środa, 1 sierpnia 2012

Fascynują mnie historie o duchach i nawiedzonych domach...



LITERAT SIERPNIA 2012


ROZMOWA Z MAGDALENĄ ZIMNIAK

Autorka powieści „Szlak” (2008), „Willa” (2010, nominacja do nagrody Srebrny Kałamarz i wyróżnienie jury w konkursie Najlepsza Książka na Jesień na portalu literackim granice.pl) oraz „Pokój Marty” (2012). Pisuje też opowiadania, które ukazywały się w „Akancie” i „Magazynie Fantastycznym”. Jest laureatką konkursu na opowiadanie kryminalne ogłoszonego przez agencję literacką Pal Twins i Związek Literatów Polskich („Zapach róż”) oraz laureatką konkursu wydawnictwa Replika na opowiadanie erotyczne  („Wstydliwy sekret”).


Agnes Anne Rose: Witam Cię, Madziu, bardzo serdecznie na moim blogu. Jest mi niesamowicie miło, że zgodziłaś się przyjąć moje zaproszenie, zostając Literatem Sierpnia 2012. Niedawno ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Pokój Marty”. Poruszasz w niej szereg niezwykle trudnych kwestii, jak na przykład problem przemocy seksualnej. Powiedz mi, czy nie obawiałaś się, że ta powieść zostanie negatywnie odebrana przez czytelników z uwagi na to, że skupiasz się w niej na problemach, które tak naprawdę wiele osób zamiotłoby pod dywan?

Magdalena Zimniak: Aga, to mnie jest niezmiernie miło i dziękuję Ci, że mnie zaprosiłaś. Co do odbioru książki, nie zastanawiam się nad tym podczas pisania. Gdybym nawet się zastanawiała, z pewnością nie omijałabym spraw trudnych i bolesnych. Poruszam kwestie, które uważam za ważne. Jedna z moich ulubionych pisarek, Szwedka Majgull Axelsson, powiedziała kiedyś, że sprawy ważne często bolą, a na pisanie o nieważnych szkoda czasu. Podzielam jej zdanie, a jeśli zdarzy mi się wsadzić kij w mrowisko, tym lepiej.




AAR: Praca z młodymi ludźmi nie jest Ci obca, dlatego doskonale orientujesz się, jakimi emocjami kierują się oni przy podejmowaniu niektórych działań. Główna bohaterka „Pokoju Marty” jest osobą nastoletnią, jednocześnie uwikłaną w toksyczny związek ze swoim nauczycielem. To kolejny trudny problem, z którym wielokrotnie muszą zmagać się pedagodzy. W związku z tym, zapytam Cię, czy Marta i Eryk to tak do końca postacie fikcyjne, czy może gdzieś w swoim otoczeniu zaobserwowałaś tego typu zjawisko, które w efekcie stało się jednym z głównych wątków powieści?

MZ: Oczywiście pracuję z wieloma młodymi osobami, mam również dwie córki. Wydaje mi się, że jestem w stanie zrozumieć ich emocje i sposób myślenia, być może dlatego, że sama nie czuję się do końca dorosła. Kiedyś żartowałyśmy z paroma znajomymi literatkami, że pisarki to osoby, które zatrzymały się w okresie dorastania. Kiedy najczęściej ludzie przelewają to, co w nich tkwi, na papier? Kiedy mają kilkanaście lat. Jeśli ktoś ma kilkadziesiąt i nadal z tego nie wyrósł, musi to o czymś świadczyć, prawda? Co do Marty i Eryka, nie znałam osobiście nikogo w tego rodzaju związku. Oczywiście słyszałam o paru sytuacjach, a najbardziej utkwiła mi w pamięci historia wychowawczyni mojego męża. Była to osoba, którą uwielbiała cała klasa, a która na parę lat wplątała się w romans z wychowankiem. Prawdopodobnie częściej zdarzają się przypadki odwrotne, jak w moim „Pokoju Marty” nauczyciel i uczennica. Dziewczyny dojrzewają wcześniej, a rówieśnicy wydają się mało interesujący, infantylni. Sporo starszy mężczyzna może zafascynować osobowością, inteligencją, dojrzałością.

AAR: Motyw domu nawiedzanego przez duchy przeszłości to temat dość często wykorzystywany przez pisarzy. W „Pokoju Marty” wątek ten opisałaś perfekcyjnie. Czy, w związku z tym, uważasz, że osoby żyjące dziesiątki, a nawet setki lat przed nami, naprawdę mogą w istotny sposób oddziaływać na nasze życie?

MZ: Przede wszystkim bardzo się cieszę, że ten wątek Ci się podobał. Fascynują mnie historie o duchach i nawiedzonych domach. Spotkanie z czymś, co wykracza poza zwykłe doznania ludzkich zmysłów, uważam za niezwykle interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Rewelacyjnie łączył metafizykę z psychologią Edgar Allan Poe, świetny jest w tym King. Wierzę, że śmierć nie jest końcem wszystkiego, ale nie sądzę, żeby oddziaływanie umarłych było tak bezpośrednie jak w mojej powieści. Literatura piękna i życie to jednak dwie odrębne kwestie. Literatura inspiruje się życiem, czerpie z niego, ale miesza, przefiltrowuje przez wyobraźnię autora. Dodam jednak, że parę razy zdarzyło mi się doświadczyć rzeczy, których nauka na obecnym etapie nie jest w stanie wyjaśnić.

AAR: Generalnie w swojej twórczości poruszasz problem trudnej przeszłości. Ten fakt niemalże w sposób namacalny pozostawia na życiu kreowanego przez Ciebie bohatera swój bolesny ślad. Czy uważasz, że błędy, które popełniliśmy w przeszłości w istocie tak mocno rzutują na naszą teraźniejszość, czy może jest to jedynie świetny temat do napisania bestsellerowej powieści?

MZ: Sądzę, że życie człowieka nie jest podzielone na okresy, od których można odciąć się grubą kreską. Przeszłość ma znaczenie, nawet zapomniana i wyparta, wpływa na to, kim jesteśmy, jak patrzymy na świat, jakie decyzje podejmujemy, czego pragniemy. Jeśli chodzi o błędy, wszyscy je popełniamy, one są nieuniknione. Ważne, żeby wyciągać wnioski, czegoś się z nich uczyć, a nie rozpamiętywać je, rozdrapując rany. Co do recepty na bestseller, niestety jej nie znam (śmiech).

AAR: Niektórzy twierdzą, że o tym, jak będzie wyglądało nasze życie decyduje psychika człowieka. W Twoich powieściach dominuje psychologia postaci. Praktycznie każdego bohatera można poddać dogłębnej analizie psychologicznej. Skąd tak dobrze znasz strukturę ludzkiej mentalności? Z obserwacji? Z własnych doświadczeń?

MZ: Nie uważam się za znawczynię psychologii, ale psychika człowieka zawsze wydawała mi się jednym z najbardziej pasjonujących zagadnień. Myślę, że posiadam zdolności empatii, może odrobinę ponadprzeciętne. Potrafię na przykład wczuć się w mojego męża, kiedy się na mnie denerwuje (śmiech). Każdy z nas jest inny. To, co dzieje się w człowieku, czasami jest piękne, czasami przerażające, niekiedy wręcz brzydkie, ale zawsze fascynujące. Wybory, nawet najgorsze, można w jakiś sposób uzasadnić.

AAR: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym Cię zapytać, co takiego szczególnego jest w kobiecej psychice, że tak dużą uwagę przywiązujesz do niej w swoich powieściach? Dodam, że Twoje bohaterki to w głównej mierze kobiety niezwykle skomplikowane pod względem psychologicznym. W związku z tym wnioskuję, że ta kwestia musi Cię w pewien sposób fascynować.

MZ: No i przecież nie powiem, że fascynuje mnie psychika kobiety, bo facet to istota prosta jak konstrukcja cepa (śmiech). Już i tak znalazłam gdzieniegdzie opinie, a nawet zarzuty, że piszę w sposób feministyczny. Zupełnie poważnie uważam, że mężczyźni też bywają skomplikowani i próbuję to pokazywać. W „Pokoju Marty” starałam się, żeby została zachowana równowaga i mam nadzieję, że męscy bohaterowie również są wyraziści. Kocham jednak swoje bohaterki za to, że pozornie słabe i kruche, w decydującym momencie potrafią walczyć, pokazać wielką, wewnętrzną siłę. Jeśli właśnie kobiety lepiej mi wychodzą, to widocznie dlatego, że sama jestem kobietą i patrzę na świat z kobiecego punktu widzenia.

AAR: Skoro jesteśmy już przy kobietach, to chciałabym poznać Twoje zdanie na temat literatury kobiecej? Z moich obserwacji wynika, że ten gatunek głównie kojarzy się z tanimi romansami, a niektóre czytelniczki wręcz wstydzą przyznać się do sięgania po tego typu literaturę. Co, Twoim zdaniem, należałoby zrobić, aby zmienić ogólny pogląd na tę kwestię?

MZ: Mój pogląd na tę sprawę ewoluował. Kiedyś uznawałam, że wyodrębnienie literatury kobiecej jest sztuczne i nic nie wnosi. Dokładnie tak jak powiedziałaś, to określenie w świadomości przeciętnego czytelnika kojarzyło się z tanimi romansami. Termin zresztą został ukuty przez mężczyzn, z pogardą odnoszących się do kobiecego pisania. Jak powiedziała moja koleżanka po piórze, Hania Cygler, wy (czyli mężczyźni) to określenie wymyśliliście, my zrobimy z niego złoto. Obecnie już nie dla wszystkich książki określane tym mianem oznaczają podrzędny romans. Coraz więcej osób twierdzi, że to dramat, literatura psychologiczna, koncentrująca się na emocjach. Tak czy inaczej większość literatury musi być kobieca, bo procentowo znacznie więcej kobiet niż mężczyzn czyta. Jak wskazują statystyki przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, nowym trendem wśród naszej płci jest odwrócenie się od romansu w kierunku thrillerów. Co ciekawe, coraz mniej kobiet jest fankami szczęśliwych zakończeń. Pierwszy krok zmienienia ogólnego poglądu na tę kwestię został już zrobiony. Podczas panelu pisarek w Siedlcach w ubiegłym roku prowadziłyśmy długie nocne dyskusje i wtedy narodził się pomysł Festiwalu Literatury Kobiecej. Dzięki wytrwałości wielu z nas, a szczególnie pełnej energii Marioli Zaczyńskiej, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, pierwszy festiwal odbędzie się już w tym roku, a podczas niego zostaną przyznane nagrody w dwóch kategoriach: „Pióro” dla najbardziej poruszającej polskiej powieści roku 2011 i „Pazur” dla najsympatyczniejszej/najzabawniejszej polskiej powieści roku 2011.




AAR: W 2008 roku zadebiutowałaś powieścią pod tytułem „Szlak”, która traktuje o kobiecie miotanej pomiędzy szeregiem skrajnych uczuć. Co skłoniło Cię, aby zacząć pisać? Czy już wcześniej nosiłaś się z zamiarem pisania powieści, czy może był to krok spontaniczny?

MZ: Odkąd pamiętam, chciałam być pisarką. Bodajże w drugiej klasie szkoły podstawowej moja nauczycielka, skądinąd słusznie, stwierdziła, że mam paskudny charakter pisma i kazała mi ćwiczyć kaligrafię, pisząc cokolwiek. Oczywiście, nawet mi nie przyszło do głowy przepisywać cudzych tekstów. Napisałam najpiękniejszą baśń o królu, królewnie i tysiącach perypetii, które musieli przeżyć. Nauczycielka tylko spojrzała i stwierdziła, że moje pismo wciąż pozostawia wiele do życzenia. To było pierwsze rozczarowanie młodej pisarki. Trochę się obraziłam, ale w liceum od czasu do czasu coś skrobnęłam. Niestety, komputery nie były wtedy popularne, a ja nie jestem zbyt porządną i dobrze zorganizowaną osobą, więc wszystkie moje arcydzieła zaginęły. Potem robiłam masę innych rzeczy, ale marzenie o pisaniu wciąż tkwiło. Ponownie zaczęłam tworzyć około sześciu lat temu. Zdecydowałam się wysłać jedno z opowiadań do „Akantu”. Zostało przyjęte. Po pewnym czasie odważyłam się spróbować z długą formą. Teraz nie potrafiłabym już zrezygnować z pisania. To coś w rodzaju nałogu. Drugim jest kawa (śmiech).

AAR: Swego czasu Twoja druga powieść pod tytułem „Willa” zdobyła rzesze czytelników. Zachwyt historią, którą w niej opisałaś praktycznie nie ma końca. To jest istny hit na rynku wydawniczym. Powiedz mi, jak w takiej sytuacji czuje się autorka, spod której pióra wyszedł taki bestseller?

MZ: Bestseller oznacza książkę świetnie się sprzedającą, prawda? Gdybym napisała bestseller, stan mojego konta wyglądałby nieco inaczej (śmiech). Opinie o „Willi” rzeczywiście są bardzo miłe. Informacja, że ktoś nie mógł się oderwać, został poruszony, odnalazł w książce coś dla siebie, czy choćby przyjemnie spędził czas, wzmacnia mnie, pozwala wierzyć, że to, co robię, ma jakiś sens. Piszę dla ludzi, nie do szuflady, dlatego tak ważna jest reakcja czytelników.

AAR: Wiem też, że bierzesz udział w wielu spotkaniach autorskich. Czym dla Ciebie jest takie spotkanie z czytelnikami? Czy to jedynie forma promocji nowej powieści, czy może mają one jakiś głębszy sens?

MZ: Jak powiedziałam, piszę dla ludzi, a więc bezpośredni kontakt z czytelnikami jest po prostu bezcenny. Jasne, że przed każdym spotkaniem mam tremę. Wydawać by się mogło, że jako lektorka powinnam być oswojona z kontaktem z grupą, jednak podczas zajęć angielskiego to ja zadaję pytania. Podczas spotkań autorskich następuje odwrócenie sytuacji i jestem przepytywana. To niecodzienne, a więc stresujące. Stres jednak znika bardzo szybko i moje wspomnienia ze spotkań są bardzo miłe.

AAR: Jesteś także autorką kilku opowiadań. Twój tekst znajduje się między innymi w antologii pod tytułem „Słodko-gorzko”, która została wydana w formie e-booka. W związku z tym, ciekawi mnie która z tych dwóch form literackich jest Ci bliższa? W której czujesz się lepiej? A może nie ma to żadnego znaczenia?

MZ: Jak wspomniałam, zaczynałam od pisania opowiadań. Wcale nie uważam krótkiej formy za łatwiejszą, ale, aby napisać powieść, potrzeba więcej samozaparcia i dyscypliny, chociażby dlatego, że jest dłuższa i nie da się jej stworzyć w jeden lub kilka wieczorów. Obecnie piszę głównie powieści, lecz lubię od czasu do czasu popełnić jakieś opowiadanie. Ciężko mi powiedzieć w której z tych dwóch form czuję się lepiej. Opowiadanie jest bardziej skondensowane, nie można pozwolić sobie na dygresje niezwiązane z głównym wątkiem. W powieści natomiast jest szersza perspektywa, bohaterowie pełniejsi. Puenta w opowiadaniu jest moim zdaniem dużo ważniejsza niż w długiej formie. Jako czytelniczka preferuję obecnie powieści, bo pozwalają mi na dłuższe zanurzenie w wyimaginowanym świecie, chociaż uwielbiam opowiadania E.A. Poe, które są małymi arcydziełami.

AAR: Wiem też, że z zawodu jesteś lektorem języka angielskiego. Skoro tak doskonale znasz ten język, to czy nie myślałaś kiedyś, aby któregoś dnia napisać powieść po angielsku i wydać ją gdzieś na Zachodzie?

MZ: Szczerze mówiąc nie myślałam o tym. Polski zawsze będzie moim pierwszym językiem i pisanie po polsku o wiele bardziej naturalne. Nie przypuszczam zresztą, aby mnie, cudzoziemce, było tak łatwo znaleźć wydawcę na Zachodzie. Być może, kiedy naprawdę osiągnę sukces w Polsce, będą się tam o mnie zabijać (śmiech). Wtedy przetłumaczę swoje książki na angielski. A zresztą nie, wtedy będzie lepiej, żeby przetłumaczył kto inny, a ja zajmę się pisaniem kolejnego bestsellera.

AAR: Nora Roberts powiedziała w jednym ze swoich wywiadów, że pisząc jedną książkę, jednocześnie gromadzi materiały do kolejnej i rozmyśla nad koncepcją następnej. W ten sposób można mieć wrażenie, że ta niezwykle popularna amerykańska pisarka pracuje równocześnie nad trzema książkami. A jak jest u Ciebie? Czy Ty również, pisząc jedną powieść, masz już pomysł na kolejną?

MZ: Kiedy piszę powieść, koncentruję się na niej całkowicie. Trudno by mi więc było zbierać materiały do kolejnej i rozmyślać nad koncepcją następnej. Niekiedy jednak wpada mi do głowy pomysł, z którego później korzystam.

AAR: Pisarz to z reguły człowiek o niezwykłej wrażliwości. Aby tworzyć, przeważnie potrzebuje zaszyć się w jakimś szczególnym dla niego miejscu i tam oddać się swojej pracy bez reszty. Czy Ty też masz taką swoją własną pustelnię, gdzie czujesz się najlepiej i gdzie Twoje pomysły nabierają realnych kształtów?

MZ: Chyba nie jestem pisarką albo moja wrażliwość jest ograniczona. Piszę w każdych warunkach. Czasami jadę na rower, siadam na jakiejś ławce w parku i skrobię. W zeszłym roku pojechałam z młodszą córką nad morze i świetnie mi się pisało zarówno w domku letniskowym, przed nim jak i na plaży. Najczęściej jednak piszę w domu i w szkole, kiedy mam przerwę między zajęciami.

AAR: Madziu, pracujesz obecnie nad kolejną książką. Czy mogłabyś choć odrobinę zdradzić jakiego rodzaju będzie to powieść? Czy będzie ona podobna do poprzednich, czy może tym razem uznałaś, żeby pójść w zupełnie innym kierunku?

MZ: W mojej nowej powieści nie ma wątków fantastycznych, a więc pod tym względem jest inna od poprzednich. Występuje w niej dziewiętnastoletni Amerykanin, którego matka jest Polką, ale nigdy nie mówi o swoim kraju ani nie używa rodzinnego języka. Peter, bo tak ma na imię bohater, z młodzieńczej przekory zaczyna interesować się Polską, a w końcu postanawia spędzić tam wakacje. Jak zapewne przeczuwasz, w Polsce zagrzebane są rodzinne tajemnice. To powieść obyczajowo-psychologiczna z elementami kryminału i thrillera. Jako ciekawostkę dodam, że dziewczyna, którą Peter poznaje w kraju matki, ma na imię Agnieszka, tak jak ty.

AAR: Madziu, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę. Natomiast w imieniu swoim, jak i Czytelników mojego bloga życzę Ci dalszych sukcesów na drodze literackiej i rzeszy oddanych czytelników. Jest mi też niezmiernie miło, że moje imię będzie obecne w Twojej nowej powieści.

MZ: To ja jeszcze raz dziękuję, że mnie zaprosiłaś. Dziękuję też bardzo za życzenia i serdecznie pozdrawiam Czytelników Twojego bloga.



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





niedziela, 1 lipca 2012

Nigdy nie nosiłem się z zamiarem napisania polskiego thrillera....




LITERAT LIPCA 2012 



ROZMOWA Z ADAMEM ZALEWSKIM


Adam Zalewski urodził się w Kwidzynie. Dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały spędził w rodzinnym mieście, gdzie uczęszczał do szkoły podstawowej i do liceum. W rodzinnym mieście imał się różnych zawodów. W 2002 roku, w skutek choroby, musiał zrezygnować z czynnego życia zawodowego. Obecnie wraz z rodziną mieszka w niewielkiej posiadłości, na skraju lasów otaczających Kwidzyn. W swojej pracy twórczej ogromną ilość czasu poświęca na gromadzenie fachowej wiedzy po to, aby jego proza była maksymalnie osadzona w realiach.



Agnes Anne Rose: Panie Adamie, witam Pana bardzo serdecznie na moim blogu. To dla mnie ogromny zaszczyt gościć Pana w mojej Krainie Czytania i Historii. Niedawno ukazała się Pana najnowsza powieść pod tytułem „Małe miasteczko”. Czym różni się ta książka od poprzednich Pana powieści?

Adam Zalewski: Chyba tym, że jest jeszcze trudniejsza do zaszufladkowania niż poprzednie. Za wyjątkiem powieści „Grizzly”, która jest typowym thrillerem, większość mojej prozy wymyka się jednoznacznym określeniom, choć niektórzy krytycy uparcie próbują tego zabiegu.

AAR: Bohaterowie „Małego miasteczka” to postacie niezwykle realne. Czytelnik może dojść do przekonania, że te osoby naprawdę żyją swoim własnym życiem. Czy trudno jest opowiedzieć historię, która na wyobraźnię czytelnika będzie oddziaływać tak mocno, iż można mieć wrażenie, że jest się jednym z mieszkańców niewielkiego Abraham?

AZ: Nie wiem, jak inni radzą sobie z takimi wyzwaniami. Dla mnie jest to sprawa dość prosta. Może dlatego, że mam chyba nieprzeciętnie rozbudowaną wyobraźnię (to żadna zasługa, stwierdzam jedynie fakt). Oczami wyobraźni widzę sceny, które opisuję. Wypada tylko zachować przyzwoity styl. Niektórzy twierdzą, że nie mam z tym problemów, ja sądzę, że stać mnie na więcej. Nieustannie nad tym pracuję.  

AAR: Szeroki wachlarz portretów psychologicznych to z pewnością jeden z atutów nie tylko „Małego miasteczka”, ale także innych Pana powieści. Skąd czerpie Pan wiedzę na temat zawiłości ludzkiej psychiki? Czy przed przystąpieniem do pisania każdej kolejnej powieści drobiazgowo studiuje Pan literaturą z dziedziny psychologii, czy może wystarczy Panu obserwacja zachowań osób żyjących w Pana otoczeniu?

AZ: Żyję na tym świecie dość długo. Miałem czas, żeby poznać wielu ludzi i ocenić zachowania zarówno ich, jak swoje. Szczegółowe studiowanie wiedzy psychiatrycznej, było niezbędne jedynie podczas pracy nad zbiorem opowiadań. To bardzo szczególna książka.

AAR: W „Rowerzyście” stworzył Pan postać seryjnego mordercy, w którym tak naprawdę można dostrzec również szereg cech pozytywnych, co sprawia, że czytelnik jest w stanie obdarzyć sympatią Jerry’ego pomimo makabrycznych zbrodni, jakie popełnia. Czy uważa Pan, że granica pomiędzy Dobrem a Złem jest naprawdę aż tak cienka, że człowiek w pewnym momencie może przestać ją dostrzegać?

AZ: No właśnie! Przyłapała mnie Pani na nieścisłości. Podczas pracy nad „Rowerzystą” także konsultowałem się ze specjalistą. Musiałem wiedzieć, czy moja postać nie jest przejaskrawiona nierealna. Wyszło jak wyszło. Moim zdaniem dobrze. Tak, uważam, że granica pomiędzy Dobrem a Złem jest ulotna. Zależy od punktu widzenia i żadna obiektywna prawda nie ma tutaj racji bytu. Istnieje oczywiście kanon zachowań, jak choćby biblijny dekalog, jednak w efekcie wszystkie nasze działania sprowadzają się do kwestii sumienia.

AAR: A teraz wróćmy do korzeni Pana kariery pisarskiej. Zadebiutował Pan w roku 2008 horrorem pod tytułem „Biała wiedźma”. Skąd w ogóle pomysł na to, aby zacząć pisać?

AZ: To właściwie nie był horror, lecz thriller z elementami horroru. Dość nietypowy zabieg, który zastosowałem także w „Cieniu znad jeziora”. Pomysł narodził się w sposób banalny z potrzeby przeżyć i chęci dzielenia się nimi. Miał także być jeszcze jednym wyzwaniem życiowym. To ostatnie przyniosło mi sporo bardzo zróżnicowanych emocji. Chyba inaczej wyobrażałem sobie przygodę z literaturą. Zapewne nie ja jeden.

AAR: Akcję swoich powieści umiejscawia Pan na terenie Stanów Zjednoczonych. Skądinąd wiem, że ten kraj fascynuje Pana praktycznie od zawsze. W związku z tym proszę mi powiedzieć, czym Stany Zjednoczone zasłużyły sobie na tak wielkie uznanie z Pana strony?

AZ: Tak szczerze? Nie wiem. Fascynowały mnie i już. Często próbuję odpowiedzieć sobie samemu na to pytanie, lecz ono chyba mnie przerasta. Czuję w sposób namacalny atmosferę kraju za oceanem, a skąd się to bierze, jest dla mnie tajemnicą, choćbym przywołał nie wiem jakie powody. Domyślam się, że sporą rolę odegrały w tym zjawisku filmy oraz literatura, choć nie tylko. Analizowanie historii Stanów Zjednoczonych, przyniosło mi chyba najwięcej pozytywnych przeżyć i pobudziło moją wyobraźnię do wysiłku.

AAR: Czy nie myślał Pan, aby pewnego dnia napisać thriller, którego akcja osadzona byłaby w Polsce? Czy może rodzime realia zupełnie nie dorównują tym amerykańskim, co w efekcie mogłoby skutkować zgoła innym odbiorem Pana powieści niż ma to miejsce obecnie?

AZ: Zapewne Pani teza jest słuszna. Nigdy nie nosiłem się z zamiarem napisania polskiego thrillera. Może ze względu na wspomniane przez Panią realia, choć myślę, że powód mojej decyzji był inny, zgoła banalny. Chciałem dać czytelnikom zwłaszcza tym, zmęczonym naszą codziennością odrobinę relaksu. Nie mnie osądzać, czy pomysł zaowocował czymś pozytywnym.

AAR: Jest Pan autorem nie tylko powieści, ale także krótszych form literackich. Mam tutaj na myśli zbiór opowiadań pod tytułem „Sześć razy śmierć”. Czy w Pana przekonaniu istnieje jakaś zasadnicza różnica pomiędzy tworzeniem tych dwóch form literackich? A może wystarczy jedynie mieć dobry pomysł, natomiast reszta przychodzi sama?

AZ: Różnica jest wyraźna i przejrzysta. Autora opowiadań obowiązują rygorystyczne warunki, służące właściwej formie. Powieść daje więcej swobody. Nie wiedzieć czemu, większość adeptów pióra decyduje się na debiut w tej krótkiej, bardzo wymagającej formie. Ja zdecydowałem się dopiero przy tworzeniu mojej czwartej pozycji, co pozwoliło mi na konstruowanie bardziej rozwiniętej formy opowiadania, którą można określić fachowo jako opowiadanie: a) twórcze (powstałe z wyobraźni), b) złożone, c) z zastosowaniem dialogu i opisu. Myślę, że wielu początkujących autorów uważa opowiadanie za formę łatwą, bo krótką. Nic bardziej mylnego. I oczywiście nic nie przychodzi samo.




AAR: W poprzednim pytaniu wspomniałam o pomyśle na historię, którą potem należy jedynie przelać na papier. W związku z tym chciałabym zapytać, skąd Pan czerpie inspirację do swoich powieści?

AZ: Z wyobraźni. Nic dodać, nic ująć.

AAR: Panie Adamie, pisze Pan na bardzo wysokim, wręcz światowym poziomie. Na naszym rodzimym rynku wydawniczym niewiele jest literatury tego typu, wychodzącej spod pióra polskiego autora. Czy w Pana przypadku jest to wrodzony talent, czy może kształcił się Pan w tym kierunku, pobierając nauki u profesjonalistów?

AZ: Jestem samoukiem. Większość wiedzy, którą wykorzystuję podczas pracy twórczej, bierze się z tak zwanego oczytania oraz życiowego doświadczenia. Posiadam też chyba jakiś dar w postaci rozbudowanej wyobraźni, pozwalający mi na szczegółowe podejście do tematu. Istotną rolę odgrywa zapewne poziom wrażliwości. Piszę o tych zjawiskach, jak o darze, bowiem sądzę, że nie istnieje możliwość nauczenia się tych rzeczy. Albo się ma to coś, albo nie. A to coś jest tym, czym przyprawy dla mdłej potrawy.

AAR: Jest Pan nie tylko prozaikiem, ale także poetą. Swego czasu publikował Pan wiersze o tematyce lirycznej dotyczące piękna przyrody. W jaki sposób poezja wpłynęła na Pana obecną twórczość? Na ile tamto doświadczenie staje się pomocne przy perfekcyjnych opisach przyrody, jakie można spotkać w Pana powieściach?

AZ: Poezja rozwija wrażliwość, coś, o czym wspomniałem przed chwilą. Większość czytelników daje się ponieść akcji, czemu się nie dziwię, lecz bardziej wymagający trafią na stronach moich powieści na szereg zwrotów, jak choćby ten, zaczerpnięty z „Białej Wiedźmy”: Wtopieni w aurę miejsca, które wybrali na resztę życia, siedzieli na plecionych fotelach, przy których stały puste szklanki, i wspólnie przeżywali swoją samotność. Wieczór robił się coraz piękniejszy, jak gdyby natura chciała im powiedzieć, że majestat śmierci jest niczym wobec majestatu życia. To są takie drobne subtelności, które zbudowała poetycka wrażliwość, coś, co moim zdaniem oddziela mnie od jednoznacznego wizerunku autora thrillerów. Dystansuje mnie także od opinii naśladowcy choćby nie wiem jak głośno tupano ze wzburzeniem.

AAR: Niektórzy pisarze twierdzą, że są w stanie pracować nad kilkoma powieściami jednocześnie, bądź też pisząc jedną książkę planują już kolejną, zbierając do niej materiały. A jak jest w Pana przypadku? Czy w danym momencie skupia się Pan na tworzeniu jednej historii, czy może w tym samym momencie powstaje kilka innych?

AZ: Ja skupiam się na jednej. Pochłania mnie w całości, co ma tę zaletę, że przeżywam wymyśloną historię, niczym rzecz osobistą, absolutnie realną. To chyba największa satysfakcja, wynikająca z pisania. Może nie jedyna, lecz najważniejsza.

AAR: Na koniec chciałabym zadać standardowe pytanie o Pana najbliższe plany wydawnicze. Kiedy możemy spodziewać się kolejnego, trzymającego w napięciu, thrillera?

AZ: W przyszłym roku zamierzam opublikować kolejną powieść. Może nie będzie to thriller w ścisłym słowa znaczeniu, może będzie jeszcze trudniej zaszufladkować tę pozycję, lecz z pewnością nie zabraknie rosnącego napięcia tego uczucia oczekiwania, które sprawia, że książka jest ciekawa i czyta się dobrze. To chyba bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Czytelnicy ocenią moją pracę.

AAR: Panie Adamie, serdecznie dziękuję za rozmowę, natomiast w imieniu swoim i Czytelników mojego bloga chciałabym życzyć Panu dalszych sukcesów na polu literackim oraz kolejnych wspaniałych pomysłów na następne powieści.

AZ: To ja Pani dziękuję i serdecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników Krainy Czytania.



Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





piątek, 1 czerwca 2012

Literatura dziecięca nie może opierać się tylko na pięknych, kolorowych obrazkach...



LITERAT CZERWCA 2012 


ROZMOWA Z MARIĄ IZABELĄ FUSS


Urodzona w Bystrzycy Kłodzkiej. Była mieszkanka Lądka Zdroju, w którym rozpoczęła swoją przygodę z pisaniem. Najpierw były to krótkie opowiadania w stylu horroru. Za swój debiut autorka uważa opowiadanie „Czego panicznie bał się Edgar Allan Poe?”. W roku 2005 autorka wyjechała na Wyspy Brytyjskie. Tam też tworzy książki i opowiadania dla dzieci. „Cheeky Elf i tajemnicze zniknięcie świątecznego drzewka” powstało w grudniu 2007 roku, a ostatecznie opublikowane zostało w lutym 2011 roku. Autorka jest fanką wielu autorów, a przede wszystkim: Stephena Kinga, Beatrix Potter, Enid Blyton oraz Nicka Butterwortha.


Agnes Anne Rose: Witam Cię serdecznie, Marysiu, w mojej Krainie Czytania i dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie, zostając Literatem Czerwca 2012. Spotykamy się dziś w bardzo szczególnym dniu, zwłaszcza dla Twoich Czytelników. Może przypomnę tym, którzy jeszcze nie wiedzą, że tworzysz literaturę dziecięcą. W takim razie powiedz mi, czym dla Ciebie, jako osoby piszącej dla dzieci, jest Dzień Dziecka?

Maria Izabela Fuss: Witam serdecznie Ciebie, Agnieszko i wszystkich odwiedzających Twój fantastyczny blog. To dla mnie prawdziwy zaszczyt usiąść na honorowym miejscu Literata Miesiąca i móc uczestniczyć w zabawie. Dla mnie Dzień Dziecka mógłby trwać przez calutki rok. Po pierwsze, uważam, że codziennie powinniśmy okazywać dzieciom, że je kochamy. Po drugie, czemu nie spróbować samemu na powrót poczuć się dzieckiem? Każdy dzień jest na to odpowiedni. Każdy dzień powinien być wyjątkowy i szczególny. Dzień Dziecka to dzień na wspólne gry i zabawy, układanie puzzli, czytanie książek na dobranoc i obdarowywanie się małymi upominkami, na przykład wiankiem ze stokrotek czy lizakiem. Chciałabym skorzystać z okazji i życzyć wszystkim dzieciom dużo radości podczas zabaw, mnóstwo słodkości w kieszeniach i serdecznych przyjaciół, z którymi warto spędzić każdą wolną chwilę.

AAR: Zastanawia mnie skąd w ogóle wziął się u Ciebie pomysł, aby zacząć tworzyć literaturę dla najmłodszych. Zdradź mi oraz Czytelnikom mojego bloga, jak to się stało, że piszesz dla dzieci? A może któregoś dnia podczas opowiadania bajek swojemu dziecku, pomyślałaś nagle: a czemu nie zacząć spisywać tych historyjek?

MIF: Kiedyś już ktoś zadał mi podobne pytanie. Odpowiedziałam wtedy: Ponad dziesięć lat temu nauczycielka z liceum powierzyła mi opiekę nad dwójką swoich dzieci. Starsze dziecko miało wtedy około siedmiu lat, młodsze kilka miesięcy. Pamiętam, że wymyślałam różne niestworzone historie, aby jakoś urozmaicić starszej dziewczynce czas w te długie, deszczowe wieczory, kiedy nie mogłyśmy wyjść na ogród i pobawić się lalkami. Po powrocie do domu spisałam kilka z nich na kartkach papieru.

AAR: Powiedz mi tak z własnego doświadczenia, jakimi czytelnikami są dzieci? Czy są one bardziej wymagające niż dorośli? A może, tworząc dla nich, piszesz pod pewnego rodzaju presją, wiedząc, że dziecko to niezwykle uważny czytelnik, który dostrzega nawet najdrobniejsze szczegóły?

MIF: Zabierając się za pisanie książek dla dzieci, byłam świadoma tego, że dziecko dostrzega kształty, kolory, wielkość, dosłownie wszystko! Opisy muszą pobudzić wyobraźnię, w której powstaje obraz wybudowany ze słów. Literatura dziecięca nie może opierać się tylko na pięknych, kolorowych obrazkach czy na przyciągającej oko szacie graficznej, musi też posiadać rozbudowane opisy pomieszczeń, wygląd bohaterów i opisy ich charakterów, z którymi Młody Czytelnik może się usposabiać lub też nie! Dzieci to wyśmienici słuchacze i niezastąpieni wykrywacze kłamstw.

AAR: Zawsze wydawało mi się, że tworzenie literatury dziecięcej wymaga nad wyraz rozwiniętej wyobraźni, bo przecież trzeba powymyślać rozmaite, a czasami nawet dziwaczne, postacie i nadać im cechy ludzkie. Jak jest u Ciebie? Skąd czerpiesz pomysły do swoich książek?

MIF: Obserwuję otaczający mnie świat ludzi, zwierzęta, całą naturę. Uważnie wsłuchuję się w śpiew ptaków, szum drzew i szelest liści, kiedy spaceruję w parku. Przyglądam się dzikim kaczkom, leśnym myszkom i wiewiórkom wspinającym się po drzewie. Dotykam trawy, kamyków i wody w strumyku. Wciągam świeże powietrze w płuca. Jednym słowem, żyję tak jak powinna żyć osoba, dla której wyobraźnia jest ważną częścią życia. Dzięki takim dziwnym rytuałom, którym oddaję się podczas spacerów w parku czy na ulicy, jestem w stanie obudzić moją wrażliwą stronę natury i stworzyć magiczny świat elfów, wróżek czy innych niesamowitych stworzeń!

AAR: Jesteś autorką dwóch książek dla dzieci. Bohaterem jednej z nich jest Cheeky Elf, zaś drugiej, tej anglojęzycznej, Fuzzy Buzzy. Kim tak naprawdę są te postacie?

MIF: Powiedziałabym raczej, że trzech książek! Do tej pory napisałam dwie części o Cheekym Elfie i jedną książkę o Fuzzym. Zaznaczę też, że oba światy są sobie obce i książki nie mają z sobą nic wspólnego. Cheeky Elf powstał specjalnie dla polskich dzieci, natomiast Fuzzy Buzzy powstał na potrzeby rynku anglojęzycznego. Postacie te zostały wykreowane na podstawie moich obserwacji w świecie ludzi. Cheeky Elf wpadł do mojej głowy w grudniu 2007 roku, pomysł zrodził się po skrzyżowaniu cech charakteru mojego męża i mnie samej! Fuzzy Buzzy narodził się trzy lata później z myślą o moim siostrzeńcu Dylanie.

AAR: Piszesz zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Czy w związku z tym czujesz jakąś różnicę w tworzeniu w zależności od języka, w którym akurat piszesz?

MIF: Oba narody posiadają swoje własne idiomy i określenia, z którymi trzeba się zapoznać. Pomimo tego, dzieci na całym świecie są takie same, powinno się tylko odkryć jak do nich dotrzeć.

AAR: Powszechnie wiadomo jest, że literatura dziecięca powinna uczyć, bo przecież skierowana jest do tych, którzy dopiero wkraczają w życie i poznają świat. Czy tworząc taką opowieść od samego początku masz na uwadze morał, jaki wypłynie z powstającej właśnie historii, czy może to przychodzi stopniowo w miarę pisania albo spontanicznie wpadasz nagle na jakiś pomysł?

MIF: Różnie bywa, Agnieszko! Jeśli chodzi o pierwszą część Cheeky Elfa, morał powstał na sam koniec. Przy drugiej części, morał był przewodnią myślą i bez niego nigdy nie powstałaby opowieść o poszukiwaniach elfiego skarbu. Natomiast w książce o Fuzzym, morał przyszedł stopniowo w miarę tworzenia historii.

AAR: Czego w takim razie uczą Twoje książki?

MIF: Wszystkiego po trochu, miłości do bliźniego, wytrwałości i umiarkowania w dążeniach do celu, dzielenia się z innymi i poszanowania czyjegoś mienia. Myślę, że nie tylko dzieci potrzebują takiej lekcji życia. Wielu z nas, dorosłych, zapomniało jak naprawdę powinniśmy żyć, aby kochać i być kochanym!

AAR: A teraz zapytam Cię o spotkania autorskie. O ile mi wiadomo uczestniczysz w tego typu spotkaniach, gdzie oprócz Ciebie w roli głównej występują właśnie dzieci. Czy w jakiś szczególny sposób przygotowujesz się do tych spotkań? Czy może masz jakiś z góry opracowany plan o czym będziesz rozmawiać ze swoimi Czytelnikami?

MIF: Faktycznie, biorę udział w wielu spotkaniach z Czytelnikami. Po prostu ubóstwiam dzieci i chętnie przyjmuję zaproszenia od największych sieci księgarń w Wielkiej Brytanii na spotkania z angielskimi dziećmi. (Niestety, nie mieszkam w Polsce i na razie promuję Fuzzy’ego na Wyspach Brytyjskich). Szczerze przyznam, że jeszcze na początku próbowałam opracować jakiś plan spotkań, na którym miałam bazować, lecz w trakcie owych spotkań wszystko wymykało się spod kontroli i szłam za ciosem. Na początku zaliczyłam kilka wpadek, na przykład: powtarzałam jedno i to samo przez co najmniej dziesięć minut, dopóki prowadzący nie przejął steru. Na szczęście całe spotkanie zakończyło się pomyślnie! Uff! Reszta spotkań odbyła się bez większych pomyłek. Dzieci chętnie kupują książki o Fuzzym z moim autografem, a rodzice wracają po więcej egzemplarzy!

AAR: Ogólnie mówi się, że wskaźnik czytelnictwa wciąż spada. Moim zdaniem, aby temu skutecznie zaradzić, trzeba wypracować już u Najmłodszych nawyk sięgania po książkę. Czy jako osoba pisząca dla dzieci masz jakiś swój własny sposób, aby zachęcić naszych Milusińskich do czytania, a tym samym także ich rodziców do inwestowania w swoje pociechy, między innymi, poprzez kupowanie i czytanie im książek?

MIF: Powiem tylko, że przeraża mnie myśl, że ludzie przestają czytać. To wprost nie do pomyślenia! Rozumiem, że niektórych nie stać na opłacenie rachunków, a tym bardziej - na kupno książek! To jednak nie powód, aby w ogóle przestać czytać! Wciąż istnieją biblioteki, z których można pożyczać stare i nowe pozycje i zagłębiać się w świat stworzony przez autora! Pamiętam, że mnie samą kiedyś nie było stać na zakup książek, biegałam więc do pobliskiej biblioteki i wychodziłam z niej obładowana książkami! Moim sposobem na sprzedaż książek jest promocja, rozmowa z dziećmi i ich rodzicami, reklama w gazetach! Pisanie książek to niepewny interes, ale przynoszący wiele radości.

AAR: Marysiu, zostawmy na chwilę literaturę dziecięcą, a skupmy się na książkach tworzonych dla tych starszych wiekiem czytelników. Otóż, jesteś jedną z uczestniczek projektu Blogerzy Książki Piszą. Tutaj był odgórnie ustalony wymóg, iż należy napisać tekst adresowany do osób dorosłych. Czy, w związku z tym, miałaś trudności z przestawieniem się tak nagle na inne tory tworzenia?

MIF: Ogromnie się cieszę, że zdecydowałam się dołączyć do projektu Blogerzy Książki Piszą! Z początku myślałam, że nie podołam temu zadaniu, ale za Twoją namową, zgodziłam się jednak stworzyć tekst dla starszych czytelników. Najpierw zaczęłam przetrząsać wszystkie szuflady w poszukiwaniu jakiegoś opowiadania dla dorosłych i niestety nie znalazłam nic ciekawego! Wtedy zastanowiłam się o czym mogłabym napisać i pierwsze co przyszło mi do głowy to temat emigracji, który nie jest mi obcy! Słyszałam wiele na temat ludzi wyjeżdżających za granicę, byłam świadkiem wielu wspaniałych, a zarazem przykrych wydarzeń, które miały miejsce pośród grona Polaków żyjących w Anglii. Emigracja to temat rzeka, ale warto czasami się w niej zagłębić i poznać co kryje się na jej dnie!

AAR: Skoro udało Ci się napisać fantastyczny tekst dla dorosłych, to czy nie myślisz, aby pójść za ciosem i napisać, na przykład, powieść dla rodziców swoich dotychczasowych Czytelników?

MIF: Rozważałam taką opcję. Niestety brak czasu mi na to nie pozwala. Mam jednak mnóstwo pomysłów na książki dla dzieci i młodzieży, a oni są w chwili obecnej dla mnie priorytetem. Kto wie, może kiedyś napiszę coś dla dorosłych, nie mówię NIE!

AAR: Wróćmy jednak do literatury dziecięcej. Interesuje mnie, co Marysia czytała, kiedy była bardzo małą dziewczynką i czy te lektury w jakiś sposób wpłynęły na Twoją obecną twórczość?

MIF: Na pewno warto wspomnieć serię o Mary Poppins, którą wciąż mam na półce! Na pewno na moją twórczość wpłynęła Beatrix Potter (autorka Króliczka Piotrusia ) oraz Enid Blyton (pewnie nieznana polskim czytelnikom). Mała Marysia czytała dosłownie wszystko, nie była wybredna. Warto wspomnieć, że do dziś moją ulubioną lekturą jest „Władca much” W. Goldinga.

AAR: Na koniec nie mogę Cię nie zapytać o Twoje najbliższe plany zawodowe. Czy jesteś już w trakcie pisania kolejnej książki adresowanej do dzieci, czy może postanowiłaś zrobić sobie przerwę, bo wiem, że stosunkowo niedawno wydałaś nową książkę i teraz jesteś zajęta jej promocją?

MIF: To prawda nie tak dawno, a dokładnie 1 marca (tuż przed moimi urodzinami) wydałam Fuzzy’ego i teraz koncentruję wszystkie siły na promocji tej książki. Wspomnę, że autorką ilustracji jest moja ulubiona graficzka Paulina Radomska-Skierkowska, która stworzyła też okładki i dodatki do Cheeky’ego Elfa. Paulina wykonała kawał świetnej roboty i nie mogę doczekać się jak zaczniemy pracę nad drugą częścią Fuzzy’ego. O, właśnie i tu zdradziłam moje najbliższe plany zawodowe. Jestem w trakcie pisania drugiej części Fuzzy’ego mam nadzieję, że uda mi zakończyć prace do końca września. W międzyczasie szukam wydawcy do nowej serii nie zdradzę jednak szczegółów, to tajemnica!

AAR: Marysiu, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę. Życzę Ci dalszej owocnej pracy literackiej oraz radości z tworzenia i wielu uśmiechniętych dziecięcych buzi na widok bohaterów Twoich książek.

MIF: Agnieszko, to ja dziękuję za zaproszenie. Cieszę się, że zostałam Literatem Miesiąca Czerwca! Dziękuję też wszystkim, którzy przeczytali mój wywiad i pozostawili komentarze. Zapraszam też wszystkich na stronę Cheeky Elfa i Fuzzy’ego Buzzy’ego na Facebooku!




Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose





wtorek, 1 maja 2012

Czasami pomysł na książkę powstaje po prostu z chęci opowiedzenia jakiejś historii...




LITERAT MAJA 2012 




ROZMOWA Z AGNIESZKĄ GIL


Jej przygoda z pisaniem rozpoczęła się „Przygodą na basenie” zamieszczoną w antologii „Wesołe historie”. W lokalnych gazetach autorka od kilku lat publikuje bajki, teksty o Wrocławiu i serię artykułów „Nauka przez zabawę”. Najłatwiej spotkać ją w bibliotece, gdzie co prawda nie pracuje, ale prowadzi cykl GILgotki, czyli Agnieszka Gil zaprasza – na spotkaniach z literaturą od kuchni gości autorów i ilustratorów, bawi się z dziećmi na czytelniczych GILgotkach tematycznych. W 2008 ukazał się „Dziki szczaw”, czyli powieść z drugim dnem, które docenią również dorośli, gdyż w perypetiach młodzieży jak w wodzie odbija się historia poprzedniego pokolenia i uwidaczniają różnice miejsko-wiejskie. W kwietniu 2012 roku pojawiła się „Herbata z jaśminem”, w której autorka podejmuje niełatwy temat dojrzewania i przedstawia swój ukochany Wrocław.


Agnes Anne Rose: Agnieszko, witam Cię bardzo serdecznie na swoim blogu. Dziękuję Ci za przyjęcie mojego zaproszenia i tym samym zostania Literatem Maja 2012. Niedawno ukazała się Twoja najnowsza powieść pod tytułem „Herbata z jaśminem. Przyznasz chyba, że bardzo apetyczny tytuł. Czy treść książki również tak dobrze smakuje jak owa herbata z jaśminem?

Agnieszka Gil: Mam wrażenie, że nie do końca, tytuł może być trochę mylący, bo choć brzmi i pachnie zachęcająco, kojarzy się z czymś przyjemnym, jest zgoła odmienny od rzeczywistości, w jakiej umieściłam bohaterkę. Ale kierując się tym, co słyszę ostatnio od Czytelniczek, czyta się to nieźle, więc jako lektura może smakować. Choć z pewnością powtórzę za moją ulubioną recenzentką: nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna.

AAR: Z tego, co wyczytałam na stronie wydawnictwa, a także z informacji na Twoim blogu wnioskuję, że książka adresowana jest do młodzieży, a szczególnie do nastoletnich dziewczyn, które jeszcze nie bardzo wiedzą, czego oczekują od życia. Powiedz mi, czy trudno jest napisać książkę skierowaną do nastolatek? Czy w zawiązku z tym musiałaś przyjąć pewne ograniczenia, na przykład językowe?

AG: Tak, ta książka z założenia miała być skierowana do nastolatek. I choć wiem, że chętnie sięgają po nią ich mamy, nastolatki były tu priorytetowym odbiorcą. I to odbiorcą bardzo wymagającym, bezbłędnie i bezlitośnie obnażającym każdą niezgrabność czy nieszczerość. Dlatego bardzo dużo pracy włożyłam w to, by język był zrozumiały, a jednocześnie, by nie wyszło na to, że dorosła kobieta przebrała się na chwilę w ciuchy siedemnastolatki. Nie wystarczy napisać: jesteś cool, chodź na fejsa, by stać się wiarygodnym. Bardzo bałam się powierzchowności. Mocno skupiłam się na języku. Moją pierwszą redaktorką merytoryczną była nastoletnia córka, wspaniale wyłapująca każdą niezręczność. Jedną z nich było sformułowanie do jasnej Anielki!, naturalne i zupełnie zrozumiałe... dla moich rówieśników. Dlatego usłyszałam natychmiast: Mamo, proszę cię... Może chociaż: do jasnej cholery? Z drugiej strony jednak zależało mi bardzo na tym, by język nie był ubogi, a miejsca między dialogami wypełnione treścią bardziej obfitą, niż mieszcząca się w trzech wersach. Ale jednocześnie, by zainteresować, a nie zagadać. To wszystko sprawiło, że pisanie „Herbaty z jaśminem” było naprawdę dużym wyzwaniem i po raz nie wiem który chcę się tu ukłonić w stronę Anny Garbal, redaktorki pracującej ze mną od początku powstawania książki. Choć i tak nie udało nam się uniknąć złośliwości chochlików drukarskich, wąsy wychowawcy bohaterki przejdą do historii jako anegdotka...

AAR: Bohaterką książki jest Martyna, której rodzinie daleko jest do ideału, a samą dziewczynę charakteryzuje ogromny pesymizm, który nie pozwala jej nawiązać bliższych relacji z innymi ludźmi, nawet z tymi najbliższymi. Czy stwarzając taką właśnie bohaterkę, chciałaś dotrzeć do młodzieży z jakimś szczególnym przesłaniem i uświadomić ludziom młodym, co naprawdę jest w życiu ważne i jak skutecznie radzić sobie z problemami wieku dorastania?

AG: Czasami pomysł powstaje po prostu z chęci opowiedzenia jakiejś historii. Nieraz jest pretekstem, by przedstawić miejsce, czy jakąś rzeczywistość. Bywa, że autor czuje misję. W „Herbacie z jaśminem” jest wszystkiego po trochę i w zasadzie do samego końca nie byłam pewna, co w tym przypadku najbardziej powodowało mną, że tak, a nie inaczej przedstawiłam losy bohaterów. Zaczęło się od słów mojej córki: Mamo, Łucja z „Dzikiego szczawiu” była taką mamincórką. Mogłabyś teraz napisać o jakiejś niegrzecznej dziewczynce! A obmyślając fabułę, szłam trochę za Martyną, zwaną Kurą, nie tak do końca nią sterując, dawałam się poprowadzić jej charakterowi, a czasem nawet nastrojowi. Zobaczyłam wszystko wyraźniej, kiedy przeczytałam całą książkę podczas korekty autorskiej. I wyszło na to, że oprócz zaprezentowania Czytelnikowi mojego ukochanego Wrocławia, udało mi się mam nadzieję pokazać, że z pewnych sytuacji można i koniecznie trzeba się wywikłać. Nawet jeśli nie ma się doświadczenia, pieniędzy i, wydawałoby się, żadnych szans na zmiany, trzeba do nich dążyć. W zasadzie niezależnie od tego ile ma się lat, kilkanaście czy kilkadziesiąt, nie wolno dać się zamknąć w klatce bez wyjścia, szczególnie jeżeli klatka jest brudna i zardzewiała, a pobyt w niej lokatorowi wyjątkowo nie służy. A ludzie wokół potrzebni są nam do funkcjonowania, tylko warto dobrze im się przyglądać i wybierać. Zdarza się, że ktoś, kto powinien być osobą najbliższą i podporą, nie spełnia tej roli. Trzeba szukać przyjaźni, oparcia i szczęścia, wychodzić im na przeciw. Z drugiej strony czasem naprawdę nie ma możliwości nic samemu zdziałać, kiedy człowiek powodowany jest pewnymi mechanizmami czy znajdzie się w sytuacji, z której po prostu sam nie ma szans się wydostać. Wtedy niezbędna jest pomoc innych, mam nadzieję, że i ten sygnał dotrze do kogoś, kto mógłby coś zrobić, a tylko patrzy, nawet udając, że nie widzi, bo tak wygodniej.

AAR: Niektórzy pisarze przyznają, że kreując daną postać, starają się bardzo dokładnie obserwować innych ludzi i w ten sposób przenosić to prawdziwe życie na karty swoich powieści. Czasami mówią nawet, że ich literacka postać ma wiele wspólnego z kimś, kogo spotykają na co dzień. Jak było z Martyną? Czy Martyna naprawdę istnieje, czy może jest ona jedynie wytworem Twojej wyobraźni?

AG: Niestety, Martyna istnieje. Istnieje w wielu dziewczynach, które są lub były nastolatkami, dawno temu i obecnie. Mówię: niestety, bo rodzina i środowisko, w którym się obracają, to nie jest coś, co zdrowo myślący człowiek chciałby widzieć jako miejsce dla swojego dziecka. Moja bohaterka odradza się wzorem feniksa, ale całe zastępy innych nie mają takiej możliwości, grzęznąc w bagienkach, jakie stworzyli im najbliżsi. I to, co powiedziałam wcześniej nieraz nie ma możliwości samodzielnego wydostania się z matni, o ile nie zadziała Los albo ktoś, kto wyciągnie rękę. Dziś usłyszałam od jednej z Czytelniczek, że trudno opisać wiarygodnie taką postać, nie mając kontaktu z tego rodzaju sytuacjami. Coś w tym jest.

AAR: Powiedz, mi skąd w ogóle pomysł, aby pisać dla młodzieży?

AG: Zawsze chciałam pisać to, co sama chętnie przeczytałabym. Chyba nie dojrzałam jeszcze do tego, by czytać wyłącznie literaturę dla dorosłych (śmiech). Przepadam za książkami dla młodzieży, do dziś jestem za pan brat z wieloma lekturami kojarzącymi się bardziej z dziewczętami, niż z kobietami. Pewnie to dlatego. A trochę to też przypadek, pierwszą dłuższą rzecz, jaką stworzyłam, „Dziki szczaw”, pisałam na konkurs na powieść dla młodzieży ogłoszony przez Wydawnictwo Telbit. Ostatecznie na konkurs jej nie posłałam, ale Los wiedział swoje, właśnie tam debiutowałam z większą formą. „Herbatę z jaśminem” pisałam już konkretnie do serii Naszej Księgarni „Tylko dla dziewczyn”, czyli z założenia dla młodzieży.

AAR: Twoim debiutem literackim było opowiadanie pod tytułem „Przygoda na basenie”, które ukazało się w antologii o tytule „Wesołe historie”. Mam wrażenie, że zarówno opowiadanie, jak i cała antologia adresowane były do najmłodszych czytelników. Czy mogłabyś coś więcej powiedzieć na ten temat?

AG: „Przygoda na basenie” jest moim debiutem absolutnym to pierwsza bajka, jaką w ogóle napisałam. I od razu okazała się być szczęśliwym kamyczkiem na mojej literackiej drodze. Napisałam ją dla córki, zainspirowana konkursem literackim ogłoszonym przez miesięcznik dla rodziców „Dziecko”. Bajeczka została nagrodzona przez redakcję, więc wysłałam ją potem do kilku wydawców i tak trafiła do antologii Wilgi, sąsiadując z bajkami Wandy Chotomskiej i wielu innych dobrych pisarzy. Ta publikacja sprawiła, że odważyłam się pisać dalej i dotąd moje bajki ukazują się w lokalnym wrocławskim czasopiśmie, a ja wzięłam się także za powieści. Dodam jeszcze, że „Dziecko” jest trochę i moim dzieckiem, mam przyjemność współpracować z serwisem eDziecko między innymi jako autorka artykułów poradnikowych.

AAR: Dowiedziałam się również, że we wrocławskiej bibliotece prowadzisz spotkania literackie, podczas których, między innymi, bawisz się z dziećmi na tak zwanych GILgotkach tematycznych. Agnieszko, a cóż to takiego te GILgotki?

AG: Nie każdy lubi łaskotanie, ale na literackich GILgotkach nie czyha takie niebezpieczeństwo. Od czterech lat spotykam się z dziećmi w wieku około 5-10 lat, głównie w bibliotekach, organizując tematyczne spotkania okołoliterackie. Czytam im bajki, opowiadania, wiersze czy fragmenty książek, przeplatając lekturę zabawami, zgadywankami, grami, rysowaniem najróżniejszymi ciekawymi zajęciami. Wcielam się w postać czarownicy, Indianki, piratki, królewny czy kucharki, przebieram się i bawię wraz z nimi. Wszystko po to, by zaszczepić w nich chęć przebywania w miejscach pełnych książek, otwieram drzwi do różnych światów. By czytanie nie kojarzyło się z przymusem, ale z przyjemnością, relaksem. Chętnie widziałabym na tych spotkaniach również rodziców, by i oni mieli świadomość, po co warto sięgnąć, co zaproponować swoim pociechom, jaką książkę sprawić mu na Dzień Dziecka czy inną okazję, ale zwykle chętniej w tym czasie robią zakupy... Szkoda, bo ci, którzy spędzają z nami czas, naprawdę świetnie się bawią. Myślę, że to GILgotki były przyczyną, dla której niedawno zaproszono mnie w szeregi członków Stowarzyszenia Przyjaciół Książki dla Młodych, Polskiej Sekcji IBBY, z czego jestem bardzo dumna!

AAR: A teraz skupmy się ponownie na Twoim pisaniu. W 2008 roku wydałaś powieść dla młodzieży pod tytułem „Dziki szczaw”. Kolejny intrygujący tytuł, a w dodatku książka z drugim dnem, którą ceni zarówno młodzież, jak i ci starsi czytelnicy. W takim razie, zdradź mi, co takiego szczególnego ma w sobie ta powieść?

AG: „Dziki szczaw” to pierwsza większa forma, którą wydałam, a powstała z różnych przyczyn. Pierwszym impulsem były słowa pisarza, Romka Pawlaka, który powiedział kiedyś, że pisząc książkę, raczej nie kieruje się ekstra powodem, tylko zwyczajnie ma ochotę opowiedzieć jakąś historię. Pomyślałam, skoro to takie proste, to może i ja spróbuję? Od dawna inspirująca była dla mnie wioska, którą znałam od dzieciństwa, spędzając w niej większość wakacji. Jeździłam do niej potem ze swoimi dziećmi, tam też powstało kilka bajek. Wakacyjne wspomnienia z czasów nastoletnich to chwile, które chciałam zachować nie tylko w sercu, więc wymyśliłam bohaterów i prostą fabułę, całość osadziłam w lesie nad Pilicą i zanurzywszy się trochę we wspomnienia własne, trochę w opowieści zasłyszane, trochę w wyobraźnię napisałam tę książkę, pachnącą lasem, miodem i malinami. Przez wydawcę została zakwalifikowana jako powieść dla młodzieży, ale czuję, że taki też jest odbiór, jak słyszę, że lepiej przyjmują ją mamy niż córki. Wspominają własne wakacje sprzed lat, pierwsze miłości, wybory. Chyba każda odnajduje tam siebie, swoją młodość, ciepłą i bezpieczną. I jeszcze trochę, bo na przykład pszczoły. A jak się ktoś dobrze wsłucha, to i piosenki Grechuty...

AAR: Agnieszko, a teraz może zapytam o Twoje upodobania czytelnicze. Czy jest taki autor, którego powieści czytasz bez względu na recenzje? A może masz takiego, na którym się wzorujesz, pisząc swoje teksty?

AG: Tak naj-, najbardziej to lubię horrory... Chciałabym kiedyś i ja taki napisać. Tymczasem jednak wiem, na co mogę się porwać i pozostaję przy powieściach obyczajowych i bajkach. Wielu jest pisarzy, którzy trafiają w środek mego czytelniczego serca, a także są wzorem jako literaci. Moją mistrzynią jest Stanisława Fleszarowa-Muskat, której „Pasje i uspokojenia”, „Most nad rwącą rzeką” i trylogia z „Pozwólcie nam krzyczeć” to książki wyczytane przeze mnie we wszystkie strony po kilkanaście, albo i więcej, razy. Niesamowicie przemawia do mnie sposób, w jaki pisała o emocjach, w jaki przedstawiała ludzi, szczególnie bliskie są mi kobiety Fleszarowej. Kolejną pisarką sprzed lat, której twórczość robiła na mnie zawsze ogromne wrażenie, była Marta Tomaszewska. Jej „Tapatiki” i „Omijajcie Wyspę Hula” też znam chyba na pamięć, a to przecież zaledwie ułamek jej dorobku. Z powodu podobnej Tomaszewskiej (i pewnie mojej) wrażliwości bliska jest mi także Tove Jansson i jej „Muminki”. Może kiedyś i mnie uda się stworzyć taki świat, to moje literackie marzenie. Mam także ulubionych współczesnych twórców, a pośród nich bezsprzecznie Irena Landau, ze szczególnym uwzględnieniem jej książek dla dorosłych (między innymi „Siostry”) i sposób przedstawiania trudnej rzeczywistości, niepozbawiony akcentów humorystycznych, a wszystko poparte znakomitym warsztatem. Z młodszych stażem pisarek wzorem jest dla mnie Anna Fryczkowska, którą kocham za zdolność przeżywania emocji zbliżoną do mojej, umiejętność obserwowania i w szczególny sposób opisywania społeczeństwa. Za te wszystkie okropieństwa, które opisuje z uśmiechem barokowego aniołka na ślicznej twarzy okolonej blond włosami.

AAR: Nie mogę też nie zapytać Cię o projekt, w którym zgodziłaś się wziąć udział. Oczywiście mam tutaj na myśli akcję Blogerzy Książki Piszą. To bardzo miłe, że osoba z takim dorobkiem literackim zaszczyciła nas swoim tekstem, pisząc opowiadanie pod tytułem „Sielanka”. Jak oceniasz tego typu projekty, których ostatnio jest coraz więcej?

AG: To pierwszy projekt tego rodzaju, w którym biorę udział. I nie mam pojęcia, czego się spodziewać, bo nie znam takich przedsięwzięć nawet jako czytelniczka. Wszystko to jest dla mnie strasznie tajemnicze, lecz na pierwszy plan wysuwa się ciekawość jak przyjmą to Czytelnicy? Moje zainteresowanie budzą też opowiadania innych autorów, z których znam tylko jedno. Jak wypadnie na ich tle „Sielanka”, opowiadanie o tytule dość przewrotnym, które dla czytelników „Dzikiego szczawiu” pewnie będzie zaskoczeniem? Czy wpisuje się w organizm tego zbioru, czy też zostanie odrzucona jak Obcy? Temat pozostawiał duże pole do popisu dla wyobraźni, więc tym bardziej czekam na chwilę, kiedy będę mogła zobaczyć całość. Dopiero wtedy będę mogła szerzej wypowiedzieć się w tej kwestii, na razie brak mi punktu odniesienia.

AAR: Wiem, że niedawno brałaś czynny udział w imprezach zorganizowanych z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich, które odbyły się w Kamiennej Górze. Przypomnijmy, że byłaś też jedną z tych autorek, które miały przyjemność wziąć udział w akcji pod tytułem „Czytajmy pod chmurką”, gdzie jak przypuszczam, poprzez głośne czytanie na kamiennogórskim rynku zachęcałaś do sięgania po książki. Co dają takie wspólne spotkania z innymi pisarzami? Czy myślisz, że taki sposób propagowania czytelnictwa naprawdę może zmienić pogląd dotyczący czytania książek u tych osób, które na co dzień sięgają jedynie po prasę i to nie zawsze?

AG: Tak, czytaliśmy na kamiennogórskim rynku, myślę, że ludzi było zupełnie sporo jak na pierwszą tego rodzaju akcję w tamtym miejscu. Nawet pogoda dopisała, na pewno specjalnie po to, żeby jeszcze bardziej zachęcić ludzi do czytania. I było nas więcej niż w stolicy! Biegałam ze spotkania na spotkanie, z „Czytania pod chmurką” na GILgotki, i to były jedne z najmilej spędzonych dni tej wiosny! Żywy kontakt z odbiorcami, którym czytałam fragmenty jednej z ulubionych książek z dzieciństwa „O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i kucharce Pelasi”, wizyta w Centrum Kultury, gdzie przybyły dzieci z pobliskiej szkoły i bawiliśmy się naprawdę świetnie, spotkania z Czytelnikami, którzy odwiedzali nas na rynku, rozmawiali i zbierali autografy, to wszystko napawa otuchą. Ludzie potrzebują książek, czasem tylko o tym zapominają w codziennej gonitwie. Każda tego typu akcja ma sens, bo pozwala wrócić na właściwe tory, ustawić priorytety, przypomnieć, że od prozy życia można się oderwać dzięki prozie w literaturze. Każda tego typu impreza to w mojej ocenie znakomita sprawa, także dla nas, piszących, którzy inaczej pewnie niezbyt często mieliby okazję się spotykać na żywo. Jestem bardzo wdzięczna organizatorom za zaproszenie, bo miałam możliwość poznać kilku autorów ze znakomitym dorobkiem, ale także z fantastycznymi osobowościami. Z Moniką Szwają odnalazłyśmy wspólny żeglarski język, osoba Hannibala Smoke’a sprawiła, że mam ochotę nie tylko sięgnąć po kryminał, ale także zagłębić się w różne okolice Dolnego Śląska, a zgodnie z przysłowiem, że szewc bez butów chodzi, z Agnieszką Lingas-Łoniewską, wrocławianką, musiałam się spotkać aż w Kamiennej Górze...

AAR: Kończąc, zapytam Cię o Twoje plany na najbliższą przyszłość. Oczywiście, mam tutaj na myśli tworzenie kolejnej powieści. Czy zaczęłaś już nad nią pracę? Jeśli tak, to do kogo będzie adresowana? Ponownie do młodzieży, czy może tym razem uraczysz swoim talentem pisarskim dorosłych czytelników?

AG: Tym razem zmierzę się z powieścią dla dorosłych. Chodziło mi to po głowie i trochę po sercu, bo choć sprawa będzie poważna, to akcja dzieje się nie tylko w moim Wrocławiu, ale też w miejscach dla mnie szczególnych, silnie związanych z hobby, które uprawiam. Materiały do nowej książki zaczęłam zbierać już kilka miesięcy temu, teraz czekam na akceptację konspektu przez wydawcę i jeśli uda się nam zrealizować wspólny plan, za jakiś czas przedstawię swoje kolejne literackie dziecko. Ale mam też pomysł na kolejną powieść dla młodzieży, to nie tylko ogólny pomysł, lecz dość konkretny zarys, w miarę określeni bohaterowie i miejsce akcji bliska memu sercu miejscowość nad jeziorem, która do niedawna nawet nie istniała na mapie. I środowisko, z którym w czasach nastoletnich, dużo mnie łączyło. Mam też nadzieję, że ujrzy światło dzienne książka dla dzieci na poły realistyczna, na poły baśniowa opowieść o pewnym Jacku, która czeka na decyzję wydawcy.

AAR: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę samych sukcesów na dalszej drodze kariery literackiej.

AG: Bardzo dziękuję za zaproszenie i pozdrawiam wszystkich Czytelników Krainy Czytania.


Rozmowa i redakcja:
Agnes Anne Rose