czwartek, 12 czerwca 2014

Marcin Brzostowski – „Pozytywnie nieobliczalni”










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawnictwo: E-BOOKOWO
Będzin 2014
Wydanie II
E-BOOK




Prawnik to brzmi dumnie, prawda? Lata wyczerpujących studiów, nocne zakuwanie rozmaitych przepisów, które i tak pewnego dnia ulegną zmianie i trzeba będzie przyswajać je od początku, wreszcie uzyskanie upragnionego dyplomu, o którym niekoniecznie marzył sam zainteresowany, bo wszakże możliwe jest, że bardziej zależało na tym rodzinie zainteresowanego. Następnie zaliczenie niezbędnego stażu, no i wreszcie można zaczynać własną praktykę albo pracować pod okiem szacownego rodzica. Prawdę powiedziawszy, takie rozwiązanie wcale nie jest złe, bo przecież można wylądować znacznie gorzej, na przykład w jakiejś korporacji prawniczej, gdzie dowodzi bezwzględny szef albo szefowa, który(a) jest zdolny(a) wycisnąć z takiego nowicjusza siódme poty, aby tylko móc zaspokoić własne ambicje.

Akcja powieści Marcina Brzostowskiego rozgrywa się w Warszawie w środowisku młodych i ambitnych prawników. Na pierwszy plan wysuwają się dwaj przyjaciele: Robert i Rafał. Obydwaj pracują w prężnie rozwijającej się korporacji prawniczej. Kiedy ich poznajemy, ten pierwszy właśnie został pozbawiony etatu, bo zwyczajnie przestał być potrzebny. Praktycznie wykorzystano go do maksimum, a potem zastąpiono kimś innym. I co ma począć nasz bohater w tej trudnej dla siebie sytuacji? Chyba tylko porządnie się upić. Na szczęście są obok przyjaciele, którzy mogą pomóc i nie zostawią w potrzebie. Z kolei Rafał, zwany „Marlonem”, nadal pracuje w rzeczonej korporacji. Pomimo że nie jest z tego powodu szczęśliwy, to jednak nie rezygnuje z etatu, tylko wciąż haruje, czasami nawet kosztem należnego mu urlopu.

Marcin Brzostowski w swojej powieści w sposób nieco ironiczny, ale z drugiej strony, jakże doskonale przemyślany, nakreśla prawdziwy obraz zatrudnienia w korporacjach, gdzie człowiek nie ma czasu na nic innego poza pracą. Taki pracownik-wyrobnik niejednokrotnie zmuszony jest zrezygnować z życia prywatnego i własnych marzeń, ponieważ cały swój czas musi poświęcić pracy i zadaniom otrzymywanym od szefa, które niekiedy są wręcz absurdalne. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze walka pomiędzy osobami zatrudnionymi w rzeczonej korporacji. Tak naprawdę, aby móc się utrzymać na powierzchni, trzeba wyeliminować konkurencję, nawet wbrew własnym zasadom, że o kosztach nie wspomnę. Czy takie działanie faktycznie ma coś wspólnego z ambitnym podejściem do kariery zawodowej? Czy zawodowy rozwój naprawdę polega na tym, aby wygryźć kolegę/koleżankę z posady?

Oczywiście nasi bohaterowie w tych dość trudnych okolicznościach doskonale sobie radzą. Jak już wspomniałam, Robert z konieczności zmienił miejsce pracy, zaś Rafał nadal tkwi w tym samym miejscu. Lecz przecież nie zawsze musi tak być. Możliwe, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym on również powie, że ma już tego wszystkiego dosyć. A może to sam los za niego zdecyduje? Kto wie?

W powieści oprócz głównych bohaterów pojawiają się również postaci poboczne. Robert i Rafał nie żyją przecież na bezludnej wyspie, a więc dysponują gronem niezwykle życzliwych znajomych, na których zawsze można liczyć i z którymi zawsze znajdzie się wspólny język oraz okazję do świętowania. A i pomysłów na życie też im nie brakuje. Tych postaci nie sposób nie lubić.

Pozytywnie nieobliczalni to druga powieść Marcina Brzostowskiego, którą przeczytałam. Pierwszą była Słodka bomba Silly. Styl Autora jest nieprzeciętny z uwagi na poruszanie tematów, które są naprawdę ważne i o których ludzie dzisiaj często zapominają, ponieważ znacznie bardziej interesuje ich pogoń za pieniądzem, karierą i wyniszczaniem siebie nawzajem. Autor pragnie zwrócić uwagę, że oprócz życia zawodowego jest również życie prywatne, któremu należałoby poświęcić równie dużo czasu, co karierze zawodowej. A może nawet na życie osobiste potrzebujemy znaczniej więcej czasu, ponieważ w tym natłoku spraw bardzo łatwo jest zapomnieć o tym, co naprawdę ważne, czyli o przyjaźni, miłości, naszych marzeniach i zainteresowaniach oraz innych prozaicznych kwestiach, które sprawiają, że człowiek jest zwyczajnie szczęśliwy.

Pozytywnie nieobliczalni to debiut powieściowy Marcina Brzostowskiego. Po raz pierwszy książka ukazała się w 2002 roku. Chciałabym, aby na rynku wydawniczym pojawiało się więcej takich właśnie lektur. Lektur, które traktują o sprawach ważnych bez owijania w bawełnę. Pozytywnie nieobliczalni to opowieść niezwykle autentyczna w swojej wymowie. Posiada drugie dno, które czytelnik powinien odkryć w trakcie lektury. Nie jest to bynajmniej lekka opowiastka o ludziach, którzy po ukończeniu studiów pragną za wszelką cenę zdobywać swoje życiowe szczyty. Pomiędzy poszczególnymi bohaterami rysują się dość wyraźne kontrasty. Widać w jaki sposób do życia podchodzi młody narybek kancelarii, zaś jak te same kwestie postrzegają ci starsi, którym przyszło dorastać w zupełnie innych czasach.

Dla mnie osobiście lektura Pozytywnie nieobliczalnych była taką podróżą w przeszłość, ponieważ na kartach powieści pojawiają się wątki charakterystyczne dla lat dorastania pokolenia, którego jestem przedstawicielką. Znajdziemy tutaj sporo odnośników do muzyki. W dodatku miałam kiedyś przyjaciela, którego cechy odnalazłam w jednym z bohaterów tej powieści. Dlatego też dziękuję Autorowi za tę szczególną sentymentalną podróż do przeszłości. Niestety, świat i ludzie od tamtej pory bardzo się zmienili i wiele wartości, które niegdyś były preferowane przez młodych ludzi, odeszły do lamusa. Dzisiejsza młodzież już zupełnie inaczej podchodzi do życia niż kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście lat temu. Uważam jednak, że mimo wszystko Pozytywnie nieobliczalni stanowią lekturę uniwersalną i należałoby ją polecać młodym ludziom, chociażby dlatego, aby wzbudzić w nich refleksję nad swoim życiem i zachęcić ich do zastanowienia się nad hierarchią wartości, jaką obecnie preferują. Tylko czy dzisiejsza młodzież naprawdę chce powrócić do wartości wyznawanych przez starsze pokolenie? I czy naprawdę potrafi to zrobić?



E-book do nabycia tutaj - klik 








poniedziałek, 9 czerwca 2014

C.W. Gortner – „Ostatnia królowa”















Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2011
Tytuł oryginału: The Last Queen
Przekład: Alina Siewor-Kuś




Na przestrzeni wieków na kartach historii zapisało się wielu władców, którzy w mniejszym lub większym stopniu uznani zostali za obłąkanych. Niektórym z nich nadano wręcz przydomek „Szalony(a)”. Wspomnijmy chociażby króla Francji z dynastii Walezjuszy – Karola VI (1368-1422), króla Bawarii – Ludwika II Wittelsbacha (1845-1886) czy Joannę I Kastylijską (1479-1555), o której opowiada C.W. Gortner w swojej powieści pod tytułem Ostatnia królowa.

Joanna Szalona urodziła się w hiszpańskim Toledo, będącym jednocześnie stolicą Królestwa Kastylii. Była trzecim z kolei dzieckiem oraz drugą córką Izabeli I Kastylijskiej i Ferdynanda II Aragońskiego pochodzącego z królewskiego rodu Trastamara. Joanna była niezwykle inteligentnym dzieckiem, w związku z czym bardzo szybko przyswajała wiedzę, którą na królewskim dworze zdobywała pod okiem dominikanina Andrésa de Mirandy oraz Beatriz Galindo, która należała do dworu Izabeli I Kastylijskiej. Oprócz umiejętności posługiwania się kilkoma językami, Joanna doskonale radziła sobie z dworską etykietą, religioznawstwem, tańcem i muzyką, a także jazdą konną. W ten sposób Joannę przygotowywano do małżeństwa, którego celem miało być zawarcie sojuszu, dzięki któremu miano zwiększyć uprawnienia Kastylii i Aragonii, jak również zapewnić tym królestwom bezpieczeństwo i wpływy. Od Joanny, jako infantki, nie oczekiwano bynajmniej wstąpienia pewnego dnia na tron Kastylii i Aragonii, lecz śmierć członków rodziny, którzy zgodnie z prawem dziedziczenia mieli ten tron objąć, sprawiła, iż to właśnie Joannie przypadł obowiązek przejęcia władzy w obydwu królestwach. 

W 1496 roku Joanna, będąc w wieku szesnastu lat, została zaręczona z Filipem I Habsburgiem, zwanym „Pięknym”.  Chociaż był to w głównej mierze mariaż polityczny i nikt tak naprawdę nie dbał o to czy Joanna i Filip zakochają się w sobie, to jednak młodzi od pierwszego wejrzenia zapałali do siebie wielkim uczuciem. Łączyła ich nieprzeciętna namiętność. Najprawdopodobniej ze skonsumowaniem swojego związku nie czekali do nocy poślubnej, co w tamtych czasach było wymagane i w odpowiedni sposób celebrowane. Piękna Joanna uwielbiała swojego męża i była o niego niesamowicie zazdrosna. Aby nie dopuścić do zdrady, oddaliła ze swojego dworu młode panny, które mogłyby stanowić dla Filipa pokusę. Nie odstępowała męża na krok. Była niczym nieodłączny cień Filipa.

Joanna I Kastylijska (1479-1555)
portret powstał pomiędzy
rokiem 1496 a 1500
Autor: Juan de Flandes (ok. 1460-1519)
Joanna I Kastylijska urodziła Filipowi I Habsburgowi sześcioro dzieci. Niemniej jednak, wielką miłość tej pary przerwała nagła śmierć Filipa. Po zaledwie tygodniowej chorobie, leczony środkami przeczyszczającymi i upuszczaniem krwi, książę zmarł. Miał dwadzieścia osiem lat. Co bardzo ciekawe, trzy miesiące wcześniej ostrzeżono go przed nagłą śmiercią. W chwili zgonu męża, Joanna spodziewała się kolejnego dziecka. Oszalała wówczas z rozpaczy. Mówiono, iż nie można jej było oderwać od martwego ciała Filipa. Gdy w końcu ziemskie szczątki Habsburga zostały potajemnie pochowane, Joanna stała się otępiała z bólu i cierpienia. Najprawdopodobniej siedziała bez ruchu w swojej komnacie, nie śpiąc, nie jedząc i nie zmieniając odzieży. Po kilku tygodniach rozkazała wręcz wyjąć trumnę z grobu i wyruszyła z nią w drogę do Grenady. Ta makabryczna podróż trwała aż trzy lata! Jechano tylko nocą. Od czasu do czasu zbolała na duchu Joanna kazała otwierać trumnę, aby do światła księżyca móc całować i dotykać to, co pozostało z jej męża, chcąc w ten sposób obudzić Filipa. To właśnie przy trumnie urodziła swoje najmłodsze dziecko – Katarzynę. Aby zmusić Joannę do pochówku męża, jakiś mnich powiedział jej, że ukochany mąż zmartwychwstanie po czternastu latach. Uwierzywszy mu, Joanna cierpliwie czekała, lecz gdy minął czas obiecany przez mnicha, a Filip nadal leżał martwy w grobie, Joanna pogrążyła się w jeszcze większym szaleństwie. W końcu miara obłędu przebrała się i resztę życia, czyli aż czterdzieści sześć lat, Joanna I Kastylijska spędziła uwięziona. Z okien swojego zamku mogła jednak patrzeć na grób męża. W więzieniu pozostała do dnia swojej śmierci, która nastąpiła 12 kwietnia 1555 roku. Niemniej jednak, gen szaleństwa żył nadal, nawiedzając kolejne pokolenia Habsburgów. Dlaczego zatem Joanna tak bardzo kochała Filipa, skoro ten był jej niewierny i traktował ją bardzo źle? Czy była aż tak zaślepiona miłością, że nie widziała zła, które drzemie w księciu?

Obłąkanie Joanny mogło być dziedziczne. Jej babka – matka Izabeli I Kastylijskiej – uznana została za chorą psychicznie. Natomiast sama Joanna stopniowo zaczęła się do niej upodabniać. Możliwe, że choroba nasiliła się pod wpływem pewnego bolesnego epizodu, który miał miejsce w 1503 roku. Gdy Filip i Joanna udali się do Hiszpanii, gdzie Joanna została oficjalnie zaprzysiężona na dziedziczkę korony Kastylii, która należała do jej matki, książę oznajmił, iż nie znosi ojczyzny żony i wraca do swojego Królestwa Niderlandów (tereny dzisiejszej Belgii i Holandii). Ponieważ Joanna była wówczas w ciąży z czwartym dzieckiem, nie mogła udać się w podróż wraz z mężem, więc nieszczęśliwa pozostała w Hiszpanii. Coraz częściej popadała w stany depresyjne, i nawet przyjście na świat zdrowego syna nie pomogło Joannie wrócić do zdrowia. Pewnej nocy zwyczajnie oszalała. Boso i na wpół naga, wybiegła z zamku, w którym wtedy mieszkała. Rozpaczliwie zawodząc, odmówiła włożenia ciepłego okrycia. Nie chciała też za nic wracać do zamku, choć noc była niesamowicie zimna. To był listopad. Tak więc ubrana jedynie w zwiewną nocną koszulę, pozostała na lodowatym zimnie przez trzydzieści sześć godzin, trzymając się kurczowo bram zamku i rzucając wulgarne przekleństwa pod adresem tych, którzy chcieli ją nakłonić do powrotu. Pomimo iż ostatecznie Joanna wróciła do swojej komnaty, szkoda, która się wówczas dokonała, była nieodwracalna w skutkach. W momencie, gdy rozeszła się wieść o jej dziwacznym zachowaniu, Joanna znalazła się na ustach wszystkich.

Filip I Habsburg (1478-1506)
portret powstał około 1500 roku
Autor nieznany
Napięcie spowodowane psychiczną chorobą córki, niekorzystnie odbiło się także na królowej Izabeli I Kastylijskiej. Jak wiadomo, Izabela uchodziła za budzącą respekt monarchinię, która przewodziła hiszpańskiej inkwizycji oraz wspierała podróże Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata. Jednakże choroba córki pogrążyła ją w całkowitej rozpaczy. Do swojego ambasadora we Flandrii pisała: „Przemawiała do mnie bardzo grubiańsko. Mówiła z taką pogardą i brakiem szacunku, że gdybym nie była świadoma jej stanu umysłowego, w żaden sposób nie zdołałabym tego znieść.” Z kolei medycy Izabeli tak relacjonowali królowi Ferdynandowi stan jego córki Joanny: „Uważamy, że kontakty z księżniczką są groźne dla życia królowej. Modlimy się, by ogień trawiący [Joannę] wygasł. Jej życie i stan od dawna źle wpływają na życie i zdrowie naszej królowej i pani.”

W tym samym czasie, przebywający we Flandrii Filip I Habsburg radował się tymczasową wolnością od zaborczej żony. Dlatego też nie ucieszył się zapowiedzią jej rychłego powrotu. Najgorsze obawy księcia małżonka wkrótce się potwierdziły. Tuż po przybyciu do domu, Joanna dostała ataku, rzucając ostrymi przedmiotami w ludzi. Zaatakowała nawet młodą niewiastę, którą podejrzewała o dzielenie łoża z Filipem, doprowadzając do jej okaleczenia. Nie dziwi więc fakt, że Filip polecił zamknąć Joannę w apartamentach swojego pałacu w Brukseli. Miał zwyczajnie dosyć swojej niezrównoważonej psychicznie małżonki. Pojawiały się także plotki, iż obchodził się z nią w sposób bardzo brutalny.

Z powyższego mogłoby wynikać, iż Joanna I Kastylijska była kobietą słabą i uległą, bo przecież ślepa miłość wielokrotnie sprawia, że kobiety właśnie takie się stają. W dodatku była przecież niezrównoważona psychicznie. Ale Joanna miała też swoją godność i dumę. Tak przynajmniej przedstawia ją C.W. Gortner w swojej powieści. Owszem, w pewnych okolicznościach Joanna była poddana mężowi, ale robiła to dla, tak zwanego, świętego spokoju. Być może gdyby chodziło jedynie o jej małżeństwo, wówczas Joanna całą swoją uwagę skupiłaby na Filipie i w imię miłości robiłaby wszystko to, czego ten by od niej zażądał. Joanna I Kastylijska według C.W. Gortnera przypomina w pewnym stopniu swoją matkę. Kiedy w grę wchodzi los Hiszpanii, wówczas Joanna robi wszystko, aby nie dopuścić do odebrania sobie korony. Musi też walczyć z własnym mężem, który układa się z wrogami. Potem dochodzi jeszcze konflikt z Ferdynandem II Aragońskim.


Joanna Szalona nad trumną Filipa
obraz został namalowany około 1877 roku
Autor: Francisco Pradilla Ortiz (1848-1921)


Wydaje mi się, że C.W. Gortner w Ostatniej królowej okazał szacunek Joannie I Kastylijskiej. Autor tak naprawdę przedstawił dramat kobiety, która z jednej strony musiała zmagać się ze swoją potworną chorobą, natomiast z drugiej była zmuszona toczyć walkę z wrogiem, z którym dzieliła łoże i któremu rodziła dzieci. Na kartach powieści relacje pomiędzy Joanną a jej matką również nie są takie, jak wynikałoby to z listu Izabeli, który zacytowałam powyżej. Matka za wszelką cenę chciała, aby tron hiszpański przypadł właśnie Joannie. Owszem, nie było innego wyjścia, ponieważ ci, którzy powinni byli dziedziczyć go przed Joanną, już dawno leżeli w grobie. Tak więc w tej sytuacji Izabela mogła mieć ręce związane. Na łożu śmierci praktycznie wybrała mniejsze zło.

Ostatnia królowa to powieść, która wciąga już od pierwszej strony. Fabuła wyzwala w czytelniku szereg emocji. Pozwala współczuć Joannie, ponieważ ta nie uzyskuje znikąd pomocy. Jest skaza na samą siebie, ale przecież tak naprawdę nie może sobie pomóc w żaden sposób. Jest więźniem nie tylko swoich bliskich, ale przede wszystkim własnego chorego umysłu. Prawdę powiedziawszy szaleństwo Joanny nie wysuwa się tutaj na pierwszy plan. Widać, że Autor próbował pokazać Joannę od tej lepszej strony. Kiedy czytamy noty historyków na temat stanu umysłowego Joanny I Kastylijskiej, możemy dojść do przekonania, że na skutek choroby, królowa nie potrafiła o siebie zadbać. W powieści nie widzimy tego w ten sposób. Owszem, wokół Joanny krążą wrogowie, ale są też oddani przyjaciele. Ale niestety, bratnie dusze niewiele mogą tutaj poradzić.

Do tej pory Joanna I Kastylijska znana mi była jedynie jako siostra Katarzyny Aragońskiej, która była żoną Artura Tudora, a potem jego młodszego brata – Henryka VIII Tudora. Nigdy nie miałam okazji przeczytać książki, która w całości byłaby poświęcona właśnie tej władczyni. C.W. Gortner po mistrzowsku oddał realia tamtej epoki. Stworzył wyraziste postaci, które niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożywają w wyobraźni czytelnika. Polecam tę powieść każdemu miłośnikowi historii.



 

czwartek, 5 czerwca 2014

Barbara Taylor Bradford – „Spadkobiercy Emmy Harte” #2














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2008
Tytuł oryginału: Emma Harte Saga. Hold The Dream
Przekład: Alina Sarnacka



Niektórzy ludzie mówią, że na tym świecie istnieje tylko jedna sprawiedliwość: śmierć. Bez względu na to kim jesteśmy, jakie życie prowadzimy i co w tym życiu osiągnęliśmy, i tak musimy umrzeć. Przypuszczalnie łatwiej jest opuszczać ten świat ze świadomością, że wszystko zostało do końca załatwione. Ale są też i tacy, którym wydaje się, że są nieśmiertelni i praktycznie do samego końca zwlekają z uporządkowaniem swoich spraw, jak gdyby dzięki temu mogli odsunąć od siebie dzień własnej śmierci. Na pewno znacznie mniej do zrobienia będzie mieć osoba, która żyła z dnia na dzień, nie pomnażała swoich dóbr materialnych, nie budowała/kupowała kolejnych, coraz większych posiadłości i generalnie w nic nie inwestowała. Taki człowiek po prostu „spakuje walizki” i odejdzie. Ale co ma począć ktoś, kto od lat żył jedynie gromadzeniem i pomnażaniem swojego majątku, a pod koniec życia jest już tak nieprzyzwoicie zamożny, że trudno jest mu zliczyć własne bogactwo? Z jednej strony ciężko jest rozstawać się z tym ziemskim dobrobytem, zaś z drugiej należałoby chyba jakoś go zabezpieczyć i oddać w dobre ręce, aby nie poszedł na zmarnowanie. I co wtedy robi taki bogacz? Otóż, bogacz pod okiem swojego osobistego prawnika sporządza testament, który może stać się zarówno źródłem nowych konfliktów, jak i nieprzeciętnej radości z otrzymania niespodziewanej darowizny.

Osiemdziesięcioletnia Emma Harte znana już z powieści Kariera Emmy Harte to kobieta niezwykle zapobiegliwa, która swój testament spisała kilka lat temu, a potem pod wpływem zaistnienia rozmaitych okoliczności wprowadzała w nim poprawki. Raz dzieliła majątek sprawiedliwie pomiędzy swoje dzieci i wnuki, a za jakiś czas za jednym pociągnięciem pióra zmieniała swoje pierwotne postanowienia, bo przecież tak wielki majątek, jakim dysponowała, nie mógł przejść z ręce zdrajców. Zapewne gdyby umarła tuż po wprowadzeniu rzeczonych poprawek, nie miałaby dalszych możliwości obserwowania poczynań swoich spadkobierców. Kiedy już Emmie Harte wydawało się, że rozszyfrowała wszystkich obłudników, los przyniósł jej kolejne rozczarowanie. Otóż, na horyzoncie pojawili się kolejni spiskowcy wyhodowani na jej własnej piersi. I tak oto nasza starowinka Emma zmuszona jest do kolejnych zmian w testamencie, oczywiście robi to pod okiem zaufanego prawnika i przy udziale lekarzy, którzy mają orzec, jaki jest stan jej zdrowia fizycznego i psychicznego. Bo nie daj Boże, nie można dopuścić do obalenia testamentu przez zawiedzionych malkontentów! Tylko wierni i uniżeni słudzy Emmy Harte są godni położyć łapy na jej niewyobrażalnie wielkim majątku! Lecz zanim dojdzie do publicznego odczytania testamentu musi upłynąć ponad rok, ponieważ to właśnie wtedy niezniszczalna Emma Harte zamknie oczy na wieki. Natomiast póki żyje nie przestaje – niczym generał – dowodzić swoją armią.

Nie jest tajemnicą, że Emma Harte ogromną miłością darzy swoją najmłodszą córkę – Daisy – oraz wnuki, które ta jej dała. Inne dzieci jakoś nie za bardzo udały się Emmie. Synowie to zdrajcy, jedna córka to rozpustnica, która zmienia mężczyzn jak rękawiczki i nigdy nie ma dość, zaś najstarsza córka wciąż żyje z matką w konflikcie, który ciągnie się już od wielu lat. Można powiedzieć, że jedynie wnuki w jakiś sposób sprostały wymaganiom swojej władczej babki. Kiedy były małe, Emma postarała się dla nich nawet o willę, gdzie spędzały wraz z nią wakacje, aby babka mogła kształtować je na swoje podobieństwo. Niestety, nie wszystkie przyswoiły sobie reguły, które rządzą światem Emmy Harte. Nie każdy z wnuków został ukształtowany na obraz i podobieństwo własnej babki. Wydaje się, że wiernym odbiciem Emmy jest córka Daisy – Paula Amory Fairley. To właśnie ona szykowana jest na główną spadkobierczynię Emmy Harte. W związku z tym nie dziwi fakt, że większość jej kuzynów zionie wobec niej nienawiścią.

Oprócz Harte’ów na czoło wysuwają się także dwa inne klany bogatych przedsiębiorców. Jest to rodzina O’Neillów i familia Kalinskich. Seniorzy obydwu tych rodów oraz Emma Harte poznali się jeszcze w czasach swojej młodości, kiedy to wszyscy jechali na tym samym wózku i byli biedni jak przysłowiowa mysz kościelna. A potem jakoś tak niemalże z dnia na dzień zaczęli rozwijać swoje firmy, zajmując coraz to nowe rynki zbytu na całym świecie. Dziś wszystkim rządzi już młode pokolenie, lecz nikt tak naprawdę nie zapomina o tych, od których wszystko się zaczęło. Nadal żyje Emma oraz jej oddany i kochający przyjaciel – Blackie O’Neill.

Drugi tom sagi o rodzie Emmy Harte skupiony jest właśnie na młodym pokoleniu. To wnuki tych, którzy byli założycielami firm prowadzą teraz wspólne interesy. Poza tym, wszyscy bardzo się przyjaźnią i nikt nie pozwoli zrobić drugiemu krzywdy, chyba że pojawi się jakaś żmija, która będzie chciała ukąsić i doprowadzić do zniszczenia dorobku życia seniorów rodów. Paula Amory Fairley jest tak bardzo zapatrzona w swoją babkę, że nie da powiedzieć o niej złego słowa. Choć Emma nie jest już tak aktywna jak niegdyś, to jednak Paula wciąż konsultuje z nią swoje decyzje, nie tylko te zawodowe, ale także osobiste. Podobnie dzieje się w klanie O’Neillów. Tutaj nadal decydujący głos ma Blackie. Młodzi muszą wiedzieć, że nawet jeśli próbowaliby coś zataić, to i tak seniorzy rodów prędzej czy później dowiedzą się o tym, więc lepiej od samego początku być z nimi szczerym.

Fabuła Spadkobierców Emmy Harte nie skupia się jedynie na sprawach majątkowych poszczególnych postaci. Bardzo dużo uwagi Barbara Taylor Bradford poświęciła również życiu prywatnemu bohaterów. Młodzi wikłają się w mniej lub bardziej udane romanse. Niektórzy z nich kochają od lat, lecz nie mają odwagi przyznać się do tego, i cierpią w samotności. Z tymi romansami sprawa jest nieco dziwna, bo występują pary, które są ze sobą spokrewnione, choć dopiero w trzecim pokoleniu. Jest to sytuacja jak najbardziej akceptowana przez bohaterów i nikt nie nazywa tego związkami kazirodczymi. Pojawiają się także wrogowie, którzy pragną zaszkodzić. Nie są to jedynie wrogowie połączeni więzami krwi. Przecież dla Emmy Harte pracują też i tacy, którzy są jej obcy, a którzy kiedyś wzbudzili jej zaufanie, w związku z czym zyskali pracę na wysokim stanowisku.

Trudno jest mi ocenić czy drugi tom sagi jest lepszy, czy gorszy od pierwszego. Wydaje mi się, że Autorka zbyt dużo uwagi poświęca opisom, na przykład, sposobu ubierania się poszczególnych bohaterów. Przypuszczam, że może to być spowodowane tym, iż w ten sposób widzimy, jak każda z tych osób jest nieprzyzwoicie bogata. Kobiety są obwieszone szmaragdami i wszelkiej innej maści drogocennymi kamieniami, zaś kreacje, które noszą nawet na co dzień, pochodzą od projektantów z najwyższej półki. Podobnie rzecz ma się w przypadku mężczyzn. Owszem, Emma Harte zaznała w latach młodości biedy i upokorzenia. Wciąż o tym pamięta. Ma szacunek dla niższej wstawy społecznej, której nie lekceważy, a wręcz przeciwnie. Pomaga finansowo, ile tylko może. Takie przekonanie wpoiła również swoim wnukom.

Jak już wspomniałam wyżej, w drugim tomie na czoło wysuwa się Paula Amory Fairley. Co do tej postaci miałam naprawdę mieszane uczucia. Momentami wydawało mi się, że Barbara Taylor Bradford chce, aby czytelnik akceptował wszystkie działania Pauli, nawet jeśli te nie są dobre. Zauważyłam, że pozytywnymi bohaterami – według Autorki – są tylko ci, którzy sprzyjają Emmie Harte. Pozostali to postacie negatywne, choć tak naprawdę jedynym ich przewinieniem jest brak podzielania zdania Emmy. Barbara Taylor Bradford próbuje, jak gdyby za wszelką cenę narzucić czytelnikowi swoje zdanie. Najpierw mamy być bezkrytyczni wobec Emmy, a potem względem jej wnuczki – Pauli, nawet jeśli ta postępuje egoistycznie. W moim odczuciu Autorka egoizm Pauli usiłuje przerzucić na inne postacie, na przykład, na jej męża. I to właśnie ci drudzy są obwiniani za nieco samolubne postępowanie Pauli.

Generalnie powieść jest dobra, choć wydaje mi się, że zbyt dużo tu niepotrzebnych opisów, które sprawiają, że książka jest obszerna, a tak naprawdę niczego do fabuły powieści nie wnoszą. Akcja biegnie zbyt wolno. Powiedziałabym, że znacznie wolniej niż w Karierze Emmy Harte, a to może czytelnika trochę znudzić. Pomimo że bohaterów spotykają zarówno radości, jak i nieszczęścia, to jednak brakowało mi w tym wszystkim dynamizmu. 

Przede mną kolejne tomy tej sagi. Obiecałam sobie, że tym razem przeczytam całość, bo jak już wspomniałam kiedyś, jest to moje drugie spotkanie z rodziną Harte’ów i ich przyjaciółmi. A jak to mówią: skoro czytelnik nawet po latach wraca do jakiejś książki, oznacza to, że powieść musi być naprawdę dobra. Tak więc pomimo tych przydługich i zbędnych opisów, historia ta na pewno zasługuje na uwagę.





niedziela, 1 czerwca 2014

Literat Czerwca 2014





CHRISTOPHER W. GORTNER




Christopher W. Gortner posiada tytuł magistra wydziału sztuk pięknych w dziedzinie pisarstwa. Studiował w New College w Kalifornii, specjalizując się w historii epoki renesansu. Podczas rozległych podróży, gromadząc materiały do swoich powieści, doświadczył życia na hiszpańskim zamku oraz nauczył się tańczyć galiardę, czyli renesansowy dworski taniec z epoki Tudorów. Jest pół-Hiszpanem, mieszka w Karolinie Północnej. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków. Jest również oddanym obrońcą praw zwierząt. Jego praca na rzecz ochrony zwierząt polega w szczególności na redukowaniu ich przepełnienia w schroniskach. W maju tego roku Christopher W. Gortner odwiedził Polskę, aby promować swoją najnowszą powieść wydaną w języku polskim – „Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej”. Ze swoimi czytelnikami spotkał się w księgarni Matras w Warszawie.



Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że przyjął Pan moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu! Na początek chciałabym zapytać o Pana doświadczenia z pobytu w Polsce. Czy jest coś, co najbardziej zapadło Panu w pamięć?

Christopher W. Gortner: Myślę, że teraz najbardziej pamiętam to, jak niesamowicie piękna jest Polska. Krajobraz jest bardzo zielony z tymi wielkimi drzewami – kwitnącymi kasztanami, ogromnymi klonami. Kocham drzewa, a w Warszawie jest ich pełno; miasto posiada również wspaniałe parki, do których można wybrać się na wielogodzinny spacer. Byłem bardzo wzruszony ciepłem i gościnnością Polaków.

fot. Stephanie Mohan
Agnes A. Rose: Jestem pewna, że podróżuje Pan do różnych krajów świata, aby spotkać się z czytelnikami i promować swoje książki. Czy dostrzega Pan jakieś różnice pomiędzy czytelnikami w Polsce a tymi w innych krajach?

Christopher W. Gortner: Uważam, że moi polscy czytelnicy wyjątkowo interesują się historią, którą opowiadam i posiadają całkiem rzetelną wiedzę na temat tego, w jaki sposób połączyć pewne wydarzenia z historią ich własnego państwa. Czasami czytelnicy, którzy spotykają się ze mną wykazują naprawdę niewielką wiedzę odnośnie historii, która stanowi tło moich powieści, co i tak nie ma większego znaczenia; niemniej doskonale rozmawiało mi się z moimi polskimi czytelnikami, ponieważ oni naprawdę rozumieją historię. Jeden z nich zapytał mnie, dlaczego w mojej powieści o Katarzynie Medycejskiej pominąłem rok panowania Henryka III w Polsce. Musiałem przyznać, że choć znałem ten okres w dziejach Polski, to jednak skończyło się na tym, że wyciąłem go z ostatecznej wersji maszynopisu, ponieważ mój wydawca czuł, że to będzie odbiegać od głównego sposobu narracji. Przeprosiłem, a czytelnik poczuł się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Dowiedziałem się więc, że nie zawsze mądrze jest manipulować w ten sposób historią, choć w tym przypadku jest to raczej niepotrzebna obrona, bo Henryk nie był zbyt wpływowym władcą Polski, a i powieść również nie była o nim.

Agnes A. Rose: Czy chciałby Pan odwiedzić w przyszłości Polskę, na przykład jako turysta, a nie jako pisarz?

Christopher W. Gortner: O tak! Oczywiście, że chcę wrócić i spędzić tutaj więcej czasu. Ponieważ musiałem stosować się do ustalonego harmonogramu, mój wolny czas był dość ograniczony. Widziałem tylko Warszawę i spędziłem jedynie dwie godziny w Krakowie. Tak naprawdę chciałem zostać tam dłużej. Szczególnie chciałbym spędzić kilka dni w Krakowie, bo jest to jedno z najpiękniejszych miast Europy, jakie odwiedziłem.

Agnes A. Rose: Jak wspomniałam wyżej, ostatnio Pana powieść „Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej” została przetłumaczona na język polski. Czy mógłby nam Pan powiedzieć dlaczego zdecydował się Pan opisać historię Izabeli Kastylijskiej? Co zainspirowało Pana do napisania tej powieści?  

Christopher W. Gortner: O Izabeli Kastylijskiej napisałem już w mojej pierwszej powieści „Ostatnia królowa” obejmującej okres od 1492 roku do momentu jej śmierci. Ta książka opowiada o córce Izabeli – Joannie. Dorastając w Hiszpanii uczyłem się w szkole o Izabeli i jej panowaniu, lecz dopiero, kiedy zbierałem materiały do „Ostatniej królowej” zrozumiałem jak bardzo Izabela walczyła o to, aby stać się sławną królową, która zjednoczyła Hiszpanię. Historia jej burzliwego dojścia do władzy w obliczu ogromnych barier i uprzedzeń jest stosunkowo mało znana. Pomyślałem, że powieść o tym, w jaki sposób Izabela została królową, którą wszyscy znamy, byłaby fascynująca. Izabela miała skomplikowany charakter i nie zawsze łatwo można było ją zrozumieć. Podjęła kilka makabrycznych decyzji, ale również dokonała wielkich czynów. Myślę, że napisałem o Izabeli po części dlatego, żeby pokazać, jak bardzo była niezwykła, żyjąc w epoce, której była częścią. Pod pewnymi względami myślała perspektywicznie, ale kiedy chodziło o kwestię jej wiary, okazała się być ślepa na konsekwencje swoich działań. Królowa taka jak Izabela mogła pojawić się jedynie w chaosie, jaki miał miejsce pod koniec XV wieku w Hiszpanii; wyjątkowo hiszpański charakter i jej panowanie miały ogromny wpływ nie tylko na jej kraj, ale również na całą Europę i obydwie Ameryki.

Agnes A. Rose: Czy w tej książce znajduje się jakaś scena, która wprawiła Pana w niepokój do tego stopnia, iż pomyślał Pan, że nie będzie Pan pisał dalej?

Christopher W. Gortner: Zmagałem się z decyzją Izabeli dotyczącą wprowadzenia hiszpańskiej inkwizycji i wydalenia Żydów z kraju. Aczkolwiek jej decyzje, którymi spowodowała ogromne cierpienia i z ich powodu zapisała się w historii jako okrutna fanatyczka, występują już pod koniec powieści. Wiedząc, że Izabela była odpowiedzialna za te tragedie, zastanawiałem się, czy będę w stanie uchwycić przyczyny tego, co zrobiła. Oczywiście nie powstrzymało mnie to przed napisaniem powieści, ale początkowo pytałem sam siebie, czy chcę podejmować się tak kontrowersyjnego tematu. Ważne jest, aby pamiętać, że nie uważam Izabeli za bohaterkę, jeśli chodzi o jej religię; myślę, że kierowała się głębokim dogmatyzmem dotyczącym własnego świata i swojego miejsca, jakie w nim zajmowała. Pisarze zawsze chcą „lubić” swoich głównych bohaterów, a ja chwilami nie lubiłem Izabeli, lecz zdałem sobie sprawę z tego, że nie jest konieczne, abym lubił ją przez cały czas. A wręcz przeciwnie, ponieważ nie zgadzałem się z niektórymi jej decyzjami, dla mnie wyzwaniem było powstrzymanie się od osądzania i przedstawiania jej punktu widzenia. Izabela wierzyła, że postępuje właściwie; dla niej najważniejsza była wiara. Musiałem sportretować ją taką, jaka była, a nie chciałem, aby „Przysięga królowej” okazała się pod pewnymi względami najtrudniejszą powieścią, jaką napisałem, lecz najbardziej satysfakcjonującą, ponieważ nauczyłem się pisać o postaci, której osobowość i poglądy są mi obce.

Agnes A. Rose: Czy podczas studiów nad materiałami do „Przysięgi królowej” natrafił Pan na jakieś niezwykle ciekawe albo zaskakujące zdarzenie w dziejach historii?

Christopher W. Gortner: Nie miałem pojęcia, że Izabela opowiadała się za edukacją kobiet. Ponieważ dorastając zdobyła wykształcenie jedynie w stopniu podstawowym, wstępując na tron nie potrafiła posługiwać się nawet łaciną, która była międzynarodowym językiem, jeśli chodzi o stosunki dyplomatyczne. Izabela starała się zjednoczyć swoje królestwo, będąc tuż po trzydziestce i właśnie wtedy zdecydowała się na naukę łaciny. Szukała najlepszego nauczyciela w Europie i znalazła kobietę urodzoną w Hiszpanii o nazwisku Beatriz Gallindo, znaną jako La Latina, która studiowała na uniwersytecie w Salerno, jedynej w tamtych czasach uczelni w Europie, w której stopnie naukowe mogły uzyskiwać kobiety. Izabela nie tylko zatrudniła La Latinę, aby ta ją uczyła, ale również po to, żeby uczyła jej córki, infantki. Izabela wydała dekret, który pozwalał La Latinie wykładać na prestiżowym hiszpańskim uniwersytecie w Salamance, a także pozwalał innym kobietom podejmować tam naukę. Izabela sprowadziła również do Hiszpanii pierwsze maszyny drukarskie, co spowodowało dostępność książek; położyła nacisk na zdobywanie umiejętności czytania i pisania w całym kraju i tym samym zawstydziła buńczuczną, głównie niepiśmienną szlachtę w kwestii zdobywania coraz wyższego wykształcenia. Postęp, którego dokonała, pomógł utorować drogę dla Złotego Wieku Hiszpanii, który nastąpił w XVII stuleciu.

Agnes A. Rose: Jest Pan również autorem książki „Wyznania Katarzyny Medycejskiej”. Większość z nas zna Katarzynę jako kobietę okrutną, która dążyła do celu po trupach. Wydaje mi się, że w powieści ocieplił Pan nieco jej wizerunek. Dlaczego?

Christopher W. Gortner: Tak jak Izabela, Katarzyna Medycejska również dokonała straszliwych rzeczy, aby chronić swój kraj. Historia skazała Katarzynę na podstawie koszmarnej masakry, która miała miejsce w noc świętego Bartłomieja; swoją niechlubną sławę zdobyła także jako trucicielka, chociaż nie znalazłem dowodów historycznych na to, aby kogokolwiek otruła. Jest mniej znana z tego, że przez lata walczyła również o to, aby chronić Francję przed zniszczeniami spowodowanymi dzikimi wojnami religijnymi, szukając bez skutku wielu sposobów, aby móc rozwiązać konflikt. Nie była inicjatorką wojen; miała małoletnie dzieci, które musiała chronić, a za plecami spiskującą silnie zdradziecką szlachtę. Masakra nie była z jej strony celowym działaniem; aczkolwiek w wyniku tego jednego straszliwego czynu, wprowadziła w ruch łańcuch wydarzeń, które okazały się nie do zatrzymania i sprawiły, że jej imię zostało oczernione. Podobnie jak w przypadku Izabeli, starałem się przedstawić punkt widzenia Katarzyny; nie zawsze zgadzałem się z nią, ale wierzę, że była inteligentną kobietą, która walczyła o pokój. Gardziła wojną i chciała jedynie ujrzeć własnych synów zasiadających na tronie i żyjących w dobrobycie. W związku z tym nie była okrutna, ale mogła się taką stać w momencie, gdy przyszło do ochrony własnych interesów, była jak każdy monarcha jej epoki. Nawet Elżbieta I wykonała wyrok śmierci, kiedy poczuła się zagrożona; skazała na śmierć Marię Stuart i zniszczyła Irlandię, ponieważ uwierzyła, że grozi jej niebezpieczeństwo i utrata władzy.

Agnes A. Rose: W Polsce „Sekret Tudorów” promowany jest jako powieść w której pojawia się galeria olśniewających postaci z inteligentną i zagadkową Elżbietą I w centrum. Chciałabym zapytać Pana co takiego szczególnego jest w tej angielskiej królowej, że pisarze tak często o niej piszą? Dlaczego Pan zdecydował się na skupienie uwagi właśnie na niej?

Christopher W. Gortner: Myślę, że Elżbieta cieszy się taką popularnością, ponieważ odniosła sukces, była królową długo panującą, która wiele poświęciła dla swojego kraju. Znana jest jako „królowa dziewica” (a historia nie zawsze kocha dziewicę!). Zapominamy, że w celu utrzymania władzy, pozbyła się najbardziej istotnych ludzkich namiętności. Niemniej jednak, Elżbieta przemawia do naszej współczesności; wydaje się bardziej podobna do nas niż, powiedzmy, Izabela Kastylijska czy Katarzyna Medycejska. Jednakże Elżbieta nie napotkała tych samych trudności, co Izabela lub Katarzyna. Pomimo że miała do czynienia z konfliktem religijnym, to jednak nie był on tak brutalny jak ten w Hiszpanii czy Francji. Nie miała dzieci, które musiałaby chronić, męża, którego potrzeby należy zaspokoić, czy też niezwykle zaborczą szlachtę, której poczynania trzeba byłoby udaremnić. Aczkolwiek wciąż pozostawała kobietą podobną do tych, które sprawowały władzę w czasach, kiedy robiło to niewiele kobiet. Podobnie jak one, była XVI-wieczną monarchinią, która dopuściła się karygodnych czynów, aby chronić swój tron. Elżbieta prześladowała katolików, ograbiła obydwie Ameryki. Mogła być despotyczna, kiedy sprzyjał ku temu nastrój. Wybaczamy jej jednak takie postępowanie, ponieważ jej panowanie jest pełne wspaniałych wydarzeń, takich jak klęska Armady czy dzieła Szekspira, natomiast Anglia zachowała względny spokój i była zadowolona z jej rządów. Odważna i zuchwała, a także niezależna od nikogo, Elżbieta reprezentuje XVI-wieczny feminizm – i, jak sądzę, właśnie dlatego ją kochamy.

W swojej trylogii o Tudorach, skupiam uwagę na wcześniejszych latach jej życia. Pierwsze dwie książki „Sekret Tudorów” i "Tudor Conspiracy” („Spisek Tudorów” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) dotyczą okresu, zanim Elżbieta zostaje królową, natomiast trzecia książka "Tudor Vendetta” („Zemsta Tudorów” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) obejmuje pierwsze miesiące jej panowania. Wszystkie trzy książki ukazują fikcyjnego młodego mężczyznę i jego punkt widzenia dotyczący tajemnicy, która zmusza go do tego, aby stać się szpiegiem na dworze Elżbiety; powieści te są pełne przygód oraz napięcia, są też bardziej fikcyjne niż moje inne książki opowiadające o postaciach kontrowersyjnych królowych. Elżbieta jest ważną postacią, a opowieści o niej koncentrują się na niebezpieczeństwie, jakiemu musiała stawić czoło, czekając na objęcie tronu. W tym okresie rzeczywiście jest tajemnicza; jest profesjonalistką, jeśli chodzi o prowadzenie gry o władzę na dworze. Uważam, że w ciągu tych lat była naprawdę fascynująca, i w taki sposób kreuję ją, jej przyrodnie rodzeństwo – króla Edwarda i królową Marię – których problemy dotyczące panowania przez długi czas miały wpływ na Elżbietę. Dokonuję także ponownej interpretacji jej związku z Robertem Dudleyem, który jest pierwszoplanowym wrogiem mojego głównego bohatera.




Agnes A. Rose: Interesuje mnie, dlaczego wybiera Pan tak kontrowersyjne monarchinie na bohaterki swoich książek? Pozwolę sobie wspomnieć królową Joannę Kastylijską, Katarzynę Medycejską, Izabelę Kastylijską czy nawet królową Elżbietę I Tudor.

Christopher W. Gortner: Pociągają mnie kontrowersyjne kobiety, ponieważ historia ocenia je bardzo surowo. Żadna z kobiet, o której piszę, nie zachowywała się gorzej niż ich męskie odpowiedniki – tak naprawdę w pewnym sensie postępowały nawet lepiej. Niemniej jednak, nie osądzamy ich w ten sam sposób, co mężczyzn; zamiast tego wyrażamy się o nich stereotypowo i odrzucamy niezwykłą złożoność życia tych kobiet. Lubię trudne postacie, które borykają się z wyzwaniami; a kobiety sprawujące władzę takie właśnie są. Nawet dzisiaj czytamy artykuły w tak zwanych pismach kobiecych, w których propaguje się, w jaki sposób pogodzić ze sobą karierę zawodową, rodzinę i samorealizację. Rzadko można zobaczyć tego typu porady skierowane do mężczyzn. Społeczeństwo zawsze zakłada, że mężczyźni w pierwszej kolejności stawiają na swoją karierę lub władzę. Kobiety, które wybieram, aby móc o nich pisać, może i żyły w przeszłości, a specyfika ich zmagań może różnić się od naszej, lecz motyw przewodni pozostaje ten sam. Przypuszczalnie nie było zastrzeżeń względem ich władzy, ale sprzeciwiano się jej ze względu na ich płeć. Naprawdę nie można znaleźć lepszej historii!

Agnes A. Rose: W jakim momencie życia podjął Pan decyzję, że będzie pełnoetatowym pisarzem? I dlaczego zdecydował się Pan tworzyć beletrystykę historyczną?

Christopher W. Gortner: To nie ja zdecydowałem, że będę pełnoetatowym pisarzem; to pisanie zadecydowało za mnie. Zawsze podobało mi się pisanie – nawet jako dziecku – ale nigdy nie twierdziłem, że to realny zawód. Chciałem działać w świecie mody, a moje pierwsze studia podyplomowe dotyczyły merchandisingu[1]. Zanim zacząłem poważnie pisać dla sektora zdrowia publicznego, przez ponad dwanaście lat pracowałem w branży modowej. Po przekroczeniu trzydziestki wróciłem na studia i zdobyłem tytuł magistra w dziedzinie pisania i historii; moją pracą dyplomową była ukończona powieść. Wkrótce potem zacząłem przedkładać moją pracę agentom. Zanim sprzedałem na aukcji swoje pierwsze dwie książki minęło trzynaście lat, w czasie których napisałem trzy kolejne maszynopisy i współpracowałem z czterema różnymi agentami. W tym czasie miałem stałą pracę w pełnym wymiarze godzin; pisanie wydawało mi się ryzykownym sposobem zarabiania pieniędzy na utrzymanie. Ostatecznie pełnoetatowym pisarzem stałem się dwa lata temu, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że dzięki pisaniu faktycznie mogę zarabiać na życie. Mimo wszystko to była dla mnie trudna decyzja.

Powieści historyczne były – i nadal są – moim ulubionym gatunkiem, który czytam. Kochałem historię, będąc w szkole, a moja mama dała mi pierwszą powieść historyczną, kiedy miałem jedenaście lat. Potem przeczytałem każdą powieść historyczną, którą udało mi się znaleźć. Według mnie beletrystyka historyczna ożywia historię w sposób instynktowny, ubierając przeszłość w żywe kolory i emocje. Miałem swoje ulubione postacie, o wielu z nich teraz piszę, więc gdy zacząłem tworzyć swoją pierwszą powieść, czymś naturalnym wydawało się to, że jest to beletrystyka historyczna, ponieważ to jest moja pasja.

Agnes A. Rose: Jak udaje się Panu pogodzić pozostanie przy historycznej dokładności z opowiedzeniem fascynującej historii?

Christopher W. Gortner: Próbuję robić, co w mojej mocy, aby trzymać się faktów, biorąc pod uwagę, że „fakt” nie zawsze jest prawdą – szczególnie ten dotyczący kobiet, które żyły wiele lat temu i których życie opisywane było przez innych, przy zachowaniu ich własnych uprzedzeń i porządku. To, co uważamy za historyczną dokładność, wcale nie musi w całości wiernie oddawać historii, bo każda historia ma dwie strony. Jako pisarz tworzący beletrystykę historyczną, staram się odkryć prawdę, która być może nie znalazła się w oficjalnych annałach historii. Niemniej jednak, ostatecznie moje książki są fikcyjną interpretacją postaci historycznych. Dlatego też muszę przy pomocy ograniczonej ilości słów zaakcentować najważniejsze etapy w życiu bohaterów, które często jest bardzo skomplikowane, muszę dokonać też pewnych wyborów dotyczących tego, co może, a czego nie może obejmować książka. W podobny sposób muszę pracować z moimi redaktorami, których wymagania odnoszące się do historii zawsze mają pierwszeństwo. Pisanie powieści historycznych również stanowi szczególne wyzwanie, jeśli chodzi o precyzję; w przeciwieństwie do literatury faktu, nie mogę powiedzieć: „Ona zrobiła to, a my nie wiemy dlaczego.” Muszę także wiedzieć dlaczego tak się stało i dotrzeć do świadomej decyzji bohaterki. Polega to na dokładnym studiowaniu materiałów źródłowych i zastosowaniu zdobytej wiedzy przy konstruowaniu profilu emocjonalnego mojej postaci. Zazwyczaj sięgam do wielu źródeł, które nie są częścią literatury popularnej; często zdarza się, że odkrywam fakty, o których początkowo myślałem, że są mi znane w odniesieniu do danej postaci, a w rzeczywistości są bardziej mitem niż faktem. W związku z tym, aby wiarygodnie przestawić swoje postacie, muszę dojść do sformułowania wniosków, które pod względem historycznym są zarówno dokładne, jak i wiarygodne, bez względu na historyczne umiejscowienie czasu akcji powieści. Wers odnoszący się do jakiejś dyplomatycznej przesyłki, listu, który pozostał nieprzetłumaczony w archiwum lub niezbadanych okoliczności dotyczących jakiegoś zdarzenia, może rzucić nowe światło, które w zaskakujący sposób ujawni ukryty aspekt mojego bohatera. Żyję dla takich chwil; to jest powód, dla którego tworzę beletrystykę historyczną.

Agnes A. Rose: Jak radzi sobie Pan z prowadzeniem narracji z perspektywy kobiet? Czy jest to trudne?

Christopher W. Gortner: Często jestem o to pytany i zawsze mnie to zaskakuje. Myślę, że trudniejsze jest to, aby móc napisać książkę z perspektywy człowieka, który żył setki lat temu. Dla mnie płeć nie stanowi aż takiego wyzwania. Być może znacznie lepiej rozumiem kobiety; kto wie? Kilku pisarzy – mężczyzn – powiedziało mi, że uważają, iż bardzo ciężko jest napisać całą powieść z perspektywy bohatera, który jest kobietą, ale z jakiegoś powodu dla mnie jest to czymś naturalnym. Oczywiście, niektórzy czytelnicy myślą, że w tej kwestii ponoszę sromotną klęskę, ale kiedy piszę, nigdy nie myślę: „A więc w jaki sposób kobieta czułaby to czy tamto?” Podobnie jak aktor, muszę „stać się” moją bohaterką. Muszę zapomnieć o samym sobie, aby móc doświadczyć jej wewnętrznych emocji. Nie ma znaczenia czy moja postać jest kobietą czy mężczyzną; muszę wiedzieć kim oni są, aby w nich zamieszkać.

Agnes A. Rose: Zauważyłam w Internecie, że ma Pan bardzo dobry kontakt ze swoimi czytelnikami. W jaki sposób wpływa to na Pana twórczość?

Christopher W. Gortner: Uwielbiam mieć kontakt z czytelnikami i omawiać z nimi swoje powieści. To jest dla mnie naprawdę ogromny zaszczyt i przyjemność. Ale nie mogę pozwolić sobie na to, aby być pod wpływem ich opinii w zakresie, w jakim podchodzę do swojej pracy. Z całego serca doceniam wszystkie pochwały i krytykę, jaką otrzymuję – a dostaję i jedno, i drugie – ale jeśli zacznę wątpić w swoją umiejętność dotyczącą opowiedzenia jakiejś historii, wówczas będę wszystko przewidywał, na każdym kroku zastanawiając się, w jaki sposób czytelnik może zareagować. Aby pisać, muszę przestrzegać mojej umowy ze swoją bohaterką i pozostać wierny swojej wizji; jest to jedyny sposób, aby móc oddać jej głos.

Agnes A. Rose: Jaki jest Pana kolejny projekt? Czy pracuje Pan nad nową powieścią?

Christopher W. Gortner: Trzy powieści są w przygotowaniu. Trzecia, i zarazem ostatnia książka, ze szpiegowskiej trylogii o Elżbiecie I, "Tudor Vendetta”, ukaże się w Stanach Zjednoczonych 21 października 2014 roku; moje polskie wydawnictwo ZNAK nabyło prawa do jej publikacji, ale nie znam jeszcze daty premiery w Polsce. Niedawno sprzedałem swoją nową historyczną powieść o Coco Chanel, w której śledzę jej dramatyczne życie od momentu jej dzieciństwa, które jest nieco zapomniane, aż do czasów jej burzliwej światowej kariery, jako najbardziej znanej projektantki mody, oraz jej kontrowersyjnej działalności w okresie drugiej wojny światowej; tytuł roboczy powieści to "Mademoiselle Chanel" („Panna Chanel” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), amerykańska premiera tej książki zaplanowana jest na wiosnę 2015 roku. No i wreszcie, moja powieść o niebezpiecznych watykańskich latach Lukrecji Borgii obecnie znajduje się u amerykańskiego wydawcy, a jej wydanie zaplanowane jest na 2016 rok; ZNAK również nabył prawa do polskiej wersji tej książki. Obecnie zbieram materiały do nowej powieści, której akcja rozgrywa się w okresie Belle Époque[2].

Agnes A. Rose: Na koniec, chciałabym zapytać o Pana pracę na rzecz praw zwierząt. Czy mógłby nam Pan coś na ten temat powiedzieć?

Christopher W. Gortner: Pomagam w nawiązywaniu kontaktów i zbieraniu funduszy, aby dzięki temu uratować psy i koty pochodzące z przepełnionych amerykańskich schronisk, znajdujących się zwłaszcza w południowej części Kalifornii, gdzie wskaźnik dokonywania eutanazji jest bardzo wysoki ze względu na przepełnienie spowodowane przez nieodpowiedzialnych właścicieli hodowli zwierząt i pseudohodowle. Kocham zwierzęta od dziecka; zacząłem aktywnie działać na rzecz ratowania zwierząt domowych kilka lat wcześniej zanim odszedł mój piękny pies, Paris. Teraz swoją działalność poświęcam jej pamięci. Paris była moją bratnią duszą i tęsknię za nią każdego dnia; w odróżnieniu od zwierząt, którym niosę ratunek, ona nigdy nie wiedziała, co to porzucenie czy zaniedbanie, więc w jej imieniu czuję się w obowiązku ratować inne zwierzęta. Mam również z odzysku dwa nieoswojone koty, które dostarczają mi wiele miłości i radości.

Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję za wywiad. Życzę Panu wszystkiego, co najlepsze w dalszej pracy twórczej. Czy jest coś, co chciałby Pan jeszcze dodać na koniec?

Christopher W. Gortner: Dziękuję za poświęcenie mi czasu. Mam nadzieję, że czytelnikom bloga podoba się „Przysięga królowej”. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o mojej pracy, proszę odwiedzić moją stronę internetową: www.cwgortner.com.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose


Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here









[1] Merchandising to umiejętna interpretacja i przetworzenie informacji o potrzebach klientów oraz stworzenie jak najbardziej sprzyjających warunków celem ich zaspokojenia. W pewnym stopniu jest to kontrolowanie poziomu wyników ekonomicznych dzięki celowemu i kompleksowemu kształtowaniu usługi handlowej dla dostawców i odbiorców, przy pomocy różnych dziedzin/narzędzi w zakresie sprzedaży (np. przy pomocy reklamy, promocji, przeceny, obsługi klienta czy aranżacji sklepu) – [przyp. tłum.].
[2] Belle Époque (z fr. piękny czas, piękna epoka, piękny okres) – nazwa nadana okresowi trwającemu od zakończenia wojny francusko-pruskiej w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej. – [przyp. tłum.]. 





czwartek, 29 maja 2014

Ewa Stachniak – „Dysonans”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2009
Tytuł oryginału: Dissonance
Przekład: Anna Przedpełska-Trzeciakowska





Delfina z Komarów Potocka uznawana była za muzę polskiego romantyzmu. Była długoletnią przyjaciółką oraz uczennicą Fryderyka Chopina. Wychowywała się w Kuryłowcach i to właśnie tam odebrała staranne wykształcenie. Około 1822 roku bardzo często przebywała w Neapolu, a potem w Nicei, gdzie rodzina Komarów nabyła wille. W roku 1825 Delfina powróciła do Polski i wtedy poślubiła magnata Mieczysława Potockiego herbu Pilawa. Wraz z mężem osiadła w Tulczynie. Niestety pożycia małżeńskiego nie można było zaliczyć do udanych, ponieważ Mieczysław Potocki posiadał dość wybuchowy, a wręcz brutalny charakter, co doprowadziło w konsekwencji do rozpadu małżeństwa. Tak więc w 1830 roku Delfina Potocka porzuciła męża i wyjechała z rodziną do Europy.

Najprawdopodobniej w Dreźnie, w salonie swojej matki, w listopadzie 1830 roku poznała Fryderyka Chopina, natomiast dwa lata później, we wrześniu, Delfina osiadła w Paryżu i wraz z siostrami – Ludmiłą i Natalią – bardzo szybko została uczennicą Chopina. W 1836 roku raz jeszcze – na prośbę męża – wróciła do Tulczyna, niemniej jednak jego okrucieństwo doprowadziło do ostatecznego rozpadu małżeństwa, które zakończyło się rozwodem w 1843 roku. Wówczas na stałe Delfina Potocka zamieszkała w Paryżu, gdzie otoczona była przez grono oddanych wielbicieli, którzy podziwiali jej niezwykłą urodę, maniery, a także ponadprzeciętny talent do malarstwa i muzyki. Współcześni Delfinie opowiadali, iż z ogromnym powodzeniem komponowała utwory muzyczne, które niestety nie przetrwały do dnia dzisiejszego. Odbywała również liczne podróże. W 1838 roku Delfina Potocka poznała Zygmunta Krasińskiego, a właściwie Napoleona Stanisława Adama Feliksa Zygmunta Krasińskiego hrabiego herbu Ślepowron. Dla tego wybitnego poety polskiego romantyzmu Delfina stała się natchnieniem i muzą. Ich romans trwał kilkanaście lat, mimo tego, że 26 lipca 1843 roku w Dreźnie Krasiński za namową ojca ożenił się z Elizą z Branickich.

Ostatnie lata życia Delfina Potocka spędziła w Paryżu oraz w Nicei. Przez cały okres pobytu Fryderyka Chopina na emigracji była związana z nim niezwykle serdeczną przyjaźnią. Wybitny polski kompozytor i pianista zachwycał się przede wszystkim jej urodą oraz śpiewem. Niestety, zachował się tylko jeden list Delfiny do Fryderyka, który został napisany na kilka miesięcy przed jego śmiercią. W dniu 15 października 1849 roku, czyli na dwa dni przed śmiercią Chopina, Delfina przyjechała do Paryża z Nicei. Na jego prośbę śpiewała mu na łożu śmierci, przy wtórze własnych dławiących ją łez. Sama też sobie akompaniowała. Francuski malarz – Eugène'a Delacroix (1798-1863) – w swoim Dzienniku w 1849 roku pisał, iż usłyszał Delfinę dwa razy i rzadko zdarzało mu się zetknąć z czymś tak doskonałym.

Delfina Potocka (1807-1877) 
Portret powstał w 1849 roku.
Autor: Paul Delaroche (1797-1856)
Fryderyk Chopin dedykował Delfinie Potockiej Koncert f-moll op. 21, jak również Walc Des-dur op. 64 nr 1. Natomiast do jej albumu wpisał także Preludium A-dur op. 28 nr 7 oraz pieśń Melodia op. 74 nr 9 do słów Zygmunta Krasińskiego. Te nadzwyczaj bliskie relacje Delfiny Potockiej z Fryderykiem Chopinem stały się podstawą do rozpowszechniania opowieści o ich rzekomym romansie. W roku 1945 pewna ziemianka z Wileńszczyzny – Paulina Czernicka – ujawniła odpisy (apokryfy) nieznanych dotąd listów Chopina do Delfiny Potockiej pochodzące rzekomo z lat 1833-1849. Miały one zawierać intymne szczegóły dotyczące ich znajomości. W latach 1945-1967 sprawa autentyczności tychże listów stała się przedmiotem dość ostrych sporów, które na nowo zostały podjęte w latach 1973-1976 po opublikowaniu w 1973 roku przez kompozytora Adama Harasowskiego (1904-1996) reprodukcji sześciu ich domniemanych autografów. Tak więc ogłoszone w 1973 roku fotokopie zostały poddane specjalistycznym badaniom grafologicznym. Na zlecenie Towarzystwa im. Fryderyka Chopina oraz International Chopin Foundation wykonano dwie ekspertyzy, lecz dopiero ta wykonana przez Zakład Kryminalistyki Milicji Obywatelskiej – trzecia z kolei – dowiodła, że sporne listy zostały podrobione przy wykorzystaniu fotomontażu fragmentów autentycznego pisma Fryderyka Chopina i wszelkich innych dodatków.

Ten miłosny trójkąt, jaki miał miejsce pomiędzy Delfiną Potocką, Zygmuntem Krasińskim a jego żoną Elizą Branicką stanowi naprawdę doskonały materiał na książkę. Tak więc Dysonans to powieść, której akcja rozpoczyna się w 1836 roku. Mamy wieczór wigilijny, który Delfina Potocka wraz z rodziną spędza w wilii Palazzo Valle w Neapolu. Oprócz niej na pierwszy plan wysuwa się również jej matka – Honorata Komarowa. Potem akcja posuwa się naprzód. Delfina poznaje Zygmunta Krasińskiego i od tego momentu zaczyna się ich romans, który – jak wspomniałam wyżej – trwał przez wiele lat. Ten związek ciągnął się nawet wtedy, gdy na wyraźne życzenie ojca – poeta ożenił się z Elizą Branicką. Czy tego pragnął? Na pewno nie. Nic, co człowiek robi pod namową innych ludzi i wbrew sobie, nie może mu przynieść życiowej satysfakcji. Pamiętajmy też, że Zygmunt Krasiński to poeta o niezwykle wrażliwej duszy. Trudno zatem pogodzić mu się z czymś, do czego jest zmuszany.

Eliza z Branickich Krasińska z dziećmi (1820-1876)
obraz powstał w 1853 roku
Autor: Franz Xaver Winterhalter (1805-1873)
A jak reaguje Eliza? Wygląda na to, że w jakiś sposób kocha tego, którego dla niej wybrano. Godzi się na wszystko praktycznie bez słowa sprzeciwu. Nie wie jednak, jak trudno będzie żyć ze świadomością, że serce męża będzie należeć do innej. Że to z imieniem kochanki na ustach będzie pragnął umrzeć. Czy zatem można winić Delfinę Potocką za nieszczęście Elizy z Branickich Krasińskiej? Bo przecież kochanka zawsze jest tą, która perfidnie niszczy szczęście rodzinne. Lecz z drugiej strony, czy można w tym przypadku mówić o jakimkolwiek rodzinnym szczęściu? Na pewno Zygmunt Krasiński nie jest łatwy we współżyciu. Poza tym, ze względów politycznych trudno jest mu publikować pod własnym nazwiskiem. Robi to anonimowo albo pod nazwiskiem kogoś innego. Pamiętajmy, że wydarzenia, które rozgrywają się na kartach Dysonansu mają miejsce w czasie, kiedy Polska była pod zaborami. Był to III rozbiór Polski, który rozpoczął się niecały rok po upadku insurekcji kościuszkowskiej, czyli 24 października 1795 roku. Wtedy to nasz kraj został podzielony pomiędzy monarchów Rosji, Prus i Austrii. Tak więc polityka przewija się tutaj dość często.

Fabuła książki skupiona jest na emocjach bohaterów oraz na ich postępowaniu. Trzeba jednak pamiętać, aby powieści nie traktować jako historycznego dokumentu, ponieważ jest to fikcja literacka, która powstała w oparciu o materiały źródłowe, jak listy i dokumenty, które zachowały się do dnia dzisiejszego, a które pochodzą właśnie z tamtej epoki. Niemniej jednak, na kartach powieści pojawiają się postacie stricte historyczne, zaś wydarzenia, o których mowa zapisały się dużymi literami w dziejach naszego kraju.


Śmierć Chopina 
obraz powstał w 1885 roku
Autor: Félix-Joseph Barrias (1822-1907)


Główni bohaterowie – Zygmunt, Delfina i Eliza – to postacie, które pozwoliły na to, aby niszczące i zagmatwane uczucia doprowadziły do ich wewnętrznego zniszczenia. Eliza Branicka była córką zdrajcy, ale zarazem była też najzamożniejszą kobietą swojej epoki, i właśnie ten majątek sprawił, że ojciec Zygmunta zwrócił ku niej swoje zainteresowanie, pragnąc, aby została jego synową. Z kolei Zygmunt – już po ślubie – narzuca żonie, aby ta utrzymywała towarzyskie kontakty z jego kochanką. Przecież to dla Elizy takie upokarzające i niezwykle trudne do zaakceptowania! Ta atmosfera zdrady i dwuznacznych sytuacji zaczyna gęstnieć i w pewnym momencie robi się nie do zniesienia. Tylko szaleniec może wymagać od swojej żony, aby ta spędzała z nim i jego kochanką wakacje! Możliwe, że Zygmunt Krasiński naprawdę był człowiekiem szalonym i nie wiedział, co robi. Był szalony z miłości! Lecz z drugiej strony był niczym dziecko, które pragnie mieć wszystko, o czym marzy i nie jest w stanie poświęcić niczego w imię zachowania, na przykład, dobrego imienia. W moim odczuciu Zygmunt to egoista, który myślał jedynie o sobie. Dla niego tak naprawdę nie liczyło się to, co czują inni. Nie były ważne uczucia żony i kochanki, czy też członków dalszej rodziny. Liczył się tylko on i to jego zachcianki należało spełniać, ponieważ w innym razie mogło to grozić poważną depresją. Być może niewiele różnił się od swojego ojca. Bo przecież podobnie jak Wincenty Krasiński, on również narzucał swoje zdanie i wymagał pełnej jego akceptacji. Pisał, jak gdyby scenariusz, według którego swoje role musiały odegrać dwie kobiety jego życia: Delfina i Eliza. Nie było dla niego ważne, że obydwie mogą z tego powodu cierpieć. W taki właśnie sposób odbieram go, jako bohatera Dysonansu.

W tle fabuły powieści przewijają się również takie historyczne postacie, jak Fryderyk Chopin, czy Wincenty Krasiński (ojciec Zygmunta), który na swoim sumieniu miał również układy z zaborcą. Jest także Matylda Szymanowska, Adam Mickiewicz, wspomniany jest także Juliusz Słowacki oraz postacie znane z Hôtel Lambert, który był tak zwanym obozem politycznym działającym od 1831 roku na emigracji po upadku powstania listopadowego.

Podczas lektury Dysonansu czytelnik przenoszony jest do epoki polskiego romantyzmu, jest świadkiem historycznych wydarzeń tamtego okresu, a także poznaje życie i obyczaje polskiej arystokracji żyjącej na emigracji. Widzi jak ścierają się ze sobą poglądy poszczególnych bohaterów. Dla mnie chyba najważniejszą i najbardziej rzucającą się w oczy postacią tej powieści jest Delfina Potocka, dlatego też na początku wpisu przybliżyłam jej życiorys. Na pewno nie zapałałam sympatią do Zygmunta Krasińskiego, a to ze względu na jego słaby charakter, o czym również napisałam powyżej. Eliza Branicka? Myślę, że ona w całym tym trójkącie najbardziej ucierpiała. Ze strony męża doznała upokorzenia i poniżenia, ale niestety niewiele mogła w tej kwestii zmienić.

Moim zdaniem Dysonans to powieść doskonale oddająca klimat epoki. Charakteryzuje się też niecodziennym stylem, jeśli chodzi o sposób jej napisania. Ten styl przypomina mi trochę dziewiętnastowieczną literaturę klasyczną. Być może w głównej mierze zawdzięczamy go przekładowi Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej, która – jak wiemy – zasłynęła przede wszystkim z przekładu powieści Jane Austen.