środa, 20 listopada 2019

Zawsze chciałam napisać książkę o pięknym wybrzeżu Oregonu...




ROZMOWA Z IRENE HANNON


Irene Hannon jest bestselerową i wielokrotnie nagradzaną autorką. Napisała ponad pięćdziesiąt powieści, wśród których są romanse z wątkiem sensacyjnym, współczesne romanse oraz powieści typowo kobiece. Irene posiada tytuł licencjata z psychologii i magistra z dziennikarstwa. Przez wiele lat pracowała na dwóch etatach, aż w końcu zrezygnowała ze stanowiska dyrektora ds. komunikacji korporacyjnej w firmie Fortune 500, aby zostać pełnoetatową pisarką. Wszystkie jej powieści charakteryzuje światopogląd chrześcijański. W wolnym czasie lubi gotować, uprawiać ogród i śpiewać. Jako wykwalifikowana wokalistka śpiewała główne role w wielu musicalach. Jest także solistką w swoim kościele parafialnym. Kiedy nie jest zajęta, wówczas wraz z mężem podróżuje, w sobotnie poranki chodzi do ulubionej kawiarni i spędza czas z rodziną. Mieszkają w Missouri. W Polsce możemy przeczytać trzy jej książki: „Pewnego lata”, „Tej idealnej wiosny” i  Przystań Nadziei”.



Agnes Anne Rose: Witam Cię bardzo serdecznie, Irene, i dziękuję, że poświęciłaś czas, aby dzisiaj ze mną porozmawiać. Czy zawsze uważałaś siebie za pisarkę? Możesz opowiedzieć coś o swojej drodze wydawniczej?

Irene Hannon: Cieszę się, że tutaj jestem! Tak, zawsze uważałam się za pisarkę. Myślę, że pisarzem człowiek się rodzi, a nie jest stworzony, natomiast pisanie, jak każdy inny talent, jest darem. Niemniej, w młodości nigdy nie uważałam pisania powieści jako realny wybór swojej kariery. Wszyscy wiedzą, jak trudno jest zarabiać na życie w jakiejkolwiek twórczej dziedzinie, a ja nie chciałam się martwić tym, że nie będę mieć wystarczająco dużo pieniędzy na życie. Po skończeniu studiów dziennikarskich podjęłam pracę w świecie biznesu, gdzie pisałam codziennie i wtedy nocami zaczęłam pisać książki. Sprzedaż mojej pierwszej książki zajęła dużo czasu, a po drodze było wiele niepowodzeń. Mimo to nadal pisałam i ostatecznie osiągnęłam sukces, który pozwolił mi porzucić korporacyjny świat i pisać w pełnym wymiarze godzin.

AAR: Kim byli ludzie, którzy Cię zachęcali i dostrzegali w Twoim pisaniu potencjał?

IH: Na początku to moi rodzice byli dla mnie największym wsparciem. Uwierzyli we mnie, co dało mi pewność, że mogę spróbować. Mój tata wciąż mnie zachęca i wiem, że moja mama czuwa nade mną z nieba. Pierwszą osobą, która przekonała mnie, że posiadam poważny potencjał, była moja nauczycielka języka angielskiego w szkole średniej. Była również pasjonatką siły języka i to ona przekazała mi tę pasję.

AAR: Jak wspomniałam wyżej, fabuła Twoich książek opiera się na światopoglądzie chrześcijańskim. Co sprawiło, że zdecydowałaś się tworzyć beletrystykę chrześcijańską?

IH: Dwie rzeczy. Po pierwsze, zawsze wierzyłam, że można opowiadać ciekawe historie bez wulgaryzmów, jawnej przemocy lub scen łóżkowych. Beletrystyka chrześcijańska jest idealnym domem dla tego rodzaju opowieści. Lubię ten gatunek, ponieważ jest pełen nadziei i koncentruje się na rzeczach, które naprawdę mają znaczenie. Pomimo tego, element wiary w moich książkach wydaje się niewielki. Zazwyczaj pokazuję bohaterów, którzy żyją w wierze, a nie o niej mówią, lecz jasne jest, że ich przekonania wpływają na wszystkie ich wybory.

AAR: W jaki sposób sprawiasz, by opowieść stała się wiarygodna, szczególnie kiedy osobiście nie zetknęłaś się z trudnościami, które przeżyli Twoi bohaterowie?

IH: Pomagają mi moje studia psychologiczne. Podobnie jak moja praca sceniczna, która wymaga ode mnie odgrywania różnych ról i stawania się inną osobą. Podsumowując, empatia jest tutaj kluczem. Musisz postawić się w roli bohatera i postarać się wyobrazić sobie, co on czuje. W dużej mierze pomaga także czytanie, ponieważ istnieje wielu wspaniałych autorów, którzy stworzyli postacie, które pomagają nam lepiej zrozumieć ogrom różnych doświadczeń i wyzwań.

Wydawnictwo Replika
tłum. Piotr Kuś
AAR: A teraz porozmawiajmy o książkach, które zostały opublikowane w Polsce. Pierwszą z nich jest „Pewnego lata”. Powieść została wydana w 2013 roku. Według polskich recenzentów jest to piękna opowieść o sile wiary i relacji międzyludzkich, jak również zadziwiającym splocie wydarzeń, który pewnego lata zetknął ze sobą losy kilkorga ludzi. Czy mogłabyś powiedzieć nam, co zainspirowało Cię do napisania tej książki?

IH: Chciałam napisać książkę o uzdrowieniu relacji pomiędzy rodzeństwem. Stworzyłam więc historię, w której dwie bardzo różniące się od siebie siostry i żyjące przez dość długi czas z dala od siebie, spotykają się pewnego lata, aby poradzić sobie z kryzysem rodzinnym. Trzeba przezwyciężyć urazę, wzajemną rywalizację i bolesną przeszłość. Przesłanie, które chciałam zawrzeć jest takie, że nigdy nie jest za późno, aby naprawić krzywdy i zacząć wszystko od nowa, i że przebaczenie win z przeszłości stanowi często klucz do lepszej przyszłości.

AAR: Twoja kolejna książka, zatytułowana „Tej idealnej wiosny”, została opublikowana w Polsce w 2014 roku. Niektórzy polscy czytelnicy mówią, że jest to przyjemna lektura o sile modlitwy i wiary w to, że nasze losy są zapisane przez jakąś siłę wyższą i wszystko, co się dzieje z ludźmi prowadzi ich ku temu, co jest im przeznaczone. Czy mogłabyś powiedzieć nam, jak wspominasz pracę nad tą książką?

IH: „Tej idealnej wiosny” zaczyna się od listu małej dziewczynki, w którym prosi biznesmena filantropa o pomoc w zaplanowaniu urodzinowej niespodzianki dla swojego starszego sąsiada. Ostatecznie ten prosty gest dobroci dotyka wielu ludzi i przynosi mnóstwo błogosławieństwa. Jednym z przesłań tej książki jest to, że wszystko, co robimy może wywołać efekt fali i że łaska może wejść w nasze życie w najbardziej nieoczekiwany sposób. To piękna, podnosząca na duchu opowieść o drugich szansach i rozpoczynaniu wszystkiego od nowa.

AAR: Kilka tygodni temu przeczytałam „Przystań Nadziei”, która została wydana w Polsce w zeszłym roku. Jestem pod wielkim wrażeniem tej powieści. Nie mogę o niej zapomnieć. Pozwól, że zapytam, jak pojawił się pomysł opowiedzenia historii Tracy i Michaela?

IH: Zawsze chciałam napisać książkę o pięknym wybrzeżu Oregonu, więc kilka lat temu pojechałam tam, aby zebrać materiały na temat miejsca akcji. Jedną z roślin uprawianych w Oregonie jest żurawina. Postanowiłam więc stworzyć bohaterkę, która jest właścicielką rodzinnej farmy żurawinowej przeżywającej trudności finansowe. Towarzyszy jej także głęboki smutek. Michael przybywa do Przystani Nadziei w poszukiwaniu odpowiedzi… i odkupienia. Ukrywa tę bolesną tajemnicę i głęboki żal. Chciałam zabrać czytelników w podróż z tymi dwiema zranionymi duszami, które znajdują uzdrowienie, nadzieję i miłość. Jest też druga historia o starszej kobiecie, która ma pretensje izolujące ją od wielu lat od otoczenia. Kluczową częścią tej historii jest obserwowanie jej transformacji, gdy zaczyna ona wchodzić w interakcje z Michaelem.

Wydawnictwo Replika
tłum. Monika Orłowska
AAR: Oprócz tych trzech książek, o których rozmawiałyśmy powyżej, napisałaś ich znacznie więcej. Czy mogłabyś wybrać jedną z nich i zarekomendować ją swoim polskim czytelnikom? Powiedz, dlaczego akurat ta.

IH: Poleciłabym jedną z książek pochodzących z serii „Przystań Nadziei”. Oprócz pierwszego tytułu – „Przystań Nadziei” – są jeszcze cztery… i co najmniej trzy w drodze. Cieszę się, że czytelnicy na całym świecie przyjęli to małe nadmorskie miasteczko w stanie Oregon. „Driftwood Bay”, najnowsza powieść z serii „Przystań Nadziei”, cieszy się szczególną popularnością. Każda historia jest autonomiczna, ale we wszystkich pojawia się kilka drugorzędnych postaci, jak Floyd i Gladys, moja para mew; przekomarzający się duchowni z dwóch kościołów w mieście; oraz Charley Lopez, artysta prowadzący stoisko z taco na nabrzeżu. Zapraszam wszystkich czytelników tej strony do odwiedzenia Przystani Nadziei i poznania ich!

AAR: Jaka jest najbardziej zaskakująca rzecz, którą odkryłaś podczas pisania książki/książek?

IH: To, że pisanie nigdy nie staje się łatwiejsze. Ludzie, którzy nie są pisarzami, nie zawsze to rozumieją. Ale prawda jest taka, że im dłużej to robię, tym jest mi trudniej. To dlatego, że chcę, aby każda książka była lepsza od poprzedniej, więc zawsze staram się ją ulepszać. I z każdą książką, którą piszę uczę się czegoś nowego.

AAR: Czy wśród bohaterów, których stworzyłaś, masz swojego ulubionego? Jeśli tak, to który? I co czyni go tak wyjątkowym?

IH: Uwielbiam wszystkie moje postacie, ale ulubionym bohaterem czytelników jest Charley Lopez, czyli postać z „Przystani Nadziei”, o której wspomniałam powyżej. On zawsze ma do powiedzenia coś mądrego i wydaje się, że dużo wie o innych. Dostałam od czytelników więcej komentarzy dotyczących tej postaci, niż na temat wszystkich innych moich bohaterów razem wziętych i pojawiających się w pozostałych książkach.

AAR: Twoja najnowsza książka „Dark Ambitions” została wydana w październiku. Jest to trzecia część serii zatytułowanej „Code of Honor”. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej na temat tej powieści i całej serii?

IH: Pisząc skupiam się na dwóch gatunkach – współczesnym romansie i romansie z wątkiem sensacyjnym. „Dark Ambitions” to powieść trzymająca w napięciu. Seria „Code of Honor” przedstawia troje przyjaciół z dzieciństwa pochodzących z trudnych środowisk, których więź w miarę upływu czasu… i grożącego im niebezpieczeństwa jeszcze bardziej się umocniła. Będąc dziećmi przysięgli sobie, że uczynią świat lepszym, i to jest ten kod, według którego żyją – stąd wziął się tytuł serii. „Dark Ambitions” to trzecia książka z serii, która opowiada o byłym pilocie wojskowym, który obecnie prowadzi obóz dla przybranych dzieci. Historia zaczyna się, gdy w obozie odkryty zostaje ślad krwi na śniegu. Wtedy były pilot wynajmuje prywatnego detektywa, aby ten pomógł mu rozwiązać zagadkę śladu krwi. Lecz im bardziej zagłębiają się w sprawę, tym większe grozi im niebezpieczeństwo, ponieważ ktoś nie chce, aby prawda została odkryta. Jest to historia trzymająca w napięciu z zakończeniem, którego większość czytelników nie jest w stanie przewidzieć. I jak w przypadku wszystkich moich książek tworzących serie, tutaj też każda jest autonomiczna. Nie ma wątków fabularnych, które przenoszą się z książki na książkę.

Wydawnictwo Dreams
tłum. Emilia Niedzieska
AAR: Czy mogłabyś zdradzić nam, jaki jest styl Twojej pracy? Czy jesteś planistką, czy piszesz to, co akurat przyjdzie Ci do głowy?

IH: Trochę i jedno, i drugie. Przed rozpoczęciem pisania spędzam sporo czasu na poznawaniu swoich postaci i kreśleniu podstawowej fabuły. Na wczesnym etapie robię też dużo badań. Gdy zaczynam pisać, pozwalam, aby to historia przejęła kontrolę. Nie mam jednak ani konspektu, ani nawet planu pisania sceny po scenie.

AAR: Napisałaś więcej niż pięćdziesiąt książek. Czy kiedykolwiek ogarniały Cię jakieś wątpliwości?

IH: Często – szczególnie wtedy, gdy próbuję wymyślić, dokąd udać się ze swoją kolejną książką. Ten etap wydaje mi się bardzo bezproduktywny, ponieważ na stronie nie pojawiają się żadne słowa. A zatem myślę. Wiem, że to część mojego pisarskiego procesu, ale czasami myślę, że wątki tej historii nigdy nie połączą się ze sobą lub że nie wpadnę na naprawdę sugestywny pomysł. Mój mąż mógłby opowiedzieć Ci o tych wątpliwościach, ponieważ to on musi tego słuchać!

AAR: Jak wspomniałam wyżej, jesteś autorką otrzymującą szereg nagród. Na przykład siedmiokrotnie byłaś finalistką nagrody RITA, a trzy razy ją zdobyłaś. Ta nagroda uważana jest za Oscara w dziedzinie romansów. Ale zdobyłaś także znacznie więcej nagród. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej na ich temat?

IH: Miałam szczęście, że moja praca została doceniona wieloma nagrodami, wśród których znalazły się także National Readers’ Choice, Daphne du Maurier Award, Retailers’ Choice, Booksellers’ Best, Carol Award i Reviewers’ Choice. Ta ostatnia przyznawana jest przez magazyn RT Book Reviews.  Nagroda za całokształt twórczości przyznawana przez RT Book Reviews dotyczyła całego mojego dorobku literackiego i była dla mnie wyjątkowa. Lecz ta, która ma dla mnie największe znaczenie wprowadziła mnie do galerii sław amerykańskich pisarzy. Dzieje się tak po trzykrotnym zdobyciu nagrody RITA w tej samej kategorii, a tylko szesnastu autorów dokonało tego w prawie czterdziestoletniej historii organizacji.

AAR: Co oznacza dla Ciebie sukces literacki? W jaki sposób zmienił on Twoje życie?

IH: Ogromnym błogosławieństwem okazało się zarabianie na życie dzięki pisaniu powieści. Pracuję przez wiele godzin, ale mój harmonogram dnia jest znacznie bardziej elastyczny, niż wtedy, gdy pracowałam w korporacji. Tak więc od czasu do czasu wraz z mężem możemy wymknąć się na lunch do uroczego miejsca na wsi. Poza tym moje życie nie zmieniło się tak bardzo, ponieważ moje priorytety są takie same… wiara, rodzina i pisanie. Mój mąż i ja mieszkamy w tym samym domu, który kupiliśmy po ślubie, na długo zanim odniosłam duży literacki sukces. Udzielam więcej wywiadów i mam więcej spotkań autorskich, niż kiedyś, ale kiedy jestem w domu (to moje ulubione miejsce), jestem tą samą Irene, którą zawsze byłam. Nigdy nie potrzebuję rzeczy materialnych do tego, aby być szczęśliwą, i chociaż cieszę się chwilami splendoru, który zawdzięczam swojemu sukcesowi, cieszę się, że większość dni spędzam w spokoju i kameralnie.

AAR: Na koniec chciałabym zapytać Cię, czy obecnie nad czymś pracujesz. Czy mogłabyś podzielić się tym ze swoimi czytelnikami?  

IH: Zawsze pracuję nad jakąś książką. W kwietniu ukaże się szósta część serii „Przystań Nadziei”. Jej tytuł to „Starfish Pier”. Przyszłej jesieni rozpocznę nową serię romansów z wątkiem sensacyjnym, w której udział biorą trzy siostry zaangażowane w poszukiwanie prawdy. Ta seria nosi tytuł „Triple Threat”, a jej pierwsza część zatytułowana jest „Point of Danger”. Tak więc przede mną wiele powieści!

AAR: Irene, bardzo dziękuję Ci za tę miłą rozmowę. To była dla mnie ogromna przyjemność móc z Tobą porozmawiać. Czy jest coś, co chciałabyś dodać albo powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

IH: Cieszę się, że kilka moich książek zostało przetłumaczonych na język polski i mam nadzieję, że w przyszłości zostaną przetłumaczone kolejne. Dziękuję wszystkim, którzy czytali lub kupili moje książki wydane w języku polskim. Tych, którzy czytają po angielsku zapraszam do odwiedzenia mojej strony na Facebooku (https://www.facebook.com/Irene-Hannon-426433004084567/), gdzie prawie codziennie rozmawiam z czytelnikami. Natomiast moja strona internetowa (www.irenehannon.com) zawiera więcej informacji na temat wszystkich moich książek i mojej przeszłości. Dziękuję, Agnieszko, za zaproszenie. Było mi bardzo miło!




Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here






piątek, 8 listopada 2019

Magdalena Zimniak – „Wschód księżyca”








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: PROZAMI
Słupsk/Warszawa 2019



Niektórzy uważają, że szkolne przyjaźnie są tymi najtrwalszymi i zawieranymi na całe życie, podczas gdy są też tacy, którzy twierdzą, że dopiero będąc na studiach ludzie są zdolni do nawiązywania najsilniejszych relacji. Niemniej często zdarza się, że po zdaniu matury, kiedy to każdy młody człowiek wybiera własną życiową drogę, w jego pamięci wciąż pozostają ci, z którymi spędził kilka najlepszych lat życia. To szkolni koledzy byli świadkami pierwszych miłosnych rozczarowań; to oni przychodzili z pomocą, gdy trzeba było wyciągać z tarapatów; to im powierzaliśmy najgłębiej ukryte tajemnice i naiwnie wierzyliśmy, że nigdy nie ujrzą one światła dziennego. Co jednak zrobić, jeśli szkolna koleżanka lub kolega bezustannie tkwią w naszych myślach i nie pozwalają nam normalnie żyć? Co zrobić, gdy mimo wszystko staramy się ułożyć sobie życie, lecz myślami wciąż wracamy do tego, co było, kiedy mieliśmy osiemnaście lub dziewiętnaście lat? Co zrobić, kiedy każdego dnia zdradzamy w myślach naszego obecnego partnera? Albo partnerkę, z którą dzielimy życie? Czy to już obsesja czy może jedynie tak silne zauroczenie, że nie pozwala nam ono normalnie funkcjonować?

Monikę i Pawła połączyło coś wyjątkowego, choć była to tylko jedna upojna noc podczas balu maturalnego. Noc, o której oboje nie potrafili zapomnieć, pomimo że każde z nich po ukończeniu szkoły ułożyło sobie życie po swojemu. Monika praktycznie od zawsze była inna. Często można było odnieść wrażenie, że choć fizycznie jest obecna, to jednak jej dusza porusza się w jakimś zupełnie innym wymiarze. Możliwe, że właśnie ta inność tak bardzo zafascynowała Pawła, iż nie mógł o niej zapomnieć pomimo upływu lat. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że ta wyobcowana dziewczyna przeżyła w dzieciństwie tragedię i od tamtej pory nie potrafi uporać się z traumą. Nieświadomi niczego koledzy traktowali ją na tyle normalnie, na ile można traktować osobę, która wciąż duchem błądzi w jakiejś innej rzeczywistości.

Od matury Moniki i Pawła mija kilka lat. Ona ma już dom, męża i malutkie dziecko, natomiast on wciąż nie potrafi się ustatkować. Zmienia dziewczyny niczym przysłowiowe rękawiczki, ponieważ z żadną nie potrafi stworzyć stałego związku. W podświadomości chłopaka nadal „mieszka” Monika. Pewnego dnia oboje spotykają się zupełnie przypadkowo i wówczas ich uczucie odżywa na nowo. W rezultacie dziewczyna namawia Pawła na wyjazd w Tatry. Chłopak nie waha się ani chwili. Wie bowiem, że taka okazja już się nie powtórzy, bo przecież Monika jest mężatką, a mąż nie będzie stale wyjeżdżał służbowo. Niestety, romantyczny w zamyśle wyjazd kończy się tragicznie. Kobieta bez żadnego ostrzeżenia rzuca się w przepaść na oczach zszokowanego mężczyzny. Pragnie tylko jednego. Chce aby Paweł podążył w nieznane razem z nią, lecz ten tego nie robi sparaliżowany strachem. Nawet w najśmielszych snach nie przypuszczał, że dziewczyna, z którą jeszcze przed kilkoma minutami przeżywał chwile miłosnych uniesień, targnie się na swoje życie. Wydaje się, że jedyne, co w tej sytuacji może zrobić młody mężczyzna, to wrócić do domu i modlić się, żeby nikt nie odkrył, iż to on towarzyszył Monice w ostatnich minutach jej życia. Gdyby stało się inaczej, mógłby wszak zostać posądzony o zamordowanie ukochanej.

Mijają lata. Paweł układa sobie życie u boku najwspanialszej dziewczyny, jaką mógł sobie wymarzyć, lecz to wcale nie oznacza, że zapomniał o tym, co stało się w górach. Na samą myśl o Zakopanem paraliżuje go strach i wie, że nie może tam wrócić, choćby nie wiadomo co się działo. Lecz okazuje się, że życie napisało dla niego zupełnie inny scenariusz. Po dwudziestu latach Paweł wraca do miejsca, w którym miał nadzieję już nigdy się nie znaleźć. Nie ma bowiem pojęcia, że w drodze na Zawrat wciąż ktoś na niego czeka. Czy mężczyźnie uda się oprzeć demonom czającym się w górach? A może z raz obranej drogi nie ma już powrotu? Co stanie się z jego bliskimi, jeśli Paweł ulegnie i podąży za głosem, który bezustannie go woła? Czy może narażać niewinnych ludzi? Przecież oni nie zasłużyli sobie na to, aby dzielić z nim to, co zostało zapoczątkowane wiele lat temu.

Magdalena Zimniak znana jest z tego, że pisze mroczne thrillery psychologiczne. Kiedy wydaje się, że nie można wymyślić już niczego nowego, wówczas autorka wydaje kolejną książkę i zaskakuje czytelnika tematem, który wbija go w fotel, po kręgosłupie przebiega mu stado mrówek i zaczyna nerwowo rozglądać się po pokoju, zastanawiając się, czy przypadkiem złe duchy nie nawiedziły i jego. Czytelnik wytęża słuch, myśląc czy sam również nie usłyszy jakichś podejrzanych głosów. Klimat powieści jest niezwykle mroczny. Pojawiają się w niej różni bohaterowie, którzy w mniejszym bądź większym stopniu związani są z Moniką. Moim zdaniem to ona jest tutaj główną bohaterką, ponieważ to właśnie wokół niej wszystko się kręci. Choć nie żyje od wielu lat, to jednak stale daje o sobie znać. To ona kieruje życiem tych, którzy zostali i którzy byli jej bliscy. Monika nie daje o sobie zapomnieć, choćby nie wiadomo, jak bardzo nasi bohaterowie pragnęli wyrzucić ją z pamięci.  

Pomimo że powieść zawiera w sobie pierwiastek metafizyczny, to jednak należałoby bardziej skupić się na kwestiach realnych. Na kartach powieści występuje wielu bohaterów, z których każdy musi zmagać się z własnymi demonami. U niektórych pojawia się przeogromna chęć zemsty. W ich przypadku jest to uczucie, którego tak naprawdę nie powinni czuć, a jednak dzieje się inaczej. To uczucie jest silniejsze od nich samych i wydaje się, że tak naprawdę nic nie jest w stanie tego zmienić. Z drugiej strony obecna jest także miłość, która objawia się pod kilkoma postaciami. Jest zatem miłość rodziców do dziecka, obsesyjna i prowadząca do zguby miłość pomiędzy kochankami, czy też miłość między przyjaciółmi, która przejawia się przede wszystkim w niewyobrażalnej potrzebie bezustannego chronienia osób znajdujących się w ciągłym niebezpieczeństwie. Oprócz tego mamy również do czynienia z miłością zakazaną, dla której można wręcz zabić.

Wschód księżyca to bez wątpienia thriller psychologiczny stanowiący doskonałe studium przypadku. Psychikę i postępowanie wszystkich bohaterów, nawet tych drugoplanowych, możemy bowiem poddać dogłębnej analizie i spróbować dociec, dlaczego zachowują się w ten konkretny sposób. Co ciekawe, oprócz Moniki, na pierwszy plan wysuwa się duchowny, który nie tylko musi radzić sobie z niełatwą codziennością swojego kapłańskiego stanu, ale przede wszystkim z własnymi emocjami i demonami, które od lat mu towarzyszą. On doskonale wie, że są rzeczy, których robić mu nie wolno, lecz mimo to są chwile, kiedy nie potrafi skutecznie walczyć z pokusą.

Najnowsza powieść Magdaleny Zimniak stanowi doskonałą lekturę dla tych czytelników, którzy oczekują od powieści czegoś więcej, niż tylko rozrywki i przyjemnie spędzonego czasu. Wschód księżyca to opowieść, która pozwala zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze i czym należy kierować się w relacjach z innymi ludźmi. To także opowieść o tym, jak ważne są ludzkie wybory. Jedna nierozważna i nieprzemyślana decyzja może bowiem uruchomić lawinę dramatycznych zdarzeń, które trudno będzie zatrzymać i których konsekwencje przejdą na kolejne pokolenia. Historia Moniki i Pawła hipnotyzuje i wciąga z każdą kolejną stroną. To bez wątpienia książka, która na długo pozostaje w pamięci czytelnika.








czwartek, 31 października 2019

Dorota Ponińska – „Sekrety pani pułkownikowej”







Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. Dziękuję!



Wydawnictwo: EDIPRESSE KSIĄŻKI
Warszawa 2019


W okresie dwudziestolecia międzywojennego Warszawa nazywana była Paryżem Północy, a to ze względu na swój niepowtarzalny klimat. Zachwyt budziła przede wszystkim jej architektura. Z jednej strony miasta można bowiem było zobaczyć ogromne gmachy, natomiast z drugiej klasycystyczne budynki. Przedwojenna Warszawa była zatem majestatycznym miastem, w którym tętniło życie i które wyraźnie wyróżniało się na tle ówczesnych stolic Europy. Można było wówczas odnieść wrażenie, że mieszkańcy stolicy wierzą, iż czeka ich wspaniała przyszłość w nowej i jakże odmienionej po latach zaborów Warszawie. Niestety, pragnienia te zniszczyła wojenna zawierucha, która zabrała ze sobą magiczny klimat Warszawy oraz odebrała jej wszystko to, co ją wyróżniało. W zamian wojna zostawiła ziemię pokrytą gruzem, resztkami kamienic oraz ludzką krwią.

Przedwojenne poranki charakteryzowały się niewielkim ruchem na warszawskich ulicach. Na sklepowych wystawach stały samotnie porcelanowe lalki, które z zadumą przypatrywały się pustym ulicom. Miasto ożywiało się dopiero około południa, gdyż wówczas parki zapełniały się radosnymi, roześmianymi i rozkrzyczanymi dziećmi, które biegały po alejkach, podczas gdy dorośli cieszyli się ciepłem promieni słonecznych i zachwycali się pięknym nadwiślańskim krajobrazem. Z kolei gdy zapadał zmrok Warszawa bynajmniej nie szykowała się do snu. Plac Teatralny mienił się wówczas świecącymi neonami i reklamami umieszczonymi na dachach kamienic i na latarniach. Opustoszałe nieco ulice oświetlane były tysiącem różnobarwnych migających lampek. Chociaż ruch na drogach nie był już tak natężony, jak za dnia, to jednak nie wszyscy warszawiacy chowali się w zaciszu swoich domów. Ci zamożniejsi bardzo często odwiedzali ekskluzywne lokale, aby w towarzystwie przyjaciół i znajomych, sącząc alkohol, pożegnać kończący się właśnie dzień. A potem powoli zamierał gwar, zaś samo miasto sposobiło się do snu pochłonięte przez nocny spokój, aby rankiem znów obudzić się do życia.


Plac Teatralny około 1925 roku. Po lewej stronie widać pałac Jabłonowskich. 


Przed wybuchem drugiej wojny światowej Warszawa była naprawdę piękna, a przynajmniej takie wydawało się być Śródmieście. Znajdowały się tam wspaniałe kamienice i piękne sklepy. Był też tor wyścigowy. Ponieważ Warszawa była miastem dorożek, bezustannie słychać było stukot końskich kopyt. Po ulicach jeździły też czerwone tramwaje i autobusy, lecz mimo to najwięcej widać było pojazdów konnych. Z kolei na Polu Mokotowskim znajdował się port lotniczy. Gdy w 1934 roku prezydentem miasta został Stefan Starzyński (1893-1939), rozpoczął się dynamiczny rozwój miasta. Wtedy też wspomniany wyżej tor wyścigowy przeniesiono na Służewiec, natomiast port lotniczy na Okęcie. Na spacery warszawiacy chodzili do Ogrodu Saskiego lub Ogrodu Pomologicznego znajdującego się na ulicy Nowogrodzkiej. Były również ulice, gdzie znajdowały się naprawdę eleganckie budynki przeznaczone tylko dla najbogatszych mieszkańców. W okresie międzywojennym zaczęto także wznosić luksusowe domy na Złotej.

W tamtym okresie w Warszawie był również dom handlowy braci Jabłkowskich, który znajdował się przy ulicy Brackiej 25. Ten modernistyczny gmach był bardzo chętnie odwiedzany przez warszawiaków, ponieważ jego kierownictwo naciskało na sprzedawców, aby wobec wszystkich klientów, a nie tylko wobec tych najbogatszych, byli uprzejmi. I to bardzo przyciągało ludzi. Można było tam kupić ubrania dla całej rodziny. Były też dostępne firanki, tkaniny i dywany. W domu handlowym działała pierwsza w Warszawie szklana winda. Organizowano w nim pokazy mody, natomiast bogate damy praktycznie zabijały się o ręcznie robione zaproszenia. W pierwszym rzędzie zawsze można było zobaczyć córki Józefa Piłsudskiego (1867-1935) – Wandę (1918-2001) i Jadwigę (1920-2014). Z kolei najsmaczniejsze pomarańcze sprzedawano na Nalewkach. Mówiono, że pochodziły one z Jaffy.


Luksusowy dom handlowy braci Jabłkowskich 


Przedwojenna Warszawa to na pewno miasto wielokulturowe. W porównaniu z innymi miastami europejskimi, mieszkało w nim najwięcej ludności pochodzenia żydowskiego, co sprawiało, że była ona centrum żydowskiego życia naukowego i kulturalnego. Wszystkim mieszkańcom Warszawa oferowała mnóstwo różnych rozrywek. Można było odwiedzać eleganckie kina albo tak zwane kina robotnicze, gdzie ekrany zastępowały zwykłe prześcieradła. Spacerowano po parkach oraz jeżdżono na wycieczki do Wilanowa, natomiast ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, każdego wieczoru wychodzili do licznych restauracji albo kawiarni. Centrum miasta było nocami rozświetlane nie tylko gazowymi latarniami, ale także wspomnianymi już neonami.

Jeśli chodzi o modę, to należy zaznaczyć, że kobiety stopniowo zaczynały stawać się coraz bardziej wyzwolone. I choć nadal nosiły sukienki, które zakrywały kolana, to jednak były one krótsze i znacząco podkreślały talię. Minęła też moda na kostiumy kąpielowe przypominające wyglądem worki z rękawami i nogawkami. W latach trzydziestych przyszła również moda na plażowanie i teraz wypadało już wylegiwać się na piasku nad Wisłą. Znajdowały się tam specjalne podesty, na których praktycznie półnadzy mieszkańcy stolicy tańczyli do melodii wygrywanych przez zespoły jazzowe. Pomimo że większość warszawiaków żyła w nędzy, to jednak w dwudziestoleciu międzywojennym ludzi rozpierała niepowtarzalna energia. Ludzie chcieli żyć, chcieli się spotykać i wypoczywać na plażach nad Wisłą. Dlatego też po zakończeniu drugiej wojny światowej ci, którym udało się przeżyć, mocno tęsknili za tym, co było, ale niestety tamto życie sprzed wojny minęło bezpowrotnie.


Tak przed wojną wypoczywali warszawiacy.
Na zdjęciu widać Poniatówkę i plażę Kozłowskich. 

fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny


Taką właśnie Warszawę możemy ujrzeć oczami wyobraźni w najnowszej powieści Doroty Ponińskiej. Akcja Sekretów pani pułkownikowej rozgrywa się gdzieś na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Prezydentem Polski jest bowiem Ignacy Mościcki (1867-1946), do którego na bale często chadzają nasi bohaterowie. Można odnieść wrażenie, że główną bohaterką jest tytułowa pani pułkownikowa, czyli Natalia Kotubrycka. Ale czy na pewno tak jest? Kobieta reprezentuje tę wyższą warstwę społeczną. Choć niegdyś istniało prawdopodobieństwo, że nie będzie jej dane wejść do wyższych sfer, to jednak jej życie potoczyło się w taki sposób, że ostatecznie osiągnęła swój cel. Dziś jest szanowaną małżonką zasłużonego w boju pułkownika, z którą wszyscy się liczą, pytają o zdanie, proszą o pomoc i zapraszają na spotkania towarzyskie. Niemniej pani pułkownikowa to tak naprawdę kobieta o niezwykle złożonej osobowości. Możliwe, że sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby nie tajemnice, które wciąż kładą się cieniem na jej życiu. Przeszłość stale ją prześladuje i nie pozwala zaznać spokoju.

Kolejną bohaterką, która ma tutaj do odegrania niemałą rolę i równie dobrze można uznać ją za główną postać, jest Frania Ozorek. Dziewczyna pochodzi z ubogiej wiejskiej rodziny, w której było niemało przemocy. Aby wyrwać się ze wsi i spod ciężkiej ręki ojca, zarówno Frania, jak i jej siostry uciekają do miasta, gdzie znajdują pracę w domach tych bogatszych warszawiaków. Frania trafia do domu pułkownika Kotubryckiego, gdzie pracuje jako służąca. Nie narzeka na pracę. Jest jej tutaj dobrze. Czuje się szanowana przez swoich chlebodawców. I pewnie wszystko nadal biegłoby z góry ustalonym rytmem, gdyby nie jedna noc, po której nic już nie będzie takie samo.

Trzecią – równie ważną bohaterką – jest niejaka Tatiana Trubecka. Dziś powiedzielibyśmy, że Tatiana to zwyczajna wróżka, która przepowiada przyszłość wszystkim tym, którzy mają na tyle dużo pieniędzy, że chcą jej za to płacić. Może są to ludzie nieco naiwni, może zagubieni, a może po prostu ciekawi, jak dalej potoczy się ich życie. Niemniej Tatiana mieszkająca w przedwojennej Warszawie wcale nie jest taką zwykłą wróżką, która wyciąga od ludzi pieniądze. Ona ma dar, który przywiozła ze sobą z dalekiej Syberii. Jest szamanką znającą ludzie serca, dusze i umysły. W dodatku jest kimś na kształt spowiednika, któremu można wszystko powiedzieć, a w zamian uzyskać poradę i pomoc w podjęciu trudnych decyzji. Tatianę można więc porównać do księgi, w której ukryta jest cała mądrość tego świata. Już niedługo życiowe drogi Tatiany Trubeckiej i Natalii Kotubryckiej niespodziewanie się przetną. Czy jednak pani pułkownikowa będzie w stanie zaakceptować to, co syberyjska szamanka ma jej do powiedzenia? Czy zgodzi się na układ, który może zniszczyć jej małżeństwo? A może będzie to jedyne wyjście, by móc je utrzymać? Jak wiele Natalia będzie musiała poświęcić, aby jej życie wróciło do normalności?


Aleje Jerozolimskie, rok 1934
fot. Willem van de Poll (1895-1970)


Po przepięknej opowieści Podróż po miłość, która ukazała się w formie trylogii, Dorota Ponińska proponuje nam coś zupełnie innego, choć równie magicznego i wciągającego już od pierwszej strony. Na kartach powieści czytelnik przenosi się do przedwojennej Warszawy i doświadcza jej niepowtarzalnego i magicznego klimatu. Lecz to nie wszystko. Spotykamy bowiem bohaterów, z których każdy jest inny, każdy wywodzi się z innego środowiska i każdy musi zmagać się z innymi problemami. Bohaterki mają do podjęcia naprawdę trudne decyzje. W przypadku Natalii dochodzą jeszcze tajemnice z przeszłości, które mogą zniszczyć jej uporządkowane życie, szczególnie jeśli wydostaną się poza cztery ściany jej domu. Ona doskonale wie, że gdyby tak właśnie się stało, będzie groził jej ostracyzm towarzyski, a na to przecież nie może sobie w żadnym razie pozwolić. Z kolei Frania może znaleźć się na bruku i co wtedy? Czy ktoś będzie chciał ją przyjąć do pracy z bagażem, który będzie dźwigać na swoich barkach? A może będzie musiała wrócić na wieś i znów godzić się na bycie pomiataną przez rodziców? Wydaje się, że tylko Tatiana stoi jakby obok całej tej sytuacji. Niemniej ona wie, jaki los czeka obydwie kobiety, jeśli nie podejmą właściwych decyzji.

Sekrety pani pułkownikowej to powieść, która posiada niepowtarzalny klimat. Jest w niej wszystko to, czego potrzeba dobrej powieści z akcją osadzoną w międzywojennej Warszawie. Autorka pokazuje nam życie mieszkańców ówczesnej stolicy z ogromną dokładnością i z różnych jego stron. Są bogaci, są biedni i są także ci, którzy żyją na średnim poziomie. Jest również próba radzenia sobie z sytuacją, która wydaje się bez wyjścia. Polecam zatem najnowszą powieść Doroty Ponińskiej wszystkim tym, którzy lubią cofać się w czasie i pragną pospacerować po ulicach przedwojennej Warszawy, a przy okazji podpatrzeć, jak wtedy wyglądało życie ludzi, którzy tak naprawdę niewiele się od nas różnili. Musieli bowiem zmagać się z podobnymi problemami i podejmować podobne decyzje, jak my dzisiaj. Ta książka to z jednej strony opowieść o życiu mieszkańców ówczesnej Warszawy, natomiast z drugiej stanowi ona doskonałe studium realiów panujących w dwudziestoleciu międzywojennym. Jeśli zatem chcielibyście wziąć udział w balu wydawanym przez Ignacego Mościckiego i jego małżonkę, to ta książka jest w sam raz dla Was.







piątek, 1 marca 2019

Marcin Brzostowski – „Międzynarodowy Dzień Mafii”






PATRONAT MEDIALNY

RECENZJA PREMIEROWA






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawca: E-BOOKOWO
Będzin 2019
E-BOOK/WYDANIE PAPIEROWE



„Mafia” to słowo, które większości z nas kojarzy się z Sycylią, gdzie swoją działalność prowadzą bądź prowadziły zorganizowane grupy przestępcze posiadające ogromne wpływy i powiązania z osobami na różnych szczeblach władzy, a także prowadzące działalność gospodarczą, która finansowana jest z dokonywanych przestępstw. Z kolei w kontekście literackim, mówiąc „mafia” zazwyczaj mamy na myśli Amerykę i nieśmiertelnego Ojca chrzestnego autorstwa Mario Puzo.  Jedna z legend mówi natomiast, że samo słowo „mafia” pochodzi od pierwszych liter hasła, które towarzyszyło Sycylijczykom podczas niewoli francuskiej, jaką przeżywali pod panowaniem dynastii Andegawenów, a brzmiało ono następująco: Morte Alla Francia Italia Anela, czyli Śmierć Francuzom hasłem wszystkich Włochów.

Wyobraźmy sobie zatem, że mafia posiada tak ogromną władzę, iż pewnego dnia zupełnie legalnie zostaje ogłoszony Międzynarodowy Dzień Mafii. Jest to święto naprawdę wyjątkowe, ponieważ wtedy nawet najtwardszy gangster musi zmięknąć i zapomnieć o tym, czym zajmuje się na co dzień. Dlaczego? Skąd taka nagła zmiana w zachowaniu mężczyzn, którzy każdego innego dnia potrafią być bezwzględni? Tego czytelnik dowie się dopiero wtedy, gdy sięgnie po najnowszą mini powieść Marcina Brzostowskiego. Na kartach swojej książki Autor ponownie wraca do postaci nieprzeciętnego i naprawdę godnego uwagi inspektora Franco Foga, którego mieliśmy już okazję poznać zarówno w Zemście kobiet, jak i dwóch krótkich opowiadaniach zatytułowanych Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki i Mroczna tajemnica sgt. Adeli White.

Podobnie, jak w poprzednich książkach, Franco Fog tym razem również musi rozwiązać zagadkę, która wydaje się niesamowicie skomplikowana. Otóż, zbliża się tytułowy Międzynarodowy Dzień Mafii, a wraz z nim samobójstwa popełniają gangsterzy nie tylko ci działający na terenie Polski, ale także ci, którzy swoją przestępczą działalność prowadzą w innych krajach świata. Informacja o pierwszym podejrzanym samobójstwie gangstera zastaje inspektora w mieszkaniu jego życiowej partnerki, Małej Sylwii, która wcale nie jest postacią bez znaczenia, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Kiedy natomiast przychodzą wiadomości o kolejnych podejrzanych zgonach mafiosów, Franco Fog zaczyna coraz głębiej angażować się w śledztwo i coraz bardziej nabierać pewności, że za tymi samobójstwami kryje się coś więcej, niż tylko zwykła depresja gangstera. W dodatku mafiosi, jak gdyby się zmówili. Udają się bowiem na łono Abrahama w tym samym czasie. Czyżby nagle zgodnie postanowili oczyścić świat z przestępczości, eliminując samych siebie? Chyba nie. To byłoby zbyt proste. Coś tu ewidentnie nie gra i Franco Fog bez wątpienia dowie się, o co w tym wszystkim chodzi, nawet gdyby miał w tym celu poruszyć niebo i ziemię, nie spać po nocach i przesłuchać tysiące świadków.

Międzynarodowy Dzień Mafii to książka, która posiada swoje drugie dno. Aby je odkryć, czytelnik nie możne potraktować jej bezrefleksyjnie. Gangsterzy to tak naprawdę przedstawiciele nie tylko tej konkretnej grupy społecznej, ale przede wszystkim reprezentanci tych mężczyzn, którzy nie potrafią zrozumieć, że kobieta może być dla nich takim samym partnerem, jak inni mężczyźni. Męscy bohaterowie nie przyjmują bowiem do wiadomości, że kobietę stać na coś znacznie więcej, niż tylko dostarczanie im przyjemności albo piętrzenie coraz to nowych problemów. To oni są tymi, którzy rządzą światem, zapewniają byt rodzinie, a o jakimkolwiek równouprawnieniu nawet nie chcą słyszeć. W ich mniemaniu tak popularny dziś feminizm jest czymś zgoła złym i przybiera postać karykaturalną, co może wynikać ze strachu przez nieznanym lub obawą przed odwetem ze strony kobiet w odpowiedzi za lata złego traktowania. Z kolei kobiety też nie są lepsze, ponieważ – podobnie, jak mężczyźni – żyją stereotypami, uważając, że są stworzone jedynie do usługiwania mężczyznom, a jeśli już zdarzy im się jakiegoś pokochać, to są w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko.

Najnowsza książka Marcina Brzostowskiego to przede wszystkim opowieść o konfliktach damsko-męskich, których źródłem są uprzedzenia, tradycje kulturowe, a także obawa przed tym, że można zrobić coś, co nie zostanie dobrze przyjęte w społeczeństwie, a to może przecież znacząco ograniczyć wolność jednostki. Z jednej strony istnieje wyraźny podział na mężczyzn i kobiety i najlepiej byłoby, aby w ważnych sprawach mężczyźni i kobiety nie wchodzili sobie w drogę, skupiając się jedynie na tym, do czego są stworzeni, a z drugiej widać, że taki obraz świata jest nieco męczący zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Możliwe, że jakieś zmiany chętnie zostałyby przyjęte, ale pojawia się obawa, że przecież nie będzie to dobrze widziane przez otoczenie i jedyne, co im pozostanie, to ośmieszenie się i wstyd. Niemniej kobiety żyjące w cieniu swoich mężczyzn mogą wydawać się silniejsze od nich, bo przecież każdego dnia muszą zmagać się z problemami świata wykreowanego przez męską część populacji.

Międzynarodowy Dzień Mafii nie jest tak naprawdę kontynuacją losów inspektora Franco Foga, a jedynie opowiedzeniem kolejnej historii z jego życia. Tak więc czytelnicy, którzy jeszcze nie zetknęli się z tym bohaterem w poprzednich książkach Autora, mogą śmiało rozpocząć z nim przygodę właśnie od tej mini powieści. Nie jest to pierwsza książka Marcina Brzostowskiego, na kartach której poruszane są istotne problemy społeczne ukryte pod płaszczem absurdu, sarkazmu i humoru. Autor pokazuje, że wszelkiego rodzaju konflikty damsko-męskie kreowane są tak naprawdę przez samych zainteresowanych i tylko oni są w stanie coś zmienić. Dopóki nie pojawi się tolerancja i porozumienie pomiędzy kobietami i mężczyznami, próżno jest oczekiwać jakiejkolwiek zmiany istniejącej sytuacji.

Dodatkowym atutem tej książki jest prosty i zrozumiały język, a do tego dużo dialogów, zamiast przydługich i czasami wręcz zupełnie niepotrzebnych opisów. Polecam tę mini powieść każdemu, kto ma ochotę na historię opowiedzianą z przymrużeniem oka zanurzoną w surrealizmie, ale na pewno nie bezrefleksyjną, lecz zmuszającą do zastanowienia się nad naszymi wzajemnymi relacjami.







Książka do nabycia m.in. na stronie Wydawnictwa E-BOOKOWO.





czwartek, 15 listopada 2018

Ośmiu najbardziej krwawych rzymskich cesarzy






Bezwzględni i brutalni rzymscy cesarze słynęli przede wszystkim z tego, iż podczas swojego panowania stosowali niewyobrażalny terror. Lecz którego z nich można określić mianem najbardziej krwawego cesarza, skoro każdy miał na sumieniu niezliczoną liczbę okrucieństw? Przyjrzyjmy się zatem bliżej ośmiu najbardziej krwawym władcom Imperium Rzymskiego.

Wielu z nas zna rzymskich cesarzy i potrafi nawet wymienić ich z imienia. Wiadomo, że byli gniewni, źli i bardzo niebezpieczni. Któż nie zna Luciusa Domitiusa Ahenobarbusa, który po adoptowaniu przez Klaudiusza (10 p.n.e.-54 n.e.) zmienił imię na Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus i zapisał się w historii jako okrutny Neron mordujący chrześcijan? Albo któż z nas nie słyszał o Kaliguli, który torturował i mordował bez mrugnięcia okiem? W rzeczywistości – jak podkreślają historycy – wielu cesarzy z poniższej listy było naprawdę kompetentnych w kwestii wykonywania swojej funkcji władcy, a nawet nieprzeciętnie utalentowanych, jeśli chodzi o zarządzanie państwem. Niemniej niektóre mroczne opowieści na ich temat nie zawsze były jedynie wytworem wyobraźni tego, kto puszczał je w obieg. Z kolei niektóre z „przestępstw”, których dopuścili się owi władcy, a które szokowały ówczesne społeczeństwo, jak na przykład skłonność do publicznych wystąpień, dziś nikogo by już nie oburzyły. Tacy cesarze, jak Neron czy Domicjan, przeszli natomiast do historii jako przykłady nieobliczalnych, paranoicznych tyranów. Inni zaś, jak Dioklecjan, byli doskonałymi administratorami i dzięki temu ich rządy należały do naprawdę udanych. Jeśli natomiast ktoś z poddanych był chrześcijaninem, to wtedy musiał na siebie bardzo uważać, ponieważ jego życie stale było zagrożone. Nawet pod władzą najgorszych cesarzy, Rzym wciąż funkcjonował, ale zaangażowanie w życie publiczne mogło stać się zdecydowanie niebezpiecznym zajęciem. 

Tyberiusz, Tiberius Claudius Nero (42 p.n.e.-37 n.e.; rządy: 14-37)

Tyberiusz był następcą Oktawiana Augusta (63 p.n.e.-14 n.e.). August bardzo nie chciał, aby Tyberiusz objął kiedyś po nim władzę w Imperium Rzymskim. Na swego sukcesora wyznaczył go dopiero po przedwczesnej śmierci swoich wnuków, Gajusza (20 p.n.e.-4 n.e.) i Lucjusza (17 p.n.e.-2 n.e.), oraz po wygnaniu ich młodszego brata, Agryppy Postumusa (12 p.n.e.-14 n.e.), co sprawiło, że Tyberiusz stał się jedynym po linii prostej spadkobiercą żyjącego jeszcze cesarza. Tyberiusz był utalentowanym dowódcą wojskowym i szanował autorytet Senatu. Jego plany na przyszłość były jednak coraz bardziej podejrzane i mroczne, co pozwoliło mu zyskać pewną grupę zwolenników i ostatecznie doprowadziło do ostrego sporu z Agrypiną Starszą (ok. 14 p.n.e.-33 n.e.), która była wdową po wojennym bohaterze i jednocześnie bratanku Tyberiusza – Germaniku (15 p.n.e.-19 n.e.). Niestety, Tyberiusz polegał na ambitnym i bezwzględnym Luciusie Aeliusie Seianusie, znanym jako Sejan (20 p.n.e.-31 n.e.), który nie stronił od stosowania terroru. Okrutna działalność Sejana zakończyła się dopiero wtedy, gdy Tyberiusz dowiedział się, iż jego ulubiony żołnierz planuje przejąć władzę. Kazał go więc aresztować i stracić.


Wygnanie Tyberiusza
Obraz pochodzi z 1850 roku.
autor: Félix Joseph Barrias (1822-1907)


Od tamtej pory Tyberiusz zaczął cierpieć na obsesyjną podejrzliwość wobec wszystkich, którzy go otaczali. Wycofał się na wyspę Capri i tam ustanowił prawo, na podstawie którego każdy, kto dopuści się zdrady (maiestas) albo kogo Tyberiusz będzie o taką zdradę podejrzewał, zostanie skazany na śmierć. Rzymscy historycy, Swetoniusz (ok. 69-130) i Tacyt (ok. 55-120), ukazują nam zatem obraz Tyberiusza żyjącego na Capri jako zdeprawowanego pod względem seksualnym drapieżnika. Taki portret cesarza może nie być do końca prawdziwy, co jednak możemy zawdzięczać bardziej kolorowej wyobraźni historyków, niż twardym faktom. Z drugiej strony prawdą jest, że Tyberiusz topił w morzu każdego wroga, który stanął mu na drodze, a którego cesarz chciał się pozbyć. W porównaniu do swoich niektórych następców, Tyberiusz nie był potworem, ale z pewnością nadał ton temu, co miało dopiero nadejść.

Kaligula, Gaius Iulius Caesar Germanicus (12-41; rządy: 37-41)

Kaligula umieszcza prochy swej matki 
i brata w grobowcu przodków
Obraz został namalowany w 1647 roku.
autor: Eustache Le Sueur (1617-1655)
Gajusz, czyli Kaligula zwany też „bucikiem”[1] jest znany przede wszystkim ze swych ekscentrycznych działań, takich jak wypowiadanie wojny morzu albo ogłaszanie samego siebie bogiem. Jego rządy zaczęły się całkiem obiecująco, lecz po poważnym ataku choroby rozwinęła się u Kaliguli paranoja, która doprowadziła go do niepokojąco chaotycznego zachowania. Prawdopodobnie był także uwikłany w kazirodczy związek ze swoją siostrą, Julią Druzyllą (16-38), którą nazwał swoją spadkobierczynią. Gajusz czerpał szczególną radość z upokarzania członków Senatu, twierdząc, że mógłby w nim zasiadać każdy, nawet jego własny koń. Nie jest jednak prawdą, że Kaligula kiedykolwiek przyprowadził do Senatu swego ulubieńca. To tylko legenda, którą powtarzano tak uparcie, że w końcu wielu w nią uwierzyło. Jako syn germańskiego wybitnego generała, Gajusz pragnął podnieść swe militarne kwalifikacje, chociaż jego kampania w Germanii (obecnie Niemcy) zapewniła mu niewiele korzyści, zaś zupełnie nieudana inwazja na Brytanię (obecnie Wielka Brytania) przeistoczyła się w bitwę z morskim bogiem, Neptunem. Źródła historyczne podają, że Kaligula nakazał swoim żołnierzom, by zaatakowali mieczami fale morskie, natomiast jako łup zebrali muszle. 

Gajusz ogłosił siebie bogiem i użył swego boskiego statusu, aby ustalić, czym tak naprawdę jest monarchia absolutna w Imperium Rzymskim i kto powinien być najwyższym władcą. Podążał za przykładem Tyberiusza, który przypisywał prawdziwą lub wyimaginowaną zdradę swoim wrogom, tylko dlatego, aby wyeliminować ich z gry. W końcu sam padł ofiarą spisku. Niejaki Kasjusz Cherea (?-41), który był trybunem pretorianów, zaaranżował zamach na Kaligulę. Szalonego cesarza zaatakowano w drodze z teatru do pałacu cesarskiego i zadano mu łącznie około trzydziestu ciosów. Tak naprawdę Kasjusz powinien był zbuntować się przeciwko spiskowi, ponieważ Kaligula była „nieśmiertelnym bogiem” i de facto nie można go było zabić. Okazało się jednak inaczej. Gajusz wyzionął ducha jak każdy inny śmiertelnik.

Neron, Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus (37-68; rządy: 54-68)

Neron to jeden z tych rzymskich cesarzy, których najbardziej nienawidzimy i to nie bez powodu. Prawda jest taka, że Neron był dość kompetentnym władcą i administratorem państwa, któremu pomagali bardzo zdolni mężczyźni, w tym jego nauczyciel – pisarz i filozof Seneka Młodszy (4 p.n.e.-65 n.e.). Bez wątpienia Neron był także mordercą. Najpierw rozkazał bowiem otruć na oczach biesiadników swego przyrodniego brata, Brytanika (41-55), który stał mu na drodze do władzy. Potem rozwiódł się ze swą żoną Oktawią (40-62), aby poślubić wieloletnią kochankę, Poppeę Sabinę (ok. 30-65), którą pewnego dnia po pijanemu i pod wpływem środków odurzających, skatował tak, że na skutek odniesionych obrażeń zmarła. Poppea zabrała do grobu także ich nienarodzone dziecko. Dlaczego Neron dopuścił się tej okrutnej zbrodni? Otóż dlatego, ponieważ był szaleńcem oskarżającym żonę o cudzołóstwo. Prawdopodobnie to właśnie Poppea namówiła go do tego, by zamordował własną matkę. Najpierw Neron zaaranżował rzekomy wypadek na łodzi, lecz gdy Agrypina Młodsza (15-59) zdołała się w jakiś sposób uratować, jej szalony i bezwzględny syn wydał rozkaz zabicia jej w sposób bardziej bezpośredni. Następnie, w przypływie wielkiego gniewu, skatował Poppeę, gdy ta była brzemienna.


Neron wydaje rozkaz zamordowania swej matki
Obraz powstał w XVII wieku.
Autor: Noël Coypel (1628-1707)


Wbrew powszechnie funkcjonującemu mitowi, Neron wcale nie podpalił Rzymu, ani też nie grał na skrzypach, ani nawet na lirze, podczas gdy miasto płonęło. W rzeczywistości organizował w tym czasie pomoc dla ofiar i planował, jak odbudować miasto. Niemniej zamiłowanie Nerona do komponowanej przez siebie muzyki i wierszy, które również sam pisał, wielokrotnie zmuszając senatorów do siedzenia i słuchania jego niekończących się i zupełnie pozbawionych kunsztu recitali, sprawiło, że ludzie bardzo łatwo uwierzyli w historię o tym, jak to cesarz swoją „twórczością” zagłuszał tragedię rozgrywającą się w Rzymie.

Nerona znienawidzono także za budowanie ogromnego i zupełnie pozbawionego smaku pałacu zwanego Złotym Domem Nerona (z łac. Domus Aurea), który wzorowany był na zabudowie miejskiej willi. Zlokalizowany był pomiędzy wzgórzami Palatynu i Eskwilinu w ruinach znajdujących się w samym centrum Rzymu. Nie ma wątpliwości, że Neron okrutnie prześladował chrześcijan, zaś jego infantylne upieranie się przy zdobywaniu laurów na olimpiadach w Grecji – bez względu na to, czy wygrał wyścig, czy nie – miało bardzo zły wpływ na reputację całego Imperium Rzymskiego. Neron został obalony przez kręgi arystokratyczne, patrycjuszowskie i bogate warstwy społeczne. Do tego doszła jeszcze rewolta w armii, która wybrała już nowego cesarza – Galbę (3 p.n.e.-69 n.e.). Opuszczony i zdradzony przez wszystkich, cesarz popełnił w końcu samobójstwo, a jego ostatnie słowa brzmiały: Jakiż artysta ginie [wraz ze mną]!

Cesarz Domicjan
Portret pochodzi z XVI wieku.
autor: Tiziano Vecellio 
(Tycjan; 1488-1576)
Domicjan, Titus Flavius Domitianus (51-96; rządy: 81-96)

Domicjan był młodszym synem generała Wespazjana (9-79), który znacznie wzmocnił swoją pozycję po upadku Nerona i przywrócił w Imperium Rzymskim stabilność i normalność życia publicznego. Domicjan nie odziedziczył uroku osobistego swego ojca i, podobnie jak inni na tej liście, cierpiał z powodu głębokiej paranoi w związku z podejrzewaniem innych o zdradę. Być może właśnie ta paranoja stała się powodem jego ucieczki przed śmiercią podczas wojny domowej. Domicjan był szczególnie podejrzliwy wobec Senatu. Na swoim koncie miał wielu elitarnych obywateli straconych za rzekomą konspirację przeciwko niemu, w tym dwunastu byłych konsulów i dwóch własnych kuzynów.

W miarę upływu czasu rządy Domicjana stawały się coraz bardziej autorytarne, aż wreszcie cesarz zażądał, by traktować go jak boga. Zwrócił się przeciwko filozofom, wysyłając wielu z nich na wygnanie, zaś sam stał za zabójstwem głównej westalki-dziewicy, czyli kapłanki bogini domowego ogniska, Westy. Rozkazał pogrzebać ją żywcem w specjalnie skonstruowanym grobowcu. Domicjan ostatecznie padł ofiarą spisku, w którym udział brała również jego żona, Domicja Longina (ok. 53-ok. 126). W konsekwencji cesarz został nieoczekiwanie zadźgany nożem przez pałacowego służącego. Niektórzy historycy sądzą, że tyrania Domicjana została wyolbrzymiona, natomiast jeśli chodzi o kierowanie się w swoich działaniach mściwością, to inni porównują go do Saddama Husajna (1937-2006).

Kommodus, Lucius Aurelius Commodus (161-192; rządy: 180-192)

Kommodus jako Herkules i gladiator
Portret powstał pomiędzy 1599 a 1600 rokiem.
autor: Peter Paul Rubens (1577-1640)
Kommodus to cesarz, którego w 2000 roku mogliśmy zobaczyć na ekranie w filmie Gladiator w reżyserii Ridleya Scotta. W tej roli wystąpił amerykański aktor, wokalista, producent filmowy i telewizyjny, Joaquin Phoenix. Kommodus był zapalonym zwolennikiem walk gladiatorów. Sam również walczył na arenie, niekiedy przebrany za Herkulesa, za co sam przyznał sobie boski laur, oświadczając, że jest rzymskim Herkulesem. Kommodus był synem cesarza i filozofa, Marka Aureliusza (121-180), i chociaż scena filmu, w której Kommodus zabija własnego ojca jest wymyślona, to jednak prawdą było, że Kommodus stanowił przeciwieństwo wszystkiego, co reprezentował sobą jego ojciec. Prowadząc próżniaczy tryb życia i szukając coraz to nowych przyjemności, cesarz praktycznie doprowadził do bankructwa Imperium Rzymskiego, a potem za wszelką cenę starał się zapełnić opróżniony skarbiec, zmuszając zamożnych obywateli do zdrady, by potem móc skonfiskować ich majątki.

Wkrótce ludzie zaczęli szemrać i spiskować przeciwko cesarzowi, mówiąc nieprawdę nie tylko o nim, ale także o jego siostrze. Bunt został jednak zażegnany, a Kommodus postanowił stracić jeszcze więcej osób, ponieważ sądził, że mogą oni spiskować przeciwko niemu, a jeśli nie robią tego teraz, to na pewno wystąpią przeciwko niemu w przyszłości. Ostatecznie prefekt pretorianów i szambelan dworu cesarza wynajęli zawodowego sportowca, by ten udusił Kommodusa w wannie. 

Karakalla, Marcus Aurelius Antoninus Bassianus (188-217; rządy: 211-217)

Marek Aureliusz Antoniusz był synem wysoce sprawnego i skutecznego cesarza Septymiusza Sewera (ok. 146-211). „Karakalla” to przydomek wywodzący się od nazwy galilejskiego płaszcza z kapturem, który był nieodłącznym atrybutem cesarza. Legenda głosi, że cesarz miał rozdawać ludziom szaty sięgające do kostek, co również miało wpływ na przydomek, jakim go obdarzono. Młodszym synem Septymiusza był Geta (189-212), który przez pewien czas sprawował rządy z Karakallą, lecz szybko doszło między nimi do konfliktu i wydawało się, że wojna domowa jest jedynie kwestią czasu. Niemniej Karakalla odwrócił ten scenariusz i rozkazał zamordować Getę. Generalnie Karakalla brutalnie atakował swoich przeciwników. Podjął się bowiem eksterminacji zwolenników Gety. Podobnie postępował z tymi, którzy zostali uwięzieni w konsekwencji jednego z regularnych buntów w Aleksandrii, jaki wybuchł przeciwko rzymskim rządom.


Karakalla
Obraz został namalowany w 1902 roku.
autor: Sir Lawrence Alma-Tadema (1836-1912)


Na kartach historii Karakalla zapisał się jako ten, który wybudował wspaniały kompleks kąpielowy w Rzymie nazwany jego imieniem. Rozszerzył on także nadawanie rzymskiego obywatelstwa wszystkim wolnym ludziom w imperium, chociaż z drugiej strony mówi się, że najprawdopodobniej próbował w ten sposób zebrać pieniądze, które były mu niezbędne na zabezpieczenie własnych działań. Z całą pewnością nadwyżkę w skarbcu, jaką odziedziczył po ojcu, szybko zamienił w deficyt budżetowy. Karakalla był jednak dość dobrym, choć bezlitosnym dowódcą wojskowym, lecz mimo to został zamordowany przez ambitnych oficerów, w tym pretoriańskiego prefekta Opeliusza Makrynusa (ok. 165-218), który natychmiast po zabiciu Karakalli, ogłosił samego siebie nowym cesarzem.

Heliogabal, Varius Avitus Bassianus (204-222; rządy: 218-222)

Heliogabal był krewnym żony Septymiusza Sewera, który pomógł wstąpić na tron Makrynusowi po zamordowaniu Karakalli. Heliogabal obalił jednak Opeliusza Makrynusa i szybko zajął się coraz bardziej ekscentrycznymi rządami w Imperium Rzymskim. Jego przydomek był konsekwencją roli, jaką pełnił wcześniej w świątyni syryjskiego boga słońca, El Gabala. Był tam kapłanem. Kult tego boga Heliogabal próbował rozpowszechnić w Rzymie, pomimo że był obrzezany. Chciał on bowiem pokazać ludowi swoje wielkie oddanie bóstwu.


Róże Heliogabala
Obraz został namalowany w 1888 roku przez sir Lawrence’a Alma-Tadema. 
Dzieło przedstawia młodego cesarza spędzającego beztrosko czas podczas 
wydawanej przez siebie uczty. 


Heliogabal świadomie obrażał rzymskie zasady moralne i religijne, stawiając stożkowaty czarny fetysz[2] wykonany z kamienia, który był symbolem boga słońca i stanął na Wzgórzu Palatyńskim. Poślubił główną westalkę, tym samym chroniąc ją przed pewną śmiercią. Rzymianie byli bardzo oburzeni seksualnymi ekscesami Heliogabala, jak również licznymi małżeństwami, które zawierał. Jego związki były zarówno heteroseksualne, jak i homoseksualne. Dziś powiedzielibyśmy, że cesarz był transgenderystą. Nie tylko ludzie żyjący w czasach Heliogabala wypowiadali się o nim niepochlebnie. Obecnie historycy również nie mają zbyt wiele dobrego do powodzenia o cesarzu. Cierpliwość Rzymian ostatecznie się wyczerpała i skończyło się na tym, iż Heliogabal został zamordowany w wyniku tajnie przygotowanego spisku, za którym stała jego własna babka.

Dioklecjan, Gaius Aurelius Valerius Diocletianus (ok. 244-316; rządy: 284-305)

Nieco niesprawiedliwym może wydawać się fakt, iż Dioklecjan został zakwalifikowany do grupy najbardziej krwawych rzymskich cesarzy, ponieważ z jednej strony był on znany z podejmowania wielce ryzykownych działań, ale z drugiej jego decyzje były dość rozsądne i w konsekwencji doprowadziły do podziału rządów w Imperium Rzymskim na dwie części. Dioklecjan zaproponował bowiem współpracę Maksymilianowi (Marcus Aurelius Valerius Maximianus; ok. 250-310), który władzę sprawował w latach 286-305. W 293 roku Dioklecjan ustanowił specyficzny system rządów zwany tetrarchią, który polegał na równoczesnym panowaniu czterech podmiotów władzy, czyli dwóch augustów oraz dwóch władców niższej rangi, którzy zachowali tytuł cezara.


Wnętrze pałacu założonego w Spalatum (Splicie/Chorwacja) przez cesarza Dioklecjana.
Obraz powstał w 1757 roku.
autor: Charles-Louis Clérisseau (1721-1820)


Dioklecjan był dobrym administratorem, co sprawiło, że udało mu się utrzymać podzieloną strukturę dowodzenia w czasach, kiedy Imperium Rzymskie znajdowało się pod coraz większą presją ze strony wrogów znajdujących się poza jego granicami. Niemniej poważną rysą na rządach Dioklecjana było bezwzględne i okrutne prześladowanie chrześcijan. Chrześcijanie od dawna byli bowiem uważani przez Rzymian za ludzi budzących niesmak i bardziej śmiano się z nich, niż traktowano jako zagrożenie. Lecz mimo to Dioklecjan postanowił, że zrobi wszystko, by całkowicie ich wyeliminować z życia społecznego, a ich religię zniszczyć. Chrześcijańskie świątynie miały zatem zostać zrównane z ziemią, pisma spalone, zaś chrześcijańscy duchowni mieli zostać uwięzieni i zmuszeni składać ofiary i hołd cesarzowi pod groźbą śmierci. Chrześcijanie, którzy nie chcieli wyrzec się swojej wiary byli okrutnie torturowani, a w konsekwencji skazywani na śmierć.

Dioklecjan wyjątkowo okrutnie prześladował chrześcijan. Jego postępowanie niektórym mogło wydawać się niezrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, iż Rzymianie zazwyczaj akceptowali inne religie. Obawy Dioklecjana miały jednak swoje źródło w tym, że jego rządy przypadły na czasy, kiedy jedność była niezbędnym czynnikiem dla przetrwania Imperium Rzymskiego. Zdaniem cesarza chrześcijaństwo było niebezpieczne, ponieważ opowiadało się za jednoznacznym odrzuceniem rzymskich wartości religijnych, na co Dioklecjan w żadnym razie nie mógł sobie pozwolić.










[1] „Bucik” to przezwisko, które żołnierze ojca Kaliguli nadali mu, kiedy ten był jeszcze dzieckiem.
[2] Fetysz to przedmiot będący ucieleśnieniem danego bóstwa. Występował głównie w religiach pierwotnych.