wtorek, 10 lutego 2015

Greg Archer – “Grace Revealed: a memoir”













Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!




Wydawnictwo: NORLIGHTPRESS
Bedford (USA) 2015



Kiedy 17 września 1939 roku Adolf Hitler (1889-1945) i Józef Stalin (1878-1953) uścisnęli sobie dłonie nad Polską, wówczas bardzo szybko rozpoczęły się masowe deportacje Polaków na Syberię, które w konsekwencji stały się jednym z zasadniczych narzędzi okupacyjnej polityki sowieckiej. Polityka ta miała na celu dokonanie czystek etnicznych oraz zagładę polskich elit politycznych, gospodarczych i intelektualnych. Identyczne cele przyświecały III Rzeszy, która w tamtym okresie była przecież oddanym sojusznikiem Związku Radzieckiego. Tak więc w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja Polaków zamieszkujących ziemie, które po 17 września 1939 roku zostały zaanektowane przez Związek Sowiecki. Deportacja dotyczyła w głównej mierze polskich oficerów, służby leśnej, a także ludności cywilnej. Polacy wysiedleni w tym okresie byli wysyłani do Kraju Krasnojarskiego, do Komi, jak również osiedlano ich w takich obwodach, jak irkucki, archangielski i swierdłowski.

Kolejna fala deportacji miała miejsce dwa miesiące później. Było to w kwietniu 1940 roku. Objęła ona wówczas przedstawicieli polskich elit (urzędników, sędziów, nauczycieli) oraz członków rodzin, które zostały deportowane w lutym 1940 roku. Były to rodziny polskich oficerów, którzy bestialsko zostali zamordowani w Katyniu wiosną 1940 roku. Tym razem głównym miejscem zesłania okazał się Kazachstan. Z kolei w czerwcu 1940 roku wywózki na Syberię objęły przede wszystkim Polaków ze środkowej i zachodniej Polski, którzy po wybuchu wojny szukali schronienia na Kresach przed nazistami. Wśród tych osób byli też Polacy pochodzenia żydowskiego. Trafiali oni głównie do obwodu archangielskiego oraz do Autonomicznej Republiki Komi, a także na tereny na wschód od Uralu.

W maju 1941 roku władze Związku Sowieckiego zdecydowały, że należy podjąć dalsze „oczyszczanie” wschodnich ziem Rzeczypospolitej, dlatego też 22 maja 1941 roku rozpoczęła się następna masowa deportacja, natomiast miesiąc później wysiedlano obywateli państw nadbałtyckich, które rok wcześniej zostały wcielone do Związku Sowieckiego. Wśród tych ludzi byli także Polacy. W nocy z 19 na 20 czerwca 1941 roku (na dwie doby przed atakiem nazistów na Sowietów) rozpoczęła się masowa wywózka Polaków osiedlonych na terenach tak zwanej Zachodniej Białorusi. Niemniej, nie przeprowadzono jej do końca z powodu wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej. Tak więc część transportów utknęła w dniu 22 czerwca 1941 roku i nie dotarła na miejsce swojego przeznaczenia.


Rysunek przedstawia sowieckich żołnierzy zabierających Polaków do syberyjskich
obozów pracy.
Autor nieznany
Źródło: The Sikorski Polish Club, Glasgow, Scotland


Przez niemalże dwa lata tak zwanej pierwszej sowieckiej okupacji, czyli w latach 1939-1941, na Syberię zostało zesłanych kilkakrotnie więcej Polaków, aniżeli przez prawie dwieście lat rosyjskiej dominacji nad Polską przed 1917 rokiem. W latach 1939-1941 w głąb Syberii zsyłani byli polscy obywatele bez względu na ich narodowość. Zdecydowaną większość, bo osiemdziesiąt procent stanowili Polacy. Byli też Ukraińcy, Żydzi, Białorusini oraz Litwini, posiadający polskie obywatelstwo. Śmiertelność wśród zesłańców była w tym okresie o wiele większa niż za carskiej Rosji. Mówi się, że sięgała ona nawet dwudziestu pięciu procent deportowanych osób. Dramatyczna i niezwykle męcząca droga deportowanych zaczynała się już w chwili, gdy NKWD nachodziło ich domy, a sowieccy żołnierze dawali tym ludziom kilkanaście minut na spakowanie swojego dobytku. Potem rozpoczynał się trwający kilkadziesiąt dni transport na Syberię. Ludzie niczym śledzie w słoiku tłoczyli się w bydlęcych wagonach przy mrozie, który sięgał pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Często miejscem ich przeznaczenia był zaśnieżony step bądź tajga, a śmiertelność rosła z powodu morderczej pracy w kopalniach złota, niklu, węgla czy uranu. Nie należy też zapominać o katorżniczej pracy przy wycince lasów.

Tyle o historii. Teraz skupmy się na samej książce. Grace Revealed: a memoir to niezwykle przejmująca literatura faktu, w której Autor próbuje rozprawić się z traumatyczną przeszłością swojej rodziny. Dziadkowie Grega Archera – Jadwiga i Jacenty Migutowie – znaleźli się w pierwszej grupie wysiedleńców. Koszmar ich rodziny rozpoczął się 10 lutego 1940 roku. Sowieci dali im jedynie trzydzieści minut na to, aby mogli spakować najpotrzebniejsze rzeczy, a potem pozostała już tylko dramatyczna podróż w nieznane naznaczona bólem, cierpieniem i przede wszystkim niewyobrażalnym lękiem o siebie i o najbliższych. Zapchano ich do bydlęcych wagonów, gdzie na pryczach czy walizkach trzeba było leżeć lub siedzieć bez zmiany ubrania nawet przez kilka dni. Z kolei dzieci pozbawione świeżego powietrza, ruchu i należytego pożywienia zaczynały poważnie chorować. Zestresowani i zmęczeni ludzie wytwarzali wokół siebie atmosferę nie do zniesienia, natomiast żołnierze NKWD stali tuż obok, wygrażając bronią i ordynarnie ubliżając.


Rysunek przedstawia warunki w barakach w jednym z sowieckich obozów
pracy gdzieś na północy. 
Source: The Sikorski Polish Club, Glasgow, Scotland 


Grace Revealed: a memoir to także swego rodzaju pomnik, który Autor wystawił rodzinie, aby upamiętnić tamte tragiczne wydarzenia. Niektórzy twierdzą, że traumatyczne rodzinne przeżycia nawet sprzed kilkudziesięciu lat mogą poważnie odbić się na kolejnych pokoleniach, które nie miały z owymi wydarzeniami nic wspólnego. Ta książka jest tego doskonałym przykładem. Wynika z niej bowiem, że problem deportacji bliskich w głąb Syberii tkwił w psychice Autora od bardzo dawna. W końcu nadszedł odpowiedni moment, poprzedzony „znakami”, aby wreszcie te uczucia ujrzały światło dzienne w postaci książki. Praktycznie każde słowo, każde zdanie stanowi głęboką więź emocjonalną Autora z bliskimi, szczególnie z babcią Jadwigą, która okazała się być naprawdę odważną kobietą. W obliczu ogromnego zagrożenia życia nie tylko swojego, ale też jej męża i dzieci, nie poddała się, lecz bohatersko stawiała czoła okrutnej rzeczywistości, do końca zachowując własną godność.

W 2012 roku Greg Archer odwiedził Polskę i udał się do miejsca, gdzie tak naprawdę wszystko się zaczęło. Była to podkarpacka wieś Łąka koło Rzeszowa. To właśnie tam w kościele pod wezwaniem świętego Onufrego poznali się dziadkowie Grega Archera. Byli wówczas dziećmi i musiało minąć jeszcze wiele lat, aby ta znajomość przerodziła się w coś poważniejszego. Dziadek Autora – Jacenty Migut – pochodził z sąsiedniej wsi – Łukawiec. Niemniej, przysięgę małżeńską złożyli w kościele, w którym się poznali. Potem urodził im się syn Ted, a następnie kolejne dzieci: Mary, Janina, Joe, Stanley, John i Bronia. Po jakimś czasie Migutowie przenieśli się do wsi Liczkowce niedaleko Tarnopola (dzisiejsza Ukraina). Było to dość ryzykowne, ponieważ wówczas te tereny, choć należały do Polski, to jednak znajdowały się zbyt blisko granicy ze Związkiem Sowieckim. Żyło im się tam naprawdę dobrze. To wybuch wojny i w konsekwencji masowe deportacje w głąb Syberii sprawiły, że rodzina przeżyła koszmar, zanim znów mogła spokojnie żyć, lecz już w innym miejscu. Ale zanim to się stało trzeba było w jakiś sposób pogodzić się z utratą bliskich.

Książka Grega Archera jest z jednej strony swoistym dokumentem ukazującym dramat tamtych czasów, natomiast z drugiej strony to hołd złożony przez Autora swojej rodzinie. Czytając tę książkę czytelnik zadaje sobie szereg trudnych pytań. Dlaczego tak się stało? Z jakiego powodu ci niewinni ludzie musieli tak bardzo cierpieć? Czy wojna była nieunikniona? Co kierowało okupantami, że zgotowali tak okrutny los setkom tysięcy ludzi? To są pytania, na które chyba nie znajdziemy właściwej odpowiedzi. Owszem, historycy mają swoje zdanie na ten temat, ale tutaj bardziej chodzi o takie zwykłe ludzkie wytłumaczenie faktów, których raczej zrozumieć się nie da.

Kościół pod wezwaniem św. Onufrego we wsi Łąka koło Rzeszowa. 
To tutaj dziadkowie Autora spotkali się po raz pierwszy.
fot. Czczysuav Peplynsky


Greg Archer w swojej książce pokazuje, jak gdyby dwa oblicza dramatu wojny i masowych deportacji. Z jednej strony są to zacytowane autentyczne wspomnienia tych, którzy przeżyli, natomiast z drugiej Autor odkrywa przed czytelnikiem swoje własne emocje, dzięki czemu jest on w stanie lepiej poznać samego Grega Archera, który ukazuje tajniki nie tylko swojej pracy zawodowej, ale też po trosze również prywatnego życia. Niekiedy Autor czyni to w sposób niezwykle humorystyczny, na przykład opowiadając o swoim pobycie w Polsce i usilnych próbach porozumiewania się z Polakami, których spotykał na swojej drodze. Oczywiście wszystko to kręci się wokół stalinowskiej zbrodni sprzed lat. Czytając tę książkę możemy także wzbogacić swoją wiedzę historyczną odnośnie polityki Józefa Stalina i jego współpracowników. Całość urozmaicają rysunki i fotografie.

Mam wielką nadzieję, że któregoś dnia Grace Revealed: a memoir zostanie przetłumaczona na język polski, ponieważ tego typu książki wciąż są potrzebne i powinny docierać do każdego kraju na świecie. To nic, że czasy się zmieniły. To nic, że niektórym wojna wydaje się czymś abstrakcyjnym i nierealnym. To nic, że dzisiejsze konflikty zbrojne wyglądają zgoła inaczej niż kiedyś. Każdemu pokoleniu potrzebna jest pamięć o ludziach, którym zabrano wszystko, co najcenniejsze. Lecz mimo to ludzie ci nigdy nie stracili własnej godności. Tego bowiem żaden okupant odebrać im nie mógł i nie potrafił.

Dzisiaj mija 75 lat od tamtych tragicznych wydarzeń. Pamiętajmy zatem o tych którzy przeżyli i o tych, którym nie dane było doczekać końca wojny i ułożyć sobie życia na nowo w innym, bezpiecznym miejscu.


Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o masowych deportacjach, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o książce, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz kupić książkę, kliknij tutaj.
Jeśli chcesz przeczytać tę recenzję po angielsku, kliknij tutaj.
If you want to read this review in English, please click here.










niedziela, 8 lutego 2015

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Szukaj mnie wśród lawendy. Zofia” # 2





Recenzja przedpremierowa!

Premiera książki 25.02.2015









Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2015





Gdyby można było cofnąć czas i spróbować zmienić niektóre rzeczy w życiu, to zapewne wielu z nas chętnie skorzystałoby z tej okazji i bez wahania wróciłoby do przeszłości, aby móc naprawić to, czego obecnie zmienić już się nie da. Ludzie praktycznie od zawsze popełniali wszelkiego rodzaju błędy, których skutki zmuszeni byli nieść ze sobą nawet do końca swojego życia. Pal licho, jeśli negatywne konsekwencje naszych wyborów dotyczą tylko i wyłącznie nas samych. Przecież to nasze błędy i jakoś damy sobie z nimi radę. Zaciśniemy zęby i będziemy nadal żyć tak, jak potrafimy najlepiej. Gorzej natomiast, jeżeli efekty naszych przeszłych działań bezpośrednio uderzają w tych, którzy są dla nas ważni i których kochamy albo odbijają się na nich rykoszetem. Czasami jednak zdarza się, że kłamstwo może być swego rodzaju parasolem ochronnym, który człowiek rozpościera nad swoimi bliskimi, jednocześnie sprawiając, że żyją oni w błogiej nieświadomości przez długie lata. Jednakże czy takie postępowanie naprawdę stanowi wyjście z sytuacji, którą wykreowaliśmy sobie wiele lat wcześniej? Kogo faktycznie chronimy? Naszych bliskich? A może siebie samych, tylko nie mamy odwagi, aby móc się do tego przyznać?

Wydawałoby się, że Zofia Faber to szczęśliwa żona i matka. Mieszka w Warszawie, czyli w mieście, które generalnie uchodzi za takie z perspektywami do rozwoju. Ma dwójkę nastoletnich i całkiem udanych dzieci. Ma też męża, który prowadzi świetnie prosperującą firmę informatyczną. Adam Faber tak naprawdę doskonale spełnił się w swoim zawodzie. Robi to, co kocha i co sprawia mu przyjemność; na brak klientów nie narzeka, bo przecież za każdym kolejnym zleceniem idą niemałe pieniądze. Jednak mimo to coś w jego życiu nie funkcjonuje tak, jak powinno. Wygląda na to, że z jednej strony taki stan rzeczy go przytłacza i przypuszczalnie chciałby się uwolnić od tej niekomfortowej sytuacji, natomiast z drugiej można odnieść wrażenie, że mężczyzna boi się jakichkolwiek zmian i życia w zgodzie z samym sobą. Dlaczego tak się dzieje? Co takiego sprawia, że dorosły facet nie potrafi podjąć jednej męskiej decyzji, aby wreszcie móc swobodnie egzystować? A może to tylko z boku tak wygląda? Może Adam Faber wcale nie czuje się nieszczęśliwy? Przecież ma kochającą i piękną żonę, z którą doczekał się dwójki wspaniałych, choć czasami nieznośnych, dzieci.

Każdy, kto czytał pierwszą część chorwackiej trylogii pod tytułem Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna, ten zdążył już przyjrzeć się rodzinie Faberów. Pamiętacie, jakie wtedy sprawiali wrażenie? Otóż, wyglądało na to, że stanowią naprawdę zgodną i szczęśliwą familię. To nie Zofia, a jej dwie siostry – Zuzanna i Gabriela – mogły w oczach czytelnika uchodzić za kobiety, za którymi ciągną się poważne życiowe problemy, a tych za nic nie da się rozwiązać. Okazuje się jednak, że pozory mylą, a szczególnie, jeśli chodzi o historie kreowane przez Agnieszkę Lingas-Łoniewską. Tutaj nigdy nic nie jest proste, natomiast wszelkiego rodzaju dylematy pojawiają się zazwyczaj tam, gdzie czytelnik najmniej się ich spodziewa.


Korčula - górzysta wyspa u wybrzeży Chorwacji położona w Dalmacji Południowej. 
To tutaj Zofia Faber udała się, aby podjąć decyzję, od której będzie zależeć 
nie tylko jej dalsze życie, ale też tych, którzy są dla niej ważni. 
fot. Artur Borowski

Szesnaście lat wcześniej w życiu Zofii – wtedy jeszcze Skotnickiej – pojawił się pewien nieziemsko przystojny informatyk o sportowych zainteresowaniach. Nazywał się Maksymilian Krall i bynajmniej nie uchodził za grzecznego chłopca. No ale który męski bohater stworzony przez Autorkę jest grzeczny? Żaden. Każdy z nich ma coś na sumieniu. Jeden mniej, drugi więcej, lecz nigdy nie jest tak, żebyśmy na kartach powieści spotkali bohatera na wskroś kryształowego. Otóż, wspomniany Maks Krall od pierwszego wejrzenia zakochał się w Zosi, a i ona odwzajemniła mu się tym samym. Niestety, ich szczęście nie trwało zbyt długo, bo oto pewnego dnia Maks jednym ostrym cięciem przerwał ten związek i po prostu zniknął z życia Zofi. Rozpłynął się niczym kamfora. Można by przypuszczać, że w życiu panny Skotnickiej w ogóle nie zagrzał miejsca. Dlaczego tak się stało? Czy to Zofia zawiniła? Co takiego zrobiła, że Maks nagle przestał ją kochać? A może to wcale nie była jej wina? Może powód zniknięcia młodego Kralla był znacznie poważniejszy niż wydaje się na pierwszy rzut oka?

Mija szesnaście długich lat. Jak wiadomo Zosia zdążyła jakoś ułożyć sobie życie. Wspomnienie Maksa Kralla już tak bardzo nie boli, jak niegdyś. I nagle wszystko to, nad czym przez ten czas tak usilnie pracowała, aby tylko nie zwariować z tęsknoty i bólu, rozsypuje się niczym domek z kart. Oto bowiem któregoś dnia w drzwiach warszawskiego mieszkania Zofii Faber staje… Maks Krall, mężczyzna z przeszłości, o którym kobieta nigdy tak naprawdę nie zapomniała. Jak teraz potoczy się ich życie? Czy będą w stanie stawić czoła demonom przeszłości i temu, co jeszcze przed nimi? Czy Zofia jest gotowa na to, aby odejść od męża i zafundować dzieciom życie w rozbitej rodzinie? A może Maks wcale nie zjawił się w jej życiu po to, żeby do niej wrócić? Może kierują nim zupełnie inne powody?

Drugi tom trylogii Szukaj mnie wśród lawendy to opowieść nie tylko o utraconej przed laty miłości i rozpaczliwej próbie jej odzyskania, ale przede wszystkim jest to historia, w której na pierwszy plan wysuwają się skomplikowane relacje międzyludzkie. Z jednej strony czytelnik obserwuje i niekiedy nawet zazdrości tego, w jaki sposób trzy siostry potrafią czytać wzajemnie w swoich myślach, dzięki czemu w każdej chwili mogą liczyć na pomoc. Z kolei z drugiej strony mamy przeszłość i decyzje, które na tamten moment wydawały się słuszne, lecz w miarę upływu lat ich skutki stały się jedynie balastem, który bez względu na wszystko należało dźwigać. Poszczególni bohaterowie dokonywali i nadal dokonują trudnych wyborów, a te bynajmniej nie są wolne od skrajnych emocji. W związku z tym pojawia się również pytanie: Czy jest jeszcze jakakolwiek szansa na zmianę i zaznanie spokoju?  


Frankfurt nad Menem - widok z okna mieszkania Maksa Kralla. 
fot. Mirek Łoniewski


Generalnie Agnieszka Lingas-Łoniewska w swoich powieściach ogromną wagę przywiązuje do miłości i przyjaźni. Nie jest zatem inaczej również w przypadku Zofii. O miłości już wspomniałam, natomiast przyjaźń ma tutaj, jak gdyby dwa wymiary. Pierwszy to ten pomiędzy siostrami, które oprócz tego, że łączy je siostrzana miłość, dodatkowo są dla siebie nawzajem oddanymi przyjaciółkami. Drugi wymiar to oczywiście prawdziwa męska przyjaźń, której nawet popełnione błędy nie są w stanie zniszczyć. Ta relacja działa, jak gdyby na zasadzie wzajemnego zrozumienia i w pewnym sensie wczuwania się w sytuację kumpla. Odczuwana momentami niechęć również nie prowadzi do unicestwienia przyjaźni trwającej od wielu lat. Bohaterowie zdają sobie bowiem sprawę, że sami także nie postępowali w swoim życiu fair wobec innych, więc nie mają prawa do oceny i pouczania. Owszem, służą pomocą, ale podjęcie ostatecznej decyzji pozostawiają tym, których dana sprawa bezpośrednio dotyczy.

Czym zatem okaże się Zofia dla czytelnika, który po nią sięgnie? Na pewno będzie to powieść pełna znaków zapytania i nierozwiązanych tajemnic. Będzie to także opowieść wypełniona po brzegi emocjami różnego kalibru. Praktycznie od chwili ponownego pojawienia się Maksa Kralla w życiu Zofii, czytelnik będzie zastanawiał się, co też takiego skłoniło tego mężczyznę do oddania meczu walkowerem. Bo przecież tak można określić sytuację, która miała miejsce szesnaście lat wcześniej. Ponadto Autorka porusza problem tolerancji, a właściwie jej braku. Jest to temat bardzo aktualny i należy się nad nim głęboko zastanowić. Nie powinno się też zapominać o miłości rodzicielskiej, która pomimo problemów dorosłych wcale nie schodzi na dalszy plan. Dzieci do samego końca są tutaj chronione, a bohaterowie robią wszystko, aby nastolatkowie jak najmniej odczuli tę niekomfortową sytuację.

Jak widać tej psychologii jest w Zofii całkiem sporo i jeśli czytelnik nie skupi swojej uwagi jedynie na wątku romansowym, to na pewno ją dostrzeże. Książki Agnieszki Lingas-Łoniewskiej zawsze posiadają jakieś drugie dno, które wyłania się pomiędzy wierszami i wyłącznie od indywidualnych spostrzeżeń czytelnika zależy, w jaki sposób je odbierze i zdefiniuje.

Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko zaprosić Was w emocjonalną podróż pomiędzy Warszawą, Wrocławiem, Frankfurtem nad Menem i oczywiście malowniczą Dalmacją Południową. Mam nadzieję, że ta podróż jeszcze długo po przeczytaniu książki będzie tkwić w Waszych umysłach, co sprawi, że z niecierpliwością będziecie wyczekiwać kolejnego – trzeciego i zarazem ostatniego – tomu trylogii zatytułowanego Szukaj mnie wśród lawendy. Gabriela.





Za książkę serdecznie dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu






______________________________

* Obydwie fotografie pochodzą z bloga Autorki [klik].





piątek, 6 lutego 2015

Zawsze pociągał mnie hollywoodzki przemysł filmowy...






ROZMOWA Z MICHELLE CHYDZIK SOWĄ



Michelle Chydzik Sowa jest producentką filmową. Pochodzi z polskiej rodziny, której historia sięga czasów drugiej wojny światowej. Jest odpowiedzialna za powstanie takich filmów, jak: „Pretty Man, czyli chłopak do wynajęcia” (2005), „Miłosna układanka” (2007), „Moja wielka grecka wycieczka” (2009), „Inhale” (2010) oraz „Gry małżeńskie” (2012). Obecnie pracuje nad adaptacją filmową powieści Alyson Richman zatytułowanej „Wojenna narzeczona”. Wraz z rodziną mieszka w Stanach Zjednoczonych.


Agnes A. Rose: Michelle, jestem ogromnie zaszczycona, że mogę gościć Cię na swoim blogu i porozmawiać z Tobą. Przede wszystkim chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o Twojej pracy. Co sprawiło, że zostałaś producentką filmową?

reżyseria: Clare Kilner
Michelle Chydzik Sowa: Uwielbiam opowiadać historie i jak wielu ludzi dorastałam w miłości do filmów. Wychowywałam się w Londynie, ale zawsze pociągał mnie hollywoodzki przemysł filmowy. Od młodych lat byliśmy zafascynowani kinem klasycznym i złotą erą Hollywood. Zawsze wydawało mi się to magiczne.

Agnes A. Rose: Czy pamiętasz swoją pierwszą filmową produkcję? Jak to się zaczęło?

Michelle Chydzik Sowa: Swoją pierwszą prawdziwą pracę w przemyśle filmowym dostałam w wytwórni Paramount Pictures, kiedy zatrudnił mnie Fred Gallo, który wtedy był szefem produkcji. Fred zrobił wspaniałą karierę, pracując nad takimi filmami, jak: „Annie Hall”, „Ojciec chrzestny” i „Rocky”. To było w połowie lat 90. XX wieku. Sherry Lansing była prezesem, a John Goldwyn – wnuk legendarnego producenta filmowego Samuela Goldwyna – został moim szefem. John był genialny i naprawdę rozumiał wiele aspektów dotyczących robienia filmów. Od tych osób nauczyłam się bardzo dużo. Gdy nadarzyła się okazja, aby móc wyprodukować swój pierwszy film – „Pretty Man, czyli chłopak do wynajęcia” – Gary Goeztman, wspólnik Toma Hanksa w Playtone, podchodził do tego krytycznie. Jestem niebywale wdzięczna tym życzliwym ludziom, którzy użyczyli mi profesjonalnego wsparcia. Bez nich nie zrobiłabym kariery.

Agnes A. Rose: Czy mogłabyś powiedzieć nam, w jaki sposób wybierasz swoje projekty?

Michelle Chydzik Sowa: Każdy projekt posiada swoją własną drogę. Czasami, jest oparty na oryginalnym pomyśle lub scenariuszu, czasami jest to adaptacja filmowa książki, a niekiedy powstaje na podstawie prawdziwej historii.

Agnes A. Rose: Myślę, że jeśli chodzi o pracę, to do tej pory bardzo wiele osiągnęłaś. Z których filmów jesteś najbardziej dumna?

Michelle Chydzik Sowa: Moje filmy są niczym dzieci. Kocham je wszystkie i dostrzegam każdą z ich mocnych i słabych stron.

reżyseria: Tom Vaughan
Agnes A. Rose: Zapewne na co dzień pracujesz ze świetnymi aktorami. Kto jest Twoim ulubieńcem i z kim chciałabyś pracować przy produkcji kolejnego filmu?

Michelle Chydzik Sowa: Jestem wdzięczna za to, że miałam naprawdę szczęście, jeśli chodzi o aktorów, z którymi pracowałam. Wśród tych najlepszych są: Amy Adams, której pierwsze podejście było tak dobre, że zwykliśmy nazywać ją Niepowtarzalna Amy, Diane Kruger, James McAvoy, Benedict Cumberbatch i Dominic Cooper. Mam zrealizować niewielki film z Jane Seymour, z którą kiedyś pracowałam i którą podziwiam. Jane posiada jakieś polskie korzenie, podobnie jak Diane Kruger, która jest skromna i niezwykle utalentowana.

Agnes A. Rose: Czy myślisz, że od czasu, kiedy zaczynałaś swoją pracę zmieniło się coś w przemyśle filmowym?

Michelle Chydzik Sowa: Wszystko się zmieniło. Era cyfrowa ma wpływ na każdy element tego procesu. To ekscytujący okres. Jestem zwolenniczką tych zmian.

Agnes A. Rose: Czy kiedykolwiek myślałaś o tym, aby zrezygnować z tworzenia filmów i zacząć grać? 

Michelle Chydzik Sowa: Nie.

Agnes A. Rose: Wiem, że teraz pracujesz nad filmową adaptacją książki „Wojenna narzeczona” autorstwa Alyson Richman. Jestem pewna, że czytałaś tę powieść. Co o niej sądzisz? Jakiego rodzaju emocje towarzyszyły Ci podczas lektury?

Michelle Chydzik Sowa: Nie potrafiłam odłożyć tej książki. Alyson jest jedną z najlepszych pisarek naszych czasów. Musiałam dowiedzieć się, co stało się z Lenką i Josefem. Zagubiam się w ich świecie i w ich historii miłosnej.

Agnes A. Rose: Bardzo interesuje mnie praca nad adaptacją filmową „Wojennej narzeczonej”. Czy mogłabyś nam o niej opowiedzieć?

reżyseria: Donald Petrie
Michelle Chydzik Sowa: Praca Relativity Studios nad filmową wersją książki idzie do przodu. Scenariusz, który pisze Marc Klein, jest kluczem do zrobienia doskonałej adaptacji tej wspaniałej książki. Marc udał się do Czech i Polski, aby móc prześledzić etapy życia naszej bohaterki. Z niecierpliwością czekamy na kręcenie filmu w Pradze.

Agnes A. Rose: Czy realizacja „Wojennej narzeczonej” jest dla Ciebie większym wyzwaniem, niż Twoje poprzednie filmy?

Michelle Chydzik Sowa: Mój wspólnik, Jeff Waxman, i ja czujemy moralny obowiązek, aby dobrze opowiedzieć tę historię, niemniej wszystkie produkcje na swój sposób są wyzwaniami.

Agnes A. Rose: Jakie jest Twoje największe marzenie jako producentki filmowej? Czy jest coś, nad czym chciałabyś pracować w najbliższej przyszłości?

Michelle Chydzik Sowa: Moim największym marzeniem jako producentki jest to, aby era cyfrowa przyczyniła się do łatwiejszego pozyskiwania środków finansowych, żebym dzięki temu mogła zrealizować dużo więcej filmów. Uwielbiam filmy epickie. Uwielbiam ten okres. W dzieciństwie fascynował mnie „Doktor Żywago”. Chciałabym, aby powstawało więcej filmów w tym klimacie. 

Agnes A. Rose: Czy zdecydowałabyś się na zrobienie adaptacji filmowej, jeśli pewnego dnia jakaś bardzo interesująca powieść znanego polskiego autora trafiłaby w Twoje ręce? Przypuśćmy, że ta książka została wydana w Ameryce kilka lat temu. Co powinien zrobić polski autor, aby zwrócić Twoją uwagę na swoją powieść?

Michelle Chydzik Sowa: Powiadom autora, aby wysłał mi swoją książkę. Wszystko zaczyna się od jakości materiału. Miejmy nadzieję, że środki finansowe dotyczące projektu pomogą w realizacji filmu.

Agnes A. Rose: Jakiego rodzaju literaturę preferujesz? Masz swoich ulubionych autorów albo powieści?

Michelle Chydzik Sowa: Posiadam rozległe zainteresowania. Moi nieocenieni mistrzowie literaccy to William Szekspir, Lew Tołstoj, Henryk Sienkiewicz, Aleksander Dumas, Jane Austen, Umberto Eco i F. Scott Fitzgerald. Moimi ulubionymi autorami piszącymi dla dzieci są Enid Blyton, Roadl Dahl i J.K. Rowling. Wśród naszych współczesnych autorów, których uwielbiam są Paulo Coehlo i Alyson Richman. Książki Alyson zabierają mnie w podróż po całym świecie i przez różne okresy historyczne. Wiem, że jej popularność jako pisarki będzie rosnąć, ponieważ inni odkrywają jej ogromny talent. Mam również swoich ulubionych pisarzy, którzy tworzą romanse i thrillery. Zawsze podobała mi się poezja; moimi ulubieńcami są Rudyard Kipling, T.S. Elliott i Emily Brontë.

reżyseria: Dermont Mulroney
Agnes A. Rose: Porozmawiajmy przez chwilę o Twojej rodzinie. Jak wspomniałam wyżej, jej historia sięga czasów drugiej wojny światowej. Czy mogłabyś nam trochę o niej opowiedzieć? Co się wtedy wydarzyło?

Michelle Chydzik Sowa: Moja babcia została wysiedlona na Syberię na początku wojny, a kiedy Związek Radziecki dołączył do aliantów, ona wraz z innymi polskimi więźniami przedostała się do Afryki Północnej i dołączyła do Polskich Sił Zbrojnych. Była w Palestynie, Egipcie oraz brała udział w bitwie pod Monte Cassino, zanim po wojnie zamieszkała w Anglii, mając nadzieję na powrót do Polski.  

Agnes A. Rose: Czy często odwiedzasz Polskę? Co najbardziej Ci się w Polsce podoba?

Michelle Chydzik Sowa: Chcielibyśmy częściej odwiedzać Polskę, jednakże wolę przyjeżdżać w lecie niż w zimie. Życie w Kalifornii sprawiło, że jestem wrażliwa na zmianę pogodny. Uwielbiam Stare Miasto w Warszawie i Kraków. Te miejsca przenoszą mnie do innej epoki i czuję się tam bardzo komfortowo. Uwielbiam też las. Kiedy odwiedziłam miejsce urodzenia Fryderyka Szopena, czułam się jak w domu. W tej okolicy jest coś takiego, co przemawia do mojej duszy. Najprawdopodobniej tkwi to w moim DNA. Mój mąż jest pierwszym pokoleniem urodzonym w Ameryce, a jego rodzice pochodzą z małego miasteczka Stary Nart, które chcielibyśmy odwiedzać częściej. 

Agnes A. Rose: Michelle, bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę. Jestem bardzo szczęśliwa, że zgodziłaś się wziąć w niej udział. Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze w dalszej pracy twórczej. Czy jest coś, co chciałabyś jeszcze dodać?

Michelle Chydzik Sowa: Tak, bardzo podoba mi się IDA. Mam nadzieję, że zdobędzie Oscara. Polska posiada ogromny dorobek w dziedzinie kinematografii, który z pewnością będzie kontynuować. Dziękuję za czas poświęcony na zadanie pytań. To sprawiło, że bardzo głęboko zastanowiłam się nad swoją pracą.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here




środa, 4 lutego 2015

Noah Gordon – „Medicus z Saragossy”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2010
Tytuł oryginału: The Last Jew
Przekład: Barbara Korzon




Według niektórych źródeł historycznych w piętnastowiecznej Hiszpanii żyło około trzystu tysięcy Żydów. Była to relatywnie zamożna i silna społeczność, a sama Hiszpania w tamtym okresie stała się największym w Europie skupiskiem ludności pochodzenia żydowskiego. Niemniej, już niedługo wszystko miało ulec radykalnej zmianie, ponieważ czas Żydów w tym kraju powoli zmierzał ku końcowi. Hiszpania miała bowiem już wkrótce pójść śladem pozostałych państw chrześcijańskich zachodniej Europy.

W 1492 roku Hiszpanie zdobyli Grenadę, która uchodziła za ostatnią twierdzę muzułmańską na Półwyspie Iberyjskim. Był to zwycięski koniec hiszpańskiej rekonkwisty. W tym samym czasie nastąpiło przymusowe wysiedlenie Arabów z Półwyspu Iberyjskiego. Lecz nie tylko ich wyrzucono z Hiszpanii. Otóż, w dniu 31 marca 1492 roku w Granadzie wydano edykt, na mocy którego wszyscy Żydzi bez wyjątku mieli do 31 lipca opuścić kraj albo nawrócić się na wiarę chrześcijańską i przyjąć chrzest. Było to niezwykle trudne, ponieważ ktoś, kto od dziecka, a wręcz od pokoleń, wychowywany był w wyznaniu Mojżeszowym nie mógł tak łatwo zmienić wiary. Dlatego też pierwszą myślą, jaka przychodziła tym ludziom do głowy była zmiana miejsca zamieszkania. Pytanie tylko, gdzie się osiedlić, aby znów poczuć się bezpiecznie? W tej sytuacji Żydzi głównie udawali się do Nawarry, Portugalii, niektórych włoskich państewek, Afryki Północnej, Turcji, a nawet przybywali do Polski.

Znaczna większość Żydów opuszczających Hiszpanię kierowała się w stronę Portugalii. Wjeżdżając na teren tego kraju każdy z nich zmuszony był zapłacić okup należny za prawo zamieszkania w tym państwie. Niemniej, bardzo szybko, bo już w 1497 roku Hiszpania wymogła na Portugalii wysiedlenie Żydów. Ci, którzy mimo wszystko chcieli pozostać, musieli natychmiast przyjąć chrzest. W roku 1498 ludność żydowska została wypędzona z Nawarry. Bardzo podobny los spotkał także tych, którzy schronili się w Królestwie Neapolu. Z tych samych powodów w 1511 roku musieli opuszczać jego tereny i wyruszać w dalszą drogę, aby znów tułać się po świecie.

Kopia edyktu z Alhambry wydanego
31 marca 1492 roku przez hiszpańską 
parę królwską.
Państwa katolickie w Europie zachodniej były niezwykle wrogo nastawione do przybywających tam Żydów. W 1496 roku cesarz Maksymilian I Habsburg (1459-1519) wyrzucił Żydów ze wszystkich swoich dziedzicznych państw. W północnej części Europy ożywienie religijne wywołane przez kontrreformację katolicką skutkowało wieloma antyżydowskimi psychozami. W tej sytuacji ludność żydowska w znacznej mierze zwracała swoją uwagę na kraje muzułmańskie. Wielu z nich osiedliło się w Maroku, skąd ruszali dalej wzdłuż wybrzeży Afryki Północnej, kierując się w stronę imperium osmańskiego. Z kolei Turkom osmańskim nieznane były uprzedzenia wobec Żydów, które żywili chrześcijanie i muzułmanie. Turcy bardzo chętnie witali w swoich progach przybywających tam Żydów, którzy wzbogacali ich kraj w swoje liczne umiejętności, na przykład w dziedzinie medycyny czy techniki. We wszystkich miastach, na których terenie osiedlali się Żydzi, następowała odbudowa zniszczonej gospodarki i kultury. Wszędzie rozwijał się także handel, natomiast Saloniki bardzo szybko stały się najważniejszym portem handlowym we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego.

Hiszpańscy kaznodzieje żydowscy charakteryzowali się wysokim oraz poprawnym wykształceniem, również jeśli chodziło o nauki typowo świeckie. Potrafili oni publicznie nauczać przed ludźmi wykształconymi w hiszpańskiej i włoskiej mowie. Wywierali bardzo silny wpływ na społeczności żydowskie w państwach, w granicach których chronili się wysiedleni hiszpańscy Żydzi. Bieg tychże wydarzeń wiązał się przede wszystkim z oddziaływaniem czynników o charakterze politycznym. Wysiedlenie Żydów z Hiszpanii i Portugalii spowodowało powstanie nowych ośrodków sefardyjskich na terenie wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Wygnańcy nie mieli łatwego życia. Wielu z nich udało się do Włoch, inni trafili do Maroka, Turcji czy Egiptu. Określano ich hebrajską nazwą „sefardim”, które to określenie pochodziło od hebrajskiej nazwy Hiszpanii – Sefarad. Do nowych krajów przywieźli ze sobą własny język i kulturę. Byli biegli w dziedzinie medycyny i techniki, znali się także na kupiectwie i handlu. W każdym miejscu, gdzie się osiedlali, wywierali bardzo silny wpływ na życie i kulturę tubylców. Zachowywali swoją własną odrębność oraz tradycje religijne. Zakładali też własne synagogi, zwane „sefardyjskimi”. Używali swojego rodzimego języka żydowsko-hiszpańskiego.

Żydzi, którzy zdecydowali się na pozostanie w Hiszpanii i Portugalii musieli przyjąć chrzest oraz zasady nowej i narzuconej siłą wiary. Byli pogardliwie nazywani „marranos”, czyli po prostu „świnie”. Wstydzili się własnych żydowskich korzeni i bardzo często nawet przez pokolenia utrzymywali w sekrecie swoją żydowską tożsamość. Niemniej, nierzadko szukali możliwości powrotu i wolności w kwestii praktykowania swojego wyznania i obyczajów. Emigrowali więc i zakładali nowe żydowskie skupiska w Londynie, Hamburgu, Amsterdamie i Nowym Jorku. Od XVII wieku Żydzi odgrywali tam znaczącą rolę w rozwoju banków i handlu. Stworzyli fundament późniejszych i często największych oraz najlepiej funkcjonujących społeczności żydowskich. Byli też tytularnymi chrześcijanami, którzy na skutek swoich umiejętności i majątku zyskiwali sympatię, a także znaczne wpływy wśród najwyższych warstw ówczesnego społeczeństwa. W miarę upływu czasu zaczęli wywierać nacisk na umożliwienie Żydom wolności wyznania.  


Kierunki emigracji ludności żydowskiej po wygnaniu z Hiszpanii i Portugalii. 


Pogrom hiszpańskich Żydów za czasów panowania Izabeli Kastylijskiej (1451-1504) oraz jej męża – Ferdynanda Aragońskiego (1452-1516) stanowi tło historyczne powieści Noah Gordona. W związku z tym powyżej nakreśliłam ten problem, żeby czytelnik miał ogólne pojęcie o tamtych trudnych czasach inkwizycji. Głównym bohaterem książki jest Jonasz Toledano. Jest on synem znanego w całym Toledo złotnika o imieniu Chilkiasz. Wyroby starego Toledano są naprawdę przepiękne i cieszą swoim widokiem oczy wielu ludzi. Chilkiasz wykonuje je na zamówienie, a wśród jego klientów są nawet przedstawiciele wyższych warstw społecznych. Rzemieślnik ma trzech synów, z których jeden to właśnie wspomniany wyżej Jonasz. Chłopak uczy się przy ojcu swojego fachu i zapewne kiedyś obejmie po nim warsztat. Niestety, już niedługo życie rodziny Jonasza diametralnie się zmieni, a to za sprawą coraz bardziej rozszerzającej się hiszpańskiej inkwizycji wymierzonej w „niewiernych”.

Pewnego dnia jeden z braci Jonasza – Meir – zostaje brutalnie zamordowany i dodatkowo obrabowany. To wydarzenie bardzo mocno odbija się na rodzinie Jonasza i jednocześnie stanowi początek prześladowań. Wreszcie nadchodzi dzień, kiedy Żydów zamieszkujących w Toledo, jak i w całej Hiszpanii, po prostu morduje się przez spalenie żywcem na stosie. Oczywiście niektórzy posłuchali rozporządzenia i albo uciekli z Toledo, albo nawrócili się na wiarę chrześcijańską i przyjęli chrzest. Ale czy to coś pomoże? Czy wysocy przedstawiciele Kościoła katolickiego zostawią ich w spokoju? Przecież w nich jest tak wiele nienawiści do ludności żydowskiej i pozostałych innowierców, że naprawdę trudno uwierzyć w to, aby nawet przechrztom dali spokój. Na placach co chwilę płoną stosy, a niewyobrażalne wrzaski skazańców zagłuszane są przez krzyki wiwatującego tłumu, który jak gdyby cieszył się z tego, że niewierni tracą życie w tak dramatycznych okolicznościach. Do tego dochodzą jeszcze brutalne tortury, podczas których praktycznie każdy przyznaje się do rzekomej winy.

Thomàs Torquemada (1420-1498);
pierwszy wielki hiszpański inkwizytor 
Na rodzinę Jonasza także przychodzi czas. Otóż, którejś nocy dom chłopaka zostaje zaatakowany. Stary rzemieślnik Chilkiasz ginie z rąk rozwścieczonych inkwizytorów. Jakimś cudem tylko Jonaszowi udaje się uciec. Nie wiadomo, co tak naprawdę stało się z jego drugim bratem. Czy zginął wraz z ojcem? A może jemu również udało się zbiec i uniknąć śmierci? Od tej pory Jonasz będzie musiał radzić sobie sam. Będzie zmuszony podróżować od jednego miejsca do drugiego i mieć oczy dookoła głowy, ponieważ inkwizytorzy nie śpią i w każdej chwili któryś z nich może stanąć na jego drodze, jak na przykład pewien zawistny dominikanin, którego najważniejszym życiowym celem jest wymordowanie wszystkich Żydów bez wyjątku. W dodatku trzeba również wiedzieć komu można ufać, bo licho nie śpi, a donos w każdej chwili może wpłynąć tam, gdzie trzeba.

Podczas swoich licznych podróży Jonasz Toledano będzie narażony na szereg niebezpieczeństw, ale też znajdzie wielu przyjaciół, którzy się nim zaopiekują, nie pytając o nic. Będzie zdobywał nowe umiejętności, dzięki którym nie będzie przymierał głodem. Z drugiej strony jednak, chłopak będzie też zmuszony wyrzec się wielu rzeczy, które do tej pory stanowiły fundament jego istnienia i tożsamości. Czy aby przeżyć Jonasz odejdzie od judaizmu? Czy porzuci wyznawaną dotychczas wiarę, aby tylko móc zachować życie? Czy zacznie chodzić do kościoła i aktywnie uczestniczyć w chrześcijańskich nabożeństwach? Niestety, Jonasz nigdzie tak naprawdę nie będzie mógł zagrzać miejsca na dłużej. Wszędzie będzie czuł oddech hiszpańskiej inkwizycji. Taka sytuacja może wręcz doprowadzić do obłędu. Życie w ciągłym strachu nie prowadzi przecież do niczego dobrego.

Noah Gordon w swojej powieści stworzył bohatera, któremu czytelnik towarzyszy przez wiele lat jego życia. Na naszych oczach Jonasz Toledano zmienia się z młodego chłopaka w dojrzałego mężczyznę. Doświadczenia, których nabywa na poszczególnych etapach swojego życia sprawiają, że stopniowo zaczyna inaczej postrzegać swoją egzystencję i świat, który go otacza. Zmienia się hierarchia jego wartości. Ale jest też coś, co wciąż zaprząta mu myśli. To chęć zemsty na inkwizytorach. Jonasz nie może pogodzić się z brutalnym morderstwem ojca i braci. On doskonale wie, dlaczego tak się stało. Wie, że nie chodzi tylko o kwestię wiary. Pod tym wszystkim kryło się coś znacznie poważniejszego. I właśnie dlatego Jonasz musi dokonać zemsty na winnych jego tragedii. Czy mu się to uda? Czy w końcu spotka się oko w oko ze swoimi prześladowcami? Kto zwycięży w tej konfrontacji? A może to los go wyręczy i sam wymierzy sprawiedliwość, żeby Jonasz nie musiał plamić swoich rąk krwią wroga?

Najnowsze wydanie książki
z 2014 roku.
Medicus z Saragossy to pierwsza powieść Noah Gordona, jaką przeczytałam. Do tej pory znałam tego Autora jedynie ze słyszenia, natomiast nigdy nie miałam przyjemności sięgnąć po którąś z jego powieści, choć jest to praktycznie klasyka. Moim zdaniem książka jest po prostu niesamowita! Czytałam ją jednym tchem. Przygody, które na poszczególnych etapach swojego życia przeżywa główny bohater potrafią wciągnąć czytelnika bez reszty. Kiedy wydaje się, że tak naprawdę dla Jonasza nie ma już ratunku i skończy tak, jak jego współwyznawcy, natychmiast następuje przedziwny zwrot akcji i wszystko ulega zmianie. Wygląda to tak, jakby ktoś nad naszym bohaterem czuwał i chronił go od samego początku.

Postać Jonasza Toledano to także cała galeria rozmaitych emocji. W zależności od sytuacji, w jakiej aktualnie się znajduje, towarzyszą mu inne uczucia. Tym, co wysuwa się na pierwszy plan jest samotność. Fakt, że gdzieś obok są przyjaciele, niczego tak naprawdę nie zmienia. Przecież oni też znajdują się w niebezpieczeństwie. Kłamstwa i ukrywanie prawdy mogą naprawdę ciążyć i nie pozwalać spać spokojnie. Jonasz wciąż szuka swojego miejsca na ziemi, ale jakoś nie potrafi tego zrobić. A może jeszcze nie przyszedł na to czas? Może trzeba poczekać i znaleźć kogoś, kto nie zostawi bez względu na okoliczności? Może to właśnie Saragossa, do której ostatecznie trafi, stanie się dla niego bezpiecznym azylem, gdzie będzie mógł spokojnie żyć?

Fabuła powieści toczy się dość szybko, natomiast Autor nie rozmyśla długo nad jednym tematem, bo tak naprawdę nie ma na to czasu. Wraz z Jonaszem trzeba ruszać w dalszą podróż i poznawać nowych ludzi oraz ich obyczaje. Medicus z Saragossy to dokonała lektura nie tylko dla wielbicieli powieści historycznych, ale także dla tych, którzy chcieliby się co nieco dowiedzieć o średniowiecznej medycynie, czyli jak i czym wówczas leczono rozmaite schorzenia. Wiadomo, że jest to tylko beletrystyka historyczna, więc na jakieś naukowe wywody nie ma tutaj miejsca, ale mimo to podstawowe kwestie w tym temacie są poruszone dość wyraźnie.

Przede mną kolejna powieść Noah Gordona. Mam nadzieję, że wciągnie mnie ona równie mocno, jak Medicus z Saragossy, a moje wrażenia po lekturze okażą się tak samo pozytywne, jak w tym przypadku.



Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu









poniedziałek, 2 lutego 2015

Dorota Ponińska – „Podróż po miłość. Emilia” # 1












Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2013



Leć zwinna duszo, ruszaj w podróż dziwną,
leć ku morzu znaczeń, boś perłą jest cenną.

Dżalal ad-Din ar-Rumi
tłum. Albert Kwiatkowski




Melwana Dżalaluddin Rumi urodził się 30 września 1207 roku w Balchu, czyli mieście należącym do prowincji Chorasan znajdującej się w Azji Środkowej i leżącym na terenie takich państw, jak: Iran, Afganistan, Tadżykistan, Turkmenistan oraz Uzbekistan. Ojciec Rumiego był nauczycielem i kaznodzieją, natomiast dziad sławnym uczonym. Z kolei matka poety spokrewniona była w władcami Chorezmu – krainy historycznej położonej nad rzeką Amu-daria w dzisiejszym Uzbekistanie. Kiedy Rumi był jeszcze dzieckiem, jego rodzice opuścili Balch, ponieważ obawiali się zbliżających się wojsk Dżyngis Chana (1155 lub 1162-1227). Udali się zatem na zachód do Anatolii – historycznej krainy wchodzącej w skład dzisiejszej Turcji i leżącej na półwyspie Azji Mniejszej. Ostatecznie przywędrowali do Konyi, gdzie postanowili osiedlić się na stałe. Ojciec Rumiego podjął tam pracę nauczyciela w medresie, gdzie wykładał nauki islamu. Dżalaluddin uczył się pod jego kierunkiem, natomiast po jego śmierci zajął miejsce swojego rodziciela.

W tym samym czasie Rumi zaczął poważnie interesować się sufizmem. Jego geniusz dotyczący mistycznych rozważań wyraźnie objawił się po spotkaniu z Szamsuddinem Tabrizu (1185-1248). Było to w 1244 roku. To właśnie za przyczyną Szamsuddina w sercu Rumiego zaczął płonąć ogień mistycznej miłości, co dodatkowo pobudziło wyobraźnię poety. Jego wybitny talent do dziś stanowi drogę sufich w dążeniu do Jedności z Umiłowanym. Szams z Tabrizu posiadał niezwykle ekspansywną osobowość i ogromną siłę ducha. Pomiędzy nim a Rumim nawiązała się zadziwiająco silna więź duchowa, co ze szkodą odbiło się na rodzinie poety, a także na jego uczniach i przyjaciołach. Rumi całe dnie spędzał na medytacjach i rozmowach z Szamsem. Intensywność tych uczuć sprawiła, że zaczął uważać Szamsa za kreatora boskiej miłości.

Dżalal ad-Din ar-Rumi (1207-1273)
Najważniejszym punktem przekazu Rumiego było wyobrażenie, iż miłość stanowi moc, która inspiruje wszechświat. Z kolei właściwie rozumiany wszechświat jest harmonijną całością, której poszczególne elementy są ze sobą wzajemnie powiązane przy pomocy miłości skupiającej się na Bogu. Istota ludzka stworzona jako część tej kształtnej całości, a właściwie jako jej uwieńczenie, może osiągnąć nie tylko wewnętrzną harmonię, ale także harmonię z wszechświatem, jedynie wówczas, gdy nauczy się kochać Boga. Miłość zaprowadzi go nie tylko do miłości bliźniego, lecz do miłości całego boskiego stworzenia.

Zarówno dla Rumiego, jak również dla wszystkich sufich zbliżanie się do Boga stanowi drogę ku prawdziwemu spełnieniu się w życiu. Nieprzeciętne piękno odzwierciedlania tejże prawdy w poezji w znacznej mierze przyczyniło się do jego ogromnej popularności. Z identyczną dokładnością Rumi opisywał radość z bliskości Boga oraz smutek powodowany oddaleniem się od Niego. Rumi – podobnie jak inni suficcy poeci – przedstawia Boga jako Umiłowanego, natomiast duszę człowieka definiuje jako poszukującą swojego oblubieńca, czyli Boga. Dżalal ad-Din ar-Rumi z całą pewnością był mistrzem uchwycenia, zrozumienia oraz przedstawienia powagi doświadczeń człowieka, który oddalił się i utracił Boga.

Postać Rumiego i jego życie opisywane przez syna poety to tak naprawdę jedynie tło fabuły debiutanckiej powieści Doroty Ponińskiej. Nie można jednak przejść obojętnie obok wydarzeń, które miały miejsce w średniowieczu i dotyczyły tego wybitnego perskiego mistyka. Stanowią one, jak gdyby ogniwo łączące dwie epoki: średniowiecze i romantyzm. Z drugiej strony jednak można śmiało rzec, iż na pierwszy plan wysuwa się tutaj dwudziestoletnia bohaterka o imieniu Emilia, która wydawałoby się, że prowadzi naprawdę ustabilizowane życie. Mamy bowiem rok 1842. Polski praktycznie w ogóle nie ma, ponieważ została rozszarpana przez zaborców, zaś skutki powstania listopadowego wciąż są dotkliwie odczuwane. Wszystko, co polskie i związane z literaturą oraz sztuką znalazło swoje schronienie we Francji. Natomiast Paryż to miejsce, gdzie rozwija się polskość. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście także Turcja.

Ludwika Śniadecka (1802-1866)
Polska działaczka w Turcji w okresie zaborów.
Akwarela autorstwa S. Prószyńskiego;
portret powstał około 1825 roku.
Niemniej, Emilia Konarska w tym wszystkim czynnie nie uczestniczy, ponieważ zaszyła się w klasztorze. To za jego murami znalazła bezpieczeństwo i schronienie przed światem. Dziewczyna jest tuż przed ostatecznymi ślubami, zaś matka przełożona ma wobec niej niezwykle poważne plany. Choć surowa klasztorna reguła znacząco ogranicza jej swobodę, to jednak Emilia wcale się nie skarży. Chyba uważa, że tak właśnie musi być. W powstaniu listopadowym straciła ojca, a przynajmniej sądzi, że zginął, natomiast matka na skutek rozmaitych tragicznych wydarzeń, również zmarła. Co zatem innego pozostało Emilii, jak tylko poświęcić swoje życie Bogu?

Kiedy Emilii wydaje się, że tak naprawdę w jej zakonnym życiu już nic się nie zmieni, wówczas zupełnie nieoczekiwanie w klasztorze pojawia się Tatar, który twierdzi, że ojciec dziewczyny jednak nie poniósł śmierci w powstaniu. On żyje, lecz przebywa w niewoli i potrzebuje pomocy z zewnątrz, aby móc się stamtąd wydostać. Ponieważ miłość do ojca przesłania Emilii wszystko, dziewczyna nie zastanawia się długo nad podjęciem dalszych kroków. Za przyzwoleniem matki przełożonej opuszcza klasztorne mury z nadzieją na rychły powrót. Ona pragnie jedynie wydostać ojca z niewoli, a potem powrócić do zakonnego życia i zrealizować plany swojej przełożonej. Czy faktycznie tak się stanie? Czy przeznaczeniem Emilii Konarskiej naprawdę jest życie w zamknięciu za klasztornymi murami? Co takiego zgotował jej los? Czy wizyta Selima Achmatowicza była przypadkowa? A może to los zesłał go, aby Emilia dzięki temu zrozumiała, co jest jej prawdziwym powołaniem? 

Michał Czajkowski (1804-1886)
Emigracyjny działacz niepodległościowy
w Turcji; założyciel Adampola -
polskiej osady w okolicach Stambułu.
Oprócz szeregu wydarzeń i przygód, których doświadczają poszczególni bohaterowie powieści, czytelnik wyraźnie dostrzega mieszanie się wzajemnie dwóch kultur, czyli zachodniej-chrześcijańskiej i wschodniej-muzułmańskiej. W tym przypadku islam oparty na nauce Rumiego jest wyznaniem, które charakteryzuje przede wszystkim miłość, a więc jest to wiara przyjazna drugiemu człowiekowi, dzięki czemu zostaje zniesionych wiele barier. Tak naprawdę liczy się tylko miłość, która potrafi zdziałać cuda. To uczucie jest najważniejsze zarówno w kontekście wydarzeń rozgrywających się w epoce średniowiecza i mających związek z Rumim, jak i w odniesieniu do sytuacji istniejącej w wieku XIX, kiedy żyje Emilia Konarska i zmaga się ze swoimi życiowymi problemami.

Z uwagi na to, iż sporo miejsca Autorka poświęca kulturze Wschodu, czytelnik ma okazję poznać zwyczaje i sposób życia ludzi wyznających islam. Oprócz postaci fikcyjnych, na kartach książki spotykamy również postacie typowo historyczne. Wśród nich są nie tylko wspomniani już Rumi i jego przyjaciel Szams z Tabrizu, ale też Ludwika Śniadecka czy Michał Czajkowski. Jest także mowa o Adamie Mickiewiczu (1798-1855), czy też o angielskiej królowej Wiktorii (1819-1901). W związku z tym należy również wspomnieć o wątku brytyjskim, który Dorota Ponińska wprowadziła do fabuły powieści celem jej urozmaicenia.

Przyznam, że trudno było mi oderwać się od tej książki. Podczas czytania odniosłam wrażenie, jak gdyby Autorka przeniosła mnie do jakiejś baśniowej krainy, w której życie toczy się według własnych zasad, a bohaterowie niby są nam znani z historii, a jednak zupełnie do nich niepodobni. Otacza ich jakiś trudny do zidentyfikowania klimat. Kiedyś czytałam doskonałą książkę adresowaną do młodzieży autorstwa niemieckiej pisarki – Antonii Michaelis. Powieść nosiła tytuł Tygrysi księżyc. Jest to typowa baśń z elementami kultury Wschodu. Nie mogłam więc oprzeć się wrażeniu, że pomiędzy dziełem Doroty Ponińskiej a książką Antonii Michaelis można byłoby postawić znak równości, choć obydwie powieści różnią się fabułą i kreacją bohaterów. Łączy je natomiast ten szczególny klimat, który potrafi zdziałać naprawdę cuda w życiu czytelnika.

Moim zdaniem trylogia Podróż po miłość to swego rodzaju powiew świeżości na polskim rynku wydawniczym i generalnie wśród twórczości naszych rodzimych autorów. Jest do doskonała lektura dla tych, którzy lubią powieści obyczajowe z historią w tle, a także dla czytelników preferujących sagi rodzinne. Jeśli natomiast bliski jest komuś klimat taki lekko baśniowy, to oczywiście powinien sięgnąć po Emilię. Przede mną kolejny tom trylogii i mam nadzieję, że wywrze na mnie równie pozytywne wrażenie.



Za książkę serdecznie dziękuję Autorce