środa, 14 października 2015

Mary Westmacott (Agatha Christie) – „W samotności”













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Wrocław 2015
Tytuł oryginału: Absent in the Spring
Przekład: Maria Grabska-Ryńska




Zdarza się, że los kieruje naszym życiem w taki sposób, iż w którymś momencie zmusza nas do tego, abyśmy się zatrzymali i zastanowili nad naszym dotychczasowym postępowaniem. Człowiek z reguły kieruje się egoizmem i bardzo często nie ma sobie niczego złego do zarzucenia. Jego zdaniem to inni ludzie są źli, zaś on sam zawsze postępuje właściwie. Swój własny wizerunek nierzadko postrzegamy w samych superlatywach, natomiast u innych dostrzegamy jedynie wady. Niemniej kiedy już zastanowimy się nad sobą, to bardzo często zdarza się, że dochodzimy do wniosku, iż wcale nie jesteśmy tacy idealni, jak sądziliśmy. Czasami muszą nam to uświadomić inni ludzie, a kiedy indziej są to sytuacje, w których aktualnie się znaleźliśmy.

Można rzec, że w taki właśnie sposób zadrwił sobie los z głównej bohaterki powieści autorstwa Agathy Christie piszącej pod pseudonimem Mary Westmacott. Otóż pewnego dnia Joan Scudamore wyjeżdża do jednej ze swoich córek – Barbary – która wraz z mężem mieszka w Bagdadzie. Jedzie tam, gdyż jej córka najprawdopodobniej jest poważnie chora, więc Joan jako troskliwa matka opuszcza na jakiś czas dom w Anglii i rusza na Bliski Wschód. Na miejscu okazuje się, że nie do końca jest tak, jak przewidywała Joan. Wydaje się bowiem, że choroba Barbary nie jest poważna, natomiast jej córka i zięć zachowują się nieco dziwnie, jak gdyby chcieli, aby Joan już wyjechała. Dlaczego? Czy coś ukrywają? Może coś złego dzieje się w ich małżeństwie i nie chcą martwić pani Scudamore? Może któreś z małżonków dopuściło się zdrady?

Skoro tylko Joan uświadamia sobie, że faktycznie nie jest do niczego potrzebna ani swojej córce, ani też zięciowi, wyjeżdża z Bagdadu. Bardzo szybko jednak okazuje się, że powrót do Anglii wcale nie będzie taki prosty. Otóż, z powodu awarii linii kolejowej pociąg, którym Joan ma udać się w dalszą drogę będzie znacznie opóźniony, nawet o kilka dni. Tak więc kobiecie nie pozostaje nic innego, jak tylko zatrzymać się w miejscowej gospodzie, której właścicielem jest pewien nietuzinkowy Hindus. To właśnie tutaj nasza bohaterka przechodzi swego rodzaju oczyszczenie wewnętrzne. Ponieważ ma sporo czasu do przyjazdu pociągu, zaczyna analizować swoje dotychczasowe życie. Takim impulsem staje się dodatkowo przypadkowe spotkanie z koleżanką sprzed lat, do której Joan Scudamore jakoś nigdy nie czuła szczególnej sympatii. To spotkanie uświadamia naszej bohaterce kilka istotnych spraw.

Początkowo Joan postrzega postój w dalszej podróży jako chwilę wytchnienia i wypoczynku. Niemniej już niedługo zaczyna rozmyślać o swojej rodzinie, znajomych i generalnie o swoim życiu. Analizuje swoje relacje z mężem i dziećmi, a także z przyjaciółmi. To, co sobie uświadamia wcale nie napawa jej optymizmem. W swoich myślach przegląda się niczym w lustrze, w którym odnajduje zupełnie inną kobietę, niż ta, którą do tej pory znała. Dla niej jest to sytuacja bardzo niekomfortowa. Takie zderzenie z rzeczywistością, którą do tej pory postrzegało się w całkiem innym świetle wcale nie należy do przyjemności, zważywszy że teraz trzeba przyznać się do błędów popełnianych przez lata. W tej sytuacji chyba jedynym mądrym postanowieniem będzie usiłowanie naprawienia tego, co jeszcze można ocalić. Czy zatem Joan Scudamore będzie w stanie odmienić swoje życie po powrocie do Anglii? Czy uda jej się zrozumieć swoich bliskich, których potrzeby do tej pory ignorowała, uważając, że to ona ma rację?

W samotności to trzecia z sześciu powieści napisanych przez Agathę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott. Powieść jest bardzo krótka, zaś jej akcja rozgrywa się częściowo na Bliskim Wschodzie, co oczywiście może być efektem podróży Autorki na tamte tereny u boku swojego drugiego męża – sir Maxa Edgara Luciena Mallowana (1904-1978), który był archeologiem. Podobnie jak w przypadku Róży i cisu, tutaj również czytelnik doświadcza ogromnej dawki psychologii. Prawdę powiedziawszy wielu z nas mogłoby śmiało utożsamiać się z główną bohaterką, bo przecież na świecie jest mnóstwo osób, które uważają samych siebie za chodzące ideały, które zawsze mają rację, dlatego innym wciąż narzucają swoje zdanie. W rezultacie jest jednak zupełnie inaczej.

Wśród bohaterów powieści chyba najbardziej do gustu przypadł mi mąż Joan Scudamore – Rodney, który z zawodu jest prawnikiem. Moim zdaniem ten bohater jest najrozsądniejszym z całej plejady postaci pojawiających się w książce. Potrafi mądrze rozwiązywać konflikty rodzinne i milczeć wtedy, gdy uważa to za konieczne, gdyż w innym przypadku jego słowa mogłyby wywołać niepotrzebne spory. Jeśli chodzi o dzieci Joan i Rodneya to różnie można o nich myśleć. Każde tak naprawdę jest inne i każde chce iść swoją własną życiową drogą, czemu oczywiście niejednokrotnie sprzeciwia się Joan. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Na pewno kierują nią matczyne uczucia, ale przecież nie zawsze narzucanie swoim dzieciom własnego zdania można wytłumaczyć uczuciami.

W samotności to także powieść, której akcja rozgrywa się w latach 30. XX wieku, kiedy Europa i świat stoją u progu wybuchu drugiej wojny światowej. Ludzie powoli zaczynają przebąkiwać o nieuniknionym konflikcie zbrojnym z Trzecią Rzeszą, choć są i tacy, którzy w ogóle w niego nie wierzą. Z kolei wspomnienia Joan Scudamore sięgają do lat 20. XX wieku. Tak sobie myślę, że Agatha Christie była doskonałą znawczynią ludzkich umysłów. Wiedziała, jakiego rodzaju słabostki tkwią w człowieku i właśnie tymi wadami obdarzała bohaterów swoich książek. Wiem, że czytelnicy znacznie bardziej cenią sobie Autorkę za jej doskonałe kryminały, niemniej powieści obyczajowe są również warte poznania, ponieważ widać w nich zupełnie inną Agathę Christie, co pozwala sądzić, że nie chciała, aby jej twórczość była jednokierunkowa.













piątek, 9 października 2015

John Jakes – „Miłość i wojna” # 2











Wydawnictwo:
KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA
Katowice 1992
Tytuł oryginału: Love and War
Przekład: Mieczysław Dutkiewicz 
& Feliks Netz
Tom I
Wojna domowa zwana też wojną secesyjną była konfliktem zbrojnym pomiędzy północnymi i południowymi stanami Ameryki. W zasadzie od samego początku istnienia Stanów Zjednoczonych industrialna Północ i agrarne Południe znacząco różniły się od siebie. Z biegiem czasu różnice te zaczęły się poważnie nasilać, co w konsekwencji doprowadziło do nieuniknionego konfliktu. Krytyczna sytuacja miała miejsce w latach 60. XIX wieku. Jedną z podstawowych przyczyn wybuchu wojny secesyjnej była kwestia rolnictwa. Stany leżące na południu kraju opierały swoją gospodarkę na wyrobie bawełny, która była wówczas opłacalna dzięki taniej niewolniczej sile roboczej. Z kolei na obszarach północnych istniał bardzo dobrze rozwinięty przemysł, a także prężnie rozwijał się ruch abolicjonistyczny, którego celem była walka o zniesienie niewolnictwa. Spór ten jeszcze bardziej zaostrzył się, kiedy nastąpiło przyłączenie do państwa trzech nowych stanów po zakończeniu wojny z Meksykiem w 1848 roku. Południowcy zażądali wtedy, aby niewolnictwo było w nich prawnie dozwolone, a temu stanowczo sprzeciwiali się mieszkańcy Północy.

W 1860 roku na prezydenta Stanów Zjednoczonych został wybrany Abraham Lincoln (1809-1865). Od tego momentu nastroje na Południu zradykalizowały się w znacznym stopniu. Nowy prezydent był uznawany za zagorzałego przeciwnika niewolnictwa. W tym samym czasie w piętnastu południowych stanach niewolnictwo było dozwolone, zaś w dwudziestu trzech stanach północnych zakazane. Podczas wyborów prezydenckich na południu kraju pojawiły się liczne głosy, iż w przypadku zwycięstwa Abrahama Lincolna od Unii odłączą się stany południowe, co oczywiście stanowiło zapowiedź zbliżającej się wielkimi krokami wojny secesyjnej. Tak więc w odpowiedzi na wybór Abrahama Lincolna na prezydenta w dniu 20 grudnia 1860 roku swoje wystąpienie z Unii ogłosiła Południowa Karolina. Z kolei dnia 4 lutego 1861 roku w trakcie kongresu w Montgomery siedem stanów utworzyło Konfederację Stanów Ameryki na czele z prezydentem Jeffersonem Davisem (1808-1889). Przed końcem 1861 roku do Konfederacji należało jedenaście stanów, zaś w ostatecznym rozrachunku było ich siedemnaście. W związku z powyższym konflikt zbrojny wydawał się tylko kwestią czasu. Wtedy też na dowódcę armii Południa wybrano doświadczonego żołnierza, którym był generał Robert Edward Lee (1807-1870). Abraham Lincoln nie spieszył się bynajmniej z wypowiedzeniem wojny, ani też z ogłoszeniem zniesienia niewolnictwa, ponieważ chciał rozwiązać ten konflikt bez rozlewu krwi. Dopiero w dniu 5 kwietnia 1861 roku wydal dekret o wyjęciu spod prawa stanów, które odważyły się zbuntować. Odpowiedzią na takie działanie ze strony prezydenta było uderzenie Południowców na obsadzony przez wojska federalne Fort Sumter znajdujący się w Karolinie Południowej. Do ataku doszło 12 kwietnia 1861 roku. Ten fakt stał się początkiem wojny, która w historii Stanów Zjednoczony zapisała się wielkimi literami i wciąż jest jednym z najważniejszych tematów poddawanych dyskusjom.


Ostrzeliwanie Fortu Sumter przez Konfederatów


Chociaż Konfederacja była de facto słabsza pod względem gospodarczym, jak również posiadała mniej mieszkańców, to jednak początkowo odnosiła poważne sukcesy militarne. Fakt ten wynikał w przeważającej mierze z braku przygotowania stanów północnych do wojny. Niemniej zasadniczą rolę odgrywało tutaj większe doświadczenie wojskowe dowódców Konfederacji. Aczkolwiek liczne zwycięstwa ze strony armii Konfederacji walczącej na wschodzie zostały zrównoważone przez sukcesy generała Ulyssesa Granta (1822-1885), który dowodził na zachodzie wojskami Unii. W dniu 20 maja 1862 roku wydano tak zwany Homestead Act. Była to ustawa dotycząca gospodarstw rolnych. Na jej mocy za niewielką opłatą gwarantowano zakup ziemi imigrantom przybyłym z Europy. Za tak korzystne warunki zakupu imigranci zobowiązani byli odbyć służbę w oddziałach armii Północy. Z kolei pod presją ze strony radykalnego ugrupowania republikanów Abraham Lincoln ogłosił w dniu 23 września 1862 roku, iż zbuntowane stany muszą powrócić do Unii do 1 stycznia 1863 roku, ponieważ w innym wypadku ich niewolnicy otrzymają wolność i w efekcie będą mogli bez przeszkód wstępować do sił zbrojnych Unii. Na skutek braku reakcji ze strony Konfederacji w dniu 1 stycznia 1863 roku w życie wszedł dekret o zniesieniu niewolnictwa, czyli był to tak zwany akt abolicji, który 18 grudnia 1865 roku został włączony do Konstytucji jako 13. poprawka.

Abraham Lincoln 
Prezydent stanów należących do Unii.
W decydujący etap wojna secesyjna weszła w 1863 roku. Generał Robert Edward Lee przeszedł przez rzekę Potomac i zagroził w ten sposób Waszyngtonowi. Aczkolwiek po niezwykle zaciętej walce pod Gettysburgiem w dniach 1-3 lipca 1863 roku, zmuszony był wycofać się na południe. Od tej chwili Konfederaci zaczęli już tylko się bronić, zaś armia Unii osiągała coraz większe sukcesy na polu bitwy. W 1864 roku Abraham Lincoln został wybrany na prezydenta po raz drugi. Stało się to wbrew oczekiwaniom Południa. Z kolei armia Unii coraz bardziej przesuwała się na południe, podczas gdy klęska wojsk Konfederacji była nieunikniona. Prezydent Południa Jefferson Davis robił wszystko, aby tylko zdobyć poparcie ze strony Wielkiej Brytanii, lecz jego polityka okazała się nieskuteczna. Brytyjczycy bowiem nie zdecydowali się na oficjalny sojusz z Konfederacją.

Z powodu zdecydowanej przewagi wojsk Północy, armia Konfederacji zaczęła w 1865 roku myśleć o kapitulacji. Taktyka, która miała na celu doszczętnie zniszczyć ziemię Południa przez jej spalenie dość poważnie osłabiła gospodarkę stanów południowych, a tym samym znacznie ucierpiało też zaopatrzenie ich wojska. Tak więc w dniu 9 kwietnia 1865 roku w Appomattox generał Robert Lee złożył swój podpis na akcie kapitulacji Konfederacji. Fakt ten oznaczał tylko jedno: koniec wojny secesyjnej, czyli konfliktu zbrojnego trwającego niemalże pięć długich lat; konfliktu, który pochłonął życie kilkuset tysięcy ludzi. Znaczącą rolę w zwycięstwie Unii odegrał oczywiście prezydent Abraham Lincoln. Aczkolwiek już pięć dni po zawarciu pokoju został zastrzelony przez zamachowca, który związany był z Południem.

Zwycięstwo Unii przyspieszyło zmiany, które zaszły w Stanach Zjednoczonych. Następował bowiem dość szybki rozwój przemysłu, a agrarne Południe zaczęło tracić na znaczeniu. Zniesiono także niewolnictwo, choć w stanach południowych życie Afroamerykanów wciąż było bardzo ciężkie. Wojna domowa w USA nie przyczyniła się do jakichś specjalnie trwałych podziałów czy antypatii w społeczeństwie. Po zakończeniu wojny Stany Zjednoczone wstąpiły na drogę bardzo szybkiego rozwoju, a co za tym idzie w kolejnym wieku stały się największym mocarstwem na świecie.

Jefferson Davis
Prezydent Konfederacji
Jeśli przeczytaliście powyższy wstęp, to zapewne domyślacie się, że tłem historycznym drugiego dwuczęściowego tomu legendarnej już trylogii o rodzinach Mainów i Hazardów, jest właśnie wojna secesyjna. U obydwu rodzin od chwili pierwszego spotkania naprawdę wiele się zmieniło. Połączyła je nie tylko przyjaźń na śmierć i życie, ale też małżeństwo Billy’ego Hazarda (brat George’a) i Brett Main (siostra Orry’ego). W poprzedniej części czytelnik pozostawił bohaterów u progu wybuchu wojny domowej. Dla obydwu rodzin są to tragiczne chwile nie tylko z powodu tego, że poleje się krew, a oni będą musieli walczyć w tej wojnie i zadawać śmierć, ale przede wszystkim jest im ciężko, ponieważ wiedzą, że zostaną zmuszeni do tego, aby walczyć po przeciwnych stronach. Zdają sobie też sprawę z tego, że nie wszyscy mogą tę wojnę przeżyć. Co ważne, prawdziwa i szczera przyjaźń zaczyna łączyć już nie tylko George’a i Orry’ego, ale także Billy’ego Hazarda i Charlesa Maina, który jest kuzynem Orry’ego. Obydwaj mężczyźni – podobnie jak ich starsi bracia – spotkali się tuż przed wyjazdem do Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point, gdzie ich wzajemna sympatia jeszcze bardziej przybrała na sile. Tak samo, jak kiedyś George i Orry, oni także muszą w akademii stawiać czoło bezwzględnemu Elkanahowi Bentowi, gdyż ten postanowił sobie, że nie spocznie dopóki nie zemści się na Mainach i Hazardach za swoją krzywdę. Tak więc skoro na razie nie może dotknąć bezpośrednio tych, którzy przyczynili się do jego chwilowego upadku, to zrobi to wykorzystując młodszych członków obydwu rodzin.

Zarówno jedna, jak i druga rodzina zmuszona jest także radzić sobie z problemami wewnętrznymi. Otóż Orry wciąż nie potrafi zapomnieć swojej młodszej siostrze – Ashton – czynu, którego dopuściła się jakiś czas temu i który omalże nie doprowadził do tragedii. Nie dziwi więc fakt, że kobieta pała żądzą zemsty na bracie i tylko czeka sposobności, aby zaatakować. Pomimo że wydaje się, iż teraz interesują ją zupełnie inne sprawy, to jednak Ashton nie zapomina o upokorzeniu. Praktycznie od wczesnych lat dzieciństwa wyróżniała się nieprzeciętną urodą, co oczywiście doskonale wykorzystywała, wabiąc do swojego łóżka coraz to nowych mężczyzn, mając w tym swój ukryty cel. Jest ambitna i dąży do celu po trupach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie waha się nawet wykorzystać swojego męża Jamesa Huntoona, którego uważa za życiowego nieudacznika. Wychodząc za niego za mąż sądziła, że będzie mogła u jego boku zajść nawet do Białego Domu jako Pierwsza Dama, a tu takie rozczarowanie!

Obsada serialu Północ-Południe
Jest też Cooper Main, który próbuje swoich sił w przemyśle morskim, ale jakoś nie za bardzo sobie radzi. W dodatku jego rodzinę dotyka ogromna tragedia, za którą odpowiedzialność spada na Ashton. Czy słusznie? Czy naprawdę młodsza siostra przyczyniła się do dramatu, jaki rozegrał się podczas podróży Coopera z Liverpoolu do Ameryki? Jak cała na sytuacja wpłynie na rodzinę mężczyzny? Czy nie doprowadzi do jej rozpadu? Oczywiście na matkę żadne z rodzeństwa nie może liczyć. Kobieta po śmierci męża zamknęła się w sobie i porusza się we własnym świecie, który sama sobie stworzyła. Clarissa Main nie ma pojęcia, co tak naprawdę dzieje się wokół. Nie wie nawet, że toczy się wojna i giną ludzie.  

W rodzinie Hazardów też nie jest lepiej. Brat George’a – Stanley Hazard – żyje pod silnym wpływem swojej żony, która oczekuje od niego coraz więcej. Wojna sprzyja bowiem temu, aby wspinać się po szczeblach kariery, co Stanley stara się czynić z lepszym lub gorszym skutkiem. Z kolei Virgilia Hazard – zagorzała abolicjonistka – nadal tkwi usilnie w swoich poglądach. Osobista tragedia, którą przeżyła sprawiła, że jeszcze bardziej nienawidzi mieszkańców Południa. Choć nie bierze już udziału w wiecach i spotkaniach ruchu abolicjonistycznego, to jednak nie przestaje mścić się na Południowcach za swoje prawdziwe bądź wyimaginowane krzywdy.

Zarówno George, jak i Orry zostali powołani do służby wojskowej. Obydwaj są jeszcze na tyle młodzi, że z powodzeniem mogą pomóc swojemu krajowi w walce. Pomimo że nie walczą bezpośrednio na froncie, to jednak ich praca wiele wnosi do przebiegu wojny. I tak George Hazard pracuje w Waszyngtonie, zaś Orry Main siedzi w biurze w Richmond. Z kolei Billy Hazard i Charles Main muszą stanąć twarzą w twarz z wrogiem; muszą wbijać w jego ciało ostrza bagnetów i robić wszystko, aby tę rzeź przeżyć. Nie obywa się oczywiście bez dramatycznych scen, kiedy praktycznie wydaje się, że nie wyjdą już z nich cało. Niemniej, w całym tym chaosie wciąż najważniejsza jest ich przyjaźń i są zdolni naprawdę wiele poświęcić, aby jej bronić.

Wydawnictwo:
KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA
Katowice 1992
Tytuł oryginału: Love and War
Przekład: Feliks Netz
Tom II
To tyle, jeśli chodzi o wojnę. Jak mówi tytuł, sporo miejsca zabiera także miłość. Praktycznie to ona dodaje naszym bohaterom skrzydeł i sprawia, że są w stanie w ogóle funkcjonować. Choć wojna rozdzieliła ich ze swoimi życiowymi partnerami, to jednak oni wierzą, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym będą mogli znów przytulić się do ukochanej osoby. Ta myśl sprawia, że ich umysły są jeszcze w jako takim stanie. Pole bitwy nie jest miejscem, gdzie można funkcjonować i nie zwariować. Wokół pełno trupów i dogorywających żołnierzy. 

W tej części trylogii oprócz polityki, której jest naprawdę sporo, czytelnik odnajdzie również zwykłe ludzkie dramaty, które pomimo upływu wieków i lat wciąż są takie same. Człowiek wbrew pozorom w ogóle się nie zmienia. Autor tak pokierował fabułą, że czytelnik jest także świadkiem zawiązywania się spisku, którego konsekwencje mogą być naprawdę poważne, jeśli ktoś nie zapobiegnie jego realizacji.

Wszystkie trzy części tej historii zostały sfilmowane: Północ-Południe (1985), Miłość i Wojna (1986) oraz Niebo i Piekło (1994).  W poprzednim wpisie dotyczącym tej trylogii, pisałam, że książki znacznie różnią się od serialu, który wszyscy znamy. Dlatego jeśli ktoś chce poznać prawdziwe losy rodziny Hazardów i rodziny Mainów powinien sięgnąć po powieści. Dla mnie cała trylogia jest swoistym arcydziełem literackim. Ktoś może powiedzieć, że zbyt dużo w tej historii polityki? Ale z drugiej strony, jak inaczej napisać książkę, w której tle znajduje się jeden z najpoważniejszych konfliktów militarnych, jaki dotknął Stany Zjednoczone, bez sięgnięcia po politykę? Tego po prostu inaczej zrobić się nie da.

Na przestrzeni lat, w których rozgrywa się akcja powieści czytelnik dostrzega, jak bardzo poszczególni bohaterowie zmieniają się. Ich charaktery nie są już takie same, jak miało to miejsce przed wojną. Zniknęła gdzieś beztroska i radość, które zostały zastąpione żądzą krwi i obojętnością na wiele spraw. Wygląda to tak, jakby w niektórych bohaterach doszczętnie wypaliły się pozytywne emocje. Uczuciowo osoby te są po prostu martwe. Okrucieństwo wojny sprawiło, że nie potrafią już okazywać pozytywnych emocji. Tęsknota za domem i bliskimi oraz pragnienie rychłego zakończenia wojny są chyba jednymi uczuciami, jakie odczuwają nasi bohaterowie. Wszyscy tak naprawdę są już zmęczeni otaczającą rzeczywistością. W dodatku niewolnicy, którzy jeszcze tak niedawno byli posłuszni swoim właścicielom, teraz zaczynają się buntować i planować zemstę za lata niewoli. Tak więc mieszkańcy Południa muszą stale uważać, aby nie zostać zamordowanym przez własnego niewolnika. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze bieda, która dotyka stany południowe.

Dla mnie osobiście trylogia o Hazardach i Mainach jest jedną z tych pozycji, których nie udało mi się przeczytać wcześniej, a która zawsze była mi bliska z powodu serialu i doskonałej roli mojego ulubionego aktora – Patricka Swayze (1952-2009). Nie przeczę, że filmowa adaptacja jest piękna i zachwyca pod każdym względem. Niemniej nie można jej porównywać z książką.









środa, 7 października 2015

Justyna Wydra – „Esesman i Żydówka. Wojna i miłość”













Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Poznań 2015





Kiedy myślimy o latach drugiej wojny światowej i nazistach, wówczas przed oczami stają nam dramatyczne obrazy z esesmanami w roli głównej. Ci, którzy urodzili się już po wojnie znają ją z opowiadań swoich rodziców czy dziadków albo z filmów i literatury. Druga wojna światowa z biegiem czasu stała się bowiem doskonałym tematem dla pisarzy i filmowców, którzy tworząc swoje dzieła pragną jak najdłużej zachować w ludzkiej pamięci tamte tragiczne chwile. Z roku na rok powstają lepsze i gorsze produkcje filmowe, zaś do księgarń i bibliotek trafiają coraz to nowe publikacje. Czasami są to wspomnienia naocznych świadków, których jest już coraz mniej, a niekiedy są to fikcyjne poruszające czytelnika historie, które de facto mogły wydarzyć się naprawdę. Uważam, że tego typu literatury nigdy nie będzie zbyt mało i wciąż trzeba ją tworzyć, żeby nie pozwolić młodym ludziom zapomnieć.

Zawsze, gdy słucham opowieści osoby, która przeżyła wojnę, doświadczyła na własnej skórze okrucieństwa esesmanów, czy też dane było jej przeżyć obóz koncentracyjny, zadaję sobie pytanie, kto będzie nam opowiadał o tamtych latach, kiedy naocznych świadków zabraknie? Czy wtedy druga wojna światowa nie przejdzie przypadkiem do lamusa, a my zajmiemy się zupełnie innymi sprawami, znacznie nam bliższymi? Przyznam, że nie chciałabym, żeby tak się stało. Dlatego za każdym razem, kiedy na polski rynek wydawniczy wchodzi książka o tematyce wojennej, bardzo się z tego cieszę. Moja radość jest podwójna, gdy widzę, że autorem/autorką jest osoba młoda, jak Justyna Wydra – autorka Esesmana i Żydówki. Wtedy wiem, że w ludziach młodych również drzemie pragnienie pisania o rzeczach ważnych.

Pomysł na fabułę książki nie jest wcale nowy. Wielu pisarzy sięgnęło już po motyw miłości pomiędzy hitlerowcem-katem a jego ofiarą. Na świecie jest również wielu autorów, którzy w swoich książkach próbują nadać ludzką twarz wyznawcom Adolfa Hitlera (1889-1945). Głównie chodzi tutaj o literaturę kobiecą, gdzie pozytywne uczucia rodzące się pomiędzy faszystą a jego ofiarą wcale nie należą do rzadkości. Wspomnę chociażby o takich pisarkach, jak Danielle Steel, Eva Weaver czy Jodi Picoult. Pomimo że wymienione przeze mnie autorki opowiadają fikcyjne historie, to jednak nie oznacza to, że „dobrych Niemców” w ogóle nie było. Otóż byli i trzeba o nich pamiętać. Historia podaje nawet ich nazwiska. W żadnym wypadku nie chcę tutaj wybielać nazistów. Chciałabym tylko oddać sprawiedliwość tym, którzy pomimo niezwykle trudnych czasów potrafili sprzeciwić się swojemu psychopatycznemu zwierzchnikowi i czasami nawet kosztem własnego życia ratowali swoje ofiary albo zwyczajnie odmawiali wykonania na nich wyroku śmierci, za co sami trafiali na szubienicę albo przed pluton egzekucyjny składający się z ich kolegów.

Pisząc o wojnie autor raczej nie wykazuje się jakąś szczególną inwencją twórczą, ponieważ wszystkie te książki są do siebie bardzo podobne. W takim przypadku znacznie bardziej liczy się wykonanie, aniżeli pomysłowość. Wbrew pozorom pisanie o wojnie nie jest wcale takie łatwe. Trzeba bowiem oddać w sposób wiarygodny przerażającą okupacyjną atmosferę, a także skupić się na emocjach bohaterów. Z jednej strony należy pokazać jak bardzo byli odważni, walcząc w ruchu oporu, zaś z drugiej jak bardzo bali się nie tylko o swoje życie, ale także o życie swoich bliskich. Czy zatem Justyna Wydra poradziła sobie na tym polu? Myślę, że nie do końca. O ile strona historyczna jest w zasadzie bez zarzutu, to kwestia emocjonalna poszczególnych postaci nieco kuleje, ponieważ targające bohaterami uczucia – oprócz miłości – nie są żywe, tylko potraktowane w sposób „suchy” i powierzchowny. Aby napisać tego typu książkę autor musi też być co najmniej niezłym psychologiem. W dodatku druga wojna światowa nie jest w żadnym razie tematem, którym należałoby się bawić i traktować go lekko, pomimo że ludzie żyjący w okupowanej Polsce wcale nie byli pozbawieni poczucia humoru, który pozwalał im przeżyć i nie zwariować.

Akcja powieści rozgrywa się w okupowanym Krakowie, a potem – już po zakończeniu wojny – w Gliwicach, aby po jakimś czasie w dramatycznych okolicznościach przenieść się do Niemiec. Głównymi bohaterami są Żydówka Debora Singer oraz młody esesman Bruno Kramer. Naszych bohaterów poznajemy w momencie, gdy z transportu przewożącego Żydów do obozu w Auschwitz ucieka grupa więźniów. Jest rok 1943, więc sam środek wojny. Oczywiście eskortujący transport esesmani natychmiast podejmują działania, które mają na celu złapanie uciekinierów albo po prostu ich zabicie. Jedną z więźniarek jest wspomniana już Debora Singer. Niestety, w chwili, gdy wyskakiwała z pociągu wylądowała na ziemi tak nieszczęśliwie, że boleśnie skręciła nogę w kostce, dlatego też o dalszej ucieczce nie może być już mowy. Debora wie, że kiedy zostanie odnaleziona przez esesmana, czeka ją śmierć. Przecież oni nie mają litości. Jeden strzał i po sprawie, o ile najpierw nie będą chcieli się z nią zabawić, jak to mają w zwyczaju.

Kiedy zrozpaczona Debora siedzi tak ukryta w jakichś zaroślach, do jej uszu dochodzi odgłos czyichś ciężkich kroków. Serce dziewczyny o mało nie wyskoczy z piersi. Oby tylko śmierć była natychmiastowa i bezbolesna. Ona wie, że za tymi ciężkimi krokami, które słychać coraz bliżej, kryje się jej kat. Na spotkanie z nim twarzą w twarz nie musi długo czekać. I kiedy już dziewczyna jest przekonana, że za moment jej krótkie życie dobiegnie końca, staje się cud. Esesman wcale nie ma zamiaru jej zabić. Przygląda się jej uważnie i zaczyna rozmowę. Debora nie przestaje czuć paraliżującego strachu i nie rozumie niecodziennego zachowania Niemca, ale też budzi się w niej jakiś bunt, który każe do ostatniej minuty bronić swojej godności. Szybko okazuje się, że Bruno i Debora wcale nie są sobie obcy. Oni już kiedyś się spotkali, choć dziewczyna zdaje się tego nie pamiętać. To Bruno wie, że zawdzięcza Deborze życie.

Opisane powyżej dramatyczne okoliczności stają się początkiem niezwykłej znajomości pomiędzy okrutnym esesmanem, który ma na swoim koncie mnóstwo ludzkiego cierpienia, a młodą kobietą żydowskiego pochodzenia, która już za samą narodowość powinna zostać rozstrzelana. Z dnia na dzień obydwoje czują, że zaczyna ich łączyć uczucie, nad którym nie będą w stanie zapanować. Oczywiście jest to uczucie bardzo trudne, zważywszy na czas, w jakim przyszło im żyć, lecz mimo to ich spotkania stają się coraz częstsze, a Bruno rozkłada, jak gdyby ochronny parasol nad Deborą. Czy zatem nie przyjdzie im kiedyś srogo zapłacić za tę zakazaną miłość? Co stanie się, kiedy cała sprawa wyjdzie na jaw? Jak zareagują zwierzchnicy esesmana, gdy dowiedzą się, że ten zamiast mordować, udziela pomocy? Czy członkowie ruchu oporu, w którym działa Debora nie będą chcieli się jej pozbyć i zlikwidować na mocy wyroku sądu Polskiego Państwa Podziemnego?


Deportacja Żydów z krakowskiego getta w marcu 1943 roku


Trzeba przyznać, że historia miłości Debory i Bruna jest niezwykła, piękna i romantyczna, a jest taka tylko dlatego, że Autorka dość znacząco ją wyidealizowała. Zdaję sobie sprawę z tego, że Justyna Wydra miała swoją własną koncepcję napisania powieści i tego pomysłu twardo się trzymała. Ale czy w takim razie nie zaszkodziło to książce pod względem jej wiarygodności? Nie sądzę, żeby w realnym wojennym świecie zwierzchnicy Debory z ruchu oporu potraktowali całą sprawę łagodnie i bez jakichkolwiek konsekwencji. Przecież dziewczyna zadawała się z faszystą, który był dla Polaków i Żydów wrogiem numer jeden! Nie był przecież członkiem Polskiego Państwa Podziemnego i szpiegiem, który zdradzał Trzecią Rzeszę! Pamiętajmy, że kobiety, które wchodziły w jakiekolwiek bliższe osobiste kontakty z esesmanami były albo likwidowane przez członków ruchu oporu, albo też – jeśli miały sporo szczęścia – traciły tylko swoją urodę. Natomiast jeżeli kontakty te miały na celu rozpracowanie wroga, to wtedy sprawa wyglądała zupełnie inaczej. W tym przypadku ruch oporu jest bardzo łaskawy dla Debory, a ona nie ponosi praktycznie żadnych konsekwencji dotyczących jej znajomości z esesmanem.

Z kolei Bruno stoi, jak gdyby w rozkroku, a pod nogami ma zasady działania Trzeciej Rzeszy, według których zobligowany jest postępować, i dobro swoich ofiar. Jest to sytuacja bardzo trudna, szczególnie dla kogoś, kto od pewnego czasu brzydzi się przemocą wobec niewinnych ludzi. Ponieważ akcja części powieści rozgrywa się w Krakowie, przed sięgnięciem po książkę sądziłam, że oczami wyobraźni zobaczę okupowany Kraków, poznam życie jego zwykłych mieszkańców, będę świadkiem spotkań członków ruchu oporu. Niestety, niczego takiego nie widziałam. Owszem, wojna w Krakowie wyglądała nieco inaczej niż w Warszawie. Była może delikatniejsza, jeśli w ogóle w tym kontekście można użyć tego słowa. Niemniej, chciałabym to wszystko odczuć namacalnie. Chciałam, żeby atmosfera okupowanego Krakowa mnie wchłonęła, a tak się nie stało. Podobnie też rzecz przedstawia się, jeśli chodzi o emocje bohaterów. Autorka skupia się jedynie na ich miłości, jak gdyby zapominając, że wszystko to, co dzieje się obok jest równie ważne. Uważam więc, że wydarzenia, które rozgrywają się w Krakowie powinny być bardziej rozbudowane, bo tak naprawdę to one stają się początkiem tego, co czeka zarówno bohaterów, jak i samego czytelnika po przeniesieniu akcji powieści do Gliwic, a potem do powojennych Niemiec. Jest to powieść jednowątkowa, co niestety działa na jej niekorzyść. 

Skoro już mowa o Gliwicach, to na tym polu doznałam emocjonalnego szoku. Okazało się bowiem, że ofiary wojny były w stanie upodlić się i stać się dokładnie takie same, jak ich okupant, kiedy jeszcze myślał, że wojnę wygra. Oczywiście zrozumiałe są gniew, złość i mordercza chęć zemsty celem wyrównania rachunków, ale czy w związku z tym należy zniżać się aż do takiego poziomu, jak robią to nasi bohaterowie poboczni? Smutne jest, że ten motyw w powieści wcale nie jest fikcją. Takie rzeczy działy się naprawdę. Justyna Wydra tak pokierowała fabułą powieści, że prawdę powiedziawszy bardziej żal jest kata, aniżeli ofiary. Dlaczego? Otóż Bruno Kramer swoim postępowaniem wobec Debory, a także innych ludzi, którym na pewno nie powinien pomagać w żaden sposób, budzi w czytelniku współczucie. Z kolei Debora Singer ciągłym niezdecydowaniem i poniekąd zdradą miłości swojego życia, co oczywiście jest jak najbardziej zrozumiałe, powoduje, że czytelnik czasami jest na nią wściekły. W końcu decyzje podejmuje za nią samo życie. Na pewno Deborze nie można odmówić odwagi. Ostatecznie nasi główni bohaterowie muszą zapłacić naprawdę wysoki rachunek za swoją miłość, ale to uczucie jest tego warte. 

Esesman i Żydówka to powieść, którą warto przeczytać, bez względu na to, czy gustujemy w literaturze wojennej, czy też mamy jakieś inne preferencje czytelnicze. Książka nie jest doskonała i posiada swoje niedociągnięcia, zarówno fabularne, jak i warsztatowe, ale mimo to stanowi lekturę niezwykle poruszającą i dającą do myślenia. Ta książka sprawia, że widzimy zupełnie inną twarz faszysty niż ta, którą generalnie znamy z historii. Fabuła powieści doskonale nadaje się do przedyskutowania, na przykład podczas spotkań Dyskusyjnych Klubów Książki, które działają przy polskich bibliotekach. Można bowiem bez końca poddawać analizie psychologicznej Deborę i Bruna, a i tak nie jest możliwe wyciągnięcie z niej jednego wspólnego wniosku.








wtorek, 6 października 2015

Mary Westmacott (Agatha Christie) – „Róża i cis”













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Wrocław 2015
Tytuł oryginału: The Rose and the Yew Tree
Przekład: Maciej Grabski




Zapewne każdy słyszał o Agacie Christie, która uznanie czytelników zdobyła dzięki swoim niezwykłym powieściom kryminalnym. W jej nieprzeciętnej wyobraźni powstało wielu bohaterów, zaś do najbardziej znanych bez wątpienia należy zaliczyć Herkulesa Poirot oraz pannę Marple. Niemniej, tylko nieliczni wiedzą, że spod pióra Agathy Christie wychodziły także powieści obyczajowe, które Autorka stworzyła pod pseudonimem Mary Westmacott. Najprawdopodobniej w ten sposób chciała sprawdzić, czy popularność jej książek opiera się na jej wyjątkowym talencie, czy jedynie na sławie, którą już zdobyła dzięki kryminałom. A może stworzyła je po prostu dla zabawy? Co ważne, w 1971 roku Agatha Christie otrzymała Order Imperium Brytyjskiego, czyli odznaczenie ustanowione 4 czerwca 1917 roku przez króla Jerzego V (1865-1936).

Agatha Christie, urodziła się w zamożnej rodzinie w dniu 15 września 1890 roku jako Agatha Miller. Była bardzo zżyta ze swoją matką, natomiast wolny czas spędzała w swoim wielkim domu, opowiadając rozmaite historie. Kiedy dorosła poznała swojego pierwszego męża – pułkownika Archibalda Christie (1889–1962), który był pilotem w Królewskim Korpusie Lotniczym (z ang. Royal Flying Corps). Niestety, małżeństwo pisarki nie przetrwało próby czasu i para rozwiodła się w 1928 roku. Z ich związku narodziła się córka Rosalind Margaret Clarissa Hicks (1919-2004).

W grudniu 1926 roku Agatha Christie zniknęła na jakiś czas z życia publicznego, aż w końcu odnalazła się w hotelu Harrogate. Swoje zniknięcie tłumaczyła amnezją, która prawdopodobnie dotknęła ją po śmierci matki. Niedługo potem poznała swojego drugiego męża – sir Maxa Edgara Luciena Mallowana (1904-1978), który był archeologiem. Pisarka wyjeżdżała z nim na wykopaliska znajdujące się na Bliskim Wschodzie. Te podróże stały się dla niej inspiracją przy pisaniu powieści, gdyż to właśnie tam umiejscawiała akcje niektórych swoich książek. W czasie pierwszej wojny światowej Agatha Christie pracowała w szpitalu jako pielęgniarka i farmaceutka. Wtedy też poważnie zachorowała na grypę. Jak się potem okazało choroba sprawiła, że Agatha Christie zaczęła pisać. Jej pierwszą książką była Tajemnicza historia w Styles, którą wydała – po licznych odmowach wydawców i poprawkach – dopiero po wojnie w 1920 roku. W większości jej powieści podstawowym elementem jest morderstwo dokonane przy pomocy trucizny.  

Jak już wspomniałam wyżej, Agatha Christie napisała kilka powieści obyczajowych pod pseudonimem Mary Westmacott. Wśród tych książek znajdują się takie tytuły jak: Niedokończony portret, Róża i cis, W samotności, Brzemię, Córka jest córką oraz Chleb olbrzyma. Niemniej, największy światowy rozgłos przyniosły jej powieści kryminalne, których sprzedaż sięgnęła ponad miliard egzemplarzy w języku angielskim oraz kolejny miliard w innych językach świata. We Francji do roku 2003 książki Agathy Christie zostały sprzedane w czterdziestu pięciu milionach egzemplarzy. W 1973 pisarka przeszła udar mózgu i z tego też powodu przestała pisać. Zmarła 12 stycznia 1976 roku.

Agatha Christie
w wieku trzydziestu pięciu lat
Róża i cis to powieść, w której czytelnik nie znajdzie praktycznie żadnych sekretów, ponieważ fabuła ukierunkowana jest bardziej na stany emocjonalne poszczególnych bohaterów. Narratorem jest tutaj niejaki Hugh Norreys, zaś akcja powieści rozgrywa się tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Pewnego dnia do paryskiego biura Hugh przychodzi tajemnicza kobieta, która twierdzi, że nazywa się Catherine Yougoubian i jest znajomą Johna Gabriela, który właśnie jest umierający. Jej zdaniem Norreys powinien jak najszybciej udać się do mieszkania, gdzie dogorywa John Gabriel, gdyż ten jeszcze przed śmiercią pragnie się z nim widzieć. Widocznie ma Hugh coś ważnego do powiedzenia. Niestety, z jakiegoś niezrozumiałego zarówno dla Catherine Yougoubian, jak i dla czytelnika powodu, Norreys nie chce tam pójść, ponieważ uważa, że znajomość z Johnem Gabrielem była najgorszą rzeczą, jaka przytrafiła mu się w życiu. Jak można sobie wyobrazić, Catherine Yougoubian jest wstrząśnięta taką odpowiedzią. Czy zatem kobieta zdoła przekonać naszego narratora, aby ten odwiedził swojego znajomego, nawet jeśli faktycznie w przeszłości poważnie się poróżnili? Co takiego stało się, że Hugh Norreys reaguje tak negatywnie na samo brzmienie nazwiska swojego kolegi?

W tym momencie cofamy się w czasie i pozwalamy, aby Hugh Norreys opowiedział nam od samego początku historię swojej znajomości z Johnem Gabrielem. Obydwaj panowie spotkali się w niezwykle malowniczej kornwalijskiej miejscowości o nazwie St Loo, gdzie w domu swojego brata Hugh dochodził do siebie po bardzo poważnym wypadku samochodowym, na skutek którego został sparaliżowany i od tamtego momentu poruszał się jedynie na wózku inwalidzkim. Zarówno brat, jak i bratowa zapewnili naszemu bohaterowi jak najlepsze warunki, więc jego rekonwalescencja przebiegała dość pomyślnie, nie licząc incydentalnych załamań nerwowych. No cóż, nie ma się czemu dziwić. Przecież Hugh był zdrowym trzydziestoparoletnim mężczyzną, który nagle musiał diametralnie zmienić swoje życie, a właściwie został do tego zmuszony przez okrutny los.

W domu Roberta i Teresy na brak rozrywek Hugh raczej nie może narzekać, zważywszy że wciąż odwiedzają go rozmaici ludzie. W zamku St Loo mieszkają trzy wytworne damy, które bardzo często zaszczycają Hugh swoim towarzystwem, nie bacząc na to, czy sam zainteresowany tego chce, czy też jest to dla niego męczące. W rzeczonym zamku mieszka także młoda kobieta Isabella Charteris. Isabella jest piękną arystokratką, która planuje poślubić swojego dalekiego kuzyna. Na chwilę obecną z niecierpliwością oczekuje jego powrotu do domu. Ta niezwykła kobieta zwraca także uwagę samego Hugh Norreysa. Mężczyzna uwielbia z nią rozmawiać i zawsze cieszy się, kiedy widzi ją na drodze, jak zmierza w kierunku domu jego brata. Czuje bowiem, że Isabella jest jego bratnią duszą. W dodatku arystokratka różni się od innych kobiet sposobem zachowania i przede wszystkim intelektem.

W tym samym czasie na drodze naszego narratora staje również wspomniany już John Gabriel, który jest kandydatem do parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej. Mężczyzna powszechnie uchodzi za bezwzględnego oportunistę, awanturnika, a nawet prostaka. Niemniej są też tacy, którzy twierdzą, że John Gabriel jest człowiekiem niezwykle bystrym, wielkodusznym i całym sercem oddanym lokalnej społeczności. Na pewno w kreowaniu takiego, a nie innego wizerunku, pomaga mu wojenna przeszłość, która budzi wielki szacunek do jego osoby wśród potencjalnych wyborców. Jaka zatem jest prawda? Czy John Gabriel jest uczciwy wobec tych, którzy mu ufają? A może mężczyzna coś ukrywa? Czy faktycznie ma szansę zostać wybranym do parlamentu? Czy nadaje się do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji i reprezentowania społeczeństwa na tak wysokim szczeblu władzy?

Agatha Christie w swojej powieści ogromny nacisk położyła na stronę psychologiczną. Choć generalnie książka traktowana jest w kategoriach romansu, to jednak dla mnie jest to powieść psychologiczno-obyczajowa z dramatycznym zakończeniem. Mogłoby się wydawać, że skoro narratorem jest Hugh Norreys, to cała ta historia dotyczy właśnie tej postaci. Otóż nie. Fabuła powieści skupiona jest tak naprawdę na Johnie Gabrielu, ponieważ jest on tutaj kluczem do zrozumienia wielu kwestii. Na pewno jedną z nich jest powód dla którego Hugh nie chciał odwiedzić go na łożu śmierci. John Gabriel jest typowym przykładem człowieka fałszywego i dwulicowego. Jest on też doskonałym manipulantem, który zręcznie potrafi podporządkować sobie innych i sprawiać wrażenie człowieka bez zarzutu, podczas gdy prawda jest zupełnie inna. To wszystko powoduje, że przyciąga do siebie kobiety, które bardzo łatwo zakochują się w nim.

Moim zdaniem oprócz narratora najbardziej rozsądną postacią w całej tej galerii bohaterów jest bratowa Hugh Norreysa, która nie waha się wypowiedzieć własnego zdania wtedy, kiedy uważa, że jest to konieczne. Ale czyż nie ma w swoim przekonaniu racji? Czy to źle, że nie daje się oczarować innym? Autorka porusza też problem przemocy domowej, ukazując kobietę, która tak naprawdę uwielbia być traktowana przez swojego męża twardą ręką. Bo jak inaczej można zrozumieć jej zachowanie, skoro po rozpadzie jednego związku, z łatwością brnie w dokładnie taki sam, zmieniając jedynie mężczyznę?

Róża i cis to pierwsza książka Agathy Christie, którą przeczytałam. Dotychczas nie zdążyłam poznać jej powieści kryminalnych, które zapewne napisane są w zupełnie innym klimacie niż niniejsza historia. Niemniej, muszę przyznać, że książka Róża i cis bardzo mi się podobała. Doskonale oddaje atmosferę tamtych lat, kiedy Wielka Brytania świętowała zwycięstwo nad Trzecią Rzeszą, a ludzie zaczynali wierzyć w przyszłość. Poza tym jest to także historia niezwykle łagodna w odbiorze. Nie ma w niej jakichś niepotrzebnych zrywów emocjonalnych. Moją uwagę zwróciły również niesamowicie inteligentne dialogi. To wszystko sprawia, że książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Z kolei ze względu na zakończenie powieść można określić mianem dramatu psychologicznego.














sobota, 3 października 2015

Joanna Hickson – „Oblubienica z Azincourt”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 2014
Tytuł oryginału: The Agincourt Bride
Przekład: Maria Zawadzka





W październiku 1415 roku angielski król Henryk V Lancaster, znany również jako Henryk Monmouth (1387-1422), wraz ze swoją armią zmierzał w kierunku Calais, aby stamtąd wyruszyć już prosto do Anglii. Niestety, został zatrzymany przez wojska, które liczebnie znacznie przewyższały jego armię. Francuzi chcieli zniszczyć oddziały Henryka, zanim ten byłby w stanie wrócić do swojej ojczyzny. Bitwa, do której doszło 25 października 1415 roku, rozgrywała się w wąwozie znajdującym się nieopodal Azincourt. Francuska armia znajdowała się po stronie północnej, aby w ten sposób uniemożliwić Anglikom przedostanie się do Calais.  Noc z 24 na 25 października obydwie armie spędziły na otwartym terenie, przy czym Anglicy mieli nieco więcej szczęścia, ponieważ znaleźli się na obszarze, gdzie mogli schronić się przed padającym deszczem. Wielu z nich poważnie zachorowało, co sprawiło, że znacząco zmniejszyła się liczba żołnierzy i w rezultacie było ich około sześciu tysięcy. Niektórzy współcześni historycy są skłonni przyznać, że Francuzi przewyższali liczebnie Anglików co najmniej trzykrotnie. Czy zatem o zwycięstwie wojsk Henryka V Lancastera zadecydowały ich odwaga tudzież wytrzymałość fizyczna i psychiczna?

Rankiem w dniu 25 października Henryk V rozprowadził swoją armię (dziewięciuset kawalerzystów oraz pięć tysięcy łuczników) po całym siedemsetpięćdziesięciojardowym wąwozie. Najprawdopodobniej Anglicy zastosowali swoją standardową linię bojową, czyli na każdej flance umieścili łuczników, zaś kawalerzystów i rycerzy bardziej w środku, natomiast w samym centrum około dwustu łuczników. Łuk to broń skonstruowana według walijskiego projektu i po raz pierwszy pojawiła się na początku XII wieku. Trzeba pamiętać, że łuk to przede wszystkim podpórka służąca do wypuszczania strzały, czyli elementu, który musi dosięgnąć celu. Lecz łuk posiadał też znacznie szersze znaczenie. Była to broń właściwa dla żołnierza chłopskiego pochodzenia, której ten używał podczas każdej bitwy. Łucznicy byli wykorzystywani z bardzo dobrym skutkiem jako lekkie siły zbrojne, lecz również niezwykle mobilne. Ich strzały prawie zawsze były gwarancją zatrzymania wroga, zanim ten jeszcze zdołał się zbliżyć. W Anglii kult łucznika był bardzo mocno rozwinięty i dotyczył mężczyzn, którzy posiadali niesamowitą siłę w mięśniach ramion. Średniowieczne prawo zmuszało bowiem wszystkich mężczyzn do obowiązkowej nauki łucznictwa, tak więc kiedy zachodziła potrzeba, każdy z nich był przygotowany do walki z użyciem tejże broni. Oprócz łuczników, którzy walczyli w piechocie, szczególny szacunek i pozycję mieli łucznicy konni. Niemniej wszyscy oni posiadali wspólny atrybut: łuk.


Poranek przed bitwą pod Azincourt 
Obraz został namalowany w 1884 roku.
Autor: Sir John Gilbert (1817-1897)

Wróćmy jednak do bitwy pod Azincourt. Otóż angielscy kawalerzyści w zbrojach płytowych zostali rozmieszczeni ramię w ramię w czterech szeregach. Z kolei łucznicy na flankach wbijali w ziemię ostre drewniane słupki zwane „parkanami”, a robili to pod takim kątem, aby zmusić francuską kawalerię do zmiany kierunku ataku. Z kolei Francuzi byli ustawieni w szyku bojowym w trzech szeregach, z których każdy liczył około sześciu tysięcy rycerzy, aczkolwiek początkowo uważano, że było ich prawie dziewięć tysięcy. Na każdej flance znajdowały się mniejsze „skrzydła” kawalerzystów oraz francuskich żołnierzy pochodzenia szlacheckiego (prawdopodobnie ogółem było ich dwa tysiące czterystu, co stanowiło tysiąc dwieście na każdym skrzydle), natomiast w centrum znajdowała się piechota, w której było dwunastu książąt. Tyły kawalerii stanowiło od sześciu do dziewięciu tysięcy rycerzy, którzy przybyli na pole bitwy z pewnym opóźnieniem. Było tam też od czterech do sześciu tysięcy kuszników i łuczników, których rozmieszczono w środku tuż przed kawalerią.

Pole bitwy pokryte było niewyobrażalną ilością błota powstałego z deszczu, który padał w nocy. Wbrew pozorom błoto stało się sprzymierzeńcem dla Anglików, ponieważ kiedy francuscy rycerze mający na sobie bardzo ciężkie zbroje po upadku na ziemię, podnosili się z niej z wielkim trudem. To właśnie to błoto odbierało Francuzom skuteczność na polu bitwy. Błoto było tak bardzo głębokie, że wielu rycerzy dusiło się w nim, kiedy zostawali w nie wręcz wkopywani. Dzięki błotu wzrosła także skuteczność angielskich łuczników. W porównaniu do kawalerii walczącej po obydwu stronach byli oni albo lekko opancerzeni albo w ogóle. Tak więc w tej kwestii łucznicy mogli napotkać jedynie drobne i nic nieznaczące problemy. Rankiem 25 października Francuzi wciąż czekali na dodatkowe oddziały, które rzekomo miały się zjawić na polu bitwy. Przez trzy godziny po wschodzie słońca nie było żadnej walki; następnie Henryk V uznał, że Francuzi nie posuną się naprzód, więc przeprowadził swoją armię w głąb wąwozu. Wraz ze strzałą wypuszczoną z francuskiego obozu, której zadaniem było wyznaczenie odległości zasięgu (czterysta jardów), angielscy łucznicy postawili wspomniane już parkany i zaatakowali wroga gradem strzał.


Henryk V Lancaster podczas bitwy pod Azincourt
Obraz powstał w XIX wieku.
Autor: John Gilbert

W tym momencie Francuzi utracili sporą część swojej siły oporu oraz łuczników rozlokowanych na skrzydłach. W efekcie zostali zdziesiątkowani przez wojska Henryka V Lancastera i tak naprawdę nie mieli pojęcia, co się dzieje. Całą sytuacją byli nieco oszołomieni. Francuski konetabl samodzielnie dowodził rycerzami, lecz z powodu zbyt ciężkiej zbroi z każdym krokiem był wciągany przez błoto, aczkolwiek wciąż niestrudzenie walczył z wrogiem. Tarzający się w błocie żołnierze byli bardzo łatwym celem dla angielskich łuczników. Kiedy Francuzi dotarli do linii obrony wojsk angielskich, sytuacja zaczęła przedstawiać się jeszcze gorzej. Ze względu na liczbę rycerzy walczących w wąwozie, Francuzi byli za ciasno rozmieszczeni, aby móc choćby tylko unieść broń do ataku. Z drugiej strony jednak stale rosnąca liczba rannych i jeńców sprawiła, że Francuzi zaczęli z dość dobrym skutkiem przejmować linię obrony Anglików, którzy zostali zmuszeni do wycofania się, zaś sam Henryk V Lancaster niemalże został pobity i wgnieciony w ziemię. W tym momencie angielscy łucznicy, używając toporów, mieczy oraz innego rodzaju broni, przedarli się pomiędzy nieco rozbitym francuskim wojskiem, zabijając rycerzy lub biorąc ich do niewoli. W tym samym czasie druga linia Francuzów rozpoczęła już atak, lecz szybko została wchłonięta przez bagno. Ci, którzy dowodzili wojskiem – podobnie jak rycerze walczący w pierwszej linii – zostali zabici albo schwytani, zaś dowódców trzeciej linii śmierć znalazła w otwartej bitwie, podczas gdy rycerze, którymi dowodzili zwyczajnie uciekli. Pomimo ogromnego zamieszania i wielkiej presji, Anglicy nie przestawali walczyć. W swoim zmaganiu się z wrogiem byli nieugięci. Zrobili mur z rycerzy trzymających przed sobą tarcze, a potem nacierali na Francuzów z mieczami w dłoniach, kładąc ich pokotem. Czy współczesny człowiek jest w stanie wyobrazić sobie tak zaciętą walkę wręcz, kiedy rycerze czują niemiłosierne pragnienie, a zewsząd słyszą hałas i jęki dogorywających kompanów?

Henryk V Lancaster 
Jedną z najbardziej dramatycznych opowieści dotyczących bitwy pod Azincourt jest moment, w którym najmłodszy brat Henryka V Lancastera – Humphrey Lancaster, 1. książę Gloucester (1390-1447) został ranny w brzuch. Według tejże opowieści, Henryk po opatrzeniu rany zadanej bratu, zabrał ze sobą swojego osobistego strażnika i wraz z nim wycinał ścieżkę wśród Francuzów, zabijając ich po drodze, a potem, kiedy uznał, że nie ma już zagrożenia ze strony wroga, przeniósł księcia Gloucester w bezpieczne miejsce. Król wykazał się niesamowitą odwagą, która zasługuje na podziw, natomiast jako przywódca nie zawiódł swoich żołnierzy.

Jedynym sukcesem, jaki Francuzi odnieśli w tej bitwie był atak na tylne wojska angielskie, które zostały ściśnięte przez około tysiąc rycerzy pochodzących ze stanu chłopskiego. Henryk V zaczął też obawiać się, że jego armia zostanie zaatakowana i pokonana przez jeńców, którzy nie będą strzeżeni. Mogli oni bowiem uzbroić się w broń, która była rozrzucona na polu bitwy, a której nie potrzebowali już ich martwi kompani. W związku z tym angielski król nakazał rzeź pojmanych rycerzy. Szlachetnie urodzeni żołnierze oraz wyżsi rangą chcieli zapłacić okup za jeńców, lecz król odmówił jego przyjęcia. Tak więc zadanie wycięcia w pień pojmanych żołnierzy wroga spadło na zwykłych angielskich rycerzy, wśród których głównie znajdowali się łucznicy. Jak widać Henryk V Lancaster okazał się bezwzględny.

Następnego dnia w godzinach porannych Henryk V powrócił na pole bitwy i nakazał dobić każdego rannego francuskiego żołnierza, któremu udało się jakimś cudem przeżyć noc. Wszyscy rycerze pochodzenia szlacheckiego zostali już zabrani, zaś na polu bitwy pozostali już jedynie zwykli żołnierze, którzy zostali zbyt ciężko ranni, aby móc przeżyć bez opieki medyka. Najprawdopodobniej Anglicy stracili w tej bitwie około czterystu pięćdziesięciu rycerzy. Ta liczba nie jest bez znaczenia na tle armii liczącej sześć tysięcy wojska, lecz mimo wszystko było to znacznie mniej, aniżeli straty, jakie ponieśli Francuzi, którzy mocno ucierpieli przede wszystkim z powodu bestialskiej rzezi jeńców.

Katarzyna Walezy 
W powieści Joanny Hickson o bitwie pod Azincourt dowiemy się jedynie z ust jednego z bohaterów. Autorka tak bowiem poprowadziła narrację książki, że nie zostaniemy zabrani na pole bitwy i nie będziemy mogli oczami wyobraźni zobaczyć, co tak naprawdę się tam działo, pomimo że właśnie to wydarzenie stanowi, jak gdyby centrum całej opowieści. Zanim jednak dotrzemy do dnia 25 października 1415 roku, cofnijmy się do 1401 roku. Jesteśmy zatem we Francji, gdzie na świat przychodzi kolejne dziecko pary królewskiej: Izabeli Bawarskiej (1371-1435) i Karola VI Szalonego (1368-1422)*. Królowa jest już przyzwyczajona do częstych porodów i wydaje się, że niezbyt ją męczą. Dziećmi w ogóle się nie interesuje. Ona je jedynie rodzi, a potem oddaje na wychowanie mamkom, nianiom czy wszelkiej maści służącym. Sama zaś po okresie połogu wraca do normalnego życia. Poza tym zapewne czuje się także zmęczona stale pogłębiającą się chorobą psychiczną swojego królewskiego małżonka. Oficjalnie Karol VI Szalony nadal jest monarchą Francji, lecz tak naprawdę krajem już nie rządzi. Jego doradcy podsuwają mu rozmaite dokumenty do podpisu, ale przecież król de facto nie ma pojęcia pod czym składa swój autograf. Kwestiami politycznymi zajmują się królowa Izabela Bawarska, brat króla – Ludwik I Orleański (1372-1407) oraz stryjeczny brat Karola VI Szalonego – Jan bez Trwogi zwany również Janem Nieustraszonym (1371-1419).

Niemalże w tym samym czasie umiera nowo narodzony synek pewnej chłopki. Dziewczyna ma dopiero piętnaście lat, ciąży zupełnie nie planowała, ale to wszystko nie zmienia faktu, że Guillaumette Dupain bardzo cierpi z powodu utraty dziecka. Na szczęście ma obok siebie kochającego młodego małżonka, który pracuje w królewskich stajniach. Jak wiadomo niegdyś matki pochodzące z wyższych sfer nie karmiły swoich dzieci własną piersią. W tym celu zatrudniano mamki, czyli kobiety, które dopiero co urodziły dziecko, dzięki czemu ich piersi wciąż były pełne mleka. Tak więc piętnastoletnia Mette trafia na dwór królewski i staje się mamką dla malutkiej księżniczki, która na chrzcie otrzymała imię Katarzyna. Po jakimś czasie Mette nie wyobraża już sobie życia bez swojej podopiecznej. Kocha ją całym sercem, a kiedy po kilku latach na świat przychodzą jej własne dzieci, Guillaumette darzy Katarzynę nawet większym uczuciem, aniżeli swoje potomstwo. Kobieta chroni ją przed wszelkim złem, lecz pewnego dnia to wszystko nagle się kończy. Do królewskiego pałacu brutalnie wdziera się książę Burgundii Jan bez Trwogi. Choć Izabela Bawarska przeczuwała, że tak się stanie i poczyniła określone kroki, aby ochronić niektóre swoje dzieci, to jednak nie zdołała zabezpieczyć wszystkiego. I tak oto w konsekwencji pewnych wydarzeń politycznych Mette zostaje rozdzielona z Katarzyną oraz jej młodszym bratem – późniejszym Karolem VII Zwycięskim (1403-1461).

Izabela Bawarska ze swoimi
damami dworu
Obraz powstał na przełomie
XVII i XVIII wieku.
Autor: François Roger de Gaignières 
(1642-1715)
Mija dziesięć lat. Do Paryża wraca nastoletnia już Katarzyna Walezy (1401-1437), która przez ten czas wychowywała się w klasztorze. Wraz z nią powraca również młodszy brat księżniczki Karol, z którym brutalnie została rozdzielona we wczesnym dzieciństwie. Jest też starszy brat Ludwik Walezy (1397-1415), który teraz pełni rolę delfina Francji i w pewnym sensie rządzi państwem w zastępstwie swojego szalonego ojca. Gdzieś tam żyje sobie także Jan Walezy (1398-1417), który jest młodszym synem Karola VI Szalonego. Od tego momentu Guillaumette będzie już bezustannie towarzyszyć księżniczce Katarzynie. Stanie się dla niej przyjaciółką, powiernicą, garderobianą, a nawet poniekąd zastąpi jej matkę, która zdawała się zapominać o swojej córce przez te wszystkie lata. Prawda jest taka, że Izabela Bawarska tak bardzo odsunęła się od swoich dzieci, że nawet nie wiedziała, w jakim są wieku, a nawet jak mają na imię. Przypominała sobie o nich tylko wtedy, gdy były jej potrzebne do zaspokajania ambicji politycznych.

Jak wiadomo Henryk V Lancaster pragnął francuskiego tronu od bardzo dawna, dlatego też spełnieniem jego pragnienia mogło stać się jedynie małżeństwo z córką Karola VI Szalonego. Początkowo angielski król planował ożenić się ze starszą siostrą Katarzyny Walezy – Izabelą (1389-1410), która była królową Anglii i wdową po Ryszardzie II (1367-1400). Ożenił się jednak z Katarzyną, ponieważ to właśnie ona miała mu zapewnić tron Francji po śmierci swojego ojca. Joanna Hickson pokazuje, że związek Henryka i Katarzyny oparty był na miłości, choć może nie od samego początku. Młodziutka księżniczka na pewno podobała się królowi i budziła w nim pożądanie, lecz prawdziwa miłość przyszła dopiero z czasem. Henryk V Lancaster był władcą ambitnym, ale też okrutnym, jeśli zachodziła taka potrzeba. Był niezłomny w boju, dlatego wygrywał niemalże każdą bitwę.

Generalnie o Oblubienicy z Azincourt mówi się, że jest to historia życia Katarzyny Walezy od narodzin do momentu wyjazdu do Anglii, gdzie miała zostać koronowana na królową. Moim zdaniem powieść tak naprawdę stanowi historię Guillaumette Dupain-Lanière, która opowiada o latach spędzonych u boku Katarzyny. W związku z tym czytelnik nie ma możliwości zagłębienia się w psychikę samej księżniczki. O jej emocjach wiemy tylko tyle, na ile pozwala nam Mette. Owszem, jest tego sporo, ale mimo wszystko nie jesteśmy w stanie wczuć się w stan psychiczny Katarzyny. Z drugiej strony jednak książka jest niesamowicie wciągająca, zaś Joanna Hickson maluje obraz średniowiecznej Francji po mistrzowsku. Chociaż narratorką jest niania (postać fikcyjna) przyszłej królowej Anglii i założycielki dynastii Tudorów, to jednak nie przeszkadza to w tym, aby pokochać tę książkę już od pierwszej strony. Pod piórem Autorki bohaterowie, którzy żyli sześćset lat temu ożywają i przemawiają do czytelnika w sposób niezwykle wyrazisty. Oprócz wspomnianej już bitwy pod Azincourt bardzo ważny jest tutaj również konflikt pomiędzy Katarzyną a Janem bez Trwogi, który na pewno nie jest postacią pozytywną. To istny potwór, który jedynie krzywdzi w imię własnych idei.


Katarzyna Walezy i Henryk V Lancaster podczas pierwszego spotkania 

O samej Katarzynie nie możemy jeszcze zbyt wiele powiedzieć, ponieważ tak naprawdę stoi ona dopiero u progu swojej królewskiej kariery. Wychowana przez zakonnice musi uczyć się dworskich manier. Widzimy jednak, że jej charakter powoli zaczyna się zmieniać i z nieśmiałej księżniczki przeistacza się w młodą kobietę, która nie waha się bronić własnego zdania. Bardzo silna więź łączy ją także z młodszym bratem Karolem. Z kolei z delfinem Francji ciężko jest jej się porozumieć, a dzieje się tak dlatego, że Ludwik jest dość specyficzny. Trudne dzieciństwo sprawiło, że jego psychika została poważnie uszkodzona.

Myślę, że dalsze losy Katarzyny Walezy będą jeszcze bardziej emocjonujące, bo przecież w pierwszym tomie dylogii pozostawiamy ją w trakcie podróży do Anglii, gdzie będzie musiała wiele się nauczyć i przede wszystkim zostać zaakceptowaną przez tamtejszy lud. Jak sobie poradzi? Jakiego rodzaju uczucia będą towarzyszyć jej pobytowi w ojczyźnie jej małżonka? Czy wciąż będzie potrzebować obecności ukochanej niani, która oczywiście zmierza tam wraz z nią na pokładzie statku? Czy spotka tam przyjaciół, czy może jedynie wrogów? O tym wszystkim dowiemy się z drugiego tomu dylogii, który ma trafić do księgarń już tej jesieni. Polecam zatem tę powieść każdemu miłośnikowi beletrystyki historycznej i epoki średniowiecza. Jestem bowiem przekonana, że książka nie jest w stanie nikogo rozczarować.



O tym, jak powstawała Oblubienica z Azincourt oraz inne książki Joanny Hickson możecie dowiedzieć się, czytając wywiad z Autorką [klik].





* O Karolu VI Szalonym pisałam przy okazji recenzji książki Alexandre Dumas (ojca) zatytułowanej Karol Szalony [klik].