wtorek, 9 sierpnia 2016

Nora Roberts – „Lasy w płomieniach”














Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012
Tytuł oryginału: Chasing Fire
Przekład: Katarzyna Malita





Missoula to amerykańskie miasto leżące w stanie Montana. To tam znajduje się baza strażaków-spadochroniarzy (z ang. Zulies lub Smokejumpers). Baza mieści się w zachodniej części międzynarodowego lotniska. Obecnie w skład oddziału Zulies wchodzi około dziewięćdziesięciu osób. Są to mężczyźni i kobiety pochodzący z różnych środowisk i prywatnie wykonujący różne zawody. Mają od dwudziestu do pięćdziesięciu lat. Wszyscy strażacy pracują z ogromnym poświęceniem, są bardzo dobrze wyszkoleni i posiadają ogromne doświadczenie. Podstawowym zadaniem strażaków-spadochroniarzy jest powstrzymywanie pożarów wybuchających na oddalonym górzystym terenie w zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Aby walczyć z ogniem muszą być samowystarczalni oraz w każdej chwili zdolni do zaatakowania płonących górzystych obszarów dzikiej przyrody.

Oddziały Zulies zostały utworzone w celu szybkiego dotarcia drogą powietrzną na tereny, które pozbawione są możliwości tradycyjnej formy dojazdu przy użyciu samochodów strażackich. Strażacy-spadochroniarze w swojej pracy używają śmigłowców. Każdy Zulie trenuje dziennie około półtorej godziny, a czasami nieco mniej, w zależności od sezonu. Na terenie bazy w Missouli ćwiczą na siłowni, uprawiają aerobik, jak również przebiegają około dwóch mil, czyli ponad trzy kilometry. Codzienna praca Zulies polega także na pakowaniu sprzętu potrzebnego przy gaszeniu pożarów, sprawdzaniu spadochronów, jak i utrzymywaniu sprzętu w dobrym stanie i jego testowaniu. Jeśli pozwala na to sezon, w którym wybuchają pożary, wówczas niektórzy skoczkowie mogą pomagać w pracy nad zabezpieczaniem przed ogniem odległych terenów leśnych. Tego typu praca zazwyczaj obejmuje redukcję drzewostanu, utrzymywanie leśnych szlaków w dobrej kondycji, czy też budowanie potrzebnych ogrodzeń. Zulies zabezpieczają również dany obszar przed ewentualną plagą owadów.  


Strażacy-spadochroniarze z Missouli w stanie Montana
fot. Dragomiloff (Creative Commons)
źródło


Strażacy-spadochroniarze z Missouli to także główni bohaterowie powieści Nory Roberts. Na czoło wysuwa się Rowan Tripp, która zamiłowanie do gaszenia pożarów ma we krwi. Jeszcze do niedawna jej nieustraszony ojciec walczył z najbardziej niebezpiecznymi pożarami, jakie widział stan Montana. Nie dziwi więc fakt, że Ro tuż po ukończeniu osiemnastego roku życia poszła w ślady Lucasa Trippa, który dla miejscowej ludności jest już bohaterem i legendą. Kobieta nie ma za sobą szczęśliwego dzieciństwa, choć jej więź z ojcem jest niezwykle silna. To z winy matki Rowan jako dziecko przeżywała dramaty, które w żadnym razie nie powinny być udziałem małego, niewinnego człowieka. Ta trauma nie pozwala jej teraz budować normalnych i zdrowych związków z mężczyznami. Jest bardzo nieufna i wszelkiego rodzaju znajomości traktuje z dystansem. Ro uważa bowiem, że prawdziwa miłość nie istnieje, a przynajmniej ona nie jest zdolna do takiego uczucia. Seks i dobra zabawa to jedyne, czego mogą z jej strony spodziewać się mężczyźni, którzy wykażą na tyle odwagi, aby się nią zainteresować.  

Pewnego dnia w bazie Missouli pojawia się nieziemsko przystojny nowicjusz Gulliver Curry. Praktycznie od samego początku jest zafascynowany Rowan i nie zamierza odpuścić, nawet jeśli kobieta będzie mu stawiać zażarty opór. Gull wie, że Ro jest wyjątkowa, a jej dystans jest tylko grą pozorów, ponieważ jak do tej pory nie spotkała jeszcze mężczyzny, który byłby w stanie wywrzeć na niej tak ogromne wrażenie, że w końcu dałaby za wygraną i odrzuciła wszelki opór. Owszem, jest twarda, lecz pod tą skorupą kryje się naprawdę wrażliwa kobieta, która potrzebuje miłości. Młody strażak-spadochroniarz dotychczas pracował w tradycyjnej straży pożarnej, a do tego prowadzi jeszcze dobrze prosperującą firmę w Kalifornii. Wraz z nim do bazy w Missouli przybywają też inni nowicjusze, lecz nie wszystkim udaje się zdać konieczne testy, aby móc stać się jednymi z najlepszych. Oczywiście w tej selekcji bierze udział także Rowan Tripp i to od niej zależy kto zasili szeregi Zulies z Missouli, a kto z podkulonym ogonem wróci do domu.  


Pożar w stanie Montana
Tak naprawdę oryginalny tytuł zdjęcia to Elk Bath. Zostało ono zrobione 6 sierpnia 2000 roku na wschodnim rozwidleniu rzeki Bitterroot w kompleksie Bitterroot National Forrest obejmującym swoim zasięgiem wschodnio-środkową część stanu Montana i wschodnie tereny Idaho. Autor zdjęcia został nagrodzony.
fot. John McColgan


Okazuje się też, że Ro cierpi nie tylko z powodu nieszczęśliwego dzieciństwa. Rok wcześniej podczas akcji straciła kumpla, z którym wyskakiwała ze śmigłowca w jednej parze. Chłopak spalił się wówczas żywcem, za co przez długi czas obwiniano właśnie Rowan. Czy słusznie? Czy kobieta faktycznie miała coś wspólnego z tragiczną śmiercią Jima Braynera? Czy kiedykolwiek będzie umiała zapomnieć o tamtym straszliwym wypadku? A może już wkrótce będzie musiała zapłacić za to, co stało się z jej partnerem? Może gdzieś obok kryje się ktoś, kto nadal obwinia Rowan o śmierć Jima i nie spocznie dopóki ta nie zostanie ukarana? Odpowiedź na te pytania przychodzi bardzo szybko. Otóż pewnego dnia pokój Rowan zostaje zdemolowany, oblany zwierzęcą krwią, a napis na ścianie wyraźnie informuje, że ten, kto dopuścił się dewastacji, życzy kobiecie śmierci w męczarniach. W niedługim czasie zostają zamordowane dwie osoby, których ciała dla niepoznaki zabójca spalił, wywołując pożar w pobliskim lesie. Wygląda na to, że w ten sposób morderca chciał zaznaczyć swoją wyższość nad strażakami i dać im do zrozumienia, że kiedyś przyjdzie kolej również na nich. Kim zatem jest okrutny zabójca? Czy strażacy – a szczególnie Rowan Tipp – mogą czuć się bezpieczni? Ilu ludzi musi stracić życie, aby w końcu winny został złapany i ukarany?

Trzeba przyznać, że tym, razem Nora Roberts zaskakuje oryginalnym tłem powieści, lecz nie można tego samego powiedzieć o linii fabularnej. Wprowadzając postacie strażaków-spadochroniarzy Autorka sprawiła, że czytelnik może wiele ciekawego dowiedzieć się o ich pracy. Prawdę powiedziawszy, do momentu sięgnięcia po powieść, nie wiedziałam, że w Montanie istnieje tego rodzaju oddział strażaków. Tak więc nie poprzestałam jedynie na przeczytaniu książki, ale po skończeniu lektury poczytałam nieco o Zulies i muszę przyznać, że to niesamowicie odważni i godni podziwu ludzie, bo przecież nie każdy byłby w stanie walczyć z ogniem, skacząc praktycznie do piekła. Historia opowiedziana przez Norę Roberts skupia się nie tylko na życiu zawodowym strażaków-spadochroniarzy, lecz także na ich sprawach prywatnych. Niemało miejsca Autorka poświeciła relacji pomiędzy ojcem a dorosłą córką. Rowan jest tak bardzo przywiązana do Lucasa, że w ogóle nie wyobraża sobie, aby jej starzejący się ojciec mógł jeszcze pragnąć od życia czegoś więcej, aniżeli tylko być ze swoją córką i zajmować się firmą, którą rozkręcił już po zakończeniu kariery w Zulies. Wynika to oczywiście z klasycznej zazdrości o kogoś, kto – zdaniem Ro – mógłby zastąpić jej miejsce w życiu Lucasa i zrzucić ją z piedestału, na który wyniósł córkę kochający ojciec.


Płonąca dzika przyroda w Kalifornii
Zdjęcie pochodzi z dnia 5 września 2008 roku.
autor nieznany

Skoro już na samym początku pojawia się Gulliver Curry, trzeba spodziewać się równie ognistego romansu, jak pożary, które od chwili pierwszego spotkania obydwoje z Rowan będą gasić. Na tym polu Nora Roberts nie zaskakuje niczym nowym, ponieważ – jak to zwykle bywa – jedno nie chce się angażować w związek, zaś drugie robi wszystko, aby było inaczej. I jak to ma miejsce w powieściach Nory Roberts, wszystko kończy się happy endem. Podoba mi się jednak to, iż Autorka na pierwszy plan wysuwa charakter pracy strażaków-spadochroniarzy, zamiast wciąż kręcić się wokół romansu Gulla i Rowan. Z kolei wątek kryminalny nie jest zbyt skomplikowany, gdyż dość szybko czytelnik może domyślić się, kto tak naprawdę stoi za morderstwami i dlaczego zabija tych ludzi. Początkowo Autorka pragnie nas zmylić i skierować naszą uwagę na kogoś innego, lecz praktycznie zupełnie jej to nie wychodzi. Cała sprawa jest tak jasna, że trudno byłoby nie domyślić się, kim jest morderca. 

Każdy z bohaterów pojawiających się na kartach książki wydaje się tak bardzo naturalny wraz ze swoimi wadami i zaletami, że czytelnik może odnieść wrażenie, iż nie są to postacie fikcyjne, lecz prawdziwi ludzie, którzy żyją gdzieś obok nas. Tę naturalność dodatkowo uzupełniają bardzo dobrze skonstruowane dialogi. Nie ma w nich sztuczności. Brak też wyszukanego, fachowego słownictwa niezrozumiałego dla przeciętnego czytelnika, co sprawia, że postacie stają się podobne do nas. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim fakt, iż Nora Roberts doskonale poradziła sobie z opisami pożarów, których na kartach powieści jest naprawdę sporo. W pewnym momencie można odnieść wrażenie, że Zulies nie robią niczego innego, jak tylko walczą z ogniem. Stale muszą być w najwyższej gotowości do wylotu, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy włączy się alarm, a wtedy nie będzie już czasu na nic innego, jak tylko na chwytanie w pośpiechu sprzętu i bieg w kierunku śmigłowca. Te opisy są bardzo dynamiczne i pobudzają wyobraźnię.

Myślę, że książka tym razem może spodobać się także czytelnikom, którzy nie lubią typowych romansów Nory Roberts. I choć linia fabularna nie jest zbyt skomplikowana, podobnie jak wątek kryminalny, to jednak niezwykle barwne opisy walki z żywiołem sprawiają, że książkę naprawdę chce się czytać i poznać jej zakończenie.







niedziela, 7 sierpnia 2016

Ałbena Grabowska – „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” # 1















Wydawnictwo: ZWIERCIADŁO
Warszawa 2014





Wybuch pierwszej wojny światowej sprawił, że Polacy wreszcie otrzymali szansę, aby móc walczyć o swoją niepodległość po stu dwudziestu latach niewoli. Już na samym początku konfliktu, czyli w 1914 roku, Józef Piłsudski (1867-1935) opowiedział się po stronie Państw Centralnych (Cesarstwo Niemieckie, Monarchia Austro-Węgierska, Carstwo Bułgarii oraz Imperium Osmańskie) i w związku z tym podjął działania mające na celu wzniecenie antyrosyjskiego powstania na terenie Królestwa Polskiego (Królestwa Kongresowego). Dlatego też Józef Piłsudski wraz ze swoją kompanią kadrową wkroczył na ziemie znajdujące się pod zaborem rosyjskim. Akcja ta nie zakończyła się jednak sukcesem, ponieważ Piłsudski nie uzyskał poparcia od Polaków nastawionych antyniemiecko. Po nieudanej próbie wywołania powstania, rozpoczął zatem formułowanie na terenie Galicji polskich oddziałów wojskowych, czyli Legionów, które składały się z trzech brygad. Pierwsza z nich miała znaleźć się pod dowództwem samego Józefa Piłsudskiego. Oprócz tego przyszły marszałek Polski rozpoczął tworzenie Polskiej Organizacji Narodowej, która potem przekształciła się w Polską Organizację Wojskową mającą za zadanie dywersję w zaborze rosyjskim.

W tym samym czasie siły endeckie pod kontrolą armii rosyjskiej utworzyły Legion Puławski. Rosjanie zaś czynili starania, aby móc uzyskać dla swoich działań poparcie Polaków. W tym celu wystosowano do narodu polskiego odezwę sygnowaną przez Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa młodszego (1856-1929), który był wówczas naczelnym dowódcą armii rosyjskiej. Obiecywano Polakom Polskę odrodzoną i „swobodną w języku, wierze i samorządzie”, lecz nadal pod władzą rosyjskiego caratu. W sierpniu 1915 roku Państwa Centralne zajęły Królestwo Polskie, natomiast w celu pozyskania Polaków do życia przywrócono Uniwersytet Warszawski i Politechnikę, a także pozwolono używać języka polskiego w sądach oraz w gminach.

W 1916 roku po udanej rosyjskiej ofensywie Aleksieja Aleksiejewicza Brusiłowa (1853-1926), gdy rosyjski front dotarł aż do terenów Galicji, Państwa Centralne zdecydowały się uzyskać poparcie Polaków. Tak więc 5 listopada 1916 roku cesarze Niemiec i Austro-Węgier wydali akt, który mówił o tym, iż na ziemiach zaboru rosyjskiego po wojnie zostanie utworzone niepodległe państwo polskie, które ostatecznie będzie złączone trwałym sojuszem z Państwami Centralnymi. W tym samym czasie Roman Dmowski (1864-1939) przebywał na zachodzie Europy, gdzie wśród państw Ententy (sojusz pomiędzy Wielką Brytanią, Francją i Rosją) agitował na rzecz Polski.


Józef Piłsudski ze swoim sztabem w Kielcach w 1914 roku
fot. Marian Fuks (1884-1935)
źródło: Ilustrowany Kurier Wojenny (5. XII 1914)


W 1917 roku Józef Piłsudski zaczął uświadamiać sobie, że pomimo zwycięstwa Państw Centralnych nad Rosją targaną rewolucją, wojna przyniesie triumf Francji i Wielkiej Brytanii, ponieważ tym państwom z pomocą przyszły Stany Zjednoczone. W lipcu 1917 roku miał miejsce tak zwany kryzys przysięgowy spowodowany tym, iż Piłsudski razem z I i III Brygadą nie złożył przysięgi wierności Państwom Centralnym. Tak więc przyszły naczelnik państwa oraz generał Kazimierz Sosnkowski (1885-1969) zostali osadzeni w więzieniu w Magdeburgu. Z kolei w Rosji ogarniętej przez rewolucję Rząd Tymczasowy wydał oświadczenie o powstaniu Polski, lecz jedynie w przymierzu z Rosją, natomiast Rada Delegatów Żołnierskich i Robotniczych wydała oświadczenie dotyczące niepodległości Polski. Niemniej obydwa fakty miały znaczenie jedynie symboliczne, gdyż ziemie polskie nadal znajdowały się po kontrolą Niemiec. W tym samym roku po sukcesie rewolucji październikowej oraz przejęciu władzy przez bolszewików, Rosjanie podpisali w Brześciu separatystyczny pokój z Niemcami, na mocy którego oddali im ziemie polskie.

Powyższe wydarzenie wywołało bunt II Brygady generała Józefa Hallera (1873-1960) i tym samym przyczyniło się do jego emigracji do Francji. Tymczasem w Warszawie kontrolowanej przez Niemców utworzono Radę Regencyjną, która pełniła funkcję rządu. Niemniej na froncie zachodnim, państwa wchodzące w skład Ententy odnosiły coraz większe sukcesy, zaś po stronie Państw Centralnych mnożyły się jedynie problemy. Było zatem wiadomo, że porażka tych drugich stanowi już tylko kwestię czasu. W dniu 8 stycznia 1918 roku ze swoim orędziem wystąpił ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych – Thomas Woodrow Wilson (1856-1924). Orędzie zawierało czternaście punktów dotyczących powojennych ustaleń, w tym trzynaście odnosiło się konkretnie do Polski. Prezydent uznał bowiem potrzebę powołania niepodległej Polski w granicach etnicznych wraz z bezpiecznym dostępem do morza. Z kolei we Francji utworzona została błękitna armia, która swoją nazwę zaczerpnęła od kolorów mundurów. Na jej czele stanął wspomniany wyżej Józef Haller.

Tak mniej więcej w skrócie przedstawia się sytuacja Polski podczas pierwszej wojny światowej w kontekście politycznym. Wspomniałam o Wielkiej Wojnie dlatego, iż akcja pierwszego tomu trylogii Stulecie Winnych rozpoczyna się właśnie w roku 1914, czyli w czasie, kiedy Polacy będą musieli stawić czoło przede wszystkim ogromnemu bestialstwu ze strony Rosjan. Na kartach powieści Ci, którzy przeżyli Ałbena Grabowska zabiera czytelnika w okolice Warszawy i Pruszkowa do miejscowości Brwinów, która prawa miejskie otrzymała dopiero w 1950 roku. Tak więc, kiedy toczy się akcja powieści, Brwinów posiada jeszcze status gminy wiejskiej. Trzeba pamiętać, że w czasie pierwszej wojny światowej Pruszków był miejscem, na którego terenie toczyły się kilkudniowe walki. Ich konsekwencją były głównie zniszczenia budynków, natomiast ofiar w ludziach było niewiele, ponieważ mieszkańców ewakuowano w momencie rozpoczęcia bitwy. Odgłosy tychże walk docierają także do uszu mieszkańców Brwinowa, gdzie mieszka tytułowa rodzina Winnych.  

Zanim jednak rozpoczną się rzeczone walki, a wojna na dobre rozpanoszy się na ziemiach polskich, mieszkańcy Brwinowa żyją zajęci problemami dnia codziennego, jak na przykład oczekiwaniem na narodziny kolejnego dziecka. Otóż pewnej burzowej czerwcowej nocy w domu Stanisława Winnego na świat przychodzą bliźniaczki, czego nikt tak naprawdę się nie spodziewał. Choć stolarz Stanisław ma już dwóch synów i możliwe, że teraz przydałaby się córka, to jednak nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że tym razem dobry Pan Bóg może obdarować Winnych dwiema dziewczynkami o rudych włosach. Niestety, poród jest tak trudny, że żona Stanisława umiera. Nic nie pomagają modlitwy zanoszone do Najwyższego przez całą noc i dzień. Na nic zdają się targi z Bogiem oraz obietnice składane za każdym razem, kiedy bóle porodowe rozrywają ciało Katarzyny niczym średniowieczne narzędzie tortur. Od tego momentu Stanisław Winny i jego dzieci muszą całkowicie zmienić swoje życie, bo przecież teraz będą musieli radzić sobie bez ukochanej Kasi, która była nie tylko wspaniałą żoną, ale przede wszystkim fantastyczną matką. Na szczęście jest Andzia, która nie opuszcza bliźniaczek na krok i robi wszystko, aby ani dzieciom, ani Stanisławowi niczego nie zabrakło. Do domu stolarza wprowadzają się również jego rodzice – Bronisława i Antoni. Bez pomocy seniorów rodu byłoby naprawdę ciężko.

Mija kilka tygodni i wybucha wojna. Po Brwinowie i okolicach panoszą się Rosjanie, którzy bynajmniej nie zachowują się jak dżentelmeni. Mordują, rabują i gwałcą, nie mając litości dla nikogo. W dodatku brwinowscy mężczyźni muszą iść na front. Jedni zaciągają się do wojska, zaś inni trafiają tam przez fatalny zbieg okoliczności. Pewnego dnia bez wieści znika jeden z braci Stanisława. Ślad ginie także po ojcu stolarza – Antonim Winnym. Co takiego stało się z obydwoma mężczyznami? Czy zostali zamordowani, czy może zasilili szeregi polskiej armii i teraz walczą gdzieś o niepodległość Polski? Jaka tajemnica kryje się za zagadkowym zniknięciem Romka i jego ojca? W dodatku sam Stanisław też nie ma za bardzo czystego sumienia. Dlaczego? Co takiego zrobił, że teraz bije się z myślami i walczy z wyrzutami sumienia, które czuje wobec swojej matki?

Tymczasem czas płynie, dziewczynki z każdym dniem są coraz większe i coraz bardziej zaczynają rozumieć świat. Bliźniaczki nieco różnią się od siebie wzajemnie pod względem charakteru. Na szczególną uwagę zasługuję przede wszystkim Ania – młodsza z bliźniaczek – która urodziła się jako ta słabsza, dlatego też niektórzy nie dawali jej większych szans na przeżycie. Są zatem tacy, którzy uważają, że fakt, iż żyje graniczy z cudem. Może i Ania nie jest tak towarzyska, jak jej siostra Mania, ale posiada pewien wyjątkowy dar, który w przyszłości okaże się dla niej albo błogosławieństwem, albo wręcz przekleństwem, w zależności od tego, jakiej sytuacji będzie dotyczył. Z drugiej strony jednak zamknięta w sobie dziewczynka budzi w ludziach sympatię i są tacy, którzy bardzo cenią sobie jej towarzystwo. Ania jest bowiem intelektualnie rozwinięta ponad swój wiek, co sprawia, że lgną do niej osoby starsze, jak na przykład Stanisław Wilhelm Lilpop (1863-1930), który w historii zapisał się głównie jako jeden z założycieli Podkowy Leśnej. Wraz z nim Podkowę Leśną założyli także Tadeusz Baniewicz (1879-1974) i Janusz Regulski (1883-1983). Stanisław Lilpop pochodził z rodziny przemysłowców. Jego pradziad rozkręcił w Warszawie firmę zegarmistrzowską, natomiast ojciec uchodził za jednego z najbogatszych polskich przedsiębiorców. Był również znanym mecenasem kultury i kolekcjonerem dzieł sztuki. Z kolei Stanisław Wilhelm był absolwentem Wydziału Handlowego Politechniki Ryskiej. Po ojcu odziedziczył znaczny majątek oraz udziały w fabrykach produkujących maszyny. Otrzymał również udziały w cukrowniach.


Stanisław Wilhelm Lilpop 
Autoportret z 1909 roku.


W roku 1909 Stanisław Lilpop sprzedał większość ziemskiego majątku w Brwinowie, a pieniądze, które z tego tytułu nabył pozwoliły mu na wyprawę do Kenii w 1910 roku. Z wyprawy przywiózł liczne trofea, literacki opis podróży oraz kolekcję wspaniałych fotografii na szklanych płytach. Ponieważ jego pasją była także fotografia, był autorem oryginalnej serii zdjęć, na których uwieńczone zostały wykopaliska archeologiczne znajdujące się w rejonie Morza Śródziemnego oraz powódź, która dotknęła Paryż w 1907 roku. W 1925 roku tereny obecnej Podkowy Leśnej Stanisław Lilpop oddał do komisowej sprzedaży spółce Miasto-Ogród Podkowa Leśna. Po jakimś czasie zmieniono warunki umowy i wówczas przedsiębiorca otrzymał czterdzieści procent udziałów. Jeszcze w 1922 roku Stanisław Lilpop wydzielił z dóbr podkowiańskich trzydzieści pięć hektarów i przeznaczył je na rodzinną siedzibę, czyli późniejsze Stawisko. Do swojej córki Anny (1897-1979) i zięcia Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980) mówił wtedy: „Daję wam tylko trzydzieści pięć hektarów […] abyście nigdy nie mieli kłopotów z reformą rolną.”

Wracając jednak do rodziny Winnych, trzeba przyznać, że aż do wybuchu drugiej wojny światowej (na tym wydarzeniu kończy się pierwszy tom trylogii) dotyka ją szereg tragicznych doświadczeń. Szybko okazuje się bowiem, że śmierć Katarzyny była jedynie początkiem pasma dramatów, które w miarę upływu lat stały się udziałem poszczególnych członków rodu. Czytając odniosłam wrażenie, że wydarzenia te opisane są w sposób nieco chaotyczny. Z jednej strony Autorka informuje czytelnika, w którym roku to czy inne wydarzenie ma miejsce, lecz z drugiej zbyt dużo uwagi poświęca przeszłości, co w pewnym momencie może sprawić, że czytelnik straci orientację i nie będzie już wiedział, kiedy faktycznie dany fakt nastąpił. Albo znów znacznie wyprzedza akcję i nakreśla wydarzenia, które na tym etapie nie mają nic wspólnego z fabułą. Wygląda to tak, jakbyśmy czytali tę opowieść z punktu widzenia współczesnego wszystkowiedzącego narratora, który zna już losy każdego z bohaterów, aż do dnia ich śmierci. W ten sposób czytelnik nie jest w stanie uczestniczyć w życiu Winnych na bieżąco i chronologicznie poznawać poszczególne etapy ich życia, choć sugeruje to rok podany na początku każdego rozdziału.  

Na pewno na pochwałę zasługuje to, iż Ałbena Grabowska nie zapomniała o znanych osobach, które w tamtych latach związane były z Brwinowem, jak wspomniani wyżej Stanisław Lilpop, Jarosław Iwaszkiewicz i jego żona. Co ważne, Stawisko jest tutaj bardzo wyraźnie wyeksponowane, dzięki czemu czytelnik mógłby oczami wyobraźni ujrzeć spotkania ludzi związanych z kulturą, którzy odwiedzali Jarosława Iwaszkiewicza w latach 30. XX wieku i potem w okresie okupacji hitlerowskiej. Choć akcja pierwszego tomu obejmuje dwudziestolecie międzywojenne, to jednak nie ma nawet wzmianki o Karolu Szymanowskim (1882-1937), Antonim Słonimskim (1895-1976), Julianie Tuwimie (1894-1953) czy Janie Lechoniu (1899-1956). Na szczęście fakt ten ulegnie zmianie i po wybuchu drugiej wojny światowej spotkamy na kartach powieści poetów, którzy w willi Iwaszkiewiczów prezentowali swoje wiersze.  Lecz o tym będzie mowa dopiero w kolejnym tomie. Jeśli chodzi o Jarosława Iwaszkiewicza to cieszę się, że pisarz jest wykreowany niezwykle autentycznie. Ałbena Grabowska pomyślała o wszystkim. Nie ukryła nawet jego podwójnego życia. Iwaszkiewiczowie i Stanisław Lilpop to osoby, które pojawiają się w powieści bardzo często z uwagi na fakt, iż za życia związane były w Brwinowem. Podoba mi się również to, że Ałbena Grabowska tak pokierowała fabułą, iż w pewnym momencie wspomina o Januszu Korczaku (1878-1942) i Marii Grzegorzewskiej (1888-1967).


Willa Iwaszkiewiczów w Stawisku, w której znajduje się muzeum


Przy książce na pewno nie można się nudzić, ponieważ akcja płynie dość szybko, zważywszy, że obejmuje ponad dwadzieścia lat. Podobnie jak postacie historyczne, bohaterowie fikcyjni też są bardzo wyraziści. Można spotkać wśród nich zarówno tych, którzy budzą sympatię już na samym początku, jak i tych, których nie da się polubić, choćby nawet czytelnik bardzo się starał. Mam oczywiście na myśli wszystkie postacie, nie tylko te z pierwszego planu. I trzeba przyznać, że to właśnie kreacja bohaterów stanowi mocną stronę tej powieści. Każda postać czegoś doświadcza. Wszyscy walczą ze swoimi wewnętrznymi demonami. Nawet bliźniaczki nie są do końca uczciwe wobec siebie nawzajem. Bardzo doceniam też wplecenie do fabuły powieści historii pałacu rodziny Wierusz-Kowalskich.

Generalnie powieść nie prezentuje się źle. Jednakże mimo wszystko czegoś mi w niej brakuje. Przede wszystkim zupełnie nie poczułam klimatu charakterystycznego dla okresu międzywojennego. Źródła historyczne podają, że w Brwinowie w latach międzywojnia mieszkała spora społeczność pochodzenia żydowskiego. Aż kilkadziesiąt rodzin zajmowało się handlem i prowadziło także jatki (kramy). W Brwinowie nie brak było również inteligencji żydowskiej. We wsi funkcjonowała prywatna bożnica. Niestety, Holokaust zdziesiątkował tę grupę społeczną i tylko nielicznym brwinowskim Żydom udało się ujść z życiem z okupacji hitlerowskiej. Tych informacji oczywiście w książce czytelnik nie znajdzie. A szkoda, ponieważ chętnie przeczytałabym o tym, jak Bronia Winna w towarzystwie swoich wnuczek robi sprawunki u żydowskiego kupca na brwinowskim targu, a jedna z bliźniaczek – na przykład Ania – wdaje się w inteligentną dyskusję z Żydem, używając swojego daru. Autorka skupia się bowiem jedynie na członkach rodziny Winnych i ich relacjach z osobami, które akurat staną im na drodze. Ktoś powie, że nie mam racji, bo przecież ta trylogia jest właśnie o nich. Owszem, tylko trzeba pamiętać, że Winni funkcjonują w jakimś konkretnym społeczeństwie, zaś tłem tego funkcjonowania jest obraz całego Brwinowa, a nie jedynie określone miejsca związane tylko i wyłącznie z głównymi bohaterami.

Skoro wspomniałam już o okupacji hitlerowskiej, to niesamowicie zaskoczyło mnie, kiedy przeczytałam, iż już w pierwszym dniu wojny Niemcy dokonywali ulicznych egzekucji i wywlekali ludzi z domów, aby ich zamordować. Nawet w Warszawie pierwsze uliczne egzekucje miały miejsce dopiero od października 1939 roku, natomiast na skalę masową Niemcy mordowali w ten sposób w latach 1943-1944, kiedy kontrolę nad dystryktem warszawskim objął SS-Brigadeführer Franz Kutschera (1904-1944). Kalendarium drugiej wojny światowej informuje nas, że w dniu 1 września 1939 roku hitlerowcy byli zajęci przede wszystkim atakiem na Westerplatte w Gdańsku, zaś atak ten miał miejsce głównie z powietrza. Hitlerowscy okupanci bombardowali wówczas również takie miasta, jak: Gdynia, Hel, Puck, Tczew, Kraków, Częstochowa oraz południową Wielkopolskę i Górny Śląsk, a także Warszawę. Jeśli chodzi o publiczne egzekucje ludności cywilnej na samym początku wojny, to oczywiście w czasie kampanii wrześniowej miały one miejsce, czego przykładem jest tak zwany krwawy poniedziałek w Częstochowie, kiedy żołnierze Wermachtu za niewinność rozstrzelali na ulicach miasta od trzystu do pięciuset osób. Było to w dniu 4 września 1939 roku. O ile mi wiadomo, Brwinów został zaatakowany niemal dwa tygodnie później, kiedy to rozegrała się pamiętna bitwa pod Brwinowem 12 września 1939 roku, którą rozpoczął atak Niemców na miejscową stację kolejową. Dzięki tym walkom został opóźniony marsz hitlerowców na Warszawę. Odnoszę wrażenie, że scena z datą 1 września 1939 roku została wprowadzona przez Ałbenę Grabowską tylko po to, aby nadać fabule jeszcze więcej dramatyzmu, zaś nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi.  

Przyznam, że mam mieszane uczucia względem pierwszego tomu Stulecia Winnych. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy powieść jest dobra, czy zła. Niemniej sądziłam, że nie bez powodu książka zyskała tak wiele pozytywnych opinii, a tu okazuje się, że jej poziom nie jest aż tak wysoki, jak sugeruje to większość czytelników. Choć pomysł na fabułę jest wręcz doskonały, to jednak wykonanie już nie do końca. Książka w wielu miejscach jest niedopracowana. I choć losy bohaterów z każdą stroną mogą wciągać coraz bardziej, to jednak tło historyczne nie we wszystkich aspektach jest poprawnie nakreślone. Zupełnie nie czuje się klimatu okresu, w którym rozgrywa się akcja powieści. Nie przypadł mi również do gustu styl prowadzenia narracji. W dodatku mamy też do czynienia z poważnymi zaniedbaniami w kwestii korekty tekstu. Odnoszę wrażenie, że całkowicie zbagatelizowano stronę techniczną powieści, licząc na to, że albo czytelnik nie zauważy błędów, albo fabuła okaże się tak interesująca, że dzięki niej książka sama się obroni.








czwartek, 4 sierpnia 2016

Bronisław Heyduk – „Legendy i opowieści o Krakowie”













Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1980
Zdjęcia: Daniel Zawadzki





Archeologiczne wykopaliska dowodzą, iż Wawelskie Wzgórze zaludnione było już w epoce kamiennej. Kopce Wandy i Krakusa – legendarnych władców osady, którą zamieszkiwało słowiańskie plemię Wiślan – pochodzą prawdopodobnie z około VII wieku. Pierwszą udokumentowaną wzmiankę o Krakowie można znaleźć w aktach kupca Ibrahima ibn Jakuba (ok. 913-po 966) datowanych na 965 rok. Wspomniany jest w nich bogaty gród położony na skrzyżowaniu szlaków handlowych z otaczającymi je lasami. W okresie poprzedzającym panowanie dynastii Piastów pojawiają się dwie ważne daty mające związek z historią miasta. Otóż pomiędzy rokiem 876 a 879 Wielki Książę Świętopełk I Morawski (840-894) zdobył przyszłą Małopolskę, natomiast po roku 955 brat Wacława I Świętego (907-935) – książę Bolesław I Srogi (?-972) z dynastii Przemyślidów – wprowadził na te tereny panowanie czeskie. W X wieku Kraków został włączony do państwa polskiego, chociaż trudno jest zweryfikować czy wydarzenie to miało miejsce w 990 roku za panowania Mieszka I (pomiędzy 922 a 945-992), czy może w 999 roku podczas rządów Bolesława I Chrobrego (967-1025). Za wiarygodne można uznać natomiast pewne fakty i daty pojawiające się w źródłach historycznych po 1000 roku.

Zamek oraz gmina, które istniały wówczas na Wawelu, zostały wzbogacone ostrokołem i murami z ubijanej ziemi. W X i XI wieku powstały pierwsze budowle murowane (zamek i kościoły romańskie), katedra, bazylika, a także kościół pod wezwaniem świętych męczenników Feliksa i Adaukta, którzy byli ofiarami prześladowań chrześcijan za panowania cesarza rzymskiego Dioklecjana (ok. 244-ok. 316) oraz cesarza Maksymiana (ok. 250-310). Obydwaj męczennicy najprawdopodobniej zostali zamordowani w Rzymie pomiędzy 287 a 303 rokiem. Z kolei w 1000 roku utworzono krakowskie biskupstwo. W 1150 roku przy kościele zamkowym założono szkołę katedralną, która przed powołaniem do życia uniwersytetu była najlepszą placówką edukacyjną. Regalia (korona i berło Bolesława Chrobrego) były przechowywane w skarbcu katedralnym. Szkoła posiadała również bogatą bibliotekę złożoną z dwudziestu ośmiu książek, wśród których była literatura klasyczna wraz z dziełami o tematyce religijnej, jak również komedie Terence’a (ok. 185-159 p.n.e.), elegie Owidiusza (45 p.n.e.-ok. 18 n.e.) oraz monografie historyczne Salustiusza (86-34 p.n.e.). W 1142 roku biskup Robert II (?-1143) konsekrował „drugą” Katedrę Wawelską, która została zbudowana w celu zastąpienia kościoła romańskiego. Z kościoła na Skałce do nowej katedry uroczyście przeniesiono wówczas ciało świętego Stanisława (ok. 1030-1079) oraz relikwie świętego Floriana (?-304).

Legendarny Krak
Według podań był on władcą Polaków
i założycielem Krakowa.

autor: Walery Eljasz-Radzikowski (1840-1905)
Feudalny podział Polski i ciągłe walki pomiędzy książętami regionalnymi nie przerwały jednak gwałtownego rozwoju miasta. W 1138 roku krakowski zamek stał się najważniejszą oficjalną siedzibą władcy i do pewnego stopnia miasto uznawane było za stolicę Polski zgodnie z ostatnią wolą Bolesława III Krzywoustego (1086-1138). Budynki zniszczone podczas najazdu Tatarów w 1241 roku zostały zastąpione nowymi, które zbudowano w stylu gotyckim. Zgodnie z prawem magdeburskim położenie miasta sprawiło, że w 1257 roku nadano mu nowy układ z centralnie zlokalizowanym rynkiem. W XIII wieku Kraków wyposażono w nowy system fortyfikacji, czyli mury obronne, wieże i umocnione bramy miasta. System ten był stopniowo zmieniany poprzez dodawanie nowych elementów oraz unowocześniany w ciągu najbliższych kilku stuleci. 

Dzień 20 stycznia 1320 roku to data pierwszej koronacji, która odbyła się właśnie w Krakowie, a koronę polską z rąk arcybiskupa gnieźnieńskiego Janisława (?-1341) przyjął Władysław I Łokietek (ok. 1261-1333). Następne miały miejsce w kolejnych pięciu wiekach. Katedra stała się również miejscem królewskich pochówków. Panowanie Kazimierza III Wielkiego (1310-1370), który uchodził za mecenasa sztuki i nauki, okazało się okresem mającym ogromne znaczenie dla miasta. Król założył też dwa nowe miasta – Kazimierz i Kleparz – które były ściśle związane z Krakowem. Wtedy również zbudowano dwa gotyckie kościoły: franciszkanów i dominikanów. Wybudowano także Kościół Mariacki, zaś na Kazimierzu wzniesiono kościoły Bożego Ciała oraz świętej Katarzyny Aleksandryjskiej. Kontynuowano również renowację katedry na Wawelu, sukiennic, ratusza oraz innych budynków użyteczności publicznej. W 1364 roku Kazimierz Wielki założył Akademię Krakowską, która stała się początkiem późniejszego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Z kolei spod ręki Wita Stwosza (1448-1533) wyszła rzeźba na sarkofagu króla Kazimierza IV Jagiellończyka (1427-1492) znajdującym się w Katedrze Wawelskiej. W 1386 roku na króla Polski został koronowany Wielki Książę Litwy Władysław II Jagiełło (pomiędzy 1352 a 1362-1434) i dał początek nowej potężnej polskiej dynastii, która panowała w naszym kraju ponad dwieście lat. Kraków stał się stolicą monarchii roztaczającej swoje rządy nad polskimi terytoriami, jak również na rozległych obszarach litewsko-ruskich. Królewski dwór odgrywał ważną rolę we wspieraniu życia artystycznego i kulturalnego. Wybitni humaniści, naukowcy oraz artyści przybywali tu z Włoch, Niemiec i innych krajów. Słynny rzeźbiarz Wit Stwosz pochodzący z Norymbergii przybył do Krakowa w 1477 roku, aby wyrzeźbić ogromny ołtarz w Kościele Mariackim, a zrobił to na prośbę mieszkańców. Po dalszej przebudowie pomiędzy rokiem 1499 a 1536, Wawel był już perłą architektury renesansowej, zaś chlubą stała się Kaplica Zygmuntowska – najpiękniejsze mauzoleum w Polsce. Zamek został też ozdobiony kolekcją arrasów zamówionych z Flandrii. Tak więc z dumą pełnił rolę królewskiej siedziby potężnego kraju i doskonale wpasowywał się w modę swojej epoki. Z kolei z XIII wieku pochodzi pieczęć, na której widać drugą Katedrę Wawelską wybudowaną w stylu romańskim, którą ufundował jeszcze Władysław I Herman (ok. 1043-1102). Pod koniec XVI wieku stolicą Polski została Warszawa. Kraków stracił wtedy na znaczeniu, choć nadal pełnił rolę oficjalnej siedziby przeznaczonej do królewskich koronacji i pochówków.


Panorama Wawelu pod koniec XVI wieku
autorzy: Georg Braun (1542-1622) & Frans Hogenberg (1535-1590)


W XVII wieku husaria była słynną polską kawalerią zaliczaną do autoramentu narodowego. W 1683 roku wojsko pod dowództwem Jana III Sobieskiego (1629-1696) uczestniczyło w odsieczy Wiednia, który był oblegany przez Turków. W połowie XVII wieku czarna śmierć zdziesiątkowała ludność Krakowa. Liczbę zmarłych szacuje się na ponad dwadzieścia tysięcy. Potem szwedzkie wojska zniszczyły i splądrowały Kazimierz i Kleparz, a także przedmieścia i Stare Miasto. Kraków stał się wówczas prowincjonalnym ośrodkiem drobnego handlu i rzemiosła. W tym czasie jedynie Kościół pozostał mecenasem sztuki. Zniszczone kościelne budynki oraz klasztory odbudowano, lecz już w nowym stylu barokowym. Największymi osiągnięciami architektonicznymi w tamtym okresie były kościół pod wezwaniem świętej Anny zaprojektowany przez Tylmana z Gameren (1632-1706) oraz sztukaterie będące dziełem Baltazara Fontany (1661-1733).

W 1702 roku Kraków został ponownie zajęty i zniszczony przez wojska szwedzkie, zaś Wawel uległ spaleniu. Następnie miały miejsce inwazje armii pruskiej i rosyjskiej, co także zakończyło się ogromem zniszczeń. W związku z pierwszym rozbiorem Polski w 1772 roku, południowa część Małopolski została zajęta przez wojska austriackie. W dniu 24 marca 1794 roku rozpoczęło się w Krakowie Powstanie Kościuszkowskie. Potem po klęsce Napoleona I Bonapartego (1769-1821) miasto tymczasowo włączone do Księstwa Warszawskiego otrzymało status „wolnego miasta”. Następnie Kraków znów zaczął się gwałtownie rozwijać. W miejsce rozebranych miejskich murów zostały utworzone Planty (zielony pierścień ziemi otaczający Stare Miasto). Z kolei na obrzeżach miasta zaczęto tworzyć nowe dzielnice. Po klęsce Powstania Listopadowego w 1831 roku, Kraków zachował swoją autonomię jako jedyna nienaruszona część Polski. W 1846 roku miasto ponownie zostało wchłonięte przez monarchię austriacką. Pomimo że kontrolę sprawowali tam Austriacy, to jednak miasto mogło cieszyć się pewną swobodą. W tym czasie Kraków stał się symbolem i centrum polskich tradycji, a także duchową stolicą dla wszystkich części podzielonej Polski. Dynamiczny rozwój charakteryzował również placówki naukowe i kulturalne. Towarzystwo Naukowe Krakowskie stało się początkiem Akademii Nauk. Z kolei w 1818 roku powstała Akademia Sztuk Pięknych, zaś w 1854 roku do życia powołano Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych.


Przysięga Tadeusza Kościuszki (1746-1817) na rynku w Krakowie
Obraz pochodzi z 1797 roku.
autor: Franciszek Smuglewicz (1745-1807)


Zbliżająca się wojna przeciwko Rosji sprawiła, że na sile przybrały ruchy niepodległościowe. W Krakowie mogły działać legalnie niemalże wszystkie partie polityczne, zaś w 1910 roku zostało założone paramilitarne stowarzyszenie Strzelec. W dniu 6 czerwca 1914 roku Pierwsza Kompania „Strzelców” pod dowództwem Józefa Piłsudskiego (1867-1935) wyruszyła z ulicy Oleandry w Krakowie. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, Kraków stał się ważnym ośrodkiem administracyjnym i kulturalnym. Gwałtownie zaczął rozwijać się przemysł. Pomimo że druga wojna światowa nie unicestwiła krakowskich zabytków, to jednak zniszczyła miasto w inny sposób. W dniu 6 listopada 1939 roku profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz najwybitniejsi przedstawiciele intelektualnej elity miasta zostali aresztowani i wywiezieni do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Po wojnie Kraków stracił swoją uprzywilejowaną pozycję. Komunistyczne władze chciały, aby kręgi intelektualne zostały zdominowane przez klasę robotniczą. Cel ten miał być osiągnięty przez masę robotników budowlanych, których za wszelką cenę przyciągano do Krakowa. Obecnie Kraków to miasto artystów i naukowców, którzy malują obraz Krakowa liczącego ponad osiemset tysięcy mieszkańców. 

Jak widać z powyższego historia Krakowa jest niezwykle bogata i wiąże się przede wszystkim z monarchami, którzy przez wieki sprawowali władzę w Polsce. W tej sytuacji nie może zabraknąć rozmaitych legend, baśni i przekazów związanych z miastem i podawanych z ust do ust lub zapisywanych w różnego rodzaju dokumentach na przestrzeni minionych stuleci. Dawno, dawno temu opowieści – niekiedy bardzo mroczne i budzące strach – były czymś zupełnie naturalnym w prawie każdym polskim domu. Wieczorami seniorzy rodu zasiadali na honorowym miejscu w otoczeniu rodziny i snuli wszelkiego rodzaju legendy i baśnie, których z ogromnym zainteresowaniem słuchały nie tylko dzieci, ale również ich rodzice. Dziadek czy babcia byli osobami, na których opowieści czekało się niecierpliwie przez cały dzień. Gawędzili tak wiarygodnie, że nie sposób było nie uwierzyć, iż to, o czym opowiadają nie wydarzyło się naprawdę.


Michał Stachowicz –  wybitny krakowski malarz
Szkic pochodzi z 1860 roku.
autor: Wojciech Gerson (1831-1901) na podstawie autoportretu Stachowicza


Legendy i opowieści o Krakowie po raz pierwszy ukazały się na rynku wydawniczym w 1967 roku, natomiast inspiracją do ich spisania stały się dla Bronisława Heyduka (1909-1984) opowieści snute przez jego babcię. Autor książki był nie tylko pisarzem, lecz również malarzem obrazów o tematyce przyrodniczej. Spod jego pióra wyszedł cykl powieści historycznych przedstawiających dzieje Polski w XVII i XVIII wieku. Bronisław Heyduk był absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zaś na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył historię i historię sztuki. Zadebiutował w 1928 roku artykułem publicystycznym zamieszczonym na łamach Ilustrowanego Kuriera Codziennego.  

Na kartach Legend i opowieści o Krakowie czytelnik spotyka szereg ciekawych postaci historycznych z Bolesławem I Chrobrym i Władysławem I Łokietkiem na czele. Jedna z owych legend głosi bowiem, że każdego roku w Noc Wigilijną w podziemiach Wawelu zbierają się wszyscy pochowani tam królowie i książęta, którzy pod przywództwem Bolesława Chrobrego rozprawiają o losach Polski. Jest także rzecz o budowie Kościoła Mariackiego czy słynnej uczcie u kupca Mikołaja Wierzynka młodszego (?-1368). Nie brak także legend mrocznych z bohaterami, którzy w dramatycznych okolicznościach lub podstępem stracili życie, co sprawiło, że ich dusze przez długi czas nie mogły zaznać spokoju i tułały się po Krakowie w nadziei, że w końcu odnajdą upragniony wieczny spokój. Bardzo ciekawa jest także legenda, której głównymi bohaterami są Anna Jagiellonka (1523-1596) i jej królewski małżonek Stefan Batory (1533-1586). Autor nie zapomniał również o Janie III Sobieskim czy też najbardziej znanym – z punktu widzenia Bronisława Heyduka – krakowskim malarzu Michale Stachowiczu (1768-1825). Jeśli natomiast ktoś pragnie dowiedzieć się, dlaczego krakowskie gołębie są tak bardzo hołubione, to oczywiście musi zajrzeć do książki, gdzie znajdzie odpowiedź na to pytanie. Tych legend jest naprawdę sporo i każda z nich wnosi do książki coś wartościowego. Zapewne nie są to wszystkie opowieści o Krakowie, ale przecież historia miasta jest tak bogata, że nie sposób w jednej publikacji zamieścić wszystkich podań na temat miasta.


Uczta u Mikołaja Wierzynka młodszego 
Obraz pochodzi z 1876 roku.
autor: Bronisław Abramowicz (1837-1912)


Jestem przekonana, że większość starszych czytelników związanych z Krakowem lub interesujących się tym wyjątkowym miastem doskonale zna tę publikację, więc nie trzeba jej specjalnie przybliżać. Natomiast dla osób, które jeszcze się z nią nie spotkały, może to być bardzo ciekawa lektura poniekąd uzupełniająca wiadomości o dawnej stolicy Polski. Oczywiście tekstów tych nie należy traktować w kontekście prawdy historycznej, ponieważ wszelkie legendy mają to do siebie, że ich treść z pokolenia na pokolenie ulega modyfikacjom, a przecież ilu bajarzy, tyle wersji tego samego wydarzenia. Jak widać książka ma już swoje lata, więc obecnie można ją dostać chyba tylko w bibliotekach albo antykwariatach. Dodatkowo Legendy i opowieści o Krakowie uzupełnione są licznymi czarno-białymi fotografiami, które znacząco podnoszą walor publikacji. 









poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Sławomir Koper – „Miłość w Powstaniu Warszawskim”















Wydawnictwo: CZARNE I CZERWONE
Warszawa 2013






Atmosfera w Warszawie tuż przed 1 sierpnia 1944 roku, czyli przed wybuchem Powstania Warszawskiego, została ukształtowana w ciągu długich pięciu lat hitlerowskiej okupacji. To były straszne i okrutne lata. Nic nie było w stanie przygotować Polaków na takie bestialstwo ze strony drugiego człowieka. Pomimo że naród polski już wcześniej doświadczył niemieckiej okupacji, a było to w latach 1915-1918, to jednak w tamtych czasach Niemcy byli łagodniejsi w swoich działaniach. Na przykład pozwolili na swego rodzaju niezależność, jeśli chodzi o lokalną administrację. Nie spodziewano się zatem aż tak wielkiego terroru, który zagnieździł się w Polsce po niemieckiej inwazji dokonanej 1 września 1939 roku. Już pierwsze hitlerowskie obwieszczenia pojawiające się na słupach na ulicach Warszawy jesienią 1939 roku sprawiły, że ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, iż sytuacja jest naprawdę poważna, a wręcz przerażająca. W listopadzie niemiecki sąd wojskowy skazał na śmierć dwie kobiety za jakieś drobne przewinienia. Obydwie zostały rozstrzelane. Tak więc dla warszawiaków wprowadzenie tego rodzaju terroru już w pierwszych tygodniach okupacji było i zaskakujące, i przerażające.

Kilka tygodni po tamtym wydarzeniu doszło do brutalnej egzekucji w Wawrze, gdzie hitlerowcy zamordowali sto siedem osób. Obecnie Wawer stanowi dzielnicę Warszawy, lecz w tamtym czasie był obszarem autonomicznym. Tej bestialskiej egzekucji dokonano po tym, jak dwaj Polacy zastrzelili dwóch niemieckich podoficerów. Wszyscy doskonale wiedzieli kim byli owi Polacy, których Niemcy mogli przecież od razu aresztować. Niemniej, niemiecka policja wywlokła sto dwadzieścia osób z ich mieszkań i pod gołym niebem zorganizowała sąd kapturowy, a następnie wszystkich rozstrzelała. W tym nieszczęściu okazało się jednak, że trzynaście osób przeżyło. Wtedy też uświadomiono sobie, że tym razem niemiecki okupant jest zupełnie inny, niż ten, którego znano wcześniej. Ludzie zaczęli także zdawać sobie sprawę z tego, że właśnie mają do czynienia z rzeczywistością, która przekracza ich najśmielsze wyobrażenia.
                                                                                   
Warszawiacy napełniają worki piaskiem
na ulicy Moniuszki

(sierpień 1944)
Potem przez całą okupację systematycznie powtarzały się okrutne incydenty, jak na przykład masowe egzekucje polskich intelektualistów i działaczy politycznych. Celem tych przerażających działań było sterroryzowanie Polaków. Niemcy dokonywali morderstw za budynkiem Sejmu, w warszawskich ogrodach czy w Palmirach na obrzeżach Warszawy. W ten makabryczny sposób pozbywano się setek ludzi. Na ulicach Warszawy stracono około czterech i pół tysiąca osób. Dlatego też młodzi ludzie zaczęli organizować ruch oporu. Głęboko w świadomości mieli bowiem zakorzenione pragnienie zemsty. Tak więc latem 1944 roku mieli już przygotowaną akcję zbrojną, którą planowali przez dość długi czas. Niektórzy z tych młodych ludzi przechodzili szkolenie wojskowe przez około trzy lata. Wiedzieli zatem, że chwila, kiedy będą mogli wziąć odwet na hitlerowskich oprawcach jest już blisko.

Niemniej już od samego początku młodzi ludzie napotykali szereg bardzo nieprzyjemnych niespodzianek. Z drugiej strony jednak, kiedy zbierali się w jakimś miejscu, aby odebrać akcesoria potrzebne do walki, ich entuzjazm sięgał zenitu. Dostawali na przykład biało-czerwone opaski z numerem plutonu, do którego należeli. Lecz gdy przyszła kolej na odebranie broni okazywało się, że nie ma jej wystarczająco dużo i wystarczy tylko dla co czwartego żołnierza. Reszta dozbrajała się granatami. Dwa dni przed wybuchem Powstania pojawiła się kolejna przeszkoda. Otóż na obrzeżach warszawskiej Woli, w Pruszkowie i Piastowie zaczęły formować się niemieckie dywizje celem wzmocnienia frontu na Wiśle. Do tego momentu sowiecka ofensywa była kontynuowana bez większego oporu ze strony niemieckiej. W związku z tym wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby Sowieci przerywali dalszy marsz na Zachód. Lecz hitlerowcy postanowili bronić Warszawy. Stoczono więc kilka bitew, co ugruntowało i wzmocniło pozycję niemiecką na froncie. W dniu 27 lipca sowieckie wojsko pancerne otrzymało rozkaz skierowania się na zachód i zdobycia Pragi (centralna część prawobrzeżnej Warszawy leżąca na wschód od Wisły). Była to jedna z najlepszych sowieckich formacji. Niemniej, z powodu niemieckich wzmocnień, Sowieci napotkali sztywny opór w Radzyminie na obrzeżach Warszawy. Jednocześnie dowództwo polskiej armii oparło swoje plany dotyczące Powstania na założeniu, że Sowieci dotrą jednak do linii Wisły, a nawet przejdą przez most. Jednakże w dniu 31 lipca, czyli tego samego dnia, kiedy podjęto decyzję o wybuchu Powstania, Sowieci zrozumieli, że przegrali bitwę. Kazano im zatem przejść do obrony i wycofać się na wschód.  A zatem Powstańcy byli skazani na walkę w osamotnieniu.

Powstanie Warszawskie to jednak nie tylko grad kul świszczących nad głowami, zabici i ranni, którymi należało natychmiast się zająć, czy też niemieckie bomby spadające na miasto. Powstanie Warszawskie to także miłość i bliskość drugiego człowieka, które każdego dnia dodawały sił do walki. Trzeba pamiętać, że w tej krwawej bitwie o Warszawę uczestniczyli przeważnie ludzie młodzi, a czasami nawet dzieci. Oni wszyscy mieli swoje plany, marzenia i – jakbyśmy dziś powiedzieli w warunkach pokoju – całe życie przed sobą. W sierpniu 1944 roku każdy z tych młodych ludzi liczył się z tym, że może nie dożyć kolejnego dnia. Dlatego też w tak dramatycznych chwilach wielu z nich decydowało się na powstańcze śluby, które odbywały się w warunkach, jakich dziś nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić. Nikt wówczas nie zadawał pytania czy decyzja o małżeństwie jest dobra, czy zła albo wręcz szalona. To był impuls, bo przecież wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie wiadomo, jaka przyszłość ich czeka. Czy przeżyją? Czy wrócą kiedyś do swoich domów, rodzin? Najważniejsze w tym wszystkim było jednak to, że zakochanym Powstańcom bardzo zależało na tym, aby umrzeć jako mąż i żona. Nieważny był wiek. Często na ślubnym kobiercu stawały bardzo młode osoby, które nauczyły się odpowiedzialności i dojrzałości na skutek realiów, w jakich przyszło im żyć w ostatnich latach. Zdarzało się, że wielkie uczucie wybuchało nagle, ale były i takie pary, które miłość połączyła jeszcze przed wybuchem Powstania.


Ochotnicy składają przysięgę na Powiślu


Książka Miłość w Powstaniu Warszawskim poniekąd zmienia spojrzenie na najtragiczniejsze chwile w dziejach historii Polski, a może nawet i świata. Generalnie Powstanie Warszawskie kojarzy się z cierpieniem nie tylko samych Powstańców, ale także ludności cywilnej. Nie zapominajmy bowiem, że Niemcy w ramach odwetu dokonywali masowych i zbiorowych egzekucji na ludności cywilnej, mordując wszystkich bez wyjątku. Te sześćdziesiąt trzy dni heroicznej walki to nie tylko niewyobrażalna obrona każdej warszawskiej uliczki, domu, skweru czy kamienicy. Powstanie Warszawskie to nie tylko zbrodnie nazistów, znienawidzone swastyki, walka w osamotnieniu z powodu zdrady Sowietów czy zniszczona do ostatniego kamienia stolica, która pochowała około dwustu tysięcy ludzi. To też codzienne życie naznaczone zwykłymi problemami i radościami. Przecież na ulicach walczącej Warszawy krzyżowały się losy różnych ludzi, również tych, którzy wcześniej nie mieli pojęcia o swoim istnieniu. Może wydawać się to dziwne, ale zdarzały się też sytuacje śmieszne, zaś Powstańcom – pomimo bólu i cierpienia – nie brakowało humoru. Możliwe, że właśnie dzięki temu nie zwariowali. Jak zatem można kochać w czasie apokalipsy?

Historycy podają, że podczas Powstania Warszawskiego zawarto dwieście pięćdziesiąt sześć ślubów. Zapewne dziś większość z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak można było myśleć o małżeństwie, kiedy w tym samym czasie miasto równane było z ziemią. Spadały tony pocisków, a ogień trawił dosłownie wszystko, co tylko stanęło mu na drodze. W dodatku w stolicy nie było wtedy ani prądu, ani wody, a budynki nie miały ścian czy dachów. Do tego dochodził jeszcze głód i brak leków. Niesłychanie trudna do wyobrażenia i zrozumienia z perspektywy współczesnego człowieka wydaje się także sytuacja, w której ludzie nie myślą o zaspokajaniu swoich codziennych potrzeb, lecz pragną jedynie bliskości drugiego człowieka i świadomości, że gdzieś tam – może nawet po drugiej stronie miasta – jest ktoś, kto kocha i może obdarować miłością. Większość par małżeńskich stanowili Powstańcy, którzy czynnie uczestniczyli w walkach. Z kolei ludności cywilnej znacznie bardziej zależało na tym, aby zachować życie, niż na łączeniu się w małżeństwa.


Najbardziej znany powstańczy ślub w batalionie Kiliński przy ulicy Moniuszki 11.
Ślub odbył się 13 sierpnia 1944 roku w prowizorycznej kaplicy urządzonej w podziemiach kamienicy. W związek małżeński wstąpili wówczas sanitariuszka Alicja Treutler ps. Jarmuż
i plutonowy podchorąży Bolesław Biega ps. Pałąk.
Ślubu udzielił ks. Wiktor Potrzebski ps. Corda (1880-1944). 

fot. Eugeniusz Lokajski ps. Brok (1908-1944)


Śluby zawierano w niezwykłych okolicznościach, ponieważ w szalejącym wokół piekle trudno było myśleć o wyborze właściwego miejsca do ceremonii. Powstańcy podejmowali decyzje o małżeństwie z kilku powodów, lecz najważniejszym było przekonanie, że ślub daje nadzieję. Trzeba pamiętać, że dla ówczesnej młodzieży ślub zawarty w kościele, czy choćby tylko w obecności księdza, stanowił olbrzymią wartość. Był to swego rodzaju powrót do normalnego życia, jakie prowadzono w przedwojennej rzeczywistości. Osoby urodzone w latach 20. XX wieku nazywane były Pokoleniem Kolumbów i miały wpojone bardzo silne przywiązanie do własnej kultury, niezależności, języka ojczystego, religii czy przekonań. Dlatego też podejmowanie decyzji o małżeństwie w czasie powstańczego piekła miało stanowić dla tych młodych ludzi wartość niemalże najwyższą. Współczesnemu człowiekowi niejednokrotnie trudno jest zrozumieć tamte wartości. Dziś niektórzy powiedzieliby zapewne, że wstępujący w związki małżeńskie Powstańcy postępowali pochopnie, a ich decyzje były nieprzemyślane i nieodpowiedzialne. Nic bardziej mylnego.  

Różna była także sceneria zawierania powstańczych małżeństw. Wstępowano w związek małżeński na tle szybko przygotowanego ołtarzyka, w którym znajdował się obraz z wizerunkiem Chrystusa czy Matki Boskiej. Jeśli udało się gdzieś zdobyć świece czy kwiaty, to ozdabiano nimi prowizoryczne ołtarze. Nie było natomiast mowy o jakichkolwiek garniturach czy sukniach ślubnych. Można było ewentualnie czymś je zastąpić. Czasami były to białe fartuchy chirurgiczne wypożyczone ze szpitala. Oczywiście na rękawie obowiązkowo musiała znajdować się opaska powstańcza. Fryzury? Jeżeli ktoś miał szczęście, to mógł poprosić o uczesanie jakiegoś znajomego fryzjera, który podcinał włosy, golił chłopakom zarosty albo na szybko układał dziewczynom włosy w jakieś wymyślne sploty. Goście? Czasami był to cały oddział, a kiedy indziej tylko kilka osób, którym udało się przeżyć ten czy inny nalot bombowy. Przyjęcie weselne? W miarę możliwości przygotowywano skromny poczęstunek. Trzeba pamiętać, że panował głód i Powstańcy zmuszeni byli niekiedy zadowalać się jedzeniem, którego dziś nikt nie wziąłby do ust. Czasami jednak zdarzało się, że był też alkohol, a na stole kiełbasa. Podczas takich ceremonii ksiądz albo ktoś z rodziny czy przyjaciół wygłaszał uroczystą mowę na cześć nowożeńców. Były też życzenia.




Najbardziej znana wojenna miłość: Barbara Drapczyńska & Krzysztof Baczyński



Dla młodych małżonków nie była ważna otoczka ślubna, lecz fakt, że mogą być razem i że właśnie sformalizowali swój związek. Ta miłość była tak wielka, że niektórzy nie wahali się oddać życia za ukochanego czy ukochaną. Pamiętajmy, że wielu z tych, którzy stawali wówczas na ślubnym kobiercu było rannych i czasami ledwo trzymali się na nogach. Dla Niemców taki okaleczony człowiek nie miał żadnej wartości. Chorzy i nienadający się do pracy byli natychmiast rozstrzeliwani. Młodzi kochający się ludzie nie namyślali się długo. To był odruch, impuls albo też przekonanie, że tak trzeba. Dlatego też nierzadko ci zdrowi świadomie decydowali się na śmierć razem z nowo poślubionym mężem czy dopiero co poślubioną żoną. Przysięga […] i że Cię nie opuszczę aż do śmierci […] miała dla tych ludzi zupełnie inny wymiar niż obecnie. Oni nie wiedzieli co to egoizm i dbanie jedynie o własne sprawy. Czasami zdarzało się też, że Niemcy nakrywali taki ślub „na gorącym uczynku” i wtedy wszyscy Powstańcy oraz inne osoby biorące udział w ceremonii automatycznie skazywani byli na śmierć.

W książce Miłość w Powstaniu Warszawskim Sławomir Koper przedstawia tragiczne losy wielu powstańczych par. I choć niektórym udało się przeżyć, to jednak tamto warszawskie piekło już zawsze pozostało w ich pamięci i miało znaczący wpływ na ich dalsze życie. Czasami wspomnienia okazywały się znacznie bardziej traumatyczne, niż przebywanie w ogniu walk na ulicach Warszawy, gdzie pod wpływem adrenaliny i emocji patrzyło się na Powstanie nieco innymi oczami. Nie każdy potrafił poradzić sobie ze swoją traumą. Na kartach książki poznajemy bardziej lub mniej znane pary walczące w Powstaniu Warszawskim. Przy okazji pisania tego typu biografii nie może oczywiście zabraknąć najbardziej wyróżniającego się w wojennej historii małżeństwa Baczyńskich – Krzysztofa (1921-1944) i Barbary (1922-1944). W książce jest także mowa o Janie Nowaku Jeziorańskim (1914-2005) i jego żonie Jadwidze (1917-1999), a także o wielu innych, którzy kochali i byli kochani.

Pomimo że tematyka książki ma na celu wyeksponowanie uczuciowych relacji międzyludzkich na tle walczącej Warszawy, to jednak Autor nie skupia się jedynie na miłości. Sławomir Koper nie zapomina bowiem o faktycznym celu wybuchu Powstania Warszawskiego. Walka o niepodległość wciąż stanowi zasadniczy element tej biografii. Można w niej zatem przeczytać fragmenty wspomnień Powstańców, którzy przeżyli, aby móc przekazywać swoją historię kolejnym pokoleniom. Nie zawsze podane cytaty dotyczą kwestii stricte uczuciowych. Te wspomnienia powinny być dla nas ostrzeżeniem przed popadaniem w konflikty, szczególnie te zbrojne. Idea wojny zawsze była i nadal jest czymś złym, czego należy się wystrzegać za wszelką cenę. Wojny w żadnym razie nie wolno gloryfikować i na jej podstawie uczyć młode pokolenia patriotyzmu! I o tym powinni pamiętać politycy, którzy rządzą tym czy innym krajem. Prawdziwy patriotyzm opiera się na zupełnie innych zasadach, aniżeli nienawiść do obcych i chęć zagarnięcia ich terytorium. Można być bowiem bez reszty oddanym własnej ojczyźnie przy jednoczesnym poszanowaniu odmienności innych.



MAŁA DZIEWCZYNKA Z AK

słowa: Mirosław Jezierski ps. Karnisz (1922-1967)
muzyka: Jan Krzysztof Markowski ps. Krzysztof (1913-1980)


Ta nasza miłość jest najdziwniejsza,
Bo przyszła do nas z grzechotem salw,
Bo nie wołana, a przyszła pierwsza,
Gdy ulicami szedł wielki bal.
Gdy trotuary spływały krwią,
Przez dni szalone, gwiaździste noce,
Była piosenką, uśmiechem, łzą.

          Moja mała dziewczynko z AK,
          Przyznasz chyba, że to wielka była gra,
          Takie różne były końce naszych dróg
          I nie wierzę, bym cię znowu ujrzeć mógł.
          Choć na dworze była jesien, u mnie wiosna,
          I bez trwogi, że dokoła płonął świat,
          Tak na wskroś cię przecież wtedy chciałem poznać,
          Moja mała dziewczynko z AK.

Nadzieją tchnęła, tak jak umiała,
Kryła się z nami we wnękach bram,
W ciasnych ulicach, w mrocznych kanałach
Bo już się wielka kończyła gra.
Kiedy się wszystko dla nas skończyło,
Kiedy ostatni zamilkł Pe-em,
Na barykadzie została miłość
Razem z twym sercem i żalem mym.

          Moja mała dziewczynko z AK,
          Przyznasz chyba, że to wielka była gra
          I tak różne były końce naszych dróg,
          Przecież ujrzeć ciebie już nie będę mógł.
          Dziś na dworze szara jesień, u mnie jesień
          I ta trwoga, choć dokoła spłonął świat,
          Już mi ciebie nic nie wróci, nie przyniesie,
          Moja mała dziewczynko z AK.






(1944; po upadku Powstania Warszawskiego)