czwartek, 12 maja 2016

Mario Puzo – „Sycylijczyk” # 3















Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2015
Tytuł oryginału: The Sicilian
Przekład: Jan Jackowicz     





Czy sycylijski gangster może posiadać cechy legendarnego Robin Hooda? Czy ktoś, kto z zimną krwią morduje swoich wrogów albo bez mrugnięcia okiem wydaje wyroki śmierci na tych, którzy go zdradzili, może litować się nad biedotą i pomagać jej w codziennym życiu? Otóż okazuje się, że jak najbardziej może. Salvatore Giuliano (1922-1950), bo o nim mowa, wielkimi literami zapisał się w historii Sycylii i stał się jej legendą. Na świat przyszedł w 1922 roku w górskiej miejscowości Montelepre i przez wielu do dziś postrzegany jest jako Robin Hood Sycylii. Podobnie jak angielski bohater historyczny, Giuliano rzeczywiście okradał bogatych, a to, co zrabował rozdawał ubogim, tym samym wspomagając swoich rodaków podczas trudnych lat drugiej wojny światowej. Salvatore Giuliano był niezwykle przystojnym, nieustraszonym i charyzmatycznym młodym mężczyzną, budzącym powszechny podziw i szacunek wśród Sycylijczyków. Jego ideały koncentrujące się na Sycylii oraz nadzieje na to, aby w końcu uniezależnić ją od Włoch postrzegane były jako głęboki patriotyzm. Niemniej uważano go również za mordercę, pomimo że wielu twierdziło, iż zabijał tylko wtedy, kiedy naprawdę musiał.

Salvatore Giuliano urodził się w sycylijskiej rodzinie chłopskiej, zaś jego kariera jako banity rozpoczęła się, kiedy miał dwadzieścia lat. Podczas transportu czarnorynkowego ziarna w celu rozdania go ubogim, został zatrzymany przez karabinierów. W trakcie zatrzymania wywiązała się walka i wówczas Salvatore Giuliano zastrzelił jednego z funkcjonariuszy. Ten fakt sprawił, że od tej pory musiał się ukrywać, aby nie wpaść w ręce miejscowych władz, które bez przerwy wysyłały w teren policyjne patrole, aby te jak najszybciej go schwytały. Sprowadzono także posiłki z samego Rzymu. Podczas ucieczki Salvatore Giuliano został postrzelony i tylko cudem udało mu się przeżyć. Każdy normalny człowiek w takich okolicznościach wykrwawiłby się na śmierć, ale sycylijski Robin Hood pozostał przy życiu i dość szybko wylizał się z odniesionych ran. Tak więc przez kolejne siedem lat wciąż ścigany był przez władze stanowe. Po śmierci w 1950 roku, banita stał się legendą. W dodatku praktycznie przez całe swoje gangsterskie życie uważał, że jest nieśmiertelny i żadna kula nie może zagrozić jego życiu. Faktycznie miał powody, aby tak twierdzić, ponieważ wielokrotnie uciekł śmierci spod kosy.

Salvatore Giuliano
Na zdjęciu Sycylijczyk ma
dwadzieścia lat. 
Ukrywając się przed karabinierami, Salvatore Giuliano założył gang, który liczył około pięćdziesięciu bandytów. Wśród nich znajdowali się przestępcy, a także bezdomni mężczyźni ukrywający się w pobliskich górach. Jak gdyby tego było mało Salvatore Giuliano toczył bezustanną walkę o dominację z donem Croce Malo (1880-?), który był szefem wszechpotężnej mafii. Croce Malo, a właściwie Crocifisso Malo nosił tytuł capo di tutti capi, czyli innymi słowy był szefem wszystkich mafijnych szefów działających na Sycylii. Jego działalność obejmowała lata 40. i początek lat 50. XX wieku. Tak naprawdę to on był odpowiedzialny za to, co robił legendarny banita Salvatore Giuliano.

Don Croce Malo urodził się w miejscowości Villalba na Sycylii. Zerwał wszelkie relacje ze swoją religijną rodziną, która przygotowywała go do stanu kapłańskiego w Kościele Katolickim. Miał brata o imieniu Beniamin, który został sekretarzem kardynała Palermo. Jako młody chłopak, Croce Malo zhańbił pewną wiejską dziewczynę, z którą potem nie chciał się ożenić. Rodzina dziewczyny postawiła mu wybór: albo małżeństwo, albo śmierć. Croce Malo, nie widząc innego wyjścia z tej trudnej sytuacji, po prostu uciekł w góry. Po roku już jako banita nawiązał kontakt z mafią. Z kolei po pięciu latach ukrywania się w górach, don Croce znany był już jako człowiek wzbudzający szacunek, natomiast po jakimś czasie wrócił do swojej rodzinnej miejscowości. Łącząc hojność z roztropnością, Croce Malo zdobył szacunek i tytuł „dona”. Natomiast jeszcze przed ukończeniem czterdziestego roku życia uznawany był za szefa Przyjaciół Przyjaciół, co oznaczało, że musiał rozstrzygać najtrudniejsze spory pomiędzy rywalizującymi między sobą szefami poszczególnych grup mafijnych. W całym świecie sycylijskiej mafii mówiono o nim  jako o donie pokoju. Stał się też niezwykle majętnym człowiekiem.

Joss Ackland jako filmowy
Masino Croce,
czyli don Croce Malo
Kiedy do władzy we Włoszech doszedł Benito Mussolini (1883-1945), dalsze losy mafii stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Celem faszystowskiego rządu było rozprawienie się z mafią sycylijską i doprowadzenie do jej unicestwienia. Benito Mussolini wysłał na Sycylię swojego najbardziej zaufanego ministra Cesare Mori (1871-1942), dając mu nieograniczone uprawnienia do walki z mafią. Wtedy też Croce Malo zanurzył się w mętne wody sycylijskiego podziemia. Wstąpił do klasztoru jako pseudomnich i żył tam pod opieką franciszkańskiego opata Manfredi. Wybuch drugiej wojny światowej sprawił, że don Croce zaczął nawiązywać kontakty z tymi mafiosami, którzy jeszcze nie zostali zlikwidowani przez rząd. Do starych znajomych wysyłał wiadomości pełne nadziei. Zaprzyjaźnił się też z rodzinami mafiosów, którzy zostali uwięzieni przez Cesare Mori. Nawiązał kontakt z grupami partyzanckimi i wydawał rozkazy swoim ludziom, aby pomagali alianckim pilotom, którzy przeżyli po zestrzeleniu. Gdy w lipcu 1943 roku armia amerykańska dokonała inwazji na Sycylię, don Croce wyciągnął pomocną dłoń w jej kierunku. Wtedy też przekonał tysiące włoskich żołnierzy, aby zdezerterowali i udali się do kryjówki, która została już dla nich przygotowana przez mafię. Don Croce osobiście skontaktował się z tajnymi agentami amerykańskiej armii i poprowadził siły atakujące przez pasma górskie, aby w ten sposób można było zaatakować ciężkie niemieckie działa. Prawie sześćdziesięciopięcioletni don Croce sam prowadził grupę mafijnych partyzantów w mieście Palermo, porywając niemieckiego generała dowodzącego obroną.

Historia Salvatore Giuliano zainspirowała Mario Puzo do napisania Sycylijczyka. Sięgając po powieść spodziewałam się, że głównym bohaterem będzie tutaj Michael Corleone, czyli najmłodszy syn dona Vita Corleone. Przyznam, że trochę zdziwiłam się, kiedy dotarło do mnie, że młody Mike będzie stanowił jedynie tło tej historii. Każdy, kto czytał Ojca Chrzestnego wie, że w którymś momencie Michael Corleone zmuszony był wyjechać na Sycylię, aby tam przeczekać burzę jaka rozpętała się w Nowym Jorku wokół jego osoby. Otóż Vito Corleone postanowił wprowadzić Michaela do Rodziny i w związku z tym chłopak musiał pokazać jak bardzo jest lojalny i czy można mu ufać. Pomimo że z tego zadania wywiązał się na medal, to jednak fakt ten oznaczał, że na jakiś czas musiał zniknąć z pola widzenia nie tylko amerykańskim organom ścigania, ale także mafijnym wrogom. Pamiętajmy, że wtedy toczyła się wojna pomiędzy Rodzinami. Przebywając przez dwa lata na Sycylii, Mike zdążył się zakochać, a potem w brutalny sposób utracić tę miłość. Niestety, mafia to taka organizacja, przed którą nie da rady uciec i nigdzie nie można też czuć się bezpiecznie.

Gaspare Pisciotta (1924-1954)
i Salvatore Giuliano 
Kiedy zbliża się powrót Michaela do Ameryki, wówczas ojciec zleca mu kolejne zadanie. Otóż chłopak musi bezpiecznie przetransportować Turiego Guiliano za ocean. Legendarny Salvatore Giuliano i główny bohater powieści Mario Puzo Salvatore „Turi” Guiliano to ta sama osoba. Dla potrzeb powieści Autor zmienił jedną literę w nazwisku gangstera. Jest rok 1950, a grunt pod nogami Turiego coraz bardziej zaczyna się palić. Poza tym rodzice banity to przyjaciele wielkiego dona Corleone. Państwo Guiliano jeszcze przed urodzeniem się syna także mieszkali w Ameryce, natomiast jeden z bliskich współpracowników Turiego pomagał w budowie twierdzy Vita Corleone na Long Island. Teraz kiedy widzą, jak ogromne niebezpieczeństwo grozi ich jedynakowi żałują, że nie zostali w Ameryce na stałe. Niemniej wciąż łudzą się nadzieją, że któregoś dnia tam wrócą, pomimo iż to Sycylia jest ich prawdziwym domem i to jej zawsze będą wierni. Czy tak się rzeczywiście stanie? Któż to może wiedzieć. Na chwilę obecną najważniejszy jest Turi i jego bezpieczny wyjazd do Stanów Zjednoczonych.

Akcja Sycylijczyka rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony mamy Michaela Corleone i cały proces przygotowań do bezpiecznego opuszczenia Sycylii, natomiast z drugiej jest Salvatore Guiliano i jego życie od momentu, kiedy zadarł z władzami, aż do chwili śmierci. W związku z tym Mario Puzo miejscami cofa akcję, aby czytelnik mógł poznać losy legendarnego sycylijskiego banity. Jedno trzeba przyznać: na pewno nie jest to powieść na miarę Ojca Chrzestnego czy nawet Rodziny Corleone. Niemniej warta jest uwagi, choćby tylko dlatego, że sama historia Turiego jest niezwykle ciekawa. Mario Puzo bardzo dokładnie ukazuje portret prawdziwego Salvatore Giuliano. Przedstawia go jako mężczyznę, który potrafi nie tylko zabijać z zimną krwią, ale też naprawdę kochać i troszczyć się o słabszych. Tym, co najbardziej zwraca uwagę, jest silna więź Turiego z matką. Nie wiem, czy nawet śmierć jest w stanie przerwać te relacje. Matka jest dla banity świętością; jest nietykalna i nieskazitelna.

Wydanie z 2011 roku
Na kartach książki oprócz wymienionych powyżej postaci, czytelnik spotyka również szereg innych bohaterów. Mario Puzo dokonał tutaj swoistej mieszanki prawdy z fikcją literacką. Znając historię Salvatore Giuliano można łatwo przewidzieć zakończenie. Ciekawi natomiast fakt, jaką rolę w tym wszystkim odegra Michael Corleone i jego Rodzina. Sytuacja, w którą uwikłał Mike’a  Ojciec Chrzestny stanowi pierwszą poważną lekcję dla przyszłego dona. Jak wiadomo, Michael nigdy nie chciał iść w ślady swojego ojca i wciąż bronił się przed wstąpieniem w szeregi mafii. Jego pobyt na Sycylii i odpowiedzialność za transport Salvatore Guiliano do Ameryki wszystko zmienia. Od tej pory Michael będzie zupełnie inaczej patrzył na mafijne życie. Mafia sycylijska, której przedstawicielami w Sycylijczyku są Salvatore Guiliano oraz don Croce Malo to organizacja, która ma niezwykle szerokie wpływy, szczególnie jeśli chodzi o kręgi polityczne. Widać wyraźnie, że politycy chodzą na mafijnym sznurku, zaś ci, którzy nie dają sobą manipulować już kilka dni po odmowie padają martwi nafaszerowani kulami. Działalność mafii nie jest też wolna od porwań osób bogatych i wpływowych, których majątek mógłby posłużyć Turiemu przy wspomaganiu biedoty. 

Istotną rolę odgrywa także kodeks Omertà. Okazuje się jednak, że nawet w szeregach mafii znajdzie się zdrajca, który wyciągnie broń i strzeli w najmniej oczekiwanym momencie. Tak naprawdę nikomu nie można ufać. Jeśli straci się czujność, można nie dożyć poranka. W 1987 roku na podstawie książki zrealizowano film, którego reżyserem jest Michael Cimino, natomiast w roli głównej wystąpił Christopher Lambert. Z kolei w postać Gaspare „Aspanu” Pisciotta, który był kuzynem Turiego i jednocześnie jego prawą ręką, wcielił się John Turturro.









wtorek, 10 maja 2016

Guillaume Musso – „Potem…”














Wydawnictwo: ALBATROS A. KURYŁOWICZ
Warszawa 2006
Tytuł oryginału: Et Après…
Przekład: Wiktoria Melech





Od zarania dziejów ludzie zastanawiają się czy istnieje życie po śmierci, albo przynajmniej jakiś inny świat, do którego wszyscy powoli zmierzamy. Wiara w życie pozagrobowe jest kwestią indywidualną każdego człowieka i zależy od jego przekonań. Trudno jednak zwykłemu śmiertelnikowi udowodnić, że w chwili śmierci tak naprawdę kończy się jedynie życie ludzkiego ciała. Niełatwo jest także pokazać dowody na to, że po drugiej stronie znajduje się pustka. No cóż, ponieważ prędzej czy później wszystkich nas czeka śmierć, któregoś dnia sami przekonamy się, jaka jest prawda. Z kolei kiedy umiera ktoś bliski, wówczas wydaje nam się niemożliwe, aby kiedykolwiek pogodzić się z tą stratą. Nie jesteśmy na nią przygotowani psychicznie, szczególnie jeśli odejście bliskiej osoby ma miejsce nagle. Czy zatem nie lepiej byłoby, gdyby ktoś nas wcześniej uświadomił, że już wkrótce będziemy musieli na zawsze pożegnać się z żoną/mężem, rodzicami, rodzeństwem albo z przyjacielem, z którym znamy się niemalże od kołyski i wiele razem przeżyliśmy? Może faktycznie lepiej byłoby, gdyby w naszym życiu nagle zjawił się ktoś, kto uprzedzi nas o ich odejściu i będzie z nami, gdy ta straszna chwila nadejdzie? Będzie nas trzymał za rękę i pocieszał albo tłumaczył, że takie jest życie i należy je zaakceptować, ponieważ nie mamy na nie wpływu? W takich chwilach z pewnością przydałby się nam… Posłaniec.

W Nowym Jorku na Manhattanie mieszka młody adwokat Nathan Del Amico. Ten niespełna czterdziestoletni mężczyzna osiągnął w swoim zawodowym życiu chyba już wszystko, co tylko było możliwe do osiągnięcia. Jest niesamowicie bogaty, a do tego jeszcze nieziemsko przystojny. Nie ma takiej sprawy sądowej, której nie byłby w stanie wygrać. Po prostu jest najlepszy, co wyraźnie odzwierciedla stan jego konta. W dodatku szef jest z niego bardzo zadowolony i powierza mu najtrudniejsze sprawy, bo wie, że Nathan poradzi sobie z nimi bez trudu. Niestety, swój zawodowy sukces Nathan przypłaca stratą rodziny. Kiedy go poznajemy adwokat jest po rozwodzie. Była żona wraz z ich kilkuletnią córeczką mieszka daleko, a Nathanowi pozostaje jedynie odwiedzanie dziecka co pewien czas i ewentualne zabieranie Bonnie do Nowego Jorku, aby spędzić z nią trochę czasu. Pozostają też częste rozmowy telefoniczne. Trzeba bowiem przyznać, że mała jest dla niego całym światem i nie wyobraża sobie, że mógłby ją nagle przestać widywać. Jednak rozwód to nie wszystko. Pomiędzy Nathanem i Mallory wciąż cieniem kładzie się tragedia, którą przeżyli kilka lat wcześniej. Ponadto łączy ich też pewne wydarzenie, o którym żadne z nich nie potrafi zapomnieć.

Wydanie z 2009 roku
Pewnego dnia w biurze Nathana Del Amico zjawia się pewien lekarz. Chirurg nie jest już pierwszej młodości. Okazuje się, że Garrett Goodrich nie tylko ratuje ludzkie życie, ale także pomaga ludziom oswoić się z rychłą śmiercią. Lekarz jest ordynatorem oddziału opieki paliatywnej i opiekuje się ludźmi nieuleczalnie chorymi. Goodrich posiada też inny dar. Otóż widzi świetlistą aureolę ukazującą się nad głowami tych, którzy wkrótce mają umrzeć. Jest więc tak zwanym Posłańcem, których rolą jest podtrzymywanie na duchu nie tylko tych, którzy mają na dniach zejść z tego świata, ale także otaczanie opieką ich bliskich, aby ci mogli pogodzić się z nieuniknionym faktem. I tak oto Nathan Del Amico w zawoalowany sposób dowiaduje się, że już niedługo umrze. Ale czy na pewno? A może młody mężczyzna źle zrozumiał słowa Goodricha? Tak czy inaczej, Nathan od tego momentu zaczyna zupełnie inne życie. Robi wszystko, aby jego ostatnie dni na tej ziemi nie zostały zmarnowane na głupstwa. Choć początkowo nie wierzy Posłańcowi, to jednak już wkrótce przekonuje się, że ten mówi prawdę. Garrett Goodrich faktycznie potrafi przewidzieć czyjąś śmierć. Tak więc dla młodego i zdrowego adwokata zaczyna się wyścig z czasem pełnym lęku i obaw przed tym, co nieznane. Czy zatem zdoła naprawić to, co mu się w życiu nie udało? Albo co stracił na własne życzenie?

Potem… to czwarta z kolei książka Guillaume Musso, którą przeczytałam. Zapewne tych powieści będzie więcej, lecz na tym etapie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Autor trochę powiela samego siebie. Owszem, książka jest bardzo dobra, szczególnie z uwagi na fakt, że porusza niezwykle istotne życiowe kwestie, o których na co dzień zapominamy. Zazwyczaj przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, gdy na jakiekolwiek zmiany jest już zbyt późno. Przypuszczam, że Potem… ma za zadanie wstrząsnąć czytelnikiem i sprawić, aby ten zatrzymał się choć na chwilę w swoim zabieganym życiu i poważnie się nad nim zastanowił. Chodzi głównie o to, że człowiek powinien umieć dokonać selekcji pomiędzy tym, co ważne i tym, co ważniejsze a tym, co zupełnie nieistotne. Należy zastanowić się przede wszystkim nad tym, ile tak naprawdę znaczy dla nas rodzina; ile jesteśmy w stanie dla niej poświęcić; czy chęć wspinania się po szczeblach kariery zawodowej nie przysłania nam przypadkiem tego, co w życiu liczy się najbardziej, czyli obecności w nim drugiego człowieka? Ile z kolei znaczy dla nas miłość? Czy jesteśmy gotowi zrezygnować dla niej z rzeczy przemijających i dających szczęście jedynie na chwilę?

Wydanie z 2015 roku
Nathan Del Amico to typowy przykład współczesnego zapracowanego człowieka, który nie widzi niczego innego oprócz swojej pracy. Takich ludzi jest dzisiaj naprawdę sporo. Tracą w życiu to, co najważniejsze, aby tylko móc zdobyć sławę i zarabiać coraz więcej pieniędzy. Uwielbiają, kiedy inni patrzą na nich z podziwem. Młody adwokat jest ambitny i wciąż pragnie udowadniać innym, że jest najlepszy. Oczywiście tego rodzaju postępowanie wynika z jego przeszłości. 

Dla samego Autora Potem… jest niezwykle ważną powieścią. Inspiracją do jej napisania stał się bowiem wypadek samochodowy, któremu uległ Guillaume Musso i z którego cudem ocalał. Na podstawie książki powstał film, którego reżyserem jest Gilles Bourdos. Na ekrany kin film wszedł w 2008 roku. W roli Nathana Del Amico wystąpił francuski aktor Romain Duris, natomiast Garretta Goodricha zagrał niezrównany John Malkovich.

O tej książce nie można zbyt wiele napisać, ponieważ fabuła jest jednowątkowa i wciąż dotyczy tych samych kwestii: sensu życia i umierania. Nie będę zatem dalej się rozpisywać, bo wtedy musiałabym popełnić ten sam kardynalny błąd, którego dopuścił się Wydawca. Otóż zarówno na okładce książki, jak i na stronie internetowej Wydawnictwa można przeczytać dokładne streszczenie fabuły książki od początku do samego końca wraz ze zdradzeniem zakończenia, które de facto jest niezwykle zaskakujące. Moim zdaniem ktoś, kto przeczyta notkę od Wydawcy nie musi już sięgać po powieść. W tej notce wszystko jest bowiem dokładnie wyjaśnione.








niedziela, 8 maja 2016

Nicola Cornick – „Skandalistka”













Wydawnictwo: HARLEQUIN ENTERPRISES
Warszawa 2004, 2008
Tytuł oryginału: Wayward Widow
Przekład: Krystyna Klejn





Najbardziej znaną pisarką klasyczną, która tworzyła w okresie angielskiej Regencji jest oczywiście Jane Austen (1775-1817). Jej książki przetrwały do dziś i wciąż można nabyć kolejne ich wznowienia. Oceniając twórczość Jane Austen nie wypada powiedzieć o niej źle, choć współczesnemu – szczególnie młodemu – czytelnikowi mogą wydawać się nudne i bez jakiegokolwiek wyrazu. Pomimo że wszystkie powieści Jane Austen wspominam bardzo dobrze i wiele z nich wyniosłam, to jednak pamiętam, że kiedy czytałam Sandition bardziej podobała mi się część napisana przez Marie Dobbs (1924-2015). Możliwe, że stało się tak dlatego, że Jane Austen robiąc plan powieści była już bardzo chora i niedługo zmarła. W związku z tym nie miała na tyle dużo sił i energii, aby należycie zająć się książką. Ważne, żeby pamiętać, iż nie można literatury tworzonej w ubiegłych epokach stawiać na równi z tą, którą mamy dzisiaj. Trzeba jednak przyznać, że powieści Jane Austen wiernie oddają realia epoki Regencji, ponieważ Autorka tą epoką po prostu żyła. Czy zatem współczesny pisarz również jest w stanie wiarygodnie przedstawić tamtą rzeczywistość? Przyznam, że to pytanie zadaję sobie za każdym razem, kiedy sięgam po książkę współczesnego autora z fabułą osadzoną albo w epoce Regencji, albo wiktoriańskiej. Co ciekawe, nie mam natomiast problemu, jeśli chodzi o beletrystykę historyczną, której fabuła dotyka innych epok.

Jedną ze współczesnych brytyjskich autorek specjalizujących się w pisaniu powieści, których akcja rozgrywa się w epoce Regencji jest Nicola Cornick. Moim zdaniem jej książki błędnie klasyfikowane są jako mało ambitne romanse tożsame z tymi, które w latach 90. XX wieku cieszyły się ogromną popularnością i można je było bez problemu nabyć w każdym kiosku z prasą. W postrzeganiu powieści Nicoli Cornick na pewno nie pomagają okładki, które jednoznacznie sugerują, że mamy do czynienia z tanim romansem, z którego nie wyniesiemy niczego wartościowego. Dlaczego więc tego samego nie powiemy o twórczości Jane Austen, skoro Nicola Cornick próbuje w pewnym stopniu naśladować mistrzynię? Trzeba jednak przyznać, że powieści Nicoli Cornick są znacznie bardziej śmiałe, niż odważyłaby się napisać Jane Austen. Mam tutaj na myśli stronę erotyczną fabuły. Natomiast jeśli chodzi o sam klimat epoki, to jestem skłonna stwierdzić, że Autorka w tej kwestii radzi sobie całkiem dobrze.

Poranna suknia dla damy
z epoki Regencji (1819)
O czym zatem jest Skandalistka? Otóż, tytułowa skandalistka to nikt inny, jak tylko lady Juliana Myfleet. To bardzo rozrywkowa wdówka, którą zna cały Londyn. Niestety, dwudziestodziewięciolatka uchodzi za kobietę pozbawioną jakichkolwiek zasad moralnych. Nie dość, że w towarzystwie pojawia się bez przyzwoitki, to jeszcze robi takie rzeczy, od których wręcz głowa boli! Juliana Myfleet zadaje się z tą częścią społeczeństwa, o której dziś mówimy „margines społeczny”. Jest to najgorszy element, jaki można sobie wyobrazić. Z jednej strony mamy Emmę Wren, która powszechnie znana jest z urządzania przyjęć wyjątkowo szalonych i ekscentrycznych, które nie są wolne od seksualnych orgii, natomiast z drugiej stoją mężczyźni, o których w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że są dżentelmenami.  

Kiedy Juliana miała czternaście lat, a było to w roku 1802, i mieszkała jeszcze w domu swojego ojca – markiza Tallanta – poznała piętnastoletniego chłopca, który nie wydawał jej się nikim interesującym. Nie miała jednak innego wyjścia, więc spotykała się z nim, żeby zabić nudę, która wciąż zatruwała jej młode życie. Markiz Tallant bezustannie powtarzał bowiem, że Juliana nie jest jego biologicznym dzieckiem i zapewne któregoś dnia jego córka skończy tak samo, jak niegdyś jej rozwiązła matka. Otóż, trzeba wiedzieć, że kiedy Juliana miała zaledwie cztery lata, jej rodzicielka uciekła z kochankiem w nieznane. Taką samą przyszłość markiz przepowiadał również swojej córce. Co ciekawe, nigdy nie myślał w ten sposób o starszym bracie Juliany. Joss od dnia swoich narodzin był oczkiem w głowie ojca.

Chłopcem, z którym nastoletnia Juliana spotykała się, żeby zabić nudę, był Martin Davencourt. W chwili, gdy poznał Julianę Tallant spędzał wakacje w majątku Ashby Hall u swego wuja. Martin nie wykazywał praktycznie żadnych cech, które mogłyby zaimponować Julianie. Bo czy beztroską i żądną zabawy dziewczynę może oczarować ktoś, kto bez przerwy siedzi w książkach? Niemniej, obydwoje coś sobie przyrzekają. Muszą jedynie upłynąć lata, a oni muszą stać się dorośli i muszą także zaistnieć pewne okoliczności. Czy tak się stanie? Czas pokaże. Zresztą, kto powiedział, że tych dwoje kiedykolwiek jeszcze się spotka. Może okazać się, że ich życiowe drogi nigdy już się nie przetną. Przecież każde z nich może ułożyć sobie życie według własnego uznania i zapomnieć, że kiedykolwiek miała miejsce jakaś tam przysięga.  

Wydawnictwo: HARLEQUIN
(2003)
I tak oto przenosimy się do 1818 roku i ponownie spotykamy niesforną Julianę, lecz tym razem już nie Tallant, lecz Myfleet. Kobieta zdążyła już dwa razy wyjść za mąż i owdowieć. Jak już wspomniałam wyżej, Juliana jako dorosła kobieta nie cieszy się dobrą reputacją. Oprócz brania udziału w szalonych przyjęciach, gdzie jej osoba zazwyczaj znajduje się w samym centrum wydarzeń, młoda kobieta uprawia także hazard i bezlitośnie ogrywa wszystkie damy z towarzystwa. Czasami popada również w długi. Ale od czego ma się starszego brata, prawda? Wygląda na to, że markiz Tallant już dawno przewidział, co stanie się z jego córką. Tylko czy zachowanie lady Juliany Myfleet nie jest czasem jedynie grą pozorów? Może kobieta w ten sposób pragnie zwrócić na siebie uwagę? Może tak naprawdę cierpi z jakiegoś powodu i chce, aby ktoś jej pomógł? Być może jej ekstrawagancja to zwyczajne wołanie o pomoc?

W swojej powieści Nicola Cornick stawia naprzeciwko siebie dwa światy, a właściwie dwie różne osobowości. Z jednej strony jest lady Juliana Myfleet, która robi wszystko, aby tylko w Londynie było o niej głośno, natomiast z drugiej mamy Martina Davencourta, który jest mężczyzną niezwykle poważnym, odpowiedzialnym, mającym pod opieką młodsze rodzeństwo i stale myślącym o karierze politycznej. Czy zatem londyńska skandalistka może być dla niego dobrą partią? Czy taka żona nie przyniesie przypadkiem wstydu politykowi, którego życie osobiste powinno być bez skazy? Jak poradzić sobie ze zbuntowaną kobietą, która nie zwraca najmniejszej uwagi na obowiązujące konwenanse i robi wszystko, aby je łamać? Czy miłość wystarczy? Może potrzeba czegoś znacznie więcej, aby Juliana wreszcie zrozumiała, że tak nie da się żyć na dłuższą metę? Czy spokojny i zrównoważony lord Martin Davencourt jest w stanie zmienić Julianę i sprowadzić ją na dobrą drogę?

Skandalistka to powieść o dojrzewaniu kobiety do podejmowania poważnych decyzji. Jest to też historia o dziewczynie z wielkimi marzeniami, która żyjąc w konkretnej epoce nie może być szczęśliwa tylko dlatego, że zmuszona jest przestrzegać zasad panujących w społeczeństwie. Każde wychylenie się poza obowiązujące normy traktowane jest niczym moralne przestępstwo. Jest to także powieść o kobiecie zbuntowanej, która poprzez swoje skandaliczne – jak na tamte czasy – postępowanie próbuje coś zmienić w swoim życiu, a szczególnie z całych sił pragnie wreszcie stać się wolną. Nie chce, aby krępowały ją jakiekolwiek więzy społeczne. Znaczącą rolę odgrywa tutaj oczywiście miłość. Nie chodzi jedynie o uczucie pojawiające się w końcu pomiędzy głównymi bohaterami, ale przede wszystkim o miłość z przeszłości. Zanim rozpocznie się kolejny etap życia u boku kogoś nowego, najpierw należałoby zamknąć za sobą pewne rozdziały.

Jeśli ktoś z czytelników zdecyduje się sięgnąć po Skandalistkę, to w żadnym razie nie powinien spodziewać się literatury ambitnej. Jest to książka, którą czyta się tylko po to, aby odpocząć od innych, trudniejszych lektur. Dla mnie książka nie jest zła. Zawiera w sobie wszystkie te cechy, które powinna mieć powieść osadzona w epoce angielskiej Regencji. Tło historyczne jest dość klarownie wyeksponowane, a co za tym idzie czytelnik wyraźnie czuje klimat epoki. Książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Autorka wprowadziła również lekki wątek kryminalny, który wiele wyjaśnia, jeśli chodzi o losy bohaterów. Widać też, że Nicoli Cornick nie brakuje poczucia humoru. Na kartach powieści żyją bowiem postacie, które dokładnie to odzwierciedlają.



Wywiad z Nicolą Cornick można przeczytać tutaj









piątek, 6 maja 2016

Wiesław Kielar – „Nasze młode lata” # 1













Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004





Miasto Jarosław wciąż zajmuje ważne miejsce wśród miejscowości mogących pochwalić się długą i bogatą historią. W latach dwudziestolecia międzywojennego było to miasto powiatowe (podobnie jak dziś), lecz leżące w ówczesnym województwie lwowskim, zaś nie podkarpackim, jak ma to miejsce obecnie. Publikacje z lat 30. XX wieku informowały, że Jarosław leży na północnej krawędzi karpackiego podgórza (203 m n.p.m.) dość stromo opadającego w szeroką dolinę rzeki San, która dzieli podmiejską okolicę na dwie różne części: południowo-zachodnią, pagórkowatą i zbudowaną z urodzajnych gleb lessowych, oraz północno-wschodnią, nizinną i piaszczystą. W ten sposób tworzyły one tło krajobrazowe miasta złożone z czterech dzielnic: śródmiejskiej, krakowskiej, głębockiej i leżajskiej. Według spisu ludności z 1931 roku, w Jarosławiu mieszkało wówczas 22 300 osób, wyłączając wojsko skoszarowane. Była to populacja zróżnicowana narodowościowo i religijnie. Przeważała jednak ludność polska.

Jarosław był siedzibą władz powiatowej administracji ogólnej, samorządowej i miejskiej. Na terenie miasta znajdowały się cztery rodzaje świątyń: rzymsko-katolicka, greko-katolicka, ewangelicko-reformowana oraz synagoga. Było też dwanaście szkół powszechnych i średnich, w tym ogólnokształcące i zawodowe, jak również muzeum i archiwum miejskie oraz szereg stowarzyszeń społecznych, towarzyskich i zawodowych. Do rąk jarosławian każdego tygodnia oddawano trzy pisma: Gazetę Jarosławską, która prowadziła też działalność wydawniczą, Tygodnik Jarosławski i Ekspres Jarosławski. Gazeta Jarosławska oraz Ekspres Jarosławski to tygodniki, które ukazują się również dzisiaj, choć w zupełnie innej formule. Oprócz wymienionej prasy, jarosławianie mogli zasięgnąć także informacji z Wiadomości Parafialnych. Na terenie miasta znajdowały się również sale widowiskowe, trzy kinoteatry, liczne restauracje i hotele oraz dwa szpitale i lecznica (przychodnia lekarska).

Jarosławski ratusz tuż przed
wybuchem II wojny światowej
(1938)
Jeśli chodzi o handel, to trzeba zaznaczyć, że ówczesny Jarosław był miastem, do którego zjeżdżali kupcy z kilku powiatów handlujący na przykład płodami rolnymi. Ponadto był to także ośrodek handlu spółdzielczego skupiony na wytwórstwie zarówno rolniczym, jak i przemysłowym charakterystycznym dla okolicy o dużych możliwościach wywozowych, jak przetwory mięsne, mleczarstwo, chów drobiu, buraki cukrowe czy jedwabnictwo. W latach 30. XX wieku miasto posiadało także kilka instytucji bankowych, mnóstwo sklepów i fabryk, w których wypiekano pierniki i ciasta, natomiast w innych wyrabiano wstążki i ceramikę. Były też cegielnie. Pozostałościami po dawnej świetności handlowej, na przykład znanych na cały świat siedemnastowiecznych gwarnych jarmarkach, były cotygodniowe targi (w piątki) oraz jarmarki odbywające się dwa razy w roku, czyli 15 sierpnia i 8 września. Z kolei lokalne stowarzyszenie sportowe rozporządzało pięknym i obszernym stadionem, salami gimnastycznymi, halą sportową i ośrodkiem sportu wodnego wybudowanym nad rzeką San.

Korzystne warunki geograficzne sprawiły, iż Jarosław położony centralnie w województwach południowych stanowił istotne miejsce turystyczno-krajoznawcze i posiadał bezpośrednie połączenia komunikacyjne, czyli drogowe i kolejowe z Warszawą, Krakowem, Lwowem, Łodzią, Lublinem, Śląskiem, Wołyniem, Wiedniem, Pragą, Berlinem oraz Bukaresztem. Ponadto rozwojowi komunikacji służyły także biuro podróży Orbis, autobusy, dorożki samochodowe (taksówki) i konne, warsztaty mechaniczne i stacje benzynowe. Cały ówczesny powiat jarosławski o charakterze wybitnie rolniczym zajmujący powierzchnię 1 337 kilometrów kwadratowych posiadał 148 100 mieszkańców, którzy zasiedlali trzy miasta: Jarosław, Radymno i Sieniawę, jak również jedenaście gmin wiejskich. Z kolei średnia gęstość zaludnienia wynosiła 111 mieszkańców na kilometr kwadratowy.

O historii Jarosławia już kiedyś pisałam, więc nie będę powtarzać tamtych informacji. Zainteresowanych odsyłam więc do artykułu [klik]. Wspomnę natomiast, że historia miasta jest niezwykle bogata, a co za tym idzie, również bardzo ciekawa. Znając historię Jarosławia, a także dzieje jego zabytków, można podczas każdego spaceru miejskimi uliczkami zastanawiać się, jak wyglądało to czy tamto miejsce dziesiątki lat temu; kto mieszkał w tej czy innej kamienicy; czy kilkadziesiąt lat temu w tym czy tamtym miejscu również toczył się handel, a może wcale nie było tutaj sklepu, tylko jakiś zupełnie inny lokal, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas?

Na pewno w takim Jarosławiu, jak opisałam wyżej, swoje dzieciństwo i dorastanie przeżywał Autor Naszych młodych lat oraz dwóch kolejnych tomów swojej niezwykłej autobiografii. Kim zatem był Wiesław Kielar (1919-1990)? Otóż przede wszystkim jednym z tych, którzy cudem przeżyli dramat obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Po wojnie Autor poświęcił się pracy operatora filmowego i osiedlił we Wrocławiu, gdzie wraz z żoną pozostał do dnia swojej śmierci. Niemniej pochowany został na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Wiesław Kielar swoje wspomnienia spisał w trzech tomach. Ostatnia część została wydana już po śmierci Autora. Po napisaniu trzeciej części obiecał czytelnikom, że kiedyś napisze część czwartą. Niestety, nie zdążył…


Budynek Domu Żołnierza im. Józefa Piłsudskiego (1867-1935)
Zdjęcie pochodzi z lat 30. XX wieku. 


Dzisiaj nie będę opowiadać o Auschwitz-Birkenau widzianym oczami Wiesława Kielara. Na to przyjdzie jeszcze czas. Chciałabym natomiast skupić się na książce Nasze młode lata, która została wydana również pod tytułem I nasze młode lata. Pracę nad książką Wiesław Kielar ukończył w 1981 roku, kiedy drugi tom wspomnień (według chronologii wydarzeń) Anus mundi (1966) był już bestsellerem tłumaczonym na języki obce. Dla mnie Nasze młode lata to pozycja wyjątkowa. Autor niezwykle obrazowo przedstawia realia panujące w miasteczku w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Z niebywałą dokładnością opowiada o swojej rodzinie i przyjaciołach. Opisuje miejsca, których już dziś w Jarosławiu nie ma, a jeśli są, to wyglądają zupełnie inaczej, niż w latach 20. i 30. XX wieku. Oczywiście Jarosław z początków XX wieku nie jest wolny od problemów dnia codziennego. Mieszkańcy wcale nie są tacy idealni, jak można by się było tego spodziewać. Społeczność miasteczka jest dość zróżnicowana. Spora część mieszkańców Jarosławia to Żydzi. Niestety, nie brak sytuacji, kiedy wyraźnie widoczny jest brak tolerancji dla inności. Rodzina Wiesława Kielara stara się żyć w przyjaźni z ludnością żydowską, czego przykładem jest na przykład wspólne spędzanie świąt Bożego Narodzenia, a potem świat żydowskich.

Autor dokładnie opisuje swoje lata dorastania. Stara się nie pominąć żadnego szczegółu. Wspomina swoich kolegów z podwórka i ławy szkolnej, z którymi później – już jako młody chłopak – będzie dzielił dramat obozu oświęcimskiego. Wiesław Kielar niczego nie udaje i niczego nie próbuje zatuszować. Przyznaje się do wszystkiego, co było złe w jego postępowaniu. Bez żadnych tajemnic opowiada o swojej szkolnej egzystencji i o problemach, jakie przysparzał rodzicom poprzez nieposłuszeństwo i chodzenie własnymi ścieżkami. W jego młodym życiu pojawiają się też pierwsze nieśmiałe fascynacje płcią przeciwną. Autor podaje również niektóre nazwiska ówczesnych mieszkańców Jarosławia, z którymi łączyły go bliższe bądź dalsze relacje. Kładzie nacisk na szkolną dyscyplinę i na to, jak trzeba było się pilnować, aby nie narazić się nauczycielom. Kiedy taki profesor gimnazjum zobaczył swojego ucznia spacerującego z dziewczyną po ulicach miasta, należało liczyć się z tym, że nie skończy się to na zwykłym „dzień dobry”.

Wydawnictwo:
WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 1987
Język, jakim posługuje się Wiesław Kielar, jest niezwykle lekki i dzięki temu książkę czyta się, niczym świetną powieść. W dodatku Autora nie opuszcza poczucie humoru, co dodatkowo podnosi walor Naszych młodych lat. Od tej pozycji naprawdę nie można się oderwać, szczególnie jeśli czytelnikiem jest ktoś, kto zna w Jarosławiu każdą kamienicę, każdą uliczkę i każdy skwer. Część książki poświęcona jest rodzinie Autora, która mieszkała w okolicy Sanoka, a u której mały Wiesio wraz z rodzeństwem spędzał wakacje. Mowa oczywiście o wsi Strachocina. To tutaj Autor przeżywał niesamowite chwile na łonie przyrody pod czujnym okiem swojego wuja – księdza Barcikowskiego oraz ciotek Mani i Adeli. To były naprawdę szczęśliwe chwile, które potem Wiesław Kielar będzie wspominał za każdym razem, gdy życie brutalnie się z nim obejdzie.

Sporo miejsca Autor poświęca także swoim relacjom z rodzeństwem. Nie pomija również metod wychowawczych stosowanych przez rodziców. Matka Wiesława Kielara była nauczycielką w szkole podstawowej, zaś ojciec wysoko postawionym urzędnikiem. W domu nie powodziło się źle, ale mimo to przychodziły też takie chwile, gdy trzeba było zacisnąć pasa. Kiedy czyta się tę książkę można odnieść wrażenie, że mały Wiesio, a potem dorastający Wiesiek, był takim żywym srebrem, którego wszędzie było pełno. Nie potrafił długo usiedzieć w jednym miejscu. Wciąż gdzieś biegł i z kimś się spotykał. A ponieważ towarzystwa nigdy mu nie brakowało, nie mógł też narzekać na nudę.

Choć na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że Nasze młode lata to książka lekka i sielankowa, to jednak gdzieś pomiędzy wierszami uważny czytelnik zauważy, że wcale tak nie jest. Tam kryją się ludzkie dramaty, konflikty i cała masa problemów charakterystycznych dla ludzi żyjących w okresie dwudziestolecia międzywojennego. A potem przyszła wojna. Do miasteczka wkroczyli Niemcy, którzy od pierwszych dni okupacji zaczęli robić czystkę wśród miejscowej ludności, skupiając swoją uwagę szczególnie na ludności żydowskiej. Wtedy też ujawniła się prawdziwa natura człowieka. Ludźmi zaczął rządzić pieniądz i zdobywanie majątku kosztem nieszczęśliwych i skazanych na pewną śmierć ludzi. Z jednej strony dramat okrutnej okupacji, zaś z drugiej brak szacunku dla drugiego człowieka, z którym przez lata dzieliło się na przykład tę samą kamienicę.

Nasze młode lata, jak i pozostałe dwa tomy wspomnień Wiesława Kielara, nie są dla mnie czymś nowym. Kiedyś już pisałam o tych książkach w Internecie. Niemniej co pewien czas po nie sięgam i wciąż odkrywam je na nowo. Tak naprawdę straciłam już rachubę w tej kwestii. Przypuszczam, że przeczytam je jeszcze wiele, wiele razy, ponieważ są dla mnie swoistym testamentem, jaki Autor pozostawił nam po sobie. Te książki zawsze będą mi bliskie i chciałabym, żeby jak najwięcej czytelników o nich usłyszało.










poniedziałek, 2 maja 2016

Proces pisania był nieco tajemniczy...






ROZMOWA Z CAROLE DESANTI



Carole DeSanti od wielu lat pracuje jako redaktorka w Penguin Group. Lista ważniejszych książek, nad którymi pracowała obejmuje takie pozycje, jak: „Bękart z Karoliny” autorstwa Dorothy Allison, „Poradnik wędkarsko-łowiecki dla dziewcząt” Melissy Bank, „Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof” Marishy Pessel, a także powieści Terry McMillan i Tracy Chevalier oraz „Antyrak. Nowy styl życia” autorstwa Davida Servana-Schreibera. O Carole DeSanti napisano na łamach „Poets & Writers' Magazine”, a w 2009 roku Autorka otrzymała nagrodę Publishing Triangle's Leadership Award. Jej esej „The Hunted Room” na temat warunków pracy pisarek pojawił się w „Women's Review of Books”. Swoją autorską powieść „Namiętności Eugenii R.” Carole DeSanti tworzyła w tajemnicy przez wiele lat. W odpowiedzi na takie klasyczne utwory, jak „Pani Bovary” Gustave’a Flauberta i „Nana” Emila Zoli, książka ukazuje życiową podróż kobiety począwszy od jej kryzysu i zwątpienia, a skończywszy na przebudzeniu i świadomości własnego życia. Wszystko to ma miejsce w czasie burzliwej epoki wojny francusko-pruskiej.


Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie do wzięcia udziału w wywiadzie. Jak wspomniałam powyżej, jesteś pisarką i redaktorką w Penguin Group. Najpierw chciałabym jednak zapytać Cię o Twoją powieść, która została wydana w Polsce w zeszłym roku. Oczywiście mam na myśli „Namiętności Eugenii R.”. Do napisania tej książki zainspirowała Cię między innymi „Nana” Emila Zoli. Czy możesz powiedzieć nam coś więcej na ten temat? Dlaczego „Nana”?

Carole DeSanti: Zola uważał siebie za pisarza realistycznego – chciał udowodnić, że jego książki mogą być tak samo „naukowe” jak nauka – i to sprawiło, że były lepsze od innych rodzajów powieści. Wprowadził konkretną metodę i studiował każdy element, który umieszczał w swoich książkach, od kształtu koła wagonu do funkcjonowania społeczeństwa. Podobnie jak wszyscy pisarze, chciał wykreować życie zgodne z prawdą, i czuł, że ważny jest obiektywizm. Podziwiam Zolę i również uważam siebie za realistkę, lecz popadliśmy w konflikt: Nana, kurtyzana znajdująca się w centrum jego opowieści, nie posiadała życia wewnętrznego – żadnej predyspozycji do rozmyślania nad swoimi działaniami i ich skutkami oraz żadnej zdolności, aby kochać. W jego powieści jest to przedstawione jako prosty fakt. Ale czy realny? Naukowy? Nawet jeśli może być to uznane jako fakt dotyczący kobiety, która staje się tym, kim jest Nana, to w jaki sposób to się dzieje? Co stałoby się, gdyby obdarować taką postać życiem wewnętrznym? Jakie doświadczenia mogłyby to przywrócić? Jeśli Nanie pozwolono by myśleć, to o czym by pomyślała? Potem przeczytałam, że Célèste Mogador, kurtyzana żyjąca naprawdę, która spisała swoje własne wspomnienia i mająca klarowne życie wewnętrzne oraz zdolność do snucia refleksji, była zła na Zolę za taki obraz kurtyzany: jako widz oglądający słynną sztukę na podstawie Nany – Mogador głośno syknęła. Ten syk był tak wyraźny, że odbył podróż przez karty historii i odnalazł mnie. Siedziałam już wówczas mocno w swoim projekcie, niemniej pomyślałam, aha! Nie byłam pierwszą kobietą, która odpowiedziała Zoli w ten sposób.

Agnes A. Rose: Przeczytałam, że pracowałaś nad tą powieścią bardzo długo. To było około dziesięciu lat. Zastanawiam się dlaczego zabrało Ci to tak dużo czasu.

Carole DeSanti: Proces pisania był nieco tajemniczy. Jak można sobie wyobrazić, jako redaktor często prowadzę wyścig z czasem, zaś moim zamiarem było również, aby zmieścić się w terminach. Ale sama Eugenia – mam przez to na myśli stan swojego umysłu, jaki naprawdę odczuwałam, będąc w kontakcie z tą odległą istotą – nie chciała się spieszyć; to było tak, jakby mówiła: „jeśli chcesz się dowiedzieć, jeśli nie chcesz być powierzchowna i wymuszać rozwiązania, będzie to musiało zabrać trochę czasu.” Tak więc zaczęłam pytać, jak daleko mogę iść, jakie mam do tego „prawo”, jak dobrze mogę ją poznać? Ona przychodziła i odchodziła. Milczała. Jej milczenie informowało mnie o narzucaniu swojej woli jej historii. Nie obchodziło jej to!

Agnes A. Rose: Na okładce polskiego wydania Twojej książki możemy przeczytać, że pisałaś ją w tajemnicy. Dlaczego nie chciałaś, aby Twoje plany ujrzały światło dzienne? Czy obawiałaś się, że możesz nie podołać?

Carole DeSanti: Nie, to z powodu niechęci panującej w USA odnośnie do publikowania przez piszących redaktorów. Chociaż wielu redaktorów pisze, to jednak jest to czymś w rodzaju tematu tabu. Nie chciałam, aby moi autorzy i szefowie odnieśli wrażenie, że nie poświęcam im swojej pracy, tak jak to robiłam i robię. Ponadto nigdy nie miałam naprawdę dobrej odpowiedzi w zakresie wydawniczym – chodzi o warunki handlowe – na temat tego, dlaczego robię tę szaloną rzecz.

Agnes A. Rose: W jaki sposób kreowałaś postać Eugenii Rigault? Czy jest to bohaterka całkowicie fikcyjna, czy może oparta na autentycznej postaci historycznej?

Carole DeSanti: Postać jest fikcyjna, choć posiada wspólne elementy z życiem prawdziwych kobiet, takich jak Sarah Bernhardt, Célèste Mogador, Marie Duplessis, oraz wielu innych, które były mniej znane. Dowiedziałam się o nich z dokumentów sądowych, dzienników, gazet i różnego rodzaju źródeł. Eugenia porusza się w świecie autentycznych postaci, jak Louise Michel, rewolucyjny nauczyciel; Camille Claudel (która jest „Mademoiselle C.), Haussmann, Napoleon III i cesarzowa Eugenia; kurtyzana Giulia Barrucci, która jest jej przyjaciółką…

Agnes A. Rose: Jaki był najbardziej interesujący, a może zaskakujący fakt, na który natrafiłaś podczas gromadzenia materiałów do „Namiętności Eugenii R.”?

Carole DeSanti: To, że Célèste Mogador i ja urodziłyśmy się pod tą samą datą! Urodziła się 27 grudnia… 1824 roku. Prawie spadłam z krzesła w bibliotece, kiedy się o tym dowiedziałam. Miałam pewne wątpliwości dotyczące tego, co usiłowałam zrobić, ale potem byłam już pewna, że ona stanęła po mojej stronie, to taki rodzaj duchowego przewodnika tego projektu.

Agnes A. Rose: Co szczególnie wprawiło Cię w zadowolenie, a co przyprawiło o frustracje podczas pisania tej książki?

Carole DeSanti: Zadowolenie: pisanie pewnej sceny – potem powrót, aby sprawdzić fakty, i zdanie sobie sprawy z tego, że po raz pierwszy zrozumiałam to „dobrze” bez konieczności podejmowania konkretnych badań – to jest coś magicznego! Frustracja: gdy działo się odwrotnie, a historia – czy moja postać – pokręciła głową i powiedziała: „blisko, ale to niezupełnie tak!” Uwielbiałam także odwiedzać szczególnie muzea, znajdywać tam takie rzeczy, jak bielizna lub parasol, i wyobrażać sobie, kto dotknął tych rzeczy, czyją były własnością – czułam wtedy klimat przeszłości.

Agnes A. Rose: A co z romantyczną miłością? Eugenia wciąż spotyka mężczyzn, którzy nie są dla niej dobrzy i sprawiają, że jest nieszczęśliwa. Podczas czytania doszłam do wniosku, że Eugenia Rigault ostatecznie zaakceptowała swoje przeznaczenie mające związek z mężczyznami w jej życiu. Czy dziewiętnastowieczna prostytutka nie mogła liczyć na prawdziwą i szczęśliwą miłość? 

Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
Katowice 2015
tłum. Maria Grabska-Ryńska
& Maciej Grabski
Carole DeSanti: Eugenia jest zaangażowana w długi życiowy proces, który polega na uczeniu się kochać i być kochaną, nie rezygnuje ze swojej siły i nie pozwala sobie na to, aby świat ją poniżał, czy wręcz robiły to jej własne pragnienia. Przybliża się do tego z każdym związkiem – bliżej jest z Henrim niż ze Stefanem – choć w przypadku Stefana nadal się uczy. Robi to w społeczeństwie, które naprawdę nienawidzi i oczernia kobiecą seksualność, i jest opętana zarówno przez strach, jak i pożądanie, więc to było trochę jak wyzwanie! Myślę jednak, że ona w końcu znajdzie prawdziwą miłość. Jest na dobrej drodze.

Agnes A. Rose: Czy jest coś za co podziwiasz Eugenię? Może czegoś się od niej nauczyłaś?

Carole DeSanti: Och, wielu rzeczy. Jeśli w życiu miałam z czymś trudności – powiedzmy ze znalezieniem mieszkania w Nowym Jorku – to pomyślałam: „w jaki sposób ona by przez to przeszła w swojej epoce? Kobietom nie pozwalano nawet mieć mebli!” Albo kiedy wraz z zakończeniem romansu miałam złamane serce, pomyślałam o tym, jak by to było zostać zupełnie samą, tak jak kobiety żyjące dawniej: odrzucane przez społeczeństwo, ubogie i niezabezpieczone – niezdolne do pracy i w dodatku ze złamanym sercem. Co ona by wtedy zrobiła? Heroiczność Eugenii nauczyła mnie radzić sobie samej.

Agnes A. Rose: Czy nakreślałaś fabułę swojej książki, zanim zaczęłaś pisać, czy pracowałaś bez konspektu? Jak pracowałaś nad swoją powieścią?

Carole DeSanti: Nie miałam żadnego planu z wyjątkiem odnalezienia prawdy o bohaterach. Musiałam odrzucić wszystkie próby zrobienia planu, oczywiście skupiłam się na badaniach, zrobiłam najazd na pewną francuską wieś albo Lourdes – i dowiedziałam się tyle, ile mogłam. Potem próbowałam pisać zgodnie z prawdą odnośnie do tamtego miejsca. Wykorzystywałam książki pochodzące z tamtego okresu i dotyczące ówczesnej epoki, aby przenieść się tam, uciec do niej. Przerzuciłam swoje problemy na Eugenię, mając przyjemność z ponownego kreowania ludzi, których znałam jako dziewiętnastowieczne wersje ich samych. Jak ta czy tamta byłaby podobna do właścicielki domu publicznego? Możliwe, że były kochanek zmarł na barykadach jako komunard. Zupełną niespodzianką okazała się chwila, kiedy przyszła kolej na to, aby Stefan opowiedział swoją własną historię!

Agnes A. Rose: Czy był kiedyś taki moment, gdy powiedziałaś sobie: „wystarczy już badań, teraz muszę napisać tę książkę”?

Carole DeSanti: Tak, powiedziałam i powiadomiłam o tym agenta, który wyraził zainteresowanie książką. Następnie – tego samego dnia – przeglądałam właśnie w księgarni publikacje i natknęłam się na duży, gruby tom historii Komuny Paryskiej! Pominęłam ten kawałek historii z powodu lenistwa i pośpiechu, a także dlatego, że był to skomplikowany temat, aby wykorzystać go do stworzenia fikcji literackiej. Gdy maszynopis został odrzucony przez wydawców w Nowym Jorku w dniu pierwszego złożenia, wtedy miałam mnóstwo czasu (kiedyś trzeba było dojść do ładu ze swoimi zranionymi uczuciami), aby wrócić do Komuny i Oblężenia – co okazało się mieć kluczowe znaczenie dla historii. To była lekcja decydująca o tym, że miałam dosyć badań. Niemniej, tak naprawdę stale zadawałam sobie pytanie: „czy mogę dowiedzieć się jeszcze więcej”? lub „czy to już koniec?” Mogłam to sobie wynagrodzić tym, że prowadzenie badań zawsze jest niezwykle fascynujące, zawsze pojawiają się wspaniałe niespodzianki.

Agnes A. Rose: Jak bardzo bycie redaktorką pomogło Ci w pisaniu i opublikowaniu książki?

Carole DeSanti: Nie powiedziałabym, że bycie redaktorką pomogło mi w pisaniu, ponieważ względem siebie byłam niecierpliwa i nakazywałam sobie trzymać bardzo wysoki poziom, pomimo że jestem początkująca. Byłam przerażona moimi pierwszymi próbami i bardzo nimi skrępowana. Wszystko musiało zostać poddane dekonstrukcji, a to było jak przeciąganie liny. Czułam się niczym zawodowy bokser, który w swoim szaleństwie postanowił uczyć się baletu – musiałam stracić całą masę mięśniową i uczyć się gracji oraz precyzji. Jeśli chodzi o publikację, to nie otrzymałam zbyt dużo pomocy na tym polu. Na przykład moja wiedza na temat wydawania nie pomogła mi uciec przed odmową ze strony wydawców.

Agnes A. Rose: Czy planujesz napisać kontynuację „Namiętności Eugenii R.”?

Carole DeSanti: Chciałabym. Bardzo interesują mnie późniejsze związki Eugenii i – odnośnie do Twojego wcześniejszego pytania – jak odnalazła drogę do prawdziwej miłości? Jak wyglądała ta miłość i uczucie jej towarzyszące? Jak pod koniec XIX wieku wpłynęłoby to na kobietę, którą w całkowite posiadanie biorą jej własne moce? No i co z Berthe?

Agnes A. Rose: Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej o swojej pracy dla Penguin Group? Jakie jest Twoje doświadczenie w pracy z innymi autorami?

Carole DeSanti: Praca redaktora musi być „pomostem” pomiędzy stroną twórczą a działalnością wydawniczą. Jest to huśtawka, taniec i odpowiedzialność za to, aby być w porządku wobec obydwu stron. Moje serce zawsze będzie z autorami i procesem twórczym – ale jest także miejscem, w którym bardzo pomocna jest dyscyplina biznesu. Dla każdego autora i każdego projektu istnieje punkt równowagi i zawsze staram się go odnaleźć.

Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję Ci za tę miłą rozmowę. Czy jest jakieś pytanie, na które chciałabyś odpowiedzieć, a którego nie zadałam? Może chciałabyś powiedzieć coś swoim polskim czytelnikom?

Carole DeSanti: Czuję się bardzo zaszczycona, że mam takich czytelników. Słyszałam, że w Polsce istnieje spór (podobnie jak w wielu częściach świata) dotyczący ciała kobiety, naszego prawa do niezależności i decydowania o naszych własnych pragnieniach. Kobiety są skonfliktowane z tradycyjnymi wartościami, często wartościami religijnymi, i próbują odnaleźć własną drogę. Czytałam o sytuacji prawnej i nielegalnej prostytucji, handlu i czuję się zaniepokojona losem tych kobiet. Jeszcze dziś zmagamy się z wartością naszego życia i naszych ciał. Jak cenimy same siebie? W jaki sposób to wartościować – czy to pieniądze, czy miłość? Wszystko to jest częścią „Namiętności Eugenii R.”, więc mam nadzieję, że powieść może umożliwić czytelnikom zrobienie kroku wstecz i przekonanie się, jak długo trwa ta walka, i że powoli – bardzo powoli – robimy postęp. W końcu Eugenia musiała najpierw – przed wszelkiego rodzaju dogmatami – uszanować swoje własne doświadczenia. Musiała dowiedzieć się, co właściwie oznacza szanowanie siebie i odnajdywanie siły własnego wyboru. Jest to możliwe, aby przetrwać w ekstremalnych sytuacjach i powrócić z daleka, żebyśmy mogli być autentycznymi dla samych siebie. Mam nadzieję, że ona może dokonać tego samego, jeśli chodzi o czytelników w Polsce. Agnieszko, bardzo dziękuję za te bogate i interesujące pytania.




Rozmowa, przekład, redakcja
Agnes A. Rose


Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here