sobota, 10 maja 2014

Victoria Holt – „Klątwa królów”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: The Curse of the Kings
Przekład: Zofia Dąbrowska





Egipt (Arabska Republika Egiptu) to państwo położone w północno-wschodniej części Afryki z półwyspem Synaj w zachodniej Azji. Polakom Egipt najczęściej kojarzy się z kurortami wypoczynkowymi, gdzie można spędzić naprawdę niezapomniane wakacje. Rozmawiając bądź pisząc o historii tego „gorącego” państwa przeważnie skupiamy się na epoce starożytnej, kiedy to po egipskiej ziemi chodzili władcy zwani faraonami. Według starych legend, pierwszymi królami Egiptu były postacie czczone potem jako popularni egipscy bogowie. Tak naprawdę nie wiadomo czy tak było w istocie, ponieważ nie udało się odkryć żadnych historycznych źródeł na ten temat. Przez ponad trzy tysiące lat w Egipcie panowało przynajmniej 170 królów, w tym również kilka kobiet, które same mianowały siebie „królem Egiptu”. Władza faraona przyjmowała charakter świecko-religijny. Oprócz tego, że faraon sprawował rządy nad państwem, pełnił także funkcję kapłana, czyli jedynego i prawdziwego kapłana i namiestnika bogów na Ziemi. Faraon przyjmował postać boską w trakcie koronacji. Była to ceremonia wymyślona przez Egipcjan.

Największy autorytet i władzę nad ludem miał faraon za czasów Starego Państwa[1], szczególnie za panowania IV dynastii. Kwestia religijna rządów przyczyniała się do wzmacniania władzy nad ludem. Przejawiało się to tym, iż robotnicy z wielkim zapałem i oddaniem pracowali przy budowie piramid, gdyż wiedzieli, że splendor, w jakim faraon będzie odchodził z tego świata, zapewni zbawienie oraz nieśmiertelność całemu ludowi. Król osobiście odprawiał wszelkie ceremonie i rytuały w świątyni, szczególnie podczas świąt. Oprócz pełnienia obowiązków mających związek z religijnymi obrzędami, faraon brał też czynny udział w życiu świeckim swojego kraju. Poddani mieli dość dobry kontakt ze swoim królem, czego przejawem był fakt, iż faraon bardzo często widywany był w czasie różnych uroczystości oraz imprez o charakterze świeckim. Widywano go także jak podróżuje łodzią po wodach Nilu. Trzeba było jednak bardzo uważać, aby nie doprowadzić do spoufalenia się z faraonem, gdyż obowiązywała zasada nietykalności króla. Kto z poddanych ośmielił się ją naruszyć w jakikolwiek sposób, tego spotykała sroga kara, a nawet śmierć. Reguły tej swoistej etykiety dotyczyły także zwracania się do faraona. Należało bowiem mówić o nim w trzeciej osobie, używając jednocześnie określenia „Jego Majestat”.

W starożytnym Egipcie faraon stanowił uosobienie tak zwanego „maat”, czyli „porządku wszystkich rzeczy”. Był to rodzaj zwyczajowego prawa, jakie obowiązywało mieszkańców państwa. W oczach społeczeństwa król był wzorem wszelkich cnót, chodzącą doskonałością, czyli jednym słowem stanowił ideał, a przynajmniej w ten sposób go kreowano. Z kolei w sztuce przedstawiano faraonów według zasad przyjętego kanonu. Ich zbyt wyidealizowane wizerunki miały ukazywać cały majestat oraz dostojeństwo osoby faraona.

W okresie Średniego i Nowego Państwa[2] boskość faraona znacznie zmalała. Ludzie najprawdopodobniej zdali sobie wreszcie sprawę z istnienia własnej nieśmiertelnej duszy, której zbawienie wcale nie zależało od zbawienia duszy ich władcy. W związku z tym arystokraci i dostojnicy nie wznosili już swoich grobowców w królewskiej nekropolii w pobliżu sarkofagu faraona, oraz nie popierali w tak bezkrytyczny sposób wszystkich jego działań. Od tej pory to faraon musiał zabiegać o względy kapłanów i arystokratów. Jeżeli nie był wystarczająco sprytny, wówczas jego władza słabła, natomiast w skrajnych przypadkach dochodziło wręcz do obalenia jego rządów.


Piramida Cheopsa
fotografia pochodzi z XIX wieku


Z uwagi na swoją bogatą historię starożytną, Egipt od wieków uznawany jest za kopalnię wiedzy o faraonach i tym samym stanowi doskonałą przynętę dla archeologów. Mało tego, wielu pisarzy również sięga po tę historyczno-egzotyczną tematykę, umiejscawiając swoich bohaterów w kraju faraonów.

Victoria Holt znana była z tego, że na kartach swoich powieści (szczególnie tych wiktoriańskich) przenosiła bohaterów do krajów, które charakteryzuje swoista egzotyka, jak Hongkong, wyspa Cejlon, czy chociażby Indie. Jak zapewne domyślacie się po moim przydługim wstępie historycznym, w tym przypadku mamy do czynienia z Egiptem. To właśnie do tego kraju wysyła nas Autorka wraz ze swoimi bohaterami. Zanim jednak wyruszymy w podróż, zatrzymajmy się na chwilę w małym angielskim miasteczku o nazwie St Erno’s, gdzie na plebanii wychowuje się Judyta Osmond (z ang. Judith Osmond). Dziewczyna nigdy nie poznała swoich rodziców, natomiast wychowujące ją kobiety spokrewnione z miejscowym pastorem uparcie twierdzą, że matka Judyty zginęła w katastrofie pociągu. W St Erno’s mieszka również dwie dość wpływowe rodziny. To Traversowie i Bodreanowie. Ci pierwsi zajmują rezydencję o nazwie Giza House, zaś ci drudzy mieszkają w Keverall Court. Głowy obydwu rodzin bardzo aktywnie interesują się wszelkiego rodzaju wykopaliskami prowadzonymi na terenie Egiptu. Sir Edward Travers jest archeologiem, zaś sir Ralph Bodrean finansuje każdą jego wyprawę. Poza tym, syn sir Edwarda również jest po studiach archeologicznych i towarzyszy ojcu w każdej podróży do Egiptu. Takich amatorów wrażeń archeologicznych jest w obydwu rodzinach całkiem sporo. Oczywiście należy wziąć pod uwagę mężczyzn, bo kobiety nawet, jeśli interesują się tego rodzaju nauką, to z uwagi na panujące konwenanse charakterystyczne dla epoki wiktoriańskiej, nie mogą czynnie uczestniczyć w tychże podróżach i prowadzić badań nad starożytnym Egiptem i jego władcami. Owszem, mężczyźni pozwalają im czytać książki na ten temat, ale na tym w głównej mierze się kończy.

Kiedy Judyta ma czternaście lat odkrywa w sobie ogromne zamiłowanie do archeologii. Zupełnie przypadkiem na cmentarzu, podczas wykopywania grobu dla jednego ze zmarłych właśnie mieszkańców miasteczka, dziewczyna odnajduje jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, który tkwił w ziemi przez lata, a może nawet przez wieki. Zaintrygowana swoim niespodziewanym odkryciem, natychmiast biegnie do Keverall Court, aby u sir Ralpha znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytania odnośnie swojego „skarbu”. I tak oto zaczyna się jej przygoda z archeologią. Sir Ralph proponuje jej uczestniczenie w lekcjach, które odbywają się w jego domu. Judyta miałaby uczyć się tam razem z jego dziećmi.

Wyd. AKAPIT
Łódź 1993
tytuł oryginału: The Curse of the Kings
tłum. Krystyna Kamińska
Trzeba wiedzieć też, że Judyta nie zalicza się do tych spokojnych i posłusznych dzieci. Jest niezwykle szczera w swoich wypowiedziach, a do tego jeszcze pragnie zdobytą wiedzę teoretyczną obrócić w czyn. Czasami nawet nie potrafi przemyśleć konsekwencji swoich pochopnych działań. I tak któregoś dnia podczas zabawy, której jest prowodyrką i która wywołuje nieprzewidziane negatywne skutki, dziewczyna poznaje starszego od niej Teobalda Traversa (z ang. Tybalt Travers), który jest synem sir Edwarda. Ich pierwsze i dość nieprzyjemne spotkanie sprawia, że Judyta zakochuje się bez pamięci w młodym Traversie, choć on wydaje się zupełnie jej nie zauważać.

Mijają lata. Podczas jednej z wypraw do Egiptu niespodziewanie umiera sir Edward Travers, a niedługo po nim ducha Bogu oddaje również sir Ralph Bodrean. Ponieważ obydwaj mieli swój udział w badaniach archeologicznych na terenie Egiptu, ludzie są przekonani, że dosięgła ich klątwa faraonów, których spokój zakłócali, odkopując ich sarkofagi. Panuje bowiem powszechne przekonanie, że starożytni królowie Egiptu nie życzą sobie, aby ktokolwiek naruszał ich ziemskie szczątki. Czy postronni obserwatorzy prac wykopaliskowych prowadzonych przez ekipę sir Edwarda Traversa istotnie mają rację? Czyżby faktycznie któryś z faraonów rzucił klątwę na tych, którzy zakłócają mu spokój? Czy śmierć to jedyny powód, aby zaprzestać prac archeologicznych? A może za tym wszystkim kryje się zwyczajny ludzki czynnik, zaś nie klątwa rzucona z zaświatów?

Wydaje się jednak, że pasja granicząca wręcz z obsesją jest znacznie silniejsza, aniżeli jakakolwiek prawdziwa czy wyimaginowana klątwa. Syn sir Edwarda pragnie za wszelką cenę kontynuować pracę swojego ojca i niedługo po jego śmierci przygotowuje kolejną wyprawę do Egiptu. Tym razem w podróż zabiera ze sobą również Judytę, która w międzyczasie zdążyła już zostać lady Travers. Jak zatem potoczą się dalsze losy naszych bohaterów? Czy uda im się uniknąć śmierci z powodu rzekomej (a może prawdziwej) klątwy faraonów? Co lub kto czeka na nich w Egipcie? Dlaczego Judyta tak nagle poślubiła mężczyznę, który przez lata nie zwracał na nią najmniejszej uwagi? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź, czytając Klątwę królów.

A teraz kilka słów o moich wrażeniach po lekturze. O ile fabuła powieści nie jest zła, a wątek kryminalny całkiem dobrze skonstruowany i dopasowany do epoki wiktoriańskiej, to niestety bardzo mocno zgrzytało mi w polskim tłumaczeniu tej powieści. Możliwe, że moje wrażenia w tej kwestii są odosobnione z racji wykonywanego zawodu, ale nie umiałam powstrzymać się od myśli, że przecież język powieści w niektórych momentach jest nieadekwatny do epoki, w której dzieje się akcja książki. Nie czytałam wersji oryginalnej, więc może się mylę. Może faktycznie to Victoria Holt zawiniła na tym polu. Niemniej biorąc pod uwagę inne powieści tej Autorki, a przeczytałam ich całkiem sporo, takie anomalia w przekładzie dostrzegam po raz pierwszy.

Klątwa królów została również wydana jako Zemsta faraonów. Trzeba przyznać, że Victoria Holt dość dobrze utrzymała klimat dziewiętnastowiecznego Egiptu, wprowadzając także elementy powieści gotyckiej. Pojawiają się tutaj jakieś bliżej nieznane tajemnicze postacie, które po pewnym czasie nieoczekiwanie znikają i ślad po nich ginie. Również sama główna bohaterka w którymś momencie znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Padają rozmaite podejrzenia, lecz nie wszystkie znajdują swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Książka na pewno należy do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, lecz obawiam się, że raczej nie zainteresuje czytelników preferujących nowości albo omijających epokę wiktoriańską szerokim łukiem. Powieści Victorii Holt nie są też łatwe w zdobyciu, ponieważ moda na ich czytanie już dawno minęła. W dodatku mogą one także błędnie kojarzyć się z tanimi romansami historycznymi. Przyznam, że gdybym miała stworzyć kiedyś powieść wiktoriańską, to wzorowałabym się właśnie na Victorii Holt, ponieważ jej warsztat jest bliższy współczesności. Natomiast pisać á la Jane Austen czy Elizabeth Gaskell raczej już nikt nie potrafi.







[1] Stare Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 2675-2170 p.n.e.
[2] Średnie Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu obejmujący lata 2050-1760 p.n.e.; Nowe Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 1570-1070 p.n.e.




czwartek, 8 maja 2014

Linda Gillard – „Muzyka gwiazd”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2014
Tytuł oryginału: Star Gazing
Przekład: Maria Grabska-Ryńska
Seria koronkowa




Aberdeen to miasto położone na północno-wschodnim wybrzeżu Szkocji. Choć miejscowość nie jest zbyt rozległa pod względem terytorium, to jednak oferuje wszystko, czego można sobie zażyczyć. Aberdeen stanowi centrum zarządzania złożami gazu i ropy naftowej z Morza Północnego. Architektura miasta charakteryzuje się budynkami wykonanymi z granitu, dlatego też miejscowość nazywana jest „granitowym miastem”. Turyści są zauroczeni przede wszystkim czystością oraz bezpieczeństwem Aberdeen, z którego bardzo blisko do gór Grampian Highlands, które z kolei wyróżniają się najpiękniejszymi widokami w Szkocji. W pobliżu miasta znajduje się także niezwykle popularna trasa turystyczna – Malt Whisky Trial – zachęcająca do odwiedzenia najlepszych destylarni whisky. 

Niestety, dzieje miasta Aberdeen wcale nie są takie sielankowe, jak mogłoby się wydawać, czytając powyższe zdania. Dzień 6 lipca 1988 roku zapisał się nie tylko w pamięci Szkotów, ale i całego świata jako najbardziej tragiczny w historii miasta, bowiem doszło wówczas do największej katastrofy związanej z wydobywaniem i przetwarzaniem ropy naftowej. Dramat, jaki rozegrał się na platformie wiertniczej o nazwie Piper Alpha kosztował życie 167 ludzi. Platforma należała do firmy Occidental Petroleum i była ona największą platformą wiertniczą na Morzu Północnym. Zbudowana została w roku 1976, natomiast cztery lata później gruntownie ją zmodernizowano, tym samym przystosowując również do produkcji gazu.

Niestety, podczas tych prac poważnie naruszono zasady bezpieczeństwa, zgodnie z którymi poszczególne moduły powinny zostać oddzielone od siebie ogniotrwałymi ścianami oraz należało zlokalizować je tak, aby najbardziej niebezpieczne prace były prowadzone jak najdalej od modułu hotelowego, jak również od centrum dowodzenia platformą. Po przystosowaniu platformy do produkcji gazu, część instalacji umiejscowiono niepokojąco blisko wrażliwych stref, nie wiedząc, że w niedalekiej przyszłości przyjdzie za ten błąd srogo zapłacić.

Ponieważ moim celem jest skupienie się na fabule książki, nie będę szczegółowo wdawać się w harmonogram pracy, którą wykonywano tamtego pamiętnego dnia na platformie. Napiszę jedynie, że w dniu 6 lipca 1988 roku o godzinie 21:57 uruchomiono kompresor A, którego zadaniem było tłoczenie gazu do gazociągu prowadzącego na brzeg. Rankiem tego samego dnia główny zawór kompresora został zdjęty, aby móc przeprowadzić rutynowy przegląd, natomiast jego miejsce zajęła jedynie prowizoryczna zaślepka. Niestety, zawór nie wrócił na swoje miejsce w odpowiednim czasie z powodu przeciągających się prac. Inżynier odpowiedzialny za powrót zaworu na swoje miejsce zaznaczył w odpowiednim dokumencie, że kompresor nie powinien być w żadnym wypadku uruchamiany. Los (a może zwykły pech?) sprawił, że ów dokument zaginął i nigdy nie trafił do inżyniera dyżurnego, który myśląc, że wszystko jest w porządku, zadecydował o uruchomieniu kompresora A. W momencie, gdy kompresor wprawiono w ruch, nastąpiła eksplozja, która zabiła na miejscu wszystkich przebywających w pobliżu. Ponadto wybuch zniszczył ogniotrwałe ściany i spowodował zapłon ropy.

Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy
na platformie wiertniczej Piper Alpha 
w Aberdeen w Szkocji. Na pomniku 
znajdują się także nazwiska wszystkich ofiar.
fot. Lizzie
Akcja ratunkowa odbywała się bez żadnej koordynacji, natomiast ogień zablokował ludziom dostęp do przedziału, gdzie znajdowały się łodzie ratunkowe. Tak więc zgromadzili się oni w ogniotrwałym module hotelowym, oczekując ewakuacji śmigłowcami. Dym i ogień unoszące się nad lądowiskiem uniemożliwiły lądowanie helikopterów. Piper Alpha wyposażona była w automatyczny system gaśniczy, jednak pech sprawił, że tego feralnego dnia został on przełączony na ręczny z powodu podwodnych prac nurków. Potem ktoś zwyczajnie zapomniał przełączyć system z powrotem na automatyczny.

Katastrofę przeżyło tylko 62 ludzi, a wszystkich osób na platformie było 227. Życie uratowali tylko ci, którzy na samym początku desperacko skoczyli z kilkudziesięciu metrów we wzburzone fale morza. Zrobili to, pomimo iż na specjalnym szkoleniu wpojono im, że taki skok to pewne samobójstwo. Życie straciło również dwóch członków załogi jednego ze statków ratowniczych. Ofiary tej tragedii upamiętnia pomnik stojący w parku Hazlehead w Aberdeen.

Właśnie to dramatyczne wydarzenie stanowi tło powieści Muzyka gwiazd. Pomimo że od tamtego dnia minęło już wiele lat, to jednak główna bohaterka – Marianna Fraser – wciąż nie może o nim zapomnieć. Kobieta na platformie Piper Alpha straciła męża. Jak zatem żyć ze świadomością, że ukochana osoba już nigdy nie wróci do domu? Przecież jeszcze tyle było do powiedzenia, naprawienia! Los potrafi być naprawdę okrutny, bo wszak życie Marianny to praktycznie pasmo nieszczęść, chociaż ona sama tak do tego nie podchodzi. To ludzie w taki sposób ją postrzegają i litują się nad nią. Ale ona wcale tego nie chce. Marianna pragnie być traktowana jak każdy inny normalny człowiek. Jej upośledzenie nie powinno być tutaj miarą postrzegania jej osoby. Bo trzeba wiedzieć, że Marianna Fraser różni się od innych ludzi. Ona jest od urodzenia niewidoma. Poznawanie świata opiera się u niej na dotyku i słuchu. O, tak! Marianna ma doskonały słuch. Jej zmysł wykracza poza przeciętność i dotyczy nie tylko codziennego życia, ale przede wszystkim muzyki. Szczególnie muzyki klasycznej.

Marianna Fraser mieszka w Edynburgu z siostrą, z którą generalnie łączą ją poprawne relacje, choć są chwile, kiedy starsza od niej Louisa doprowadza ją do szału. Niemniej Louisie wiele trzeba wybaczyć, bo ona żyje w zupełnie innym świecie. Jej rzeczywistość to przede wszystkim fikcja literacka, ponieważ kobieta jest pisarką tworzącą literaturę wampiryczną. Dlaczego taki gatunek? Bo doskonale się sprzedaje. Nie jest ważne w tym momencie, czego chce sama Louisa. Istotne jest to, czego żąda od niej wydawca i na jakie książki czytelnicy wydają chętnie swoje pieniądze. No cóż… wampiry rządzą!

Tablica upamiętniająca ofiary katastrofy
Pewnego zimowego dnia na schodach swojego domu Marianna spotyka nieznajomego mężczyznę. Oczywiście kobieta nie ma pojęcia kim on jest ani jak wygląda. Słyszy tylko jego głos i wie, że gdyby nie jego pomoc, nie byłoby szans, aby mogła dostać się do domu. Nieznajomy nazywa się Keir Harvey. Jego nazwisko uderza w Mariannę niczym grom z jasnego nieba. Przecież „Harvey” to imię jej zmarłego tragicznie męża! Czyżby ukochany wrócił i teraz będzie się nią opiekował? Czy Keir Harvey to duch pochodzący ze świata zmarłych? A może kobieta zwyczajnie go sobie uroiła i Harvey tak naprawdę nie istnieje? 

Spotkanie tych dwojga nie jest jedyne. Od chwili, kiedy wpadli na siebie po raz pierwszy, spotykają się dość regularnie. A zatem jaki wpływ wywrze na Mariannie ta znajomość? Jak bardzo zmieni się jej dotychczasowe życie? Czy Marianna ma jeszcze szansę na to, aby być szczęśliwą? Czy zasługuje na szczęście? Jak sobie poradzi w nowej sytuacji, zważywszy że jest w pewnym stopniu upośledzona? A może Keir Harvey chce ją wykorzystać? Przecież kobieta i tak go nigdy nie zobaczy, dzięki czemu staje się dla niego łatwym celem.

Gdy patrzymy na okładkę tej książki, pierwsze co nam się nasuwa na myśl, to romans. Tak, ta powieść jest romansem, ale jakże innym od tych, jakie znamy. Na pewno nie znajdziemy tutaj łzawych i egzaltowanych wyznań. To romans dwojga dorosłych ludzi poszarpanych przez życie. Myślę, że Linda Gillard opowiadając tę historię chciała zwrócić uwagę na coś zupełnie innego niż ukazanie jedynie romantycznych chwil z udziałem swoich bohaterów. Moim zdaniem zamiarem Autorki było przede wszystkim pokazanie, że na szczęście nigdy nie jest za późno i każdy na nie zasługuje, bez względu na to kim jest i jakie życie prowadzi. Na bycie szczęśliwym zasługujemy zawsze. I nie jest istotne czy jesteśmy w pełni zdrowi, czy niepełnosprawni. Lecz zanim to nastąpi musimy przejść bardzo wiele wyboistych i ciernistych dróg, bo nic nie przychodzi łatwo.

Marianna Fraser to kobieta, która budzi w czytelniku ogromną sympatię, ale z drugiej strony potrafi też nieźle tego czytelnika zdenerwować. Niektóre jej decyzje sprawiają, że chętnie potrząsnęlibyśmy nią, aby się wreszcie opamiętała. To, co chyba najbardziej zwróciło moją uwagę w postaci głównej bohaterki, to jej dystans do własnej osoby. Pomimo że od urodzenia jest niewidoma, nie robi z tego tragedii. To ludzie, którzy ją otaczają trzęsą się nad nią z niewiadomych powodów. Ona swojej niepełnosprawności tak nie postrzega. Dla niej to normalność, z którą musi sobie radzić, i którą już dawno oswoiła. Marianna nie jest już przecież taka młoda, a lata egzystowania w świecie, który dla większości ludzi jest zupełnie obcy, nauczyły ją patrzeć inaczej na życie.

A jaki jest Keir Harvey? Na pewno ma on wiele wspólnego ze zmarłym mężem Marianny. Być może to właśnie to podobieństwo sprawia, że obydwoje bardzo dobrze czują się w swoim towarzystwie. Mężczyzna pragnie pokazać Mariannie świat, który do tej pory był dla niej niedostępny. Czy mu się to uda? Czy Marianna mu na to pozwoli? Czy mu zaufa?

Tak jak wspomniałam już wyżej, echo katastrofy na Piper Alpha wciąż słychać w tej powieści. Dzieje się tak chociażby dlatego, że główna bohaterka co roku w dniu 6 lipca jeździ do Aberdeen, aby odwiedzić pomnik upamiętniający ofiary. Na pomniku wyryte jest także imię i nazwisko jej męża wraz z jego wiekiem, a miał wtedy tylko 33 lata. Zapytacie zatem, czy książka napisana została na faktach? Nie wiem. W powieści nie znalazłam na ten temat żadnej informacji i chyba tylko sama Autorka wie, dlaczego podjęła się tego tematu. Myślę, że na chwilę obecną, nie znając prawdziwych pobudek, którymi kierowała się Linda Gillard przy pisaniu tej książki, możemy przyjąć, że Harvey Fraser jest swego rodzaju symbolem tamtych tragicznych dla Aberdeen chwil. Jego nazwiskiem, nawet jeśli tylko fikcyjnym, można podpisać każdego z tych 167 ludzi, którzy stracili życie podczas piekła na morzu. Wydaje mi się też, że ta książka jest swego rodzaju hołdem, który Linda Gillard pragnęła złożyć ofiarom katastrofy i ich rodzinom.

Muzyka gwiazd wywarła na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. Już dawno nie czytałam romansu czy powieści obyczajowej, która miałaby w sobie tyle normalności. Autorzy czasami odbierają swoim bohaterom naturalność, wkładając w ich usta słowa, które są jak gdyby oderwane od rzeczywistości. Ta powieść pokazuje bowiem, że prawdziwe emocje można pokazać bez stosowania przesadnej egzaltacji, która bardzo często sprawia, że fabuła książki robi się niesamowicie infantylna. W tym przypadku czytelnik nie znajdzie niczego takiego. A wręcz przeciwnie. Dialogi są napisane wręcz z humorem. Tak więc choć temat niezwykle poważny, to jednak okraszony umiarkowaną dawką humoru, a to wszystko sprawia, że historię tę czyta się z ogromnym zainteresowaniem. W dodatku opowieść o Mariannie Fraser i jej życiu sprawia, że na pewne sprawy możemy zacząć patrzeć zupełnie inaczej. Przecież dzisiaj tak wiele mówi się o niepełnosprawności. A czy traktujemy osoby niepełnosprawne w taki sam sposób, jakby tej niepełnosprawności u nich nie było? Albo w sposób, w jaki ci ludzie chcieliby być traktowani?



 Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu









wtorek, 6 maja 2014

Iny Lorentz – „Róża Asturii”













Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2013
Tytuł oryginału: Die Rose Von Asturien
Przekład: Anna Krochmal & Robert Kędzierski




Asturia to region historyczno-geograficzny i wspólnota autonomiczna oraz prowincja leżąca na terenie Hiszpanii. Jest to także ostatni skrawek państwa Wizygotów (jeden z ludów germańskich), który nie został podbity przez Arabów, dzięki czemu stała się ona punktem oparcia dla chrześcijan w walce z najeźdźcami. Od tego czasu stopniowo zaczęto wypierać Maurów* z zagarniętych przez nich obszarów. Królestwo Asturii wraz z postępami rekonkwisty stopniowo traciło na swoim znaczeniu, ponieważ rozpływało się w większych terytoriach. Początkowo połączone zostało w królestwo z Kantabrią, natomiast po jakimś czasie  w IX wieku – zostało włączone do królestwa Leónu i Kastylii.

Pierwszym królem Asturii został Pelayo, a z czasem ogłoszono go również bohaterem narodowym. Dlaczego? Otóż ma to związek z pewną bitwą, która zmieniła bieg historii Półwyspu Iberyjskiego. Trzeba wiedzieć, że miejscowość Covadonga, gdzie rozegrała się pamiętna bitwa, to dla Hiszpanów taki sam symbol jak dla Polaków Grunwald czy dla Anglików Hastings. W 722 roku wizygocki arystokrata o imieniu Pelayo albo jak kto woli Pelagiusz, wraz z garstką trzydziestu żołnierzy stawił opór tysięcznym wojskom arabskim. Według tradycji w zwycięstwie chrześcijan nad muzułmanami swój udział miała sama Matka Boża, która rzekomo ukazała się Pelagiuszowi, natomiast w trakcie bitwy miała sprawić, że strzały wrogów odbijały się od okolicznych skał i wracały do nich niczym bumerang, niosąc ze sobą śmierć. Historycy nie podzielają bynajmniej tej wersji wydarzeń, lecz zwracają uwagę na zwykłą potyczkę pomiędzy Pelayem a niewielką grupą Maurów. Muzułmanie najprawdopodobniej nie byli na tyle zdeterminowani, aby za wszelką cenę chcieć przełamać opór Wizygotów. Poza tym – zdaniem historyków – Pielagiuszem nie kierowały w żadnej mierze jakiekolwiek polityczne pobudki, a jedynie niechęć do płacenia podatków. Nic zatem dziwnego, że dla ludności wierzącej w ową legendę o cudownym zwycięstwie pierwszego króla Asturii, grota, gdzie przyszły monarcha znalazł schronienie stała się miejscem pielgrzymek Hiszpanów. Dodatkowo do tego miejsca przyciąga kaplica i figura Matki Bożej, zaś poniżej groty wypływa ze skały aż siedem źródeł. Legenda głosi, że kobieta, która napije się z nich wody, może liczyć na szybkie zamążpójście. Pierwszą stolicą Asturii była leżąca niedaleko Covadongi miejscowość o nazwie Cangas de Onís. Jest to miejsce warte odwiedzenia, chociażby z uwagi na wygięty w łuk tak zwany „most rzymski”, który zbudowano w XIII wieku. Kolejną stolicą zostało Oviedo.



Most rzymski w Cangas de Onís


 To tyle, jeśli chodzi o zarys historyczny dziejów Asturii. Przejdźmy teraz do fabuły powieści autorstwa niemieckiego duetu pisarzy tworzących pod pseudonimem Iny Lorentz. Otóż, w Asturii władzę w swoim hrabstwie sprawuje surowy i bezwzględny Roderich. Rzecz dzieje się za czasów panowania króla Silo, który rządził Asturią w latach 774-783. Obydwaj mężczyźni są ze sobą związani poprzez przyrodnią siostrę króla, która jest jednocześnie żoną hrabiego. Sąsiadem Rodericha jest niejaki Iker, który stoi na czele swojego baskijskiego plemienia zamieszkującego wieś o nazwie Askaiz. Iker znany jest z tego, że wraz ze swoimi ludźmi kradnie owce należące do hrabiego Rodericha. Robi to podczas ich wypasu. Pewnego dnia hrabia, który ma już serdecznie dosyć tego haniebnego procederu ze strony wodza baskijskiego plemienia, postanawia go ukarać. Nie wiadomo do końca w jaki sposób znajduje wśród Basków zdrajcę, który podaje mu swojego wodza niczym na srebrnej tacy. Informuje Rodericha o tym, kiedy Iker zamierza dokonać kolejnej kradzieży. Robi to tak precyzyjnie, że hrabia jest w stanie przygotować skuteczną zasadzkę na złodzieja. W wyniku potyczki pomiędzy żołnierzami Rodericha a ludźmi Ikera śmierć ponosi wielu mężczyzn. Ofiary są po jednej i drugiej stronie, jednak to Baskowie w tej potyczce tracą przywódcę.

Roderich nie zadowala się jednak tylko położeniem trupem i ukaraniem Basków. On pragnie czegoś więcej. Uprowadza zatem do swojego zamku ośmioletnią córkę Ikera o imieniu Maite. Dziewczynka ma zostać służącą córki hrabiego – Ermengildy.  Poniżana i bita Maite w końcu ucieka z zamku swojego prześladowcy. Praktycznie cudem udaje jej się ostatecznie dotrzeć do swojej rodzinnej wioski. Wyczerpana, brudna i upokorzona staje przed swoją rodziną i sąsiadami, a w duszy przyrzeka zemstę zabójcy swego ojca. Postanawia także, że kiedy dorośnie i będzie na tyle silna, aby owej zemsty dokonać, jej gniew skupi się także na tym, który zdradził. Maite pragnie, aby każdy, kto choćby w minimalny sposób przyczynił się do śmierci jej ukochanego taty, poniósł srogą karę. A jaka może być to kara, chyba wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Tylko śmierć wrogów jest w stanie zadowolić pokiereszowane serce Maite.

I tak oto Maite dorasta. Przez wszystkie te lata do momentu osiągnięcia przez nią samodzielności, dziewczynka wychowywana jest przez siostrę swojego ojca. Nie może powiedzieć, że pod dachem rodziny jest jej źle. Ale dobrze też nie jest. Prawo plemienia mówi, że to przyszły mąż Maite stanie się kiedyś jego wodzem. Przecież musi być zachowane prawo krwi, a skoro Iker nie doczekał męskiego potomka, to właśnie na Maite spoczywa odpowiedzialność za dalszy los plemienia. Po śmierci jej ojca przywództwo we wsi należy do wuja Maite, któremu bardzo wiele brakuje do mądrości Ikera. Okin myśli jedynie o własnych interesach, co rzuca się w oczy. Poza tym wobec Maite mężczyzna również nie zachowuje się tak, jak na dobrego wuja przystało. Wydaje się, że Okin widzi w niej zagrożenie dla swojej władzy. Lud plemienny generalnie jest mu poddany, ale nie wszystkim podobają się rządy szwagra Ikera. Czy zatem władza Okina przetrwa? A może w końcu zjawi się ktoś, kto go obali i sam obejmie przywództwo we wsi?

Karol I Wielki - król Franków
(742 lub 747-814)
Autor: Albrecht Dürer (1471-1528)
portret powstał w 1512 roku
Jak wiadomo przez wszystkie lata swojego dorastania Maite żyła jedynie chęcią odwetu. Jej pragnienie zemsty na zabójcy jej ojca i tego, który zdradził, praktycznie trzymały ją przy życiu. To właśnie chęć wendetty dodawała jej sił i pomagała znosić upokorzenia, które wcale nie były jej obce w domu wuja i jego żony. Pewnego dnia Maite widzi dla siebie szansę na spełnienie własnych planów. Oto już prawie dorosła córka znienawidzonego przez nią hrabiego Rodericha wyrusza w drogę, aby móc poślubić mężczyznę, którego przeznaczył dla niej król Karol I Wielki – król Franków i Longobardów, a także wnuk Karola Młota (686-741). Tak więc Maite wraz z przychylnymi jej mężczyznami przygotowuje zasadzkę na Ermengildę i tym samym doprowadza do jej porwania. Czy Maite jest tak bardzo zdesperowana, że pragnie uderzyć w Rodericha tam, gdzie najbardziej go zaboli, czyli w jego dziecko? Czyżby okrucieństwo dziewczyny sięgało aż tak daleko?

Tymczasem Karol I Wielki zaczyna gromadzić wojsko, które będzie szykować się do walki z Maurami. Wśród powołanych są zarówno doświadczeni rycerze, jak i zupełni nowicjusze. Jednym z takich żółtodziobów jest niejaki Konrad z Birkenhofu – syn Arnulfa i Hemmy. Ta wojna będzie dla niego swoistym debiutem, ale przecież królowi odmówić nie można. Prawdę powiedziawszy Konrad niechętnie opuszcza swoją wieś, ale nie ma innego wyjścia. Ojciec na wojnę już się nie uda ze względu na wiek i stan zdrowia, natomiast brat jest jeszcze zbyt młody, aby móc wywijać mieczem na polu bitwy. Jak zatem poradzi sobie ten młody i niedoświadczony frankijski wojownik? Czy wróci do domu w chwale zwycięstwa, czy może przyjaciele dostarczą rodzinie już tylko jego zmasakrowane ciało? Jakie przygody czekają Konrada zanim wojna z Maurami dobiegnie końca?

Duetu pisarskiego Iny Lorentz chyba nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Po raz pierwszy tych niemieckich autorów spotkałam przy okazji czytania Nierządnicy i od tamtej pory staram się nie przegapić żadnej ich powieści. Styl pisania Niemców nieco różni się od tego, jaki znamy chociażby za sprawą książek Philippy Gregory. Mnie ten styl bynajmniej odpowiada, choć są tacy, którzy uważają, że jest on zbyt „ciężki”.

Cóż to za powieść ta Róża Asturii? W moim odczuciu jest to całkiem dobra opowieść historyczna osadzona w czasie, po który chyba niezbyt często sięgają autorzy powieści historycznych. Jest to wiek VIII, czyli epoka średniowiecza w pełnej krasie. W dodatku okres, w którym nie brakowało wojen. Akurat w tym przypadku mamy do czynienia z kilkoma plemionami, które dość mocno zapisały się w historii Francji i Hiszpanii. Do tego dochodzą jeszcze Maurowie, którzy w epoce średniowiecza zamieszkiwali tereny Półwyspu Iberyjskiego i wywarli ogromny wpływ na kulturę i architekturę dzisiejszej Portugalii i Hiszpanii. Takim punktem kulminacyjnym Róży Asturii jest bitwa w wąwozie Roncesvalles. To właśnie tam rozegrała się dramatyczna bitwa pomiędzy tylną strażą wycofujących się z Hiszpanii wojsk frankijskich króla Karola I Wielkiego a baskijskimi góralami. Bitwa miała miejsce 15 sierpnia 778 roku, a Frankami dowodził hrabia Roland, który poniósł śmierć wraz ze znaczą częścią swoich rycerzy. Postać Rolanda i jego ostatnia walka stały się podstawą średniowiecznego eposu zatytułowanego Pieśń o Rolandzie, który tak naprawdę nie oddaje prawdziwego obrazu rzeczywistości. Autor (a może autorzy?) poprzekręcał wiele istotnych faktów. Napisano, że Roland został napadnięty nie przez Basków, lecz przez Arabów. Wyolbrzymiono również liczbę wrogów Rolanda do wręcz niesłychanych rozmiarów, natomiast samego margrabiego marchii bretońskiej wykreowano na wzór cnót rycerskich. W trakcie wycofywania się z Hiszpanii Karol I Wielki zburzył mury stolicy Basków – Pampeluny. Fakt ten mógł stać się powodem ataku Basków na tylną straż armii, którą dowodził właśnie Roland w momencie przeprawy przez Pireneje. Lud Basków, żyjąc w górach oraz doskonale znając swój teren, był w stanie przygotować skuteczną zasadzkę. A zatem mimo bohaterskiej postawy rycerzy Karola I Wielkiego, tylna straż wojska została rozbita, zaś sam Roland poniósł śmierć.



Śmierć hrabiego Rolanda w bitwie w wąwozie Roncesvalles
Autor: Jean Fouquet (ok. 1415/1420-1481)
ilustrowany manuskrypt pochodzi z lat 1455-1460


Książkę można zaliczyć do powieści przygodowych z uwagi na to, iż bohaterowie z dala od domu przemierzają świat, walczą z wrogiem, są świadkami rozmaitych wydarzeń, a jednocześnie przeżywają swoje osobiste dramaty. Choć pochodzą z różnych plemion, to jednak w pewnym momencie wszyscy spotykają się w jednym miejscu i muszą zdecydować po której stronie stanąć. Oficjalnie są przecież wrogami, ale w najmniej oczekiwanym momencie w grę zaczynają wchodzić emocje, których podłożem jest nie tylko nienawiść. Nagle trzeba zdecydować czy lepiej pomóc, czy może zdradzić i sprawić, że ten, do którego poczuło się choć odrobinę sympatii, straci życie. Dlatego też pomiędzy poszczególnymi bohaterami zaczynają rodzić się pewne szczególne więzi, a to, co jeszcze nie tak dawno wydawało się być priorytetem, teraz traci na wartości. Okazuje się bowiem, że nie zawsze cel uświęca środki.

Róża Asturii to powieść historyczna ze sporą dawką scen batalistycznych. To także opowieść nie tylko o chęci zemsty i nienawiści, która tej wendecie przyświeca. To również historia o przyjaźni i miłości, którym niekiedy towarzyszy zwyczajna ludzka bezsilność, a to z kolei każe podporządkować się bez słowa sprzeciwu, bo inaczej można utracić nawet życie. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się tutaj dwie kobiece postaci. Jest to Maite i Ermengilda. Pierwsza z nich to dziewczyna niezwykle zbuntowana i nie pozwalająca sobie w kaszę dmuchać. Kiedy trzeba, potrafi użyć swojego ciętego języka z taką mocą, że nawet silni i waleczni mężczyźni stają przed nią niczym potulne baranki. Maite nie jest zbyt urodziwa, ale to wcale jej nie przeszkadza, żeby móc dowodzić swoimi towarzyszami podróży. Z kolei Ermengilda to piękna szlachcianka, której uroda potrafi zaślepić każdego mężczyznę spotkanego na drodze. Dziewczyna ma wielu adoratorów, a i ona sama też nie może zdecydować się którego z nich wybrać. Mąż, którego otrzymała, jak gdyby z urzędu, jakoś niespecjalnie się w tej rywalizacji liczy.

Na wszystkich bohaterów praktycznie na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo. Nie zawsze ma to związek z działaniami wojennymi. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewien mankament. Otóż bardzo łatwo jest domyślić się kto zdradził Ikera, natomiast wszelkiego rodzaju sytuacje mrożące krew w żyłach są opisane w taki sposób, że praktycznie już z wyprzedzeniem wiemy, jaki będzie tego finał. Dlatego też książkę mogłabym polecić tym czytelnikom, którzy lubią historię, a jednocześnie nie oczekują od powieści historycznej jakichś szczególnie zawiłych wątków, na których końcowy efekt trzeba z niecierpliwością czekać aż do ostatniej strony. Generalnie powieść jest napisana dobrze i dostarcza sporej wiedzy historycznej, ale niestety w napięciu nie za bardzo trzyma i to wcale nie z uwagi na batalistyczne tło historyczne, które jest znane osobom interesującym się historią, lecz z powodu sposobu opisywania losów bohaterów.







W średniowiecznej Europie tym mianem określano wszystkich muzułmanów. 




sobota, 3 maja 2014

Santa Montefiore – „Sonata o niezapominajce”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2004
Tytuł oryginału: The Forget-Me-Not Sonata
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska



Chyba każdy z nas widział kiedyś niezapominajkę. To taki niebieski kwiat, którego nazwa tłumaczona dosłownie z języka łacińskiego brzmi „mysie uszko” (Myosotis). Na temat niezapominajki krąży szereg rozmaitych legend. Jedne posiadają kontekst religijny, zaś inne charakteryzują się typowo świeckim przesłaniem. Pozwólcie zatem, że w ramach ciekawostki przywołam kilka z nich.

Jedna z legend o podłożu religijnym mówi, że kiedy Bóg stwarzał świat i tym samym rośliny, wówczas zwyczajnie zapomniał o małym, niebieskim kwiatku. Wtedy ten nieszczęsny kwiatuszek zapytał: Panie Boże, a jak ja będę się nazywał? Na to Bóg odparł: Ty zostań Niezapominajką. Dlatego też niezapominajkami obdarowywane są osoby, na których pamięci szczególnie nam zależy. Ten niebieski kwiat jest popularny głównie wśród ludzi zakochanych. Nie zapomnij o mnie miały mówić bukiety niezapominajek wręczane przez panny swoim narzeczonym, którzy wybierali się w długą podróż, albowiem w języku kwiatów kolor niebieski jest symbolem wzniosłych uczuć i życzeń.

Inna legenda opowiada o pewnym rycerzu, który wraz ze swoją ukochaną przechadzał się nad brzegiem Tamizy. Mężczyzna był w pełnym uzbrojeniu. W którymś momencie, zrywając kwiat niezapominajki z zamiarem ofiarowania go narzeczonej, rycerz stracił równowagę i wpadł do wody. Kiedy nurt rzeki wciągał go coraz głębiej, rycerz w ostatniej chwili wykrzyczał w stronę swojej ukochanej: Nie zapomnij mnie! A potem utonął. Ta legenda jest również bardzo popularna w Austrii, tylko z tą różnicą, że tam mówi się, iż nie był to rycerz, a zwykły młody mężczyzna, zaś narzeczeni spacerowali brzegiem Dunaju. Z kolei w ostatniej chwili swojego życia chłopak miał krzyknąć: Nie zapomnij o mnie, zawsze będę cię kochał!

Niezapominajka alpejska
fot. Jerzy Opioła
Kolejna opowieść o podłożu religijnym dotyczy młodziutkiego Jezusa, który siedząc na kolanach Matki Bożej zapragnął, aby wszystkie przyszłe pokolenia pamiętały o najbliższej Mu osobie, czyli o Jego Matce. Tak więc dotykając oczu Maryi, pomachał drugą rączką nad pobliską łąką i w tym samym czasie pojawiły się na niej tysiące niezapominajek. 

Jest też inna legenda. Opowiada ona o pewnym starcu, który przyglądał się niezapominajce, a wtedy zawstydzony kwiat zapytał: Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jestem przecież taka malutka i nic nie znaczę w porównaniu z innymi kwiatami. Wówczas starzec odpowiedział: Znam się na urodzie. W tobie widzę prostotę, delikatność, naturalność i świeżość. Na te słowa niezapominajka bardzo się ucieszyła, mówiąc: Dopiero ty zwróciłeś mi na to uwagę. Od tej chwili przestaję uważać siebie za nijaką. Czuję się piękna i prawdziwa, ponieważ taką jestem w twoich oczach.

Czy zatem Sonata o niezapominajce dotyczy tego szczególnego kwiatu? Otóż nie do końca. W powieści niezapominajka nie występuje w swojej fizycznej postaci, lecz jest swego rodzaju metaforą i dotyczy pamięci o osobie i wydarzeniach, w których centrum znalazła się nasza główna bohaterka. Jak zapewne niektórzy z wielbicieli twórczości Santy Montefiore wiedzą, Autorka tuż przed rozpoczęciem swojej przygody z pisaniem spędziła niezapomniane miesiące w Argentynie, gdzie uczyła angielskiego dzieci pochodzące z pewnej bogatej rodziny. Pobyt w Argentynie zaowocował powstaniem jej powieściowego debiutu Spotkamy się pod drzewem Ombu. Ten specyficzny argentyński klimat przewija się też przez inne książki Santy Montefiore. Kolejną z nich jest właśnie Sonata o niezapominajce.

Hurlingham to argentyńskie miasto położone w prowincji Buenos Aires. Około stuczterdziestoletnia historia miasta powstała przy udziale kolonii brytyjskich, niemieckich, włoskich oraz hiszpańskich. Hurlingham znajduje się w środkowo-wschodniej części prowincji i znane jest przede wszystkim ze swoich zielonych terenów. Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej Hurlingham stanowiło brytyjską kolonię zamieszkiwaną przez Anglików. Ta kolonizacja stwarzała obywatelom brytyjskim możliwość wyjazdu do pracy do Argentyny. Tam też mieściło się mnóstwo firm, których właścicielami byli Anglicy.

Nie bez powodu wspomniałam o Hurlingham, gdyż to właśnie w tym miejscu rozgrywa się większa część akcji Sonaty o niezapominajce. Jest rok 1946. Audrey Garnet właśnie wkracza w dorosłe życie. Jest już na tyle dojrzałą panną, że rodzice coraz częściej myślą o wydaniu jej za mąż. Oczywiście jej potencjalny mąż nie będzie byle kim. To musi być ktoś z klasą. Jakiś parobek czy robotnik z fabryki ojca Audrey na pewno nie wchodzi w grę. Dziewczyna jest najstarsza z rodzeństwa, więc to na niej spoczywa swego rodzaju odpowiedzialność za dalsze powodzenie jej rodziny. Musi bardzo uważać, aby przypadkiem nie wywołać skandalu obyczajowego, ponieważ wówczas sąsiedzi nie zostawiliby na niej suchej nitki. Aż strach pomyśleć o tych wszystkich plotkarach, które wzięłyby ją na języki. W dodatku są jeszcze ciotki, które bardzo skrupulatnie przyglądają się życiu Audrey i jej rodzeństwa. To Anglicy, więc na wiele spraw patrzą inaczej niż rodowici Argentyńczycy.

Audrey Garnet najbardziej związana emocjonalnie jest ze swoją o kilka lat młodszą siostrą. Isla to dziewczyna, która zupełnie nie dba o to, co powiedzą inni. Buntuje się, a czasami nawet wyśmiewa sztywne rodzinne konwenanse. Niemniej rodzice i otoczenie patrzą na jej postępowanie przez palce, bo Isla nie jest jeszcze na tyle dorosła, aby móc aranżować jej ewentualne małżeństwo, co wcale nie oznacza, że dziewczyna nie wie, na czym polegają relacje pomiędzy mężczyzną a kobietą. Na chwilę obecną bunt i postępowanie wbrew rodzinnym i społecznym normom to jedyne, czego pragnie.

Któregoś dnia do Hurlingham przyjeżdża z Anglii dwóch braci. Starszy – Cecil Forrester – jest przez wszystkich podziwiany za niezwykłą odwagę, jaką okazał podczas drugiej wojny światowej. Z kolei młodszy – Louis – praktycznie od samego początku traktowany jest jak swego rodzaju dziwadło. Mężczyzna nie walczył na froncie, wtedy, kiedy ojczyzna potrzebowała go najbardziej. Ten fakt sprawia, że jest kimś na kształt wyrzutka społeczeństwa. Poza tym jego postępowanie też pozostawia wiele do życzenia. Jakoś niespecjalnie garnie się do pracy, a jedyne czym naprawdę się interesuje to muzyka. Potrafi na zawołanie skomponować utwór fortepianowy, którym będzie zachwycać się wielu ludzi. Pomimo tak ogromnego talentu, Louis nie znajduje akceptacji ani w we własnej rodzinie, ani tym bardziej w społeczeństwie. Wydaje się jednak, że przywykł już do takiego traktowania i nie przejmuje się tym, co ludzie o nim myślą i mówią. Chyba tylko z bratem łączą go poprawne stosunki, bo przecież Cecil zabrał go ze sobą do Argentyny i dba o niego najlepiej  jak tylko może.

Bracia Forrester bardzo często zapraszani są do domu Garnetów. Henry Garnet wcale nie traktuje ich jak swoich pracowników. Możliwe, że ten przyjacielski stosunek pracodawcy do swoich podwładnych wypływa z osobistych pobudek. Przecież jego najstarsza córka powinna już wkrótce wyjść za mąż, a jak na razie nie widać, aby kręciło się wokół niej co najmniej tuzin adoratorów. W tej kwestii wybór państwa Garnetów pada właśnie na Cecila. Jest starszy, odpowiedzialny, pracowity i generalnie posiada wszystkie te cechy, które ich zdaniem powinien mieć przyszły małżonek Audrey. No i najważniejsze, że nie jest dziwakiem, jak jego młodszy brat. Nie zawsze jednak życie toczy się po takich torach, jakie sobie wymyśliliśmy. Tak też jest i w tym przypadku. Owszem, Audrey zakochuje się w panu Forresterze, lecz nie w tym, którego wybrali jej rodzice. To nierozgarnięty i nieco oderwany od rzeczywistości Louis zwraca uwagę panny Garnet. Co gorsza, jej uczucie jest odwzajemnione! Czy miłość wbrew woli rodziców będzie mieć szansę na przetrwanie? Jak zachowa się rodzina Audrey, kiedy jej romans z Louisem wyjdzie w końcu na jaw? A co na to wszystko ten, który miał zostać zięciem Garnetów? Czy odrzucony mężczyzna nie będzie przypadkiem pragnął zemsty? A może pogodzi się z zaistniałą sytuacją i pokornie usunie się z drogi, aby nie burzyć szczęścia swojego brata i kobiety, którą kocha?



Typowa wybrukowana ulica Palermo - dzielnicy Buenos Aires. To właśnie tutaj główni bohaterowie jeździli na niezapomniane lekcje tańca.
fot. Brian Barbutti


Nie od dziś wiadomo, że Santa Montefiore jest jedną z moich ulubionych autorek, jeśli chodzi o powieści obyczajowe. Może nie pisze zbyt ambitnie, ale przy jej powieściach zawsze odpoczywam. Podobnie jak przy książkach Nory Roberts i wielu innych pisarek tworzących literaturę kobiecą. Santa Montefiore generalnie skupia się na relacjach międzyludzkich, które bardzo często są niesamowicie skomplikowane. Bohaterowie jej książek zmuszani są do podejmowania bardzo trudnych życiowych decyzji, które zazwyczaj są podyktowane wolą otoczenia. Te wybory wbrew własnej woli generalnie dramatycznie odbijają się potem na ich dalszym życiu. Aby zadowolić innych, muszą zrezygnować z własnego szczęścia. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, można dojść do przekonania, że w pewnych kwestiach wola rodziny czy nacisk ze strony otoczenia wcale nie wywarł tak negatywnych skutków, jak początkowo można było myśleć. Żeby dojść do takiego wniosku, dany bohater zazwyczaj potrzebuje wielu lat, ponieważ dopiero na starość uświadamia sobie, że jego decyzja podyktowana emocjami mogła w konsekwencji zaprowadzić go na skraj przepaści, skąd już tylko krok dzieliłby go od utraty tego, co najważniejsze. Czasami nawet byłoby to jego własne życie.

Rodzina Garnetów to tak naprawdę klasyczna angielska familia, której przyszło żyć na obcej ziemi, lecz byli w stanie całkiem dobrze się tam ustawić. Wojna jakoś niespecjalnie odcisnęła piętno na ich życiu. Owszem, martwili się o swój ojczysty kraj, który był wmieszany w konflikt zbrojny z III Rzeszą, jednak okrucieństwo tego sporu nie bardzo dało się im we znaki. Fabuła Sonaty o niezapominajce swoim klimatem w znaczący sposób przypomina wspomniany już debiut prozatorski Santy Montefiore – Spotkamy się pod drzewem Ombu. Tak naprawdę książkę można uznać za sagę rodzinną, ponieważ na jej kartach spotykamy aż trzy, a nawet cztery, pokolenia rodziny Garnetów. Są rodzice Audrey, potem Audrey i jej rodzeństwo, następnie po latach pojawiają się dzieci głównej bohaterki, a na końcu jeszcze jej mali wnukowie.  

Garnetów po drodze dotykają również życiowe tragedie, które stopniowo zmieniają praktycznie wszystko w ich życiu. Jest śmierć, która przychodzi zupełnie nieoczekiwanie i zabiera ze sobą zbyt wcześnie tych, których kochają. Oprócz tego czytelnik wraz z bohaterami doświadcza też wielu innych emocji. Nie tylko jest smutek czy żal po stracie kogoś ukochanego. Mamy tutaj do czynienia także ze zwykłą ludzką zawiścią i zazdrością, która dotyczy kręgu najbliższej rodziny. Jest zdrada, ale pojawia się również wielka miłość, która jest w stanie przetrwać naprawdę wszystko, nawet największe upokorzenie i poniżenie. Widzimy jednocześnie jak bardzo zmieniają się relacje pomiędzy rodzicami a ich dziećmi. Czasami matka jest tak zaślepiona miłością do dziecka, że nie dostrzega jego złego postępowania. Z kolei dziecko, które stara się żyć zgodnie z przyjętymi zasadami i w poszanowaniu innych jest, jak gdyby lekceważone i pomijane przez rodzicielkę.

Nie wiem czy w przypadku Sonaty o niezapominajce można mówić o jakichkolwiek elementach fantasy, ale jedna z bohaterek żyje, jakby na granicy dwóch światów – świata żywych i zmarłych. Praktycznie od urodzenia jest inna i tą odmiennością w pewien sposób zwraca uwagę otoczenia. Jednak nie jest to już tak bardzo negowane, jak w okresie powojennym. Naszej bohaterce przyszło żyć w latach 70. XX wieku w Anglii, a to już są zupełnie inne czasy. Ludzie inaczej patrzą na wiele spraw niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Na czym zatem polega ta inność? Co takiego wspomniana bohaterka dostrzega, o czym inni nie mają pojęcia?

Komu mogę polecić Sonatę o niezapominajce? W pierwszej kolejności na pewno wielbicielom twórczości Santy Montefiore. Lecz z drugiej strony myślę, że miłośnicy Autorki zapewne już tę powieść przeczytali, bo książka nie jest nowością. Do sięgnięcia po książkę zachęcam również osoby, które lubią sagi rodzinne, romanse, historie opowiadające o trudnych ludzkich wyborach, a także powieści utrzymane w specyficznym klimacie Ameryki Południowej, których fabuła przeplatana jest nowoczesnością europejskiego życia.






czwartek, 1 maja 2014

Literat Maja 2014






EWA STACHNIAK




Ewa Stachniak urodziła się we Wrocławiu. W 1981 roku wyjechała do Kanady na stypendium doktoranckie wydziału anglistyki na Uniwersytecie McGill. W roku 1988 obroniła pracę doktorską. Pomiędzy rokiem 1984 a 1986 pracowała dla Radio Canada International (polska sekcja radia w Montrealu), pisząc i tworząc programy radiowe dotyczące Kanady. Do 2007 roku uczyła języka angielskiego oraz przedmiotów humanistycznych w Sheridan College. Jej pierwsze krótkie opowiadanie nosiło tytuł “Marble Heroes” („Marmurowi bohaterowie” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), lecz powieściowym debiutem Ewy Stachniak była książka „Konieczne kłamstwa”. W 2000 roku powieść zdobyła pierwszą nagrodę w Amazon.com/Books in Canada First Novel Award*. Międzynarodowy bestseller o Katarzynie Wielkiej – „Katarzyna Wielka. Gra o władzę” – przyniósł Ewie Stachniak ogromną popularność na całym świecie. W marcu 2014 roku autorka opublikowała drugą część historii o Katarzynie Wielkiej. Ewa Stachniak mieszka w Toronto i pracuje nad kolejną powieścią.




Kraina Czytania: Bardzo dziękuję, że przyjęła Pani moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Na początek chciałabym pogratulować wydania drugiej powieści o Katarzynie Wielkiej. Czy mogłaby nam Pani powiedzieć, dlaczego zdecydowała się Pani stworzyć opowieść właśnie o tej rosyjskiej cesarzowej?

Ewa Stachniak: Dziękuję bardzo. Dlaczego Katarzyna? W Polsce mojego dzieciństwa Katarzyna nie była lubianą postacią. Wyobrażałam ją sobie jako bezwzględną i dwulicową, raczej znienawidzoną niż podziwianą. Nie kwestionuję historycznej dokładności tego wizerunku – Polacy, Turcy osmańscy, ukraińscy Kozacy, oni wszyscy mieli słuszne powody do tego, aby do rosyjskiej polityki imperialnej podchodzić mniej entuzjastycznie. Ale prawda jest taka, że wówczas nie wiedziałam o niej zbyt wiele.

Kiedy pisałam „Ogród Afrodyty” musiałam włączyć Katarzynę Wielką do kilku scen. Stanisław August zmaga się ze wspomnieniami o niej, kiedy spotyka Zofią Potocką, a i sama Zofia została przyjęta przez Katarzynę w Sankt Petersburgu. By móc napisać te sceny zaczęłam zbierać i czytać materiały na jej temat i w trakcie tych studiów wyłonił się bardziej złożony i dopracowany obraz Katarzyny. Czytałam wtedy jej wspomnienia, jej listy i jedną z jej zachodnich biografii. Ostatecznie właśnie te lektury spowodowały, że zachwyciłam się tą niezwykłą monarchinią, nawet jeśli nadal nie akceptuję i nie zgadzam się z wszystkimi politycznymi decyzjami Katarzyny.






Kraina Czytania: W jaki sposób przygotowywała się Pani do napisania tego rodzaju powieści? Mam na myśli prowadzenie badań.

Ewa Stachniak: Czytałam biografie wszystkich moich głównych bohaterów; czytałam ich wspomnienia, jeśli jakieś się zachowały, oraz listy. Rozmawiałam także z historykami i z każdym, kto mógł rzucić światło na jakikolwiek aspekt życia moich bohaterów. Lekarz, któremu opisałam objawy choroby Katarzyny, zdiagnozował ją jako diabetyka. Jest to szczegół, o którym nie wspomnieli jej biografowie.

Zawsze próbuję podróżować do miejsc, o których piszę, ponieważ potrzebuję fizycznie znaleźć się w przestrzeni, w której umiejscawiam akcję swoich powieści. W Sankt Petersburgu spacerowałam po całej najstarszej części miasta, z Pałacu Zimowego na Newski Prospekt, z Wyspy Wasilewskiej do Twierdzy Pietropawłowskiej, wzdłuż nasypu. Odwiedziłam inne podmiejskie pałace, w których mieszkała Katarzyna Wielka – Peterhof, Carskie Sioło, gdzie jej ślady są nadal bardzo widoczne. Odwiedziłam również muzea i wystawy dzieł sztuki, poszukując graficznych symboli życia osiemnastowiecznej Rosji. Szukałam szczegółów codziennego życia, psiej obroży, kształtu dzbanka czy wazonu, dziecięcej zabawki. 

Kraina Czytania: Która z tych dwóch części opowieści o Katarzynie Wielkiej była trudniejsza do wykreowania? Dlaczego?

Ewa Stachniak: Część druga. “Empress of the Night” („Cesarzowa nocy” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) została napisana z punktu widzenia Katarzyny. Katarzyna może być bohaterką irytującą, silną, nie zawsze sympatyczną, lecz zawsze fascynującą. Zanim mogłam spróbować spojrzeć na świat jej oczami, potrzebowałam zbliżyć się do niej z zewnątrz w „Katarzynie Wielkiej. Grze o władzę”. Ale kiedy w końcu zaczęłam pisać, oddając jej głos, stała się bardzo rozmowna…

Kraina Czytania: Kiedy po raz pierwszy zdecydowała Pani, że chce zostać pisarką? I dlaczego wybrała Pani beletrystykę historyczną?

Ewa Stachniak: Zawsze chciałam pisać, odkąd zdałam sobie sprawę, że książki, które bardzo kochałam jako dziecko, są wymyślane i pisane przez ludzi, lecz dużo czasu minęło zanim napisałam moje pierwsze opowiadanie. Przez wiele lat byłam nauczycielem akademickim, wyemigrowałam do Kanady w 1981 roku, gdzie kontynuowałam pracę nad swoim doktoratem, a powieści zaczęłam pisać w 1994 roku. Potrzebowałam tego czasu, aby odnaleźć bliską mi i ważną dla mnie tematykę, aby zdać sobie sprawę, że to beletrystyka, a nie literatura naukowa jest moją prawdziwą pasją.

Beletrystyka historyczna – to się po prostu stało. Nie jestem pewna, czy zawsze będę pisać powieści, których akcja rozgrywa się w przeszłości, ale historia to moja pasja, więc była to naturalna decyzja. A faktem jest, że polska i wschodnioeuropejska historia miała kłopoty z przeniknięciem do zachodniej świadomości. Ja chcę te historie opowiadać, ponieważ są one częścią mojego dziedzictwa…

Kraina Czytania: Kilka tygodni temu przeczytałam „Ogród Afrodyty”. Jest to opowieść o hrabinie Zofii Potockiej. Co zainspirowało Panią do opisania jej wyjątkowego życia?

Ewa Stachniak: W kanadyjskiej bibliotece odnalazłam biografię Zofii autorstwa Jerzego Łojka i nie potrafiłam jej odłożyć. Zofia wyemigrowała do osiemnastowiecznej Polski, a odkrywanie punktów widzenia imigrantów to mój temat. Zofia była bardzo intrygującą postacią. Była w stanie przebić się przez barierę klasy społecznej w czasach, gdy młoda kobieta bez pieniędzy i wsparcia rodziny mogła łatwo stać się ofiarą. Ponadto jej historia zaprowadziła mnie na Ukrainę i na dwór Stanisława Augusta, do którego mam słabość. Wszystko to złożyło się na pragnienie napisania o niej.

Kraina Czytania: Pani pierwsza książka zdobyła pierwszą nagrodę w Amazon.com/Books in Canada First Novel Award. Myślę, że to ogromny zaszczyt. Czy podczas pisania tej debiutanckiej powieści spodziewała się Pani takiego sukcesu?

Ewa Stachniak: Nie, nie spodziewałam się. Pierwsze powieści są trudne. Nikt niczego jeszcze o tobie nie wie, czytelnicy nie czekają na twoje książki. Byłam bardzo szczęśliwa, że zostałam nominowana do nagrody, a to oznaczało recenzje w największych kanadyjskich gazetach. Kiedy wygrałam, byłam zarówno zdumiona, jak i zachwycona. Moja konkurencja była silna, a więc to naprawdę był wielki zaszczyt. 

Kraina Czytania: Jest Pani również autorką książki opowiadającej o jednym z najbardziej znanych romansów epoki romantyzmu. Mam na myśli Delfinę Potocką i polskiego poetę – Zygmunta Krasińskiego. Czy mogłaby nam Pani powiedzieć coś na temat tej powieści?

Ewa Stachniak: Dotychczas ukazało się jedynie polskie wydanie „Dysonansu” w pięknym przekładzie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Ta powieść jest mi szczególnie bliska, i jest chyba najbardziej polską z moich powieści, ponieważ dotyka kręgu polskich mitów romantycznych. Opowiada historię niezwykle trudnego miłosnego trójkąta – wielkiego romantycznego poety, jego muzy/kochanki oraz jego żony – wszyscy troje uwikłani są w gry psychologiczne, które wciągają nas w samą istotę polskiego romantyzmu. Historia opowiedziana jest z kilku punktów widzenia: poety, kochanka i żony… oraz z perspektywy kilku innych postaci z ich kręgu. Planuję niedługo opublikować anglojęzyczną wersję tej książki, ale powieść potrzebuje pewnych poprawek, a jak do tej pory dwie powieści o Katarzynie Wielkiej całkowicie mnie pochłonęły.

Kraina Czytania: Moim zdaniem Pani bohaterki to silne kobiety za wszelką cenę realizujące swój cel. Niektóre z nich posiadają szczególny wpływ na decyzje mężczyzn odnośnie państwa. Czy uważa Pani, że historyczne kobiety będące u władzy były lepszymi politykami niż mężczyźni?

Ewa Stachniak: W historii było tak wielu polityków-mężczyzn, że każda generalizacja byłaby naciągana. Przez wieki, tylko naprawdę wyjątkowe kobiety osiągały na tyle znaczący sukces, aby móc rościć sobie władzę dla siebie – nic więc dziwnego, że zazwyczaj rządziły one lepiej. Pozostaje pytanie, czy rządziły inaczej niż mężczyźni. Pod wieloma względami musiały to robić. Katarzyna Wielka nie mogła prowadzić swojej armii do walki; musiała polegać na Potiomkinie, który zrobił to zamiast niej. Ale oczywiście mogła sprawować kontrolę nad Rosją w inny sposób.

Kraina Czytania: Moim zdaniem polska historia jest bardzo interesująca i bogata w różne wydarzenia i osobowości. Czy kiedykolwiek myślała Pani o napisaniu książki dotyczącej jednej z polskich królewskich dynastii, jak Piastowie czy Jagiellonowie?

Ewa Starchniak: Nie robię aż tak wielkich planów na przyszłość. Zgadzam się, że historia Polski jest niezwykle interesująca i nie znana zbyt dobrze – zwłaszcza na Zachodzie – jeśli w ogóle jest. Ale w moim przypadku to książka zawsze mnie znajduje. Coś musi przykuć moją uwagę, sprawić, że natknę się na problem, który chcę rozsupłać dla samej siebie. Jak do tej pory wiek XVIII był tym, do którego wracałam, może dlatego, że to okres, w którym rozpoczęła się epoka nowożytna.

Kraina Czytania: Gdyby mogła Pani wybrać trzy osoby wywodzące się z przeszłości i zaprosić je na obiad, to kto by to był?

Ewa Stachniak: Zdecydowanie Katarzyna Wielka. Mam wiele pytań, które chciałabym jej zadać… choć jestem pewna, że odpowiedziałaby na nie w sposób, który by jej odpowiadał. Bronisława Niżyńska, ponieważ to moja ostatnia inspiracja i fascynacja. I Delfina Potocka, romantyczna muza Zygmunta Krasińskiego i Szopena. Nie jestem pewna, w jaki sposób zareagowałyby na siebie nawzajem, ale świetnie bym się przy nich bawiła.

Kraina Czytania: Czy ma Pani swoich ulubionych autorów? Czyta Pani książki swoich kolegów po piórze?

Ewa Stachniak: Czytam nieustannie, starając się czytać zarówno w języku angielskim, jak i polskim. Moi ulubieni autorzy stale się zmieniają. Ostatnio czytam Hilary Mantel – jej mistrzowsko napisane powieści historyczne o Thomasie Cromwellu bardzo mi się podobają i stanowią wzór, który staram się wnikliwie analizować. Czytam także Penelope Fitzgerald, której powieści historyczne podążają bardzo różnymi ścieżkami – są niezwykle krótkie, a jednak nasycone ważnymi, spostrzeżeniami na temat świata, który opisuje oraz tym, co nazywam codzienną materią życia.

Moją ulubioną polską pisarką jest Olga Tokarczuk – wiele, wiele lat temu zakochałam się w jej książce „Prawiek i inne czasy” i od tamtej chwili jestem jej wierną wielbicielką.

Kraina Czytania: Czy są jakieś inne obszary historii lub postacie historyczne, o których chciałaby Pani napisać w swoich kolejnych powieściach?

Ewa Stachniak: Moja następna powieść będzie o tancerzach Teatru Carskiego: Bronisławie Niżyńskiej i jej bracie, Wacławie. Zaczęłam już studia nad baletem i nad środowiskami emigracyjnymi Paryża, Berlina i Londynu w latach 20. i 30. XX wieku. Poza tym, nie wiem jeszcze o kim chciałabym napisać. Jestem pewna, że coś mnie zainteresuje. 

Kraina Czytania: Jakie są Pani oczekiwania w kwestii odbioru Pani twórczości przez czytelników?

Ewa Stachniak: Mam nadzieję, że zgodzą się ze mną, że historię trzeba ciągle przepisywać, uwzględniając różne punkty widzenia. Że możemy nauczyć się dużo od przeszłości. Że historia jest naszym wspólnym i uniwersalnym, ogólnoludzkim dziedzictwem. Że słuchając opowiadań o miejscach i czasach, o których być może nie wiemy wiele, wzbogacamy naszą wiedzę o ludzkiej naturze.  

Kraina Czytania: Czy ma Pani zamiar odwiedzić Polskę, aby spotkać się z fanami w swoim ojczystym kraju? Co chciałaby Pani im powiedzieć?

Ewa Stachniak: Tak. Skoro tylko zostanie wydane polskie tłumaczenie “Empress of the Night” pojadę do Polski na promocję książki i mam nadzieję na szereg interesujących rozmów o Katarzynie Wielkiej oraz moich dwóch bardzo różnych powieściach o niej. Bardzo cieszę się na tę podróż. I chciałabym, aby moi polscy czytelnicy wiedzieli, że za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Polski, zawsze czuję, że wróciłam do domu.

Kraina Czytania: Czy mogłaby nam Pani powiedzieć coś na temat swojego obecnego projektu lub projektów?

Ewa Stachniak: Jak już wspomniałam, moja uwaga skupiona jest na cesarskich tancerzach, rodzeństwie Niżyńskich, którzy są szczególnie interesujący ze względu na swoją skomplikowaną tożsamość. Urodzili się w Rosji, ale ich rodzice byli Polakami, w domu mówili po polsku, lecz wykształcenie zdobywali w Rosji i identyfikowali się z rosyjskim środowiskiem artystycznym. Większość swoich twórczych lat spędzili też na Zachodzie. Lubię zastanawiać się nad tymi wszystkimi połączeniami, szukać ich znaczenia. 

Kraina Czytania: Bardzo Pani dziękuję za rozmowę. Życzę dalszych sukcesów w pracy twórczej. Z niecierpliwością czekamy na Pani kolejną powieść.

Ewa Stachniak: Dziękuję, Agnieszko. To była przyjemność.




Rozmowa, przekład i redakcja 
Agnieszka (Agnes A. Rose - Kraina Czytania) 





Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here








* Amazon.com/Books in Canada First Novel Award (poprzednio Books in Canada First Novel Award) to nagroda literacka przyznawana corocznie za najlepszy debiut powieściowy opublikowany w języku angielskim w roku poprzednim. Do nagrody pretenduje osoba posiadająca kanadyjskie obywatelstwo lub zamieszkująca na terenie Kanady. Nagroda przyznawana jest od 1976 roku. – [przyp. tłum.]