dorosłych czytelników płci męskiej, podczas gdy fantastyka i romanse były przeznaczone odpowiednio dla dzieci i kobiet. W tym wszystkim interesujące jest to, jak bardzo z biegiem czasu zmieniało się odbieranie fantastyki nie tylko przez samych czytelników, ale także przez krytyków. Dziś już nie wyobrażamy sobie rynku książki bez tego rodzaju literatury. Nietrudno zauważyć, że fantastyka nie stanowi obecnie jedynie osobnego gatunku, ale wplatana jest również do powieści obyczajowych czy historycznych. Ponadto już dawno przestała kojarzyć się nam jedynie z literaturą dziecięcą czy młodzieżową.

Fitels
© Ewa Kieńko Gawlik
Wracając jednak do przeszłości, istotne jest także, aby zaznaczyć, iż tworzenie fantastyki zaczęło być w tamtym okresie postrzegane jako element kultury popularnej, a zatem ogólnie przyjmowano, że jest to gorszy rodzaj literatury, aniżeli realizm. Tego rodzaju opinia bardzo często przekazywana była z pokolenia na pokolenie, gdyż uważano, że literatura fantastyczna jest po prostu zła. Nierzadko dorośli zalecali dzieciom, aby wreszcie przeczytały coś „wartościowego” i „właściwego”, zamiast wciąż ślęczeć nad opowieściami oderwanymi od rzeczywistości. Zastanawiam się zatem, czy tego pokroju krzywdzące opinie nie były spowodowane zwykłym strachem, ponieważ świat fantastyczny wykreowany przez tego czy innego autora wielokrotnie stanowi lustrzane odbicie świata realnego, o czym już wspomniałam powyżej. To na kartach książek fantastycznych czytelnik może z łatwością odnaleźć wszelkiego rodzaju ludzkie wady, którymi tak naprawdę nie warto się chwalić i które mogą sprawić, że w końcu dotrze do nas, iż wcale nie jesteśmy tacy idealni, jak mogłoby się nam wydawać. Czasami świat ten przedstawiony jest w krzywym zwierciadle lub po prostu śmiesznie, ale zawsze będą to realia, które mają wiele wspólnego z rzeczywistością, jaka nas otacza. Tak właśnie uczyniła Agnieszka Steur, pisząc swoją trylogię zatytułowaną Wojna w Jangblizji. Jak na dłoni mamy tutaj bowiem namalowany słowami obraz współczesnego społeczeństwa. 

Choć rzeczona Jangblizja jest światem stricte fikcyjnym, to tak naprawdę już od pierwszego tomu W Tamtym Świecie, czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że świat ten jest mu bardzo bliski i wcale nie dlatego, że główni bohaterowie w magiczny sposób przedostają się do świata ludzi, który nazywają Tamtym Światem, lecz dlatego, iż tak naprawdę mieszkańców Jangblizji od ludzkości odróżnia jedynie wygląd. Generalnie Jangblizjanie powinni czuć lęk już na samą myśl o życiu w nowym miejscu, lecz są chyba na to zbyt młodzi i niedoświadczeni, więc na wiele rzeczy patrzą inaczej niż robiłyby to istoty dorosłe, które w swoim życiu znacznie więcej przeżyły i widziały. Podróż do Tamtego Świata wcale nie jest dla nich taka przypadkowa. W ich świecie trwa straszna wojna ze Szmaragdową Panią, więc trzeba stamtąd uciekać, aby ratować nie tylko własne życie, ale także swoich przyjaciół. Tylko czy w nowym miejscu odnajdą bezpieczeństwo i spokój? A może po piętach będą im deptać wrogowie, dla których unicestwienie dzieci władcy stanie się najważniejsze?

Na kartach drugiego tomu zatytułowanego W domu, czytelnik jest świadkiem rozgrywania się akcji na dwóch płaszczyznach, czyli innymi słowy w dwóch równoległych światach: w Jangblizji i Tamtym Świecie. Wydaje się, że okrutna Szmaragdowa Pani jest nie do pokonania, natomiast mieszkańcy Jangblizji z każdym dniem coraz bardziej tęsknią za normalnością. Pragną, aby do ich świata powróciła normalność, jaką pamiętają sprzed wojny. Aby tego dokonać, trzeba stawić czoło niebezpieczeństwu i pokonać zło, które zakorzeniło się w świecie naszych bohaterów. W miarę upływu czasu wychodzą na jaw fakty, które są dla nich ogromnym zaskoczeniem, ponieważ nigdy nie spodziewali się, że mieszkańcy Jangblizji to nie do końca takie dobre istoty, za jakie je uważano. I tak, jak w naszym – ludzkim – świecie, tam także na światło dzienne wychodzą wady charakteru, zaś ekstremalne warunki, w jakich bohaterowie muszą żyć doskonale temu sprzyjają.


Miasto, w którym mieszkają Wilcy
© Ewa Kieńko Gawlik



I tak oto ostatecznie docieramy do końca tej niezwyklej historii, której finalną odsłoną jest tom trzeci zatytułowany We wnętrzu. Tym razem bohaterowie będą musieli zmierzyć się z rzeczywistością po zakończeniu wojny. Choć walki już się zakończyły, a Szmaragdowa Pani nikomu nie zagraża, to jednak, niczym grzyby po deszczu, zaczynają pojawiać się nowe problemy. Teraz najważniejsze jest bowiem, aby przywrócić normalność w Jangblizji. Szybko okazuje się, że nie będzie to wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. Pokonanie wroga to dopiero połowa sukcesu. To, co najważniejsze jest jeszcze przed naszymi bohaterami. Istoty wracają zatem do swoich domów i choć, jak tylko potrafią, starają się odbudować zniszczony wojną świat, to jednak bardzo szybko zdają sobie sprawę z tego, że nie uda im się powrócić do tego, co było. Będą więc zmuszeni budować nowe życie na zgliszczach starej Jangblizji. I jak to w życiu bywa, jedni są pełni zapału i wierzą, że uda się tego dokonać, zaś drudzy nie chcą już powrotu do przeszłości, a wszelkiego rodzaju próby odbudowania ich krainy jedynie ich drażnią i irytują.

Podobnie jak w poprzednich tomach, tutaj również na pierwszy plan wysuwają się dzieci króla Jangblizji – Nana i Roan. Wraz z grupą oddanych przyjaciół wyruszają w podróż, której głównym celem jest odnalezienie tajemniczych kul. Mają one bowiem zapewnić Jangblizji szczęście i przywrócić równowagę. Gdzie zatem należy się udać, aby móc je odnaleźć? Czy poszukiwania okażą się bezpieczne? Dlaczego te kule są dla nich tak bardzo ważne? Nasi bohaterowie przemierzają zatem swój świat wszerz i wzdłuż. Po drodze odkrywają miejsca, o których do tej pory nie mieli pojęcia. Spotykają także nieznane im dotąd istoty. Podczas tej podróży przeżywają szereg przygód, czasami są to przygody naprawdę niebezpieczne, a ich życie jest poważnie zagrożone. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, ich przyjaźń wystawiana jest na próbę. Dopiero teraz okaże się, czy więzi, które ich łączyły będą naprawdę tak silne, że nic nie zdoła ich zerwać, czy może ta przyjaźń była silna tylko z pozoru.

Wiedźmy Przemiany 
© Ewa Kieńko Gawlik
W trzecim tomie trylogii Agnieszka Steur zwraca szczególną uwagę na to, co dla młodego człowieka wkraczającego w dorosłe życie jest najbardziej istotne. Chodzi mianowicie o przyjaźń, która stanowi dla młodych ludzi ogromne wsparcie, gdy wokół wszystko staje na głowie i wydaje się, że nic nie można już zrobić, aby sytuację naprawić. Pojawiają się także pierwsze poważniejsze uczucia, jak zauroczenie płcią przeciwną, co z biegiem czasu może przeobrazić się w prawdziwą miłość. W tym wszystkim jest również miejsce na więzi rodzinne i relacje pomiędzy rodzicami a ich dziećmi. Z powodu różnicy pokoleń nie zawsze będą do dobre relacje, ale najważniejsze, aby nadać im właściwy kierunek. Autorka porusza także problem poświęcenia. Nie chodzi tutaj o sytuację, w której ktoś staje się tak zwanym kozłem ofiarnym, lecz o prawdziwe poświęcenie w imię najwyższych wartości.

Oprócz powyższego, cała ta historia od samego początku do końca niesie ze sobą jedno najważniejsze przesłanie. Nie wolno odrzucać kogoś tylko dlatego, że jest inny i że wyróżnia się na tle ogółu społeczeństwa. Jest to problem, który coraz częściej obserwujemy w dzisiejszym świecie. Brak tolerancji, współczucia czy zrozumienia i akceptacji inności sprawia, że wielu ludzi cierpi z tego powodu. Można zatem rzec, że pod tym względem Wojna w Jangblizji to historia na wskroś edukacyjna. Rolą pisarza nie jest bowiem pisanie dla mas łatwych, lekkich, przyjemnych i wielokrotnie pustych powieści, lecz edukowanie poprzez literaturę, szczególnie jeśli jest to literatura adresowana do młodego czytelnika. Mamy bowiem taki czas, kiedy młodzież czerpie wzorce przede wszystkim z Internetu czy innych mediów. Takie wzorce nie zawsze będą tymi właściwymi, zważywszy na fakt, iż jest tam naprawdę sporo nienawiści skierowanej do drugiego człowieka. Agnieszka Steur wychodzi temu naprzeciw i pokazuje, że można żyć zupełnie inaczej pomimo trudnej sytuacji. Autorka poprzez pokazanie tak ogromnej różnorodności wśród bohaterów stara się uzmysłowić czytelnikowi, że inność to nic złego. Inność może być naprawdę czymś dobrym, jeśli postaramy się ją zrozumieć, a jeśli nam się nie uda, to przynajmniej ją zaakceptujmy i dajmy szansę na jej istnienie, zamiast odtrącać. Aby to zrobić, należy najpierw zajrzeć do własnego wnętrza, jak robią to bohaterowie powieści, aby potem móc podjąć właściwe decyzje.

Zachęcam zatem każdego czytelnika, nie tylko tego młodego, ale również starszego, do sięgnięcia po Wojnę w Jangblizji, ponieważ całą tę historię nie tylko czyta się doskonale, ale także wynosi się z niej naprawdę wiele dobrego. Jest ona bowiem bardzo mądra pod względem życiowym. Fakt, iż jest to fantastyka dodatkowo podnosi jej walor. Dodatkowo wszystkie trzy tomy uzupełniają przepiękne ilustracje, od których nie można oderwać oczu.