piątek, 16 stycznia 2015

We wszystkich moich książkach bohaterowie pojawiają się jako pierwsi...





ROZMOWA Z MARCIĄ WILLETT



Marcia Willett rozpoczęła swoją karierę pisarską, kiedy miała pięćdziesiąt lat. Jest autorką ponad dwudziestu powieści, które napisała pod własnym nazwiskiem, a także wielu różnych opowiadań. Jest również autorką czterech książek, które stworzyła pod pseudonimem „Willa Marsh”. Do tej pory jej książki zostały opublikowane w ponad szestnastu krajach. Wczesne lata życia autorka poświęciła baletowi, lecz jej marzenia o zostaniu zawodową baletnicą zakończyły się w chwili, gdy wyrosła z rozmiarów wymaganych w tej profesji. Nigdy nie żałowała decyzji o zostaniu pełnoetatową pisarką. W Polsce możemy przeczytać trzy jej książki: „Tydzień w zimie”, „Godzina dzieci” oraz „Letni domek”. Marcia mieszka w pięknej i dzikiej części hrabstwa Devon i uwielbia być odwiedzana przez syna i rodzinę.


Agnes A. Rose: Dzisiaj moim gościem jest Marcia Willett. Bardzo dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Twoje opowieści przeważnie traktują o relacjach rodzinnych. Co według Ciebie jest takiego szczególnego w tego rodzaju historiach?

Marcia Willett: Myślę, że powinnam powiedzieć, iż wśród rodzin, o których piszę, rzadko występują te o charakterze konwencjonalnym. W „Tygodniu w zimie” Maudie jest przyszywaną prababcią Posy. W „Letnim domku” Lottie jest siostrą byłej żony Milo. W „Godzinie dzieci” Mina mieszka ze swoją niepełnosprawną siostrą. Uważam, że to bardzo ciekawe móc przestudiować dynamikę takich rodzin.




Agnes A. Rose: Dlaczego zaczęłaś pisać dopiero w wieku pięćdziesięciu lat?

Marcia Willet: Z powodu złej koniunktury na początku lat dziewięćdziesiątych mieliśmy kłopoty finansowe, i mój mąż namówił mnie, abym spróbowała napisać książkę – coś, w co zawsze wierzył, że mogę to zrobić, choć nigdy tak naprawdę nie brałam tego pod uwagę. Byłam czytelniczką, zaś nie pisarką! Spędzałam godziny, spacerując ze swoimi psami po wrzosowiskach, próbując oczyścić swój umył ze wszystkich książek, które kiedykolwiek czytałam i pozwalając, aby moje myśli biegły wolno, aż do momentu, gdy bardzo powoli zaczęłam kreować swoich własnych bohaterów i budować opowieść, która by ich dotyczyła. To był bardzo ekscytujący proces i nikt nie był bardziej zaskoczony ode mnie, kiedy ostateczny efekt został zaakceptowany przez wydawcę!

Agnes A. Rose: Pamiętam, że gdy czytałam „Tydzień w zimie” nie mogłam powstrzymać emocji. Czy mogłabyś nam powiedzieć, co zainspirowało Cię do napisania tak emocjonalnej i smutnej historii?

Marcia Willett: We wszystkich moich książkach bohaterowie pojawiają się jako pierwsi: w tym przypadku były to Maudie i Posy, a następnie Melissa. Przynoszą ze sobą swoje historie i miejsca, w których mieszkają, a potem czekam, słucham, podczas gdy pojawiają się inni, którzy łączą to wszystko ze sobą, i tak powoli rozwija się historia. Tak naprawdę nigdy nie decyduję się na pisanie o osobliwych kwestiach.

Agnes A. Rose: A co z Moorgate? Czy jest to miejsce prawdziwe, czy fikcyjne?

Marcia Willett: Takich „Moorgate” jest bardzo dużo: tym, o którym piszę są domy umiejscowione na granicy trzech wrzosowisk znajdujących się w West Country. To konkretne Moorgate stanowi moją własną inwencję, lecz jest ono zakorzenione w rzeczywistości.

Agnes A. Rose: W „Godzinie dzieci” skupiasz się na problemie starzenia się. Piszesz także o obecności drugiego człowieka, co jest niezwykle ważne dla każdego z nas. Jak wpadłaś na pomysł, aby połączyć te dwie kwestie?

Marcia Willett: Szkoda, że nie mogę przypisać sobie zasługi za te dwie sprawy. Wydaje się, że istnieje alternatywna czasoprzestrzeń rozrzucona po West Country, w której mieszkam i właśnie tutaj również żyją i pracują moi bohaterowie. Oni odkrywają mi siebie, a ja opowiadam ich historie.

Agnes A. Rose: Według Ciebie, jako pisarki, jakie najważniejsze elementy powinny znaleźć się w Twoich opowieściach? Jakie są Twoje mocne i słabe strony?

Marcia Willett: Najbardziej istotnym elementem jest bezustanna fascynacja tematem relacji zachodzących pomiędzy bohaterami, które napędzają fabułę książek. Moją słabą stroną jest plan! Rzadko zdarza mi się go mieć!

Agnes A. Rose: Kto lub co najbardziej oddziaływuje na Twoje pisanie? Jaki jest tego wpływ na to, co tworzysz?

Marcia Willett: Największy wpływ wywiera na mnie miejsce, w którym mieszkam przez większość swojego życia. To kraina West Country – hrabstwa Somerset, Devon i Kornwalia – która jest bardzo pięknym i klimatycznym miejscem, a do tego jest także głównym bohaterem wszystkich moich książek.

Agnes A. Rose: Czy edytujesz i poprawiasz to, co aktualnie piszesz? A może robisz to dopiero po zakończeniu pierwszego szkicu? Która metoda jest dla Ciebie najlepsza?

Marcia Willett: Edytuję i przeglądam to, co piszę, bezustannie sprawdzając i poprawiając. Kiedy skończę, ponownie czytam książkę, ale do tego czasu większość pracy jest już wykonana.

Agnes A. Rose: Jak radzisz sobie z najtrudniejszymi aspektami pisania? Czy wierzysz w zanik inwencji twórczej?

Marcia Willett: On z pewnością istnieje! Mój mąż dał mi najlepszą radę, która polega na tym, aby „wciąż uderzać w klawisze”. Bardzo łatwo jest pozwolić temu okropnemu strachowi, aby przeszkodził mi w pracy, lecz jeśli napiszę tylko jedno zdanie – nawet, jeżeli potem je wymarzę – to często mój mózg znów pracuje. Inną pożyteczną dla mnie czynnością jest spacerowanie: poruszanie się po okolicy jest zwykle inspirujące.

Agnes A. Rose: Jakiej rady udzieliłabyś młodym pisarzom, szczególnie tym, którzy pragną tworzyć w preferowanym przez Ciebie gatunku?

Marcia Willett: Słuchajcie swoich bohaterów.

Agnes A. Rose: Czy masz swoją ulubioną książkę lub bohaterów? Gdyby któraś z Twoich powieści stała się adaptacją filmową, to kogo z wiodących aktorów widziałabyś w tym filmie?

Marcia Willett: Nie mam swojej ulubionej książki ani bohatera, ale bardzo lubię Olivera Wivenhoe’a, który pojawił się w kilku powieściach, i gdyby “The Sea Garden” stała się adaptacją filmową, to w roli Olivera chciałabym zobaczyć Benedicta Cumberbatcha. Byłabym taka szczęśliwa!

Agnes A. Rose: Czy miałaś coś do powiedzenia w kwestii tytułów i okładek swoich książek? Jak bardzo te dwie sprawy są ważne? Jak myślisz? Moim zdaniem polskie okładki Twoich powieści są piękne. A jak jest z angielskimi?

Marcia Willett: Polskie okładki rzeczywiście są piękne i jak najbardziej odpowiednie dla każdej książki. Właśnie patrzę na swój polski egzemplarz „Godziny dzieci” i okładka jest po prostu śliczna. Każdy kraj, który publikuje moje książki – a jest ich osiemnaście – ma swoje własne pomysły na okładki i tytuły, i tak powinno być. Moja zgoda tutaj w Wielkiej Brytanii jest zawsze wymagana, ale wiem, że posiadam bardzo profesjonalny zespół pracujący w moim imieniu, i zawsze jestem gotowa do słuchania porad.

Agnes A. Rose: Nad czym pracujesz w tej chwili?

Marcia Willett: Właśnie skończyłam adjustację książki, która latem będzie opublikowana w Wielkiej Brytanii, a której akcja rozgrywa się nad rzeką Dart w mieście Dartmouth w West Country w czasie Annual Royal Regatta.

Agnes A. Rose: Marcia, bardzo dziękuję za tę rozmowę. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim polskim Czytelnikom?

Marcia Willett: Chciałabym powiedzieć jak bardzo czuję się podekscytowana i zaszczycona tym, że moje książki są publikowane w Polsce. To bardzo wiele dla mnie znaczy i mam nadzieję, że moi polscy Czytelnicy są w stanie nawiązać kontakt z moimi „ludźmi” oraz ich otoczeniem i cieszyć się tymi książkami.

Agnieszko, bardzo dziękuję za zaproszenie. Wszystkim składam najlepsze życzenia noworoczne.




Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here.





wtorek, 13 stycznia 2015

Iny Lorentz – „Kochanica heretyka”











Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2014
Tytuł oryginału: Die Ketzerbraut
Przekład: Małgorzata Huber




Bawaria to jedno z najstarszych księstw nowożytnej Europy. Początki Bawarii sięgają jeszcze VI wieku. Od epoki średniowiecza, aż do wczesnego wieku XIX Stara Bawaria była silnym księstwem, gdzie rządy sprawowali członkowie rodu Welfów, a potem Wittelsbachów. Miasta takie, jak na przykład Ratyzbona stały się potężnymi ośrodkami gospodarczymi i naukowymi o europejskim znaczeniu. Po wojnie trzydziestoletniej (1618-1648) Bawaria, która była księstwem cesarskich elektorów, pełniła niezwykle ważną funkcję w polityce wielkich mocarstw. W XIX wieku księstwo stało się monarchią konstytucyjną. O tym okresie w dziejach Bawarii można mówić, iż przeżyła ona ogromny rozkwit kulturalny, a dodatkowo na jej terenie wprowadzono szereg reform politycznych i społecznych. Po pierwszej wojnie światowej na obszarze Bawarii powołano komunistyczną Bawarską Republikę Rad, a stało się to jeszcze przed wdrożeniem w życie konstytucji, na mocy której wprowadzono ustrój demokracji parlamentarnej. W okresie narodowego socjalizmu Bawaria straciła swoją niezależność, natomiast w dniu 1 grudnia 1946 roku w wyniku referendum przyjęto Konstytucję Wolnego Państwa Bawarii.

Wilhelm IV z Bawarii (1493-1550)
Przenieśmy się zatem do Bawarii i odwiedźmy takie miasta, jak Monachium i Augsburg. To właśnie głównie na terenie tych dwóch miast rozgrywa się akcja Kochanicy heretyka. Czasy nie są łatwe, ponieważ ma miejsce walka Kościoła z reformatorskim ruchem Marcina Lutra, który wprost mówi o grzechach ówczesnego duchowieństwa. Rozpusta, odprawianie nabożeństw byle jak, a do tego jeszcze sprzedaż odpustów to zdaniem reformatora najbardziej gorszące przewinienia kleru. Nie dziwi więc fakt, że średniowieczni niemieccy księża urządzają sobie swego rodzaju polowanie na Marcina Lutra, albowiem jego działanie może w konsekwencji doprowadzić do tego, że ludzie przestaną im wierzyć, a to z kolei znacznie uszczupli ich sakiewki. Chyba najgorzej na nauce Kościoła wychodzą kobiety, które aby uzyskać rozgrzeszenie muszą najpierw zaspokoić potrzeby seksualne swoich spowiedników. Efekt zazwyczaj jest taki, że po dziewięciu miesiącach na świat przychodzi żywy owoc tejże spowiedzi. Nie wiadomo tak naprawdę, kto jest ojcem tych dzieci: czy mąż „wyspowiadanej” kobiety, czy może jej spowiednik. W okresie, który nas interesuje rządy w księstwie sprawuje książę Wilhelm IV. Jest on zagorzałym przeciwnikiem ówczesnego duchowieństwa i piętnuje szczególnie tych księży, którzy dopuszczają się niemoralnych czynów zupełnie niepasujących do ich stanu.

Główną bohaterką książki jest Genoveva Leibert – córka monachijskiego kupca. Dziewczyna wychowywała się bez matki wraz ze swoim bratem bliźniakiem, który swoje imię odziedziczył po ojcu. Bartholomäus Leibert junior prowadzi beztroskie życie i nie wydaje się, aby kiedyś godnie zastąpił swojego ojca w interesach. Oczywiście stary Leibert tego nie dostrzega (a może tylko udaje, że niczego nie widzi?), ponieważ przez cały czas odsuwa gdzieś na bok swoją inteligentną córkę, na swojego spadkobiercę szykując właśnie syna. Robi tak tylko i wyłącznie z powodu jej płci. Gdyby Veva była mężczyzną, wszystko zapewne wyglądałoby inaczej.

Marcin Luter (1483-1546)
Bartholomäus Leibert senior prowadzi swoje interesy z kupcami z niemalże całej Bawarii, a nawet poza jej granicami. Aby jeszcze bardziej zacieśnić swoje przyjazne stosunki z handlowymi partnerami, Bartholomäus decyduje się na wydanie Vevy za syna jednego z nich. Szczęśliwym wybrankiem serca panny Leibert jest syn kupca z Innsbrucku – Friedrich Antscheller. Kiedy wszystko jest już uzgodnione, pozostaje jedynie wysłać Vevę do domu jej przyszłego męża. Dowództwo nad eskortą Vevy obejmuje jej brat bliźniak, zwany przez wszystkich po prostu Bartl. Niestety, w drodze podróżni zostają napadnięci przez bandytów, a Bartl i jego ludzie brutalnie zamordowani. Veva przeżywa szok! Rabusie biorą dziewczynę do niewoli, z której na pewno nie wyjdzie cało.  O „bandzie z gór” od dawna krążą słuchy, że ci ludzie mężczyzn bestialsko mordują, natomiast na kobietach dopuszczają się brutalnych gwałtów. Czy zatem uda się Vevie wyjść cało z niewoli? Czy jeszcze kiedyś ujrzy swojego ojca? Czy pomści śmierć brata? Kto tak naprawdę stoi za napadem i zabójstwem Bartla Leiberta? Czy był to zwykły przypadek, czy może z góry zaplanowana napaść?

Tymczasem w Monachium w opinii rozwiązłego chłystka żyje sobie niejaki Ernst Rickinger. Chłopak jest przyjacielem młodego Leiberta, z którym dopuścił się niejednego przewinienia. Nawet własny ojciec nie chce go znać, ponieważ tylko przynosi mu wstyd swoim postępowaniem. Trzeba bowiem wiedzieć, że Ernst ma na sumieniu zdemaskowanie jednego z najważniejszych duchownych w Monachium. Któregoś dnia doprowadził do tego, że ksiądz stał się pośmiewiskiem mieszkańców. Czy taką zniewagę można wybaczyć? O, nie! Najlepiej trochę odczekać i w końcu się zemścić. W dodatku Ernst jest zwolennikiem Marcina Lutra, którego pisma przemyca z Augsburga. Oczywiście nie robi tego w pojedynkę. W swój proceder zaangażował niektórych przyjaciół. Czy prawda wyjdzie kiedykolwiek na jaw? A jeśli tak, to w jaki sposób zachowają się duchowni? Czy młody Rickinger poniesie karę?

Kochanica heretyka to najnowsza powieść Iny Lorentz, która ukazała się w polskim tłumaczeniu. Dla mnie osobiście jest to także ostatnia książka Autorów, którą przeczytałam. Tą powieścią na razie zamykam moje spotkania z twórczością Niemców. Od tej chwili pozostaje mi tylko czekanie na ich kolejne książki w polskim przekładzie, ponieważ przeczytałam już wszystkie, które ukazały się w naszym kraju. Jak zwykle Autorzy mnie nie zawiedli. Fabuła powieści jest dość urozmaicona i traktuje o kwestiach, które nie były poruszane w poprzednich książkach Iny Lorentz. Nie mamy tutaj bynajmniej do czynienia z kobietą przebraną za mężczyznę, jak miało to miejsce w przypadku innych powieści. Tym, co ewentualnie może stanowić wspólny mianownik jest środowisko kupieckie. Nowością jest natomiast walka Kościoła z reformatorskim ruchem Marcina Lutra. Przecież nikt nie lubi, kiedy ktoś publicznie wytyka mu wady i przewinienia, więc nie dziwi fakt, że księża oburzają się z powodu dziewięćdziesięciu pięciu tez Lutra.


Marcin Luter przed kardynałem Tomaszem Kajetanem (1469-1534)

Sam reformator na kartach książki pojawia się stosunkowo rzadko. Podobnie jak Wilhelm IV. Autorzy w głównej mierze skupiają się na postaciach fikcyjnych, ponieważ stanowią one, jak gdyby odzwierciedlenie ówczesnego bawarskiego społeczeństwa. Oczywiście jest spisek, zdrada, ale też i zemsta za wyrządzone krzywdy. Z kolei tytuł powieści raczej nie utożsamia się z tym, co można przeczytać w książce. Pojęcie „kochanica” odnosi się zapewne do Vevy Leibert, która tak naprawdę żadną kochanicą nie jest. Tak więc jeśli ktoś już po samym tytule oczekuje jakichś gorących scen łóżkowych, to na tym polu raczej się rozczaruje.

Jak to zazwyczaj bywa u Iny Lorentz, mamy tutaj do czynienia z szeregiem niebezpiecznych przygód, których doświadczają nasi bohaterowie. Jest też miłość, jak również odpowiedzialność za swoje czyny, które nie zawsze są moralnie poprawne. Pojawia się także konflikt w relacjach ojca z synem. Na czoło wysuwają się również kwestie majątkowe i oczywiście wręcz fanatyczne ujęcie Marcina Lutra, co w konsekwencji doprowadziłoby do jego skazania. Może spłonąłby na stosie, jak niegdyś Jan Hus (1370-1415)? Kto wie?

W moim odczuciu książka jest naprawdę doskonałą lekturą dla tych, którzy oprócz historii cenią sobie także pierwiastek przygodowy. Jest to też opowieść dla tych, których nie bulwersuje niemoralne zachowanie duchowieństwa. W powieści jest bowiem sporo scen, które bynajmniej nie stawiają ówczesnych księży w dobrym świetle. Tak więc Kochanicą heretyka zamykam mój cykl spotkań z twórczością Iny Lorentz i niecierpliwie czekam na kolejne powieści, które – mam nadzieję – już wkrótce ukażą się w Polsce. 







piątek, 9 stycznia 2015

Joseph O’Connor – „Miasto Odkupienia”












Wydawnictwo: WYDAWNICTWO DOLNOŚLĄSKIE
Wrocław 2008
Tytuł oryginału: Redemption Falls
Przekład: Jarosław Włodarczyk




James Joyce (1882-1941) napisał kiedyś do swojego brata, że w jego mniemaniu wolność w literaturze irlandzkiej to odchodzenie od angielskiej konwencji, co swoje źródło miało w jego nieprzeciętnym talencie. Irlandzka powieść nigdy nie była ograniczona przez konieczność kreowania schematycznej fabuły i takich samych bohaterów. Tak więc podejmowano szereg eksperymentów i wprowadzano innowacje, zamiast tworzyć klasyczną literaturę postkolonialną. Obce wpływy kulturowe sprawiły, że irlandzcy pisarze zgodnie podążali w kierunku poszukiwań tradycji innych ludzi, aby w ten sposób zrekompensować fakt, iż w ich literaturze brakowało własnego dogmatycznego literackiego dziedzictwa. Począwszy od Podróży Guliwera Jonathana Swifta (1667-1745), aż do Drakuli Abrahama Stokera (1847-1912) naginanie zasad realizmu jest czymś na kształt irlandzkiej emigracji. Sto lat temu Irlandia była jedynym regionem Zjednoczonego Królestwa, gdzie generowano rodzimą sztukę modernistyczną. Fascynacja grą słów i ekstrawagancją, które funkcjonowały już we wczesnym średniowieczu, stały się głównym aspektem irlandzkiej modernistycznej przygody, tak jak i jego mroczna i fragmentaryczna historia.

Powieść Josepha O’Connora – Miasto Odkupienia – jest pozbawiana tradycji, natomiast nafaszerowana jest wszelkiego rodzaju fotografiami, wierszami, listami, zapiskami bohaterów, wyciągami z ich dzienników, fragmentami irlandzkich ballad, czy też indywidualnymi historiami pochodzącymi z rozmaitych dokumentów i opowieści. Można przypuszczać, że jest to typowy irlandzki sposób pisania. Od czasów Laurence’a Sterne’a (1713-1768) do Jamesa Joyce’a literacki eksperyment irlandzkich pisarzy obejmował bardzo często zabawy z książką, którą traktowano jako obiekt materialny.

Akcja Miasta Odkupienia rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych tuż po zakończeniu wojny secesyjnej (1861-1865). Choć wojna domowa już się zakończyła, to jednak w kraju wcale nie jest spokojnie, jak mogłoby się wydawać. Czytelnik śledzi losy irlandzkiej emigrantki – Elizy Duane Mooney – która boso i z niewielkim podręcznym bagażem wyrusza z Luizjany w poszukiwaniu brata o imieniu Jeremiasz, który jest jej jedynym krewnym. Tak naprawdę nie wiadomo czy chłopiec jeszcze żyje. Najprawdopodobniej pewnego dnia przyłączył się do jakiegoś oddziału żołnierzy i ruszył z nimi w drogę. Niemniej, to wcale nie Eliza i Jeremiasz wysuwają się na pierwszy plan. Znacznie więcej miejsca Autor poświęca niejakiemu Jamesowi O’Keefe’owi – wykładowcy, żołnierzowi i kobieciarzowi. Generał O’Keefe, zwany także „Klingą”, ma za sobą dość niehlubną przeszłość. Kiedy go poznajemy, mężczyzna mieszka w Nowym Jorku na Manhattanie i jest żonaty z arystokratką o latynoskim pochodzeniu. „Klinga” dzielnie walczy z Jankesami, lecz nie może pogodzić się ze swoim obecnym położeniem. W dodatku pozbawiono go poprzedniej rangi. James O’Keefe ma opinię kobieciarza, do którego łóżka wciąż trafiają jakieś egzotyczne kochanki. Prócz tego pełni też funkcję gubernatora miasta o nazwie Redemption Falls, a do tego ciąży na nim jeszcze wyrok śmierci za kradzież i ogólną anarchię. Generał posiada również nieprzeciętny talent w doprowadzaniu do furii Kongresu Stanów Zjednoczonych, ponieważ wciąż składa petycje, aby Redemption Falls zmieniło nazwę na Dublin. Już niedługo jednak losy O’Keefe’a i Mooneyów nierozerwalnie się ze sobą połączą.

Abraham Lincoln (1809-1865)
16. prezydent Stanów Zjednoczonych, którego
urzędowanie przypadło na czas trwania
wojny secesyjnej.
Możliwe, że irlandzcy pisarze naginają nieco zasady realizmu, ale w przypadku O’Keefe’a można śmiało powiedzieć, że jest on postacią niesamowicie autentyczną. Joseph O’Connor zwyczajnie zażartował sobie z czytelnika, ponieważ stworzył postać na wskroś realną, a tu nagle okazuje się, że jest to bohater w całości fikcyjny, który został wykreowany specjalnie na potrzeby powieści. Podobnie rzecz przedstawia się odnośnie pozostałych bohaterów. Owszem, Autor przy pisaniu tej historii kierował się prawdziwymi wydarzeniami, natomiast postać O’Keefe’a tworzył w oparciu o losy kilku młodych Irlandczyków, którzy w swoim czasie zrobili równie osobliwą karierę, jak nasz generał.

Miasto Odkupienia to powieść pełna hybrydyczności oraz krzyżowania się ras. To także historia, w której bohaterowie mówią różnymi językami i posiadają odmienną tożsamość. Przykładem może być sposób wypowiadania się Jeremiasza O’Moody’ego. Jego akcent stanowi mieszankę akcentu charakterystycznego dla ludzi z Luizjany i irlandzkiego. Cała powieść to tak naprawdę swoista wieża Babel pełna idiomów i afro-amerykańskich zwrotów z najwyższej półki funkcjonujących na Manhattanie. To wspaniałe wielogłosowe dzieło nakładających się na siebie głosów i ścierania się ze sobą rozmaitych dialektów. James O’Keefe przekłada szkockie piosenki na język celtycki, a następnie na włoski i dworską francuszczyznę, co świadczy o jego wielojęzyczności.

Obecnie na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej książek werbalnie bezbarwnych. Dla Irlandczyków język zawsze był czymś niezwykle istotnym, biorąc pod uwagę fakt, iż większość pisarzy używało go w kontekście historycznym, pomimo że niektóre dialekty były im obce. Od wieków język stanowił swego rodzaju polityczne pole minowe, więc nie można tutaj mówić o niewinnym jego używaniu. Joseph O’Connor, podobnie jak James Joyce, łączy w swojej powieści panoramiczny zasięg słownictwa z tym, które znamy z codziennego użytku.

O wybitnym talencie Autora można mówić także w kontekście kreacji bohaterów. Przykładem może być Eliza Moody, która obok generała O’Keefe’a i jego żony, jest tutaj naprawdę znaczącą postacią. Dziewczyna w pewnej chwili ulega jakimś maniakalnym zachowaniom, które prowadzą ją praktycznie na samo dno swojej egzystencji. Z kolei James O'Keefe przedstawiony jest nie tylko jako mężczyzna sprawujący władzę, ale także widzimy go na tle życia rodzinnego i przede wszystkim małżeńskiego. Jego relacje z żoną są tutaj wyraźnie wyeksponowane. Tych bohaterów jest naprawdę sporo i każdy w jakiś sposób związany jest z gubernatorem Redemption Falls. Wszyscy oni mają do wykonania swoje zadanie. Można rzec, iż Miasto Odkupienia to doskonałe dzieło współczesnej fikcji literackiej autorstwa niezwykle utalentowanego pisarza.

W związku z powyższym książka dla niektórych czytelników może okazać się trudna w odbiorze. Na pewno nie jest to lektura przeznaczona dla tych, którzy lubią literaturę lekką, łatwą i przyjemną, która nie wymaga od czytelnika żadnego wysiłku. Tutaj naprawdę należy się skupić, aby móc dobrze zrozumieć to, co Autor ma nam do przekazania. Dlatego też ten, kto nie gustuje w tego rodzaju literaturze, nie powinien sięgać po Miasto Odkupienia, ponieważ w wyniku niezrozumienia fabuły i specyficznego przekazu, może ocenić tę książkę nisko, a to nie będzie sprawiedliwe i nie odda prawdziwej wartości tej powieści, zaś innych czytelników jedynie niska ocena wprowadzi w błąd.

Miasto Odkupienia stanowi dalsze losy bohaterów Gwiazdy mórz. Natomiast Joseph O’Connor to brat słynnej gwiazdy muzyki pop – Sinead O’Connor. Jak widać członkowie tej irlandzkiej rodziny talent artystyczny mają po prostu we krwi.  






wtorek, 6 stycznia 2015

Carlos Ruíz Zafón – „Pałac Północy”












Wydawnictwo: MUZA SA
Warszawa 2011
Tytuł oryginału: El Palacio de la Medianoche
Przekład: Katarzyna Okrasko & Carlos Marrodàn Casas




Pewnego deszczowego dnia pod koniec XVII wieku Job Charnock (1630-1692) – bardzo zaradny brytyjski przedsiębiorca – popłynął wzdłuż brzegu rzeki Hooghly, która jest dopływem Gangesu wypływającego z wysokich Himalajów i mającego swoje ujście w Zatoce Bengalskiej. Job Charnock rozbił namiot na bagnistym brzegu rzeki. Jego firma kupiła wówczas trzy wsie, które się tam znajdowały. Wkrótce w tym miejscu stanął port, dzięki czemu rozpoczął się handel opium, muślinem oraz jutą. Następnie miejsce to zostało stolicą Indii Brytyjskich i aż do 1912 roku przykuwało uwagę zdobywców, marzycieli oraz zwykłych ludzi pochodzących z całego świata. Mowa oczywiście o Kalkucie, która stała się pierwszym nowoczesnym miastem Indii. Tak właśnie odbywały się jej narodziny. Na przestrzeni lat Kalkutę nazywano Miastem Pałaców, Czarną Dziurą, czy też Cmentarzem Imperium Brytyjskiego. W 2001 roku angielską nazwę „Kalkuta” zmieniono na „Kolkata”. Uważano bowiem, że nowa nazwa będzie rzekomo bardziej bengalska, jeśli chodzi o jej brzmienie.

Wspominam o Kalkucie, ponieważ akcja Pałacu Północy rozgrywa się dokładnie w tym indyjskim mieście. Przypuszczam, że współczesnemu człowiekowi Kalkuta kojarzy się przede wszystkim z niewyobrażalnym ubóstwem i trędowatymi żebrzącymi na ulicach. Tak przynajmniej swego czasu media ukazywały to miasto. A działo się tak wtedy, gdy żyła jeszcze Matka Teresa (1910-1997), która była, jak gdyby wizytówką tego miejsca. Nazywano ją nawet Matką Teresą z Kalkuty. Do tej pory na jej temat krążą rozmaite opinie, ale bynajmniej to nie o tej zakonnicy chcę dziś opowiedzieć.

Przenieśmy się zatem do 1932 roku. Jest wiosna, a dokładnie maj. Naszym bohaterom będziemy towarzyszyć podczas czterech majowych dni ich życia. Są to bardzo młodzi ludzie, bo mają tylko szesnaście lat. Niemniej, w ich życiu zajdą tak ogromne zmiany, że już nic nigdy nie będzie takie samo. Historia, którą opowiada czytelnikowi Carlos Ruíz Zafón sprawia, że nie wiadomo co w tym wszystkim jest prawdą, a co działaniem jakichś nadprzyrodzonych sił. Autor posługuje się tutaj jednym z bohaterów książki, ponieważ tak naprawdę to Ian po latach relacjonuje nam dramatyczne wydarzenia, w których sam brał udział. Oczywiście nie robi tego przez całą powieść. Możemy jedynie przeczytać, jak gdyby fragmenty jego dziennika, które stanowią coś na kształt wtrąceń do fabuły.

W Pałacu Północy łączą się dwa światy: ten, który znamy i tamten, o którym nie mamy najmniejszego pojęcia. Jest to świat niezwykle mroczny, gdzie funkcjonują istoty szukające zemsty. Ktoś kiedyś je skrzywdził i teraz wracają na Ziemię, aby móc pomścić własną krzywdę. Cała historia swoje źródło ma w 1916 roku. To właśnie wtedy rozegrała się tragedia, której następstwa będą dramatyczne w skutkach nawet po wielu latach. Ktoś z jakiegoś powodu został wówczas bardzo brutalnie zamordowany, aby ktoś inny mógł zachować życie. Mijają więc lata, bohaterowie, którzy najbardziej nas interesują, dorastają, nie wiedząc praktycznie nic o swojej przeszłości. Znają ją na tyle, na ile świadkowie wydarzeń z 1916 roku zdecydowali się o niej opowiedzieć.

Tak więc skierujmy nasze kroki do pewnego kalkuckiego sierocińca, gdzie od niemowlęctwa przebywa niejaki Ben. Chłopiec dorasta, nie wiedząc, że ciąży na nim piętno śmierci rodziców. Nie wie też, że gdzieś tam żyje ktoś, kto zupełnie nieświadomie dzieli z nim los. Rzekomą prawdę zna niewiele osób. Wśród nich jest dyrektor sierocińca St. Patrick’s – Thomas Carter. Jest też stara kobieta – Aryami Bosé. Oprócz tych dwojga prawdę zna także demoniczny Jawahal. Kim zatem dla chłopca jest Aryami? Jakiego rodzaju więzi łączą go z kobietą i Jawahalem? Dlaczego Aryami przed wieloma laty zobowiązała Thomasa Cartera do nieujawniania sekretu, który diametralnie odmieniłby życie nie tylko samego Bena, ale także innych osób?

W końcu przychodzi dzień urodzin Bena. Chłopak kończy szesnaście lat, co daje mu prawo do opuszczenia murów sierocińca. Zgodnie z regulaminem placówki jest już dorosły i może rozpocząć w pełni samodzielne życie. Wtedy właśnie na scenie znów pojawia się Aryami Bosé. Odwiedza ona dyrektora St. Patrick’s, ponieważ znów ma mu coś do przekazania. Lecz tym razem nie przychodzi sama. Towarzyszy jej szesnastoletnia wnuczka o imieniu Sheere. Kim jest ta dziewczyna? Co takiego łączy ją z Benem? Czy ich spotkanie w domu dziecka faktycznie można uważać za przypadkowe? A może zamiarem starej Aryami było doprowadzenie do tego, aby cała tajemnica wreszcie wyszła na jaw? Jak dalej potoczy się życie Bena i Sheere? Czy mogą czuć się bezpieczni?

Carlos Ruíz Zafón na przestrzeni lat przyzwyczaił już swoich czytelników do tego, że tworzy powieści w niezwykle mrocznym klimacie. Wśród jego bohaterów bardzo często pojawiają się jakieś bliżej nieznane nieziemskie postacie, niczym widma, które z całą pewnością nie pochodzą z naszego świata. Autor kreuje zazwyczaj dwie równoległe rzeczywistości, które przenikają się wzajemnie i walczą ze sobą nawzajem. Podobnie jest i w tym przypadku. Tym, co wysuwa się na pierwszy plan są niezwykle tajemniczy dworzec kolejowy i pędzący po nim płonący pociąg, w którym widać twarze przerażonych dzieci.

Jak już wspomniałam wyżej, głównymi bohaterami Pałacu Północy są szesnastoletni wychowankowie kalkuckiego domu dziecka, którzy z powodu lubianego przez wszystkich Bena, stają nagle w obliczu niewyobrażalnego niebezpieczeństwa. Ta grupa młodych ludzi zawiązuje stowarzyszenie o nazwie Chowbar Society. Każdy z nich posiada swoje własne plany na przyszłość, które pragnie zrealizować po opuszczeniu murów St. Patrick’s. Miejscem spotkania stowarzyszenia jest tytułowy Pałac Północy. Co to za miejsce? Gdzie się znajduje? Dlaczego bohaterowie tak szumnie je nazwali? O tym w książce.

Dotychczas przeczytałam większość powieści Carlosa Ruíza Zafóna i żadnej z nich nie zarzuciłam niczego złego. Oczywiście te, które Autor napisał z myślą o dorosłym czytelniku są zupełnie inne w odbiorze, aniżeli te adresowane do młodzieży. Niemniej, każda z nich zawiera w sobie coś wyjątkowego, co przyciąga uwagę fanów Carlosa Ruíza Zafóna na całym świecie. Możliwe, że wszystko skupia się już tylko na nazwisku Autora, które tak naprawdę stało się marką.

Moim zdaniem Pałac Północy można określić mianem thrillera. To powieść ze sporym ładunkiem emocjonalnym i przede wszystkim psychologicznym. Poszczególni bohaterowie – szczególnie Ben – muszą dokonywać niezwykle trudnych wyborów, od których zależy wręcz życie pozostałych przyjaciół. Skoro już mowa o przyjaźni, to trzeba wiedzieć, że w tej historii wysuwa się ona na pierwszy plan. To właśnie w jej imię członkowie stowarzyszenia podejmują się naprawdę heroicznych czynów, nie bacząc na konsekwencje. Praktycznie wciąż towarzyszy im strach.

Myślę, że ta książka – choć przeznaczona głównie dla młodzieży – z powodzeniem zainteresuje także dorosłego czytelnika. Sam Autor również twierdzi, że na początku swojej literackiej kariery pragnął stworzyć coś, po co sięgać będą czytelnicy w każdym wieku. Miało być to coś uniwersalnego. Wydaje mi się, że ten zamiar doskonale sprawdził się w praktyce, bo wszak czytelnicy na całym świecie, bez względu na swój wiek, czytają Księcia Mgły, Pałac Północy, Światła września czy Marinę, a przecież te powieści zostały wydane właśnie pod szyldem literatury młodzieżowej.







niedziela, 4 stycznia 2015

Kate Chopin – „Radość, która zabija”







Kate Chopin
Radość, która zabija (1894)
(tytuł oryginału: The Story of an Hour)
Przekład z angielskiego: Agnes A. Rose



Wiedząc, że pani Mallard miała problemy z sercem, wiadomość o śmierci męża należało przekazać jej tak delikatnie jak to tylko było możliwe. Osobą, która poinformowała ją o tym, była jej siostra Josephine, która w urywanych zdaniach i przy pomocy zawoalowanych aluzji ujawniła na wpół ukrywaną prawdę. Był tam także przyjaciel męża pani Mallard – pan Richards. To on przebywał w biurze prasowym, kiedy nadeszła wieść o katastrofie kolejowej, a na liście zabitych widniało nazwisko Brently’a Mallarda. Potrzebował czasu, żeby upewnić się co do autentyczności tejże informacji. Aby zapobiec jakimkolwiek niejasnościom, wysłał kolejny telegram, który tylko potwierdził tę smutną wiadomość dotyczącą jego przyjaciela.

Pani Mallard nie była w stanie pojąć usłyszanej właśnie informacji w sposób, w jaki zrobiłoby to wiele kobiet na jej miejscu. Była sparaliżowana niezdolnością zaakceptowania znaczenia tego, co się stało. Niespodziewanie wybuchnęła płaczem i niczym szalona rzuciła się w ramiona siostry. Kiedy minął pierwszy poryw rozpaczy, samotnie udała się do swojego pokoju. Nie chciała, aby ktokolwiek jej towarzyszył.

Naprzeciw otwartego okna stał wygodny, ogromny fotel. Osunęła się na niego, odnosząc wrażenie, że fizyczne wyczerpanie, które ogarnęło jej ciało, sięga także w głąb jej duszy. Przez okno widziała wierzchołki drzew znajdujących się przed domem, które drżąc budziły się do nowego wiosennego życia. Melodia piosenki, którą ktoś śpiewał, wyrwała ją z odrętwienia, podczas gdy niezliczona ilość wróbli siedzących na dachu odprawiała swoje trele. Gdzieniegdzie poprzez chmury ułożone jedna nad drugą, przedzierało się błękitne niebo, zaglądając do środka przez zachodnie okno. 

Siedziała bez ruchu z głową odrzuconą do tyłu na poduszkę fotela. Potrząsnęła nią dopiero wtedy, gdy rozpacz ścisnęła jej gardło. Czuła się niczym dziecko wciąż szlochające przez sen. Była młoda. Miała jasną, spokojną twarz, której rysy zniekształcone były przez chęć zemsty, a nawet pewnego rodzaju siłę. Jej spojrzenie nie było refleksyjne, ale raczej takie, które wskazywałoby na to, iż na inteligentne rozumowanie przyjdzie jeszcze czas. Było coś, co zbliżało się do niej, a ona czekała na to pełna lęku. Cóż to takiego? Nie wiedziała. Było w tym coś zbyt delikatnego i ulotnego, aby móc to nazwać. Poczuła jednak, że przychodzi prosto z nieba, docierając do niej poprzez dźwięki, zapachy, barwy wypełniające powietrze dookoła niej.

Teraz jej piersi gwałtownie wznosiły się i opadały. Zaczynała rozpoznawać tę rzecz zbliżającą się do niej, aby ją posiąść, a ona starała się pokonać ją jedynie przy pomocy własnej woli, która była tak samo bezsilna, jak jej dwie białe, smukłe dłonie. Kiedy się poddała, z jej rozchylonych ust wydobyło się jedno krótkie słowo. Wciąż szeptała: „wolna, wolna, wolna!” Następnie spojrzenie pani Mallard stało się puste, a z oczu dało się wyczytać przerażenie. W końcu jej oczy stały się przenikliwe i błyszczące. Puls bił szybko, a krążąca w ciele krew ogrzewała i dawała ukojenie.

Nie przestawała zadawać sobie pytania, czy zawładnęła nią ogromna radość, czy może coś zupełnie innego. Wyraźne i pełne uniesienia postrzeganie sytuacji pozwoliło jej odrzucić sugestię, jakoby jej stan był czymś nieistotnym. Wiedziała, że znów będzie rozpaczać, kiedy ujrzy delikatne ręce złożone do śmierci; twarz, na której nigdy nie malowały się uczucia miłości skierowane ku niej, zastygła i była szara i martwa. Niemniej dostrzegała długie, gorzkie lata, które będą należeć już tylko do niej. Tak więc rozłożyła ramiona na ich powitanie.

Katastrofa kolejowa na Gare Montparnasse we Francji
22 października 1895 roku. Pomimo że to nie o tym 

wydarzeniu Kate Chopin pisze w swoim opowiadaniu, 
to jednak można  przypuszczać, że inspiracją stała się
śmierć jej ojca, który zginął w podobnym wypadku, kiedy 
Kate miała tylko cztery lata. Wtedy zawalił się most pod 
pociągiem, którym poróżował jej ojciec.
Nie będzie już nikogo, kto żyłby podczas tych nadchodzących lat; ona będzie istnieć już tylko dla samej siebie. Nie pojawi się też żadna moc, która sprawi, że jej wola będzie bezwzględnie łamana. Nie będzie tego ślepego uporu towarzyszącego zarówno mężczyznom, jak i kobietom, którzy uważają, że mają wszelkie prawo do narzucania własnego zdania swoim bliźnim. W tej krótkiej chwili olśnienia pani Mallard uznała, że życzliwa lub okrutna myśl wprowadzona w czyn wcale nie wydaje się mniejszą zbrodnią.

A jednak czasami go kochała. Często zaś nie czuła nic. Cóż za różnica! Na cóż mogłaby liczyć miłość, ta nieodkryta tajemnica, w obliczu własnej niezależności, którą pani Mallard nagle rozpoznała jako najsilniejsze pragnienie swojego istnienia! 

– Wolna! Wolne ciało i dusza! – szeptała wciąż.

Josephine klęczała przed zamkniętymi drzwiami z ustami przyciśniętymi do dziurki od klucza, prosząc panią Mallard, aby ta pozwoliła jej wejść. 

– Louise, otwórz drzwi! Błagam, otwórz drzwi. Rozchorujesz się. Co tam robisz, Louise? Na miłość Boską, otwórz te drzwi.

– Odejdź. Nie rozchoruję się.

Nie, nie zachłysnęła się tym wyjątkowym eliksirem życia, który wtargnął do pokoju przez otwarte okno. W jej umyśle niespokojnie przewijały się dni będące jeszcze przed nią. Zarówno wiosenne, jak i letnie dni oraz wszystkie inne, które także mogły należeć już tylko do niej. Jej oddech był niczym krótka modlitwa o długie życie. Jeszcze wczoraj w podnieceniu myślała, że jej życie może być naprawdę długie.

W końcu wstała i otworzyła drzwi swojej natrętnej siostrze. W jej oczach widać było gorączkowy triumf, a ona sama zupełnie nieświadomie postrzegała siebie jako boginię zwycięstwa. Chwyciła siostrę w talii i razem zeszły po schodach. Richards czekał na nie na dole.

Ktoś otwierał kluczem frontowe drzwi. To był Brently Mallard, który spokojnie wszedł do domu w nieco brudnym po podróży ubraniu, mając przy sobie bagaż i parasol. Był daleko od miejsca katastrofy i nawet nie wiedział, że wypadek w ogóle się wydarzył. Zdumiony znieruchomiał, słysząc przeraźliwy krzyk Josephine; Richards wykonał gwałtowny ruch, aby zasłonić pani Mallard widok męża.

Gdy przyszli lekarze, powiedzieli, że zmarła z powodu ataku serca – radości, która zabija.


© for the Polish translation by Agnes A. Rose


***********

Pani Mallard to bohaterka, o której czytelnik posiada najwięcej informacji. Niemniej, to i tak nie daje nam pełnego obrazu tej postaci. Jest ona bohaterką, która znajduje się w centrum uwagi, a wokół której krążą wszystkie pozostałe postacie. Na początku tej historii, kiedy pan Mallard umiera, inni bohaterowie (Josephine i Rochards) odkładają na bok swój własny smutek i starają się pocieszyć panią Mallard. Ich priorytetem jest zadbanie o nią, upewniając się, że ta okrutna wiadomość nie doprowadzi do jej śmierci. Podobnie jest na końcu opowiadania. Josephine i Richards najpierw troszczą się o nią, zamiast koncentrować się na własnych uczuciach, widząc pana Mallarda, który żyje i ma się całkiem dobrze.

Tak więc, jaką osobą jest pani Mallard? Od samego początku wiemy, że ma ona poważne kłopoty z sercem. Czuje się źle; jest dystyngowaną damą, a to oznacza, że należy tak właśnie ją traktować. Jak damę. Z opisu jej dłoni – białe i smukłe – wynika, że nigdy nie pracowała fizycznie. Wydaje się, że wszyscy ludzie, z którymi dzieli życie, strzegą jej i starają się o nią dbać, a przynajmniej tak właśnie dzieje się podczas tej jednej godziny, w której możemy ją poznać. 


Kate Chopin (1850-1904)
Fotografia została zrobiona najprawdopodobniej
 około 1890 roku.
Kate Chopin opisuje panią Mallard jako „młodą kobietę o dobrej i spokojnej twarzy, której rysy zniekształca chęć wzięcia rewanżu, a nawet jakaś siła”. Innymi słowy jest młoda, ładna i wydaje się dość zrównoważona. Autorka mówi, że „rysy” pani Mallard wskazują na to, iż kumuluje ona w sobie wiele emocji, oraz że jest w niej chęć zemsty. Ale z drugiej strony, jakie emocje pani Mallard w sobie kumuluje? Możemy sobie to jedynie wyobrazić. Do czasu, kiedy ją poznajemy, uczucia pani Mallard nie wydostają się na zewnątrz, bo ona im na to nie pozwala. Niemniej, w przeciwieństwie do innych bohaterów, Kate Chopin odnośnie pani Mallrad twierdzi, że ma ona w sobie „pewną siłę”.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, jak wygląda małżeństwo państwa Mallard. Pani Mallard opisuje męża jako mężczyznę, którego czasami kochała. Lecz ten opis nie jest żywy, a ona tak naprawdę tęskni do życia, które będzie mieć po śmierci Brently’a. W sposób dość nonszalancki umniejsza znaczenie tak wielkiego uczucia, jakim jest miłość. Jest jakaś niewyjaśniona tajemnica. Może chodzi o niewierność? Albo partnerstwo, które tak naprawdę nie znaczy zbyt wiele?

Jak zatem należałoby potraktować to swoiste połączenie myśli, gdzie pani Mallard mówi, że „kochała go tylko czasami, a często w ogóle”? Jak można kochać kogoś „czasami”, ale nie przez cały czas? Wydaje się, że jeśli mamy do czynienia z małżeństwem, w które naprawdę zaangażowane są dwie osoby, to wówczas gdy pojawią się problemy czy jakieś spory, miłość nadal będzie obecna. Nie przestaje się bowiem kochać swojego/swoją partnera/partnerkę, jeśli on/ona na przykład nie wyrzuci śmieci. Tak więc pan Mallard musiał od czasu do czasu robić pani Mallard coś naprawdę złego, co mogłoby sprawić, że przestawała darzyć go uczuciem. A może tej miłości z jej strony nigdy nie było? Jeśli cokolwiek czuła do męża, to raczej wiązało się to jedynie ze samostanowieniem o sobie, które dopiero miało zostać zrealizowane. Świadomość dotycząca tego, kim jest i kim może się stać, była w jej przypadku bardzo silna.

Możliwe, że dla pani Mallard problemem wcale nie był jej mąż. Wydaje się, że każdy człowiek będący na miejscu pana Mallarda ograniczałby jej wolność. Pani Mallard i jej mąż stają się dla siebie w pewien sposób abstrakcyjni, co pośrednio daje Louise prawo do krytykowania pana Mallarda poprzez mówienie o ogromnym wpływie, jaki mąż wywiera na niej każdego dnia. Zdaniem pani Mallard, Brently wciąż narzuca jej własne zdanie, nie bacząc na potrzeby żony. Nie słucha jej i nie próbuje dowiedzieć się, czego ona tak naprawdę oczekuje. Możliwe, że tak samo byłoby, gdyby mężem Louise był każdy inny mężczyzna. Z drugiej strony jednak pani Mallard być może nie jest stworzona do tego, aby prowadzić całkowicie samodzielne życie.

Co ciekawe, Louise czuje się zupełnie wolna wtedy, gdy jej mąż umiera, choć jednocześnie niezależność wydaje się być dla niej czymś strasznym. Poczucie bycia wolną sprawia, że staje się nową osobą. Czuje podekscytowanie przyszłością, podczas gdy wcześniej się jej bała. Teraz pragnie już tylko żyć. Szkoda, że dopiero na krótko przed śmiercią pani Mallard uświadamia sobie, iż potrzebuje tej wolności. Wszak jej poczucie wyzwolenia trwało tylko chwilę. Oczywiście są takie emocje, które nie trwają wiecznie. Ale o tym pani Mallard zdaje się zapominać. Wygląda jednak na to, że życie zwyczajnie zakpiło sobie z Louise, ponieważ kończy się dla niej niezwykle brutalnie już kilka chwil po tym, jak ta modli się o to, aby bynajmniej nie było to życie krótkie.  

W 1984 roku na podstawie opowiadania zrealizowano około godzinny film zatytułowany The Joy That Kills, co w polskim tłumaczeniu oznacza Radość, która zabija. Adaptację wyreżyserowała Tina Rathborne, która wspólnie z Nancy Dyer napisała również scenariusz.