czwartek, 16 lipca 2015

Antoni ‘Joe’ Podolski – “23 Days: A Memoir of 1939”















Wydawnictwo: YELLOW WHEEL PUBLISHING LTD.
Wielka Brytania 2014




Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły. Nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na Zachodzie, zniszczenie Polski musi być pierwszym naszym zadaniem. Decyzja musi być natychmiastowa ze względu na porę roku. Podam dla celów propagandowych jakąś przyczynę wybuchu wojny. Mniejsza z tym, czy będzie ona wiarygodna, czy nie. Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie. W sprawach związanych z rozpoczęciem i prowadzeniem wojny nie decyduje prawo, lecz zwycięstwo. Bądźcie bez litości, bądźcie brutalni.” – Takimi oto słowami Adolf Hitler (1889-1945) praktycznie rozpoczął największy koszmar w dziejach ludzkości, a było to dokładnie w przededniu podpisania paktu Ribbentop-Mołotow, czyli 23 sierpnia 1939 roku. A potem nadszedł 1 września tegoż roku i wojska niemieckie bez oficjalnego wypowiedzenia wojny wkroczyły do Polski. Osamotnieni w walce Polacy nie byli w stanie skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec oraz inwazji sowieckiej dokonanej już 17 września. Tak więc konsekwencją tej sytuacji stał się czwarty rozbiór Rzeczypospolitej dokonany przez Adolfa Hitlera i Józefa Stalina (1878-1953).

Tuż po wybuchu drugiej wojny światowej wielu Polaków musiało opuścić swoje domy. Niektórzy uciekali w nieznane przed okupantem, a inni robili wszystko, co w ich mocy, aby stawić mu czoło i na ile to tylko możliwe, walczyć o odzyskanie wolności. Żołnierzami zostawali wtedy praktycznie wszyscy, którzy nie bali się wziąć broni do ręki; czasami byli to nawet nieletni chłopcy. Bardzo często wojna rzucała ludzi w rozmaite strony świata. Wielu Polakom jakimś sposobem udało się wyemigrować i już nigdy nie wrócić do ojczystego kraju. Lecz zanim to się stało musieli przeżyć gehennę. Jednym z takich właśnie Polaków był Antoni Józef Podolski (1923-1999), który urodził się w Baranowiczach – miejscowości, która dziś znajduje się na terytorium Białorusi, zaś do 1945 roku należała do Polski. Był jedynakiem i dorastał wśród zwierząt i przyrody. Uwielbiał jazdę konną, świetnie jeździł na nartach, a także brał udział w polowaniach. Posiadał też doskonałą wiedzę na temat różnego rodzaju broni, której używał od młodych lat, polując na dzikie zwierzęta. Bardzo dobrze strzelał również z karabinu. Pasjonował się też lataniem, a jako nastolatek nauczył się pilotować szybowce. Józef miał także kolegę, który był Niemcem i mieszkał w Berlinie. Korespondował z nim przez jakiś czas i spotkał się z nim w 1936 roku na Igrzyskach Olimpijskich. Potem tenże kolega zrzucał bomby na Polskę.

Kiedy w dniu 1 września 1939 roku naziści zaatakowali Polskę, Antoni mieszkał we wschodniej części kraju, a jego wpływ na walkę z okupantem był bardzo mały, pomimo że walczył z ludźmi, którzy byli niemieckimi szpiegami i donosicielami. Z kolei w dniu 17 września 1939 roku na Polskę napadł Związek Sowiecki, który tym samym przyłączył się do hitlerowskiej okupacji Polski. Sowieci uważali bowiem, że najeżdżając na Polskę chronią rosyjskich obywateli przebywających na terenie naszego kraju. Ten atak ze wschodu był naprawdę okrutny i bolesny, zważywszy że zupełnie niespodziewany.


Stara topograficzna mapa Baranowicz. 
Wojskowa mapa Polski wykonana przez polską armię przed 1939 rokiem.


Dla Antoniego wojna zaczęła się tak naprawdę w momencie walki z Armią Czerwoną. Każdego dnia był świadkiem brutalnych działań Sowietów. Aby odeprzeć atak najeźdźców, Antoni doraźnie walczył w szeregach młodych partyzantów. Po wielu niezwykle krwawych walkach, Antoni ostatecznie został pojmany i uwięziony. Podczas transportu do miejsca, w którym miał być przesłuchiwany, zdołał uciec z jadącego pociągu, unikając w ten sposób śmierci, zanim ponownie został aresztowany. To pozbawienie wolności zaowocowało okrutnymi przesłuchaniami i torturami, aż w konsekwencji Antoni Podolski został skazany na śmierć.

Józef spędził dwadzieścia trzy dni w celi śmierci, obserwując egzekucje współwięźniów, które wykonywane były jedna po drugiej. Wtedy też zupełnie nieoczekiwanie zamieniono mu karę śmierci na dwadzieścia pięć lat gułagu na terenie Arktyki. Długa oraz niezwykle wyczerpująca fizycznie i psychicznie podróż została przerwana z powodu kilkudniowego przesłuchania w osławionym więzieniu Łubianka znajdującym się w Moskwie. Ucieczka z gułagu, a następnie podróż ku wolności poprzez zamarznięte jezioro na granicy z Finlandią, a także tragiczna śmierć współuciekinierów, w sposób szczególny wpłynęły na Antoniego Podolskiego. Na szczęście na jego drodze stanęli fińscy żołnierze, a to oznaczało, że na ratunek przyszły mu polskie władze przebywające w neutralnej Szwecji i przerzucające do Anglii ludzi przybyłych tam w maju 1940 roku.

23 Days: A Memoir of 1939 to wspomnienia Antoniego Józefa Podolskiego spisane jego własną ręką około czterdzieści cztery lata po wybuchu drugiej wojny światowej. W swoim dzienniku Autor szczegółowo opowiedział o dramatycznej walce ze wschodnim agresorem, późniejszym aresztowaniu, uwięzieniu i brutalnym przesłuchiwaniu, aż w końcu skazaniu na śmierć i spędzeniu dwudziestu trzech dni w celi śmierci. Książka składa się z dwóch części. W części pierwszej, oprócz dramatu walki Antoniego z okupantem i oczekiwania na śmierć, czytelnik dodatkowo może poznać także jego szczęśliwe dzieciństwo w Polsce, co sprawia, że zaczynamy zastanawiać się, jak bardzo może w ułamku sekundy zmienić się nasze życie. W jednej chwili jesteśmy szczęśliwi i wydaje nam się, że przecież nic nie może nam już zagrozić i nagle okazuje się, że brutalnie tracimy nasze bezpieczeństwo, o które teraz trzeba będzie walczyć ze wszystkich sił, nie mając gwarancji, że kiedyś je odzyskamy. Z kolei w części drugiej Antoni Podolski opisał swoją wolność, którą ostatecznie odzyskał, ale dopiero w Anglii. Lecz to wcale nie oznaczało, że w tym momencie skończyła się dla niego wojna. On nadal walczył. Najpierw była to walka w szeregach brytyjskiej agencji rządowej, zwanej Kierownictwem Operacji Specjalnych, a potem w Polskich Siłach Zbrojnych na Bliskim Wschodzie, aby następnie zostać pilotem myśliwca w Polskich Siłach Powietrznych. Tego wszystkiego Antoni Podolski dokonał, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata!


Gmach Towarzystwa Ubezpieczeniowego 'Rossija' na Placu Łubiańskim.
Zdjęcie datowane jest na 1917 rok.

W tym budynku podczas II wojny światowej żołnierze NKWD więzili i mordowali Polaków.


Wspomnienia Antoniego Józefa Podolskiego zostały wydane w siedemdziesiątą piątą rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej i opatrzone są bardzo wzruszającą przedmową jego syna Nigela. Książka została wydana już po śmierci Autora, a stało się to dzięki staraniom jego rodziny. Opis tortur, jakie zafundowali mu Sowieci jest tak brutalny, iż możliwe, że czytelnik o wrażliwej psychice będzie musiał na chwilę przerwać lekturę. Jest to jedna z tych pozycji, która w sposób niezwykle obrazowy pokazuje okrucieństwo minionych czasów. Czytając dziennik Antoniego Podolskiego czytelnik zastanawia się, jak to możliwe, że jeden człowiek był w stanie przeżyć taką gehennę. Wielu napisało już o okrucieństwie drugiej wojny światowej i pewnie jeszcze wielu o niej napisze w przyszłości, ale trzeba pamiętać, że tylko relacje naocznych świadków są wiarygodne, i to na nich powinniśmy opierać naszą wiedzę na temat tamtych tragicznych lat.

Antoni Podolski na pewno był wielkim patriotą. Kochał swój kraj bardziej niż własne życie. Przypuszczam, że gdyby było inaczej, nie miałby w sobie aż tyle woli walki, która pozwoliła mu przeżyć, a swoje doświadczenia przekazać następnym pokoleniom. Niestety, nigdy już do Polski nie wrócił. Zmarł w Norfolk, mając siedemdziesiąt sześć lat. Wydaje mi się, że bardzo trudno jest znaleźć właściwe słowa, aby jednoznacznie opisać tego rodzaju publikacje. Na pewno nie można ich oceniać, ani też recenzować, ponieważ tego typu książki zawierają taki ogrom ludzkiego dramatu i horroru, że jakakolwiek ocena jest tutaj nie na miejscu.

Na koniec chciałabym serdecznie podziękować wnukowi Antoniego Podolskiego – Jeremy’emu, który kilka miesięcy temu zwrócił moją uwagę na wspomnienia swojego dziadka. Gdyby nie wiadomość od Jeremy'ego, do dziś nie wiedziałabym, że tak wartościowa książka w ogóle istnieje. Mam nadzieję, że wkrótce wojenne wspomnienia Antoniego Podolskiego zostaną przetłumaczone na język polski i będzie można je przeczytać bez bariery językowej. Natomiast na chwilę obecną polecam tę publikację każdemu, kto zna język angielski i chciałby poznać niezwykłe bohaterstwo i siłę młodego chłopaka, który zachował godność i nie poddał się okupantowi.



Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat książki i jej Autora, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz kupić książkę, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz przeczytać ten tekst po angielsku, kliknij tutaj.
If you want to read this review in English, please click here








poniedziałek, 13 lipca 2015

Judith Lennox – „Ostatni taniec”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2015
Tytuł oryginału: One Last Dance
Przekład: Magdalena Rychlik





Stare domy zazwyczaj kojarzą mi się z ogromnym bogactwem, ale nie takim materialnym, tylko bardziej duchowym. Zawsze, kiedy odwiedzam jakąś wiekową budowlę – czy to dworek/zamek, czy to zwyczajny, wielopokoleniowy dom – zastanawiam się nad historią tego miejsca. Przecież mury takiego domu musiały niejedno „widzieć” i niejedno „słyszeć”. Przez dziesiątki, a może nawet setki lat były świadkami zmieniającej się rzeczywistości, a ludzie, którzy tam mieszkali przeżywali swoje radości i smutki. Mury takiego wiekowego domostwa mogłyby nam opowiedzieć naprawdę wiele ciekawych historii dotyczących jego mieszkańców. W zależności od tego, ile lat liczy sobie dom, nasza wyobraźnia może podsuwać nam rozmaite obrazy, jak na przykład bale, które zapewne się tam odbywały, albo sceny sprzeczek pomiędzy małżonkami, albo też zabawy rozbrykanych i szczęśliwych dzieciaków. Ale przecież mieszkańcy takiego domu przeżywali w nim nie tylko szczęśliwe dni. Zapewne zagościła tam również śmierć i rozpacz po stracie bliskich na przykład na skutek wybuchu jednej czy drugiej wojny światowej. Mogło też zostać popełnione tam morderstwo, którego nigdy nie wyjaśniono lub ktoś w akcie rozpaczy mógł popełnić samobójstwo.

Wyobraźmy sobie zatem wiekową, wiejską posiadłość, której historia sięga jeszcze czasów panowania dynastii Tudorów. Ta niezwykle mroczna posiadłość znajduje się w angielskim hrabstwie Devon i położona jest nad jednym z morskich akwenów, gdzie wiatr wciąż tańczy w gałęziach drzew. Rzeczona posiadłość nosi nazwę Rosindell i od wieków należy do rodziny o nazwisku Reddaway. Prawda jest taka, że członkowie tegoż rodu jakoś nigdy nie wzbudzali powszechnej sympatii wśród sąsiadów. Ludzie, którzy ich znali, zwykli twierdzić, że byli oni wyjątkowo trudni we współżyciu, a niektórzy z nich nawet strzelali do „intruzów”.

A zatem mamy rok 1974. We wrześniu tegoż roku Esme Godwin kończy siedemdziesiąt pięć lat. Z tej okazji córka jubilatki pragnie urządzić swojej matce wielkie urodzinowe przyjęcie. Zoe chce, aby uczestniczyła w nim cała rodzina, oczywiście jeśli tylko Esme wyrazi na to zgodę. Ale czy tak się stanie, skoro w minionych latach wydarzyło się tak wiele zła, że aż trudno to sobie wyobrazić? Niektóre osoby odpowiedzialne za wyrządzone Esme krzywdy odeszły już z tego świata. Niemniej ci, którzy zostali wciąż noszą w sobie żal i wyrzuty sumienia, a tajemnice z przeszłości nadal nie są do końca odkryte. Przygotowując się do przyjęcia, Esme Godwin bezustannie sięga pamięcią w przeszłość. Widzi obrazy, które do dzisiaj nie pozwalają jej spokojnie żyć. Tak wiele się wydarzyło. Tak wielu ludzi skrzywdzono. Czy można cokolwiek jeszcze naprawić? I tak oto cofamy się do roku 1917, kiedy wszystko tak naprawdę się zaczęło…

Świat ogarnięty jest dramatem pierwszej wojny światowej. Devlin Reddaway jest jednym z wielu młodych brytyjskich żołnierzy, którzy walczą we Francji. Natychmiast po wybuchu wojny zaciągnął się do armii i teraz ofiarnie służy ojczyźnie. Kiedy dostaje kilka wolnych dni jakoś nie za bardzo chce wracać do rodzinnej posiadłości. Nigdy nie potrafił dogadać się ojcem, który budzi powszechną antypatię. Sąsiadami Reddawayów są Langdonowie, którzy mieszkają w rezydencji na Belgrave Square. Obydwie rodziny niespecjalnie za sobą przepadają. Charles Langdon jest właścicielem miejscowej stoczni i ojcem trojga dzieci: pięknej i wyrafinowanej Camili, dość przystojnego i tryskającego poczuciem humoru Toma oraz zupełnie przeciętnej Esme. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie Camila wciąż zwraca na siebie uwagę mężczyzn. Devlin nie jest wyjątkiem. Któregoś dnia on również daje się oczarować starszej z panien Langdon. Ponieważ trwa wojna, Camila pracuje w szpitalu, gdzie opatruje rannych żołnierzy. Wygląda na to, że Devlin nie jest jej obojętny. Obydwoje mają jednak zbyt mało czasu na to, aby ich uczucie mogło się rozwinąć. Pozwalają sobie jedynie na ukradkowe spotkania w tajemnicy przed rodziną. Kiedy pewnego dnia Devlin po przepustce znów wyjeżdża na front, pod wpływem jakiegoś wewnętrznego impulsu oświadcza się Camili, która oczywiście zgadza się zostać jego żoną. A zatem Devlin wraca na front szczęśliwy i pewny, że po zakończeniu wojny ożeni się ze swoją ukochaną i razem stworzą wspaniałą i kochającą się rodzinę. Pragnie też dołożyć wszelkich starań, aby do stanu świetności przywrócić Rosindell, którą jego ojciec poważnie zaniedbał. Ta posiadłość jest dla niego niezmiernie ważna i nie wyobraża sobie, żeby mógł ją porzucić i zamieszkać w jakimś innym miejscu. Niestety, kiedy kończy się wojna i Devlin Reddaway wraca do domu poraniony, okazuje się, że jego ukochana właśnie szykuje się do ślubu z innym mężczyzną…

Wyd. HEADLINE REVIEW
Londyn 2014
Judith Lennox swoją twórczością zachwyciła mnie przy okazji lektury powieści Krok w nieznane. Pomimo że generalnie Autorka kojarzona jest z romansami historycznymi, to jednak nie potrafię się z tym zaszufladkowaniem zgodzić. Według mnie Judith Lennox jest pisarką, która tworzy piękne powieści obyczajowe z naciskiem na sagi rodzinne, których akcja trwa przez wiele długich lat i obejmuje kilka pokoleń tych samych rodzin. Ostatni taniec jest tego doskonałym potwierdzeniem. W tej powieści czytelnik spotyka dwie rodziny, które generalnie nie pałają do siebie uczuciem sympatii, ale względnie tolerują siebie nawzajem. Chyba nie mają innego wyjścia, skoro przyszło im mieszkać tak blisko siebie.

Fabuła książki jest skonstruowana tak, że czytelnik nie potrafi się od powieści oderwać. Gdybym miała jednym zdaniem określić, o czym traktuje Ostatni taniec, to napisałabym, że o chorobliwej zazdrości. Jedna z bohaterek to taki przysłowiowy pies ogrodnika, który sam nie chce, ale komuś też nie da. Tak więc na pierwszy plan wysuwają się dwie siostry. Jedna jest piękna niczym księżniczka z bajki i budzi powszechny zachwyt, spadając zawsze na cztery łapy, nawet jeśli wplącze się w jakąś niezbyt przyjemną sytuację. Z kolei druga to typowy niedowartościowany kopciuszek, który od dziecka żyje w cieniu swojej siostry. A zatem kiedy księżniczka dopuszcza się zdrady i łamie dane słowo, wówczas nasz kopciuszek biegnie na pomoc, aby pocieszyć i uleczyć złamane serce Devlina. Okazuje się bowiem, że Esme od kilku lat jest bez pamięci zakochana w swoim sąsiedzie, lecz nigdy nie miała odwagi, aby odkryć przed nim swoje uczucia. W końcu jednak dochodzi do tego, że Esme zostaje żoną Devlina i staje się panią w Rosindell. Czy zatem odnajdzie tam szczęście, a mąż w końcu ją pokocha i zapomni o pięknej szwagierce, która złamała mu serce? A co z Camilą? Jak ona zareaguje na wiadomość o ślubie siostry z mężczyzną, który jeszcze niedawno pragnął się z nią ożenić? Dlaczego Devlin zdecydował się na małżeństwo z mało atrakcyjną dziewczyną, skoro do szaleństwa kochał inną, piękniejszą? Czy kryje się za tym jakiś sekret, który wyjdzie na jaw dopiero po latach?

Akcja powieści obejmuje dokładnie pięćdziesiąt siedem lat, a więc tych wydarzeń rozgrywających się na jej kartach jest całkiem sporo. Tak naprawdę spotykamy tutaj cztery pokolenia, które wciąż dotykają jakieś życiowe tragedie, a to wszystko za sprawą tylko i wyłącznie jednej osoby. Gdyby nie ona, nasi bohaterowie byliby szczęśliwi i mogliby wieść wspaniałe życie w niezwykle malowniczym zakątku hrabstwa Devon. Z drugiej strony jednak pomimo tych wszystkich nieszczęść, poszczególni bohaterowie robią, co tylko jest w ich mocy, aby ich życie wyglądało w miarę normalnie, choć zawiedzione nadzieje i niespełnione marzenia wciąż popychają ich ku podejmowaniu decyzji, których konsekwencje niestety będą bardzo bolesne. Kłamstwa i niedopowiedzenia ostatecznie sprawią, że ci, którzy są najmniej wszystkiemu winni, najbardziej będą cierpieć.

Jak to już zazwyczaj bywa w powieściach obyczajowych, za wyrządzone zło kiedyś trzeba będzie zapłacić. Tylko czy ktoś, kto przez całe życie był egoistą i myślał jedynie o sobie będzie zdolny na łożu śmierci poczuć z tego powodu jakiekolwiek wyrzuty sumienia? Wiele rzeczy zostanie też zabranych do grobu i tak naprawdę niektórzy nigdy nie dowiedzą się, jaka była prawda. Z kolei inni bohaterowie pomimo bezustannych przeciwności losu i ciągłego dźwigania brzemienia kłamstw będą w stanie ułożyć sobie życie, lecz z dala od rodzinnego domu. Czy to pozwoli im zapomnieć? Wybaczyć?

Ostatni taniec to według mnie przepiękna opowieść, którą chętnie widziałabym na ekranie. Nie jest ani płytka, ani też niedopracowana, jak próbują niektórzy wykazać, być może kierowani wstydem, że w ogóle sięgają po tego typu książki. W tej powieści nie chodzi jedynie o romanse pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Pojawia się wiele tajemnic i niedopowiedzeń, a wręcz perfidnych kłamstw. W dodatku niektórzy mieszkańcy posiadłości Rosindell uparcie twierdzą, że w tym wiekowym domu zwyczajnie straszy i generalnie nad jego mieszkańcami wisi jakieś fatum. Ostatni taniec to także powieść o zemście, której tak naprawdę można dokonać nawet wiele lat po doznaniu upokorzenia. Ktoś kiedyś próbował w sposób perfidny wejść w posiadanie Rosindell, naiwnie myśląc, że stanie się niezwykle zamożną osobą. Niestety, w najmniej spodziewanym momencie sprawy wyszły na jaw, więc wtedy pozostała już tylko zemsta, której dokonanie po latach przeszło na kolejne pokolenie. Jak widać tych wątków jest w książce całkiem sporo, natomiast doskonałe pióro Judith Lennox sprawia, że historię Langdonów i Reddawayów czyta się jednym tchem. 

Jeśli jeszcze nie wiecie, czy sięgnąć po Ostatni taniec, to podpowiem Wam, że powieść w pewnym sensie przypomina twórczość Kate Morton, a szczególnie jej Dom w Riverton, gdzie również czytelnik ma do czynienia z tajemnicami ukrytymi w murach bardzo starej posiadłości. Natomiast jeśli lubicie serial Downton Abbey, to ta lektura jest dla Was obowiązkowa.









sobota, 11 lipca 2015

Magdalena Kordel – „Wymarzony dom” # 1













Wydawnictwo: ZNAK
Kraków 2014
Seria: Malownicze





Jestem przekonana, że wielu z nas, mieszkających w dużych miastach, gdzie życie biegnie zbyt szybko, marzy czasami o wyrwaniu się z tego molochu i spędzeniu choćby kilku dni w jakimś zacisznym miejscu z dala od miejskiego huku i gonitwy za przeróżnymi sprawami dnia codziennego. Nie zawsze jednak można zmienić życie na zawołanie, bo przecież potrzebni są nam do tego też inni ludzie i jakieś przychylne zrządzenie losu. Nie wszystko bowiem zależy od nas samych. Na przykład szef musi pokazać, że ma serce na swoim miejscu i da nam te kilka dni urlopu, zamiast wymagać od nas, abyśmy z uśmiechem na ustach „sprzedali” należne nam wolne dni, bo przecież jesteśmy potrzebni firmie. Jest też rodzina, która musi przestać myśleć tylko o sobie i chcieć wypuścić nas z domu na zasłużony odpoczynek. Może też okazać się, że będziemy musieli o zgodę na samodzielny wypad za miasto poprosić naszych życiowych partnerów, którzy nie będą kręcić nosem i wyobrażać sobie Bóg wie czego. No bo przecież my na tym wypadzie możemy od razu dopuścić się zdrady, i co wtedy? Czarna rozpacz, prawda?

Jeśli już dopisze nam szczęście i jakimś sposobem wyjedziemy z miasta, wówczas musimy wyłączyć wszelkiego rodzaju urządzenia, które pozwolą innym nas namierzyć i dopiero wtedy możemy w pełni rozkoszować się błogim lenistwem na łonie natury. No tak, tylko ile można leniuchować? Kiedyś przecież będziemy musieli wrócić do naszego normalnego życia, prawda? I co wtedy? Jak znów przestawić się na życie w ciągłym biegu i stresie? A może najlepiej będzie, gdy już na stałe odetniemy się od poprzedniego życia i zaczniemy wszystko od nowa w spokoju i bez zbędnych napięć, biorąc przykład z głównej bohaterki książki Magdaleny Kordel? Tylko pytanie, czy Madeleine naprawdę rozpoczęła pewnego dnia bezstresowe życie na łonie natury? A może los zwyczajnie sobie z niej zadrwił, podtykając jej pod nos pewien opuszczony dom w malowniczym zakątku Sudetów? Zacznijmy jednak od początku.

Madeleine, która tak naprawdę ma na imię Magda i jest tłumaczką języka francuskiego, pewnego dnia w dość nietypowych okolicznościach staje się właścicielką domu położonego w Sudetach. Tak to jest, kiedy nagle po zakrapianym alkoholem spotkaniu towarzyskim urwie się film i człowiek nie wie, co robi, a kiedy budzi się rano z niemiłosiernym bólem głowy, nagle stwierdza, że właśnie nabył jakąś ruderę za niezbyt duże pieniądze. I co teraz? Rzucić pracę i ot tak po prostu wyjechać? Opuścić przyjaciół, z którymi w dotychczasowym życiu łączyły nas całkiem poprawne relacje? Na szczęście Magdzie znów z pomocą idzie los. Tak więc kobieta porzuca swojego życiowego partnera, z którym i tak raczej nie miałaby szans na ułożenie sobie życia, i wyjeżdża do tajemniczego górskiego miasteczka o bardzo wymownej nazwie Malownicze. Oczywiście Magda nie wie, czego tak naprawdę może się spodziewać, bo miejsce jest dla niej totalnie obce. Nie wie też, w jakim stanie jest dom, którego stała się właścicielką w tak nietypowych okolicznościach. Ale cóż poradzić? Trzeba stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością i wypić piwo, którego samej się nawarzyło.

Oczywiście, jak można było się spodziewać, dom w Malowniczem nadaje się do remontu, zaś już na progu Magdalenę wita pewien nietypowy mieszkaniec miasteczka, który powinien chyba dostać angaż w jakimś kabarecie. A potem kolejne wydarzenia następują po sobie bardzo szybko. Wokół Magdy zaczynają pojawiać się coraz to nowi ludzie, którzy za nic nie potrafią pozostawić jej bez pomocy. Ta ogólna życzliwość naprawdę wzrusza. Jest nieco wyidealizowana, bo przecież w naszym codziennym życiu raczej o tego typu zachowania trudno. Każdy, kto nagle przybywa do jakiejś społeczności traktowany jest raczej nieufnie i musi minąć naprawdę sporo czasu, aby można było mówić o obustronnym zaufaniu. A tutaj, proszę, raz-dwa i Magda nie musi się już niczym martwić, ponieważ od razu na pomoc spieszą dobrzy ludzie. Naprawdę szkoda, że to tylko fikcja literacka. Kiedy czyta się książkę, gdzie wszyscy są tak przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem, to w pewnej chwili człowiek chciałby po prostu przenieść się w ten świat fikcji i już tam zostać na zawsze.

To, co napisałam powyżej może świadczyć o tym, że Wymarzony dom to powieść ze zbyt przesłodzoną fabułą. Może faktycznie jest nieco wyidealizowana, ale na pewno nie jest cukierkowa. W życiu Magdy nie brak problemów dnia codziennego. Pomimo że ma wokół siebie mnóstwo życzliwych ludzi, to jednak są też problemy, z którymi kobieta musi sobie poradzić sama. W Malowniczem doganiają ją bowiem kłopoty rodzinne, o których wcześniej nie miała pojęcia. Pod swój dach Magda przyjmuje kilka osób, wśród których jest też pewna młoda dama, która przyjechała do miasteczka celem wyjaśnienia swoich rodzinnych zawiłości. A zatem prędzej czy później poleją się łzy, a niektórzy bohaterowie będą cierpieć.


Jeśli chcesz odwiedzić blog Autorki, kliknij w powyższy baner.


Magdalena Kordel w swojej książce porusza naprawdę szereg istotnych problemów społecznych. Oprócz niewyjaśnionych spraw z przeszłości, czytelnik pozna dramat dzieci żyjących w patologicznej rodzinie. Będzie także o tym, że kłamstwo zawsze ma krótkie nogi i któregoś dnia i tak wyjdzie na jaw, a wtedy jego skutki mogą skrzywdzić niewinnych ludzi. Oczywiście będzie również o miłości, nie tylko tej pomiędzy mężczyzną i kobietą, ale takiej zwykłej miłości do dziecka i do rodzeństwa, które potrzebuje dopiero przeżyć wstrząs, aby móc zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Jest też coś na temat religijności, ale bez nawracania na siłę. Wszystkie wspomniane motywy bardzo trafnie łączą się ze sobą, co sprawia, że otrzymujemy opowieść spójną i logiczną. I co ciekawe, Autorka do samego końca trzyma czytelnika w napięciu, nie zdradzając sekretów, z którymi od lat muszą zmagać się niektórzy bohaterowie powieści. Można zatem śmiało powiedzieć, że w tym miejscu Magdalena Kordel zastosowała manewr, niczym w doskonale wykreowanym kryminale, gdzie do ostatniej strony nie wiadomo, kto zabił.

Generalnie bohaterowie Wymarzonego domu to postacie bardzo pozytywne. U nikogo nie zauważyłam jakichś znaczących negatywnych cech, a przynajmniej nie było ich u tych postaci, z którymi czytelnik spotyka się „osobiście”. W dodatku na kartach książki spotykamy przedstawicieli różnych warstw społecznych, wywodzących się z różnych środowisk, co tylko działa na korzyść tej historii.  Moim zdaniem niniejsza powieść to doskonała lektura na wakacje. Jest to naprawdę bardzo ciepła historia o ludziach, którym chyba obca jest zazdrość, która w konsekwencji i tak stanie się zawiścią, aby potem przerodzić się w nienawiść. Z jednej strony jest to historia, która daje nadzieję i pozwala spojrzeć na drugiego człowieka nieco inaczej, czyli szukać w nim tego, co dobre. Z drugiej strony jednak zastanawiam się, czy tego rodzaju książki, czyli książki z tak wyidealizowaną fabułą, nie stanowią dla czytelnika swego rodzaju rozczarowania otaczającym go światem, bo przecież kiedyś wreszcie trzeba będzie stawić czoła prawdziwemu życiu, które już tak idealne nie jest. To zderzenie z rzeczywistością po przeczytaniu takiej powieści może okazać się bardzo bolesne i wtedy nie pozostanie już nic innego, jak tylko znów sięgnąć po kolejną opowieść, na przykład, autorstwa Magdaleny Kordel, aby móc zapomnieć o problemach, jakie wciąż nas dotykają.

Wiele osób uważa, że literatura powinna uczyć. A zatem, idąc tym tokiem rozumowania Wymarzony dom powinien uczyć nas właśnie takiej życzliwości wobec drugiego człowieka. Gdybyśmy na co dzień postępowali tak, jak robią to bohaterowie powieści, świat wokół nas byłby naprawdę wspaniały. Dobrze byłoby, gdybyśmy książek nie traktowali jedynie jako formy relaksu, ale wyciągali z nich to, co najlepsze i próbowali wcielać to w nasze codzienne życie. Wymarzony dom to pierwsza powieść Magdaleny Kordel, którą przeczytałam i jestem przekonana, że na tej jednej się nie skończy. Autorka sprawiła, że nie tylko czytałam książkę jednym tchem, ale też pokazała mi, jak można traktować drugiego człowieka, aby dzięki temu udoskonalić świat na tyle, na ile to możliwe. Bo tak naprawdę obraz świata zależy tylko i wyłącznie od nas samych.







piątek, 10 lipca 2015

Adam Krechowiecki – „Starosta zygwulski”












Wydawnictwo: KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA
Rzeszów 1988




Zastanawialiście się kiedyś skąd tak naprawdę wzięła się szlachta i dlaczego tak powszechnie dążono do tego, aby otrzymać od króla nobilitację? Czasami wśród tej warstwy społecznej trafiali się także ci, którzy raczej nie mogli pochwalić się zbyt pokaźnym majątkiem, a jednak mimo wszystko stan szlachecki posiadali. Jak podają źródła naukowe, szlachta to stan społeczny funkcjonujący w społeczeństwach feudalnych Europy, wywodzący się z rycerstwa, obdarzony dziedzicznym prawem własności ziemi, jak również innymi prawami i przywilejami nadawanymi przez władców za spełnienie obowiązku służby wojskowej. Stan ten do XIX wieku charakteryzował się przewagą polityczną i gospodarczą nad innymi stanami społecznymi. W Polsce szlachectwo zostało wyodrębnione na przestrzeni XIV i XV wieku i wtedy też przyjęło rolę włodarza w państwie kosztem panującego monarchy oraz pozostałych stanów.

Dokonująca się stopniowo integracja szlachty sprawiła, że w XVI wieku ukształtowała się epoka zwana w historii okresem szlacheckiej demokracji. Ogromne znaczenie w konsolidowaniu się stanu szlacheckiego posiadały nadawane tej grupie przywileje ziemskie. Ich dzieje stanowią zewnętrzny obraz dotyczący przemian w ustroju państwa polskiego począwszy od dość dobrze scentralizowanej dziedzicznej monarchii Kazimierza III Wielkiego (1310-1370), a skończywszy na zdominowanym przez szlachtę państwie, w którym panował władca wybierany drogą elekcji. Znaczą część stanu szlacheckiego stanowiła szlachta niezamożna, która wywodziła się w głównej mierze z drobnych posiadaczy ziemskich, czyli tak zwanych Włodyków. Tę grupę społeczną jeszcze małopolska redakcja statutów Kazimierzowskich usiłowała włączyć w osobną, niższą kategorię rycerstwa. Szeregi drobnej szlachty zaczęły rozwijać się również na skutek nadmiernego rozrodzenia rodzin drobnomieszczańskich. Poza tym zbyt małe nadania ziemi stały się przyczyną upadku potomków dawnych właścicieli ziemskich, którzy pozostawali na bezustannie dzielonych gospodarstwach, które w efekcie stawały się coraz mniejsze.


Tak wyglądali polscy szlachcice w XVII wieku. 


Na przełomie XVI i XVII wieku na Ziemi Sanockiej i Przemyskiej, a dokładnie w Łańcucie żył pewien Sarmata z piekła rodem. Oczywiście mowa o Stanisławie Stadnickim (1551-1610), o którym pisałam już przy okazji recenzji książki Jacka Komudy zatytułowanej Diabeł Łańcucki. Swego czasu Stanisław Stadnicki budził wielki strach w polskim narodzie. Jego postać bardzo często jest wykorzystywana w literaturze, ponieważ doskonale nadaje się do roli czarnego charakteru. Obecność Diabła z Łańcuta w historii sprawiła, że stał się on inspiracją dla wielu badaczy, którzy pragną odkrywać losy polskiej szlachty z tamtego okresu. To klasyczny przykład bandyty, swawolnika i przede wszystkim warchoła polskiego sarmatyzmu. Jego imię budziło powszechny strach, więc wyobraźcie sobie, jak wiele zła musiał czynić Stadnicki, aby na samą wieść o jego pojawieniu się w danym miejscu, ludzie natychmiast uciekali do swoich domów i wpadali w istną panikę.

Stanisław Stadnicki zwany
Diabłem Łańcuckim
Pierwsze informacje o Stanisławie Stadnickim pojawiają się w dokumentach historycznych z lat 1573-1575 i jasno z nich wynika, że charakteryzował się ogromną agresją. Oskarżano go o dokonywanie licznych napadów i gwałtów na swoich sąsiadach. To typowy bandyta i warchoł, który daje się wszystkim poznać jako człowiek wielce nieobliczalny i awanturniczy oraz siejący powszechny strach. Król Stefan Batory (1533-1586) w 1576 roku oddał do rąk Stadnickiego list, w którym nakazywał mu, aby ten stawił się na wyprawę gdańską w sile pięćdziesięciu koni. Ta wyprawa sprawiła, że Diabeł z Łańcuta mógł wykazać się wielką odwagą i walecznością, zdobywając sobie w ten sposób uznanie monarchy. Stadnicki wziął także czynny udział w wyprawie moskiewskiej Stefana Batorego, w której tylko potwierdził swoją waleczność, pociągając za sobą wojsko i tym samym sławiąc imię Rzeczypospolitej. Niestety, już wkrótce Stanisław Stadnicki poczuł się niedoceniony przez władcę z powodu zbyt małych nagród za swoje uczestnictwo w boju. Tłumiąc w sercu rozczarowanie, Stanisław Stadnicki powrócił w rodzinne strony, skąd natychmiast postanowił wyruszyć na Węgry, aby tam uczestniczyć w walkach przeciwko Turkom. Tutaj opowiedział się po stronie arcyksięcia Maksymiliana III Habsburga (1558-1618). Potem wykorzystał czas bezkrólewia po śmierci Stefana Batorego i dokonał licznych ataków na sprzymierzeńców Zygmunta III Wazy (1566-1632), jednocześnie usilnie pracując na przydomek „diabła”, dzięki licznym napadom na miasta i wsie. Ostatecznie Stanisław Stadnicki powrócił do swojego Łańcuta, co zaowocowało masowym aktom okrucieństwa i sprawiło, że jego postać zaczynała już przybierać formę legendy.

I tak oto rozpoczęła się haniebna działalność Stanisława Stadnickiego. Stał się on bowiem władcą życia i śmierci na swoich ziemiach. Był wielkim utrapieniem dla tych rodów, które miały nieszczęście z nim sąsiadować. Zarówno mieszczanie, jak i zwykli chłopi przez cały czas drżeli ze strachu o własne życie. Awanturniczość, podłość, nikczemność oraz niewyobrażalny bandytyzm to tylko niektóre cechy, jakimi określano wówczas postępki Stadnickiego. Jego majątek wciąż wzrastał dzięki coraz to nowym napadom na drogach, po których przejeżdżali kupcy, na przykład ci zmierzający na jarmarki do Jarosławia. Siłą wydzierał im przewożone kosztowności. Grabił okoliczne dwory szlacheckie. Nie odpuszczał nikomu bez względu na pochodzenie czy stan majątkowy. Znieważył również samego króla, którego zupełnie zlekceważył i obraził, bezczelnie drwiąc z monarchy i jego postanowień. Lochy na łańcuckim zamku wciąż pełne były więźniów, których kazał torturować i zabijać.


Starosta leżajski Łukasz Opaliński (starszy) z pierwszą żoną Anną z Pileckich (1572-1631)


Ostateczny koniec Stanisława Stadnickiego przypadł na 1610 rok. Jak wiadomo, Stadnicki przez wiele lat był poważnie skonfliktowany ze starostą leżajskim Łukaszem Opalińskim (1581-1654). Za ten spór Diabeł z Łańcuta zapłacił najwyższą cenę. Starosta, którego wiernie wspomagała księżna Anna Ostrogska (1575-1635), właścicielka Jarosławia, stanął na czele armii i uderzył na dobra Stanisława Stadnickiego, paląc zamek w Łańcucie i tym samym uwalniając więźniów z lochów. Diabeł musiał zatem uciekać. Opaliński ruszył za nim w pościg. Ostatnie chwile życia Stadnickiego to swoista legenda, podobnie jak i jego całe życie.

Starosta zygwulski to powieść, która po raz pierwszy we fragmentach została opublikowana na łamach Gazety Lwowskiej, a było to w 1886 roku. Rok później opowieść o Stanisławie Stadnickim doczekała się formy książkowej. Pierwsze recenzje nie były pochlebne. Zarzucano bowiem Autorowi, że poważnie odszedł od prawdy historycznej i stworzył opowieść, która mija się z rzeczywistością. Sposób, w jaki Adam Krechowiecki (1850-1919) wyjaśnił diabelski temperament głównego bohatera jest tylko i wyłącznie jego własną koncepcją. Przypuszczalnie Stanisław swój awanturniczy charakter odziedziczył po ojcu – Mateuszu Stadnickim (?-1563), który również swego czasu siał postrach w okolicznych majątkach.

Adam Krechowiecki w swoim powieściowym debiucie próbuje również całą winę za haniebne postępki Diabła z Łańcuta zrzucić na kobietę. To właśnie nieodwzajemniona miłość ze strony obiektu uczuć Stanisława najprawdopodobniej stała się przyczyną tych wszystkich awantur, jakimi w historii Polski zapisał się nasz bohater. Czy tak było w rzeczywistości? Trudno powiedzieć. Można jedynie się domyślać i snuć swoje własne poglądy na ten temat. Na pewno nie można tego rodzaju spojrzenia Autora na postać Stadnickiego zapisać tak zupełnie na niekorzyść książki. Współczesna beletrystyka historyczna dopuszcza bowiem wplatanie fikcji literackiej tam, gdzie brak wystarczających dowodów na tę czy inną kwestię. Niestety, pod koniec dziewiętnastego wieku taki zabieg był niedopuszczalny. Oczekiwano bowiem od autorów piszących powieści historyczne, aby były one oparte tylko i wyłącznie na potwierdzonych faktach, a za przykład podawano powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego (1812-1887), który twardo trzymał się historii, a jego książki mają również charakter dokumentalny. Uważano bowiem, że powieści historyczne powinny uczyć, a nie jedynie dostarczać czytelnikowi przyjemności wypływającej z ich czytania.


Henryk Sienkiewicz i Adam Krechowiecki


W Staroście zygwulskim na pewno na uwagę zasługuje bezustanny konflikt ze wspomnianym już Łukaszem Opalińskim. Ten element jest w powieści dość dobrze wyeksponowany i dokładnie widać, jak ogromną nienawiścią pałali do siebie wzajemnie obydwaj szlachcice. O ile na pochwałę zasługuje opis konfliktu pomiędzy nimi, o tyle nie można tego samego powiedzieć o sporze z Anną Ostrogską. Pisałam już o tym w przypadku powieści Jacka Komudy – Diabeł Łańcucki. Choć pomiędzy tymi dwiema książkami istnieje ogromna przepaść czasowa, jeśli chodzi o ich powstanie, to mimo wszystko nie rozumiem, dlaczego obydwaj Autorzy pominęli tak ważne fakty związane z księżną władającą Jarosławiem. Czyżby postać Anny Ostrogskiej była tak mało popularna, że nie zasługuje na swoje miejsce w literaturze historycznej? Uważam, że jest wręcz odwrotnie, ponieważ zarówno rodowód, jak i sama postać księżnej wołyńskiej są niezwykle interesujące. Z kolei Stanisław Stadnicki był skonfliktowany z rodem Kostków przez wiele lat, podobnie jak ze starostą Łukaszem Opalińskim. Gdyby nie armia, którą Anna Ostrogska wspomogła Łukasza Opalińskiego, nie wiadomo, czy dziś mówilibyśmy o pokonaniu Diabła z Łańcuta. To dzięki wojsku z Jarosławia Stanisław Stadnicki ostatecznie stracił głowę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Naprawdę szkoda, że zarówno Adam Krechowiecki, jak i Jacek Komuda praktycznie zapomnieli o tej wyjątkowej kobiecie zwanej „Panią na Jarosławiu”. Sięgając po Starostę zygwulskiego miałam nadzieję, że tym razem będzie mi dane odwiedzić zamek w Jarosławiu i „usłyszeć”, jak Łukasz Opaliński i Anna Ostrogska zmawiają się przeciwko Stanisławowi Stadnickiemu, planując jego ostateczny koniec. Niestety, znów się zawiodłam.

Patrząc na obraz szesnastowiecznej i siedemnastowiecznej szlachty, która pojawia się na kartach Starosty zygwulskiego można zauważyć, że jest ona dość spokojna. Nie można odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z Rzeczpospolitą szlachecką. Na kartach powieści jest bardzo „cicho”, a szabelki jakoś mało rozbrykane, natomiast Adam Krechowiecki zwraca uwagę głównie na walkę bohaterów z własnym sumieniem. Wprowadza bowiem do fabuły powieści postać Jerzego Szornela, który w dramatycznych okolicznościach, jako dziecko, został odebrany ojcu i wychowany na drugiego Stadnickiego. Jerzy przez cały czas towarzyszy Stanisławowi w jego awanturach i dopiero śmierć rodziciela staje się punktem zwrotnym w jego życiu. Bardzo dużo uwagi Adam Krechowiecki skupia również na uczuciach damsko-męskich. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety wciąż walczą z miłością, która dla jednych jest zakazana, zaś dla innych pomimo że dozwolona, to jednak może przynieść opłakane skutki.

Starosta zygwulski to na pewno powieść inna, niż te, do których jesteśmy obecnie przyzwyczajeni. Różni się stylem, językiem oraz generalnie koncepcją fabuły. Dzisiaj już takich książek nikt nie pisze, więc czasami dobrze jest sięgnąć po tego rodzaju literaturę – póki jeszcze jest dostępna – aby móc przekonać się, jakim warsztatem pisarskim posługiwali się autorzy z minionej epoki. Pomimo że powieści daleko do stylu Henryka Sienkiewicza (1846-1916), to jednak na pewno posiada swoje walory i ogólnie nie jest zła, jednak ja szukałam w niej czegoś zupełnie innego, niż w efekcie otrzymałam. A szukałam Anny Ostrogskiej, której imię pojawiło się tylko raz, podobnie jak w powieści Jacka Komudy. 





wtorek, 7 lipca 2015

Gillian Bagwell – „Królewska nierządnica”












Wydawnictwo: BELLONA
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: The Darling Strumpet. A Novel of Nell Gwynn, Who Captured the Heart of England and King Charles II
Przekład: Michał Kompanowski



Karol II Stuart (1630-1685) był królem Anglii, Szkocji i Irlandii, zaś objęcie przez niego tronu w 1660 roku oznaczało zakończenie republikańskich rządów w Anglii. Karol II urodził się 29 maja 1630 roku jako najstarszy żyjący syn Karola I Stuarta (1600-1649). Nie był on pierworodnym synem swojego ojca, ponieważ jego starszy brat Karol Jakub zmarł tuż po urodzeniu w dniu 13 marca 1629 roku. Karol II miał dwanaście lat, kiedy rozpoczęła się wojna secesyjna, natomiast już dwa lata później został mianowany naczelnym wodzem w zachodniej Anglii. Z powodu odniesienia zwycięstwa przez parlament, Karol II został zmuszony do emigracji na kontynent. Przebywał w Holandii, gdy w 1649 roku otrzymał wiadomość o egzekucji ojca.

W 1650 roku Karol zawarł porozumienie ze Szkocją, w związku z czym został ogłoszony królem. Wraz ze szkocką armią najechał na Anglię, ale został pokonany przez lorda protektora Olivera Cromwella (1599-1658) w bitwie pod Worcester, która rozegrała się w 1651 roku. W tej sytuacji Karol ponownie zmuszony był udać się na wygnanie, i dopiero w 1660 roku został zaproszony do Anglii celem odzyskania tronu. Chociaż ci, którzy podpisali wyrok śmierci na Karola I Stuarta zostali ukarani, to jednak nowy król prowadził politykę charakteryzującą się polityczną tolerancją i podziałem władzy. Jego pragnienie dotyczące tolerancji religijnej odnosiło się w dużej mierze do własnych skłonności wobec katolicyzmu, co okazało się działaniem niezwykle kontrowersyjnym w opinii ówczesnego parlamentu. Karol podjął jednak kilka prób zmierzających do sformalizowania tolerancji katolików i nie-konformistów, lecz w efekcie został zmuszony do wycofania się z tego projektu w obliczu bardzo wrogo nastawionego parlamentu.

Karol II Stuart
Portret powstał pomiędzy
1660 a 1665 rokiem.
Pierwsze lata panowania Karola II Stuarta objęły straszliwą zarazę (1665) oraz wielki pożar (1666), który w konsekwencji doprowadził do znacznej przebudowy centrum Londynu. W latach 1665-1667 Anglia była w stanie wojny z Holendrami (II wojna angielsko-holenderska), która zakończyła się zwycięstwem Holendrów. W 1670 roku Karol podpisał tajny traktat z Francją będącą pod panowaniem Ludwika XIV Wielkiego zwanego Królem Słońce (1638-1715). W traktacie tym zobowiązał się do udzielenia wsparcia Francuzom przeciwko Holendrom (III wojna angielsko-holenderska w latach 1672-1674) oraz do konwersji na katolicyzm. W zamian miał otrzymać od Francji wsparcie w działaniach, w których posiadał nieco ograniczone pole manewru z powodu władzy parlamentu.

W 1677 roku Karol II Stuart oddał za żonę swoją siostrzenicę Marię II Stuart (1662-1694) Wilhelmowi III Orańskiemu (1650-1702), który był protestantem. Król chciał w ten sposób choć częściowo przywrócić protestantyzm. Pomimo że Karol miał wiele nieślubnych dzieci, a co za tym idzie równie wiele różnych kochanek, to jednak z własną żoną Katarzyną Bragança (1638-1705) nigdy nie doczekał się potomka. Jego brat i następca tronu Jakub II Stuart (1633-1701) był katolikiem. Negocjacje z Francją oraz wysiłki króla zmierzające do tego, aby stać się władcą absolutnym, sprawiły, że Karol popadł w konflikt z parlamentem, który został rozwiązany w 1681 roku i od tego czasu aż do śmierci król rządził samodzielnie.

Okres panowania Karola II Stuarta to czas wzrostu kolonizacji i handlu w Indiach, Indiach Wschodnich i Ameryce, a także zabezpieczenie Wielkiej Brytanii jako potęgi morskiej. W 1660 roku Karol założył Royal Society, czyli Towarzystwo Królewskie. Król zmarł w dniu 6 lutego 1685 roku, zaś na łożu śmierci przeszedł na katolicyzm.  

Nell Gwynn 
Portret powstał w 1675 roku.
Wspomniałam wyżej, że Karol II znany był z posiadania licznych kochanek, które bezustannie rodziły mu dzieci. Jedną z takich królewskich nałożnic była niejaka Eleonora „Nell” Gwynn (1650-1687). Wygląda na to, że Nell w życiu Karola odegrała naprawdę wyjątkową rolę i chyba jednak bardzo ją kochał, ponieważ na łożu śmierci błagał swojego brata i następcę tronu, aby ten zrobił wszystko, żeby panna Gwynn nigdy nie głodowała.

Kiedy Nell była jeszcze nastolatką zatrudniła się w King's Theatre jako sprzedawczyni pomarańczy. Jej naturalny dowcip oraz całkowity brak samoświadomości przykuły uwagę aktora Karola Harta (1625-1683) oraz jego kolegów po fachu. Angielski pisarz i dramatopisarz John Dryden (1631-1700) pisał specjalnie dla niej dramaty, aby na scenie mogła wykorzystać swój talent jako aktorka komediowa. W chwili, gdy została kochanką Karola Harta zwykła nazywać go Karolem I, zaś potem dzieliła łoże z Karolem Sackville, lordem Buckhurst (1643-1706), nazywając go Karolem II. Z kolei król stał się dla Nell Karolem III.

Lady Castlemaine, czyli Barbara Palmer (1640-1709) była kochanką króla od wielu lat, zanim w jego życie wkroczyła Nell Gwynn. Wśród kochanek Karola na pierwszy plan wysuwały się jeszcze Louise de Kéroualle (1649-1734) oraz Moll Davis (1648-1708). Pomiędzy tymi czterema kobietami wciąż toczyła się wielka rywalizacja o względy monarchy. Nawet dla samego Karola tak duża liczba kochanek – bo przecież były też inne oprócz wspomnianych wyżej – stawała się czasami ogromnym utrudnieniem w codziennym życiu. Król doczekał się trzynaściorga dzieci, których nigdy się nie wyparł. Każde z nich wspierał finansowo, na czym korzystały też ich matki. Nie można powiedzieć, że monarcha nie miał wątpliwości w kwestii swojego ojcostwa. Na przykład Barbarę Palmer król złapał na gorącym uczynku w kompromitującej sytuacji z Johnem Churchillem, późniejszym księciem Marlborough (1650-1722). Dlatego też ostatnie dziecko, jakie w 1672 roku urodziła lady Castlemaine, oficjalnie zostało uznane za potomka Johna Churchilla.

Barbara Palmer znana
jako lady Castlemaine
Kobiety w życiu Karola II Stuarta przychodziły i odchodziły, natomiast pozycja Nell Gwynn praktycznie nigdy nie była zagrożona. Dlaczego? Co takiego niezwykłego i pociągającego miała w sobie ta kobieta, która zaczynała swoją karierę jako zwykła prostytutka, że monarcha nie potrafił się od niej uwolnić? Dlaczego nie spotkał jej los podobny do tego, jakiego doświadczyła Moll Davis? Kochanka urodziła królowi dziecko znane potem jako lady Maria Tudor, w zamian za co otrzymała dom w Suffolk Street i pierścień warty sześćset funtów, a potem zwyczajnie wypadła z łask monarchy. Czyżby zatem Nell Gwynn była aż tak dobra w łóżku? Możliwe że właśnie o to chodziło. Zapewne ogromną rolę odgrywała również jej nieprzeciętna uroda.

Nell na pewno nie była chciwa i zaborcza, jak jej rywalki. Niemniej Karol podarował jej dom w pobliżu Pall Mall, a kiedy po raz pierwszy spotkała się z królem, wówczas poprosiła zaledwie o pięćset funtów rocznie! Ostatecznie monarcha przyznał jej coś w rodzaju pensji w wysokości czterech tysięcy funtów rocznie. Te pieniądze pochodziły z podatków zebranych w Irlandii, a potem Nell otrzymała kolejne pięć tysięcy funtów rocznie pochodzących z Secret Service Fund.

Pod koniec 1669 roku Nell wycofała się z grania w teatrze, ponieważ spodziewała się wtedy dziecka. Jako matka przeżyła ogromną tragedię. Co dziwne, w przeciwieństwie do innych kochanek króla, Nell nigdy nie doczekała się nadania jej szlacheckiego tytułu. Niemniej potrafiła umiejętnie podejść króla, który w tej kwestii zabezpieczył jej dzieci zanim zmarł. Podobno w obecności monarchy i jego gości Nell wykrzyknęła do swojego małego syna: „Chodź tu, ty mały bękarcie!”. Na te słowa przerażony Karol II zapytał swoją nałożnicę, dlaczego tak się zwraca do dziecka, a ona miała odpowiedzieć: „A jak inaczej mam go nazywać, jeśli nie mały bękarcie?” Wtedy król natychmiast uczynił syna księciem St. Albans!

Louise de Kéroualle
Portret powstał w 1671 roku.
Po śmierci Karola II odezwali się wierzyciele Nell. Pomimo że nigdy nie przymierała głodem, to jednak znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie, gdyż groziło jej więzienie za długi. Wtedy też zwróciła się do króla Jakuba II Stuarta z prośbą o pomoc, której ten natychmiast jej udzielił, przyznając pensję w wysokości tysiąca pięciuset funtów rocznie. W zamian Jakub zażądał, aby syn Nell został katolikiem. Niestety, w tej kwestii czekało go rozczarowanie. Nell przeżyła Karola II o dwa lata. Kiedy zmarła, miała ponad trzydzieści lat. Stała się legendą jako jedyna królewska kochanka, która potrafiła wzbudzać sympatię wśród ludzi.

Powieść Królewska nierządnica, która została wydana również pod tytułem Ukochana nierządnica jest historią życia Nell Gwynn. Gillian Bagwell rozpoczyna ją od momentu, kiedy główna bohaterka miała około trzynastu lat i już wtedy marzyła o wyrwaniu się ze slumsów, gdzie przyszło jej żyć. Autorka pokazuje, w jakich koszmarnych warunkach musiała egzystować Nell, zanim weszła na salony, dzięki romansowi z królem. Czytelnik widzi zatem poszczególne etapy wspinania się Nell po szczeblach kariery. Niemniej koniec wydaje się bardzo dramatyczny. Tak naprawdę Nell Gwynn można uznać za postać w pewnym sensie tragiczną. Pragnęła zaszczytów i poklasku oraz życia w luksusie, a potem, kiedy zabrakło królewskiego kochanka o mały włos nie stoczyła się znów na samo dno.

Aktorka Moll Davis
Portret pochodzi z 1680 roku.
Początki kariery Nell Gwynn to dom publiczny u Madame Ross, gdzie jako bardzo młoda dziewczyna musiała zaspokajać potrzeby seksualne każdego mężczyzny, który zwrócił na nią uwagę. A ponieważ była bardzo piękna, tych mężczyzn było naprawdę sporo. Przypuszczalnie takich kobiet, jak Nell Gwynn było w tamtym okresie bardzo dużo, jednak nie każdej udawało się na dłużej zatrzymać przy sobie monarchę, czego przykładem są pozostałe kochanki Karola II Stuarta. Zapewne każda z tych nałożnic marzyła o tym, aby któregoś dnia zostać królową, a rodzenie dzieci władcy miało im w tym pomóc. Niestety, tak się nie działo, ponieważ w tym przypadku liczyło się także pochodzenie danej kochanki. Owszem, wiele z nich wywodziło się z arystokratycznych rodów, co zapewniało im przyznanie przez króla tytułu, lecz na tym cała sprawa się kończyła. Każdy monarcha był przecież zobligowany do tego, aby przy aranżowaniu swojego małżeństwa, myśleć przede wszystkim o pomyślności kraju, którym rządził. Stąd tak wiele królewskich małżeństw pozbawionych miłości.

Autorka Królewskiej nierządnicy prowadzi czytelnika drogami siedemnastowiecznej Anglii i robi to naprawdę dobrze. Poznajemy zatem obyczaje i sposób życia ówczesnych mieszkańców Londynu, ale w głównej mierze bardzo dużo czasu spędzamy „w łożu” i to nie tylko królewskim, ale także innych mężczyzn, czyli tych, z którymi sypia Nell, aby nie umrzeć z głodu. I tutaj niektórzy mogą poczuć się nieco zniesmaczeni, ponieważ sceny erotyczne momentami opisane są bardzo wulgarnie. Oczywiście jest to poniekąd zrozumiałe, zważywszy na to, czym zajmuje się nasza bohaterka. To praktycznie jej klienci wprowadzają ją w świat erotyzmu i uczą, w jaki sposób powinna zaspokajać seksualne potrzeby mężczyzn, aby ci nigdy o niej nie zapomnieli. To jest także jej droga do królewskiego łoża. Jak pokazuje historia nauka nie poszła w las, ponieważ Karol II do końca swoich dni związany był z Nell Gwynn, i pomimo obecności w jego życiu innych kobiet, to Nell w dalszym ciągu była tą najważniejszą nałożnicą.

Wydanie również z 2012 roku,
ale pod nieco zmienionym 
tytułem
Jeśli chodzi o tło historyczne, to Autorka starała się je zachować na tyle wiernie, na ile pozwalały jej zgromadzone materiały. Oprócz postaci historycznych, Gillian Bagwell wprowadziła też kilku bohaterów fikcyjnych wzorowanych na innych postaciach. Myślę, że to dobry zabieg, który podnosi wartość powieści. Czy zatem polecam tę książkę? Sama nie wiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy gustuje w powieściach ociekających dość wulgarnym seksem. Na pewno postać Nell Gwynn jest bardzo ciekawa i może nawet nieco kontrowersyjna. Reprezentuje ona bowiem wiele kobiet, które przez łoże panującego aktualnie monarchy dostąpiły wielkich zaszczytów. Ale z drugiej strony Nell to także zwykła kobieta i matka, która kocha i chce być kochaną. Swoje macierzyństwo traktuje naprawdę bardzo poważnie i nie wyobraża sobie życia bez synów. Niemniej czasami dzieci, a szczególnie ciąże sprawiają, że wypada z gry na długie miesiące, i wtedy drży o swoją pozycję w życiu Karola II. Strachem napawa ją myśl, że kiedy ona będzie oczekiwać kolejnego królewskiego bękarta, jakaś inna ladacznica zajmie jej miejsce, a ona po porodzie nie będzie mogła już odzyskać tego, co było.

Nell Gwynn posiadała naprawdę wyjątkową osobowość. Była uparta i wiedziała, czego chce. Umiała walczyć o swoje, a czasami nawet upokorzyć się, żeby tylko dostać to, na czym jej zależało. Czy zatem była to z jej strony gra? Może w pewnym stopniu tak. Lecz należy pamiętać, że Karola II Stuarta kochała całym sercem i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Możliwe że ta głęboka żałoba po jego śmierci tylko przyśpieszyła jej własny zgon.