sobota, 11 czerwca 2016

Santa Montefiore – „Dom nad morzem”

















Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: The House by the Sea
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska





Toskania to kraina Etrusków, która została zawłaszczona przez starożytnych Rzymian w 351 roku przed nasza erą. Po upadku rzymskiego imperium, region, który stał się znany jako Toskania (z wł. Toscana) znalazł się pod panowaniem kolejnych władców i w związku z tym jawił się jako samodzielny podmiot polityczny z własnymi władcami. Do XII wieku toskańskie miasta stopniowo zyskiwały swoją niezależność jako republiki i tym samym zmuszały szlachtę do osiedlania się w nich. W epoce głębokiego średniowiecza takie miasta, jak Piza, Siena, Arezzo, Pistoia, Lukka i przede wszystkim Florencja stały się bogatymi ośrodkami żyjącymi z produkcji tkanin, handlu, bankowości oraz rolnictwa. Pomiędzy tymi miastami dochodziło także do szeregu konfliktów celem podbicia nowego terytorium i objęcia na nim władzy. Stopniowo to Florencja zaczęła przyćmiewać pozostałe miasta i w rezultacie podbiła wszystkie inne terytoria znajdujące się w regionie.

Po kilku eksperymentach z rządem przedstawicielskim, Florencją zaczęli zarządzać bogaci arystokraci, wśród których najbardziej znaną i dominującą stała się w XV wieku rodzina Medyceuszy. Pod patronatem tychże bogatych rodów – jak nigdzie indziej w Europie – rozwijały się sztuka i literatura, tak więc okres ten określono epoką renesansu (odrodzenia) po niemrawym średniowieczu. Florencja stała się miastem takich literatów, jak Dante Alighieri (1265-1321), Francesco Petrarka (1304-1374) oraz Niccolò di Bernardo dei Machiavelli (1469-1527), jak również artystów i inżynierów, jak malarz Sandro Botticelli (1445-1510), rzeźbiarz i architekt Filippo Brunelleschi (1377-1446; zbudował kopułę florenckiej katedry Santa Maria del Fiore), malarz, poeta filozof, kartograf, muzyk i architekt oraz członek Akademii Florenckiej w jednej osobie, czyli Leon Battista Alberti (1404-1472), Leonardo da Vinci (1452-1519; malarz, architekt, filozof, muzyk, pisarz, odkrywca, matematyk, mechanik, anatom, wynalazca, geolog i rzeźbiarz), czy też malarz, poeta, rzeźbiarz i architekt Michelangelo Buonarroti znany jako Michał Anioł (1475-1564). Z kolei ze względu na swoją dominację w literaturze, język florencki stał się językiem literackim włoskiego regionu i tak jest do dziś. Wawrzyniec Medyceusz zwany Wspaniałym (1449-1492; z wł. Lorenzo di Piero de’ Medici), który władał Florencją pod koniec XV wieku, był prawdopodobnie największym mecenasem sztuki w historii Zachodu.

Cosimo I de' Medici
Portret pochodzi z 1545 roku.
autor: Angolo Bronzino (1503-1572)
Po śmierci Wawrzyńca Wspaniałego wiele się zmieniło, a potęga Medyceuszy zaczęła słabnąć. Wtedy też władzę we Florencji objął dominikanin ojciec Girolamo Savonarola (1452-1498), zaś Medyceusze zostali wygnani. Po tym jak Girolamo Savonarola stanął przeciwko papieżowi, został ekskomunikowany, natomiast w 1498 roku uznano go za heretyka, w związku z czym poddano torturom, powieszono, a następnie jego ciało spalono na Piazza della Signoria. Z powodu przeniesienia handlu z dala od Morza Śródziemnego w kierunku Atlantyku po roku 1492, gospodarka Toskanii zmierzała do powolnego upadku. Kiedy w 1530 roku cesarz Karol V Habsburg (1500-1558) podbił Florencję, wówczas przywrócił do władzy rodzinę Medyceuszy. Teraz stali się oni książętami Florencji, zaś w ciągu kilku dekad Cosimo I de' Medici (1519-1574) rządził jako pierwszy Wielki KsiążęToskanii.

Jak wiadomo, wszystko się kiedyś kończy. Skończyły się także czasy władzy rodziny Medyceuszy w Toskanii. Po nich swoje rządy zaczęli sprawować austriaccy książęta Lotaryngii. W XVII wieku prestiż Florencji i Toskanii odszedł w zapomnienie i nie został ożywiony aż do XIX wieku. Książęta Lotaryngii zmodernizowali lokalną administrację, przeprowadzili reorganizację domów zakonnych i wprowadzili ustawy dotyczące ulepszeń rolnych. Niemniej marsz ten w kierunku włoskiej niezależności doprowadził w 1861 roku do końca rządów Lotaryńczyków. Wtedy Toskania zagłosowała za przyłączeniem jej do zjednoczonych Włoch. Florencja stała się więc stolicą królestwa Italii i była nią od 1865 do 1871 roku. Obecnie Toskania stanowi główny ośrodek kulturalny z szeregiem wspaniałych muzeów, galerii i kościołów pełnych wyjątkowych rzeźb, obrazów i fresków, jak również wspaniałych zabytków wybudowanych przez największych mistrzów wszech czasów. Każdego roku Toskania przyciąga miliony turystów.

Przenieśmy się zatem do Toskanii roku 1966 i przepięknej willi La Magdalena, która pochodzi jeszcze z czasów Medyceuszy. W niezwykle okazałej posiadłości mieszka rodzina Bonfantich. Beppe Bonfanti to bardzo wpływowy biznesmen. Niektórzy wręcz twierdzą, że jest jednym z mafijnych bossów. Nie brata się z sąsiadami, mając u boku jednego zaufanego człowieka, i generalnie mało obchodzi go to, co nie ma związku z jego interesami. Nawet rodzina nie jest dla niego ważna. W końcu zapewnia jej tylko utrzymanie. Od dzieci – szczególnie od syna – oczekuje, że zrobią to, co ten im będzie kazać. W osiemnastoletnim Dante Beppe widzi swojego spadkobiercę, dlatego też robi wszystko, aby syn przyuczał się do prowadzenia interesów rodzinnych. W najbliższej przyszłości Dante ma wyjechać do Ameryki, aby tam na prestiżowym uniwersytecie zdobyć potrzebne umiejętności. Po powrocie chłopak będzie musiał pracować równie ciężko, jak jego ojciec, aby zapewnić ciągłość interesów.

Jedno z wydań brytyjskich
Wydawca: SIMON & SCHUSTER
United Kingdom (2012)
W miasteczku generalnie nie żyje się na wysokim poziomie, więc wiele osób z tęsknotą za lepszym życiem spogląda w kierunku posiadłości Villa La Magdalena. Wśród nich jest mała dziewczynka o imieniu Floriana. Choć ma dopiero dziesięć lat, to jednak życie zdążyło ją już solidnie pokaleczyć. Niedawno matka ją opuściła, uciekając w nieznane z jakimś podrzędnym handlarzem pomidorami. W dodatku zabrała ze sobą młodszego braciszka Floriany, a ją zostawiła na pastwę losu z ojcem-pijakiem. Dziewczynka nie potrafi tego zrozumieć, niemniej nadal kocha matkę i ciepło o niej myśli. Ma też nadzieję, że któregoś dnia znów ją ujrzy. Teraz praktycznie cały dom jest na głowie Floriany i gdyby nie signora Bruno, dziewczynka z pewnością nie dałaby sobie rady sama. Na ojca oczywiście nie może liczyć. Ba! To dziesięcioletnie dziecko musi się nim zajmować i pilnować, aby przypadkiem nie narobił jakichś głupot po pijaku.

Tak więc jedyną rozrywką dla małej Floriany jest podglądanie jak żyją bogacze w posiadłości Villa La Magdalena. Lubi też spacerować po plaży i marzyć. Pewnego dnia Floriana zostaje nakryta na gorącym uczynku przez syna Beppe Bonfantiego. Chłopak właśnie spaceruje z psem, kiedy dostrzega małą dziewczynkę szpiegującą pod jego domem. Zamiast się zdenerwować i przegonić intruza, Dante nawiązuje z dzieckiem rozmowę i zaprasza dziewczynkę do willi, żeby mogła z bliska ujrzeć to, co tak bardzo ją fascynuje. Od tej chwili Dante i Floriana stają się nierozłączni. Mała jest zachwycona sporo starszym od siebie chłopakiem, a i on nie ukrywa, że Floriana z każdym dniem staje mu się coraz bliższa. Czy ta znajomość przetrwa próbę czasu? Przecież dzieli ich tak wiele. Czy surowy Beppe pozwoli, aby jego syn i córki zaprzyjaźniły się z ubogą i opuszczoną dziewczynką z nizin społecznych? A może jest ktoś, kto będzie robił wszystko, aby tylko nie dopuścić do bliższej znajomości pomiędzy Dante a Florianą? Czy rychły wyjazd chłopaka do Ameryki nie sprawi przypadkiem, że już nigdy się nie spotkają? A może kilkuletnia rozłąka osłabi ich wielką przyjaźń?

Tymczasem w 2009 roku w Anglii rozgrywają się zgoła odmienne wydarzenia. Rodzina Turnerów właśnie popadła w ogromne kłopoty finansowe. Mogą bowiem stracić cały dorobek życia, jeśli szybko czegoś nie wymyślą, aby ratować hotel, który zapewnia im utrzymanie. Tak więc Marina Turner wpada ma pomysł, aby zatrudnić nadwornego malarza, który będzie uczył ewentualnych gości malować. Ma to być taka dodatkowa atrakcja dla zatrzymujących się w jej hotelu-pensjonacie. Jej mąż Grey Turner bardzo ją w tym przedsięwzięciu wspiera i sam także usiłuje coś zrobić, aby tylko nie dopuścić do utraty hotelu, który dla Mariny jest wszystkim. Jest jakby jej dzieckiem, którego niestety nigdy nie miała. Fakt ten wciąż kładzie się cieniem na życiu Mariny i całej rodziny. Kobiecie nie wystarczają bowiem pasierbowie, z którymi i tak nie najlepiej jej się układa. Dwudziestokilkuletnia córka Greya – Clementine – bezustannie obwinia Marinę o rozbicie małżeństwa jej rodziców. Starszy Jake nieco inaczej patrzy na tę sprawę, ale mimo to nie zawsze zgadza się z macochą. Czy jest zatem szansa, aby ich wzajemne relacje uległy poprawie? Czy dzieci są w stanie zaakceptować wybór ojca, którego ten świadomie dokonał przed laty? Co musi się stać, aby Clementine wreszcie oprzytomniała i przestała obwiniać Marinę o wszystko, co złe?


Hotel Endsleigh w hrabstwie Devon, który stał się dla Autorki inspiracją
do stworzenia powieściowego Polzanze.

fot. Roland Smith (Creative Commons)
źródło


Kiedy odbywa się casting na nadwornego malarza hotelu Polzanze, zjeżdżają się rozmaite indywidualności, z których tak naprawdę nie ma kogo wybrać. Jak wiadomo, artyści to specyficzni ludzie, więc mają swoje dziwactwa, które wielokrotnie mogą tylko śmieszyć. W końcu do bram Polzanze puka Rafael „Rafa” Santoro. Mężczyzna jest niewiele po trzydziestce, a do tego jest jeszcze nieziemsko przystojnym Argentyńczykiem. Można się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Jest też uprzejmy i nie sprawia wrażenia, że cierpi na jakieś artystyczne dziwactwa. Oczywiście zostaje przyjęty na okres wakacyjny i teraz będzie uczył malować starsze panie, które przeważnie zatrzymują się w hotelu. Czy jego talent wystarczy, aby Marina mogła spokojnie myśleć o przyszłości? Co tak naprawdę przyciągnie potencjalnych gości do Polzanze: chęć poznania tajników malarstwa czy może niezwykła uroda Rafaela? I kim tak naprawdę jest tajemniczy Rafa, bo wygląda na to, że malowanie wcale nie stanowi dla niego głównego celu ubiegania się o pracę u Mariny?

Wydanie z 2011 roku pod
zmienionym tytułem
Wyd. TOUCHSTONE BOOKS
Santa Montefiore ponownie zachwyciła mnie swoją powieścią. Tym razem Autorka stworzyła historię, która posiada w sobie ogrom tajemniczości i jakiejś specyficznej magii, co sprawia, że chciałoby się stać jednym z bohaterów tejże opowieści. Santa Montefiore poruszyła wiele istotnych problemów, które towarzyszą ludziom na całym świecie każdego dnia. Na pierwszym miejscu są oczywiście trudne relacje międzyludzkie i brak zrozumienia drugiej osoby. Niektórzy bohaterowie kreują sobie własny obraz sytuacji, co nie zawsze jest zgodne z prawdą. Często nie ma w tym wszystkim miejsca na szczerą i spokojną rozmowę. Z drugiej strony można powiedzieć, że nikt nie zostaje tutaj sam. Zawsze może liczyć na wsparcie rodziny, bez względu na to, czego się dopuścił i w jaki sposób zachował. Jest to też powieść o dokonywaniu trudnych wyborów. Jeśli zrobiło się pierwszy krok, to należy iść dalej, zamiast się wycofywać, choć drży się ze strachu o to, co stanie się następnego dnia.

W powieści Santa Montefiore sporo miejsca poświęca na piękną, choć trudną miłość, która tak naprawdę nie ma szans, aby się spełnić. Są bowiem ludzie, którzy nie dopuszczą do tego, żeby komuś innemu żyło się lepiej, niż im samym. Zazdrość, zawiść, upokarzanie i wywyższanie się nad innymi przesłaniają wszystko, co dobre i piękne. Nie zawsze też to, czego pragnie się najbardziej na świecie zapewni szczęście na wieki. Czasami bowiem można jedynie kogoś bardzo skrzywdzić, myśląc, że chce się dla tej osoby jak najlepiej. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wyrzuty sumienia z powodu utraty zaufania kogoś bardzo bliskiego. Jak gdyby tego było mało, pojawia się także tajemnica skrywana od wielu lat nie dająca spokoju tym, których dotyczy. Nie jest łatwo bowiem powierzyć swoją przeszłość nawet najbliższym, których bardzo się kocha, darzy zaufaniem i szanuje.

Dom nad morzem to naprawdę piękna powieść obyczajowa, która wciąga już od pierwszej strony. Trudno jest się od niej oderwać, dopóki nie pozna się zakończenia. Santa Montefiore sprawia, że po przeczytaniu każdej jej książki czuję się, jakbym właśnie wróciła z jakiegoś innego świata. Tym razem było podobnie. Myślę, że niektórzy czytelnicy znają już tę powieść, a tych, którym jest obca zachęcam do jej przeczytania. Myślę, że nie powinniście się rozczarować, jeśli lubicie dobrze napisane powieści obyczajowe z nutką tajemniczości i delikatnym wątkiem kryminalnym. 










czwartek, 9 czerwca 2016

Wiesława Bancarzewska – „Noc nad Samborzewem” # 3
















Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2015





Kiedy kilka lat temu pisałam swoją blogową powieść Literackie podróże Weroniki, wówczas w myślach mojej bohaterki często dominował strach przed przeniesieniem się w czasy, w których rozgrywałby się jakiś militarny konflikt. Siedemnastoletnia Weronika obawiała się, że – znając historię – nie zniosłaby na przykład realiów drugiej wojny światowej. Wolała żyć w średniowieczu, niż choćby jedynie przez chwilę być świadkiem okrucieństwa faszystowskiego okupanta wobec jego ofiar. Wiedziała, że nie zniosłaby widoku ulicznych egzekucji, aresztowań niewinnych ludzi, a już na pewno nie dałaby rady funkcjonować w Auschwitz-Birkenau. Na szczęście nic takiego się nie stało. Literatura okazała się łaskawa i Weronika nigdy nie trafiła do roku 1939, ani też do pierwszej połowy lat 40. XX wieku.

Myślę, że – podobnie jak moja powieściowa bohaterka – nikt z nas będących przy zdrowych zmysłach nie chciałby żyć w czasach, gdzie na każdym kroku czai się śmierć, a głód i strach nie pozwalają zasnąć. O ile Weronika Świtalska miała szczęście, o tyle Anna Duszkowska-Obrycka nie mogła już tego samego o sobie powiedzieć. Wiesława Bancarzewska odpowiedzialna za losy swojej powieściowej bohaterki postanowiła, że Anna jednak przeżyje drugą wojnę światową i doświadczy wszechogarniającego strachu przede wszystkim o swojego męża i kilkuletnią córeczkę. O siebie nie musiała się martwić, bo przecież w każdej chwili mogła skorzystać z zaczarowanego obrazu z modrzewiem i znaleźć się w swoim toruńskim mieszkaniu w bezpiecznym dwudziestym pierwszym wieku.

Po Nałęczowie i Annopolu Wiesława Bancarzewska proponuje czytelnikowi podróż do fikcyjnego Samborzewa – miasteczka położonego w okolicy Inowrocławia. Lecz zanim tam trafimy, jeszcze przez pewien czas jesteśmy w równie fikcyjnym i znanym już nam Annopolu (nie mylić z Annopolem w województwie lubelskim). To przecież tam Anna osiedliła się wraz z mężem Aleksandrem Obryckim i ich córeczką Walentynką. Aleksander pracował jako zarządca annopolskiego majątku i gdyby nie wybuch wojny zapewne cała rodzina nadal żyłaby tam sobie szczęśliwie, nie myśląc o tym, co przyniesie przyszłość. Jest wrzesień roku 1939, co oznacza, że Polskę atakują Niemcy i wybucha wojna, o której konsekwencjach wie jedynie Anna Obrycka. Jej mąż dostaje wezwanie do wojska i w związku z tym wyjeżdża z Annopola nie wiadomo na jak długo. Nie wiadomo też gdzie przyjdzie mu walczyć z wrogiem i czy w ogóle jeszcze kiedyś wróci do swojej ukochanej Ani i ich córeczki.  



Słowa orędzia prezydenta Ignacego Mościckiego (1867-1946),
które Polacy usłyszeli w dniu wybuchu drugiej wojny światowej. 


Po kilku dniach do Annopola wkraczają Niemcy, którzy muszą przecież gdzieś mieszkać, szczególnie jeśli chodzi o wysokich rangą żołnierzy. Tak więc bardzo szybko dom, w którym do tej pory mieszkali Obryccy zostaje zajęty przez jednego z nazistowskich oficerów. Ponieważ Anna – z racji wykształcenia – bardzo dobrze posługuje się niemieckim, praktycznie natychmiast zostaje zatrudniona jako osobista sekretarka Rudolfa von Bruggena. Lepsze to, niż zostać całkiem bez pracy, co w konsekwencji mogłoby się skończyć dla Anny bardzo źle. Jako bezrobotna mogłaby przecież zostać wywieziona do jakiegoś obozu koncentracyjnego. Niestety, zatrudnienie u Niemca wcale nie oznacza, że będzie mogła zostać w annopolskim majątku. Teraz panem na włościach jest Rudolf von Bruggen. W związku z tym Anna Obrycka wraz z Walentynką przeprowadzają się do pobliskiego Samborzewa, gdzie w otoczeniu przyjaciół i wrogów muszą nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości. Wtedy też na drodze Anny Obryckiej staje przystojny kolejarz Dominik Polanisz, który już na samym początku wojny odznacza się wielkim bohaterstwem.

Od tej pory życie Anny Obryckiej będzie toczyć się pomiędzy Samborzewem i Annopolem. Czasami wstąpi też do pobliskiego Wierzbińca, gdzie zawsze znajdzie pomoc i pocieszenie. Oczywiście nie należy też zapominać o współczesnym Toruniu, w którym tak naprawdę toczy się jej prawdziwe życie. Po pewnym czasie okaże się też, że Dominik Polanisz wcale nie traktuje jej jedynie jako przyjaciółki. W miarę upływu czasu Anna staje się dla mężczyzny kimś naprawdę bliskim. Czy zatem jest szansa na miłość? Czy Anna zapomni o swoim ukochanym Olku i zwiąże się z Dominikiem? A może Aleksander już nigdy nie wróci do domu, więc po co zawracać sobie głowę kimś, kto tak naprawdę może zniknąć z jej życia już na zawsze? Wreszcie, czy Anna Obrycka znów stanie się Anną Duszkowską i wróci do swoich czasów? Czy jej życie będzie takie samo, jak przed podróżą w przeszłość i ponownym spotkaniem swoich bliskich, których obecnie nie ma już obok niej?

Akcja trzeciego i zarazem ostatniego tomu trylogii rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Podobnie było w poprzednich dwóch częściach, ponieważ Anna od czasu do czasu wracała do swojego życia we współczesnym Toruniu, choćby jedynie po to, aby móc sprawdzić potrzebne informacje w Internecie czy zabrać jakieś niezbędne rzeczy, których w pierwszej połowie XX wieku jeszcze nie było. Wiadomo, że umieszczanie bohaterów w dwóch rzeczywistościach, które diametralnie różnią się od siebie nie jest łatwe. Trzeba bowiem zachować pewną logikę, aby nie doprowadzić do sytuacji, które czytelnikowi wydadzą się po prostu śmieszne. Żadnej śmieszności bynajmniej nie zauważyłam, ale wydaje mi się, że tragizm drugiej wojny światowej przedstawiony jest zbyt łagodnie. Jestem w tej grupie czytelników, dla których druga wojna światowa to wręcz świętość, natomiast w beletrystyce zawsze zwracam uwagę na poziom jej dramatyzmu. Zawsze powtarzam, że nie wszyscy Niemcy byli katami, ale ci dobrzy to tylko jednostki, zaś większość niestety mordowała nas z zimną krwią i nic nie mogło tego zmienić. Mało tego. Oni czuli satysfakcję z tego, że ich ofiary umierają ze strachu na sam ich widok. Każdy mord stanowił dla nich niemałą rozrywkę.

Apolinary Jankowski 
Skoro już wspomniałam o „rozrywkowym” zachowaniu esesmanów, to chcę zwrócić uwagę na pewne wydarzenie, które Autorka opisała w powieści. Otóż była to tak zwana Krwawa niedziela w Inowrocławiu, czyli innymi słowy masakra więźniów przebywających w zakładzie karnym w Inowrocławiu. Zbrodnia ta miała miejsce w nocy z 22 na 23 października 1939 roku. Wtedy to z rąk esesmanów, którym przewodzili Otto Christian Hirschfeld (1909-?) i Hans Ulrych Jahnz (?-1945) zginęło pięćdziesięciu sześciu niewinnych Polaków, w tym prezydent Inowrocławia Apolinary Jankowski (1899-1939) oraz jego zastępca Władysław Juengst (?-1939), a także wójt gminy Inowrocław-Zachód Mieczysław Eckert (1897-1939). Esesmani mordowali tych ludzi dla zwykłej przyjemności jedynie oraz własnego widzimisię. To potworne wydarzenie poprzedziła alkoholowa libacja. Ci, którym jakimś cudem udało się przeżyć, tak wspominali mord na współwięźniach:

Kazano nam stać w drzwiach cel otwartych, twarzą zwróconą w ich ciemne wnętrze. Wywoływano nazwiska, sprowadzano więźniów na parter do holu-areny, wszystko w pośpiechu, wśród gradu przekleństw i kopnięć. Na dole rozpoczęły się przesłuchy: Jak się nazywasz, ty psie? Nim padła odpowiedź, waliło się ciało głuchym łoskotem na posadzkę, uderzone kolbą lub rękojeścią rewolweru w szczękę i ogłuszone.

Drugą kwestią, którą chcę poruszyć w związku z powieścią jest współczesny polski antysemityzm i to często wyrażany przez tych, którzy tak naprawdę nie mają bladego pojęcia o tym, o czym mówią, szczególnie mam na myśli ludzi młodych niemających dostatecznej wiedzy, aby być zobligowanymi do wypowiadania się na tak trudne tematy. Cieszę się, że Wiesława Bancarzewska zdecydowała się poruszyć tę kwestię w swojej książce. Zawsze, kiedy do moich uszu docierają antysemickie teksty wypowiadane przez Polaków, żałuję, że nie można tych ludzi choć na chwilę przenieść do obozu Auschwitz-Birkenau, aby zobaczyli na własne oczy co się wtedy działo. Jestem przekonana, że umarliby ze strachu na sam widok ówczesnych komór gazowych czy pieców krematoryjnych, nie mówiąc już o spotkaniu jednego czy drugiego esesmana znęcającego się nad niewinnymi ludźmi.

Podczas gdy w poprzednich tomach trylogii jedynie Anna Duszkowska-Obrycka przemieszcza się pomiędzy dwoma światami, tym razem Wiesława Bancarzewska zdecydowała się też na przeniesienie jednego z pozostałych bohaterów do czasów współczesnych Annie. Może nie do końca owa postać radzi sobie w zgoła odmiennej rzeczywistości, ale bardzo szybko się uczy i w gruncie rzeczy wcale nie wygląda to źle. Jest trochę zabawnie i wydaje się, że tak mogłoby już zostać. Autorka zadbała również o wplecenie do fabuły autentycznych historycznych wydarzeń, czego przykładem jest wspomniana wyżej Krwawa niedziela. Ten zabieg bardzo mi się podoba.

W moim odczuciu Noc nad Samborzewem doskonale zamyka trylogię o Annie Duszkowskiej. Zakończenie chwyta za serce. Poza tym, jeśli ktoś twierdzi, że jest ono mało wiarygodne, to pragnę w tym miejscu przypomnieć książkę pisarza o międzynarodowej sławie, którym jest Francuz Guillaume Musso. Powieść nosi tytuł Będziesz tam?, w której Autor praktycznie w identyczny sposób rozwiązuje powrót głównego bohatera do czasów współczesnych. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że każda powieść z elementami fantastyki nigdy nie będzie do końca wiarygodna. Tam zawsze znajdą się wydarzenia, które w realnym świecie okażą się niemożliwe do zaistnienia. Na koniec mogę już tylko dodać, że generalnie cała trylogia bardzo mi się podobała.










wtorek, 7 czerwca 2016

Philippa Gregory – „Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej”














Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2016
Tytuł oryginału: The Timing of the Queen
Przekład: Urszula Gardner



Katarzyna Parr (ok. 1512-1548) – szósta żona Henryka VIII Tudora (1491-1547), troskliwa macocha, opiekuńcza małżonka, wierna towarzyszka życia. Niemniej pod jej zewnętrznym spokojem kryły się głębokie namiętności do nauki, religijnych reform oraz mężczyzny, którego zmuszona była opuścić. Zanim poślubiła angielskiego króla, Katarzyna Parr była dwukrotnie zamężna, co sprawiło, że nie zachowywała się jak kapryśna nastolatka. Była rozsądna, dobrze wykształcona, dobrze urodzona i odważna. Gdy przyszła wiadomość o matrymonialnych zamiarach króla wobec jej osoby, nie było możliwości, aby odrzucić wybór Henryka. Jak na tamte trudne czasy, jedyną wadą Katarzyny Parr był jej zapał do reform religijnych, o czym miała się boleśnie przekonać w ciągu najbliższych lat swojego życia. Nawet królewski kanclerz Thomas Wriothesley, 1. hrabia Southampton (1505-1550) miał pewnego razu powiedzieć, że Henryk „nigdy nie miał bliższej sercu żony.”

Katarzyna Parr nigdy nie marszczyła brwi niczym intelektualistka. Była najwyższą spośród wszystkich żon Henryka VIII Tudora. Wyróżniała się rudawo-złotymi włosami i piwnymi oczami. Znana była także ze swojej miłości do klejnotów, eleganckich francuskich i włoskich sukien oraz butów (rzekomo w ciągu jednego roku miała zamówić aż czterdzieści siedem różnych par!). Kiedy Henryk zwrócił na nią uwagę po raz pierwszy, Katarzyna miała już trzydzieści jeden lat. Nie odznaczała się bynajmniej wyjątkową urodą, lecz w zamian charakteryzowała ją wielka godność. Reputacja Katarzyny Parr opierała się na uprzejmości oraz dobrej woli. Poddano ją także swego rodzaju próbie, którą przeszła wzorowo. Henryk VIII zalecał się do niej jeszcze za życia jej drugiego męża Johna Neville’a, 3. barona Latimer (1493-1543), który był od niej prawie dwadzieścia lat starszy. Przez jakiś czas Katarzyna sumiennie się nim opiekowała. Pierwszego męża – Edwarda Borougha (?-1530) – straciła, mając dwadzieścia lat. Wtedy też przetrzymywana była w areszcie domowym przez rebeliantów z Północy. Rok później zmarła jej matka Maud (Green) Parr (1492-1531). Swoją odwagą zadziwiała innych i niewielu mogło równać się z nią pod tym względem.

Katarzyna Parr
Portret został namalowany w 1545 roku.
Autor nieznany
Matka Katarzyny Parr była damą dworu Katarzyny Aragońskiej (1485-1536), co może świadczyć o tym, że późniejsza królowa Anglii pobierała nauki na dworze razem z księżniczką Marią (1516-1558), młodszą od Katarzyny o cztery lata. Po śmierci męża i ojca Katarzyny, lady Parr odrzuciła wszystkie oferty małżeństwa, aby skupić się na edukacji i wychowaniu swoich dzieci. Jako mała dziewczynka, Katarzyna uczyła się od matki francuskiego i po jakimś czasie już biegle posługiwała się językiem ówczesnej dyplomacji. Z kolei jako dorosła kobieta nauczyła się włoskiego, potrafiła też czytać i pisać po łacinie. Poznała również język grecki. W czasach, gdy edukacja nawet dobrze urodzonych kobiet była w najlepszym wypadku szczątkowa, miłość Katarzyny Parr do nauki i erudycji uczyniła ją kobietą wyróżniającą się z tłumu. Od czasu Katarzyny Aragońskiej i Anny Boleyn (ok. 1507-1536) Anglia nie miała tak dobrze wykształconej królowej.

Wychowana przez matkę, Katarzyna Parr widziała Boga we wszystkich życiowych sprawach, zarówno w tych dużych, jak i małych. Faworyzowała reformatorską ideę arcybiskupa Canterbury Thomasa Cranmera (1489-1556), który sądził, że Katarzyna u boku króla będzie w stanie wywrzeć na nim presję, aby ten agresywnie rozprawił się z resztkami katolików. Ulubioną rozrywką królowej było dyskutowanie na tematy religijne. Jeszcze jako lady Latimer aktywnie przewodniczyła spotkaniom religijnych myślicieli. Jej zainteresowania wywierały spory wpływ na ogół społeczeństwa, zaś kiedy została żoną Henryka VIII Tudora, stanowiły zagrożenie dla jej życia.

Rodzina Katarzyny Parr wywodziła się z dobrze skoligaconego stanu szlacheckiego, której korzenie sięgały terenów Anglii Północnej. Jej ojciec – sir Thomas Parr (ok. 1483-1517) – był towarzyszem Henryka VIII Tudora i twierdził, że wywodzi się od Edwarda III Plantageneta (1312-1377). Matka – lady Maud Parr – była spadkobierczynią hrabstwa Northamptonshire. W dodatku służyła na dworze królowej Katarzyny Aragońskiej. Niektórzy historycy twierdzą wręcz, że Katarzyna Parr otrzymała imię właśnie na część pierwszej żony Henryka VIII Tudora. Z kolei brat Katarzyny Parr – William, 1. markiz Northampton, 1. hrabia Essex i baron Parr (1513-1571) – został odznaczony Orderem Podwiązki. Młodsza siostra Katarzyny – Anna (1515-1552) – dołączyła do jej dworu i tam znalazła męża ze szlacheckiego rodu, który został członkiem Tajnej Rady. Wuj Katarzyny Parr – William Parr, (1483-1547), zwany lordem Chamberlain – został natomiast uhonorowany tytułem 1. barona Horton. Jak widać, szósta żona Henryka VIII Tudora nie wywodziła się bynajmniej z byle jakiego rodu, co oczywiście miało ogromne znaczenie przy wyborze jej osoby na kolejną królową Anglii.

Inny portret Katarzyny Parr
nieznanego autora, który

został namalowany w XVI wieku.
Początkowo sądzono, że jest
to wizerunek Jane Grey
(1537-1554)
Przeszłość Katarzyny Parr nie stanowiła dla króla żadnego kłopotu, lecz znacznie bardziej martwiła jej przyszłość jako królowej. W jej życiu pojawił się bowiem sir Thomas Seymour (ok. 1508-1549), który był bratem zmarłej królowej Jane Seymour (ok. 1509-1537) oraz wujem spadkobiercy angielskiego tronu księcia Edwarda (1537-1553). W dodatku był wyjątkowym kobieciarzem i nadzwyczajnym intrygantem. Po śmierci drugiego męża Katarzyny Parr – lorda Latimera – nawiązał z przyszłą królową romans. Uczucie to było tak poważne, że obydwoje myśleli nawet o małżeństwie. Niemniej skoro tylko Henryk VIII zainteresował się osobą Katarzyny i wyraził chęć poślubienia jej, związek ten musiał odejść w zapomnienie. Henryk za żadne skarby świata nie zniósłby przecież rywala w łożu swojej żony. Poza tym sumienie Katarzyny nie pozwalało jej na zdradę małżeńską.

Doskonale też znała los swoich poprzedniczek, aby wiedzieć, że nie wolno jej popełnić błędu na tym polu, jeśli pragnie zachować głowę na swoim miejscu. W tej sytuacji król bardzo szybko wysłał swojego szwagra z misją dyplomatyczną do Brukseli. Choć Katarzyna zgodziła się zostać żoną Henryka VIII, to jednak Thomas Seymour nigdy tak do końca nie zniknął z jej życia. Wciąż był obecny w jej myślach i marzeniach.

Wybór Katarzyny Parr na kolejną angielską królową miał niezwykle dramatyczne tło. Egzekucja Katarzyny Howard (1522-1542) wpędziła Henryka VIII w głęboką depresję. Hiszpański ambasador Eustachy Chapuys (ok. 1492-1556) żartował wtedy, że: „smutek Henryka ma więcej wspólnego z faktem, że po raz pierwszy król stracił żonę bez jednoczesnego zalecania się do kolejnej kobiety, niż z samą śmiercią Katarzyny Howard.” Poza tym pięćdziesięciodwuletni monarcha bardziej potrzebował towarzyszki życia, niż niewiasty do seksualnych ekscesów. Nie wiadomo w jaki sposób Henryk VIII wpadł na pomysł, aby zabiegać o względy Katarzyny Parr. Niemniej znał ją od czasu, kiedy jeszcze była dzieckiem. Ojciec Katarzyny był jednym z jego pierwszych towarzyszy, a matka – jak już wspomniałam – była damą dworu pierwszej żony Henryka. Tak naprawdę było wówczas niewiele kobiet szlacheckiego pochodzenia, które mogłyby rywalizować z Katarzyną o tron Anglii. Po wykonaniu wyroku śmierci na Katarzynie Howard, kilku dworzan było gotowych podsunąć pod nos króla swoje córki, aby ten mógł sobie którąś z nich wybrać. Prawo wymagało też, aby kobiecie przeznaczonej na narzeczoną dla króla nie można było zarzucić niczego złego. Jej przeszłość musiała być wolna od skandalicznych romansów, których trudno było uniknąć na rozwiązłym dworze Tudora. Dlatego też rozsądna wdowa była doskonałym wyborem. Poza tym była też pobożna, godna zaufania, pasjonowała się muzyką i nauką, zaś artretyczny król był już bardzo zmęczony swoimi miłosnymi podbojami. Tak więc ślub Katarzyny Parr i Henryka VIII Tudora odbył się w dniu 14 lipca 1543 roku w komnatach królowej w pałacu Hampton Court. Niektóre źródła podają, że było to 12 lipca 1543 roku. 

Thomas Seymour
Portret został namalowany pomiędzy
1545 a 1549 rokiem.
autor: Nicholas Denisot (1515-1559)
Swoją powieść Philippa Gregory rozpoczyna w momencie, gdy Henryk VIII jest już przekonany o tym, że kwestią czasu jest poślubienie Katarzyny Parr. Zaleca się do niej na tyle, na ile może. Jest już stary i schorowany. Rana na nodze coraz bardziej mu doskwiera. Wydaje się też, że przestał zupełnie dbać o siebie. Roztacza wokół nieprzyjemny zapach zgnilizny. Wygląda na to, że rozkłada się już za życia. Oczywiście nie wolno nawet o tym myśleć, a co dopiero mówić głośno. Przecież to zdrada stanu! Tak więc dworzanie wciąż mu nadskakują i zapewniają o jego doskonałym stanie zdrowia i sile fizycznej. Nawet medycy robią dobrą minę do złej gry. Przecież nikt nie chce trafić do Tower, a potem na szafot! W związku z tym pomimo że doskonała fizyczna aparycja króla odeszła już dawno w zapomnienie, to jednak całe otoczenie Henryka kłamie jak z nut. Dwór Tudora jest pełen hipokrytów, którzy przez lata przebywania na nim doszli do perfekcji w umiejętności łgania na zawołanie.

Jak można sobie łatwo wyobrazić, Katarzyna Parr nie jest zachwycona propozycją małżeństwa z królem. Niestety, nie ma wyboru. Ileż można odwlekać coś, co i tak jest nieuniknione? Ileż można kłamać, że najpierw musi „naradzić” się z Bogiem w kwestii podjęcia właściwej decyzji? Przecież wiadomo, że i tak zgodzi się na poślubienie angielskiego monarchy, a potem każdego dnia będzie drżała ze strachu o swoje bezpieczeństwo. Nikt bowiem nie jest w stanie przewidzieć, co nagle przyjdzie Henrykowi do głowy. Może któregoś dnia zapragnie ożenić się powtórnie? A wtedy Katarzyna będzie mu jedynie kulą u nogi, której należałoby się jak najszybciej pozbyć. Każdy wie, w jaki sposób Henryk pozbywa się swoich żon. W dodatku są jeszcze doradcy króla, którzy co jakiś czas podszeptują mu rozmaite rozwiązania, zaś sam monarcha uwielbia, kiedy na dworze dzieje się coś ciekawego i gdy jego ludzie walczą ze sobą wzajemnie. Tak jest i tym razem. Wszystko kręci się wokół religii i polityki zagranicznej. Pamiętajmy, że Henryk VIII Tudor zerwał wszelkie stosunki z Watykanem i ogłosił sam siebie głową angielskiego Kościoła. Od wielu lat to on ustanawia prawdy wiary, według których jego poddani muszą żyć. Z drugiej strony jednak Henryk nie jest stały w swoich postanowieniach, więc może okazać się nagle, że obowiązująca jeszcze wczoraj reforma religijna, dziś nie ma już żadnego znaczenia.

Arcybiskup Thomas Cranmer, u którego
Katarzyna Parr znajdowała zrozumienie
dla swoich poglądów religijnych.
Philippa Gregory przedstawia Katarzynę Parr podobnie, jak robią to historycy. Królowa jest mądra, wykształcona i praktycznie całą swoją uwagę zwraca ku religijnym pismom, które sama tłumaczy. Wokół siebie skupia kilka oddanych dam dworu, które w zaciszu komnat królowej chętnie dyskutują na tematy religijne. Po swojej stronie Katarzyna ma Thomasa Cranmera, lecz mimo to musi być czujna, bo przecież wróg może czaić się wszędzie, nawet tam, gdzie najmniej się tego spodziewa. Królowa zaprzyjaźnia się z Anną Askew (1521-1546), która charakteryzuje się nie tylko niezwykłą mądrością w kwestii religii, ale też odwiedza Katarzynę w jej komnatach, gdzie wygłasza swoje kazania. Jest to bardzo niebezpieczne i może skończyć się naprawdę źle. 

Na kartach powieści szósta żona Henryka VIII Tudora wykazuje się niezwykłą odwagą. Jest też sprytniejsza, aniżeli jej poprzedniczki. Możliwe, że jest jej łatwiej, ponieważ król wciąż cierpi, a jego stan zdrowia z każdym dniem jest coraz gorszy, co niekiedy przyprawia monarchę o irytację. Z drugiej strony jednak w porównaniu ze swoimi poprzedniczkami, Katarzyna jest chyba najbardziej poniżaną żoną Henryka. Nawet Katarzyna Aragońska, wyparta przez Annę Boleyn i zamknięta w mrocznym zamczysku na pewną śmierć, nie doświadczyła takiego upokorzenia, jak właśnie Katarzyna Parr. Obecna królowa stale żyje bowiem w cieniu Jane Seymour, którą król ukochał ponad wszystko za to, iż dała mu syna. Nie wiadomo jednak jak potoczyłyby się jej losy, gdyby nie zmarła w połogu.

Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej to powieść, w której Philippa Gregory kreśli portret Katarzyny Parr z niezwykłą dokładnością. Ukazuje królową, która w każdej chwili może zostać ofiarą spisku. Na dworze funkcjonują bowiem dwa zwalczające się nawzajem obozy, zaś sam król jedynie podsyca palący się ogień sporu i wygląda na to, że bawi się przy tym doskonale. W dodatku jest jeszcze Thomas Seymour, który stale zaprząta myśli królowej. Monarchini musi wciąż uważać, aby nie zdradzić się ze swoimi uczuciami do ukochanego. Na dworze Tudora nigdy nie było bezpiecznie. Trudno więc zrozumieć, dlaczego niemalże każdy, kto pochodził ze szlacheckiego rodu pragnął na tym dworze przebywać. Czyżby chęć wywierania wpływu na Henryka i zdobywania jego uznania była aż tak silna? Czyżby była ona silniejsza niż strach o własne życie i życie bliskich?

Katolicki biskup Stephen Gardiner
(1483-1555) – wciąż miał nadzieję, że
Henryk wróci na łono Kościoła Katolickiego
i na powrót zwiąże się z Watykanem.
Philippa Gregory próbuje pokazać też, że Henryk VIII Tudor żywił jednak jakieś głębsze uczucia wobec Katarzyny Parr. Natomiast z drugiej strony, kiedy przyjrzymy się, w jaki sposób postępował z królową dla zwyczajnej rozrywki, trudno jest sobie wyobrazić, że faktycznie ją kochał. On chyba nie był w stanie kochać nikogo innego oprócz siebie. To egoista, któremu wciąż trzeba było nadskakiwać i pochlebiać. W obecności Henryka należało zaklinać rzeczywistość i nie dać po sobie poznać, że tak naprawdę myśli się zupełnie inaczej. Co ważne, Katarzyna Parr to jedyna królowa, która potrafiła zjednoczyć całą królewską rodzinę. Nie robiła różnicy pomiędzy córkami króla, zaś dla małego księcia była troskliwą matką. Tak, matką, a nie macochą, która toleruje dzieci Henryka jedynie z obowiązku.

Na koniec nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko zachęcić czytelników do sięgnięcia po Ostatnią żonę Tudora. Jak wiadomo, książki Philippy Gregory zawsze mnie zachwycają, dlatego też nigdy nie znajduję w nich niczego, co zasługiwałoby na krytykę. Tak więc tę powieść również polecam każdemu, kto pasjonuje się historią Anglii i dynastią Tudorów. To porywający obraz królowej, o której chyba trochę zapomniano, poświęcając znacznie więcej uwagi poprzednim żonom Henryka VIII Tudora, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę beletrystykę historyczną. Cieszy zatem fakt, że Philippa Gregory postanowiła uzupełnić swój powieściowy cykl o dynastii Tudorów o powieść poświęconą tej wyjątkowej postaci. 















sobota, 4 czerwca 2016

Wiesław Kielar – „Życie toczy się dalej” # 3














Wydawnictwo: ATUT
Wrocław 2004
Przedmowa: Leszek Mazan





W drugiej połowie 1944 roku, kiedy Armia Czerwona zaczęła odnosić sukcesy militarne na froncie i stopniowo zbliżała się do granic nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau, władze SS zdecydowały wywieźć do obozów znajdujących się w Trzeciej Rzeszy około sześćdziesiąt pięć tysięcy więźniów. W tym samym czasie kierownictwo Auschwitz-Birkenau rozpoczęło także zacieranie śladów swojej bestialskiej działalności wobec niewinnych ludzi. Zaczęto więc palić wszelkiego rodzaju dokumenty, wśród których znajdowały się przede wszystkim kartoteki oraz spisy więźniów. Likwidowano doły zawierające ludzkie prochy, jak również rozebrano budynek krematorium IV, który został zniszczony podczas buntu Sonderkommando, czyli oddziału stworzonego do wykonywania specjalnych zadań eksterminacyjnych wobec społeczności pochodzenia żydowskiego.

Do wysadzenia przygotowano także pozostałe budynki krematoryjne, zaś z komór gazowych i pieców krematoryjnych II i III wymontowano urządzenia oraz instalacje, które potem częściowo wywieziono w głąb Trzeciej Rzeszy. Natomiast w krematorium V aż do połowy stycznia 1945 roku palono ciała zamordowanych więźniów. Do Niemiec wywożono też materiały budowlane, jak i zgromadzone w magazynach Kanady przedmioty zrabowane pomordowanym Żydom. Dla przypomnienia dodam, że Kanadą w obozowej gwarze określano zarówno robocze komando zajmujące się sortowaniem rzeczy osobistych odebranych więźniom oraz Żydom przywiezionym na śmierć w komorach gazowych, jak również baraki znajdujące się na terenie obozu, w których gromadzono i selekcjonowano owe rzeczy jeszcze przed ich wywózką do Niemiec. Niemniej działaniom tym w styczniu 1945 roku towarzyszył niezwykły pośpiech, a także zbliżająca się w dość szybkim tempie sowiecka ofensywa. Fakt ten spowodował, że Niemcy nie zdołali pozbyć się wszystkich śladów ludobójstwa i wywieźć całego zrabowanego więźniom mienia.



Riuny wysadzonego w 1945 roku przez Niemców krematorium w Birkenau
fot. Sharx (Creative Commons)


W dniu 12 stycznia 1945 roku Armia Czerwona rozpoczęła szarżę nad środkową Wisłą, co spowodowało przełamanie niemieckiej linii obrony. W momencie, gdy jednostki sowieckie zbliżyły się w okolice Krakowa – miasta odległego od Oświęcimia o jakieś siedemdziesiąt kilometrów – władze SS zadecydowały o całkowitej ewakuacji Auschwitz-Birkenau. Tak więc w dniach pomiędzy 17 a 21 stycznia esesmani wyprowadzili z obozu oraz podobozów około pięćdziesiąt sześć tysięcy więźniów, których zmusili do przejścia kilkudziesięciu kilometrów w niezwykle trudnych warunkach zimowych. Główne trasy tego morderczego marszu prowadziły do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, a stamtąd więźniowie zostali wywiezieni pociągami do innych obozów koncentracyjnych. Wśród tych więźniów byli i tacy, którzy całą drogę do miejsca przeznaczenia pokonali pieszo. Było to między innymi trzy tysiące więźniów podobozu Neu-Dachs znajdującego się w Jaworznie. Esesmani zmusili ich do przejścia dwustu pięćdziesięciu kilometrów do niemieckiego obozu Groß-Rosen mieszczącego się na terenie Dolnego Śląska. Jedynie niewiele ponad dwa tysiące więźniów z podobozów Laurahütte (Siemianowice Śląskie) i Eintrachthütte (Świętochłowice) zostało wywiezionych w dniach 23 i 24 stycznia pociągami bezpośrednio do Austrii do nazistowskiego obozu Mauthausen.

Podczas ewakuacji Auschwitz-Birkenau esesmani strzelali do więźniów, którzy tracili siły i nie byli już w stanie kontynuować morderczego marszu. Mordowali również tych, którzy usiłowali uciec. Na terenie Górnego i Opolskiego Śląska życie straciło około trzech tysięcy ludzi, natomiast szacuje się, iż podczas całej ewakuacji śmierć poniosło od dziewięciu do piętnastu tysięcy więźniów obozu. W tym samym czasie z obozu uciekali także sami esesmani wraz ze zrabowanym mieniem i częścią obciążających ich dokumentów. Niemniej większość akt palona była w piecach biur obozowych albo w ogniskach rozpalanych przed blokami. Pośpiech, który towarzyszył temu działaniu, jak również brak nadzoru nad załogą obozu sprawiły, że esesmanom nie udało się zniszczyć wszystkiego. 

Naziści przed bramą obozu
w Oranienburgu 
Wiesław Kielar (1919-1990) nie widział już tego wszystkiego, ponieważ znalazł się w grupie więźniów, którzy jako pierwsi opuścili obóz w połowie 1944 roku. Tym razem jego miejscem przeznaczenia okazał się nazistowski obóz koncentracyjny w Trzeciej Rzeszy znajdujący się w Sachsenhausen. Dziś niegdysiejsza miejscowość stanowi dzielnicę Oranienburga. Pierwszy barak obozu został postawiony już w dniu 12 lipca 1936 roku rękami pięćdziesięciu więźniów przeniesionych tam z obozu koncentracyjnego w Esterwegen w Dolnej Saksonii. Z kolei w sierpniu i wrześniu 1936 roku do Sachsenhausen trafili kolejni więźniowie z Esterwegen, a było ich dziewięciuset. Zostali oni zmuszeni do budowy obozu. W związku z brakiem jedzenia oraz niewiarygodnymi okrucieństwami ze strony esesmanów, większość więźniów w niedługim czasie zmarła. Pod koniec września KL Sachsenhausen był już gotowy i wtedy też przywieziono tam pierwszych więźniów politycznych.

Obok drewnianych baraków znajdowało się tam również kilka budynków z cegły, w których zamieszkali oficerowie SS. Było także kilka fabryk, gdzie zmuszano więźniów do niewolniczej pracy ponad siły. Przed wybuchem drugiej wojny światowej większość przebywających tam więźniów stanowili niemieccy komuniści lub niemieccy Żydzi. Tuż po Kryształowej Nocy w Sachsenhausen zostało uwięzionych tysiąc ośmiuset Żydów, którzy następnie zostali zamordowani. We wrześniu 1939 roku w Niemczech aresztowano tysiące komunistów, socjaldemokratów oraz byłych przywódców związkowych. Pięć tysięcy z nich przewieziono do Sachsenhausen wraz z około tysiącem Żydów. Pod koniec września w obozie znajdowało się już ponad osiem tysięcy więźniów. W listopadzie 1939 roku liczba ta dramatycznie wzrosła do ponad jedenastu tysięcy. W tym czasie zanotowano też pierwsze przypadki tyfusu. Ponieważ esesmani odmówili więźniom jakiejkolwiek opieki medycznej i dostarczania pożywienia, w ciągu kolejnych tygodni setki więźniów zmarło. Do kwietnia 1940 roku zmarłych palono już w krematoriach zainstalowanych w oddalonym o trzydzieści pięć kilometrów Berlinie. Niemniej już w kwietniu w Sachsenhausen powstało pierwsze krematorium.

Podobnie jak we wszystkich innych hitlerowskich obozach koncentracyjnych, tak i w Sachsenhausen warunki były niezwykle barbarzyńskie. Każdego dnia dokonywano egzekucji przez rozstrzelanie lub powieszenie. Z przywiezionych tam trzystu dwudziestu polskich więźniów ocalało trzydziestu trzech. Z kolei w maju 1942 roku esesmani zamordowali osiemdziesięciu ośmiu holenderskich cywilów. Kilka tygodni po inwazji nazistów na Związek Sowiecki, tysiące radzieckich więźniów wywieziono do Sachsenhausen. Większość z nich została zabita przez rozstrzelanie lub zmarła na skutek bicia, powieszenia, tortur czy głodu.

W dniu 31 stycznia 1942 roku władze SS zmusiły więźniów do budowy tak zwanej Stacji Z. Ta nowa instalacja powstała celem eksterminacji więźniów. W dniu 29 maja 1942 roku esesmani zaprosili do obozu kilkunastu wysokich rangą nazistowskich urzędników w celu uroczystego otwarcia Stacji Z.  Aby pokazać, w jaki sposób działa to nowoczesne urządzenie esesmani wybrali dziewięćdziesięciu sześciu Żydów, których zabito przez rozstrzelanie. W marcu 1943 roku do Stacji Z została dodana komora gazowa, którą używano aż do końca wojny. Liczba zagazowanych tam ofiar nie jest znana, ponieważ transporty przeznaczone do gazu nie były rejestrowane w wykazach wjazdowych do obozu.


Pozostałości po krematorium w obozie Sachsenhausen w Oranienburgu 
fot. Sally Scott


W 1944 roku i na początku roku 1945, ze względu na militarne działania aliantów, liczba więźniów dramatycznie wzrosła. W dniach 20 i 21 kwietnia 1945 roku, na skutek działań Armii Czerwonej, trzydzieści trzy tysiące więźniów zostało zmuszonych do opuszczenia obozu w Marszu Śmierci. W każdej grupie znajdowało się czterystu więźniów. Esesmani planowali wsadzić ich na pokłady statków, a następnie je zatopić. Podczas Marszu Śmierci tysiące więźniów zmarło. Natomiast ci, którzy byli zbyt słabi, aby iść, zostali rozstrzelani. Ostatecznie obóz został wyzwolony przez Armię Czerwoną 22 kwietnia 1945 roku. Wtedy też sowieccy żołnierze znaleźli w obozie jedynie trzy tysiące ocalałych, wśród których było tysiąc czterysta kobiet. Większość więźniów była głodna, chora i zbyt słaba, aby móc powitać swoich wyzwolicieli. Podobnie jak miało to miejsce w innych obozach, tak i tutaj brakowało opieki medycznej, dlatego też wielu więźniów zmarło już kilka dni po odzyskaniu wolności. Obecnie w Sachsenhausen znajduje się muzeum, do którego bardzo łatwo dostać się prosto z Berlina.

Już na samym początku pobytu w Sachsenhausen Autor przeżył piekło. Cierpiał głód, był chory, ale mimo to nie poddawał się. Miał obok siebie kolegów, z którymi spędził pięć lat w Auschwitz. Wśród nich byli także chłopcy z Jarosławia. Oni wszyscy starali się trzymać razem. I chyba właśnie ta bliskość sprawiła, że się nie poddawali i wciąż wierzyli, że koniec wojny jest już bliski, a im jakimś cudem uda się przeżyć. Potrafili też kombinować, aby nie dać się zabić. Ponieważ byli więźniami-weteranami znali już na pamięć zasady panujące w obozach koncentracyjnych i wiedzieli, że esesmanom się nie ufa. Wiedzieli, że kiedy esesman mówi, iż każdy, kto zgłosi się na ochotnika do wymarszu ocaleje, wówczas okaże się, że tak naprawdę w najbliższym lesie zostanie rozstrzelany. Może to wydawać się dziwne, ale Wiesław Kielar i jego towarzysze niedoli woleli zostać w obozie, niż iść w nieznane, aby rzekomo odzyskać wolność.

Czesława Romana Puzon ps. Baśka
(1919-1944)

Jarosławianka, która zginęła z rąk gestapo.
Do dziś jest znaczącą postacią w historii miasta.
Wspomina o niej również Wiesław Kielar.
Do Autora niniejszej książki wyzwolenie przyszło 2 maja 1945, ponieważ znalazł się on w grupie więźniów, których Niemcy zmusili do Marszu Śmierci w kwietniu 1945 roku. I tu znów okazało się, że Opatrzność go nie opuszcza. Przeżył! W związku z tym Wiesława Kielara i jego towarzyszy nie wyzwalała Armia Czerwona, lecz amerykańscy żołnierze, wśród których byli również ci o polskich korzeniach. Jakaż była radość, kiedy dowiedzieli się, że Hitler nie żyje, a Niemcy zostali pokonani! Wtedy też do głosu doszły negatywne emocje i chęć zemsty na tych, którzy przez prawie sześć lat fundowali piekło milionom ludzi w całej Europie.

Z drugiej strony jednak kiedy przyszedł moment refleksji zaczęły ujawniać się także zwykłe ludzkie uczucia. Teraz to znienawidzeni Niemcy szli na rzeź. Byli wśród nich nie tylko jeszcze do niedawna butni esesmani, ale także zwykli cywile. Nie wiadomo było tak naprawdę co stanie się z tymi ludźmi. Na pewno katów czekały procesy i kary śmierci albo w najlepszym wypadku kary długoletniego więzienia. Natomiast nie było wiadomo co będzie ze zwykłymi ludźmi. Teraz to oni musieli opuszczać swoje domy i uciekać bądź ukrywać się gdzieś w pobliskich lasach, patrząc jak amerykańscy czy brytyjscy żołnierze zajmują ich okazałe posiadłości.

Wiesław Kielar najpierw trafił pod opiekę Amerykanów, a potem nie chcąc aby to Sowieci zajęli się jego przyszłością, udał się w drogę w poszukiwaniu Brytyjczyków. Do Sowietów wciąż czuł żal i złość za to, że 17 września 1939 roku wbili Polakom nóż w plecy. Głód, który on i jego towarzysze odczuwali przez tak długi czas sprawił, że teraz wręcz pożerali wszystko to, co dostawali od swoich wybawicieli. Czasami groziło to wręcz chorobą z przejedzenia. Zasuszony żołądek nie był w stanie przyjąć tego wszystkiego, co mu oferowano. Po wyjściu z obozu Wiesław Kielar ważył bowiem tylko trzydzieści dziewięć kilogramów! Dziś jest to rzecz niewyobrażalna, żeby dwudziestokilkulatek ważył tak mało. Niemniej taki stan rzeczy wcale nie przeszkadzał byłym więźniom obozu w okazywaniu radości i szczęścia, że wreszcie są wolnymi ludźmi. I tak mijały miesiące, aż w końcu wszyscy zdecydowali się wracać do Polski do swoich rodzin. Był rok 1946. Żaden z nich nie wiedział co tak naprawdę dzieje się z jego rodziną. Czy udało im się przeżyć? I tutaj pojawiał się strach, ale też tęsknota za ojczyzną, choć powoli zaczęły już dochodzić słuchy, że w Polsce wcale tak kolorowo nie jest, jak mogłoby się wydawać. Fakt, że skończyła się wojna wcale nie oznaczał, że nasi chłopcy mieli wracać do raju. W Polsce zaczęli bowiem rządzić komuniści, którzy w bestialski sposób postanowili rozprawić się z „wrogami narodu”, w tym również z żołnierzami Armii Krajowej. Zaczynał się stalinizm!


Franz Schmidt (w środku; ok. 1910-?) wraz z braćmi
Podczas wojny był czołowym gestapowcem Jarosławia. Do dziś określany jest katem Jarosławia.
Niestety, uniknął kary za swoje zbrodnie, a od sądu domagał się jeszcze odszkodowania za proces.
Pochodził z Jarosławia, więc teren znał jak własną kieszeń. Był wyjątkowym sadystą. 


Przyjeżdżając do Jarosławia Wiesław Kielar zastał zmiany. W rodzinnym mieście nie było go siedem lat, więc trochę się tutaj zmieniło. Przede wszystkim rządził Urząd Bezpieczeństwa, który bardzo szybko upomniał się o niego. Na szczęście rodzina przeżyła niemalże w komplecie. Brakowało tylko szwagra, którego zabrała ciężka choroba. Sam Wiesław Kielar musiał teraz pomyśleć o własnej przyszłości. Nie miał przecież nawet matury! W dodatku chciał wreszcie nacieszyć się życiem. Hitlerowcy zabrali mu siedem lat życia, więc logiczne, że pragnął je nadrobić. A zatem niemalże od razu rzucił się w wir towarzyskich spotkań i miłosnych uniesień. W końcu jednak przyszedł czas na to, aby zdobyć jakiś zawód i zacząć zarabiać na życie. I tak oto po kilku latach został operatorem filmowym, a na jego drodze zaczęły stawać sławy polskiego powojennego kina. Pracował między innymi przy adaptacji filmowej powieści Marka Hłaski (1934-1969) zatytułowanej Następny do raju. Film zrealizowano pod tytułem Baza ludzi umarłych (1958). Natomiast w rolach głównych wystąpili między innymi Zygmunt Kęstowicz (1921-2007), Emil Karewicz, Teresa Iżewska (1933-1982), Leon Niemczyk (1923-2006), Aleksander Fogiel (1910-1996), Tadeusz Łomnicki (1927-1992) czy Roman Kłosowski.

Oprócz powyższego wśród filmów fabularnych, przy realizacji których pracował Wiesław Kielar, znalazły się także takie produkcje, jak: Profesor Zazul (1965), Koniec naszego świata (1964), Zimowy zmierzch (1956) i Uczta Baltazara (1954). Autor pracował też przy produkcji filmów dokumentalnych, jak ...Że dni nasze wiosenne... (1973) czy Powrót na miejsce wypadków (?). W dorobku Wiesława Kielara znalazły się również etiudy szkolne, jak: Końskie nazwisko (1954), W pościgu za bandą (1954), Muzeum Oświęcimskie (1951), Napiwek (1951) oraz Moda na co dzień (1952). Każdy z tych dokumentów został wyprodukowany przez Państwową Wyższą Szkołę Filmową w Łodzi. Węcej informacji na temat wymienionych wyżej produkcji można uzyskać na stronie internetowej Film Polski


Kadr z filmu Baza ludzi umarłych
Od lewej: Roman Kłosowski jako Orsaczek, Leon Niemczyk jako Dziewiątka
i Emil Karewicz w roli Tadka 'Warszawiaka'
reż. Czesław Petelski (1922-1996)


Życie toczy się dalej to trzecia i zarazem ostatnia cześć wspomnień Autora. Rozpoczyna się wyruszeniem w nieznane po rozpoczęciu ewakuacji obozu Auschwitz-Birkenau. Wiesław Kielar powtarza w niej wydarzenia, którymi kończył poprzednią część Anus mundi, a potem zabiera czytelnika do powojennego Jarosławia, aby za chwilę znów wyruszyć w podróż. Tym razem do Łodzi, Krakowa i Wrocławia. Podobnie jak poprzednie tomy, tak i ten czyta się jednym tchem. Język jest tak bardzo płynny i plastyczny, że można odnieść wrażenie, iż czytamy powieść, a nie autobiografię. Na kartach książki pojawia się cała galeria znanych postaci nie tylko ze świata filmu, ale też polityki czy dziennikarstwa, jak Maciej Szumowski (1939-2004), który był przyjacielem Wiesława Kielara. Autor opowiada nie tylko o swoim życiu zawodowym, ale także prywatnym. Dużo mówi o żonie, która była dla niego wszystkim i bardzo wiele jej zawdzięczał. Wiesław Kielar planował napisać jeszcze jedną część wspomnień, ponieważ uważał, że w tym tomie nie zwarł wszystkiego, co było dla niego ważne. Niestety, nie zdążył...










środa, 1 czerwca 2016

Mirosława Kareta – „Pokochałam wroga” # 1















Wydawnictwo: WAM
Kraków 2016






Na przestrzeni lat zarówno w polskiej, jak i obcej literaturze wojennej wielokrotnie pojawiał się już motyw miłości pomiędzy katem a ofiarą. Mam oczywiście na myśli drugą wojnę światową i uczucie łączące bohaterów stojących po dwóch jakże różnych stronach konfliktu. Odnoszę wrażenie, że ostatnio coraz częściej na polski rynek wydawniczy trafiają powieści, gdzie – jeśli nie głównym, to przynajmniej pobocznym wątkiem – jest właśnie miłość rodząca się pomiędzy esesmanem a przedstawicielką okupowanego kraju. Za takimi historiami stoją przeważnie młode pisarki tworzące literaturę przeznaczoną dla kobiet. Z kolei czytelniczki coraz częściej przyznają, że tego rodzaju powieści są dla nich niezwykle poruszające i uwielbiają je czytać. Przyznam, że sama jestem jedną z takich czytelniczek. Tematyka drugiej wojny światowej jest mi bliska od bardzo dawna. Pamiętam, że już jako dziecko zaczytywałam się w literaturze wojennej. Natomiast w historiach, w których głównym motywem jest miłość pomiędzy katem a ofiarą zawsze dopatruję się człowieczeństwa, bo wiem, że mimo tego całego okrucieństwa drugiej wojny światowej, ono istniało, lecz nie miało prawa wydobyć się na zewnątrz. Oczywiście nie oznacza to, że mam zamiar wybielać nazistów. Ich wina jest jednoznaczna i jest to kwestia bezdyskusyjna. Wiem jednak, że wśród tamtych Niemców byli też i tacy, którym polityka Adolfa Hitlera (1889-1945) nie tylko się nie podobała, ale wręcz byli skłonni z nią walczyć.

Trzeba też pamiętać – bez względu na to, co mówią niektórzy – że podczas drugiej wojny światowej wiele kobiet wiązało się z esesmanami, choć każda z nich mogła kierować się innymi powodami. Na przykład prostytutki, które wiedziały, że noszą w sobie jakąś chorobę weneryczną, specjalnie uwodziły Niemców, aby tylko móc ich zarazić. Była to ich własna forma walki z okupantem. Były też takie kobiety, które sypiały z esesmanami, aby w ten sposób uratować kogoś bliskiego lub po prostu wyciągnąć jakieś ważne informacje i przekazać je członkom polskiego ruchu oporu. Były jednak i takie kobiety, które naprawdę kochały niemieckich oficerów, a ich miłość była odwzajemniona, i prędzej czy później przynosiła owoc w postaci dziecka. Dla takich zakochanych kobiet nie było ważne czy poniosą karę w imię swojej miłości. Często przez sąsiadów czy znajomych, a nawet przez zupełnie obcych ludzi, nazywane były „faszystowskimi dziwkami”. Wiedziały, że któregoś dnia może zostać wydany na nich wyrok śmierci. W najlepszym wypadku mogły stracić urodę lub zostać ogolone. Z esesmanami było podobnie. Ci utrzymujący bliższe relacje z nie-Aryjkami liczyli się z tym, że ten związek któregoś dnia może ujrzeć światło dzienne i trzeba będzie srogo zapłacić za chwile słabości. Nie dziwi więc fakt, że pisarze tak często sięgają po ten temat i piszą książki, które chwytają czytelników za serce.

Mirosława Kareta jest kolejną pisarką, która sięgnęła po trudny temat miłości pomiędzy katem a ofiarą. Dla przypomnienia dodam, że ostatnio zrobiła to także Justyna Wydra, pisząc poruszającą powieść Esesman i Żydówka. Pokochałam wroga to pierwsza część rodzinnej sagi, której akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Z jednej strony mamy początek lat 90. XX wieku, czyli Polskę tuż po upadku komunizmu, zaś z drugiej strony przenosimy się do Krakowa czasów drugiej wojny światowej. Pomimo iż wydawać by się mogło, że główną bohaterką książki jest kobieta, która podczas wojny dopuściła się zdrady kraju, wiążąc się z okupantem, to jednak tak naprawdę na pierwszy plan wysuwa się jej czterdziestokilkuletni syn. W powieści generalnie dominuje rzeczywistość końca XX wieku, zaś nie ta sprzed wielu, wielu lat. Maksymilian Petrycy to znany krakowski endokrynolog, który ma za sobą niebezpieczną działalność w opozycji podczas niespokojnych lat 80. XX wieku. Był nawet internowany. Odzyskanie wolności w Polsce jest dość świeżym tematem, więc nikogo nie dziwi fakt, że praktycznie wszyscy żyją pierwszymi częściowo wolnymi wyborami i obaleniem znienawidzonego komunizmu.

Matka Maksymiliana – Jadwiga – wciąż żyje przeszłością. Z ogromnym wzruszeniem obserwuje, jak upada Mur Berliński. Obecnie jest schorowaną kobietą o słabym sercu i nawet najmniejsze wzruszenie może sprawić, że jej stan zdrowia znacznie się pogorszy. Może wręcz umrzeć, dlatego syn robi wszystko, co tylko jest w jego mocy, aby oszczędzić matce wrażeń. Niestety, nie zawsze mu się to udaje. Któregoś dnia bowiem Jadwiga zupełnie przypadkowo odkrywa, że jest ktoś z jej przeszłości, kto pragnie ją odnaleźć, aby raz na zawsze zamknąć jej wojenną historię. Emocje, które towarzyszą temu odkryciu są tak silne, że Jadwiga dostaje ataku serca i zostaje odwieziona do szpitala. Jej stan jest krytyczny. Maksymilian nie opuszcza matki na krok. Siedzi przy jej łóżku dzień i noc, a jako lekarz zdaje sobie sprawę z tego, że już niedługo będzie musiał się z nią pożegnać na zawsze. Wtedy też mężczyzna dowiaduje się co tak naprawdę było powodem nagłego pogorszenia się stanu zdrowia matki. Jeszcze na łożu śmierci Jadwiga powiadamia syna o tym, że niegdyś napisała pamiętnik, którego adresatem jest on, Maksymilian Petrycy. Poza tym lekarz otrzymuje od matki pierścionek, którego ta nie zdejmowała z palca przez całe życie. W końcu dochodzi do najgorszego. Jadwiga umiera, natomiast Maksymilian próbuje odnaleźć rzeczony pamiętnik. Niestety, nie jest to takie proste. Matka nie zdążyła powiedzieć, gdzie go ukryła.

Jak to często w życiu bywa, mieszkanie po dziadkach dziedziczą ukochane wnuki. Tak więc już niedługo po śmierci Jadwigi do jej mieszkania wprowadza się córka Maksymiliana – Ania. Podczas robienia porządków dziewczyna odnajduje zapomniany dziennik babci. Niestety, czas zrobił swoje i praktycznie nie da się z niego wiele odczytać. Są jednak pewne możliwości techniczne, które mogą to ułatwić. I tak oto zaczyna się prawdziwa historia Jadwigi i pewnego Niemca, który podczas wojny wynajmował pokój w mieszkaniu rodziny Jadwigi. Nie był on oficerem SS, lecz cywilnym pracownikiem, co jednak nie zmieniało faktu, że nadal pozostawał wrogiem Polski. Ponieważ samo czytanie pamiętnika nie wystarcza, Maksymilian decyduje się na wyjazd do Monachium, gdzie pragnie dogłębnie poznać historię swojej matki. Chce też, aby ta sprawa została wreszcie doprowadzona do końca, lecz na miejscu okazuje się, że jest ktoś, komu wcale nie jest na rękę, aby Petrycy poznał całą prawdę. Kim jest ta osoba i dlaczego zaczyna prześladować Maksymiliana? Czego mężczyzna dowie się z dziennika swojej matki? Czy będzie mógł wybaczyć jej miłość do wroga? Czy będzie mógł żyć z prawdą, która znajduje się na kartach pamiętnika Jadwigi? Czy poznana prawda nie zniszczy przypadkiem kariery zawodowej i politycznej Maksymiliana?

Przyznam, że kiedy sięgałam po Pokochałam wroga liczyłam na to, iż na kartach powieści będzie znacznie mniej współczesności. Wydawało mi się, że Autorka położyła większy nacisk na czasy drugiej wojny światowej. Na kartach powieści chciałam przenieść się do okupowanego Krakowa i oczami wyobraźni zobaczyć jak ludzie wtedy żyli. Niestety, jest tego zbyt mało, aby móc powiedzieć na ten temat coś więcej. W mojej opinii lata drugiej wojny światowej opisane są zbyt ubogo. Mirosława Kareta skupiła się w głównej mierze na okresie postkomunistycznym w Polsce. W dodatku bezustannie – przy pomocy Maksymiliana Petrycego – porównuje Polskę z Niemcami. Wygląda to mniej więcej tak, jakbyśmy w tamtym okresie nie mieli u siebie nawet wody w kranie, nie mówiąc już o jakichś wyższych standardach życia. O ile sobie przypominam sprowadzano już wtedy z Zachodu towary naprawdę dobrej jakości. W dodatku nigdy nie zapomnę smaku czekolady, którą zajadałam się jeszcze w czasach komunizmu. Jestem skłonna stwierdzić, że teraz żadna czekolada tak mi nie smakuje, jak tamta. Wydaje mi się, że na tym polu Autorka trochę przesadziła, stawiając Polskę na tak niskim poziomie gospodarczym. Owszem nie żyliśmy w raju (teraz też nie żyjemy w porównaniu z innymi krajami), ale aż tak źle to nie było!

Fabuła powieści skupiona jest przede wszystkim na rodzinie Maksymiliana Petrycego, czyli na jego żonie i dzieciach. W moim odczuciu jest to klasyczna polska rodzina z całą galerią rozmaitych problemów. Są dorastające dzieci, które wciąż przysparzają kłopotów, szczególnie córka Ania. Jest syn, który myśli zupełnie innymi kategoriami, niż ojciec. I są oczywiście młodsze dzieci, które na chwilę obecną wiedzą o życiu jeszcze zbyt mało, aby mogły mieć własne zdanie na niektóre tematy. Z kolei sam Maksymilian to typowy facet, który z jednej strony jest wierny żonie i bardzo ją kocha, zaś z drugiej nie miałby nic przeciwko temu, aby z dala od domu zabawić się z młodą, ładną dziewczyną, która w dodatku przez cały czas go prowokuje i usiłuje uwieść.

Trudno jest oceniać książkę, która stanowi dopiero pierwszą część danej historii. Należałoby więc poczekać aż akcja rozwinie się dalej. Jak już wspomniałam, na chwilę obecną mogę jednak stwierdzić, że zbyt mało w tej powieści drugiej wojny światowej, zważywszy że zapiski Jadwigi i konsekwencje jej postępowania podczas okupacji odbiły się bardzo poważnie nie tylko na jej życiu, ale też na życiu jej syna i męża. Odnoszę też wrażenie, że pamiętnik Jadwigi nie jest autentyczny. Niby jest miłość, ale wygląda to tak, jakby jej w ogóle nie było. Autorka poskąpiła czytelnikowi scen, w których Jadwiga i Max tę miłość okazują sobie wzajemnie. Przecież zwykłe okazywanie sobie uczuć przez bohaterów nie musi od razu wskazywać na powieść erotyczną. Wydaje mi się, że właśnie tego chciano uniknąć, co niekoniecznie wyszło książce na dobre. Z kolei niektóre wydarzenia pojawiają się, jak gdyby znikąd.

Kiedy ukaże się drugi tom sagi, wówczas na pewno po niego sięgnę, zważywszy że zakończenie pierwszej części jest dość ciekawe i odkrywa kolejne tajemnice związane z wojną i okupowanym Krakowem. Okazuje się bowiem, że bohaterowie w imię miłości – nawet tej niespełnionej – są w stanie posunąć się do najbardziej podłych czynów, aby tylko wyeliminować konkurencję. Poza tym Pokochałam wroga to przede wszystkim historia o przebaczeniu. Nie chodzi tutaj jedynie o przebaczenie, jakiego może oczekiwać Jadwiga od swojego syna, lecz przede wszystkim o przebaczenie winy, której piętno może ciążyć człowiekowi przez wiele lat i tak naprawdę nigdy nie zostać zdjęte. Czasami człowiek do dnia śmierci może walczyć z wyrzutami sumienia, których nie jest w stanie się pozbyć, gdyż na świecie nie ma już ludzi, którzy mogliby wybaczyć.