wtorek, 21 maja 2013

Iny Lorentz – „Testament nierządnicy”








Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2008
Tytuł oryginału: Das Vermächtnis der Wanderhure
Przekład: Marta Archman





Pamiętacie Marię Adler, niegdyś Marię Schärer – młodą dziewczynę, która padła ofiarą spisku uknutego przez swojego narzeczonego? Jeśli tak, to zapewne przypominacie sobie też ile trudu kosztowało ją zdjęcie z siebie hańby i rozpoczęcie życia z dala od zgiełku rozpustnych średniowiecznych dróg Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Niemniej pomimo usilnych starań z jej strony, kobiecie nie zawsze udaje się żyć tak, jakby tego pragnęła. W jej przypadku los jest tak nieprzewidywalny, że Maria i jej rodzina nie mogą być pewni jutra. Była nierządnica ma za sobą kilkuletnią tułaczkę, która stała się konsekwencją napiętnowania i wypędzenia jej z rodzinnego miasta – Konstancji, oraz podróż w poszukiwaniu zaginionego męża, kiedy to została wędrowną markietanką. Bo musicie wiedzieć, że Maria pomimo tak złej sławy, w końcu wyszła za mąż za mężczyznę, który kochał ją od najmłodszych lat i nigdy o niej nie zapomniał. Po trudach egzystencji młodzi państwo Adler osiedli na zamku w Rheinsobern, aby za jakiś czas opuścić to miejsce i zamieszkać w Kibitzstein. Niemniej wciąż są tacy, którzy pamiętają niechlubną przeszłość Marii i nie pozwalają jej o niej zapomnieć, choć nie do końca można uznać ich za śmiertelnych wrogów.

Testament nierządnicy to trzecia odsłona losów Marii Adler. W tej części czytelnik poznaje ją jako stateczną panią na włościach. Wydawać by się mogło, że już nic nie jest w stanie zburzyć jej spokojnej egzystencji. Rodzina jest dla niej wszystkim. U boku ma kochającego i oddanego męża, wspaniałą kilkuletnią córkę – Trudi, a w dodatku spodziewa się kolejnego dziecka. Ma nadzieję, że tym razem będzie to syn – spadkobierca majątku. Dawnego wroga spotkała zasłużona kara, tak więc nic tylko się cieszyć i oczekiwać szczęśliwych narodzin potomka. Maria nie zapomina też o swojej życzliwej przyjaciółce – Hiltrud, która nadal mieszka w Rheinsobern. Odwiedza ją tak często, jak to tylko możliwe. Właśnie teraz spędza u niej czas, mając jednocześnie nadzieję, że przyjaciółka odda jej na wychowanie swoją najstarszą córkę – Marię, aby ta mogła przygotować ją do życia, a potem korzystnie wydać za mąż. Maria nie wie jednak, że jest ktoś, kto planuje zemstę. To osoba, po której była nierządnica nie spodziewa się niczego złego, choć wie, że ta kobieta może pałać do niej nienawiścią za to, że pokrzyżowała jej plany. Niemniej Maria nie myśli o niej zbyt intensywnie, a już na pewno nie przypuszcza, że ze strony tej kobiety spotka ją jakieś okrucieństwo. Jakże bardzo się myli!

W końcu nadchodzi czas powrotu do domu. Maria bardzo cieszy się, że znów zobaczy ukochanego męża i córeczkę. W towarzystwie najstarszej pociechy Hiltrud oraz swojej pokojówki, a także dwóch poddanych swojego męża zmierza na zamek w Kibitzstein. Nic nie zapowiada nieszczęścia. Początkowo wygląda na to, że w spokoju wszyscy dotrą do domu. Lecz los znów płata Marii figla. W drodze była nierządnica zostaje uprowadzona. Przez kogo? Kim jest osoba, która tak bardzo jej nienawidzi? Komuż to Maria naraziła się tak bardzo, że pragnie pozbawić ją wszystkiego? Jaki cel ma mieć ta okrutna zemsta? I tak oto rozpoczyna się kolejny koszmar Marii Adler. Skazana tylko i wyłącznie na własne siły oraz łaskę lub niełaskę innych, kobieta rozpoczyna kolejną walkę o przetrwanie. Czy uda jej się wyjść z tej pułapki zwycięsko? Czy jeszcze ujrzy swojego męża i dziecko?

A teraz może kilka słów na temat tła historycznego tej książki. Otóż podobnie jak w poprzednich dwóch częściach, tutaj również czytelnik przeniesiony zostaje do epoki średniowiecza. Nadal mamy wiek XV i wraz z Marią wędrujemy po ówczesnej Europie. Na trasie naszej podróży znajduje się między innymi Rosja i Grecja. Spotykamy też Holendrów, Francuzów, a także specyficznych Tatarów. Jesteśmy świadkami ich okrutnych poczynań wobec tych, których uznano winnymi dokonania jakiegoś haniebnego czynu. Wkraczamy na salony rosyjskiej arystokracji i co tam widzimy? Pijaństwo, rozpustę, zdradę i bratobójczą walkę o władzę.

Bardzo wyraźnie jest tutaj zaznaczony także problem średniowiecznego niewolnictwa. Co ciekawe kwestia koloru skóry jest przedstawiona zgoła inaczej niż możemy niekiedy zaobserwować w literaturze współczesnej, a dokładnie w powieściach, gdzie akcja osadzona jest w naszej epoce. Czytelnik poznaje młodą czarnoskórą kobietę, która bynajmniej nie budzi w nikim odrazy, lecz wręcz zachwyt. Są tacy, którzy nie mogą powstrzymać się przed jej dotknięciem, aby tylko móc sprawdzić, czy przypadkiem nie jest „brudna". Czy to poniżenie? W moim odczuciu nie jest to akt upokorzenia, choć zapewne jakiś znawca tematu zinterpretowałby to inaczej. Alika, bo tak ma na imię owa czarnoskóra dziewczyna, towarzyszy Marii niemal od samego początku podroży w nieznane. Jest jej bardzo oddana i pomaga we wszystkim. To oddanie jest obustronne, ponieważ Maria również troszczy się o swoją młodą przyjaciółkę. Choć czasami nie podoba jej się, że dziewczyna jest wykorzystywana seksualnie tylko dlatego, że jest „inna”, to jednak nic nie może na to poradzić. Nie może powołać się na swoje szlacheckie pochodzenie, aby móc stanąć w jej obronie, bo nikt, kto widzi Marię, nie jest w stanie dać wiary jej słowom. Wygląda niczym zwykła żebraczka. Poza tym dochodzi jeszcze bariera językowa, której Maria nie potrafi przeskoczyć. Przynajmniej dzieje się tak w pierwszych miesiącach jej tułaczki.

Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że wykorzystywanie czarnoskórej kobiety przez mężczyznę tylko dlatego, że posiada ona inny kolor skóry jest przejawem rasizmu. Jak już wspomniałam powyżej, nie odebrałam tego w ten sposób. Alika jest inna i dlatego budzi powszechne zainteresowanie zarówno wśród dorosłych, jak i dzieci. Przecież białe kobiety traktowane są w identyczny sposób. Maria w pewnym sensie może czuć się bezpieczna, ponieważ jest już zbyt „stara”, aby wzbudzać pożądanie u mężczyzn. W tej części cyklu dobiega czterdziestki. Tym razem jest wykorzystywana zgoła do czegoś innego niż miało to miejsce w poprzednich częściach serii.

Jakich jeszcze problemów dotyka ta książka? Otóż na pewno kwestii wiary. Pewnego dnia życie Marii, jako „innowiercy”, jest poważnie zagrożone i tylko cud ratuje ją od śmierci. Wzburzony lud jest w stanie zabić. Lecz była nierządnica uchodzi z życiem, bo tak musi być. Przecież jest silną kobietą i nie pozwoli tak łatwo się zniszczyć. Już nie w takich tarapatach była i jakoś udało jej się z nich wydostać. Przy życiu jak zawsze trzyma ją wielka miłość do męża, a los w najbardziej niebezpiecznych momentach zsyła jej „dobrą duszę”, która podaje jej pomocną dłoń.Czytelnik widzi Marię również jako wspaniałą matkę, choć życie tak się ułożyło, że nie może w pełni cieszyć się swoim macierzyństwem. Lecz uczucia, jakimi się kieruje wyraźnie wskazują na to, że rola matki w pełni jej odpowiada.

Gdybym miała porównać te trzy części, które już za mną, to ta pomimo pewnych zalet wydaje mi się być najsłabszą. Za mało jest w niej odnośników do historii. Praktycznie dopiero naświetlenie tła historycznego, które znajduje się na końcu książki, wyjaśnia w jakich tak naprawdę realiach toczy się ta powieść. Nie wiem, co zawiniło: przekład czy generalnie warsztat pisarski Iny Lorentz i Elmara Marona, niemniej trzeci tom tej historii czytało mi się najgorzej, czyli dość ciężko. Tego nie było przy poprzednich częściach. Kasztelankę wręcz pochłonęłam, a tutaj jednak nieco się namęczyłam. Jak dla mnie za mało historii w historii. Owszem bardzo ciekawie przedstawione są wszelkie średniowieczne obyczaje adekwatnie do terenów, na których akurat toczy się akcja powieści, ale całej fabule brakuje tak zwanego polotu. Nie wiem jeszcze jakie wrażenie zrobi na mnie część czwarta, którą już niedługo zacznę czytać. 

Szczególną uwagę zwróciłam także na samych bohaterów. Oczywiście są wśród nich ci dobrzy i ci źli, jednak na pierwszy plan wysuwają się postacie wręcz pozbawione ludzkich odruchów. Nienawiść wylewa się z nich niczym lawa z wulkanu. Są zdolni dokonać każdego okrucieństwa, aby tylko móc osiągnąć swój cel. I tak oto okazało się, że mimo wszystko ta część również posiada swoje walory, chociaż nie wyczuwa się zbyt wyraźnie klimatu epoki. I właśnie to jest jej największą wadą, jeśli chodzi o umiejscowienie akcji. Pomijając brak płynności językowej, można uznać, że cała reszta jest bez zarzutu. 

I znów, ktoś mógłby zakwestionować moją opinię, twierdząc, że zaprzeczam sama sobie, bo z jednej strony książkę zachwalam, a z drugiej wytykam jej wady i uznaję za najsłabszą spośród tych trzech tomów, które już przeczytałam. Otóż nic podobnego. Nie zaprzeczam sama sobie, a jedynie próbuję nakreślić dobre i złe strony powieści. Do przeczytania kolejnych części cyklu nie zniechęcają mnie bynajmniej wskazane przeze mnie wady. Ponieważ już dawno założyłam sobie, że przeczytam całą serię, więc wielkimi krokami do tego zmierzam. 

Recenzje poprzednich części serii tu i tu.





niedziela, 19 maja 2013

Eben Alexander – „Dowód”





Prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo





Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
Kraków 2013
Tytuł oryginału: Proof of Heaven. A neurosurgeon’s journey into the afterlife
Przekład: Rafał Śmietana




Przeczytałam książkę. Trudną książkę, której do tej pory nie umiem zrozumieć. Choć upłynęło już trochę czasu odkąd skończyłam lekturę, nadal nie potrafię wyciągnąć z tej publikacji jednoznacznych wniosków. Obawiam się, że chyba nigdy mi się to nie uda, podobnie jak nie będą w stanie zrobić tego inni czytelnicy. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. 

Zapewne większość z nas słyszała już o amerykańskim neurochirurgu, który pewnego dnia zamiast – jak co dzień – udać się do pracy i zająć się przywracaniem zdrowia swoim pacjentom, sam wylądował na oddziale intensywnej terapii – albo jak kto woli – na oddziale ratunkowym szpitala ogólnego w Lynchburgu w stanie Wirginia. Mówią, że lekarze nie lubią chorować. Znacznie bardziej wolą leczyć innych niż sami stać się pacjentami. Ale chyba nie tylko lekarze tak uważają. Każdy z nas nie chce znaleźć się w sytuacji, kiedy będzie zmuszony spędzić jakiś czas w szpitalu. Autorowi tej książki również nie uśmiechała się ta zamiana ról. Jednak nie miał większego wyboru. Ktoś lub coś zadecydowało za niego.

Eben Alexander do końca życia będzie pamiętał datę 10 listopada 2008 roku. To właśnie wtedy potworny ból głowy i pleców sprawił, że na niecały tydzień czasu lekarz został przykuty do szpitalnego łóżka. Zanim zapadł w śpiączkę, jego koledzy po fachu zaobserwowali u niego objawy padaczki. Potem wypowiedział już tylko jedno zdanie: „Boże, pomóż mi!”, i przeniósł się do Krainy Widzianej z Perspektywy Dżdżownicy. Takim właśnie mianem neurochirurg po jakimś czasie określił pierwszy etap swojej podróży w zaświaty.

Przy łóżku chorego przez cały czas czuwała rodzina: żona, synowie, siostry. Lekarze, którzy opiekowali się Ebenem Alexandrem, znali go od lat i wiedzieli, jakie są jego poglądy na temat cudownych uzdrowień, czy też świata, do którego rzekomo każdy z nas trafi po śmierci. Oni wiedzieli, że Eben Alexander jest jednym z tych, którzy wierzą tylko w to, co widzą, a wszystko tłumaczą nauką. Jeśli badacze czegoś nie udowodnili, to znaczy, że tego nie ma! Tak przynajmniej twierdził neurochirurg do dnia swojej choroby. Kiedy jego pacjenci próbowali opowiadać mu, że podczas skomplikowanych operacji neurochirurgicznych doświadczali rzeczy, których nauka nie potrafi wytłumaczyć, on jedynie się uśmiechał i udawał, że im wierzy, aby tylko nie sprawiać tym ludziom przykrości.

Teoretycznie Ebena Alexandra można było uznać za ateistę, choć z drugiej strony gdzieś w podświadomości chyba jednak tliła mu się jakaś iskierka wiary, ponieważ ze spotkań z Bogiem tak do końca nie zrezygnował. Sam przyznaje, że:

[…] Do kościoła chodziliśmy od wielkiego dzwonu – niewiele częściej niż na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Chociaż przypominałem synom o odmawianiu wieczornych modlitw, zdecydowanie nie zasługiwałem w naszym domu na miano duchowego przewodnika. Nigdy tak naprawdę nie pozbyłem się wątpliwości co do istnienia świata duchowego. Mimo iż dorastałem, pragnąc wierzyć w Boga, w Niebo i życie pozagrobowe, podczas kilkudziesięciu lat spędzonych w rygorystycznym świecie akademickiej neurochirurgii zwątpiłem w istnienie czegoś, co moglibyśmy nazwać duchowym wymiarem naszej egzystencji […]*

Tak więc można dojść do wniosku, że to właśnie nauka pozbawiła lekarza wiary. Wszelkie niewytłumaczalne zjawiska zawsze popierał badaniami naukowymi, a jeśli zdarzyło się coś, czego nie potrafił wyjaśnić, wówczas przestawał zaprzątać sobie tym głowę. Dopiero kiedy jego mózg zalała ropa, wyłączając go na prawie siedem dni – zupełnie tak, jak gdyby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu – Eben doszedł do wniosku, że jego poprzednie teorie były kłamliwe. Lekarz twierdzi, że odwiedził Niebo. Dotarł do miejsca, które najprawdopodobniej przeznaczone jest dla każdego z nas. Tak przynajmniej podaje wiara katolicka, a jej wyznawcy w to wierzą. Według słów neurochirurga kraina, w której przyszło mu egzystować wypełniona jest po brzegi miłością, zaś ci, którzy znajdują się w niej nie są już w stanie uczynić niczego złego. Kiedy przyszło mu wracać z powrotem do świata żywych, doznał przeogromnej straty. Oto bramy Nieba zamknęły się przed nim, a on był pewien, że prawdziwe życie znajduje się właśnie po tej drugiej stronie. To, co przeżywamy tutaj jest jedynie snem. Zdaniem neurochirurga, to nie w tym miejscu powinniśmy być.


[...] Nadal jestem naukowcem i lekarzem, na którym ciążą dwa zasadnicze obowiązki: oddać sprawiedliwość prawdzie i nieść pomoc innym [...] - dr Eben Alexander



Po Dowód Ebena Alexandra w bibliotekach i księgarniach ustawiają się długie kolejki. Dlaczego ludzie tak bardzo chcą czytać o doświadczeniach lekarza? Dla sensacji? Dla poznania prawdy o tym, co nas czeka po śmierci? Dla ukojenia strachu przed tym, co nieznane? Być może w każdej z tych odpowiedzi tkwi ziarenko prawdy. Człowieka od zawsze fascynowało to, co wzbudza powszechne zainteresowanie i wywołuje sensację. Poznanie prawdy również nęci, bo de facto nie wiemy, jak będzie wyglądać nasze życie, kiedy umrze ciało. Czy w ogóle to będzie jakieś życie? A może wszystko skończy się na grobie? Z kolei strach zawsze towarzyszył ludzkości. Od zarania dziejów boimy się tego, co nieznane. W dodatku obawiamy się momentu śmierci, choć nasza podświadomość odsuwa ją gdzieś na dalszy plan. Tak dla lepszego komfortu psychicznego. W związku z tym nie dziwi fakt, że czytelnicy tak licznie chcą zaopatrywać się w tę publikację. Zawsze dobrze jest poznać relację kogoś, kto już przekroczył granicę pomiędzy jednym a drugim światem. Dzięki temu można wykreować sobie choć minimalny obraz tego, co jest po drugiej stronie.

Oprócz opisów zaświatów, znajdziemy w tej książce szereg terminów medycznych. Eben Alexander próbuje w ten sposób uświadomić czytelnika w kwestii autentyczności swoich doznań. Tak jak niegdyś udowadniał wyższość nauki nad rzeczywistością duchową, tak teraz pokazuje, że nie wszystko da się wytłumaczyć wiedzą medyczną. To właśnie z medycznego punktu widzenia ten człowiek powinien umrzeć już w pierwszej dobie przebywania w szpitalu, a w najlepszym wypadku po kilku dniach. Owszem, medycyna zna nieliczne przypadki, kiedy po bakteryjnym zapaleniu opon mózgowo-rdzeniowych pacjent wracał do życia, ale jakież to było życie! To była wegetacja! Jeśli chodzi o Ebena Alexandra wszystko skończyło się dobrze. Po wybudzeniu się lekarz stopniowo wracał do pełni sił, a przy tym nie zaobserwowano u niego żadnych negatywnych następstw choroby. Tego żadna nauka wyjaśnić nie potrafi.

Jaka zatem jest moja opinia na temat książki? Nie wiem. Uwierzcie mi, że naprawdę nie wiem, jak powinnam odnieść się do tej publikacji. Tak, jestem osobą wierzącą i nie wstydzę się do tego przyznać. Wierzę, że gdzieś tam jest inny świat, do którego ludzie trafiają po śmierci. Jeżeli myślę o Bogu, to nie widzę duchownych, którzy wielokrotnie prawdziwy obraz Boga zniekształcają przez swoje negatywne postępowanie. Dla mnie jest to coś więcej niż tylko to, co mogę zobaczyć. Dlatego z jednej strony daję wiarę historii Ebena Alexandra, lecz z drugiej targają mną wątpliwości, zważywszy że sam Autor nie potrafi w swojej relacji wyrazić się w sposób jednoznaczny. I tak naprawdę nie wiadomo do końca jak ten świat po drugiej stronie wygląda. Jak sam przyznaje, czasami brak mu słów, żeby opisać to, co go spotkało. Natomiast wielokrotnie powtarza, że tamta rzeczywistość wypełniona jest po brzegi miłością, czyli można to rozumieć w ten sposób, że Miłość równa się Bóg. Tak właśnie podaje religia katolicka, więc wielkiego odkrycia nie dokonał. Może gdyby mniej skupiał się na terminach medycznych, teoretycznym opisywaniu swojego schorzenia, analizie własnego życia, a także zachowaniu rodziny, która przy nim czuwała, to wówczas byłby w stanie bardziej przystępnie opowiedzieć o swoich doświadczeniach. A tak, są momenty, kiedy czytelnik tak naprawdę zastanawia się nad tym, co Autor miał na myśli.

Moim zdaniem tę książkę znacznie lepiej zrozumieliby lekarze, dla których zawarte w niej informacje z dziedziny medycyny nie stanowią takiej zagadki, jak dla przeciętnego czytelnika. W swojej książce Eben Alexander bynajmniej nie próbuje nikogo nawracać. On nawet nie upublicznia zbyt wyraźnie swoich obecnych poglądów, pomimo że przeszedł tak gwałtowną przemianę duchową. Być może kierował się tym, iż kwestia wiary dla każdego człowieka jest sprawą indywidualną i nie można nikomu niczego narzucać na siłę. Ta publikacja jest typowym sprawozdaniem z przebiegu „podróży w zaświaty”, pomimo że tej podróży poświęca zbyt mało miejsca. Dlatego też myślę, że każdy czytelnik, który sięgnie po tę książkę, będzie zdany tylko i wyłącznie na siebie samego i tylko i wyłącznie od niego będzie zależeć w jaki sposób spojrzy na osobę Ebena Alexandra i jego doświadczenia. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam zamiaru tej książki ani nachalnie polecać, ani też do niej zniechęcać. Niech każdy podejmie swoją własną decyzję w tej sprawie.

Gdyby jednak kogoś zainteresowała ta publikacja oraz osoba Ebena Alexandra, to więcej może dowiedzieć się na stronie internetowej, którą lekarz założył wraz z przyjacielem. Owa strona dotyczy wskazówek, które mogą pomóc w duchowym przebudzeniu, jak również można tam podzielić się własnymi doświadczeniami dotyczącymi swojej przemiany duchowej, jeśli takowa miała miejsce (klik). 




* E. Alexander, Dowód, Wyd. Znak Literanova, Kraków 2013, s. 55.



sobota, 18 maja 2013

Magdalena Zimniak – „Jezioro cierni”









Wydawnictwo: PROZAMI
Warszawa 2013






Rodzinne tajemnice, niedopowiedzenia, błędne wyciąganie wniosków to kwestie, które bardzo często towarzyszą nam w codziennym życiu. Ileż to razy zdarzyło nam się coś źle zrozumieć i potem przez wiele lat tkwić w prawdzie, która była znana tylko nam? Pomimo że inni przekonywali nas o braku słuszności naszych decyzji czy przekonań, my nie daliśmy sobie wmówić, że jest inaczej. Na świecie jest wiele ludzi, którzy do ostatniej minuty swojego życia przekonani są o własnych racjach i za nic mają to, co rodzina czy znajomi próbują im uświadomić. Często słyszy się, że ktoś leżąc na łożu śmierci zarzeka się, że nie wybaczy wyrządzonej mu wiele lat temu krzywdy. W związku z tym, co też takiego musi się stać, aby wreszcie przejrzeć na oczy i zrozumieć swój błąd? Czy potrzebna jest tragedia, aby zmienić zdanie o drugim człowieku?

Kate Robertson, niegdyś Katarzyna Wojciechowska od dwudziestu lat mieszka w Silver Spring pod Waszyngtonem. Jest matką dziewiętnastoletniego Petera i żoną Stephena. Rodzina świata poza nią nie widzi. Szczególnie mąż jest w nią wpatrzony niczym w obraz. Od początku ich znajomości kocha Kate całym sercem, choć wie, że żona gdzieś na dnie serca skrywa jakąś mroczną tajemnicę, która nie pozwala jej w pełni cieszyć się życiem. W Stanach Zjednoczonych Kate osiągnęła to, co w życiu najważniejsze. Oprócz tego, że ma wspaniałą rodzinę, posiada również dobrą pracę. Praktycznie nic więcej nie jest jej potrzebne do szczęścia. Ale czy naprawdę jest szczęśliwa?

Pewnego dnia syn Kate podejmuje decyzję swojego życia. Otóż postanawia lecieć do Polski, aby móc wreszcie poznać rodzinę swojej matki i kraj, w którym urodziła się i dorastała. Wiadomość o wyjeździe Petera uderza w Robertsonów niczym grom z jasnego nieba. Do czego potrzebne jest młodemu chłopakowi takie odgrzebywanie przeszłości? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. Na świat przyszedł w Stanach, tutaj się wychował, jest Amerykaninem pełną gębą, więc po co grzebać w czymś, co może przynieść jedynie cierpienie?

Jednak młody Robertson nie pozwala wybić sobie z głowy tego pomysłu. Poczynił już pewne starania, aby móc choć minimalnie zadomowić się w kraju swojej matki. W kraju, o którym wie tak niewiele, ponieważ Kate nigdy mu o nim nie opowiadała. Ba! Ona wręcz przez te wszystkie lata emigracji nie posługiwała się językiem polskim, jakby chciała w ten sposób wymazać z pamięci swoją prawdziwą tożsamość. Fakt, że matka jest Polką też odkrył zupełnie przypadkowo. Dlaczego tak się stało? Co kryje się za dziwnym zachowaniem matki, która za każdym razem, gdy chłopak wspomina o Polsce, reaguje niezwykle nerwowo?

Chociaż Robertsonom nie jest na rękę rozdrapywanie starych ran, to jednak ostatecznie zgadzają się na wylot syna do Warszawy. Starają się nie okazywać swojego zdenerwowania i przerażenia tym, co Peter może zastać w Polsce. Niemniej, nie potrafią już myśleć o niczym innym. W jaki sposób ta podroż wpłynie na Petera? Czy kiedy chłopak pozna prawdę, będzie mógł nadal normalnie żyć? A może jego życie straci sens?

Sięgając po Jezioro cierni doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co mnie czeka. Każdy, kto choć trochę zna twórczość Magdaleny Zimniak wie, że jej książki stanowią doskonałą analizę ludzkiej psychiki. Jej bohaterowie nie są cukierkowi, nie są wyidealizowani, a wręcz przeciwnie. Oni dźwigają na barkach traumatyczne przeżycia z przeszłości, aby wreszcie dojść do momentu, kiedy będą musieli stawić czoła temu, co było i raz na zawsze rozprawić się z przeszłością. Nie jest inaczej i tym razem. W Jeziorze cierni mamy do czynienia z całą galerią postaci, których życie nie oszczędzało. Choć mijają lata, oni wciąż tkwią w problemach, których dotąd nie zdołali rozwiązać. Owszem, na pewien czas są w stanie o nich zapomnieć, ale na dłuższą metę nie potrafią sobie z nimi radzić. Te traumatyczne dylematy ciągle wracają niczym bumerang i nie pozwalają normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem. W tej powieści praktycznie każda z postaci walczy i wciąż przegrywa z przeszłością. Tak będzie dopóki nie stanie się coś, co przerwie ten labirynt kłamstw, niedopowiedzeń i skrywanych uczuć.

Magdalena Zimniak nie boi się wkraczać na teren tematów tabu. Nie boi się, że zostanie skrytykowana. Tak było w przypadku Willi czy Pokoju Marty, tak też jest i tym razem. Autorka po mistrzowsku prowadzi czytelnika ścieżkami ludzkich dramatów. Kiedy już wydaje się, że wszystko zostało powiedziane i praktycznie nie ma już nic do dodania, wówczas zupełnie nieoczekiwanie następuje gwałtowny zwrot akcji, co sprawia, że czytelnik nadal nie potrafi uzyskać jednoznacznej odpowiedzi.

Zapytacie zatem, o czym tak naprawdę jest ta książka? Otóż Jezioro cierni to przede wszystkim historia opowiadająca o walce z własnymi demonami, w której nie ma jednoznacznych zwycięzców ani przegranych. Jest to także powieść o bezgranicznej miłości, która pomimo trudów nie daje się pokonać. Przecież Stephen Robertson w pewnym momencie doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że żona przez te wszystkie lata ich małżeństwa nie mówiła mu prawdy albo inaczej – prawda, którą mu serwowała była dość zawiła. On wie, że jest coś, czego nigdy nie zdecydowała się mu wyjawić. Czy teraz będzie inaczej? Czy podroż ich syna do Polski sprawi, że ich wzajemnie relacje staną się bardziej szczere?

A jak reaguje młody Robertson, kiedy poznaje kraj swojej matki? Zachwyca się nim. Wiele kwestii naprawdę go interesuje i przyciąga jego uwagę. Bardzo szybko nawiązuje nowe znajomości i przyjaźnie, a nawet odnajduje w Polsce miłość. Języka polskiego uczy się jak szalony, aby móc w miarę biegle się nim posługiwać. Nowa rodzina jest dla niego niezwykłym odkryciem. Cieszy się na każde spotkanie z bliskimi. Tylko nie wie jeszcze, że przyjdzie jedna chwila, jeden ułamek sekundy, w którym cała przeszłość runie mu na głowę i nic już nie będzie takie samo.

Czy polecam tę powieść? Jak najbardziej. Wszyscy, którzy nie lubią w literaturze słodkich historyjek z gatunku „i żyli długo i szczęśliwie” zapewne będą tą powieścią zachwyceni. Dodatkowym walorem tej książki jest też to, że Autorka pozostawia szereg niedopowiedzeń i niewyjaśnionych sytuacji. To czytelnik musi poprowadzić dalej niemal każdego z bohaterów. Ta powieść aż się prosi o kontynuację.

Jezioro cierni to kolejna powieść Magdaleny Zimniak, którą czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Nie sposób odłożyć jej na półkę dopóki nie pozna się jej zakończenia. Ta historia pokazuje jak wiele kłamstw może towarzyszyć nam każdego dnia. Nawet ci, którym ufamy mogą wyrządzić nam krzywdę, z której skutkami nie będziemy mogli poradzić sobie pomimo upływu lat. Lecz z drugiej strony, losy Kate i Stephena są przykładem na to, że brak bezgranicznego zaufania do drugiej osoby, która tak naprawdę chce tylko i wyłącznie naszego dobra, może w efekcie doprowadzić do utraty czegoś faktycznie bezcennego.

Cóż mogę dodać na koniec? Chyba tylko to, że Magdalena Zimniak właśnie stworzyła kolejną książkę, która w pamięci czytelnika pozostaje na bardzo długo. 


Za książkę serdecznie dziękuję Autorce i Wydawnictwu 





piątek, 17 maja 2013

Witajcie moi Drodzy!



Jak to mówią: Co się odwlecze, to nie uciecze. W moim przypadku przysłowie to znalazło swoje zastosowanie po dość długim czasie. Nad przenosinami Krainy Czytania zastanawiałam się od bardzo dawna. Praktycznie już po zamieszczeniu kilku pierwszych wpisów na platformie Blox, ta myśl zaczęła krążyć w mojej głowie. Niemniej byłam wtedy bardzo niedoświadczoną blogerką i podstawy blogowania, jakie zapewnia Blox na tamten czas zupełnie mi wystarczały. Tak więc w końcu przestałam rozważać opcję przeprowadzki. I tak mijał dzień za dniem. Na blogu pojawiały się coraz to nowe wpisy, a ja z każdym dniem poznawałam innych blogerów. Moje recenzje były wówczas dość ułomne. Prawdę powiedziawszy nie miałam pojęcia, jak powinnam się do tego zabrać, żeby przyciągnąć uwagę czytelników. Ale przecież praktyka czyni mistrza, więc stopniowo zaczęłam rozbudowywać swoje blogowe notki. Z każdym dniem udoskonalałam je coraz bardziej, aż w końcu spostrzegłam, że platforma, na której bloguję skutecznie mnie ogranicza. Były takie wpisy, które musiałam dzielić na części, ponieważ w całości nie mogły zostać publikowane. Ta kwestia dotyczyła przede wszystkim Literackich podróży Weroniki i cyklu o Józefie Ignacym Kraszewskim. Musiałam też informować pisarzy, z którymi przeprowadzałam wywiady o tychże ograniczeniach. Autorzy nie mogli rozpisywać się zbyt szeroko, bo wówczas wywiad zostałby pocięty na kawałki. Tak dłużej być nie mogło.

I tak oto coraz częściej zaczęłam spoglądać w kierunku platformy Blogspot, ponieważ wydawało mi się, że stoi ona na wysokim poziomie, posiada szereg przydatnych funkcji i przede wszystkim nie nakłada blogerowi ograniczeń. Co pewien czas obserwowałam też, że coraz więcej blogujących osób rezygnuje z Bloxa, a przenosi się właśnie tutaj, na Blogspot. Jeśli o mnie chodzi, wciąż nie umiałam podjąć ostatecznej decyzji. I tak zeszło dwadzieścia pięć miesięcy zanim jednym pociągnięciem założyłam nową Krainę Czytania. Kiedy w zeszłym miesiącu świętowałam drugie urodziny bloga, nie sądziłam, że za kilka tygodni będę zamieszczać swoje opinie o książkach już w innym miejscu.

Cieszę się, że zdecydowałam się na ten krok i przeniosłam Krainę Czytania. Lecz musicie wiedzieć, że nie jest to zupełnie nowy blog. Owszem, jego tytuł jest nieznacznie zmieniony, ale to wciąż ta sama Kraina Czytania, którą odwiedzaliście przez ostatnie dwa lata. Niniejszy blog jest konsytuacją tego, nad czym pracowałam w poprzednim miejscu. Tak więc swoje blogowe urodziny nadal będę obchodzić 13 kwietnia. Na chwilę obecną nie mam zamiaru niczego zmieniać w kwestii pisania recenzji. Zapewne będą pojawiać się tutaj rozmaite artykuły dotyczące literatury, będą też wywiady z pisarzami, może od czasu do czasu pochwalę się własną twórczością, ale nadal będzie to ten sam blog. Postanowiłam jednak nie wystawiać już ocen przeczytanym książkom. Myślę, że swoją opinię o danej pozycji będę wyrażać na tyle jasno, że każdy czytelnik wyciągnie z niej własny wniosek. Z doświadczenia wiem, że takie "cyferkowe" ocenianie nie jest sprawiedliwe, a przynajmniej w moim odczuciu. Przez te dwa lata bardzo często musiałam zmagać się z dylematem, czy ocenić książkę na "4", a może na "5"? Nie chcę już przez to przechodzić.

Niestety nie udało mi się skopiować wszystkich wpisów, żeby móc Krainę Czytania z Bloxa zupełnie zlikwidować. Zamieściłam tam dokładnie 344 notki i bardzo szybko okazało się, że ręczne przenoszenie poszczególnych wpisów – nawet z uwzględnieniem wstecznej daty – jest po prostu niemożliwe w tak krótkim czasie, a nie chciałam zniknąć z blogosfery na zbyt długo. Tak więc postanowiłam podlinkować te posty, które mają dla mnie i dla czytelników, jak również dla autorów istotne znaczenie. Możecie do nich wracać, klikając w odpowiednią zakładkę (stronę). Znajdziecie tam alfabetyczne spisy przeczytanych przeze mnie książek w danym roku blogowania oraz odnośniki do poszczególnych notek dotyczących cykli literackich. Mam nadzieję, że administratorzy Bloxa nie zlikwidują kiedyś Krainy Czytania, ponieważ byłaby to strata nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla autorów, którzy praktycznie wraz ze mną prowadzili ten blog. Mam tutaj na myśli wywiady, a także recenzje, które pisałam na zamówienie.

Bardzo trudno było mi również skopiować Wasze komentarze. Okazało się bowiem, że niektóre z nich odnoszą się tylko i wyłącznie do mojej działalności na platformie Blox i powielanie ich tutaj nie miałoby najmniejszego sensu, ponieważ wówczas straciłyby swoje logiczne znaczenie. W sumie tych komentarzy wystawiono aż 4 252! Sporo, jak na Blox, prawda?

Mam nadzieję, że w nowym miejscu będzie mi się dobrze blogować. Na platformie Blogspot nie jestem bynajmniej nowicjuszem, ponieważ prowadzę tutaj także dwa inne blogi: blog o tematyce historycznej Tak kiedyś było oraz literacki blog międzynarodowy – Our thoughts about books, literature & movie. Ten ostatni piszę w języku angielskim, a pomaga mi w tym kilka innych osób. Jest to projekt skierowany do tych blogerów, którzy znają język angielski i nie boją się go używać. Gdyby ktoś z Was chciał do tej akcji dołączyć, to serdecznie zapraszam, wystarczy wysłać do mnie maila albo po prostu wyrazić w komentarzu chęć przystąpienia do projektu, podając swój adres mailowy.

W kwestii szablonu być może coś jeszcze się zmieni. Mam nadzieję, że Kraina Czytania szybko zadomowi się w nowym miejscu i będzie się tutaj dobrze czuć. Wy również, kochani Czytelnicy, czujcie się tutaj dobrze. A już niebawem zapraszam na pierwszą recenzję.

środa, 1 maja 2013

Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie...



LITERAT MAJA 2013



ROZMOWA Z AGNIESZKĄ STEUR


Żona i mama. Mieszka w Holandii. Absolwentka Wydziału Języków Słowiańskich i Kultury na Uniwersytecie Amsterdamskim. W 2008 roku wyróżniona w Konkursie na Nagrodę Marszałka Senatu dla dziennikarzy polskich i polonijnych. W 2010 roku zdobyła pierwsze miejsce w Międzynarodowym Konkursie „Emigracja” portalu kobietawuk.info. Od 2011 roku nauczycielka języka polskiego w Polskiej Szkółce w Utrechcie. Od 2010 roku pisze felietony w języku polskim dla Sceny Polskiej – Pools Podium w Holandii oraz artykuły popularno-naukowe w języku niderlandzkim dla Biuletynu Polsko-Niderlandzkiego Stowarzyszenia Kulturalnego PNKV.



Agnes Anne Rose: Witam Cię serdecznie na moim blogu i dziękuję, że zgodziłaś się na rozmowę w ramach cyklu Literat Miesiąca. Agnieszko, na początek zapytam, co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zdecydowałaś się poświęcić tworzeniu literatury? Bo przecież chęć opowiadania innym rozmaitych historii musi mieć gdzieś swoje źródło.

Agnieszka Steur: Bardzo dziękuję za zaproszenie. Wydaje mi się, że pisanie od zawsze było częścią mnie. Chęć opowiadania nie ma źródła w jakimś konkretnym wydarzeniu mojego życia. Określone tematy tak, tworzenie w ogóle już nie, ono jest we mnie. Nie jest wynikiem, stanowi raczej treść. Z jednej strony to wewnętrzna potrzeba przelewania na papier myśli, pomysłów, a z drugiej chęć spotykania innego człowieka w ten wyjątkowy sposób, właśnie dzięki temu, co robię. Już będąc małą dziewczynką zmieniałam swoje marzenia w opowiadania i przelewałam je na papier. W ten sposób się spełniały. Gdy wyjechałam za granicę, pisanie zyskało jeszcze jeden wymiar, stało się bardzo ważnym elementem podkreślającym moją tożsamość. Piszę po polsku i dzięki temu nie tracę tego, co za sobą zostawiłam.

AAR: Niedawno ukazała się Twoja debiutancka powieść pod tytułem „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie”. Jest to powieść fantasy adresowana przede wszystkim do młodzieży. Dlaczego właśnie tę grupę czytelników wybrałaś jako odbiorców Twojej twórczości?

AS: Każdy etap w życiu człowieka ma swoją magię, ale wkraczanie w dorosłość wydaje mi się bardzo czułą i wyjątkową chwilą. Wtedy przecież tak wiele się decyduje. Młodzi ludzie przestają być dziećmi, ale jeszcze wierzą w bajki. Żaden szczyt nie jest zbyt wysoki, ale i świat rzeczywisty zostaje już odbierany wszystkimi zmysłami. Bunt, kwestionowanie wartości i poszukiwanie własnej drogi, przecież to bardzo ważne. Moje dzieci stoją na granicy tego etapu i z ogromną ciekawością będę obserwować ich drogę. Jak one będą przeżywać zmiany. Bardzo bym chciała, aby potrafiły zachować w sobie coś z dzieci, ale i pewnie wkroczyły w kolejną fazę życia. Czasem myślę, że również ja nie chcę stracić tej cząstki naiwności, która jest we mnie i dlatego tak lubię literaturę dziecięcą i młodzieżową.

AAR: Przyznam, że kiedy czytałam Twoją powieść byłam pozytywnie zaskoczona jej oryginalnością. Przeważnie jest tak, że bohaterowie z naszego świata przedostają się w jakiś magiczny sposób do świata baśni, gdzie spotykają rozmaite istoty. U Ciebie jest na odwrót. Skąd pomysł, aby to obce byty wysłać w podroż do świata ludzi?

AS: Od wielu lat mieszkam poza granicą Polski. Stałam się Emigrantką i w pewnej chwili przeraził mnie fakt, że to jedno słowo w jakiś sposób definiuje całą moją osobę.  W tych doświadczeniach znalazłam inspirację do mojej książki. Problem bycia obcym bardzo mnie fascynuje. Już dawno odkryłam, że to uczucie to w dużej mierze stan umysłu. Wyobcowanie często jest wewnętrzną częścią człowieka, a nie czymś poza nim. Ta świadomość nie jest pocieszająca. Ponadto mieszkanie w innym państwie przekonało mnie, że czasem to, co oczywiste może stać się dziwne, a codzienność innych ludzi potrafi nas bardzo zaskoczyć. Chciałam pokazać znany świat, jako obcy. Bardzo ważnym był dla mnie zabieg tego odwrócenia. Dzięki niemu Jangblzijanie przyszli do czytelnika lub może czytelnik odkrył w sobie Jangblizję. Przecież wokół nas jest mnóstwo zwykłości, których nie rozumiemy. Wcale nie musimy wyjeżdżać, aby zadać sobie pytanie, dlaczego jest właśnie tak, jak jest i dlaczego (o zgrozo!) tyle osób zgadza się na to milcząco.

AAR: Twoja powieść zawiera w sobie szereg uniwersalnych wartości, jak miłość, przyjaźń, tolerancja, ale też nie brakuje tego, co złe. Dlaczego, Twoim zdaniem, tak wielu autorów wciąż skupia się na walce Dobra ze Złem? Przecież ten problem poruszany w tak licznych publikacjach może dla wielu czytelników okazać się nudny i przegadany. Nie obawiałaś się właśnie tego rodzaju krytyki, tworząc fabułę swojej powieści?

AS: Tworząc Jangblizję obawiałam się krytyki, ale akurat nie w tym temacie. Głęboko wierzę, że istnieją treści, które nigdy nie staną się nudne. Może to cliché, ale walka Dobra ze Złem toczy się w każdym z nas. Nie mam na myśli tak ekstremalnych sytuacji jak wojna, ale całkiem zwykłe. Codziennie podejmujemy decyzje, które w jakiś sposób wpływają na innych i na nas. Ważne jest, aby pozwalać w takim właśnie wymiarze Dobru wygrywać. To są tematy uniwersalne. To trochę tak, jakby zapytać czy książki o miłości kiedyś staną się nudne, albo kryminały, albo czy znudzą się wampiry i magia. Kolejne pokolenia będą się tym fascynować i być może dla kogoś te tematy są trochę przegadane, ale należy je powtarzać.

AAR: Świat Jangblizjan, który stworzyłaś jest z jednej strony światem bardzo podobnym do naszego, ale z drugiej można też wywnioskować, że w sposób znaczący różni się od rzeczywistości, jaka otacza ludzi. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim mieszkańców Jangblizji. Jak udało Ci się stworzyć tak oryginalne postacie o dość specyficznym wyglądzie i upodobaniach?

AS: Puściłam wodze fantazji. Zdaję sobie sprawę z tego, że wymyślić coś nowego jest prawie niemożliwe. Nowe rzeczy to najczęściej układanki z tego, co już było. Jednak bardzo chciałam mieć coś swojego. Moja twórczość jest podyktowana tym, co dzieje się w moim życiu. Któregoś dnia dzieci zapytały o ewolucję i o to, co różni ludzie na ten temat twierdzą. Odpowiadając na ich przeróżne pytania wpadłam na pomysł, że może stworzę historię, w której ewolucja pójdzie w różnych kierunkach. Każdy zadaje sobie pytanie, co by było gdyby. Moją odpowiedzią stała się cała historia innego miejsca.

AAR: Przypomnijmy także, że Twoja powieść została opatrzona niezwykłymi ilustracjami autorstwa Ewy Kieńko Gawlik. Skąd pomysł, aby w ten sposób ubogacić stronę wizualną książki?

AS: Ewę znam już wiele lat. Zawsze podziwiałam jej twórczość. Praca z nią jest czystą przyjemnością i jestem pewna, że jeszcze nie raz pojawimy się jako duo. Ona jest bardzo delikatną osobą o niezwykłej sile. Najbardziej boli to, że mieszkamy tak daleko od siebie. Każde spotkanie z Ewą bardzo mnie inspiruje. Szkoda tylko, że tych spotkań jest tak mało. W chwili, gdy w mej głowie zrodziła się królowa Zara wiedziałam, że Ewa musi stworzyć wizualną część książki. Same rysunki zmieniały się już w trakcie rysowania. Najpierw chciałyśmy, aby to były szkice, ale Ewa zaproponowała, aby dodać kolor. Opowiadałam jej, jak widzę ilustracje, a ona te pomysły przelewała na papier i za każdym razem mnie zaskakiwała, ponieważ to, co tworzyła było piękniejsze niż sobie wyobraziłam.

AAR: Jako emigrantka niezwykle aktywnie działasz na rzecz Polonii w Holandii. Mogłabyś zdradzić czytelnikom na czym ta działalność polega i co takiego wnosi w życie Twoje i Polaków mieszkających na obczyźnie?

AS: Zajmuję się przeróżną polonijną działalnością. Bardzo często są to akcje związane z kulturą. W chwili obecnej jestem członkiem jury w konkursie poetyckim dla dzieci „Tuwimować mi się chce” zorganizowanym przez Korespondencyjny Klub Literacki Młodej Polonii. Dostaję cudowne wiersze pisane przez dzieci mieszkające poza granicami Polski. Zaangażowanie w to sprawia mi ogromną radość, ale i martwi, bo muszę podjąć decyzję. Dzieci są fantastyczne, a ja muszę stwierdzić, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy, to ogromna odpowiedzialność. Niezwykle ważnym jest też dla mnie temat dwujęzyczności dzieci mieszkających w Holandii. Są rodzice, którzy zaniedbują język polski swych pociech, ale i tacy, którzy mają mnóstwo wątpliwości w tym temacie. Spotykam też rodziców, potrzebujących tylko usłyszeć, że inni borykają się z takimi samymi problemami. Angażuję się w spotkania polonijne i opowiadam o dwujęzyczności oraz jej dobrych stronach. Dzięki temu też poznaję cudownych ludzi. To są niezapomniane chwile.

AAR: Jesteś również laureatką kilku nagród literackich i wyróżnień, wśród których znajduje się wyróżnienie samego marszałka senatu RP dla dziennikarzy polskich i polonijnych. To chyba wyjątkowa nagroda dla Ciebie, prawda? Pamiętasz, co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że to właśnie Tobie ją przyznano?

AS: To była moja pierwsza nagroda na obczyźnie. Byłam bardzo dumna, ponieważ otrzymałam ją za mój debiut dziennikarski. Było mi również bardzo miło, gdy miałam okazję spotkać się osobiście z marszałkiem senatu. Wtedy też po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest związek autor-czytelnik. Po publikacji nagrodzonych tekstów zaczęłam otrzymywać listy od osób, które czytając przeżywali. Gdy słyszę lub czytam, że moje teksty wywołały uczucia, coś dały, to jest największa nagroda.

AAR: Krótka forma literacka również nie jest Ci obca, bo przecież potrafisz pisać fantastyczne opowiadania z oryginalnym przesłaniem. Planowane jest także wydanie zbioru felietonów Twojego autorstwa. Możesz zdradzić czytelnikom jaką tematykę w nich poruszasz i do kogo są skierowane?

AS: Pierwsze moje teksty, które zostały opublikowane w prasie polonijnej to były felietony dotyczące życia na emigracji. Z czasem zaczęłam pisać o wszystkim.  Od kilku lat współpracuję ze Sceną Polską w Holandii. Również pisanie dla Lejdiz Magazine w Anglii jest dla mnie powodem do dumy. Gdy w 2011 roku współpracowałam z PNKV w Holandii, zaproponowano mi wydanie moich felietonów, których wtedy już się sporo uzbierało, w formie książki. Ten projekt jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ będzie to wydanie dwujęzyczne i będzie nosić tytuł „Słowa do użytku wewnętrznego”. Czytanie moich słów w innym języku jest dziwne, ekscytujące i trochę nierealne.

AAR: Masz już za sobą pierwsze spotkanie autorskie, które odbyło się w Polsce w Twoim rodzinnym mieście. Czy było to dla Ciebie bardzo stresujące wydarzenie jako debiutantki?

AS: Pierwsze spotkanie autorskie było dla mnie bardzo stresującym przeżyciem. Przyznam Ci się, że były chwile, gdy myślałam, że będę pierwszym w historii debiutantem, który zejdzie z tego świata podczas takiego spotkania. Teraz, gdy mam to już za sobą, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że wieczór w Wałbrzychu w Bibliotece pod Atlantami pozostanie jednym z moich najmilszych wspomnień. Poznałam tylu miłych i ciepłych ludzi. Na spotkanie przyszły osoby z mojej przeszłości, ale i obcy, którzy ściskali mi dłonie i dzielili się przeżyciami.

AAR: Planujesz kolejne spotkania autorskie, na przykład w Holandii?

AS: Spotkania z czytelnikami są cudowne i z pewnością, gdy tylko będzie okazja będą organizowane. W niedalekiej przyszłości odbędą się w Holandii spotkania z czytelnikami mojej drugiej książki, zbioru felietonów.

AAR: Być może jeszcze zbyt wcześnie pytać Cię o to, ale ciekawi mnie czy chcesz pisać tylko dla młodzieży, czy może masz w planach napisanie kiedyś powieści adresowanej do dorosłych czytelników?

AS: W tej chwili jestem pochłonięta dalszymi losami Jangblizjan, rozpoczęłam też cykl bajek dla najmłodszych. W głowie mam mnóstwo pomysłów. Myślę, że kiedyś napiszę coś adresowanego do dorosłych. Teraz jednak przez jakiś czas pozostanę w świecie bajek i fantasy.

AAR: O ile mi wiadomo „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” równocześnie miała ukazać się w Polsce, Holandii i Anglii. Czy jest jakaś różnica pomiędzy odbiorem książki przez czytelników w tych trzech krajach? A może ich gusta wszędzie są takie same?

AS: To prawda. Odbiór bardzo się różni, ale powodem nie jest różnica w gustach czytających. Emigranci to ludzie dorośli, którzy ciężko pracują i często nie mają czasu na wyprawy do świata fantasy. Za granicę przyjeżdżają z dziećmi, które tu chodzą do szkół i bardzo szybko zaczynają czytać w języku danego kraju. Młodzież mieszkająca w Holandii czyta właściwie już tylko po holendersku, więc może jeśli uda mi się książkę przetłumaczyć, znajdę więcej czytelników. Oczywiście nie jest to reguła, ale niestety większość. Zresztą zobaczyć „Jangblizję” wydaną po niderlandzku jest moim kolejnym marzeniem do zrealizowania.  

AAR: Wiem, że Twoja debiutancka powieść to tylko początek opowieści o Jangblizjanach. Ta historia ma mieć formę trylogii. W związku z tym, kiedy możemy spodziewać się dalszego ciągu tej wyjątkowej baśni?

AS: Chciałabym, aby druga część ukazała się rok po premierze pierwszej. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu. Już wiem, że książka ta będzie obszerniejsza. Postaci żyją w mojej głowie i zmuszają do pisania.  „Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie” to dopiero początek. W kolejnej części wątki się rozwijają i padają odpowiedzi na zadane wcześniej pytania.

AAR: Agnieszko, serdecznie Ci dziękuję za rozmowę i życzę Ci samych sukcesów u progu Twojej kariery literackiej.

AS: To ja dziękuję za rozmowę i możliwość goszczenia na Twym blogu.



Rozmowa i redakcja: 
Agnes Anne Rose




Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad po angielsku, kliknij tutaj.
If you want to read this interview in English, please click here