poniedziałek, 6 sierpnia 2018

O tym, jak wyglądało życie kobiet w epoce Tudorów






Dynastię Tudorów przede wszystkim charakteryzują kobiety, wśród których chyba najbardziej rzucającymi się w oczy postaciami jest sześć żon Henryka VIII (1491-1547). W tym kontekście warto wspomnieć również o pechowej Jane Grey (1537-1554), oraz królowych Marii I Tudor (1516-1558) i Elżbiecie I Tudor (1533-1603). Nie można jednak zapominać o tych, które pochodziły z nizin społecznych. Spróbujmy zatem odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wyglądało życie zwykłej kobiety w epoce Tudorów?

Narodziny

Moment poczęcia i narodzin był pierwszym i niezwykle ważnym etapem w życiu wszystkich kobiet z epoki Tudorów, a nie tylko tych związanych w jakiś sposób z królewskim dworem. Te dwa wydarzenia były więc istotne dla każdej dorosłej kobiety z tamtego okresu, gdyż większość z nich bardzo pragnęła zostać matką. Ciąża była jednak dość trudna do zdiagnozowania. Źródła historyczne podają bowiem, że ówcześni medycy często mylili stan błogosławiony ze zwykłą puchliną wodną. Tak więc alternatywnie, powiększenie obwodu talii mogło być spowodowane tak zwaną „pewną wietrzną materią”, zaś nie dzieckiem, którego oczekiwano. W rzeczywistości niewielu medyków było gotowych potwierdzić swoją diagnozę, dopóki dziecko faktycznie nie zaczęło poruszać się w łonie matki. Błędna diagnoza mogła okazać się niesamowicie kłopotliwa dla wszystkich zainteresowanych, więc przez wiele miesięcy kobiety żyły w ogromnym napięciu.

W epoce Tudorów kobiety rodziły
dzieci, siedząc na specjalnych
krzesłach (ok. 1515 rok).
Niemniej, kiedy już jednoznacznie potwierdzono ciążę, wówczas zalecano kobiecie, aby ta spędzała dużo czasu „na dobrym hartowanym powietrzu”, czyli po prostu na świeżym powietrzu, mówiąc współczesnym językiem. Nawet królowe przerabiały swoje dotychczasowe suknie, aby móc nadal się w nich mieścić, gdy ich talia zyska dodatkowe centymetry. Krawcowe miały wtedy pełne ręce roboty, gdyż musiały wszywać specjalne zakładki do sukien. Czasami niewiasty zakładały charakterystyczne kamizelki czy suknie, które były szyte specjalnie dla kobiet w ciąży i poszerzano je w miarę, jak stan błogosławiony stawał się coraz bardziej widoczny.

Jak natomiast wyglądał sam poród? Otóż, dla członków rodziny królewskiej był to dość skomplikowany ceremoniał, kiedy to królowa musiała zamykać się w swojej komnacie co najmniej na miesiąc przed planowanym porodem. Uboższe kobiety również przygotowywały się do tego wydarzenia w sposób szczególny. Jednym ze zwyczajów było na przykład dziedziczenie prześcieradeł. Chodziło bowiem o to, aby podczas porodu córka używała tych samych prześcieradeł, z których korzystała jej matka, kiedy ją rodziła. Czasami zdarzało się jednak tak, że kobietę poród całkowicie zaskakiwał. Na przykład mała Mary Cheese z Hounslow w hrabstwie Surrey zapragnęła przyjść na świat w momencie, gdy jej matka spacerowała po mieście, a było to dokładnie w marcu 1573 roku. Narodziny były tak nagłe i nieoczekiwane, że Mary Cheese doznała śmiertelnego urazu głowy, gdy wypadła na ziemię spod spódnic swojej matki.

Nieco ponad osiemdziesiąt lat wcześniej królowa Elżbieta York (1465-1503) urodziła swoje czwarte dziecko – córkę, również o imieniu Elżbieta (1492-1495) – która natychmiast została przekazana mamce i trafiła pod opiekę całej gromady niań, które do swojej roli były przygotowywane na długo przed jej narodzinami. Mała Elżbieta wychowywała się zatem w królewskim żłobku, gdzie – jak wszystkie dzieci – spędzała czas na zabawie. Bogate dzieci mogły bawić się lalkami, grzechotkami, wiatrakami, czy konikami na biegunach, podczas gdy biedniejsze dzieci musiały zadowalać się bardziej prowizorycznymi zabawkami. Pomimo tych zabaw okres niemowlęctwa zawsze należał do niebezpiecznych. Księżniczka Elżbieta zmarła we wrześniu 1495 roku w wieku trzech lat, a przyczyna jej zgonu wciąż pozostaje tajemnicą. Wielu jej rówieśników także nie zdołało dożyć wieku dorosłego. 

Edukacja

Chociaż adwokat, naukowiec i królewski kanclerz Tomasz More (1478-1535) był w stanie zapewnić swoim córkom dobre wykształcenie, to jednak większość rodziców z epoki Tudorów było znacznie mniej oświeconych. Pedagog Ryszard Mulcaster (1531-1611), który zajmował się tą kwestią w latach 80. XVI wieku, szybko uświadomił swoich czytelników, że najważniejsza jest edukacja chłopców, ponieważ to właśnie „mężczyzna jest bardziej godny”, by być wykształconym. Niemniej przyznał też, że dziewczęta również posiadają cechy, które mogą być pomocne w zdobywaniu wiedzy. Na początku XVI wieku dziewczęta często uczęszczały do lokalnych szkół wraz ze swoimi męskimi rówieśnikami. W Londynie w latach 1504-1515 istniała jedna szkoła, którą prowadził starszy ksiądz o nazwisku William Barbour (?). Do szkoły uczęszczało trzydziestu uczniów zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej. Duchowny uczył ich nie tylko doktryny religijnej, ale także „innych nauk”. Znanych jest również wiele innych szkół tego typu. W latach 60. XVI wieku nawet najbiedniejsze dziewczęta w Norwich chodziły do szkoły. Wieczorami musiały jednak pomagać rodzicom w pracach domowych. Żadna z dziewcząt nie mogła natomiast uczęszczać na uniwersytet, a jedynie garstka kończyła gimnazjum.


Typowa sala lekcyjna w epoce Tudorów


Większość nastolatków z epoki Tudorów musiała opuścić dom, aby udać się na służbę. Dla dziewcząt z wyższej sfery były to domy przełożonych danej warstwy społecznej, którzy mieli im patronować, a potem pomóc znaleźć męża. Dla osób o niższym lub średnim statusie społecznym opuszczenie rodzinnego domu oznaczało zgodę na roczną służbę w zamian za wynagrodzenie i wyżywienie. Oczekiwano, że większość młodych dziewcząt będzie wykonywała prace domowe lub rolnicze. Inne dziewczęta udawały się natomiast na praktykę do mistrza w danym zawodzie, na przykład Helen Ap Richard przybyła do Bristolu w 1542 roku, aby tam uczyć się przez siedem lat zawodu krawcowej. Miała pracować ze swoją mistrzynią krawiectwa, ucząc się jak należy kroić, szyć i dopasowywać modne ubrania do figury i gustu klienta. W ten sposób nie tylko mistrzyni krawiectwa, ale także sama Helen zarabiała na życie. Wiele zawodów, których uczyły się dziewczęta, było czysto kobiecych, jak na przykład prowadzenie gospodarstwa domowego. Niemniej, można też było spotkać dziewczęta, które uczyły się bardziej męskich zawodów, takich jak na przykład wyrabianie gwoździ. Żony także miały obowiązek uczestniczyć w pracy swoich mężów, a wdowy często przejmowały firmę po zmarłym małżonku. Niejaka Katherine Fenkyll, wdowa po londyńskim sukienniku, podjęła się działalności handlowej po śmierci męża, a co za tym idzie, na początku XVI wieku stała się popularna w Draper's Company, czyli gildzie zrzeszającej handlowców z londyńskiego City.

Byli jednak i tacy, którzy w czasach Tudorów zaczęli mieszać handel z prostytucją. Skala takich działalności – często prowadzonych przez kobiety – była zmienna. Pewnego zimowego wieczoru 1567 roku niejaka pani Cooe z Chelmsford w hrabstwie Essex, wychodząc z kościoła dowiedziała się, że jej mąż, Henryk, był widziany w pobliżu domu Matki Bowden. Wściekła żona ruszyła zatem w kierunku rzeczonego domu, z którego jej mąż zdążył już uciec tylnymi drzwiami. Fakt ten sprawił, że zarówno Matka Bowden, która otworzyła frontowe drzwi, jak i „nierządnica” (córka Bowden) stanęły w obliczu gniewu pani Cooe. Rozgniewana kobieta jednym ruchem odsunęła Matkę Bowden, po czym złapała jej córkę za włosy i tam i z powrotem przeciągnęła ją po domu. Zarówno Henryk Cooe, jak i Matka Bowden zostali potem oskarżeni przez parafialnych urzędników o niemoralne prowadzenie się.

Miłość i małżeństwo

Większość kobiet z epoki Tudorów spodziewała się wyjść za mąż, a dziewczęta miały obowiązek zachować dziewictwo aż do nocy poślubnej. Jane Singleton z Halsall w hrabstwie Lancashire sądziła, że wszystko idzie dobrze, kiedy zaczął o nią zabiegać pewien młody dżentelmen. Ich ślub odbył się pewnego popołudnia 1558 roku. Jakiś miejscowy człowiek udał się z Jane do kościoła, aby zostać świadkiem zawarcia małżeństwa. Tak więc para stanęła przed ołtarzem, po czym narzeczony wziął Jane za rękę, mówiąc: Ja Gilbert, biorę ciebie, Jane, za swoją zaślubioną małżonkę, i przysięgam ci wierność i uczciwość małżeńską. Ona odpowiedziała w podobny sposób, po czym obydwoje udali się do domu, aby spędzić razem noc poślubną. Ku przerażeniu Jane, jej mąż bardzo szybko ją porzucił, więc została zmuszona do złożenia petycji do sądu kościelnego w Chester, aby utrzymać w mocy zawarte tak niedawno małżeństwo. Teoretycznie rzecz biorąc, para nie musiała nawet przyprowadzać do kościoła świadków, ponieważ wówczas do ważności małżeństwa wymagana była jedynie obietnica zawarcia ślubu i wypowiedzenie przysięgi. Jane miała jednak szczęście posiadać świadka.


Ślub w czasach Elżbiety I Tudor


Znacznie mniej nieformalne było małżeństwo zawierane w wyższych sferach. Kiedy obydwoje narzeczeni wywodzili się z arystokracji, wówczas małżeństwo traktowane było jako umowa biznesowa zawarta pomiędzy dwiema rodzinami targującymi się o jej warunki. Sir William Locke, wybitny londyński radny i kupiec, nalegał, aby zobaczyć księgi rachunkowe przyszłego zięcia, Antoniego Hickmana, który byłby naprawdę szczęśliwy, gdyby Locke pozwolił mu poślubić swoją córkę, Rose. Wartość Hickmana wyceniono wówczas na tysiąc funtów…

Lecz dla takiej dziewczyny, jak Elżbieta Howard (ok. 1480-1538), która była córką hrabiego Surrey, Tomasza Howarda, 2. księcia Norfolk (1443-1524), ważne było, aby utrzymała lub nawet pogłębiała swoją pozycję społeczną, jak również uzyskała finansowe zabezpieczenie. W ostatnich latach XV wieku, gdy Elżbieta zbliżała się do swoich dwudziestych urodzin, jej rodzice zaaranżowali małżeństwo z młodym Tomaszem Boleynem (1477-1539). Był to naprawdę porządny, przyzwoity układ z ojcem Tomasza, który zgodził się, aby jego syn wniósł do małżeństwa określoną liczbę dworów, które pozostałyby własnością Elżbiety nawet wtedy, gdy ta zostałaby wdową. W zamian Tomasz Howard wyposażył Elżbietę w konkretny posag.

Kobiety z epoki Tudorów miały też za zadanie wspierać swoich mężów w prowadzeniu interesów lub w pracy. Miały również prowadzić gospodarstwo domowe i, co najważniejsze, zobligowane były rodzić dzieci. Zdolności potrzebne do prowadzenia gospodarstwa domowego były najistotniejsze. Pewien ówczesny pisarz uważał, że kobieta, która nie potrafi gotować, łamie przysięgę małżeńską: Musi kochać i być posłuszną, musi być służącą i nie wolno jej zostawić męża z obowiązkami, które do niej należą. Niemniej nie wszystkie kobiety były zadowolone z tego, że muszą siedzieć w domu. Wraz z reformacją Henryka VIII i zmianami religijnymi, które w konsekwencji nastały, niektóre kobiety wypowiedziały się przeciwko nakładaniu na nie obowiązków domowych, a także wyznawanej przez nie wiary.


Egzekucja Anny Askew spalonej w Smithfield za głoszenie herezji w 1546 roku


Anna Askew (1521-1546) pomimo że była łagodną kobietą, to jednak opuściła męża i dzieci, aby głosić ewangelię. W konsekwencji swoich działań została spalona na stosie pod koniec rządów Henryka VIII, podczas gdy jej przyjaciółka – równie zagorzała buntowniczka Joan Bocher (?-1550) – była jedną z dwojga protestantów, którzy zostali spaleni na stosie za herezję, a było to za protestanckiego panowania Edwarda VI Tudora (1537-1553). Podczas jego rządów królewska siostra, katolicka księżniczka Maria, uważała, że z powodu wyznawanej religii znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. W pewnym momencie zaczęła więc rozważać ucieczkę z Anglii. Kilka lat później, w czasie swojego panowania, królowa Maria I Tudor bez litości paliła na stosach kobiety i mężczyzn, oskarżając ich o heretyckie praktyki. Do ofiar królowej należała między innymi Cicely Ormes, która postanowiła zostać męczennicą podczas oglądania egzekucji dwóch protestantów spalonych na stosie w Norwich w 1557 roku. Ta trzydziestodwuletnia żona tkacza była bardzo prostą kobietą, która nie potrafiła nawet napisać własnego imienia. Była jednak bardzo zaniepokojona wcześniejszym odwoływaniem się do swoich protestanckich wierzeń. Gdy patrzyła na człowieka palonego na stosie, nagle krzyknęła: Przysięgam, że będę pić z tego samego kielicha, z którego on pije! Potem została aresztowana, a jej egzekucja odbyła się 23 września 1557 roku. Przywiązano ją do palika wciąż czarnego od sadzy po poprzedniej egzekucji, której była świadkiem.

Inni protestanci nie mieli w sobie aż tyle odwagi, aby zostać męczennikami. Rose Hickman, której ojciec tak uważnie przeglądał księgi rachunkowe swojego przyszłego zięcia, wyjechała za panowania Marii I Tudor na dobrowolne wygnanie do Antwerpii. Ona i jej mąż wybrali to katolickie miasto przede wszystkim dlatego, że wciąż chcieli prowadzić swoje intratne interesy handlowe. Przyszła Elżbieta I Tudor również zgodziła się uczestniczyć we mszy podczas rządów swojej przyrodniej siostry, lecz mimo to rozwścieczyła królową, oświadczając, że w czasie mszy przez cały czas bolał ją żołądek.

Kobieta w białym kornecie
(ok. 1534 roku)
autor: Hans Holbain Młodszy
(1497-1543)
Starość

W epoce Tudorów śmierć mogła przyjść zupełnie nieoczekiwanie, podczas gdy starość wydawała się czymś naprawdę mało atrakcyjnym dla tych, którzy jej dożywali. Dotyczyło to w szczególności starych kobiet. Mówiono nawet, żeby nie dopuszczać ich do niemowląt, ponieważ swoim wzrokiem mogłyby rzucić na nie urok i zatruć im życie. Stare kobiety uważano za „jadowite”. Aby więc usunąć „jad”, młode kobiety używały do tego swojej krwi menstruacyjnej, która osłabiała tak zwane „złe humory”. Sądzono także, że w okresie menopauzy cała ta trucizna pozostaje w ciele kobiety, zaś najgorsze toksyny wydostają się z niej przez jej oczy otoczone zmarszczkami. Takie kobiety bardzo łatwo padały ofiarami oskarżeń o czary. Jedną z nich okazała się stara Alicja Samuel z Warboys w hrabstwie Huntingdonshire, której zarzucono w 1589 roku, że rzuciła urok na pięć córek swojego sąsiada. Niestety, na nic zdały się tłumaczenia Alicji i zapewnienia, że nie jest żadną czarownicą i nie potrafi rzucać klątw. Ówczesne władze miejskie były nieubłagane i w konsekwencji kobieta została powieszona.

Wiele starych kobiet borykało się też ze skrajnymi trudnościami finansowymi. Nie miały bowiem żadnych perspektyw, aby żyć z emerytury, tak jak ma to miejsce obecnie. Na przykład w 1570 roku osiemdziesięcioletnia wdowa z Norwich o nazwisku Elżbieta Menson została ochrzczona mianem „kulawej kobiety z jednej strony”, co najprawdopodobniej miało związek z przebytym udarem mózgu. Pomimo choroby wciąż była w stanie wyżywić się z przędzenia wełny, którą potrafiła prząść jedną ręką. Kobiety, które nie mogły pracować otaczane były troską, a wiele instytucji, takich jak Szpital świętego Bartłomieja w Londynie, zostało ponownie otwartych, aby zapewnić opiekę osobom starszym i schorowanym. Nawet Elżbieta I Tudor, którą bogactwo i status społeczny uchroniły przed trudami starości, nie mogła powstrzymać upływu czasu, choć stale próbowała zachować młodzieńczy wygląd dzięki kosmetykom, perukom i coraz bardziej wyszukanym ubraniom. W 1602 roku jeden z gości przebywających na jej dworze zauważył, że fakt ten miał pewien wpływ na wygląd królowej: Nawet będąc starą kobietą nie wygląda brzydko, gdy człowiek przygląda się jej z daleka. Mimo to Elżbieta I Tudor była ofiarą swoich czasów. To właśnie na niej – kobiecie – zakończyła się dynastia Tudorów w 1603 roku.  






sobota, 4 sierpnia 2018

Eleanor Hibbert – pisarka o wielu twarzach #1







Kocham moją pracę tak bardzo, że nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed pisaniem. Nigdy nie myślę o pieniądzach, które dzięki temu zarabiam. Kiedy kończę jedną książkę, zaczynam następną. Jeśli robię sobie choćby tydzień przerwy, wówczas czuję się nieszczęśliwa. To jest jak narkotyk.


Eleanor Alice Hibbert
W szczytowym okresie swojej pisarskiej kariery, czyli w latach 50. i 60. XX wieku, Eleanor Hibbert (1906-1993) była uważana w Wielkiej Brytanii za najpopularniejszą autorkę powieści historycznych. Jej twórczość była bardzo wysoko ceniona zarówno przez czytelników, jak i krytyków. Chociaż wszystkie jej książki stanowiły beletrystykę historyczną, to jednak każda z nich została starannie przygotowana w oparciu o publikacje takich autorów, jak Agnes Strickland[1], Alexander Fraser Tytler, lord Woodhouselee[2], James Anthony Froude[3] czy John Speed[4]. Największą radość Eleanor sprawiało jednak gromadzenie stosów zakurzonych, starych książek historycznych, czytanie ich od deski do deski, a następnie przenoszenie wydarzeń w nich zawartych na karty swych powieści, które na przestrzeni lat przyciągały miliony czytelników.

Eleanor Hibbert, znana między innymi jako Jean Plaidy, była też doskonale kojarzona z gotyckimi romansami, które tworzyła pod pseudonimem Victoria Holt. Z kolei jako Philippa Carr napisała wspaniałą wielotomową sagę zatytułowaną Córki Anglii, której fabuła obejmuje ponad cztery stulecia dziejów Anglii. Nieco mniej znane są prace, które autorka stworzyła pod innymi pseudonimami, niż wymienione powyżej. Wśród nich znalazło się kilka doskonałych powieści kryminalnych oraz garść tytułów z gatunku literatury faktu, w tym fascynujące i bardzo dobrze napisane pod względem merytorycznym trzytomowe studium dotyczące hiszpańskiej inkwizycji.

Swoją pracę autorka zawsze traktowała jako czystą przyjemność i rozrywkę. Kiedyś napisała, że przyjemniej być czytanym, niż dostawać miłe recenzje. Niektórzy krytycy okazywali się jednak bardzo złośliwi wobec twórczości Eleanor Hibbert. Z drugiej strony autorka otrzymywała też wiele pozytywnych komentarzy od recenzentów, którzy naprawdę doceniali jej wyjątkowy talent pisarski. W jednym z artykułów w Sunday Times podsumowano nawet powody, dla których pisarka odnosi tak wielkie sukcesy. Napisano, iż Jean Plaidy, dzięki umiejętnemu połączeniu doskonałych opowieści i skrupulatnej dbałości o autentyczność szczegółów i głębię charakterystyki bohaterów, stała się jedną z najczęściej czytanych powieściopisarek w kraju. Oczywiście chodziło tutaj o poczytność jej książek w Wielkiej Brytanii.  

Eleanor Alice Burford (nazwisko panieńskie) urodziła się 1 września 1906 roku. Co ciekawe, na świat wcale nie przyszła w jakiejś romantycznej wiktoriańskiej rezydencji, ani nawet na wietrznym kornwalijskim wzgórzu, lecz w prozaicznym południowym Londynie, a dokładnie na przedmieściach Kensington. Jej ojciec, Joseph Burford, pracował jedynie dorywczo, nie miał stałej posady ani konkretnego zawodu, lecz bardzo szybko przekazał swej małej córeczce ogromną miłość do książek. Dlatego też Eleanor już od czwartego roku życia była zagorzałą czytelniczką.

Uważam się za osobę niezwykle szczęśliwą, ponieważ urodziłam się i wychowałam w Londynie, i stale miałam przed oczami najbardziej fascynujące miasto na świecie z jego wieloma reliktami liczącymi sobie dwa tysiące lat, a które wciąż można znaleźć na jego ulicach podczas zwiedzania.

Eleanor Hibbert była urzeczona miastem, w którym się urodziła. Jedną z jej największych przyjemności było bezustanne zwiedzanie Londynu. Kiedy zakończyła naukę w szkole, natychmiast rozpoczęła edukację w college’u biznesu, gdzie studiowała stenografię, pisanie na maszynie oraz uczyła się języków obcych. To zajmowanie się sprawami biznesowymi miało być dla niej sposobem na życie. Przez kolejne dwa lub trzy lata piastowała szereg stanowisk na przykład zajmowała się unikalnymi opalami i perłami, które sprzedawała po okazyjnej cenie w londyńskim Hatton Garden. Była także tłumaczką francuskiego i niemieckiego w miejskiej kawiarni. Eleanor cieszyła się, że nie musiała zbyt często rozmawiać z Niemcami, natomiast spotkania z Francuzami wspominała bardzo miło.


Sklep w Hatton Garden (Londyn), w którym w latach 20. XX wieku pracowała
Eleanor Hibbert, zajmując się biżuterią.
fot. Adrian Pingstone


W wieku dwudziestu kilku lat Eleanor poślubiła kupca, który zajmował się handlem wyrobami skórzanymi. Była jego drugą żoną, a kupiec nazywał się George Hibbert. On również był miłośnikiem książek i ich czytania, więc nie było mowy o konflikcie zainteresowań. Na temat małżeństwa autorka mówiła tak: Odkryłam, że życie małżeńskie daje mi tak potrzebną swobodę do tego, abym mogła podążać za swoimi ambicjami, które towarzyszyły mi od dzieciństwa, więc w końcu zaczęłam pisać na poważnie. Początkowo Eleanor próbowała naśladować swoich ulubionych pisarzy, jak siostry Brontë, George’a Eliota, Charlesa Dickensa, Victora Hugo, czy Lwa Tołstoja. Jeszcze przed wybuchem wojny, w latach 30. XX wieku, miała na swoim koncie dziewięć ukończonych powieści, a każda z nich stanowiła poważne, psychologiczne studium ówczesnego życia. Niemniej, żadna z tych książek nie została przyjęta do druku przez wydawców.

Jeśli ktoś mówi do mnie: Jesteś zmęczona, to odpowiadam mu, że to dlatego, iż nie byłam w stanie dostać się do mojej maszyny do pisania; pisanie mnie podnieca, żyję każdą postacią, którą tworzę i nigdy nie mam problemu z zastanawianiem się nad tym, co ci ludzie mogliby powiedzieć, ponieważ jestem nimi, kiedy piszę.

Lata, kiedy Eleanor Hibbert tworzyła swoje książki, były czasem pojawiania się na rynku bardzo popularnych magazynów o tematyce historycznej, jak The Strand MagazinePearson's MagazineThe London Magazine czy The Windsor Magazine. Jest zatem całkiem możliwe, że autorka przyczyniła się do podniesienia poziomu niektórych z nich, pisząc do nich pod pseudonimami. Jeżeli faktycznie tak było, to i tak nie jesteśmy w stanie prześledzić obecnie jej wkładu w funkcjonowanie tych czasopism, ponieważ najwcześniejsze jej prace, które znamy, składały się z około tysiąca słów i publikowane były w The Daily Mail i The Evening News także pod różnymi nazwiskami. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach większość codziennych gazet drukowała na swoich łamach opowiadania lub powieści w odcinkach. To redaktor The Daily Mail pierwszy przekonał Eleanor Hibbert, żeby zrezygnowała z tak zwanej „poważnej fikcji”. Któregoś dnia po prostu powiedział do niej: Szczekasz na złe drzewo. Musisz napisać coś, co można będzie sprzedać, a najprostszym sposobem na to jest napisanie powieści romantycznej. Mając zbyt skąpe doświadczenie w pisaniu tekstów z tego gatunku, Eleanor postanowiła jednak przyjrzeć się im dokładniej. W związku z tym przed napisaniem pierwszej powieści – Daughter of Anna – przeczytała pięćdziesiąt takich romansów. Daughter of Anna natychmiast została przyjęta do druku przez wydawnictwo założone przez Herberta George'a Jenkinsa (1876-1923).

Zawsze chciałam napisać bestseller. Każdy pisarz tego chce. Tak naprawdę w pisaniu chodzi o to, aby wiedzieć, czego pragnie czytelnik.

Daphne du Maurier (1930)
Niektórzy uważali, że
Eleanor Hibbert tworząc swoje
powieści inspiruje się twórczością
koleżanki po piórze.
Wspomniana wyżej powieść okazała się wielkim sukcesem już w chwili, gdy została opublikowana w 1941 roku, natomiast wydawnictwo nieżyjącego już Herberta Jenkinsa natychmiast zleciło Eleanor napisanie kolejnej powieści, a potem dwóch następnych, które ukazały się w dalszych latach, zaś za każdą z nich wypłaciło pisarce zaliczkę w wysokości trzydziestu funtów. Wszystkie te książki zostały opublikowane pod panieńskim nazwiskiem autorki, czyli Eleanor Burford. Były to romantyczne opowieści o dziewczęcej miłości. Ukazały się one pod następującymi tytułami: Passionate Witness (1941), The House at Cupid's Cross (1949), The Love Child (1950) oraz Castles in Spain (1954). Dla Herberta Jenkinsa Eleanor napisała dwadzieścia tego typu książek, a było to w latach 1941-1955, zaś kolejne dziesięć wydała w wydawnictwie Mills & Boon w latach 1956-1966. Obecnie te książki są najmniej znane spośród wszystkich powieści autorki. Niestety, dziś bardzo trudno jest je odnaleźć.

Bardziej interesujące są natomiast cztery wspaniałe powieści kryminalne, które Eleanor Hibbert napisała pod zniekształconym nazwiskiem panieńskim, czyli jako Elbur Ford. Fabuła książek oparta jest na losach czterech najbardziej znanych i osławionych morderców żyjących w XIX wieku. Chodzi o doktora Edwarda Williama Pritcharda (1825-1865), Adelaide Blanche Bartlett (1856-?), Euphrasie Mercier (1823-?) i Constance Emily Kent (1844-1944). Tytuły książek, które powstały na podstawie tychże historii to: The Flesh and the Devil (1950), Poison in Pimlico (1950), The Bed Disturbed (1952) oraz Such Bitter Business (1953). Ostatnia z wymienionych książek została opublikowana w Stanach Zjednoczonych w 1954 roku pod zmienionym tytułem Evil in the House. Ta porywająca seria powieści, z których każda ściśle nawiązuje do autentycznych wydarzeń, umiejętnie odsłania różne sytuacje i emocje, które kryją się za najbardziej sensacyjnymi i upiornymi zbrodniami dziewiętnastego stulecia. 

Podczas drugiej wojny światowej państwo Hibbert mieszkali w Kornwalii, niedaleko malowniczej i ustronnej plaży o nazwie Plaidy. Właśnie to sprawiło, że Eleanor wpadła na pomysł, aby pisać pod swoim najbardziej znanym pseudonimem, czyli jako Jean Plaidy. Pierwszą powieścią, którą wydała pod tym nazwiskiem była książka Together They Ride (z pol. Ich wspólna podróż; 1945). To dobrze napisana historia, lecz mimo to nie odniosła sukcesu równego poprzednim powieściom. Fabuła dotyczy kornwalijskiego przemytu. Akcja rozgrywa się w okrutnych, lecz zarazem ekscytujących dniach końca XVIII wieku. Wyraźnie widać, że inspiracją do napisania tej książki stała się dla Eleanor twórczość angielskiej pisarki Daphne du Maurier (1907-1989). Dokładnie chodzi o dwie jej powieści: Jamaica Inn (z pol. Obrzeża na pustkowiu) W wersji oryginalnej powieść miała swoją premierę w 1936 roku, natomiast w Polsce ukazała się w roku 1976. Z kolei drugą książką autorstwa Daphne du Maurier, która dla Eleanor najprawdopodobniej stała się inspiracją, była powieść Frenchman's Creek (z pol. Zatoka Francuza). Premiera tej powieści odbyła się w 1941 roku, zaś w Polsce książka weszła na rynek kilkadziesiąt lat później, bo dopiero w 1991 roku. Together They Ride była jedyną powieścią Jean Plaidy opublikowaną przez wydawnictwo Geralda G. Swana (1902-1980), który w latach 40. i 50. XX wieku na szeroką skalę rozwinął wydawanie tanich książek, komiksów i czasopism.


Kornwalijska plaża Plaidy, od której nazwy Eleanor Hibbert
stworzyła sobie pseudonim Jean Plaidy.
fot. Tony Atkin


Kolejna powieść Jean Plaidy – Beyond the Blue Mountains – była natomiast bardzo długa, bo liczyła sobie ponad pięćset stron. Została odrzucona przez kilka wydawnictw, w tym także przez wydawnictwo Geralda G. Swana. Dopiero Robert Hale (1887-1956) dostrzegł jej wartość i zaakceptował powieść do druku, pisząc do agenta Eleanor tak: Czy powiesz tej autorce, że na wszystkich, którzy piszą tak, jak ona czekają naprawdę wielkie nagrody? I tak oto rozpoczęła się niezwykle udana współpraca pomiędzy autorką a wydawnictwem, która trwała aż do śmierci Eleanor Hibbert w styczniu 1993 roku. Trzeba jednak pamiętać, że w przypadku Eleanor Hibbert nie zawsze oprócz naprawdę wysokich zaliczek za powieści historyczne, pojawiały się tak zwane „wielkie nagrody”, o których mówił Robert Hale.

Słyszałam kiedyś jej nazwisko w związku z moimi powieściami, ale myślę, że to dlatego, iż obydwie mieszkamy w Kornwalii i obydwie pisałyśmy o tym miejscu. „Rebecca”[5] to klimatyczna powieść z zaskakującym zwrotem akcji, ale nie sądzę, aby istniało więcej podobieństw pomiędzy jej powieściami a moimi.

Daphne du Maurier o podobieństwach
pomiędzy jej książkami a powieściami Eleanor Hibbert.









[1] Agnes Strickland (1796-1874) – angielska pisarka tworząca powieści historyczne, i poetka.
[2] Alexander Fraser Tytler, lord Woodhouselee (1747-1813) – szkocki adwokat, sędzia, historyk i profesor uczelni wyższych.
[3] James Anthony Froude (1818-1894) – angielski historyk, pisarz, biograf i wydawca londyńskiego Fraser's Magazine.
[4] John Speed (ok. 1552-1629) – angielski kartograf i historyk.
[5] Rebecca (z pol. Rebeka) to powieść Daphne du Maurier wydana w 1938 roku. W Polsce opublikowana została nakładem wydawnictwa Iskry w 1960 roku. 




sobota, 30 czerwca 2018

Maria Paszyńska – „Dziewczęta wygnane. Owoc granatu” #1











Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2018


Borysław to miasto położone około stu kilometrów na południe od Lwowa. Przed wybuchem drugiej wojny światowej należało do Polski, natomiast obecnie są to tereny Ukrainy. Do 1939 roku zamieszkiwane było przez czterdzieści trzy tysiące ludzi (obecnie około trzydzieści siedem tysięcy). Czternaście tysięcy z nich stanowili Żydzi, około siedem tysięcy to ludność pochodzenia ruskiego (Rusini), natomiast jakieś sto osób było narodowości innej niż powyższe (Francuzi, Niemcy, Anglicy). Ponieważ charakterystycznym elementem miasta od dziesiątek lat jest przemysł naftowy, większość mieszkańców tamtego okresu w mniejszym lub większym stopniu była z nim związana. Ludność Borysławia miała wówczas trzech wrogów. Z jednej strony zagrażali miastu Niemcy, z drugiej bolszewicy, a z trzeciej wspomniani wyżej Rusini, których jeszcze przed wybuchem wojny Niemcy buntowali przeciwko Polakom. Kiedy było już wiadomo, że wojna z Trzecią Rzeszą jest nieunikniona, mieszkańcy Borysławia obawiali się nie tylko nadchodzących wojsk niemieckich, ale także Rusinów, których w miarę trwania okupacji zaczęto nazywać „Ukraińcami”. Ich strach był o tyle bardziej uzasadniony, że w mieście zostało bardzo mało mężczyzn, którzy mogliby go bronić, gdyż rezerwiści i spora część polskiej młodzieży w wieku poborowym zasiliła szeregi armii. Wielu mężczyzn uciekło również za granicę w obawie przed Niemcami, pozostawiając w domach kobiety i dzieci.

W drugiej połowie września 1939 roku w Borysławiu oraz pobliskich miejscowościach nie było żadnej władzy administracyjnej czy wojskowej. Rząd polski już się ewakuował, zaś hitlerowcy jeszcze nie weszli do miasta. Natomiast Polacy raczej nie wychodzili na ulice, aby nie narażać się na różnego rodzaju prześladowania ze strony Ukraińców, którzy zamieszkiwali wtedy nie tylko Borysław, lecz także okoliczne miejscowości, jak na przykład Tustanowice. W miarę jak armia niemiecka zbliżała się do miasta, Rusini zaczęli czuć się coraz swobodniej i zachowywać się coraz bardziej prowokacyjnie, spacerując po ulicach z bronią i grożąc Polakom śmiercią. Nastał więc czas wielkiego strachu i oczekiwania tego, co najgorsze. Polacy bali się zarówno nieznanego wroga, czyli Niemców, jak i tego, z którym do tej pory żyli na co dzień, a który z łatwością mordował pojedynczych polskich żołnierzy powracających do swoich domów z rozbitych oddziałów wojskowych. Jego ofiarami padali również zwykli cywile, którzy uciekali przed inwazją Trzeciej Rzeszy. Rozpoczęło się zatem istne polowanie na Polaków nazywanych przez Ukraińców „Lachami”.

Borysław (1926)
Na zdjęciu widać wieże wiertnicze charakterystyczne dla przemysłu naftowego.

autor: Mieczysław Orłowicz (1881-1959)
źródło: Biblioteka Narodowa

Przed wybuchem drugiej wojny światowej mówiono, że Borysław to stolica polskiej nafty. W tamtym czasie było to bowiem najbogatsze polskie miasto. Jego gwałtowny rozwój nastąpił na początku XIX wieku. Niemniej było to także miasto kontrastów, ponieważ obok nowoczesnych budowli, stały tam również stare, drewniane i zbutwiałe domki oblepione gliną zmieszaną ze słomą, która miała chronić przed silnymi mrozami panującymi zimą w tamtych okolicach. Znajdowały się też nowoczesne sklepy z pięknymi wystawami. Przez sklepowe witryny ludzie mogli zobaczyć różnego rodzaju i kalibru towary zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Niestety, były też bardzo ubogie stragany sklecone ze starych desek i pordzewiałej blachy. Niemniej od dnia odzyskania niepodległości do chwili wybuchu wojny Borysław bardzo szybko zmienił się na korzyść. Miasto zostało bowiem skanalizowane, likwidacji uległy drewniane chodniki, które zastąpiono kamiennymi, zaś w centrum poszerzono ulice, a niektóre z nich wyłożono nawet kostką granitową. Wybudowano też kilka nowych ulic wraz z kamiennymi chodnikami. Jednakże to, co tak naprawdę wyróżniało Borysław, to las wież wiertniczych. Szczególnie nocą były one widoczne, kiedy swoją iluminacją oczarowywały każdego przybysza. W dodatku bezustanny odgłos pracy maszyn parowych stanowił swoistą symfonię tego przemysłowego miasta.

W latach 30. XX wieku Borysław posiadał sprawną konną straż ogniową, która świetnie radziła sobie z pożarami na terenach górzystych, gdzie nie mogły dojechać samochody. Z kolei w północnej części miasta znajdowała się kopalnia wosku ziemnego wydobywanego metodą górniczą. Przed wojną w Borysławiu były też kościoły: trzy rzymskokatolickie, cztery cerkwie grekokatolickie oraz trzy żydowskie bożnice. Znajdowało się również dziewięć szkół powszechnych, a także prywatne gimnazjum i liceum ogólnokształcące, średnia szkoła handlowa, żeńska szkoła zawodowa, szkoła wiertnicza oraz szkoły przemysłowe przeznaczone dla rzemieślników. Istniały również liczne organizacje o charakterze politycznym, co sprawiało, że pod tym względem Borysław znacznie wyprzedzał inne większe polskie miasta.


Borysław. Ulica Kościuszki (1915)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

Niemcy wkroczyli do Borysławia około 20 września 1939 roku. W Tustanowicach, gdzie znajdowało się centrum osiedla ruskiego, byli witani dosłownie chlebem i solą, a ówcześni przedstawiciele tamtych władz wygłosili mowę powitalną na ich cześć, w której pod niebiosa wychwalano Adolfa Hitlera (1889-1945) i Trzecią Rzeszę, jednocześnie szkalując i mówiąc wszystko, co najgorsze o rządzie polskim. W przekonaniu Rusinów to właśnie hitlerowcy mieli zapewnić im wolność, na którą tak długo czekali. W pierwszych dniach okupacji Niemcy nie prześladowali jeszcze ludności polskiej, więc można było bez strachu wychodzić z domów, robić zakupy czy zaspokajać inne potrzeby. Gorzej było ze strony Rusinów. Pałali do Polaków tak wielką nienawiścią, że zaczęli prosić Niemców o pozwolenie na ich mordowanie, na co ci nie wyrazili zgody, a to sprawiło, że Rusini poczuli się mocno rozczarowani.

Niemcy okupowali Borysław przez około dziesięć dni, a potem oddali go Armii Czerwonej, która w dniu 17 września 1939 roku wkroczyła bezprawnie do Polski. Był to akt agresji ze strony Związku Sowieckiego wobec Polski i narodu polskiego. W konsekwencji tego haniebnego działania, którego celem było zagarnięcie polskich ziem wschodnich, zginęło pół miliona ludności polskiej. Zarówno wojskowi, jak i cywile zostali bestialsko wymordowani przez NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Wtedy też zaczęły się masowe wywózki Polaków na Syberię lub do Kazachstanu. Wywożenie miało miejsce przeważnie w nocy pomiędzy godziną drugą a trzecią, czyli tuż przed świtem, kiedy człowiek z reguły pogrążony jest w najgłębszym śnie. Aresztowanym rodzinom pozwalano zabrać ze sobą jedynie podręczny bagaż, na spakowanie którego enkawudziści dawali tylko piętnaście minut. W praktyce były to dwie walizki lub dwa tobołki. Przed opuszczeniem Borysławia, Niemcy w swoim rozporządzeniu napisali, że Polacy, podobnie jak ludność pochodzenia niemieckiego, mogą również opuścić miasto i udać się na zachód przez San. W związku z tym wśród Polaków wytworzyły się dwa przeciwstawne obozy, ponieważ jedni chcieli natychmiast wyjechać, uciekając przed bolszewikami, inni zaś uważali, że trzeba zostać w domu, ponieważ wierzyli, że większa liczba Polaków będzie w stanie osłabić sowieckie roszczenia do tych ziem.


Borysław. Dworzec kolejowy (1905)
autor nieznany
źródło: Biblioteka Narodowa

W takich okolicznościach przychodzi żyć bohaterom najnowszej powieści autorstwa Marii Paszyńskiej. Poznajemy ich latem 1939 roku, czyli tuż przed wybuchem wojny. Na pierwszy plan wysuwają się bliźniaczki: Stefania i Elżbieta Łukowskie. Na co dzień mieszkają właśnie w Borysławiu, lecz każdego roku spędzają wakacje u dziadków Białkowskich we dworze. Ich ojciec to oficer Wojska Polskiego, natomiast matka zajmuje się domem, mając na wychowaniu dwuletniego synka, Lucka. Dziewczyny mają piętnaście lat, więc są już w miarę samodzielne. Każda z nich ma swoje marzenia i plany na przyszłość. Pomimo że są bliźniaczkami, to jednak różnią się pod względem charakteru. Stefania to typowa panna z dobrego domu, która jest świadoma własnej urody, pracą się brzydzi, bo wszak od tego jest służba, pragnie wyjść za mąż za chłopaka z wyższej sfery, ponieważ nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby kiedykolwiek biedować albo znaleźć się na językach innych ludzi, tylko dlatego, że nie potrafiła zadbać o to, by dobrze się w życiu ustawić. Z kolei Elżbieta, zwana przez bliskich Halszką, to zupełne przeciwieństwo Stefanii. Dziewczyna nie boi się pracy, porozmawia z każdym, bez względu na jego status społeczny czy majątkowy, nie jest egoistką, jak jej siostra, i poza czubkiem własnego nosa dostrzega coś jeszcze.

Wydaje się, że dziewczyny są sobie bliskie, lecz to jedynie pozory. Prawda wygląda zupełnie inaczej i jeśli do tej pory nie było tego widać, to tylko dlatego, że nie było ku temu okazji. Wszystko bowiem zmienia się, kiedy Elżbieta poznaje przystojnego Jędrzeja Walickiego, który podobnie jak bliźniaczki, również spędza wakacje u rodziny na wsi. Jędrzej studiuje we Lwowie medycynę i nie podoba mu się wiele z tego, co się obecnie dzieje. Nie jest ślepy i widzi, jak traktowani są Żydzi, którzy przecież niczemu nie są winni. Nacjonalizm i antysemityzm zaczynają w Polsce coraz bardziej przybierać na sile, a dowodem tego są tak zwane „getta ławkowe”. Chłopak boi się, że jeszcze trochę, a zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Swoimi obawami dzieli się z Halszką, która doskonale go rozumie, co jeszcze bardziej przyciąga go do niej. Jędrzej jest pewny, że pewnego dnia Elżbieta zostanie jego żoną. Niestety, ani Halszka, ani młodzieniec nie wiedzą, że chłopak wpadł już wcześniej w oko Stefanii. Dzień, w którym Stefcia dowiaduje się o tym, jak bardzo Elżbieta stała się bliska jej ukochanemu, jest ostatnim dniem, kiedy dziewczyna jest w stanie zapanować nad swoją niechęcią do siostry. Nienawiść i chęć zemsty coraz bardziej przybierają na sile w jej młodym sercu, a to nie wróży niczego dobrego w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami wojny.


Tak Sowieci świętowali atak na Polskę.
Na zdjęciu widać defiladę kawalerii po kapitulacji Lwowa;
Wały Hetmańskie obok Grand Hotelu (28 września 1939).

autor nieznany


Gdy nadchodzi pamiętny dzień 1 września 1939 roku wszyscy są przerażeni. Oczywiście młodzi mężczyźni, w tym Jędrzej Walicki, dostają powołanie do wojska. W jednostce wojskowej musi także stawić się Władysław Łukowski, czyli ojciec bliźniaczek. Pożegnanie jest bardzo wzruszające. Wtedy też ojciec przykazuje Elżbiecie – swojej ulubienicy – żeby opiekowała się rodziną pod jego nieobecność. Jak bardzo Halszka weźmie sobie do serca te słowa? Czy w toczącej się zawierusze wojennej będzie w stanie dotrzymać danego ojcu słowa? Czy mając u boku Stefanię, która jej nienawidzi, będzie mogła opiekować się matką, małym braciszkiem i dziadkami, nie mówiąc już o siostrze bliźniaczce? Zapewne łatwiej byłoby jej to zrobić, gdyby nie pewna mroźna lutowa noc 1940 roku. To wtedy do dworu wkraczają enkawudziści i każą się pakować. Jak wielki bagaż można ze sobą zabrać, kiedy sowieccy okupanci dają tylko piętnaście minut? Nie obywa się też bez brutalności ze strony żołnierzy. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, co ich czeka i że być może Łukowscy i Białkowscy już nigdy się nie spotkają. I tak oto rozpoczyna się dramatyczna podróż Łukowskich w nieznane. Stłoczeni, niczym śledzie w beczce, w cuchnących bydlęcych wagonach jadą tam, skąd może już nie być powrotu. Tak ekstremalne warunki źle wpływają nie tylko na fizyczne zdrowie człowieka, ale także na jego psychikę, a gdy dodatkowo po drodze traci się kogoś najbliższego, to faktycznie można postradać zmysły. Do okrutnych Sowietów nie docierają żadne prośby. Śmieją się swoim ofiarom w twarz i świetnie się przy tym bawią.

Deportacja Polaków
z Kresów Wschodnich
Dziewczęta wygnane to pierwszy tom całkiem dobrze zapowiadającej się trylogii pod wspólnym tytułem Owoc granatu. Niniejsza powieść to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marii Paszyńskiej, które uważam za bardzo udane. Oczywiście tematyka książki nie jest dla mnie jakimś szczególnym zaskoczeniem, ponieważ tego typu publikacji czytałam już w swoim życiu całkiem sporo. Była to nie tylko beletrystyka, ale przede wszystkim literatura faktu: pamiętniki, dzienniki, wspomnienia czy reportaże. Poznałam też losy Polaków wywiezionych na Syberię z opowiadań osób, które miałam szczęście spotkać osobiście, a które jako dzieci zostały brutalnie pozbawione domu i razem z rodzicami musiały tułać się po obcej ziemi, nie mając nadziei na przeżycie. Dlatego też samo tło historyczne niniejszej lektury jest mi doskonale znane i podczas czytania wiedziałam z wyprzedzeniem, co będzie dalej i dokąd trafią bohaterowie. Mogę też przypuszczać, co takiego stało się z Władysławem Łukowskim, skoro był oficerem Wojska Polskiego. W związku z tym bardziej interesowała mnie kreacja poszczególnych postaci i ich reakcja na zaistniałe dramatyczne okoliczności.

Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście siostry Łukowskie. Jak już wspomniałam powyżej, dziewczyny są do siebie podobne jedynie pod względem urody, natomiast charaktery mają diametralnie różne. Niemniej okoliczności, w jakich muszą żyć zmuszają je do tego, aby inaczej spojrzeć na życie. Sytuacja, w jakich człowiek musi nagle egzystować, z reguły sprawia, że zmienia się jego postrzeganie świata. Czy tak samo dzieje się z dziewczętami? Nie do końca. Podczas gdy Elżbieta wie, że musi zrobić wszystko, aby przeżyć, gdyż jest odpowiedzialna za rodzinę i to nią musi się zająć, Stefania dba jedynie o własne dobro. Ona wciąż nie może zapomnieć, że Halszka odbiła jej ukochanego. Dla niej nie ma znaczenia, że na Syberii każdego dnia może stracić życie. Jedyne, co ją interesuje, to pielęgnowanie nienawiści do siostry. Wydaje się nawet, że utrata najbliższych niewiele ją obchodzi. To ona jest najważniejsza. Dlatego też wysoce prawdopodobne jest, że czytelnik znacznie większą sympatią zapała właśnie do Halszki, która jest w stanie naprawdę wiele znieść, aby tylko zapewnić bezpieczeństwo siostrze.

Na kartach powieści „żyją także bohaterowie drugoplanowi, którzy są równie istotni. Jedni pojawiają się na krótko, zaś inni pozostają dłużej. Są też tacy, którzy nie do końca pasują do fabuły, jak na przykład tajemnicza leśna szamanka otoczona krukami. Ten wątek zalatuje nieznacznie fantastyką i zastanawiam się, w jakim celu został wplątany do fabuły. Możliwe, że Autorka ma jakieś plany w związku z tą postacią i odkryje je w kolejnych częściach trylogii, a jeśli nie, to moim zdaniem szamanka pojawiła się w książce tylko po to, aby zwiększyć objętość powieści. Na chwilę obecną ta postać wydaje mi się zupełnie zbędna i niepasująca do całości. Ponadto mieszanie fantastyki, choćby bardzo delikatnej, z wydarzeniami, które stanowią fakt historyczny, nawet jeżeli bohaterowie są fikcyjni, nie do końca się sprawdza, przynajmniej w moim odczuciu. Bardzo dobrze natomiast opisane są losy Polaków nie tylko w trakcie przebywania na Syberii, ale przede wszystkim po jej opuszczeniu, co skutkuje dotarciem do Iranu.


Obóz polskich uchodźców w Iranie w 1943 roku
źródło: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych


Zawsze trudno jest mi oceniać powieść, która stanowi część cyklu, ponieważ ze zrozumiałych powodów wiele wątków jest niedokończonych. Na tym etapie może bowiem wydawać się, że coś w powieści zgrzyta, jak wspomniana wyżej szamanka. Z drugiej strony jednak to, co teraz wydaje się błędem czy niedopowiedzeniem, w kolejnym tomie może zostać rozwinięte, a czytelnik czy recenzent stwierdzi, iż nie miał racji. Dlatego też powstrzymam się od jednoznacznej oceny Dziewcząt wygnanych i poczekam na kolejną część tej historii, która bez wątpienia jest wciągająca i bardzo dobrze się ją czyta. Jest ona również doskonała dla tych, którzy nie posiadają dostatecznej wiedzy na temat drugiej wojny światowej, a szczególnie tej części historii związanej z atakiem Sowietów na Polskę. Nie każdy bowiem zdaje sobie sprawę z tego, że my-Polacy też kiedyś byliśmy uchodźcami i bez pomocy życzliwych „obcych”, którzy narażali dla nas własne zdrowie i życie, nie dalibyśmy rady przeżyć.






___________________________________________
Informacje na temat Borysławia zaczerpnęłam z książki:
Adam Żarski, Okupacyjne wspomnienia z Borysławia i opowiadania z ZSRR, Wyd. Centrix.pl s.c. Krzysztof Cebula i Tomasz Kalota, Wrocław 2007 [klik].




wtorek, 26 czerwca 2018

Magdalena Zimniak – „Gra poza prawem”











Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!




Wydawnictwo: PROZAMI
Słupsk/Warszawa 2018



Ludzie kłamią i popełniają błędy z różnych powodów. Czasami robią to z własnej woli, bo tak jest im wygodnie, a niekiedy są do tego zmuszani przez inne osoby – nierzadko te najbliższe – albo przez zaistniałe okoliczności, nie widząc innego wyjścia, jak tylko wybór zła. Często uważają bowiem, że kłamstwo będzie lepsze niż prawda, która podobno ma zapewnić człowiekowi wolność. Są też przypadki, kiedy ktoś ukrywa prawdę, ponieważ boi się, że jej ujawnienie może mu zaszkodzić lub sprawić, że nie będzie akceptowany w swoim środowisku, a ludzie wciąż będą gadać i wytykać palcami. W takiej sytuacji poczucie ewentualnego wstydu i napiętnowanie przez społeczeństwo są gorsze niż życie w zgodzie z samym sobą. Funkcjonowanie w takim zakłamanym świecie musi być bardzo trudne i męczące. Trzeba bowiem wciąż uważać na to, co się mówi i do kogo, kontrolować swoje zachowanie i trzymać na dystans tych, którzy chcieliby się do nas zbliżyć i zawrzeć nieco bliższą znajomość. Każdego dnia towarzyszy nam strach, który w rezultacie może doprowadzić do naprawdę nieprzewidzianych sytuacji. Człowiek jest tylko człowiekiem i pewnego dnia może zdarzyć się tak, że nie wytrzyma ciągłego życia w stresie i napięciu i zwyczajnie wyrzuci z siebie to, z czym borykał się przez długie lata. Wtedy zacznie się obwinianie innych, a nawet pojawi się chęć ukarania samych siebie.

Opisane powyżej warianty ludzkich zachowań wcale nie są rzadkością w dzisiejszym świecie. Można rzec, że dotyczą one nie tylko współczesnego człowieka. Moim zdaniem ludzie od wieków coś ukrywają przed światem i boją się, że pewnego dnia prawda ujrzy światło dzienne. Choć czasy się zmieniają, mijają lata i wieki, a człowiek wciąż pozostaje taki sam. Bez względu na to, w jakich realiach przychodzi mu funkcjonować, jego sposób myślenia wcale nie różni się od tego, jakim kierowali się jego przodkowie. Można przypuszczać, że przyszłość także niczego nie zmieni. Wbrew pozorom natura ludzka wcale się nie zmienia, co ukazuje fabuła najnowszej powieści Magdaleny Zimniak. Bohaterkami książki są trzy kobiety w różnym wieku, których życiowe drogi pewnego dnia splatają się ze sobą wzajemnie i już zawsze będzie je łączyć wspólna dramatyczna historia, choćby nie wiadomo gdzie rzucił je los.  

Dorota to dwudziestoletnia niepełnosprawna dziewczyna, która nigdy nie opuściła czterech ścian własnego domu. Oprócz matki i apodyktycznej babki, Dorota nie zna innych ludzi. Nie ma pojęcia, kim jest jej ojciec, choć uważa, że to zapewne po nim odziedziczyła urodę, bo przecież jej matka jest piękną kobietą, więc logiczne, że nie mogła dostać jej genów. Dziewczyna interesuje się literaturą i nawet sama próbuje tworzyć krótkie opowiadania, o których istnieniu wie tylko ona. Matka niby o nią dba, ale nie do końca troska ta wynika z miłości do córki, a przynajmniej tak to wygląda na samym początku. Można odnieść wrażenie, że z przymusu wykonuje jedynie swoje obowiązki związane z zapewnieniem córce jako takich warunków życia. Dorota nie jest zarejestrowana w żadnym urzędzie, czyli jednym słowem ONA NIE ISTNIEJE! Przez dwadzieścia lat życia dała radę się z tym pogodzić, ale wygląda na to, że od pewnego czasu coraz bardziej męczy ją taki stan rzeczy. Ona wie, że niepełnosprawność wcale nie wyklucza jej z życia w społeczeństwie. Ale jak może pokazać się ludziom, skoro nie ma nawet Internetu, nie mówiąc już o choćby jednej przyjaciółce. To matka i babka są dla niej całym światem; światem, jaki zna od chwili narodzin.

Beata jest matką Doroty. Jak wspomniałam wyżej, to bardzo piękna kobieta, na którą mężczyźni zwracają uwagę, jednak mimo to Beata nie ma szczęścia w miłości. Kiedy była nastolatką zakochała się, potem urodziła niepełnosprawną córkę i od tamtego czasu ona również bez słowa skargi podporządkowuje się swojej władczej matce, która przecież wie najlepiej, co tak naprawdę jest dobre zarówno dla Beaty, jak i Doroty. Choć czasami ona także czuje się już zmęczona taką sytuacją, to jednak głośno nie ma odwagi wyrazić swojego sprzeciwu, ponieważ obawia się reakcji matki. Beata pragnie jednak mieć kogoś bliskiego. Skoro z mężczyznami nie za bardzo jej wychodzi i z reguły łączy ją z nimi tylko łóżko, kobieta zbliża się do jednej ze swoich podwładnych. To Aleksandra ma być jej powiernicą i podnosić ją na duchu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale czy Beata naprawdę dobrze wybrała? Czy dwudziestokilkuletnia Ola jest osobą, której rzeczywiście można zaufać i powierzyć każdy sekret?

Aleksandra to młoda bibliotekarka posiadająca dwie twarze. Jedną znają koleżanki z pracy i może jacyś dalsi znajomi, zaś druga przeznaczona jest do oglądania jedynie przez nią samą oraz chłopaka, z którym łączy ją nie za ciekawa przeszłość. Po śmierci babki i matki Ola trafiła do domu dziecka, a tam wcale nie było wesoło. W miejscu, gdzie powinna czuć się bezpiecznie, spotkała ją ogromna krzywda i gdyby nie Krzysiek pewnie dziś nie byłoby jej na świecie. Tak więc bez względu na to, jak dalej potoczyły się losy jej i Krzyśka, oni wciąż trzymali się razem i wygląda na to, że tak już będzie zawsze. Lecz nie tylko z Krzyśkiem Olę coś łączy. Choć dziewczyna jeszcze o tym nie wie, to jednak już za chwilę na jej drodze stanie Dorota, która nie tylko solidnie namiesza w jej życiu, ale też poniekąd stanie się dla niej swego rodzaju przyjaciółką, której Aleksandra będzie chciała pomóc. Otóż jeden głupi i zupełnie nieprzemyślany wyskok sprawi, że cała czwórka – Dorota, Beata, Ola i Krzysiek – będzie musiała stawić czoło prawdziwemu niebezpieczeństwu i rozwiązać tajemnicę… morderstwa.

Gra poza prawem to typowy thriller psychologiczny, do jakich zdążyła już przyzwyczaić swoich czytelników Magdalena Zimniak. Z jednej strony bohaterowie są różni, a z drugiej bardzo podobni do siebie nawzajem. Wydaje się, że tylko Krzysiek jest tym, który niczego nie udaje ani nie ukrywa. Z niego można czytać niczym z otwartej księgi. Natomiast każda z trzech kobiet to naprawdę ogromna zagadka. Wszystkie posiadają w sobie jakąś sprzeczność. Beata i Dorota niby kochają się nawzajem, jak matka i córka, lecz wystarczy chwila i ta miłość przeradza się w tak wielką nienawiść, że tylko krok dzieli je od zrobienia krzywdy tej drugiej. Czasami działają w jakimś niezrozumiałym amoku, a kiedy zdają sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiły, czują ból, wyrzuty sumienia i niekiedy same nie potrafią zrozumieć, dlaczego postąpiły tak a nie inaczej. Z jednej strony nie chcą krzywdzić siebie nawzajem, ale z drugiej pod wpływem emocji mogą nawet zabić.  

Jaka zatem w tym wszystkim jest rola Aleksandry? Młoda bibliotekarka stoi, jak gdyby pomiędzy Beatą a Dorotą i to od jej działań zależy, jak dalej potoczą się losy matki i córki. Są chwile, kiedy Ola widzi w Beacie i jej władczej matce kobiety, które ją wychowały. Wtedy rodzi się w niej jakaś chęć zemsty, lecz po pewnym czasie to uczucie mija i dziewczyna wraca do rzeczywistości i do rozwiązania zadania, którego się podjęła. Pobyt w domu dziecka i doświadczenia, które wyniosła z tamtego miejsca naprawdę zrobiły swoje, pustosząc jej psychikę. W dodatku dziewczyna wciąż nie może zapomnieć tego, co wmawiała jej babka zanim pożegnała się z tym światem. To nadal bardzo mocno tkwi w jej świadomości i nie pozwala normalnie żyć. Zdaniem babki Aleksandra pociąg do zła odziedziczyła po ojcu, co jeszcze dodatkowo odzwierciedla jej wygląd, a dokładnie jej niepełnosprawność, z powodu której jeszcze bardziej czuje się związana z Dorotą. Tak więc dziewczyna przez lata żyje w tym przekonaniu i nawet jeśli jest inaczej, to ona nie dopuszcza do siebie takiej myśli.

Najnowsza powieść Magdaleny Zimniak to doskonałe psychologiczne studium przypadku. Czytelnikowi bardzo trudno jest zrozumieć prawdziwe motywy postępowania poszczególnych bohaterów, ponieważ one wciąż się zmieniają, a ich zachowanie nie jest bynajmniej jednoznaczne. Jedyne, co w tej sytuacji jest pewne, to fakt, iż oni wszyscy w mniejszym lub większym stopniu wplątani są w morderstwo i w konsekwencji poszukiwanie sprawcy makabrycznej zbrodni. Czy zatem to Aleksandra i Krzysztof stoją za zabójstwem? A może to Beata, która nie była w stanie dłużej stawiać czoła presji i sytuacji, w której sama była więźniem? Czy możliwe jest też, że zabójstwa dokonała niepełnosprawna Dorota, pragnąc w ten sposób odzyskać wolność? Może nie widziała już innego wyjścia, jak tylko pozbyć się przeszkody, która od dnia narodzin uniemożliwiała jej prowadzenie normalnego życia? Kim zatem jest zabójca? Czy to ktoś z najbliższego otoczenia ofiary, czy może ktoś zupełnie obcy, kogo znała tylko osoba zamordowana? Tego rodzaju pytania towarzyszą czytelnikowi od momentu, gdy dowiaduje się o morderstwie, lecz na rozwiązanie zagadki musi poczekać, aż do ostatnich stron powieści, a to czego się dowiaduje może naprawdę zaskoczyć.

Gra poza prawem to powieść dla tych, którzy oczekują od literatury czegoś znacznie więcej niż tylko przyjemności czytania. To historia, która wymaga skupienia, myślenia i przede wszystkim głębokiego zastanowienia się nad ludzką psychiką. W tej książce nic nie jest czarno-białe. Odcieni szarości jest tutaj naprawdę wiele. Większość bohaterów to mocno skomplikowane jednostki i nawet, kiedy już poznajemy zakończenie, nie możemy być do końca pewni, że ich zachowanie jest prawdziwe. Skoro przez całą powieść przyzwyczajają nas do tak poważnej złożoności swoich charakterów, to jak możemy być pewni, że w tym finałowym momencie są z nami szczerzy?