wtorek, 22 grudnia 2015

Judith Lennox – „Serce nocy”















Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 2010
Tytuł oryginału: The Heart of the Night
Przekład: Ewa Horodyska





Niegdyś bardzo powszechnym zwyczajem było zatrudnianie dam do towarzystwa. Było to normą szczególnie w arystokratycznych rodzinach. Jeszcze przed drugą wojną światową nieprzychylnie odnoszono się do młodych kobiet, które chciały być samodzielne. Ich niezależność miała objawiać się podejmowaniem pracy i zarabianiem na swoje utrzymanie. Młoda dziewczyna pochodząca z wyższych sfer, która pragnęła podjąć studia lub pracę musiała liczyć się z tym, że wywoła w towarzystwie skandal. Praca zawodowa zarezerwowana była jedynie dla kobiet z nizin społecznych. Dlatego też mężczyźni zatrudniali damy do towarzystwa dla swoich żon, sióstr czy matek, aby nie miały czasu na nudę. Co zatem należało do obowiązków takiej damy do towarzystwa? Otóż musiała ona maksymalnie zapełniać czas swojej „pani”. Z reguły zabierała ją na spacery, czytała jej książki (choć nie wszystkie – głównie były to romanse) lub zabawiała zwykłą rozmową. Taka dama do towarzystwa przeważnie dzieliła dach na głową z rodziną, która ją zatrudniała. Poza tym dostawała też pensję, którą mogła przeznaczać na swoje potrzeby albo wspomagać finansowo własną rodzinę.

Przenieśmy się zatem do Anglii. Jest rok 1936, w którym Wielką Brytanią wstrząsnął skandal obyczajowy. Trzeba jednak wiedzieć, że nie był to byle jaki skandal, bo dotyczył samej rodziny królewskiej. Otóż, w grudniu tegoż roku król Edward VIII Windsor (1894-1972) musiał wreszcie ponieść konsekwencje swojego romansu z niejaką Bessie Wallis Simpson (1896-1986) – kobietą o niechlubnej przeszłości, co automatycznie pozbawiało ją jakichkolwiek szans na to, aby zasiadać na tronie obok króla. Kiedy angielski monarcha ogłosił, iż ma zamiar poślubić swoją kochankę, wówczas parlament nie dość że wyraził oburzenie, to jeszcze nie wydał zgody na tego rodzaju mezalians. Ponieważ Edward VIII Windsor nie wyobrażał sobie życia bez Willis Simpson, podjął decyzję o abdykacji. I tak oto jego następcą został młodszy o rok brat Jerzy VI Windsor (1895-1952). Natomiast Edward już bez przeszkód ożenił się ze swoją wybranką, a było to w dniu 2 maja 1937 roku, zostając jednocześnie trzecim mężem pani Simpson. Po ustąpieniu z tronu, Edward VIII otrzymał tytuł księcia Windsoru, zaś jego małżonkę tytułowano: Jej Łaskawość Wallis, księżna Windsoru lub Jej Królewska Wysokość księżna Windsoru. Temu ostatniemu tytułowi stanowczo sprzeciwiał się aktualny król Jerzy VI Windsor, dlatego też był to tytuł nieoficjalny.

Wielka szkoda, że Judith Lennox nie wspomina w swojej książce o tym wydarzeniu, które dla Wielkiej Brytanii nie było przecież bez znaczenia. Generalnie Autorka mało miejsca poświęca tłu historycznemu, skupiając się przede wszystkim na życiu i emocjach bohaterów. Tak więc, jak już wspomniałam, mamy rok 1936, czyli czas, w którym wielkimi krokami zbliża się druga wojna światowa. Oczywiście ludzie z zainteresowaniem obserwują, co dzieje się w Trzeciej Rzeszy, gdzie u władzy jest partia nazistowska z Adolfem Hitlerem (1889-1945) na czele. Tymczasem w Londynie mieszka zamożny rosyjski emigrant Konstantin Denisow wraz z córką Mirandą. Niedawno pani Denisow, która z pochodzenia była Angielką, zmarła z powodu gruźlicy. Po stracie matki Miranda czuje się samotna, a przecież stara i zrzędliwa ciotka, która mieszka pod jednym dachem z rodziną Denisowów, nie będzie dla nastoletniej dziewczyny dobrym towarzystwem. W związku z tym Rosjanin daje do Timesa ogłoszenie, w którym poszukuje młodej, dość dobrze wykształconej i z dobrymi manierami młodej kobiety, która dotrzymywałaby na co dzień towarzystwa jego córce. Przyszła dama do towarzystwa musi liczyć się także z tym, że będzie musiała dużo podróżować, szczególnie po Europie, ponieważ Konstantin prowadzi na kontynencie szereg poważnych interesów.



Zbombardowana ulica Londynu podczas drugiej wojny światowej.
Bohaterowie powieści wielokrotnie muszą uciekać przed bombami zrzucanymi 
przez nazistów. 


Pewnego dnia Times z ogłoszeniem Rosjanina trafia w ręce Kay Garland, która obecnie pracuje w antykwariacie. Nie jest to jednak praca jej marzeń, więc w rzeczonym ogłoszeniu widzi dla siebie szansę na zmianę swojego dotychczasowego życia. Dziewczyna mieszka z ciotką, a jej rodzice nie żyją już od jakiegoś czasu. Poza tym Kay od zawsze chciała podróżować i zwiedzać świat, więc ogłoszenie Denisowa spada jej, jak gdyby z samego nieba. Odpowiada na nie i zostaje przyjęta. Bardzo szybko znajduje wspólny język z Mirandą. Ba! Niemalże natychmiast obydwie młode damy wiedzą, że na pewno się zaprzyjaźnią, a ich przyjaźń będzie trwać przez długie lata. Miranda powierza Kay wszystkie swoje sekrety. Panna Denisow jest jednak jedną z tych niepokornych dziewczyn, które pragną iść własną drogą, nie oglądać się na nikogo i nie baczyć ma obowiązujące konwenanse. Oczywiście Kay stara się być lojalna wobec swojej przyjaciółki i trzyma w sekrecie wiele spraw, których wyjście na jaw groziłoby wielką katastrofą obyczajową.

Któregoś dnia rodzina Denisowów wraz z Kay Garland udaje się do Paryża. Tam zupełnie przypadkowo dochodzi do spotkania Mirandy z niejakim Olivierem Rousselem. Mężczyzna jest reżyserem sztuk teatralnych. Praktycznie od pierwszej chwili uważa, że Miranda ma potencjał do tego, aby zostać aktorką. Namawia ją najpierw na występ w reklamie telefonu, a potem obiecuje, że jej kariera nabierze tempa, kiedy zagra w jego sztuce. Niestety, sprawa bardzo szybko wychodzi na jaw. Konstantin Denisow jest wściekły. Przecież to nie tak miało wyglądać! On już zaplanował życie swojej córce! Wybrał dla niej nawet męża! Nieważne, że Miranda nie akceptuje tego wyboru i robi wszystko, aby do małżeństwa z jakimś obleśnym starcem nie doszło. Konstantin widzi w tym jednak korzyść przede wszystkim dla siebie. Małżeństwo córki może sprawić, że jego biznesowe długi zostaną anulowane. W tym wszystkim tkwi nasza skromna Kay Garland, która chciała być jedynie lojalna wobec swojej przyjaciółki. Nie pamiętała jednak o tym, że to Konstantin jej płaci i wymaga. Kiedy więc tajemnica Mirandy wychodzi na światło dzienne, Kay zostaje natychmiast zwolniona i wyrzucona przez Denisowa na bruk bez grosza przy duszy.

Tak się złożyło, że do zwolnienia Kay z pracy doszło w nazistowskim Berlinie. Dziewczyna nie wie tak naprawdę co teraz z nią będzie. Nie może już wrócić do domu Denisowa i prosić o wybaczenie. Mało tego. Została okradziona przez starą ciotkę Mirandy. Jej niewielki bagaż zawiera jedynie ubranie. Kay nie może kupić sobie nawet jedzenia. I wtedy z pomocą przychodzi jej Anglik – Tom Blacklock. Gdyby nie on, nie wiadomo co stałoby się z panną Garland. Może wylądowałaby w jakimś przytułku dla bezdomnych albo nawet w domu publicznym, gdzie musiałaby zarabiać na życie, świadcząc usługi seksualne nazistom. Kto wie, jak skończyłaby się dla niej ta przygoda. Natomiast jedno jest pewne: Kay musi wreszcie skończyć marzyć o życiu wyższych sfer. Nie może już łudzić się nadzieją na dalekie podróże i zwiedzanie świata. Na pewno nie będzie tego robić wraz z rodziną Konstantina Denisowa. Ten etap jej życia minął już bezpowrotnie. Jak zatem dalej potoczą się losy naszych bohaterów? Czy Kay i Miranda jeszcze kiedyś się spotkają i będą mogły odgrzać swoją przyjaźń? Czy Tom zostanie tylko przyjacielem Kay, czy może kimś znacznie ważniejszym? A może mężczyzna w zamian za pomoc będzie oczekiwał od dziewczyny wdzięczności? Może trudna sytuacja Kay stanie się pretekstem do tego, aby ją wykorzystać? Kim tak naprawdę jest Tom Blacklock i dlaczego tak nagle pojawił się w życiu panny Garland?

Wydawnictwo: Headline Review 
Londyn 2010
Tym razem Judith Lennox stworzyła nie tylko nieprzeciętną opowieść o ludziach żyjących w bardzo trudnym okresie historycznym, ale też opowieść niełatwą pod względem emocjonalnym. Fabuła powieści jest tak skonstruowana, że niektórzy bohaterowie w pewnym momencie trafiają na teren dzisiejszej Polski, a dokładnie do Prus Wschodnich. Jak pamiętamy z historii, obecna Ziemia Warmińska przed wojną wchodziła w skład Trzeciej Rzeszy. Tak więc tereny te zamieszkiwane były przez Niemców. Poza tym, Autorka zabiera czytelnika również do Afryki i oczywiście do Anglii. Rok 1936 szybko mija i następują kolejne lata, aż wreszcie wybucha druga wojna światowa, która dla nikogo nie jest łatwym okresem w życiu. Jedni muszą na siebie uważać, ponieważ walczą na froncie, inni – choć pozostają w domu – zmuszeni są robić wszystko, aby ten dom zachować. Ktoś inny natomiast musi stale uważać, aby nie stracić życia podczas nocnych bombardowań. I tak oto do głosu dochodzą relacje międzyludzkie, które również nie należą do najłatwiejszych. Czytelnik odnosi wrażenie, że poszczególni bohaterowie wciąż są na etapie poszukiwania swojej życiowej drogi. Jedni pragną ułożyć sobie życie, nawet jeśli następnego dnia mogą na zawsze stracić ukochaną osobę. Inni zaś bezustannie spoglądają w przeszłość i łudzą się tym, że szczęście, które niegdyś odczuwali znów do nich powróci.

Miranda i Kay to kobiety o dwóch różnych osobowościach. Wydaje się, że ta pierwsza jest niepoprawną romantyczką, lecz z drugiej strony na jaw wychodzą u niej cechy charakteru, które sprawiają, iż można odnieść wrażenie, że Miranda Denisow to kobieta wyrachowana i dbająca tylko o własne przyjemności. Oczywiście nie można jej odmówić odwagi i hartu ducha. Są sytuacje, z których niejeden nie wyszedłby w jednym kawałku, ale Mirandzie to się udaje. Oczywiście potem musi ponieść konsekwencje swoich działań, lecz generalnie spada na przysłowiowe cztery łapy. Kiedy tak przyglądałam się Mirandzie Denisow to było mi jej trochę żal. Niektóre decyzje kobieta podejmuje bowiem pod wpływem innych ludzi albo okoliczności, przed którymi pragnie uciec. Nie potrafi też docenić tego, co posiada. Nie umie być wdzięczna. Niemniej, można jej wybaczyć takie postępowanie, ponieważ kobieta działa pod wpływem wielkiego uczucia, które nie słabnie pomimo upływu lat. Ona wciąż kocha tego samego mężczyznę, choć wydaje się, że już nigdy los ją z nim nie zetknie. W pewnym stopniu Miranda żyje marzeniami. Może w ten sposób jest jej łatwiej stawiać czoło dramatycznym okolicznościom wojny? Poza tym trauma, którą przeżywała w dzieciństwie, a potem w wieku nastoletnim, a którą zafundował jej własny ojciec, też nie jest tutaj bez znaczenia. Tamte emocje nadal mają wpływ na to, jak postępuje w dorosłym życiu.

A Kay Garland? Jaka jest? Otóż, kobieta nie pochodzi z wyższych sfer, więc o wiele rzeczy musi walczyć sama. Jej życie również nie jest usłane płatkami róż. Tych kolców jest w nim cała masa. Na szczęście są przyjaciele, którzy stanowią dla niej oparcie w trudnych momentach. Kay wciąż szuka miłości. Jakoś nie potrafi zakochać się w żadnym mężczyźnie, pomimo że nie jest z tych, które nie budzą zainteresowania u płci przeciwnej. Gdzieś w podświadomości czuje, że jest ktoś, kogo zawsze kochała, ale rozsądek podpowiada jej, że ten związek nie ma przyszłości, zważywszy że obiekt jej uczuć związany jest z kimś innym i wygląda na to, że tak już zostanie. W jej życiu pojawia się szereg niedopowiedzeń, jeśli chodzi o sferę uczuciową.

W Sercu nocy wszyscy bohaterowie czegoś poszukują. Trudne czasy sprawiają, że los wciąż rzuca ich w różne strony świata. Czasami przez wiele miesięcy albo i lat nie mają ze sobą kontaktu. Jeśli chodzi o moralność, to próżno jej tutaj szukać. Pomimo że żyją w stałych związkach, to jednak nie przeszkadza im to w zdradzaniu współmałżonków. Czym tłumaczą takie postępowanie? Oczywiście wojną, która w każdej chwili może zabrać życie jednej bądź drugiej stronie. Zanim jednak to się stanie, chcą zaznać jeszcze choć odrobiny prawdziwego uczucia. Wiedzą, że tak nie wolno. Zdają sobie doskonale sprawę z krzywdy, jaką wyrządzają mężowi czy żonie, ale nie potrafią inaczej. Dopóki żyli w czasie pokoju mogli stawiać warunki. Teraz, kiedy jest wojna, wszystko się zmieniło. Nie ma już żadnych warunków i nie ma konwenansów. Jest egoizm i zaspokajanie własnych potrzeb. Dokładnie widać, że wojna potrafi naprawdę wiele zmienić, jeśli wziąć pod uwagę hierarchię wartości danego człowieka.

Będę to powtarzać do znudzenia, ale Judith Lennox jest dla mnie pisarką, która potrafi wciągnąć mnie w fabułę swoich książek już od samego początku. Autorka jest doskonała w tworzeniu powieści obyczajowych z historią w tle. Jest też doskonałym psychologiem, ponieważ postacie, które kreuje są niezwykle bogate pod względem emocjonalnym. Poza tym powieści Judith Lennox nie są jednowątkowe. Autorka wprowadza do fabuły wielu różnych bohaterów i każdego z nich otacza jednakową troskę, przedstawiając ich problemy, a potem łącząc je z życiem pozostałych postaci. Myślę, że Serce nocy to oryginalna lektura dla kobiet, które w literaturze kobiecej poszukują czegoś więcej niż tylko zwykłego romansu.








niedziela, 20 grudnia 2015

Jestem zakochana w wiolonczeli od dzieciństwa...






ROZMOWA Z ANDROMEDĄ ROMANO-LAX




Andromeda Romano-Lax urodziła się w 1970 roku w Chicago. Zanim zdecydowała się tworzyć powieści, pracowała jako dziennikarka niezależna oraz dziennikarka pisząca o turystyce. Jej pierwsza powieść – „Hiszpański smyczek” – została okrzyknięta międzynarodowym bestsellerem i dotychczas przetłumaczono ją na wiele języków. Druga powieść Autorki – „Noc w Piemoncie” – wydana została w 2012 roku. Andromeda Romano-Lax jest także autorką książek z gatunku literatury faktu, których tematyka związana jest z jej podróżami. Wśród tych książek można wymienić, na przykład takie tytuły, jak: „Walking Southeast Alaska: Scenic Walks and Easy Hikes for Inside Passage Travelers” (1997), „Searching for Steinbeck's Sea of Cortez: A Makeshift Expedition Along Baja's Desert Coast” (2002), „Alaska's Kenai Peninsula: A Traveler's Guide” (2001) oraz wiele innych. Andromeda wraz z rodziną mieszka w Anchorage (Alaska), gdzie współtworzyła organizację non-profit, dla której teraz pracuje. Jej kolejna powieść – „Behave” – zostanie opublikowana w Stanach Zjednoczonych w marcu 2016 roku.   


Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję za przyjęcie mojego zaproszenia do wzięcia udziału w wywiadzie. Dotychczas w Polsce opublikowano dwie z Twoich książek. Są to „Hiszpański smyczek” i „Noc w Piemoncie”. Zacznijmy więc naszą rozmowę od dyskusji na temat tej pierwszej. Przeczytałam, że napisałaś tę powieść, ponieważ zainspirowało Cię życie Pabla Casalsa. Czy mogłabyś powiedzieć nam, jak odnalazłaś biografię tego wybitnego wiolonczelisty i co takiego szczególnego było w jego życiu, że zdecydowałaś się stworzyć głównego bohatera w oparciu o jego osobę?

Andromeda Romano-Lax: Po raz pierwszy uświadomiłam sobie istnienie Casalsa w związku z jego wykonaniem suit Bacha na wiolonczelę, a dopiero później poznałam historię jego życia. Mój pierwszy etap badań polegał na podróży do Puerto Rico (gdzie Casals spędził ostatnie lata swojego życia), aby móc dowiedzieć się o nim jak najwięcej, początkowo projekt ten miał być literaturą faktu. To było dokładnie po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku, czyli w czasie, kiedy tak, jak wielu ludzi, szukałam bohaterów i opowieści o nadziei i pięknie. Byłam zafascynowana politycznym stanowiskiem Casalsa, który opowiadał się przeciwko dyktatorowi Franco, nawet jeśli oznaczało to poświęcenie przyjemności występowania na scenie, co było efektem złożenia publicznego oświadczenia. Projekt przerodził się w fikcję literacką po to, aby oprócz życia Casalsa włączyć do niego jeszcze inne postacie i sytuacje. Do napisania „Hiszpańskiego smyczka” skłoniła mnie chęć połączenia polityki i sztuki, a także kwestia osobistej determinacji Casalsa i jej nieprzewidzianych konsekwencji.

Agnes A, Rose: Jak wiele cech wspólnych mają Feliu Delargo i Pablo Casals, a jak wiele ich różni?

Andromeda Romano-Lax: Obydwaj są Katalończykami (tak przy okazji, to katalońskie imię Pabla brzmiało Pau), obaj dzielą królewski patronat (ale pochodzący od różnych królowych), obaj posiadają smyczek wysadzany klejnotami oraz mają republikańskie poglądy. Niemniej Pablo Casals urodził się w 1867 roku, natomiast fikcyjny Feliu przyszedł na świat w 1892 roku, natomiast w powieści nawiązuje kontakt z innymi muzykami i politykami. Jedną z kwestii, które podobały mi się przy tworzeniu powieści, jest większa elastyczność pozwalająca na łączenie doświadczenia oraz wyobraźni, faktów i fikcji.

Agnes A. Rose: W powieści ożywiasz kilka historycznych postaci, a są to Francisco Franco, Kurt Weill, Pablo Picasso, Wiktoria Eugenia Battenberg i inne. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś na temat swoich historycznych badań?

Andromeda Romano-Lax: No cóż, kocham historię i uwielbiam badania naukowe, włączając w to bibliotekę i archiwum, co nieodmiennie prowadzi do nieoczekiwanych efektów. Na przykład nigdy nie spodziewałam się, że w mojej powieści pojawi się Kurt Weill, natomiast dowiedzenie się czegoś więcej o Pablu Picasso i królowej Enie stanowiło olbrzymią przyjemność. Mój ulubiony rodzaj studiów obejmuje podróż do miejsc, gdzie mieszkały postacie historyczne. Częścią nagrody za pisanie powieści historycznych są absorpcja krajobrazu i kultury, rozmawianie z miejscowymi ludźmi, jedzenie lokalnych potraw, zwiedzanie budynków i nieoczekiwane spotkania.

Agnes A. Rose: Przyjaźń pomiędzy Feliu Delargo i Justo Al-Cerrazem jest bardzo silna. Feliu jest całkowicie pewny, że zna Justo bardzo dobrze. W trakcie czytania powieści odniosłam wrażenie, że pianista był raczej tajemniczym bohaterem i nie ujawniał swoich prawdziwych myśli. Czy mogłabyś nam powiedzieć co zainspirowało Cię do tego, aby stworzyć postać Justo Al-Cerraza? Czy jest on zupełnie fikcyjny, czy może wzorowałaś się na kimś szczególnym?

Andromeda Romano-Lax: Justo Al-Cerraz jest również postacią skomplikowaną, zainspirowaną innym muzykiem, pianistą o nazwisku Albéniz, który żył wcześniej. Celowo jest on postacią, która nie funkcjonuje w kontakcie z własną rzeczywistością, lecz ostatecznie stał się jednym z najzabawniejszych bohaterów, o których pisałam. Al-Cerraz jest zapalonym poszukiwaczem, pełnym radości życia, i chociaż początkowo zamierzałam przedstawić go jako przeciwieństwo do bardziej szlachetnego Feliu, to jednak Al-Cerraz zyskał moją sympatię.

Agnes A. Rose: Feliu Delargo bardzo wyraźnie sprzeciwia się polityce Francisca Franco. Jego niezadowolenie jest tak ogromne, że nie chce już dłużej grać publicznie na wiolonczeli. Czy myślisz, że taki rodzaj manifestowania swojej niechęci jest dobry wobec społeczeństwa, które uwielbia swojego wirtuoza? Czy muzyk generalnie ma prawo do zaniechania występów na scenie z powodu swoich przekonań?

Andromeda Romano-Lax: To są poważne pytania i mam nadzieję, że każdy czytelnik weźmie je pod uwagę, lecz nie zamierzam na nie odpowiadać, ponieważ chcę, aby to czytelnik sam zdecydował!

Agnes A. Rose: Czy kiedykolwiek byłaś w Hiszpanii? Jeśli tak, to co najbardziej podobało Ci się w tym kraju?

Andromeda Romano-Lax: Po raz pierwszy odwiedziłam Hiszpanię, gdy miałam piętnaście lat; podróżowałam sama, a czas spędzony w Barcelonie wywarł na mnie ogromne wrażenie. Na dłużej wróciłam tam w 2003 roku w celu zebrania materiałów do powieści. Co mi się podoba w Hiszpanii? Zbyt wiele rzeczy, aby o nich tutaj mówić, ale tym, co przede wszystkim przychodzi mi na myśl w przypadkowej kolejności są: sztuka (od Goi do Picassa), literatura (włączając Don Kichota), fantastyczne muzea, arabski wpływ zwłaszcza na architekturę i muzykę, język hiszpański, hiszpańskie tapas i likiery oraz historia, która odnosi się do prawie każdej części świata.

Agnes A. Rose: Wiem, że również jesteś wiolonczelistką jak Feliu Delargo i Pablo Casals. Co zmotywowało Cię do nauki gry na wiolonczeli? Jak długo trwa Twoja miłość do tego instrumentu?

Andromeda Romano-Lax: Jestem zakochana w wiolonczeli od dzieciństwa, a grałam z przerwami przez całe swoje życie. Aczkolwiek jestem kimś więcej niż początkującym muzykiem. Tworzenie „Hiszpańskiego smyczka” dało mi świetny pretekst do tego, aby spędzać czas na studiowaniu i przygotowywaniu się do skupienia uwagi na okresie, o którym pisałam, natomiast każdą frustrację, jaką odczuwałam odnośnie tego, że nie jestem utalentowanym muzykiem byłam w stanie skierować na opisywanie profesjonalisty grającego na wiolonczeli dla innych ludzi. Kilka lat temu zrezygnowałam z lekcji muzyki (i sprzedałam dwie wiolonczele – drewniany instrument i instrument z włókna węglowego), aby całkowicie poświęcić się innym rodzajom ćwiczeń, studiów i podróży. Lecz kiedy skończę kolejne dwie książki i osiągnę kilka innych celów, mam zamiar kupić kolejną wiolonczelę i zacząć wszystko od nowa. Za bardzo mi tego brakuje. Moim marzeniem zawsze było zagrać wszystkie suity Bacha – lub nawet jedną, ale możliwie dobrze!

Agnes A. Rose: Teraz pozwól, że zapytam Cię o drugą powieść „Noc w Piemoncie”. Ta książka opowiada historię Ernsta Voglera, który ma dwadzieścia cztery lata i jest Niemcem. Pewnego dnia zostaje wysłany do Włoch przez swojego pracodawcę. W swojej książce powracasz do drugiej wojny świtowej, ale wojna jest jedynie tłem. Na pierwszym miejscu widzimy głównego bohatera. Co chciałaś przekazać swoim czytelnikom decydując się stworzyć postać Ernsta Voglera?

Andromeda Romano-Lax: Gdybym chciała przekazać tylko jedną kwestię, to byłoby to trudne w sensie moralnym, szczególnie w tym czasie, który teraz tak często jest dla nas trudny do zrozumienia, gdyż patrzymy wstecz raczej na drugą wojnę światową, a nie na życie w latach ją poprzedzających. Ernst jest naiwny, nieco pasywny i niespokojny. Nie jest bohaterem. Jestem raczej podejrzliwa wobec powieści mających doskonałych bohaterów. Nie sądzę, że oni pomagają nam zrozumieć, jak to jest żyć w trudnych czasach pod wpływem czynników znajdujących się poza naszą kontrolą, dokonując niełatwych wyborów bez patrzenia wstecz.

Agnes A. Rose: Jeśli o mnie chodzi, to traktuję muzykę klasyczną jak sztukę. Zarówno w „Hiszpańskim smyczku”, jak i w „Nocy w Piemoncie” skupiasz się na różnych rodzajach sztuki. Myślę więc, że Twój wybór tematyki książek nie był przypadkowy. Dlaczego sztuka jest dla Ciebie tak ważna?

Andromeda Romano-Lax: Przede wszystkim po prostu kocham sztukę. Wielka sztuka przekracza granice czasu i przestrzeni, komunikuje się w sposób, którego nie może wyrazić język, sprawia, że przeszłość powraca do życia, jednoczy, inspiruje i trwa. Ale sztuka nie rozwiązuje wszystkich problemów i w dziwny sposób wielu z najgorszych dwudziestowiecznych demagogów wykorzystywało sztukę do wyrządzania wielkiej krzywdy. Moje pierwsze dwie powieści skończyłam analizowaniem drogi symboliki sztuki i mocy z jaką może być nadużywana.

Agnes A. Rose: Która z tych dwóch książek była dla Ciebie trudniejsza do napisania i dlaczego?

Andromeda Romano-Lax: Najłatwiejszy był „Hiszpański smyczek”, ponieważ napisałam go w całości bez żadnych oczekiwań, lecz jedynie dla własnej przyjemności, bez myślenia o jakiejkolwiek publiczności. „Noc w Piemoncie” była trudniejsza, bo pisałam o podobnych kwestiach, ale starałam się bardzo rozważnie opowiedzieć historię w inny sposób i byłam bardziej świadoma wyzwań, które stały przede mną; pisząc opowieść o Niemcu z lat 30. XX wieku, który służy Trzeciej Rzeszy miałam na uwadze stosunkowo zadowalający odbiór przez czytelnika. „Hiszpański smyczek” stanowi hołd dla Don Kichota. Jest to praca obszerna i świadomie epizodyczna, która ma odzwierciedlać swoją hiszpańską tematykę. „Noc w Piemoncie” stanowi w pewnym sensie hołd zarówno dla klasycznej włoskiej sztuki, jak i włoskiego kina. Jest to o wiele cieńsza książka i napisana według bardziej modnego scenariusza celem opowiedzenia historii w sposób wyraźniejszy pod względem wizualnym.   

Agnes A. Rose: Andromeda, zanim zaczęłaś pisać swoje powieści opublikowałaś kilka książek dotyczących Alaski. Czy mogłabyś powiedzieć nam coś więcej o tych pracach?

Andromeda Romano-Lax: Moje pisanie o Alasce to literatura faktu dotycząca głównie ogólnodostępnych dzikich terenów czterdziestego dziewiątego stanu. Alaska to niesamowite miejsce i jestem zadowolona, że publicznie pomagam zinterpretować niektóre z jej cudów natury. (Kocham naukę i przyrodę, a także sztukę i historię!)

Agnes A. Rose: Za kilka miesięcy Twoi czytelnicy w Ameryce będą mogli przeczytać Twoją najnowszą książkę „Behave”. Czy mogłabyś opowiedzieć nam o czym jest ta powieść i jak wyglądała praca nad nią?

Andromeda Romano-Lax: „Behave” opowiada historię Rosalie Rayner Watson, kobiety w głównej mierze zapomnianej przez historię, która była kochanką/żoną i asystentką Johna Watsona, jednego z najbardziej wpływowych pionierów psychologii żyjących w XX wieku.  Niezależnie od jej przedmiotu – psychologii, rodzicielstwa i narodzin nowoczesnej reklamy – jest to opowieść o miłości, skandalu, żalu i rozrachunku. To moja pierwsza opublikowana powieść, której akcja rozgrywa się w Ameryce i jestem wdzięczna głównej bohaterce za pokazanie mi – że tak powiem – jak to było być kobietą w szybko rozwijających się latach 20. XX wieku.

Agnes A. Rose: Jak już zostało wspomniane powyżej, piszesz powieści historyczne. Czy kiedykolwiek myślałaś o napisaniu zbeletryzowanej biografii jakiejś sławnej królowej lub księżniczki? Zauważyłam, że obecnie ten rodzaj książek jest bardzo popularny wśród pisarzy.

Andromeda Romano-Lax: To ciekawe pytanie, a fakt, że bardzo szybko przyszła mi do głowy odpowiedź „nie!” pomaga mi zrozumieć lepiej swoje własne zainteresowania! Mniej interesuję się dobrze znanymi, uznanymi, ekskluzywnymi i niezaprzeczalnie bohaterskimi ludźmi, niż tymi, którzy zostali zapomniani, niezrozumiani, byli niedoskonali i dalece niejednoznaczni.

Agnes A. Rose: Czy masz już pomysł na kolejną książkę? Jeśli tak, to czy mogłabyś nam opowiedzieć trochę o swoim następnym projekcie?

Andromeda Romano-Lax: Mam mnóstwo pomysłów na książki i niewystarczająco dużo czasu, aby je wszystkie napisać. Już prawie skończyłam sporządzanie następnego projektu, którego akcja będzie rozgrywać się zarówno w przeszłości, jak i w przyszłości w Japonii i na Tajwanie. Jest to zupełnie inna historia, która nie dotyczy ani sztuki, ani nauki, lecz wiąże się z innymi okresami czasowymi i skokami pomiędzy latami 30. XX wieku i latami 30. XXI wieku, natomiast przygotowywanie tego projektu było doskonałą zabawą.

Agnes A. Rose: Jeszcze raz dziękuję Ci za tę rozmowę. Jestem bardzo szczęśliwa z powodu tego wywiadu. Czy jest coś, co chciałabyś dodać i powiedzieć swoim polskim czytelnikom?

Andromeda Romano-Lax: Chciałabym powiedzieć moim polskim czytelnikom, że jestem wdzięczna za ich zainteresowanie, a szczególnie doceniam zainteresowanie polskich czytelników muzyką klasyczną, sztuką, polityką i historią. Dziękuję, Agnieszko. To była przyjemność.


Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here




piątek, 18 grudnia 2015

O tym, jak kiedyś świętowano Boże Narodzenie w Anglii












Boże Narodzenie w epoce Tudorów


Na długo przed narodzeniem Chrystusa środek zimy zawsze był okresem, kiedy ludzie wyrażali swoją radość. Początkiem tych zimowych rytuałów było tak zwane przesilenie zimowe, czyli najkrótszy dzień roku, który wypada 21 grudnia. Po tej dacie następowały dwa dłuższe dni i od tego momentu wyczekiwano już tylko na nadejście wiosny – pory roku, która przynosi ze sobą życie. Dlatego też okazją do świętowania stał się zarówno czas jesiennego zasiewu, jak i okres, podczas którego „życiodajne” słońce nie opuszczało ludzi. Tak więc zapalano ogień, który miał jeszcze bardziej wzmocnić blask „Niezwyciężonego Słońca”.

Obecnie chrześcijanie na całym świecie w okresie przesilenia zimowego wspominają wydarzenie narodzin Jezusa, który przyszedł na świat w ubogim żłobie w Betlejem. Niemniej żadne pisma nie wspominają o dokładnej dacie narodzin Chrystusa. Nawet współczesny kalendarz, który podobno odlicza dni od narodzin Jezusa, został sporządzony w VI wieku przez Dionizego (ok. 470-ok. 544) – włoskiego mnicha, który nie potrafił liczyć. Duchowny przyjął zatem założenie, że Jezus Chrystus urodził się 25 grudnia 753 roku od daty założenia Rzymu.

Aż do IV wieku Boże Narodzenie było obchodzone w całej Europie pomiędzy początkiem stycznia a końcem września. Nie było bowiem jednej daty obowiązującej wszystkich chrześcijan. Dopiero papież Juliusz I (?-352), opierając się na własnej koncepcji przyjął datę 25 grudnia jako rzeczywisty dzień narodzenia Chrystusa. Wybór wydawał się z jednej strony logiczny, zaś z drugiej nieco przebiegły, gdyż zaciera granicę pomiędzy religią a istniejącymi świętami pogańskimi oraz ich obchodzeniem. Dlatego też wszelka radość w tym okresie może obecnie być przypisywana narodzinom Chrystusa, zaś nie jakiemukolwiek innemu obrzędowi charakterystycznemu dla starożytnych świąt pogańskich.

Jednym z takich właśnie zapomnianych świąt pogańskich może być Święto Głupców, któremu przewodniczył Pan Złych Rządów. Było to święto niezwykle prymitywne i hulaszcze, podczas którego ludzie pili spore ilości alkoholu oraz zamieniali się rolami. Pan Złych Rządów, zazwyczaj pochodzący z ludu i cieszący się opinią tego, który potrafi rozweselać innych, kierował całą zabawą. Mówi się, że święto to wywodziło się ze starożytnego Rzymu, kiedy władcy stawali się życzliwi dla swoich niewolników i oddawali im władzę na czas święta.


Tak mniej więcej wyglądał Pan Złych Rządów


Z kolei w aktach kościelnych można wyczytać, że biskupi pozwalali swoim ministrantom, wybranym przez kolegów, zajmować ich miejsce w okresie od dnia Świętego Mikołaja (6 grudnia) aż do Święta Młodzianków (28 grudnia). W tym czasie wybrany chłopiec pochodzący z najniższej warstwy społecznej, przebierał się w strój biskupa i prowadził nabożeństwa. Ten zwyczaj przyjęło wiele wielkich katedr, jak na przykład katedra w Yorku, Winchesterze, Salisbury, Canterbury i Westminsterze. Henryk VIII Tudor (1491-1547) oficjalnie zakazał tej zabawy, lecz mimo to niektóre kościoły, w tym katedra w Hereford i Salisbury, nadal ją praktykowały.


Chłopiec przebrany za biskupa bierze udział 
w religijnych uroczystościach


Z kolei zwyczaj palenia bożonarodzeniowych polan (z ang. Yule log) pochodzi z czasów pierwszych najazdów Wikingów, którzy rozpalali ogromnych rozmiarów ogniska, aby obchodzić swoje święto światła. Słowo „Yule” funkcjonuje w języku angielskim od wielu wieków jako alternatywne określenie Bożego Narodzenia. Z reguły w Wigilię wybierano w lesie olbrzymie polana, ozdabiano je wstążkami, przyciągano do domu i kładziono na palenisku. Po podpaleniu takie polano płonęło przez dwanaście dni ówczesnych świąt Bożego Narodzenia. Jeśli zachowały się niektóre zwęglone szczątki, wówczas uznawano to za szczęśliwy znak i przechowywano je do następnego roku, aby móc znów je podpalić.





Teraz przejdźmy do kolęd. Bez względu na to, czy słowo „kolęda” pochodzi z języka łacińskiego „caraula”, czy z francuskiego „carole”, to i tak jego pierwotne znaczenie jest takie samo, czyli „taniec z piosenką”. Wydaje się, że element tańca zniknął na przestrzeni wieków, ale piosenka została i zaczęła być wykorzystywana do przekazywania historii Bożego Narodzenia. Pierwszy opublikowany przez Wynkena de Worde’a (?-1534) zbiór kolęd datuje się na 1521 rok i zawiera The Boar's Head Carol, czyli innymi słowy opowiada o starożytnej tradycji zabijania dzika i prezentowania jego głowy podczas świąt Bożego Narodzenia.






W Anglii za czasów panowania Tudorów tradycja kolędowania miała się bardzo dobrze i była jednym ze sposobów świętowania Bożego Narodzenia, dzięki czemu historia narodzin Chrystusa rozprzestrzeniała się. Niemniej zwyczaj śpiewania kolęd urwał się nagle, kiedy w XVII wieku purytanie zakazali obchodzenia wszystkich świąt, w tym także Bożego Narodzenia. Co zaskakujące, kolędy praktycznie wymarły. Dopiero w epoce wiktoriańskiej ponownie podjęto zwyczaj ich śpiewania.

Dwanaście dni świąt Bożego Narodzenia było mile widziane ze względu na odpoczynek najbardziej przez ludzi pracujących na lądzie, którzy w czasach Tudorów stanowili większość. Wszystkie prace, oprócz zajmowania się zwierzętami, były przerywane i ponownie podejmowane w tak zwany Plough Monday, czyli w pierwszy poniedziałek po święcie Trzech Króli. Podczas tych dwunastu świątecznych dni obowiązywały ścisłe zasady, z których jedną był zakaz przędzenia. Było to zajęcie przeznaczone głównie dla kobiet. Wokół kół kołowrotka ceremonialnie umieszczano kwiaty, aby w ten sposób zapobiec wykorzystywaniu urządzenia w okresie Bożego Narodzenia.


Georgiańskie Boże Narodzenie


W 1644 roku angielski polityk Oliver Cromwell (1599-1658) wprowadził zakaz obchodzenia świąt Bożego Narodzenia. Zakazał śpiewania kolęd, natomiast wszystkie świąteczne spotkania towarzyskie uznał za niezgodne z prawem. Kiedy na tron powrócił król Karol II Stuart (1630-1685), Boże Narodzenie znów wróciło do łask, choć w nieco stonowanej formie. W epoce georgiańskiej zwanej też epoką regencji (1714-1830) świętowanie narodzin Chrystusa ponownie stało się popularne. Jeśli chodzi o literaturę, to nikt lepiej nie oddał w niej realiów epoki georgiańskiej i Bożego Narodzenia niż Jane Austen (1775-1817). W powieści Mansfield Park sir Thomas Bertram w Boże Narodzenie zaprasza do swojego domu Williama Price’a – brata Fanny, co oczywiście bardzo pozytywnie wpływa na nastój Williama, choć rozstanie rodzeństwa nie należy już do najradośniejszych, szczególnie jeśli chodzi o Fanny. Z kolei w Dumie i uprzedzeniu państwo Bennetowie goszczą w święta swoich krewnych. W Rozważnej i romantycznej John Willoughby tańczy przez całą noc od ósmej wieczorem do czwartej nad ranem. Natomiast w powieści Emma państwo Westonowie wydają świąteczne przyjęcie.


Bożonarodzeniowe przyjęcie w epoce Jane Austen


Wydaje się, że georgiańskie Boże Narodzenie skupiało się głównie na organizowaniu przyjęć, bali oraz rodzinnych spotkań. Boże Narodzenie trwało wówczas od 6 grudnia, czyli od dnia Świętego Mikołaja, do 6 stycznia – święta Trzech Króli. Dzień Świętego Mikołaja był okazją do tradycyjnego obdarowywania przyjaciół prezentami, co traktowano jako początek Świąt. Boże Narodzenie było czymś na kształt narodowego święta, które przedstawiciele wyższych sfer spędzali w swoich domach i posiadłościach. Ludzie udawali się do kościoła, a potem wracali do domu i wydawali uroczysty świąteczny obiad. Jedzenie odgrywało bardzo ważną rolę. Przyjmowanie gości i wydawanie przyjęć oznaczało, że trzeba było przygotować ogromną ilość jedzenia i potraw. Robiono to z dużym wyprzedzeniem, natomiast popularnością cieszyły się potrawy podawane na zimno. Na bożonarodzeniowy obiad zawsze były podawane indyk lub gęś, zaś dziczyzna była mięsem przeznaczonym dla szlachty. Potem serwowano bożonarodzeniowy pudding. W 1664 roku purytanie zakazali obchodów Bożego Narodzenia, nazywając je „lubieżnym zwyczajem” i „nieodpowiednim dla ludzi bogobojnych”. Bożonarodzeniowe desery nazywane były także śliwkowymi puddingami, ponieważ jednym z głównych składników były właśnie suszone śliwki.

Serwowanie śliwkowego puddingu
W 1714 roku król Jerzy I Hanowerski (1660-1727) kazał na swoim dworze podać śliwkowy pudding. Było to podczas pierwszego świątecznego obiadu, który władca wydał jako nowo koronowany monarcha. Dlatego też ponownie wprowadzono ten deser do tradycji świątecznych obiadów. Niestety, nie istnieją żadne współczesne źródła, które mogłyby ten fakt potwierdzić, lecz przytoczona historia sprawiła, że Jerzego I Hanowerskiego nazwano „puddingowym królem”. 

Tradycyjnymi świątecznymi ozdobami były ostrokrzew oraz rośliny wiecznie zielone. Tak więc wystrój domów, nie tylko tych szlacheckich, ale także ubogich rodzin, obfitował w zieleń. Niemniej, z dekorowaniem wstrzymywano się aż do dnia Wigilii. Uważano bowiem, że wcześniejsze przyozdabianie domów zielenią może przynieść pecha. Pod koniec XVIII wieku popularne stały się gałązki, pod którymi się całowano oraz kulki zazwyczaj wyrabiane z ostrokrzewu, bluszczu, jemioły czy rozmarynu. Często były one ozdabiane przyprawami, jabłkami, pomarańczami, świecami lub wstążkami. W bardzo religijnych gospodarstwach domowych nie używano jemioły. Z kolei tradycja ubierania choinki przyszła do Anglii z Niemiec i najprawdopodobniej została wprowadzona na królewski dwór w 1800 roku przez królową Zofię Charlottę Mecklenburg-Strelitz (1744-1818) – żonę Jerzego III Hanowerskiego (1738-1820). Aczkolwiek dopiero w epoce wiktoriańskiej Brytyjczycy przekonali się do tej tradycji, a zrobili to po tym, jak w 1848 roku ujrzeli w Illustrated London News rycinę przedstawiającą  królową Wiktorię Hanowerską (1819-1901), księcia Alberta (1819-1861) i pozostałych członków królewskiej rodziny stojących wokół choinki.


Pocałunek pod jemiołą (1800)


Żadne Boże Narodzenie nie mogło obejść się bez płonącego konara, czyli tego samego, który znany był już w czasach Tudorów. Bożonarodzeniowa gruba gałąź wybierana była w dzień Wigilii. Zawijano ją w gałązki leszczyny i zaciągano do domu, aby potem jak najdłużej palić ją w kominku podczas Świąt. Tradycją stało się przetrzymywanie części bożonarodzeniowego konara do następnego roku. Obecnie w większości angielskich gospodarstw domowych bożonarodzeniowy konar został zastąpiony czekoladą! Dzień po Bożym Narodzeniu, czyli dzień Świętego Szczepana był czasem, kiedy ludzie przeznaczali datki na cele charytatywne, zaś szlachta wykorzystywała w tym celu swoich służących i pracowników, którzy trzymali w rękach świąteczne pudełka, do których można było wrzucać pieniądze. Dlatego też obecnie dzień Świętego Szczepana nazywany jest Boxing Day.


Tak bawiono się w Wieczór Trzech Króli


Dzień 6 stycznia albo – jak kto woli – Trzech Króli sygnalizował koniec Bożego Narodzenia i był dniem, w którym w XVIII i XIX wieku organizowano tak zwane przyjęcia Wieczoru Trzech Króli. Zabawy takie, jak „podskakujące jabłko” i „lwia paszcza” były wtedy niezwykle popularne. Poza tym więcej – niż zazwyczaj – było tańca, picia i jedzenia. Typowym naczyniem, z którego pito, wznosząc toast i podając go z rąk do rąk, była tak zwana „miska pohulanki”. Naczynie wypełnione było czymś podobnym do ponczu lub grzanym winem, które zawierało przyprawy. Czasami pito także słodzone wino lub brandy, które serwowano w dużej misce przyozdobionej jabłkami.

Prekursorem dzisiejszego bożonarodzeniowego ciasta był Twelfth Cake, czyli ozdobny tort, który dzielono pomiędzy wszystkich członków rodziny i gości, którzy przybyli do danego gospodarstwa domowego. Generalnie tort zawierał zarówno suszoną fasolę i suszony groch. Mężczyzna, który w swoim kawałku znalazł fasolę był wybierany na „króla nocy”, natomiast kobieta, której trafił się groch zostawała „królową nocy”. Wraz z epoką georgiańską z ciasta zniknęły także groch i fasola.

Kiedy zakończył się Wieczór Trzech Króli ściągano wszystkie ozdoby i palono zieleń, którą przystrojony był dom, ponieważ w innym przypadku w domu mógł zagościć pech. Nawet obecnie wiele osób zdejmuje wszystkie świąteczne ozdoby przed dniem Trzech Króli lub w jego trakcie, chcąc w ten sposób uniknąć nieszczęścia w nowym roku. Niestety, wydłużone Boże Narodzenie zniknęło po zakończeniu epoki regencji. Stało się tak z powodu wzrostu znaczenia rewolucji przemysłowej oraz upadku wiejskiego trybu życia, które istniało od wieków. Pracodawcy potrzebowali bowiem pracowników, którzy pracowaliby nawet przez cały świąteczny okres i dlatego wprowadzono „nowoczesne” skrócone Boże Narodzenie. Na koniec pozwolę sobie zacytować słowa Jane Austen:

Życzę Wam Pogodnych, a czasami nawet Wesołych Świąt.
Jane Austen



Wiktoriańskie Boże Narodzenie


Przez tysiące lat na całym świecie ludzie obchodzą święta w środku zimy. Wraz z nadejściem chrześcijaństwa pogańskie święta zostały połączone z obchodami świąt Bożego Narodzenia. Jedną z pozostałości pogańskich tradycji jest ozdabianie domów i kościołów zielonymi, zimowymi roślinami, takimi jak jemioła, ostrokrzew i bluszcz. Najprawdopodobniej ich magicznym zadaniem jest chronienie nas przed złymi duchami, a także zachęcanie wiosny do powrotu. Niemniej żadna epoka w historii nie wpłynęła tak bardzo na sposób świętowania Bożego Narodzenia, jak zrobiła to epoka wiktoriańska.

Przed wstąpieniem na tron królowej Wiktorii Hanowerskiej w 1837 roku nikt w Wielkiej Brytanii nie słyszał o Świętym Mikołaju czy o bożonarodzeniowych strzelających zabawkach z niespodzianką. Nie wysyłano świątecznych kartek, zaś większość ludzi nie miała wolnych dni od pracy. Bogactwo i technologie generowane przez rewolucję przemysłową epoki wiktoriańskiej na zawsze zmieniły oblicze Bożego Narodzenia. Sentymentalni ludzie uszczęśliwiający innych na siłę, jak Karol Dickens (1812-1870), który napisał Opowieść wigilijną opublikowaną w 1843 roku, w rzeczywistości zachęcał ludzi bogatych, żyjących w epoce wiktoriańskiej do rozdawania swojego majątku, przeznaczając pieniądze i rozmaite dary na potrzeby ubogich – bzdura! Te radykalne idee klasy średniej ostatecznie skierowane zostały do ludzi, których nie do końca można było uznać za biednych.

Wiktoriański
Święty Mikołaj
Święta. Bogactwo generowane przez nowoczesne fabryki i przemysł epoki wiktoriańskiej pozwalały rodzinom pochodzącym z angielskiej i walijskiej klasy średniej na branie czasu wolnego od pracy i świętowanie podczas dwóch dni, czyli Bożego Narodzenia i Boxing Day. Jak już wyżej wspomniałam, Boxing Day (26 grudnia) swoją nazwę zawdzięcza służącym i pracownikom prezentującym innym otwarte pudełka, do których ludzie zamożni mogli wrzucać pieniądze. Taki nowoczesny wynalazek, jak na przykład kolej, pozwalał przemieszczać się ludziom ze wsi do miast w poszukiwaniu pracy, a potem wracać do domu do rodziny na Boże Narodzenie.

Szkoci zawsze woleli rozłożyć świętowanie na kilka dni, aby móc powitać nadejście Nowego Roku w stylu dzisiejszego Sylwestra. Samo Boże Narodzenie nie było świętem przez wiele lat. Dopiero po latach panowania królowej Wiktorii Hanowerskiej można było świętować. Natomiast w ciągu ostatnich dwudziestu lub trzydziestu lat rządów królowej Szkoci obchodzili też Boxing Day.

Prezenty. Na początku panowania królowej Wiktorii zabawki zazwyczaj były robione ręcznie, a więc były też drogie. Przeważnie były one niedostępne dla „wiejskich bogaczy”. Niemniej nadszedł wreszcie czas masowej produkcji, co sprawiło, że coraz częściej zaczęły pojawiać się gry, lalki, książki i zabawki wyposażone w mechanizm zegarowy. Wszystkie one były teraz w dość przystępnej cenie. Ponieważ były niedrogie, więc przeznaczone też dla dzieci pochodzących z klasy średniej. W pończosze „biednego dziecka”, która po raz pierwszy pojawiła się około 1870 roku, można było znaleźć jabłko, pomarańczę i kilka orzechów.

Święty Mikołaj. Był zazwyczaj zwiastunem otrzymania powyższych prezentów. W Anglii obowiązywały dwie nazwy: Santa Claus i Father Christmas. W rzeczywistości każda z nich posiada swoją własną historię. Father Christmas pierwotnie był częścią starego angielskiego święta obchodzonego w środku zimy. Normalnie ubrany był na zielono, co miało oznaczać powrót wiosny. Opowieści o Świętym Mikołaju (w Holandii – Sinter Klaas) pojawiły się w XVII wieku w Ameryce, a dotarły tam za przyczyną holenderskich osadników. Od roku 1870 Sinter Klaas stał się znany w Wielkiej Brytanii jako Santa Claus. Wraz z nim pojawił się jego charakterystyczny styl wręczania prezentów oraz towarzyszące mu atrybuty, jak renifery i sanie.

Kartki świąteczne. Tak zwane „Penny Posts” po raz pierwszy pojawiły się w Wielkiej Brytanii w 1840 roku za przyczyną nauczyciela Rowlanda Hilla (1795-1879). Jego pomysł był bardzo prosty. Otóż znaczek kosztował tylko jednego pensa i za tę cenę można było wysłać list lub kartkę do dowolnego miejsca na terenie Wielkiej Brytanii. Ten prosty pomysł utorował drogę do wysyłania pierwszych prawdziwych świątecznych kartek. W 1843 roku sir Henry Cole (1808-1882) wykorzystał wodę przy drukowaniu tysiąca kartek, które potem sprzedawał w swoim sklepie z dziełami sztuki znajdującym się w Londynie. Każda kartka kosztowała tylko jednego pensa. Popularność wysyłania kart przybrała na sile, kiedy w 1870 roku został wprowadzony nowy cennik za usługi pocztowe. Teraz było to pół pensa, zaś obniżka spowodowana była wzrostem efektywności nowego wynalazku, jakim była kolej.


Pierwsza bożonarodzeniowa kartka (1843) według projektu
Johna Callcotta Horsleya (1817-1903)


Indyk. Setki lat przed nastaniem epoki wiktoriańskiej do Wielkiej Brytanii sprowadzono z Ameryki indyki. Gdy królowa Wiktoria zasiadła na tronie zarówno kurczaki, jak i indyki były zbyt drogie, aby większość ludzi mogła sobie na nie pozwolić i cieszyć się ich smakiem. W północnej Anglii tradycyjną potrawą serwowaną na świątecznym obiedzie była pieczeń wołowa, podczas gdy w Londynie i na południu kraju faworytem były gęsi. Z kolei wielu ubogich przygotowywało potrawy z królika. Z drugiej strony jednak bożonarodzeniowe menu przygotowywane dla królowej Wiktorii i jej rodziny w 1840 roku obejmowało zarówno potrawy na bazie wołowiny, jak i królewskie pieczone łabędzie. Pod koniec XIX wieku większość ludzi podczas świątecznego obiadu zajadała się indykiem. Wielka podróż do Londynu rozpoczynała się dla tych ptaków gdzieś tak w październiku. Stopy niczego niepodejrzewających indyków odziane były w modną, lecz wytrzymałą skórę. W ten sposób bowiem znaczone były indyki pochodzące z gospodarstw z Norfolk oddalonych o jakieś osiemdziesiąt mil od Londynu. Ptaki docierały na miejsce nieco zmęczone i wychudzone, co oczywiście szybko naprawiano. Biedne indyki musiały myśleć, że Londyn jest dla nich niesamowicie gościnny, skoro w ostatnich tygodniach przed Bożym Narodzeniem tak bardzo je tuczy!

Królowa Wiktoria z rodziną
przy choince
Drzewko. Niemiecki mąż królowej Wiktorii – książę Albert – przyczynił się do tego, że choinka stała się tak bardzo popularna w Wielkiej Brytanii. Kiedy był w swoich rodzinnych Niemczech, przywiózł ze sobą na zamek w Windsorze jedną z takich właśnie choinek. Było to w latach 40. XIX wieku.

Bożonarodzeniowe strzelające zabawki z niespodzianką. Zabawki zostały wymyślone w 1846 roku przez Toma Smitha (?) – producenta słodyczy. Pierwotnym pomysłem było, aby zawinąć wyrabiane przez niego słodycze w skręcony fantazyjny kolorowy papier. Niemniej znacznie lepiej słodycze sprzedawały się wtedy, gdy dodał do nich miłosne cytaty (motta), papierowe kapelusze, małe zabawki, jednocześnie powodując, że wydawały one z siebie odgłos wybuchu.

Kolędnicy. Kolędnicy i muzycy odwiedzali poszczególne angielskie domy, gdzie grali i śpiewali nowe popularne kolędy. W kolejnych latach epoki wiktoriańskiej zachwycano się coraz to inną kolędą. I tak w 1843 roku śpiewano O, Come all ye Faithful (O, przybądźcie wszyscy, którzy wierzycie), w 1848 roku – Once in Royal David's City (Niegdyś w królewskim mieście Dawida), w 1851 roku – See Amid the Winters Snow (Spójrzcie pośród zimowego śniegu), w 1868 roku – O, Little Town of Bethlehem (O, małe miasto Betlejem), natomiast w 1883 roku – Away in a Manger (Samotny w żłobie).


Na koniec jedna z wiktoriańskich kolęd:











środa, 16 grudnia 2015

Maciej Jastrzębski – „Krym. Miłość i nienawiść”












Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!



Wydawnictwo: HELION/EDITIO
Gliwice 2015




W dniu 18 marca 2014 roku prezydent Rosji Władimir Putin wygłosił historyczną przemowę, w której mówił o zjednoczeniu Krymu i Rosji. Rzeczone zjednoczenie odbyło się w wyniku referendum przeprowadzonego na Krymie dwa dni wcześniej. Prezydent twierdził, że referendum odbyło się zgodnie ze standardowymi procedurami demokratycznymi i zasadami prawa międzynarodowego, co oczywiście zszokowało opinię publiczną, biorąc pod uwagę jego wynik: frekwencja wynosiła osiemdziesiąt dwa procent, zaś prawie dziewięćdziesiąt siedem procent uczestniczących w referendum opowiedziało się za przyłączeniem Krymu do Rosji. Liczby te były tak zdumiewające, że wielu ludziom na Zachodzie wciąż wydaje się, iż osiągnięcie takiego wyniku było zwyczajnie niemożliwe. Niewiarygodne jest także to, że Krym mógł naprawdę tęsknić za powrotem do Rosji. Ten publiczny entuzjazm mieszkańców Krymu może wydawać się irracjonalny, a nawet sztuczny w obliczu świadomości na temat heroicznej historii tej ziemi, która tak obficie została niegdyś skąpana we krwi.

Starożytne pozostałości świadczą o tym, że już w trzecim milenium przed naszą erą Krym zamieszkiwali ludzie. W pierwszym tysiącleciu przed naszą erą na Krymie mieszkały koczownicze plemiona Taurów, od których półwysep nazwano Taurydą. Według mitologii greckiej to właśnie tutaj córka Agamemnona zmuszona była złożyć Artemidzie w ofierze wszystkich cudzoziemców, którzy przybywali do Taurydy. W VIII wieku przed naszą erą Taurowie zostali wyparci przez Scytów, natomiast mniej więcej w V wieku przed naszą erą na Krym przybyli Grecy, którzy jakoś nieszczególnie przejęli się opowieścią o poczynaniach córki Agamemnona. Zgodnie z grecką mitologią to właśnie z tego miejsca Argonauci wyprawili się po złote runo. Historycy twierdzą, że Grecy założyli między innymi Chersonez, Kercz oraz Teodozję, którą Rosjanie nazywają Fjedusją.

Zarówno łagodny południowy klimat, jak i łatwość żeglowania po Morzu Czarnym sprawiły, że chętnych, którzy pragnęli osiedlić się na Krymie nie brakowało. W I wieku przed naszą erą na Krym z braterską pomocą Scytom przybyli Rzymianie, a tuż za nimi Sarmaci, Goci i Hunowie. Z kolei po upadku Rzymu, Krym przeszedł pod wpływy Bizancjum. Wpływy te zostały osłabione wtargnięciem na kilka stuleci Hazarów, niemniej to na Krymie we wspomnianym już mieście Chersonez wielki książę kijowski Włodzimierz I Wielki (958-1015) przyjął w roku 988 chrzest z rąk bizantyjskiego cesarza. W XIII wieku Krym dostał się pod panowanie Złotej Ordy i od tej chwili Tatarzy zostali uznani za prawowitych mieszkańców tych terenów. Chociaż pod koniec XIII wieku na Krymie powstały genueńskie i weneckie twierdze, które mają głównie znaczenie gospodarcze, to jednak Tatarzy aż do roku 1944 pozostali na Krymie, podczas gdy z rozkazu Józefa Stalina (1878-1953) wszyscy inni zostali deportowani i rozproszeni po terenie Rosji. Władze sowieckie zarzucały tym ludziom przede wszystkim rzekomą kolaborację z Trzecią Rzeszą.


Ruiny starożytnego greckiego miasta Chersonez, ktore obecnie znajdują się
w granicach administracyjnych Sewastopola (2010)
fot. Burliai
źródło


Z kolei w XVI wieku rozpoczął się czas wojen Chanatu Krymskiego z Wielkim Księstwem Moskiewskim, natomiast w XVII wieku do tych konfliktów przyłączyła się Turcja. Pod koniec XVIII wieku z powodu wewnętrznych walk w Chanacie Krymskim, armia carycy Katarzyny II Wielkiej (1729-1796) przybyła z kolejną bratnią pomocą. Na przestrzeni wieków i lat miały miejsce także inne konflikty zbrojne na tym terenie, czego przykładem może być chociażby wojna krymska tocząca się w latach 1853-1856 pomiędzy Imperium Rosyjskim, które zasilane było przez bułgarskich ochotników a Wielką Brytanią, II Cesarstwem Francuskim, Królestwem Sardynii i Księstwem Nassau. W Sewastopolu na barykadzie bitwy z 1855 roku wzniesiono cerkiew, w której znajdują się liczne groby Polaków poległych w tej wojnie, a zasilających szeregi armii rosyjskiej. Podczas rewolucji w 1905 roku w Sewastopolu wybuchł bunt marynarzy na pancerniku Potiomkin, który został krwawo stłumiony. Wydarzenie to zostało upamiętnione pomnikiem postawionym w porcie w Sewastopolu, na którym jeden z marynarzy wyciągniętą dłonią wskazuje wszystkim wyjście z portu.

Zarówno rewolucja, jak i wojna nie różniły się szczególnie od tych, które wybuchły w innych regionach Rosji. Dopiero decyzja o wysiedleniu Tatarów spowodowała, że Krym stał się niemalże w całości rosyjski. Obecnie jest to około osiemdziesiąt procent mieszkańców, zaś przed drugą wojną światową Rosjan było niecałe pięćdziesiąt procent. Chociaż w 1954 roku Nikita Chruszczow (1894-1971) podarował Półwysep Krymski Ukrainie, to jednak powyższa sytuacja wcale się nie zmieniała przez lata niepodległości Ukrainy. Przed aneksją Krymu przez Rosję powszechnie używanym językiem był rosyjski, zaś sprzedawcy podając ceny poszczególnych towarów nazywali hrywny rublami. Nie można również zapominać, że to właśnie w Jałcie na Krymie Józef Stalin, Winston Churchill (1874-1965) i Franklin Delano Roosevelt (1882-1945) zdecydowali w lutym 1945 roku o dalszym losie Polski.

Warto też pamiętać, że był taki czas, kiedy do niektórych miast na Krymie nie tylko cudzoziemcy nie mieli dostępu, ale nawet Rosjanie i Ukraińcy nie posiadali tam prawa wstępu. Działo się tak dlatego, że mieszczące się na tym terenie bazy marynarki wojennej posiadały supertajny charakter. Z kolei przed wybuchem konfliktu rosyjsko-ukraińskiego w basenach portowych znajdowały się zniszczone okręty z oczekującymi na turystów jachtami, które umożliwiały za kilka hrywien udanie się na wycieczkę po całym porcie, oczywiście z możliwością fotografowania i filmowania praktycznie wszystkiego, co unosiło się nad wodą.


Tatarski meczet w Bakczysaraju (2014)
fot. A. Savin
źródło

Jak widać powyżej, historia Krymu to naprawdę ciekawy kawałek dziejów zarówno Rosji, jak i Ukrainy. Wydaje mi się jednak, że w obliczu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego dziś już mało kto pamięta i przypomina sobie Krym, o którym pisał nasz narodowy wieszcz Adam Mickiewicz (1798-1855) w Sonetach krymskich. Ale oczywiście nie o tych utworach chcę dzisiaj opowiedzieć. Otóż całkiem niedawno trafiła w moje ręce najnowsza książka Macieja Jastrzębskiego, którego zapewne wielu czytelników zna jako dziennikarza Polskiego Radia. Pewnego dnia Autor wybrał się na Krym, aby na własnej skórze doświadczyć realiów obecnego Krymu, czyli tego którego próżno szukać w rozmaitych powieściach, filmach, czy chociażby we wspomnianych już Sonetach krymskich. Współczesny Krym rozszarpany konfliktem rosyjsko-ukraińskim to przede wszystkim cierpienie zwykłych niewinnych ludzi, którzy zazwyczaj tracą najwięcej podczas toczących się wojen.

Maciej Jastrzębski swoją książkę rozpoczyna dość typowo. Czytając pierwsze strony reportażu odnosimy wrażenie, że będzie to sucha relacja z pobytu Autora na Krymie. Wydaje się, że Autor tak naprawdę nie zaskoczy nas niczym szczególnym. Po prostu opowie czytelnikom o koszmarze wojny, cierpieniu niewinnych ludzi, krwi, która znaczy ulice nie tylko krymskich miast, ale też samej stolicy Ukrainy, a potem będzie jakieś podsumowanie i wyciąganie wniosków. Może nawet na zakończenie Autor podda ocenie zarówno ukraińskich, jak i rosyjskich polityków. Oskarży Władimira Putina o wszystko, co najgorsze, jak robią to od miesięcy rządy zachodnich państw. Okazuje się jednak inaczej, a czytelnik zostaje bez reszty wciągnięty w treść książki, która – jak już wspomniałam – uznawana jest za reportaż. Ale czy na pewno można ją zakwalifikować w ten sposób?


Centrum Symferopola, z którego pochodzi Marianna Dymitriewna (2014)
fot. A. Savin
źródło

Już na samym początku poznajemy kobietę i mężczyznę. Ona to trzydziestoletnia Marianna Dymitriewna pochodząca z Symferopola, czyli miasta leżącego na Półwyspie Krymskim nad rzeką Sałhyr. Z kolei on to starszy od Marianny Fiodor Konstantynowicz – mieszkaniec Moskwy. Para poznała się na targach nieruchomości, które organizowane były w Moskwie. Mówią, że serce nie sługa i tak naprawdę ma w nosie, co sugeruje rozum. Jeśli przychodzi prawdziwe uczucie, to nie są ważne żadne podziały. Nie liczą się poglądy i przekonania. Nie ma znaczenia wyznawana religia, czy status materialny lub społeczny. Mogłoby się wydawać, że Marianna i Fiodor poznali się w zupełnie nieodpowiednim czasie. Konflikt rosyjsko-ukraiński trwa, a ich poglądy na tę kwestię znacząco się od siebie różnią. Kobieta nie potrafi wyobrazić sobie życia pod rosyjskim butem. Kocha swój Krym całym sercem i nie chce, aby Władimir Putin decydował o tym, co jest dobre, a co złe dla jego mieszkańców. Z kolei Fiodor jest odmiennego zdania. Mężczyzna jest przekonany, że polityka Rosjan wobec Ukrainy i Krymu jest jak najbardziej słuszna. Przecież rosyjski rząd chce Ukraińcom „pomóc”, zagarniając dla siebie tereny, które od wielu lat należały do sąsiadów.

Chyba wszyscy doskonale znamy powody rosyjskiej aneksji Krymu. Swego czasu media na bieżąco relacjonowały to, co dzieje się na Ukrainie. Pamiętamy, że poprzedni rząd Polski był w tę sprawę bardzo silnie zaangażowany. Krew lejąca się strumieniami na ulicach Kijowa w dniach 18-20 lutego 2014 roku nie przeszła bez echa w światowych mediach. Na Rosję nałożono szereg sankcji, które wciąż są utrzymywane w mocy. I gdzieś w tym wszystkim są zwykli ludzie tacy, jak Marianna i Fiodor. Jak zatem mają stworzyć udany związek i zaplanować przyszłość, skoro tak wiele ich dzieli? Jak pogodzić politykę ze zwykłymi sprawami dnia codziennego? Co zrobić, kiedy rozum podpowiada co innego, a serce wypełnione jest najpiękniejszym uczuciem, jakie może dotknąć człowieka? Czy uda im się odnaleźć jakiś złoty środek, żeby móc to wszystko pogodzić i pozbyć się wątpliwości? A może lepiej byłoby się rozstać i mieć święty spokój?


Eskadra rosyjska w Sewastopolu (1846)
autor: Iwan Ajwazowski (1817-1900)

Czytając Krym. Miłość i nienawiść można zastanawiać się, czym tak naprawdę jest ta książka. Oprócz doświadczeń samego Autora, mamy w niej przede wszystkim niełatwą historię Marianny i Fiodora, która opisana jest w formie powieści. Przynamniej ja odniosłam takie wrażenie. W pewnym momencie czytelnik zapomina, że czyta książkę, która powszechnie uznawana jest za reportaż. Można śmiało stwierdzić, że poniekąd jest to powieść obyczajowa napisana na faktach. Przeżycia bohaterów przedstawione są niezwykle realistycznie, ale z drugiej strony nie można się temu dziwić, ponieważ każdy rozdział, każde zdanie i każde słowo to wydarzenia, które wstrząsnęły opinią publiczną na całym świecie. Szczególnie życie Marianny nie należy do najbezpieczniejszych. Kobieta za nic nie chce się poddać, a to jest jednoznaczne z tym, że prędzej czy później może paść ofiarą represji. Jak wszyscy, ona także czuje strach, ale nie cofa się przed podjętymi działaniami. Można odnieść wrażenie, że ten strach jeszcze bardziej ją napędza i dodaje sił do podejmowania kolejnych kroków przeciwko otaczającym ją realiom. Trzeba też pamiętać, że jest rodzina, którą Marianna może również narazić na niebezpieczeństwo.

Aleksander Puszkin (1799-1837)
w pałacu chanów krymskich (1837)
autor: Grigorij Grigoriewicz Chernetsov
(1802-1865)
W książce czytelnik odnajdzie wiele faktów, o których nigdy nie powiedziały media, a które są tak dramatyczne, że czasami aż włos jeży się na głowie. W przypadku każdej wojny niezrozumiałe i przerażające jest to, jak człowiek człowiekowi może zgotować tragiczny los w imię jakichś dziwacznych ideologii albo zasad czy żądzy władzy. Obecnie polskie media zajęte są innymi sprawami, szczególnie tymi pochodzącymi z naszego rodzimego podwórka, więc o konflikcie rosyjsko-ukraińskim mówi się jakby nieco mniej. Nie oznacza to jednak, że tej strasznej wojny tam nie ma. Tam nadal cierpią i giną ludzie. Niemal każdego dnia jakaś rodzina opłakuje stratę kogoś bliskiego. Czy to się kiedyś skończy? Czy ten bezsensowny spór o władzę i dominację pewnego dnia znajdzie swój finał? A jeśli tak, to kto na tym straci, a kto zyska? Kto będzie bardziej cierpiał, a kto wyjdzie z konfliktu bez szwanku?

Podobnie jak nie zakończyła się jeszcze wojna rosyjsko-ukraińska, tak nie skończyła się historia Marianny i Fiodora. Oni wciąż próbują jakoś ułożyć sobie życie na przekór temu, co się wokół nich dzieje. Muszę przyznać, że Maciej Jastrzębski naprawdę zachwycił mnie swoją książką. Z jednej strony stworzył niepowtarzalny dokument, a z drugiej obrazowo opisał historię zwykłych ludzi, którzy próbują iść przez życie pod prąd. O tej publikacji nie można w żadnym razie powiedzieć, że jest to suchy i nudny reportaż. Wręcz przeciwnie. Książka jest pełna życia i ludzkich emocji, które udzielają się także czytelnikowi, pomimo że Polska nie jest w stanie wojny, a my nie musimy uciekać do schronów przed bombardowaniami i świszczącymi nad głowami kulami.

Wielu autorów piszących reportaże stara się poddawać ocenie swoich bohaterów i sytuacje, w jakich się znaleźli. Maciej Jastrzębski tego nie robi. Być może nie chce niczego sugerować czytelnikowi. Wyciąganie wniosków pozostawia nam. Tak więc jeśli chcecie dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda sprawa Ukrainy i jej agresora wdziana oczami zwykłych ludzi, powinniście przeczytać Krym. Miłość i nienawiść.