piątek, 31 marca 2023

Renata Czarnecka – „Korona w złocie i krwi. Dylogia andegaweńska” # 2

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/

GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.

Katowice 2023

 

 

Król Karol Robert, będący pierwszym władcą z dynastii Andegawenów zasiadających na węgierskim tronie, zmarł w lipcu 1342 roku. Już sześć dni po jego śmierci węgierską koronę włożono na głowę jego najstarszego syna Ludwika, któremu historia nada potem przydomek „Wielki”. W chwili śmierci ojca Ludwik miał szesnaście lat. Natychmiast po koronacji, młody władca udał się z pielgrzymką do grobu świętego Władysława, najpopularniejszego węgierskiego króla z dynastii Arpadów panującego w XI wieku. Tam złożył przysięgę, że będzie rządził narodem węgierskim na wzór swego wielkiego poprzednika. Stamtąd wyruszył do Siedmiogrodu (Transylwanii), aby przyjąć przysięgę wierności od syna Michała Bazaráda. Michał Bazarád był władcą Wołoszczyzny, który za panowania Karola Roberta odważył się zlekceważyć swoją zależność od węgierskiej korony. Ledwie Ludwik wrócił do zamku w Wyszehradzie, a już otrzymał wielce przygnębiające wieści dotyczące jego młodszego brata, księcia Andrzeja Andegaweńskiego, będącego mężem królowej Neapolu, Joanny Andegaweńskiej.

Książę Andrzej nie był zbyt mile widziany w Neapolu, a tamtejsi liczni książęta patrzyli na niego z zazdrością i starali się wszelkimi sposobami utrudnić mu wstąpienie na tron. Matka Ludwika i Andrzeja, królowa wdowa Elżbieta Łokietkówna, słysząc jak wielka krzywda dzieje się jej młodszemu synowi, natychmiast pospieszyła do Neapolu obładowana skarbami, aby tylko uratować swoje dziecko przed machinacjami wrogów. Węgierskie pieniądze odniosły pożądany skutek na papieskim dworze, którego wasalem był w tamtym czasie Neapol. Królowa Elżbieta uzyskała bowiem zapewnienie, że książę Andrzej zostanie koronowany, po czym wróciła na Węgry. W chwili wyjazdu miała jednak bardzo złe przeczucia, które – jak się niebawem okazało – wcale nie były jedynie wytworem jej wyobraźni. Wyjazd królowej Elżbiety stał się bowiem impulsem do nowych intryg na neapolitańskim dworze. Książęta Filip i Ludwik z Tarentu, synowie Katarzyny II de Valois, otwarcie znieważali młodego księcia Andrzeja. Z kolei Joanna Andegaweńska w niegodziwy sposób odwróciła się od męża i stanęła po stronie wrogów.


Król Ludwik Węgierski według wyobrażenia Aleksandra Lessera


Dzień koronacji zbliżał się wielkimi krokami. Andrzej, licząc na władzę, którą miał wkrótce sprawować, zagroził swoim wrogom, że kiedyś pomści wszystkie wyrządzone mu krzywdy. Przeciwników księcia ogarnęło jeszcze większe przerażenie, gdy podczas turnieju rycerskiego, który miał miejsce na krótko przed planowaną koronacją, ujrzeli na sztandarze księcia Andrzeja topór i pętlę znajdujące się pod jego ramionami. Nadchodzące niebezpieczeństwo sprawiło, że spiskujący książęta stawali się coraz bardziej zdesperowani i zdecydowani usunąć Andrzeja z drogi. Postanowiono zatem, że zostanie zamordowany, a Joanna wyraziła na to zgodę, a przynajmniej nie miała nic przeciwko temu. I tak oto 18 września 1345 roku cały dwór, a razem z nim również Joanna, udał się do Aversy, aby tam oddać się rozrywkom, wśród których znalazło się także polowanie. W nocy podstępem wywołano Andrzeja z jego komnaty. Książę nie zdążył nawet przekroczyć jej progu, gdy drzwi za nim od razu się zamknęły, a czyhający już na niego zabójcy natychmiast rzucili się na swoją ofiarę. I tak oto młodszy brat Ludwika Węgierskiego i ukochany syn Elżbiety Łokietkówny został brutalnie uduszony, a jego wołania o pomoc nikogo nie obeszły. Potem martwe ciało księcia, mordercy zrzucili z balkonu, pozorując wypadek. Podczas gdy rozgrywała się na krwawa scena, królowa Joanna ponoć spała spokojnie, nie niepokojona ani przez szamotaninę pod jej drzwiami, ani też przez krzyki męża. Trudno uwierzyć, że niczego nie słyszała, skoro wiedziała co tak naprawdę się wydarzy. Czy faktycznie była tak bezwzględna i okrutna, iż mogła spokojnie spać, mając świadomość, że tuż obok mordują jej męża? Po wszystkim miała ponoć twierdzić, że była pod wpływem czarów. Joannie niczego jednak nie udowodniono.

Skoro tylko wieść o śmierci księcia Andrzeja dotarła na Węgry, na zamku w Wyszehradzie zapanowała wielka żałoba. Król Ludwik Węgierski poprzysiągł straszliwą zemstę, a naród z entuzjazmem chwycił za broń, by go wesprzeć. Z zagranicy docierały głosy współczucia. Książęta włoscy pozwolili na swobodny przemarsz wojsk Ludwika przez należące do nich terytoria. Ekskomunikowany cesarz niemiecki, Ludwik IV Bawarski, zawarł z królem sojusz. Z kolei król Anglii, Edward III Plantagenet, współczując Ludwikowi Węgierskiemu, wciąż zachęcał go do zemsty. Tylko papież zachowywał złowrogie milczenie. Tym razem jednak chęć zemsty okazała się u Ludwika Węgierskiego silniejsza niż szacunek dla papieża i w 1347 roku armia węgierska była już gotowa do wymarszu. Ukaranie wiarołomnej kobiety, jaką w oczach Węgrów była Joanna, zaś nie podbicie Włoch, stało się celem ich wyprawy, natomiast włoscy książęta usłużnie zapewnili królewskim żołnierzom wszelkie ułatwienia w osiągnięciu tego zamiaru.

Wokół Ludwika Węgierskiego zjednoczyli się wszyscy wielcy panowie królestwa. Przed armią węgierską niesiono ogromny czarny sztandar, na którym widniała blada podobizna księcia Andrzeja. Król Ludwik dwukrotnie nacierał na Neapol, a za każdym razem towarzyszyły mu najznamienitsze węgierskie rody. Wśród nich znaleźli się między innymi Mikołaj Kont z Orahovicy, Andrzej i Szczepan Lackfi, a także Dionizos, syn tego ostatniego, oraz wielu innych, którzy przyprowadzili ze sobą swoje zbrojne zaciągi. Lecz mimo to ich potężne uderzenia zarówno na Aversę, jak i na dumny Neapol zostały wkrótce osłabione. Królowa Joanna wraz ze swoim drugim mężem, Ludwikiem z Tarentu, uciekła za morze. Z kolei Karol z Durazzo, jeden ze spiskujących przeciwko Andrzejowi książąt, który był podejrzewany o współudział w morderstwie, odpokutował swoją zbrodnię, zostając zamordowanym po hucznej zabawie i zrzuconym z tego samego balkonu, który trzy lata wcześniej stał się świadkiem haniebnego czynu spiskowców. Czterech innych książąt przewieziono natomiast na Węgry i tam uwięziono.


Joanna I Andegaweńska, królowa Neapolu
Portret pochodzi z 1842 roku.
autor: Amédée Gras


I na tym zakończymy analizę przyczyn zemsty Ludwika Węgierskiego na Joannie Andegaweńskiej, królowej Neapolu, ponieważ to w tym miejscu rozpoczyna się akcja Korony w złocie i krwi, która stanowi kontynuację Dwóch królestw, jednej krwi. A zatem jest rok 1348, a król Ludwik Węgierski wraca do domu po – co tu dużo mówić – nieudanej wyprawie na Neapol. Nie ukarał znienawidzonej Joanny, tak jak planował. W dodatku jeszcze nie zdążył przekroczyć progu zamku w Budzie, a już dowiaduje się o śmierci ukochanej żony, Małgorzaty Luksemburskiej. Ale wszak jest królem, więc nie wolno mu zbyt długo rozpaczać nad grobem małżonki, bo trzeba myśleć o spłodzeniu następcy tronu, a przecież bez nowej żony nie zdoła tego dokonać. Lecz od czego ma zaradną matkę, która już doskonale wie, kim będzie jej przyszła synowa. To Elżbieta Bośniaczka, w której żyłach płynie krew polskich Piastów. I choć królowa wdowa szybko sprowadza pod swój dach młodziutką Elżbietę, to jednak jej syn raczej nie wykazuje nią zainteresowania. W głowie i w sercu Ludwika wciąż wielkim ogniem płonie żądza zemsty na Joannie Andegaweńskiej. Tym razem Ludwik ma nieco inny plan. Chce pojmać Joannę i poślubić jej siostrę, Marię. Czy uda mu się osiągnąć swój cel? Czy król tak mocno zżyty z matką będzie w stanie przeciwstawić się jej planom związanym z jego małżeństwem z kobietą, którą ta wybrała mu na kolejną żonę i królową Węgier? Czy Ludwik, zmuszony do zawarcia pokoju z Joanną Andegaweńską, będzie w stanie przełknąć tę gorzką pigułkę? A jak w tej sytuacji zachowa się sama Joanna, skoro nawet na własnym dworze nie może czuć się bezpieczna?

W kontynuacji opowieści o Andegawenach Renata Czarnecka znów potwierdza swój ogromny talent do pisania historii na nowo. Postacie, które ożywia na kartach książki są niezwykle autentyczne, co sprawia, że czytelnik odnosi wrażenie, iż wraz z nimi przeżywa każde wydarzenie będące ich udziałem. Akcja powieści jest niezwykle dynamiczna; wciąż bowiem coś się dzieje. Czytelnik ma możliwość podglądania życia toczącego się na dwóch dworach. Raz jest to dwór węgierski, a raz neapolitański. Nie brak też dworu polskiego. Bo trzeba pamiętać, że Elżbieta Łokietkówna była siostrą Kazimierza III Wielkiego, a zatem nie sposób pominąć i tej postaci, zważywszy że król Kazimierz także musi zmagać się ze swoimi problemami, nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale też prywatnej. Generalnie jednak wszystko rozgrywa się wokół konfliktu pomiędzy Ludwikiem Węgierskim a Joanną Andegaweńską. Poza tym ani król Węgier, ani królowa Neapolu nie doczekali się jeszcze męskiego potomka, który mógłby kiedyś objąć po nich tron. Wprawdzie Joanna urodziła syna, ale nie może go wychowywać i tym samym nie może mu wpajać własnych zasad i poglądów, aby kiedyś uczynić z niego króla Neapolu. W dodatku Karol Martel jest zbyt mały, aby móc myśleć o nim jak o potencjalnym królu jednego, czy drugiego państwa, biorąc pod uwagę również fakt, że śmiertelność wśród dzieci średniowiecza jest naprawdę wysoka.


Kamil Siegmund jako król Ludwik Andegaweński w serialu Korona królów
fot. TVP


Oprócz wysuwającego się na pierwszy plan wspomnianego powyżej konfliktu, niezwykle istotne są również wydarzenia rozgrywające się gdzieś w jego tle. Pamiętajmy, że Joanna Andegaweńska była kobietą, dla której liczyła się nie tylko władza, ale też mężczyźni stojący u jej boku. Aby osiągać swoje cele potrzebowała przede wszystkim silnych mężczyzn, którzy byliby w stanie pomóc jej wspiąć się na sam szczyt. Była też kobietą namiętną, posiadającą własne potrzeby. Choć może wydawać się, że była bezwzględna i szła do celu po trupach i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, to jednak nie była pozbawiona uczuć tak bardzo charakterystycznych dla każdej kobiety. Nie obca była jej nie tylko miłość do mężczyzny, ale też do dzieci, które urodziła. I choć nie potrafiła dać swojemu drugiemu mężowi upragnionych synów, to jednak nie gardziła córkami, które oficjalnie przyszły na świat z tego związku. Do dziś nie wiemy bowiem, kto tak naprawdę był ojcem Karola Martela. Jedni przypisują ojcostwo księciu Andrzejowi Andegaweńskiemu, zaś inni drugiemu mężowi Joanny, Ludwikowi z Tarentu.

Tak jak w poprzednim tomie, tak i tutaj fabuła nie jest wolna od intryg i spisków. Bezustannie można zastanawiać się, kto tym razem straci życie; kto zostanie usunięty z drogi; kto popełni błąd, którego nie da się już naprawić i jedynym wyjściem będzie śmierć. Nikt, kto znajduje się w otoczeniu Joanny Andegaweńskiej nie może czuć się bezpieczny i pewny siebie, nawet ona sama. Myślę, że osoba królowej Neapolu jest zbyt mało znana w Polsce, dlatego niniejszy cykl powieściowy to prawdziwy skarb dla polskich czytelników. Na chwilę obecną mamy do dyspozycji dylogię. Marzy mi się jednak, żeby powstał kolejny tom, ponieważ opowieść o Joannie tak naprawdę jeszcze się nie kończy. Po zdarzeniach zamykających Koronę w złocie i krwi następuje szereg pasjonujących wydarzeń, które – jestem przekonana – przykułyby czytelnika do lektury na bardzo długo. A zatem z pełną odpowiedzialnością polecam zarówno pierwszy, jak i drugi tom historii Andegawenów. Historii, o której trudno zapomnieć i która dostarcza czytelnikowi wciąż nowych emocji. 


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka, dziennikarka






wtorek, 7 marca 2023

Elżbieta Woodville – kontrowersyjna królowa Edwarda IV Yorka



Czy Elżbieta Woodville mogła uratować swoich synów przed Ryszardem III? Czy zaplanowała powstanie przeciwko Henrykowi VII Tudorowi? Jak zareagowała na wieść o śmierci książąt w Tower? Czy Edward IV poślubił ją z miłości?

 

Dlaczego małżeństwo Elżbiety Woodville z Edwardem IV przeraziło tak wiele osób?

 

Kiedy jesienią 1464 roku Edward IV poinformował swoich ministrów, że zawarł potajemnie małżeństwo, wprawił ich tym w wielkie osłupienie, ponieważ wybór narzeczonej – Elżbiety Wooodville – był sprzeczny ze wszystkimi ówczesnymi zasadami. Owszem, powinnością każdego króla było zawrzeć związek małżeński, ale tylko po to, aby scementować nim sojusz z obcym państwem. Elżbieta Woodville byłaby natomiast pierwszą z pochodzenia angielską królową od czasu normańskiego podboju. I choć królowie teoretycznie mogli żenić się z Angielkami, to jednak musiały to być przedstawicielki rodów arystokratycznych. Elżbieta była natomiast córką zwykłego rycerza.


Rebecca Ferguson jako królowa Elżbieta Woodville w serialu Biała królowa (2013)


Kolejnym problemem było to, że ślub został zawarty w tajemnicy. W nadchodzących latach pierwszy parlament zwołany przez brata Edwarda IV, Ryszarda III, potępił tego rodzaju małżeństwo, uznając, że jest ono niepożądanym, gdyż zostało zawarte potajemnie, bez zapowiedzi, w prywatnej komnacie i w miejscu na wskroś świeckim. Co gorsza, w czasach, gdy wielu ludzi uważało, że oblubienica króla powinna być dziewicą, Elżbieta była już wdową. Jakby tego wszystkiego było mało, jej pierwszy mąż zginął, walcząc w Wojnie Dwóch Róż i opowiadając się po stronie Lancasterów, zamiast Yorków. Nie popierał zatem Edwarda IV w jego roszczeniach do angielskiego tronu. W dodatku Elżbieta była pięć lat starsza od Edwarda, chociaż – jak zauważył sam król – mając dwóch małych synów z pierwszego małżeństwa, przynajmniej udowodniła, że jest płodną kobietą. Co więcej, Edwardowi zarzucano potem, że nie miał on najmniejszego prawa poślubić Elżbiety, skoro wcześniej ustalono już jego ślub z inną kobietą. Oskarżenie to zostało podniesione w 1483 roku, po śmierci Edwarda, kiedy to Ryszard, książę Gloucester, zasygnalizował swój zamiar objęcia tronu jako Ryszard III York. Uważano bowiem, że skoro ślub Edwarda i Elżbiety był nieważny, to i ich dwaj synowie, czyli bratankowie Ryszarda – Edward i Ryszard – są de facto bękartami. Jeden z biskupów, Robert Stillington, miał nawet oświadczyć, że Edward już wcześniej poślubił Eleonorę Butler (z domu Talbot), córkę hrabiego Shrewsbury. Niemniej dowody potwierdzające zarzuty Stillingtona są w najlepszym razie jedynie poszlakowe, ponieważ Eleonora zmarła w 1468 roku, więc nikt nie mógł zapytać jej o to, jak było naprawdę, a w 1464 roku ewentualne małżeństwo nie stanowiło jakiegoś większego problemu. Problemem był natomiast fakt, że kwestia ta po latach została podniesiona, co świadczy o tym, że małżeństwo Edwarda i Elżbiety faktycznie uchodziło za wielce kontrowersyjne.

 

Czy Elżbieta wyszła za mąż za Edwarda z miłości? A jeśli tak, to dlaczego było to tak bardzo szokujące?

 

Nie tylko skromne pochodzenie i barwna przeszłość Elżbiety okazały się szokujące dla angielskiego dworu, ale również fakt, że zarówno ona, jak i Edward mogli pobrać się z miłości. Kiedy król wybierał sobie żonę, kierując się miłością czy pożądaniem, czyli ślepym uczuciem, jak na początku XVI wieku ujął to włoski historyk, Polydore Vergil z Urbino, fakt ten uchodził za swego rodzaju dziwactwo, a niektórzy twierdzili wręcz, że takie zachowanie jest niemalże nieprzyzwoite. Było to zatem tak bardzo nieobyczajne, że po latach matce Elżbiety, Jakobinie Luksemburskiej, zarzucono, że aby połączyć swoją córkę i króla Yorków, użyła w tym celu czarów.

Czy zatem prawdą jest, że Edward i Elżbieta zapałali do siebie gorącym uczuciem? Z całą pewnością sugerują to popularne wczesne wersje ich pierwszego spotkania. Kilka z nich opisuje pożądliwego króla, który usiłuje zmusić cnotliwą damę do tego, aby ta żyła z nim w nieczystości, kiedy ona sama odmawia takiego życia. W jednej z opowieści Elżbieta broni się nawet sztyletem przed napastliwością Edwarda, natomiast w innej to Edward trzyma nóż przy jej gardle, aby zmusić ją do współżycia. Wszystkie te opowieści kończą się jednak szczęśliwie. Król był bowiem tak bardzo poruszony cnotliwością kobiety, że ostatecznie zgodził się poślubić ją w tajemnicy.


Max Irons jako król Edward IV York i Rebecca Ferguson w roli królowej
Elżbiety Woodville w serialu Biała królowa (2013)


Z drugiej strony jednak możliwe jest, że nie bez znaczenia okazała się tutaj również zimna polityczna kalkulacja, która miała pewien wpływ na decyzję Edwarda dotyczącą poślubienia Elżbiety. Król mógł bowiem dostrzec jakąś propagandową wartość w sojuszu z kobietą związaną z Lancasterami w Wojnie Dwóch Róż, a nawet w wyborze angielskiej narzeczonej. Wybór Elżbiety przez Edwarda mógł także sygnalizować jego coraz bardziej rosnącą niezależność od potężnego magnata, jakim był Ryszard Neville, hrabia Warwick, zwany Twórcą Królów, który snuł alternatywne plany małżeńskie wobec swojego królewskiego podopiecznego. Warwickowi nawet przez myśl nie przeszło, aby narajać Edwardowi jakąś chłopkę, co oczywiście w odniesieniu do Elżbiety można uznać za lekką przesadę, ponieważ jej ojciec choć był zwykłym rycerzem, to jednak matka pochodziła z królewskiej linii Luksemburgów.

Mimo wszystko nie ma powodu, aby wątpić w to, że była to gra oparta na osobistej atrakcyjności obydwu stron. W rzeczywistości był to najprawdopodobniej pierwszy, lecz nie ostatni związek w angielskiej historii królewskiej zawarty z miłości. Można też argumentować, że to dzięki Elżbiecie Woodville pojęcie małżeństwa jako realnej opcji weszło do kronik brytyjskiej rodziny królewskiej. Podążając za jej przykładem, królewskie wnuki Elżbiety, czyli Henryk VIII, Małgorzata Tudor i Maria Tudor, trzymały się twardo prawa do osobistego małżeńskiego szczęścia i przekonania, że małżeństwo i miłość powinny iść ze sobą w parze.

 

Czy Elżbieta wykorzystywała swoje wpływy, aby jej krewni otrzymywali królewskie przywileje?

 

Ze wszystkich zarzutów stawianych Elżbiecie na przestrzeni wieków, najbardziej szkodliwy – choć bynajmniej nie bezzasadnie – okazał się ten, w którym oskarżano ją o przykładanie ręki do nagradzania całej swojej rozległej rodziny. Sposób, w jaki Woodville’owie i ich krewni podnosili swój społeczny prestiż i zawierali korzystne małżeństwa był z całą pewnością czymś niezwykłym. Jeden z braci Elżbiety, mając około dwudziestu lat, zawarł związek małżeński z księżną Norfolk. Jego wybranka miała już sześćdziesiąt lat! Ambasador Mediolanu donosił, że to Woodville’owie sprawowali władzę w tym królestwie. Ale trzeba też pamiętać, że Elżbieta robiła tylko to, co zrobiłaby na jej miejscu każda inna kobieta i wciąż dyskusyjny pozostaje fakt, jak wiele w kwestii społecznego awansu zawdzięczali jej Woodville’owie i jaka była jej rola w bogaceniu się członków jej rodziny. W czasach, gdy krewni odgrywali kluczową rolę, sam Edward mógł z powodzeniem wykorzystywać te małżeństwa, zaś obdarowywanie członków rodziny królowej coraz to nowymi urzędami mogło służyć jako wzmocnienie jego własnej władzy.


Iluminacja przedstawiająca ślub Edwarda IV i Elżbiety Woodville
pochodząca z jednej z kronik Jeana de Wavrina, polityka, kronikarza
i doradcy księcia Burgundii, Filipa III Dobrego.


Co zatem można powiedzieć o Elżbiecie jako królewskiej małżonce w szerszym kontekście? Najwyraźniej nie wszyscy na angielskim dworze byli zachwyceni wyborem żony przez Edwarda, ale sam król z pewnością wysoko cenił sobie zdolności swojej królowej. Mógł je cenić do tego stopnia, że gdy przekroczył kanał La Manche, aby poprowadzić inwazję na Francję w 1475 roku, zostawił swojego małego syna Edwarda jako strażnika królestwa jedynie pod opieką Elżbiety. Testament, który król sporządził, wymienia ją jako pierwszą z dziesięciu jego wykonawców. Król zaznaczył w nim, że Elżbieta jest naszą wspomnianą najdroższą żoną, której najbardziej zaufaliśmy. Niemniej pomimo tak wielkiej odpowiedzialności, nie można powiedzieć o Elżbiecie, że była zwierzęciem politycznym. Nie ma bowiem dowodów na to, że wywierała ona jawny wpływ polityczny na męża, a będąc świadkiem tego, jak wielką i wpływową rolę odegrała Małgorzata Andegaweńska, reprezentując swego męża Henryka VI i dbając o interesy syna podczas trudnych rządów Lancasterów, wielu współczesnych Elżbiecie uznałoby jej ewentualne wtrącanie się do polityki za rzecz pożądaną i nie widziałoby w tym niczego złego.

Wydaje się jednak, że Elżbieta będąc z dala od sceny politycznej miała z nią wiele wspólnego jako królowa. Była piękna, patronowała sztuce i przemysłowi, a także wdzięcznie prezentowała się na wszelkiego rodzaju uroczystościach. Na przykład w 1472 roku podczas wielkiego bankietu z tańcami zaprosiła do swojej komnaty odwiedzającego wówczas Anglię flamandzkiego dworzanina, Louisa de Bruges, lorda Gruuthuse, i jak zauważono, zamówiła olśniewający materiał na złote zasłony do jego łóżka. Elżbieta była przede wszystkim bardzo płodna, obdarzając Edwarda aż dziesięciorgiem dzieci i dopóki żył jej mąż wydawała się być wzorem późnośredniowiecznej królowej.

 

Czy Elżbieta mogła uratować swoich synów przed Ryszardem III?

 

Kiedy w kwietniu 1483 roku zmarł nagle Edward IV, tron automatycznie miał przejść w ręce jego dwunastoletniego syna, również o imieniu Edward. Chłopiec wychowywał się w Ludlow w hrabstwie Shropshire pod okiem utalentowanego brata Elżbiety, Antoniego Woodville'a. Początkowo Elżbieta mogła dążyć do pojednania ze szwagrem. Jeden ze współczesnych jej kronikarzy napisał, że najkorzystniej starała się zgasić każdą iskrę szemrania i niepokoju, skoro tylko korona została przekazana jej synowi. Ale to nie wystarczyło, aby rozwiać obawy niektórych ludzi, a szczególnie Ryszarda z Gloucester. Obawiano się bowiem, że chłopiec będzie w pełni dorastał pod wpływem Woodville’ów. Kiedy zatem Ryszard przechwycił Edwarda i Antoniego Woodville’a w czasie ich podróży do Londynu, Elżbieta natychmiast uciekła wraz z pozostałymi dziećmi i dobytkiem do sanktuarium w Opactwie Westminsterskim.

W czerwcu tego samego roku Ryszard napisał do Yorku do swoich sojuszników z prośbą o pomoc przeciwko królowej, jej cholernym zwolennikom i krewnym, o których myślał, iż ci próbowali go zamordować. Niemniej to jeszcze nie był ten czas, kiedy Ryszard ogłosił, iż ma zamiar sam zasiąść na tronie. Właśnie na tej podstawie Elżbieta została przekonana – bądź też zmuszona – do wyrażenia zgody na zabranie od niej młodszego syna, Ryszarda, który miał dołączyć do swego starszego brata w Tower. Zaraz potem zwolennicy przyszłego Ryszarda III Yorka zaczęli rozpowszechniać plotki o tym, że małżeństwo Edwarda i Elżbiety zostało unieważnione przez umowę przedślubną zmarłego króla z Eleonorą Butler. W ten sposób synowie Elżbiety i Edwarda zostali uznani za nieślubne dzieci, a gdy minęło lato chłopcy zniknęli bez śladu, a ich los stał się jedną z najbardziej, najczęściej i najgłębiej dyskutowanych tajemnic brytyjskiej historii królewskiej.


Książęta z Tower, Edward i Ryszard. 
autor obrazu: Pedro Amẻrico (1843-1905)


Kiedy Elżbieta dowiedziała się, że książęta uwięzieni w Tower nie żyją?

 

Latem 1483 roku Elżbieta wciąż przebywała w sanktuarium w Opactwie Westminsterskim i to właśnie wtedy weszła w spisek z sojusznikiem, którego wręcz nienawidziła. Tym sojusznikiem była Małgorzata Beaufort, matka Henryka Tudora, który od śmierci Henryka VI Lancastera i jego syna Edwarda Westminstera, był pierwszym pretendentem do angielskiego tronu ze strony Lancasterów. Intryga polegała na tym, że obydwie kobiety zgodziły się, aby Henryk Tudor poślubił najstarszą córkę Elżbiety Woodville, Elżbietę York. I tak oto obydwie sojuszniczki wypowiedziały wojnę Ryszardowi III Yorkowi. Często mówi się, że działania Elżbiety Woodville pokazały, że wierzyła w to, iż jej synowie wciąż żyją. Z jakiego innego powodu miałaby bowiem popierać plan wyniesienia na tron Henryka Tudora, hrabiego Richmond? Kilkadziesiąt lat później wspomniany już włoski historyk Polydore Vergil z Urbino dramatycznie opisał scenę, kiedy to Elżbieta usłyszała o tym, iż jej synowie zostali zamordowani. Kronikarz pisał, że żałosnymi wrzaskami sprawiła, iż cały dom dzwonił, biła się w piersi, rozdarła szaty i obcięła włosy.

Nie jest jednak jasne, czy na początku, zawiązując spisek z Małgorzatą Beaufort, Elżbieta faktycznie planowała posadzić na tronie Henryka Tudora, czy też nastąpiło to dopiero po tym, jak zaczęły rozprzestrzeniać się pogłoski o śmierci książąt. Sam Edward IV jeszcze za swojego życia brał pod uwagę możliwość poślubienia swej najstarszej córki przez Henryka Tudora, a tym samym bezpiecznego sprowadzenia do domu następcy tronu z linii Lancasterów. Tak czy inaczej, bunt przeciwko Ryszardowi III nie powiódł się i w styczniu 1484 roku Elżbieta Woodville została pozbawiona królewskiego statusu i dochodów. Dwa miesiące później dama o nazwisku Elżbieta Grey, błędnie nazywająca siebie królową Anglii została zmuszona do opuszczenia sanktuarium w Opactwie Westminsterskim i wydania zgody na to, aby jej córki udały się na dwór stryja Ryszarda. Twierdzono, że nigdy nie zaakceptowałaby takiego rozwiązania, gdyby nie wierzyła w to, że Ryszard nie był winny śmierci jej synów – albo gdyby nie wierzyła, że książęta wciąż żyją.

I tak oto Elżbieta Woodville znika z zapisków kronikarskich aż do końca panowania Ryszarda III Yorka, co toruje drogę tylko do jednej teorii. Otóż przynajmniej młodszy z jej synów przeżył i został oddany pod opiekę w jakiejś nieznanej części kraju. Z drugiej strony jednak Elżbieta mogła być na tyle pragmatyczna, że w końcu uświadomiła sobie, że dla jej córek, które przeżyły, trzeba stworzyć jakieś życie, niezależnie od tego, co się stało z ich braćmi. Nie mogły przecież pozostawać w nieskończoność w sanktuarium w Opactwie Westminsterskim.

 

Czy Elżbieta poparła bunt przeciwko Henrykowi VII Tudorowi?

 

Możliwe, że tak. Możliwe, że nie. Po tym, jak Henryk odebrał angielską koronę Ryszardowi III i tym samym zakończył Wojnę Dwóch Róż, spełnił złożoną wcześniej obietnicę i poślubił córkę Elżbiety Woodville, Elżbietę York. Wtedy też przywrócił swoją nową teściową do rangi królowej wdowy, dając jej dożywotni grant na sześć dworów w Essex oraz roczny dochód w wysokości stu dwóch funtów. Kiedy natomiast Elżbieta York urodziła syna, Artura, matka chrzestna niemowlęcia, Elżbieta Woodville, zaniosła małego księcia do głównego ołtarza podczas jego chrztu. Lecz już niecały rok po rozpoczęciu panowania nowego króla, Elżbieta Woodville rozpoczęła negocjacje w sprawie dzierżawy dworu w obrębie Opactwa Westminsterskiego. Jej pozycja na dworze mogła być równie trudna, biorąc pod uwagę prymat tej drugiej wdowy, czyli Małgorzaty Beaufort, to jest Mojej Damy Królowej Matki, jak mówił o niej Henryk VII Tudor.


Essie Davis jako królowa wdowa Elżbieta Woodville
w serialu Biała księżniczka (2017)


Niestety, już niebawem Elżbieta odkryła, że jej plany znów zaczynają się krzyżować. W lutym 1487 roku odebrano jej wszystkie przyznane ziemie, lecz tylko po to, aby zostały przekazane jej córce, królowej Elżbiecie York. W zamian otrzymała niewielką rentę i nieoczekiwanie zamieszkała w Opactwie Bermondsey. Możliwe, że Elżbieta sama wybrała taką emeryturę, ale czas jest tutaj sugestywny, ponieważ wielkimi krokami zbliżał się moment, kiedy tron Henryka VII był realnie zagrożony. Otóż w 1487 roku niejaki Lambert Simnel został figurantem powstania Yorkistów przeciwko Henrykowi VII Tudorowi. Ten dziesięcioletni wówczas chłopiec początkowo twierdził – choć potem zmienił zdanie – że jest młodszym synem Edwarda IV Yorka ocalałym z Tower. Mogła zatem pojawić się obawa, że niezadowolona Elżbieta, urażona tym, że Henryk wydawał się zdeterminowany trzymać w cieniu swoją żonę, córkę Elżbiety Woodville, mogła udzielić wsparcia buntownikowi. 

Z całą pewnością późne lata życia Elżbiety Woodville kręciły się głównie wokół klasztoru. Tylko kilka razy przebywała na dworze, tak przynajmniej podają źródła. Po jej śmierci 8 czerwca 1492 roku odbył się natomiast wielce skromny i niemalże nędzny pogrzeb, podczas którego – jak zauważył herold – nic nie zostało zrobione uroczyście.


Prawa autorskie do tekstu © Agnieszka Różycka


 

  

czwartek, 23 lutego 2023

Magdalena Zimniak – „Nasza prywatna gra”

 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: SKARPA WARSZAWSKA

Warszawa 2023

 

Czytelnicy prozy Magdaleny Zimniak doskonale wiedzą, że jej znakiem rozpoznawczym są tajemnice z przeszłości, które prędzej czy później boleśnie wracają do aktualnego życia bohaterów, wywołując u nich psychiczne rozdarcie pomiędzy tym, co było a tym, co jest teraz. Nie inaczej jest i tym razem. Zacznijmy jednak od początku.

Główną bohaterką najnowszej powieści Magdaleny Zimniak jest Bianka Magnecka, młoda lektorka języka angielskiego. Ze względu na charakter pracy kobieta nie może pozwolić sobie na przebywanie poza domem w standardowych godzinach, dlatego też bardzo często mija się z mężem, co sprawia, że w jej małżeństwie zaczyna dziać się źle. Mąż coraz częściej ma do niej pretensje o to, że nie spędzają ze sobą wystarczająco dużo czasu. Generalnie można uznać, że Emil czuje się w tym związku zaniedbywany. Bianka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co czuje mąż, ale jej praca jest dla niej ważna i naprawdę lubi to, co robi. W dodatku jej słuchacze również bardzo cenią sobie z nią zajęcia i wynoszą z nich wiele dobrego. Pewnego dnia Bianka postanawia otworzyć drzwi do przeszłości. W tym celu jedzie do rodzinnego Nasielska. To tam niegdyś miały miejsce dramatyczne wydarzenia. To tam wiele lat temu straciła matkę. To tam zostawiła chłopaka, z którym była przez jakiś czas związana.

Aby zamknąć przeszłość Bianka chce porozmawiać z ludźmi, którzy kiedyś byli dla niej ważni i którzy mogliby pomóc jej odświeżyć pamięć, dzięki czemu byłaby w stanie zrozumieć własną przeszłość. Jak można się domyślać, rozmowa nie jest łatwa dla żadnej ze stron. Kobieta nie ma jednak zbyt wiele czasu, ponieważ musi wracać do Warszawy, gdzie czekają na nią jej słuchacze. Po zajęciach w szkole językowej Bianka nie wraca do domu, co jest do niej niepodobne. Coś zatem musiało się stać. Czy rozmowa z dawnymi znajomymi tak na nią wpłynęła, że postanowiła gdzieś się zaszyć, aby móc w spokoju przemyśleć wydarzenia z przeszłości? A może Bianka miała już dosyć narzekań męża na jej niestandardowe godziny pracy i nagle uznała, iż najlepszym wyjściem z sytuacji będzie odejście?

Szybko okazuje się, że żadna z odpowiedzi na te pytania nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kobieta padła bowiem ofiarą porwania. Kiedy odzyskuje przytomność dostrzega, że znajduje się w jakimś zapchlonym ciasnym pomieszczeniu, najprawdopodobniej w piwnicy, a za jej porwaniem stoi ktoś ukrywający się za groteskową maską. Zaniepokojeni mąż i ojciec Bianki natychmiast zawiadamiają policję. Mężczyźni próbują też działać na własną rękę. Nic jednak nie przynosi oczekiwanego skutku. Bianki jak nie było tak nie ma. Nikt nie wie, co się z nią stało i kto kryje się za jej nagłym zniknięciem. Czyżby to przeszłość upomniała się o kobietę? Czy to rozmowa ze znajomymi z Nasielska sprawiła, że ktoś przypomniał sobie o tym, co stało się lata temu i postanowił zakończyć sprawę raz na zawsze? Czy dla Bianki jest jeszcze jakakolwiek szansa? Czy przeżyje i wróci do męża, aby móc naprawić z nim relacje? Na tę chwilę wiadomo tylko, że wszystkim rządzi niewyobrażalny strach i nic nie jest pewne. Równie dobrze przyszłości może już nie być.

Za każdym razem, kiedy sięgam po książkę Magdaleny Zimniak jestem przekonana, że autorka mnie nie zawiedzie. Już od pierwszych stron czytelnik doświadcza skrajnych emocji, jakie towarzyszą poszczególnym bohaterom. Wiadomo, że niebawem wydarzy się coś naprawdę złego, o czym świadczy niezwykle mroczny klimat i stopniowo budowane napięcie. Opisywane przez autorkę wydarzenia przedstawione są z perspektywy kilku bohaterów, z których każdy postrzega je inaczej. Każdego z nich łączą też z Bianką innego rodzaju więzi, co nie jest tutaj bez znaczenia. Niemniej, podczas gdy Biankę czytelnik poznaje bardzo dobrze, życie pozostałych bohaterów owiane jest swego rodzaju tajemniczością. W książce ogromną rolę odgrywa przede wszystkim psychologia, co – oprócz wspomnianych już sekretów z przeszłości – jest kolejnym znakiem rozpoznawczym twórczości Magdaleny Zimniak.

Fabuła powieści dotyka różnych zawiłych relacji międzyludzkich, jak małżeńskie, rodzicielskie czy zwykłe sąsiedzkie, a tytułowa prywatna gra stanowi klucz do rozwiązania zagadki i odkrycia, kto tak naprawdę kryje się za porwaniem Bianki. A ponieważ nie ma jednego podejrzanego, czytelnik wciąż trzymany jest w niepewności i zastanawia się kto miał najbardziej realny powód, aby po latach wrócić do wydarzeń, które już dawno powinny pójść w zapomnienie. Kto zatem najbardziej boi się, że Bianka w końcu przypomni sobie o czymś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego? Na razie jednak porywacz może czuć się bezpieczny. Uważa bowiem, że ma nad kobietą przewagę, a dopóki jej umysłem będzie rządził strach, nic złego mu nie grozi; może prowadzić podwójne życie i nikt tak naprawdę niczego się nie domyśli.

Nasza prywatna gra to bez wątpienia doskonały thriller psychologiczny pokazujący między innymi to, jak wielką krzywdę może wyrządzić najbliższa osoba, którą powinno darzyć się bezwarunkowym zaufaniem. Zapewne czytelnikowi trudno będzie zrozumieć motywy jej postępowania. Jest to również opowieść o stopniowym poznawaniu zarówno siebie, jak i drugiej osoby, z którą dzieli się życie od lat. Jest to historia ludzi, którzy zagubili się gdzieś po drodze, będąc jeszcze młodymi ludźmi i nie zdając sobie sprawy z tego, że przeszłość nigdy nie umiera. Ona zawsze wraca w najmniej spodziewanym momencie, aby uderzyć ze zdwojoną siłą. Przeszłość bowiem nigdy nie pozwoli o sobie zapomnieć. Może zrobić to jedynie wtedy, gdy każdy jej element zostanie włożony we właściwe miejsce, a wszystkie skrywane dotąd tajemnice wreszcie ujrzą światło dzienne.

Jak zawsze, tak i tym razem również polecam książkę Magdaleny Zimniak. Jest ona doskonałą lekturą dla tych czytelników, którzy nie stronią od trudnych tematów w literaturze i dla których kwestie psychologiczne są równie ważne, jak te stricte fabularne.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, eseistka i dziennikarka






 

środa, 16 listopada 2022

Magdalena Zimniak – „Piwnica”

 





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!                                          


Wydawnictwo: SKARPA WARSZAWSKA

Warszawa 2022

 

Wielokrotnie nagradzany amerykański autor horrorów, Stephen Graham Jones, napisał kiedyś, że w literaturze istnieją dwa rodzaje nawiedzonych domów. Pierwszy z nich to domy, które są wrogo nastawione do wszelkiego rodzaju gości i lokatorów i za nic w świecie nie zgadzają się na to, aby przebywali oni w ich murach (z ang. Stay Away Houses). Z kolei drugi rodzaj stanowią domy, które aż palą się do tego, by gościć u siebie bohaterów powieści (z ang. Hungry Houses). W obydwu przypadkach nawiedzone domy nie są jedynie miejscami, w których mogą pojawić się duchy czy zaistnieć jakieś inne zjawiska nadprzyrodzone, lecz to one same są subtelnie ożywionymi przez pisarza postaciami posiadającymi własne lęki i pragnienia. Jakiego rodzaju nawiedzonym domem, a właściwie kamienicą, w której mieszczą się biura spółdzielni mieszkaniowej jest w takim razie ta z najnowszej powieści Magdaleny Zimniak? 

Na pierwszy rzut oka kamienica przy ulicy 3 Maja w Warszawie nie różni się niczym szczególnym od innych kamienic tego typu. Znajdują się w niej biura, pracują ludzie, w tym również ochroniarze, których zadaniem jest pilnować porządku i dbać o to, aby nikt niepożądany nie zakłócał tam spokoju. Wydaje się, że to ostatnie łatwiej jest wykonać, kiedy ochroniarze mają do czynienia z żywymi ludźmi. Zupełnie inaczej sprawa przedstawia się, gdy do gry wkraczają… duchy. Pewnej nocy młodzi ochroniarze, Aneta Rogucka i Rafał Stróżewski, pełniący dyżur w budynku, słyszą przeraźliwy krzyk kobiety. Jak każdy zdrowo myślący człowiek, w pierwszej chwili nie kojarzą go z niczym nadprzyrodzonym. Ot, ktoś nie zdążył jeszcze wyjść z pracy albo mają jakiegoś nieproszonego gościa, z którym trzeba będzie sobie poradzić. Szybko przekonują się, że prawda jest inna, choć nie chcą jeszcze do końca dać jej wiary. Bo jak można w XXI wieku wierzyć w duchy? Przecież to niemożliwe. A jednak…

Kiedy krzyki i dziwne sytuacje powtarzają się regularnie i to zawsze podczas ich dyżurów, wówczas ochroniarze postanawiają wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, skąd tak naprawdę się biorą i jaka jest ich przyczyna. Prywatne śledztwo, jakiego się podejmują, stopniowo prowadzi ich do lat 40. XX wieku, a dokładnie do dni Powstania Warszawskiego, bo to wtedy wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszedł komunizm, a wraz z nim tajemnicze zaginięcie młodej kobiety. Od tamtej pory przez długie siedemdziesiąt cztery lata nikomu nie udało się odkryć co tak naprawdę stało się z Zosią. Dlaczego? Czy ktoś zabrał tę tajemnicę do grobu? A może ludzie, którzy nadal żyją byli zamieszani w zniknięcie kobiety i teraz robią wszystko, aby ten sekret nie wyszedł na jaw? Oczywiście Aneta i Rafał mają swoje przypuszczenia, ale przecież zawsze zachodzi prawdopodobieństwo, że mogą się mylić.

Piwnica to powieść, na którą czekałam w ogromną niecierpliwością. A to z kilku powodów. Po pierwsze, jej akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, czyli innymi słowy posiada w sobie element, bez którego nie wyobrażam sobie konstrukcji fabuły, gdzie przeszłość ma tak bardzo znaczący wpływ na teraźniejszość. Po drugie, obecność wątku nadprzyrodzonego sugeruje, że mamy do czynienia nie tylko z thrillerem psychologicznym, ale też z powieścią gotycką tak bardzo popularną w minionych wiekach, a zapoczątkowaną przez angielską pisarkę Ann Radcliffe (1764-1823). I wreszcie po trzecie, wiedziałam, że jeśli za książką stoi Magdalena Zimniak to na pewno nie będzie to lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale oryginalna, ambitna i – jak zawsze – dająca do myślenia z uwagi na pierwiastek psychologiczny.

Wszyscy bohaterowie – zarówno ci obecni, jak i ci z przeszłości – doskonale uzupełniają się wzajemnie, pomimo że ich życie wygląda inaczej z powodu realiów, w jakich przyszło im żyć. Wszystkie postacie są na swoim miejscu, nawet te drugoplanowe dokładnie wiedzą, z jakiego powodu znalazły się w tej historii. Choć jedne wydarzenia od drugich oddziela kilkadziesiąt lat i życie kilku pokoleń, to bardzo wiele je łączy. Okazuje się, że nawet po tylu latach rodzinne tajemnice mogą niespodziewanie wydostać się na światło dzienne, a ten, kto niegdyś przysięgał zemstę, teraz może łatwo skorzystać z okazji i zaatakować. Wygląda też na to, że bariera pomiędzy światem żywych a światem zmarłych jest znacznie cieńsza, niż może się wydawać. Czasami bowiem duchy zmarłych domagają się od żywych doprowadzenia spraw do końca w ich imieniu, aby tym samym one mogły spokojnie spoczywać tam, gdzie trafiły po śmierci.

Magdalena Zimniak ponownie nie zawodzi swoich czytelników. Piwnica to powieść, którą czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Jej akcja wciąga już od pierwszych stron, natomiast z każdą kolejną zatapiamy się w fabule coraz głębiej, aż w końcu zdajemy sobie sprawę z tego, że nie możemy oderwać się od książki dopóki nie poznamy jej zakończenia. Jest to historia z jednej strony o zdradzie, a z drugiej o wielkiej miłości momentami graniczącej z szaleństwem; historia o poświęceniu dla bliskiej osoby i zrobieniu praktycznie wszystkiego, aby tylko zapewnić jej bezpieczeństwo; historia o marzeniach, które nie zawsze można spełnić; i wreszcie jest to też opowieść o odnajdywaniu spokoju i ostatecznym zamknięciu drzwi przeszłości i rozpoczynaniu nowego etapu w życiu.

Pisząc tę powieść autorka nie zapomniała również o otaczającej nas rzeczywistości. Mamy zatem zarys pandemii, z którą jeszcze nie tak dawno musieliśmy się zmagać, jak również wojny w Ukrainie, która wciąż budzi strach. W twórczości Magdaleny Zimniak najbardziej cienię to, że nie jest schematyczna. Pomimo że autorka generalnie łączy dwa gatunki, czyli powieść obyczajową z thrillerem psychologicznym, to jednak każda z opowiadanych przez nią historii jest na swój sposób inna i oryginalna. Nie można ich porównywać ze sobą. Polecam zatem najnowszą powieść Magdaleny Zimniak, mając nadzieję, że podobnie jak ja, również nie będziecie mogli się od niej oderwać, a po przeczytaniu jeszcze długo będziecie mieć ją w pamięci.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, dziennikarka, eseistka







 

czwartek, 10 listopada 2022

Dorota Ponińska – „Romantyczni zesłańcy. Romantyczni” # 3

 





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 
Dziękuję!


Wydawnictwo: LIRA

Warszawa 2022

 

W pierwszej połowie XIX wieku zesłania na Syberię doświadczyło tysiące Polaków, wśród których znaleźli się również przedstawiciele sztuki literackiej. Jedni mieli na koncie całkiem pokaźny dorobek, podczas gdy inni dopiero na wygnaniu rozpoczęli swoją przygodę z literaturą, a jeszcze inni zaczęli pisać już po powrocie, spisując swoje wspomnienia. Bycie zesłańcem zakładało swego rodzaju podwójną tożsamość. Z jednej strony przybywający na Syberię trafiali tam z powodu kolonialnej polityki prowadzonej przez Imperium Rosyjskie. Nierzadko pochodzili oni z obszarów skolonizowanych. Z drugiej strony zesłanie oznaczało możliwość włączenia się w rosyjski styl życia, co z kolei pozwalało im na udział w procesach kolonizacyjnych wewnątrz Cesarstwa. Bez wątpienia to właśnie Polacy wnieśli istotny wkład w rozwój ziem syberyjskich, albowiem w znaczący sposób przyczynili się do przekształcenia zauralskich terenów w ważną część Imperium Rosyjskiego. Zarówno Filomaci, jak i Filareci stanowili niezwykle interesujący przykład stosunkowo wczesnych zesłańców, którzy poprzez uczestnictwo w tych dość skomplikowanych procesach kształtowali obraz syberyjskiej Rosji.

Lata 1815-1830 były czasem, kiedy to na terenie Królestwa Polskiego oraz ziem zagarniętych przez Rosję w wyniku III rozbioru Polski, do którego doszło w 1795 roku, samoistnie tworzyło się wiele organizacji i stowarzyszeń o charakterze jawnym i półjawnym. Niektóre z nich były bezpośrednio związane z konspiracją i przygotowywaniem planów potencjalnego zbrojnego zrywu. Z kolei inne miały na celu walkę z zaborcą w drodze intelektualnej i naukowej działalności. Wśród tych ostatnich znaleźli się wspomniani już wyżej Filomaci i Filareci, których losy stały się głośnym precedensem, przechodząc do historii jako swego rodzaju fenomen. Oficjalnie Towarzystwo Filomatyczne powstało na Uniwersytecie Wileńskim 1 października 1817 roku. Zostało założone przez grupę  studentów tegoż uniwersytetu. Byli wśród nich poeta, badacz minerałów i przyrodnik Tomasz Zan (1796-1855), poeta Onufry Pietraszkiewicz (1793-1863), poeta, tłumacz i etnograf Jan Czeczot (1796-1847), poeta, filolog i tłumacz Józef Jeżowski (ok. 1793-1855), prawnik Franciszek Malewski (1800-1880) i oczywiście Adam Mickiewicz (1798-1855), którego nikomu nie trzeba przedstawiać.


Polscy studenci zesłani na Syberię w 1825 roku
Obraz pochodzi z 1891 roku.
autor: Jacek Malczewski (1854-1929)


Pierwotnym celem Filomatów było samodoskonalenie i samokształcenie. Towarzystwo miało charakter wybitnie naukowy, natomiast jego członkowie mieli za zadanie pomagać sobie wzajemnie. Relacje pomiędzy poszczególnymi członkami Towarzystwa miały opierać się na równości i braterstwie, a to dlatego, iż wszyscy mieli dążyć do samodoskonalenia. Początkowo idee patriotyczne nie były stawiane na pierwszym miejscu, lecz w miarę upływu czasu pojawiało się coraz więcej ich cech w działalności Filomatów. Niektórzy twierdzą, że Towarzystwo inspirowane było działalnością tradycyjnych korporacji studenckich funkcjonujących na niemieckich uniwersytetach, ponieważ w pewnym sensie było do nich podobne. Filomaci podzielili się na dwa działy, czyli dział literatury i nauk wyzwolonych, oraz matematyki, fizyki i nauk medycznych ścisłych. Spotkania odbywały się co tydzień. Prowadzono na nich dyskusje na tematy naukowe, a także odczytywano różnego rodzaju utwory.

Filomaci powołali do życia również kilka mniejszych związków, które były swego rodzaju przybudówkami ich własnej organizacji. Największą sławą cieszyli się Filareci, których można było określić mianem młodszej gałęzi Filomatów. Filareci powstali w 1820 roku i byli znacznie bardziej skupieni na konspiracji i działaniach patriotycznych. Podobnie jak Filomaci, oni również dążyli do samodoskonalenia i wzajemnej pomocy w zgłębianiu wiedzy, przy czym silnie akcentowali elementy związane z patriotyzmem. Kres działalności Filomatów i Filaretów przyniosło śledztwo przeprowadzone przez ówczesnego zausznika cara i kuratora wileńskiego okręgu szkolnego, Nikołaja Nowosilcowa (1761-1838). Podejrzenia Nowosilcowa były zarówno bezpodstawne, jak i przesadzone oraz znacznie wyolbrzymiały prawdziwą rolę i cele Towarzystwa. I jedni, i drudzy zostali przez niego odkryci w 1824 roku i uznani za potencjalnie niebezpieczną siatkę, którą jak najszybciej należało rozbić. Ich proces był przemyślaną akcją, przeprowadzoną z rozmachem, bezwzględnością i ostentacją wytyczoną przeciwko stu ośmiu oskarżonym.

W wyniku serii procesów większość członków Towarzystwa Filomatów i Zgromadzenia Filaretów zostało wydalonych z uczelni i skazanych na zsyłkę w głąb Rosji. Najpoważniejsze oskarżenia wysunięto przeciwko Tomaszowi Zanowi, Janowi Czeczotowi i Adamowi Suzinowi (1800-1879), skazując ich na karę twierdzy. Dwudziestu Filomatów i Filaretów zesłano w głąb Imperium Rosyjskiego, a wśród nich także Adama Mickiewicza, który miał jednak trochę więcej szczęścia i swoje przymusowe zesłanie spędził w nie najgorszych warunkach. To właśnie dzięki Mickiewiczowi proces Filomatów i Filaretów opisany w III części Dziadów zajmuje ważne miejsce nie tylko w polskiej literaturze, ale i historii Polski. Na Syberii znalazł się, oprócz wspomnianych wyżej, także filolog Józef Kowalewski (1801-1878). I tak oto wybitni przedstawiciele wileńskiej młodzieży nie mogli już pracować na rzecz swojej ojczyzny. Uniemożliwienie im tego rodzaju działalności było bowiem głównym celem zaborcy. Mimo to nie zamierzali zmarnować na wygnaniu ani swojego intelektu, ani też talentu; wciąż charakteryzowała ich bowiem aktywna postawa wobec świata.


Powstanie dekabrystów
Obraz pochodzi z 1830 roku.
autor: Karl Kollman (?-1846)

To właśnie oni, Filomaci i Filareci, a także dekabryści pozostający na zesłaniu, są bohaterami trzeciego tomu trylogii Romantyczni autorstwa Doroty Ponińskiej. Ci drudzy to rosyjscy wojskowi i szlachta będący członkami różnych antyrządowych tajnych stowarzyszeń. Ich los został przypieczętowany w pewną grudniową noc 1825 roku. To właśnie wtedy zorganizowali rewoltę wymierzoną przeciwko carowi. Wśród dekabrystów na pierwszy plan wysuwa się książę Siergiej Grigoriewicz Wołkoński (1788-1865), który w 1825 roku żeni się z Marią Rajewską (1805-1863). Książę to niesamowicie zamożny bohater wojen napoleońskich. W dniu ich ślubu nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że już niebawem przystojny małżonek stanie się jednym z dekabrystów, którzy wezmą udział w spisku i w konsekwencji zostaną skazani na wieloletnią katorgę i dożywotnie zesłanie na Syberię, podczas gdy inni swój bunt przypłacą życiem. Sama Maria również nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielka siła w niej drzemie. Kiedy jej małżonek, którego chyba nie za bardzo darzy uczuciem, zostaje skazany, ona rusza w ślad za nim, nie słuchając głosów sprzeciwu płynących ze strony rodziny. W tamtym momencie to mąż jest dla niej najważniejszy. Zresztą nie tylko ona podejmuje taką decyzję. Takich odważnych dekabrystek jest więcej. Kobieta jest bowiem w stanie opuścić nawet maleńkiego synka i pozostawić go pod opieką bliskich, nie bacząc na konsekwencje swojego postępowania. Maria jeszcze nie wie, że kiedyś historia zapamięta ją jako niezłomną kobietę, której będą wystawiać pomniki i którą będą podawać za przykład. Czy w chwili wyjazdu na Syberię Maria naprawdę wie, co robi? Czy uda jej się przeżyć w warunkach, do których nie jest przyzwyczajona i które nie są godne jej stanu?

Podczas gdy akcja pierwszego tomu trylogii rozpoczyna się w 1815 roku, a drugiego po upadku Powstania Listopadowego w 1832, tak w trzeciej części musimy cofnąć się do roku 1825 i towarzyszyć bohaterom w ich zsyłce na Syberię, czyli innymi słowy poznać historię o tym, co działo się na Wschodzie po wydarzeniach opisanych w pierwszym tomie. Jak widać z powyższego, są to czasy naprawdę trudne i niewielu jest w stanie poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Można śmiało rzec, że Romantyczni zesłańcy odzierają epokę romantyzmu z mitu nadmiernej egzaltacji, dramatyzmu i cierpiętniczej egzystencji, do czego przyzwyczaiły nas szkolne lekcje języka polskiego. Pomimo że młodzi ludzie nie przestają marzyć o wolności i wyrwaniu się spod buta zaborcy, to jednak nie zapominają też o własnym życiu. Pragną kochać, zdobywać wiedzę, tworzyć i prowadzić normalne życie, a przede wszystkim pozostawić po sobie ślad na tej ziemi dla przyszłych pokoleń. Fabuła powieści skonstruowana jest w taki sposób, że poznajemy losy poszczególnych bohaterów rozchodzące się w różnych kierunkach. Postacie są niezwykle autentyczne, o których wcale nie musimy myśleć z jakimś szczególnym pietyzmem. Bohaterowie pokazani są bowiem jako zwykli ludzie zmagający się ze swoim losem, pomimo że nie dla wszystkich okazał się on tak tragiczny, jak mogłoby się wydawać. Są i tacy, którym nie dzieje się zbyt wielka krzywda na zesłaniu, co jednak nie zmienia faktu, że powrót do kraju wciąż stanowi dla nich priorytet.


Maria Wołkońska
Portret pochodzi z XIX wieku.
autor nieznany

Romantyczni zesłańcy to nie tylko doskonałe zakończenie trylogii, ale także zakończenie roku poświęconego epoce polskiego romantyzmu. Gdy kilka lat temu – jeszcze przed wydaniem – dowiedziałam się o powstaniu pierwszego tomu Romantycznych, od razu pomyślałam, że będzie to naprawdę oryginalne dzieło, które na długo zapadnie w pamięć czytelników. Tak więc kibicowałam temu projektowi od samego początku i teraz mogę śmiało powiedzieć, że się nie myliłam. To jest genialna trylogia, która pokazuje naszych romantyków od zupełnie innej strony. Czyni z nich ludzi z krwi i kości, a te wszystkie enigmatyczne nazwiska, które padały i padają na lekcjach języka polskiego, nie są już wcale tajemnicze. Z każdą kolejną stroną książki stają się czytelnikowi coraz bliższe, sprawiając, że budzi się w nim chęć do lepszego poznania i analizy nie tylko utworów, które stworzyli, ale także ich życiorysów.

Kiedy lata temu zaczynałam swoją przygodę z twórczością Doroty Ponińskiej, czytając równie niepowtarzalną trylogię zatytułowaną Podróż po miłość, byłam zachwycona nie tylko samymi książkami, ale przede wszystkim kreatywnością i warsztatem autorki i miałam przeczucie, że na polski rynek książki właśnie wchodzi pisarka z ogromnym potencjałem i talentem; pisarka, która w przyszłości wniesie wiele dobrego do polskiej literatury. I tak też się stało. Dorota Ponińska nie powiela schematów, nie idzie za modą, nie pozwala się zaszufladkować, lecz tworzy tak, jak czuje, i choć do swoich książek wybiera bohaterów powszechnie znanych z kart historii, to jednak ukazuje ich z tak innej perspektywy, niż ogólnie przyjęta, iż czytelnik chce poznawać ich na nowo. Polecam całą trylogię. Naprawdę warto po nią sięgnąć. Nie przeczytacie dziś nic bardziej oryginalnego i wciągającego, niż Romantyczni.


Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, dziennikarka, eseistka


Jeśli chcecie przeczytać o tomach pierwszym i drugim, to kliknijcie tu i tu


Bibliografia:

1.     Borowczyk J., Zesłane pokolenie. Filomaci w Rosji (1824-1870), Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2014.

2.     Pigoń S., Głosy z przed wieku. Szkice z dziejów procesu filareckiego, Wydawnictwo Księgarni Stowarzyszenia Nauczycielstwa Polskiego, Wilno 1924.

3.     Rekonstrukcja procesu filomatów i filaretów 1823-1824. Historia śledztwa przeciw uczestnikom konspiracji studenckich i młodzieżowych w Wilnie oraz w Wileńskim Okręgu Naukowym, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2003.

4.     Sudolski Z., Filomaci na zesłaniu [w:] Listy z zesłania. Krąg Onufrego Pietraszkiewicza i Cypriana Daszkiewicza, Sudolski Z. (red.), Wydawnictwo Ancher, Warszawa 1997.