wtorek, 13 maja 2014

Donna Woolfolk Cross – „Papieżyca Joanna”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2011
Tytuł oryginału: Pope Joan
Przekład: Alina Siewior-Kuś




Kobiety zajmujące wysokie stanowiska i zdobywające wiedzę na najbardziej prestiżowych uczelniach świata dzisiaj już nikogo nie dziwią. Obecnie pogłębianie wiedzy naukowej dostępne jest w równym stopniu zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Lecz nie zawsze tak było. W średniowieczu, czyli epoce, która do dnia dzisiejszego przez niektórych uważana jest za tę najbardziej zacofaną w dziejach ludzkości, kobiety spychane były poza margines społeczny. Mężczyźnie wolno było wszystko, zaś kobieta miała być mu poddana w każdej sprawie. Z kolei władzę moralną nad ludem tak naprawdę sprawował Kościół. Nawet monarchowie poszczególnych państw podlegali w tej kwestii Kościołowi katolickiemu, który ustanowione przez siebie prawa egzekwował niekiedy wręcz niezwykle brutalnie. W razie jakiegokolwiek sprzeciwu można było stracić nawet życie, nie mówiąc już o karach polegających na okaleczaniu ciała czy ekskomunice. W imię tychże praw mąż mógł bez ograniczeń stosować przemoc fizyczną wobec żony i praktycznie nie ponosił za to żadnej kary, ponieważ małżonka była dla niego swego rodzaju własnością, z którą mógł robić, co mu się tylko podobało.

Skoro już jesteśmy przy kwestii Kościoła katolickiego, to zachodzi podejrzenie, że w IX wieku na Tronie Piotrowym zasiadała… kobieta. Oczywiście Kościół uparcie twierdzi, że jest to tylko i wyłącznie legenda, której nie należy dawać choćby nawet najmniejszej wiary. Niemniej jednak istnieją mgliste zapiski historyczne na ten temat. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że tego raczej nigdy się nie dowiemy. Natomiast prawdą jest, że niejaki Marcin z Opawy (1215/1220-1278) – arcybiskup gnieźnieński, który swoją biskupią sakrą nie nacieszył się zbyt długo, bo zmarł krótko po konsekracji – napisał o papieżu Janie VIII tak:

„Po Leonie, papieżem był przez dwa lata, siedem miesięcy i cztery dni Jan Anglik (Ioannes Anglicus), urodzony w Moguncji. Zmarł on w Rzymie, po czym tron papieski przez miesiąc pozostawał pusty. Powiada się, że ten Jan był kobietą, która jako młoda dziewczyna udała się do Aten w męskim przebraniu razem z mężczyzną, który był jej kochankiem. Tam zgłębiała różne dziedziny wiedzy, tak długo, aż nie miała już nikogo równego sobie. Później wykładała w Rzymie, a jej studentami i słuchaczami byli nawet uczeni mężowie. W mieście szerzyła się jej sława, jako wybitnej osobistości o wielkiej wiedzy, tak, że wszyscy byli zgodni, iż to temu Janowi należy się godność papieża. Kiedy jednak już została papieżem, zaszła w ciążę ze swoim kochankiem. Nie wiedziała jednak, kiedy ma nastąpić poród. I tak zaczęła rodzić podczas procesji z bazyliki św. Piotra do bazyliki św. Jana na Lateranie, w uliczce między Koloseum a kościołem św. Klemensa. Mówią, że po jej śmierci została pochowana w tym samym miejscu. Każdy Ojciec Święty zawsze omija tę uliczkę i wielu ludzi wierzy, że czyni tak z powodu zgrozy i zgorszenia, jakie wywołało tamto wydarzenie. Jej imię nie zostało też umieszczone na liście Ojców Świętych, zarówno z powodu jej płci, jak i popełnionego wszeteczeństwa.”

Nie dziwi więc fakt, że postać papieżycy Joanny von Ingelheim – bo tak naprawdę nazywała się kobieta, która rzekomo wkradła się w łaski Kościoła i ludu w przebraniu mężczyzny – stanowi doskonały temat na powieść. Donna Woolfolk Cross pracowała nad tą książką aż siedem lat, zbierając materiały i dogłębnie studiując rozmaite dzieła historyczne, które mogłyby choć w minimalny sposób przybliżyć osobę kobiety-papieża. Podczas swoich studiów Autorka napotkała szereg sprzeczności. Dlatego też nie można do końca wierzyć, że Jan Anglicus naprawdę istniał jako papież. Ktoś powie, że Kościół katolicki tak skutecznie zatuszował sprawę, iż omamił swój lud, twierdząc, że Tron Piotrowy nigdy nie został zhańbiony przez kobietę i to w sposób niezwykle nikczemny, bo przecież Joanna udawała mężczyznę, aby osiągnąć swój cel. I gdyby nie zaszła w ciążę, to zapewne sprawa ujrzałaby światło dzienne dopiero po jej śmierci, kiedy przygotowywano by jej ciało do złożenia w grobie. Przyznam szczerze, że mnie bardzo mało rzeczy bulwersuje. Gdyby faktycznie okazało się, że istniała przed wiekami papieżyca Joanna, nie czułabym się w żadnej mierze oszukana, ani też nie złorzeczyłabym osobie, która znalazłaby niepodważalne dowody na to, że kobieta-papież żyła i pełniła swoją funkcję ponad dwa lata. Podobnie jak nie bulwersują mnie przekazy niektórych badaczy, iż Jezus rzekomo miał żonę, a była nią Maria Magdalena. Takie informacje nie zmieniają niczego w stanie mojej wiary.

Joanna von Ingelheim jako papież Jan VIII
(ok. 818-858)
Za istnieniem papieżycy Joanny przemawiają niektóre dość istotne fakty. Otóż w 1276 roku papież Jan XX w efekcie przeprowadzonych dość dokładnych badań papieskich archiwów, zmienił imię na Jan XXI. Właśnie ten fakt przypisuje się niekiedy pominięciu w kościelnych zapiskach rzekomej papieżycy Joanny. Z drugiej strony jednak zmiana ta mogła wiązać się z legendą dotyczącą innego papieża również o imieniu „Jan”, który miał być legalnie wybrany jako następca Jana XIV, i jednocześnie być poprzednikiem Jana XV. Sytuacja ta miała więc miejsce w chwili, gdy Stolicą Piotrową przez rok bezprawnie rządził antypapież Bonifacy VII.  A zatem wszelkie wątpliwości Jana XXI mogły dotyczyć okresu o ponad rok późniejszego.

Innym dowodem na istnienie kobiety-papieża stał się fakt, iż papieskie procesje konsekwentnie unikały miejsca zwanego Via Sacra, czyli ulicy na której Joanna miała rzekomo urodzić martwe dziecko. Via Sacra to najkrótsza droga wiodąca do Bazyliki św. Piotra z rezydencji papieskiej. Dlaczego zaczęto nagle unikać tej drogi? No przecież jakiś powód musiał być. Z drugiej strony jednak, zwyczaj ten wprowadzono dopiero w XIII wieku, czyli praktycznie czterysta lat po czasach, kiedy żyła Joanna. Możliwe, że decyzja ta zapadła pod wpływem rozpowszechnionej wśród ludu legendy o kobiecie-papieżu.

Oprócz powyższego, pojawia się też inne pytanie. Dlaczego aż do XVI wieku każdy nowo wybrany papież rzekomo poddawany był padaniu płci? Badanie odbywało się przy pomocy tak zwanego „gnojnego krzesła” (sella stercoraria). Ów niecodzienny mebel miał w siedzeniu otwór i najprawdopodobniej służył wcześniej jako toaleta. Żyjący w XV wieku Adam z Usk (1352-1430) wspominał, że przeprowadzający badanie ogłaszał: „Nasz kandydat jest mężczyzną” (Mas nobis nominus est). Jedno z takich właśnie krzeseł znajduje się w Muzeach Watykańskich, natomiast drugie stoi w Luwrze. Niemniej jednak krzesło było używane już wiele wieków przed okresem, w którym rzekomo miała żyć papieżyca. Najprawdopodobniej pierwsze tego typu „meble” były własnością rzymskich cesarzy. Z kolei włoski humanista – Jacopo d'Angelo de Scarparia – wspominał w swojej relacji z intronizacji papieża Grzegorza XII, iż duchowny zasiadał na krześle z otworem, lecz zdaniem uczonego opowieści o tym, że krzesło służy do badania płci nowo wybranego papieża nazwał „szaloną bajką”, którą z ust do ust powtarza prymitywny plebs.


Kadr z filmu Papieżyca Joanna (2009)
w roli głównej Johanna Wokalek
reżyseria: Sönke Wortmann 


Dowodem, który może przemawiać za tym, że nie było żadnego papieża pomiędzy Leonem IV a Benedyktem III, są monety, na których widniał wizerunek Benedykta III z cesarzem Lotarem I, który zmarł 29 września 855 roku. Tak więc Benedykt III musiał zostać wybrany na papieża przed tą datą. Natomiast na podstawie zachowanej korespondencji pomiędzy arcybiskupem Reims a papieżem Mikołajem I stwierdzono, iż rzeczony biskup wysłał posłańca z listem do Leona IV. Niestety, w międzyczasie papież zmarł, zaś posłaniec wręczył list wybranemu wówczas Benedyktowi III. Należałoby też zaznaczyć, że ówcześni wrogowie papiestwa (na przykład Focjusz I Wielki – patriarcha Konstantynopola), nie wspominają ani jednym słowem o domniemanym Janie VIII zasiadającym na Tronie Piotrowym w tamtym okresie. Można przypuszczać, że skandal tego formatu nie uszedłby ich uwadze.

Najwcześniejsze źródła historyczne w formie pisemnej, a dotyczące dziejów papiestwa, datowane są dopiero na połowę XII wieku. W związku z tym zwolennicy tezy o wiarogodności legendy uważają, że wiek IX w ogóle nie pozostawił po sobie zbyt licznych świadectw pisanych. Legenda o papieżycy Joannie może być zatem wynikiem rządów nad Stolicą Piotrową w X wieku niejakiej Marozji (ok. 892-936) oraz Teodory Młodszej (?-950). A jak było naprawdę, tylko sam Bóg raczy wiedzieć.

jedno z poprzednich wydań
 (2004)
Papieżyca Joanna to książka kontrowersyjna, która podobnie jak niegdyś Kod Leonarda Da Vinci zdążyła wzbudzić rozmaite emocje. Pomijając kwestie religijne i historyczne, powieść stanowi kawał naprawdę dobrej literatury. Moim zdaniem Autorce raczej nie chodziło o wywołanie kontrowersji czy skandalu samym zjawiskiem istnienia papieżycy Joanny, ale o ukazanie prawdziwej pozycji kobiet w średniowieczu. Nie jest to praca badawcza, tak więc nie znajdziemy w tej powieści jakichś prawd historycznych popartych dowodami, o których nie mielibyśmy pojęcia. Zobaczymy natomiast do czego zdolna była posunąć się dziewczynka, a potem już dorosła kobieta, aby móc spełnić swoje marzenia. W epoce średniowiecza zdobywanie wiedzy zarezerwowane było jedynie dla mężczyzn, a w szczególności dla duchownych. Tylko mężczyźni, którzy przygotowywali się do stanu duchownego mogli studiować wszelkiego rodzaju pisma, uczyć się łaciny czy greki. To mężczyznom rezerwowano prawo do nauki pisania i czytania. Owszem, trafiały się jednostkowe przypadki wśród kobiet, które potrafiły czytać, pisać i liczyć, ale utrzymywały one swoje umiejętności w tajemnicy i wykorzystywały je jedynie w czterech ścianach swojego domu do zarządzania gospodarstwem. Kobieta, która wykazywała zdolności do nauki uznawana była za nienormalną, a wręcz za swego rodzaju dziwadło.

Joanna pochodziła z rodziny, w której rządy sprawował ojciec-tyran, piastujący urząd kanonika. Jego fanatyzm religijny przekraczał wszelkie granice. Kobiety w jego domu traktowane były jak zwykłe popychadła. Kanonik bezkarnie wymierzał zarówno Joannie, jak i jej matce kary cielesne za najmniejsze przewinienia, tłumacząc wszystko względami religijnymi. Podobnie rzecz przedstawiała się w zakonach. Tam główny opat również stosował cielesne kary wobec tych mnichów, którzy w jakikolwiek sposób dopuszczali się w jego oczach przewinień. Nie wolno było mieć własnego zdania. Bóg przedstawiany był jako ten surowy i karzący Ojciec. Dlatego też nie dziwi fakt, że Joanna łaknąca wiedzy niczym chleba w chwili najbardziej do tego sposobnej, przywdziała męski ubiór i ruszyła w świat, aby móc się kształcić. Oczywiście nigdy nie pozbyła się typowych kobiecych uczuć. Mężczyźni ją fascynowali i czuła do nich fizyczny pociąg, czego przykładem jest jej potajemny romans, którego owoc doprowadził ją do bram śmierci.

Samą książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze. Gdybym miała odprawić sąd nad Joanną, która podstępnie stała się papieżem, raczej nie byłabym w stanie jej potępić, i jak wspomniałam wyżej, nawet gdyby faktycznie była jedyną kobietą-papieżem, nie byłabym tym faktem zbulwersowana. Historia zna naprawdę rozmaite dziwaczne przypadki, więc ten jeden niczego nie zmienia. Natomiast jeśli chodzi o Kościół katolicki, to zastanawiam się czy lepszy byłby papież Joanna, czy rozpustnik z dziećmi na karku – papież Aleksander VI z rodu Borgiów. Tego drugiego jakoś nikt z historii Kościoła katolickiego nie usunął, choć wydaje mi się, że dopuścił się w swoim życiu znacznie poważniejszych haniebnych czynów, niż zrobiła to rzekoma papieżyca Joanna. Jan Anglicus tak naprawdę złym papieżem nie był. Dbał o biedotę, a zamiast spędzać godziny na modlitwie, działał i wciąż myślał jak można byłoby pomóc ludziom mieszkającym w Rzymie. Papież interesował się też ludźmi chorymi, których leczył, nie dbając o własne bezpieczeństwo i możliwość zarażenia się jakąś dziwną chorobą. Na pewno Joanna jako zwierzchnik Kościoła katolickiego nie dbała o dobra własne, lecz o poprawę życia innych. Potrafiła też rozsądnie podejmować decyzje i nie skazywała pochopnie na karę tego, kto rzekomo zawinił, bo wiedziała, że świadkowie mogą być fałszywi i żądni zemsty na oskarżonym. Pamiętajmy jednak, że wszystko to jest jedynie przypuszczeniem i jakakolwiek wiara w autentyczność postaci Jana Anglicusa, czyli papieża Jana VIII jest bezpodstawna i raczej nie ma sensu, ponieważ wciąż nie mamy wystarczających dowodów na jego istnienie.






sobota, 10 maja 2014

Victoria Holt – „Klątwa królów”













Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I SK-A
Warszawa 1999
Tytuł oryginału: The Curse of the Kings
Przekład: Zofia Dąbrowska





Egipt (Arabska Republika Egiptu) to państwo położone w północno-wschodniej części Afryki z półwyspem Synaj w zachodniej Azji. Polakom Egipt najczęściej kojarzy się z kurortami wypoczynkowymi, gdzie można spędzić naprawdę niezapomniane wakacje. Rozmawiając bądź pisząc o historii tego „gorącego” państwa przeważnie skupiamy się na epoce starożytnej, kiedy to po egipskiej ziemi chodzili władcy zwani faraonami. Według starych legend, pierwszymi królami Egiptu były postacie czczone potem jako popularni egipscy bogowie. Tak naprawdę nie wiadomo czy tak było w istocie, ponieważ nie udało się odkryć żadnych historycznych źródeł na ten temat. Przez ponad trzy tysiące lat w Egipcie panowało przynajmniej 170 królów, w tym również kilka kobiet, które same mianowały siebie „królem Egiptu”. Władza faraona przyjmowała charakter świecko-religijny. Oprócz tego, że faraon sprawował rządy nad państwem, pełnił także funkcję kapłana, czyli jedynego i prawdziwego kapłana i namiestnika bogów na Ziemi. Faraon przyjmował postać boską w trakcie koronacji. Była to ceremonia wymyślona przez Egipcjan.

Największy autorytet i władzę nad ludem miał faraon za czasów Starego Państwa[1], szczególnie za panowania IV dynastii. Kwestia religijna rządów przyczyniała się do wzmacniania władzy nad ludem. Przejawiało się to tym, iż robotnicy z wielkim zapałem i oddaniem pracowali przy budowie piramid, gdyż wiedzieli, że splendor, w jakim faraon będzie odchodził z tego świata, zapewni zbawienie oraz nieśmiertelność całemu ludowi. Król osobiście odprawiał wszelkie ceremonie i rytuały w świątyni, szczególnie podczas świąt. Oprócz pełnienia obowiązków mających związek z religijnymi obrzędami, faraon brał też czynny udział w życiu świeckim swojego kraju. Poddani mieli dość dobry kontakt ze swoim królem, czego przejawem był fakt, iż faraon bardzo często widywany był w czasie różnych uroczystości oraz imprez o charakterze świeckim. Widywano go także jak podróżuje łodzią po wodach Nilu. Trzeba było jednak bardzo uważać, aby nie doprowadzić do spoufalenia się z faraonem, gdyż obowiązywała zasada nietykalności króla. Kto z poddanych ośmielił się ją naruszyć w jakikolwiek sposób, tego spotykała sroga kara, a nawet śmierć. Reguły tej swoistej etykiety dotyczyły także zwracania się do faraona. Należało bowiem mówić o nim w trzeciej osobie, używając jednocześnie określenia „Jego Majestat”.

W starożytnym Egipcie faraon stanowił uosobienie tak zwanego „maat”, czyli „porządku wszystkich rzeczy”. Był to rodzaj zwyczajowego prawa, jakie obowiązywało mieszkańców państwa. W oczach społeczeństwa król był wzorem wszelkich cnót, chodzącą doskonałością, czyli jednym słowem stanowił ideał, a przynajmniej w ten sposób go kreowano. Z kolei w sztuce przedstawiano faraonów według zasad przyjętego kanonu. Ich zbyt wyidealizowane wizerunki miały ukazywać cały majestat oraz dostojeństwo osoby faraona.

W okresie Średniego i Nowego Państwa[2] boskość faraona znacznie zmalała. Ludzie najprawdopodobniej zdali sobie wreszcie sprawę z istnienia własnej nieśmiertelnej duszy, której zbawienie wcale nie zależało od zbawienia duszy ich władcy. W związku z tym arystokraci i dostojnicy nie wznosili już swoich grobowców w królewskiej nekropolii w pobliżu sarkofagu faraona, oraz nie popierali w tak bezkrytyczny sposób wszystkich jego działań. Od tej pory to faraon musiał zabiegać o względy kapłanów i arystokratów. Jeżeli nie był wystarczająco sprytny, wówczas jego władza słabła, natomiast w skrajnych przypadkach dochodziło wręcz do obalenia jego rządów.


Piramida Cheopsa
fotografia pochodzi z XIX wieku


Z uwagi na swoją bogatą historię starożytną, Egipt od wieków uznawany jest za kopalnię wiedzy o faraonach i tym samym stanowi doskonałą przynętę dla archeologów. Mało tego, wielu pisarzy również sięga po tę historyczno-egzotyczną tematykę, umiejscawiając swoich bohaterów w kraju faraonów.

Victoria Holt znana była z tego, że na kartach swoich powieści (szczególnie tych wiktoriańskich) przenosiła bohaterów do krajów, które charakteryzuje swoista egzotyka, jak Hongkong, wyspa Cejlon, czy chociażby Indie. Jak zapewne domyślacie się po moim przydługim wstępie historycznym, w tym przypadku mamy do czynienia z Egiptem. To właśnie do tego kraju wysyła nas Autorka wraz ze swoimi bohaterami. Zanim jednak wyruszymy w podróż, zatrzymajmy się na chwilę w małym angielskim miasteczku o nazwie St Erno’s, gdzie na plebanii wychowuje się Judyta Osmond (z ang. Judith Osmond). Dziewczyna nigdy nie poznała swoich rodziców, natomiast wychowujące ją kobiety spokrewnione z miejscowym pastorem uparcie twierdzą, że matka Judyty zginęła w katastrofie pociągu. W St Erno’s mieszka również dwie dość wpływowe rodziny. To Traversowie i Bodreanowie. Ci pierwsi zajmują rezydencję o nazwie Giza House, zaś ci drudzy mieszkają w Keverall Court. Głowy obydwu rodzin bardzo aktywnie interesują się wszelkiego rodzaju wykopaliskami prowadzonymi na terenie Egiptu. Sir Edward Travers jest archeologiem, zaś sir Ralph Bodrean finansuje każdą jego wyprawę. Poza tym, syn sir Edwarda również jest po studiach archeologicznych i towarzyszy ojcu w każdej podróży do Egiptu. Takich amatorów wrażeń archeologicznych jest w obydwu rodzinach całkiem sporo. Oczywiście należy wziąć pod uwagę mężczyzn, bo kobiety nawet, jeśli interesują się tego rodzaju nauką, to z uwagi na panujące konwenanse charakterystyczne dla epoki wiktoriańskiej, nie mogą czynnie uczestniczyć w tychże podróżach i prowadzić badań nad starożytnym Egiptem i jego władcami. Owszem, mężczyźni pozwalają im czytać książki na ten temat, ale na tym w głównej mierze się kończy.

Kiedy Judyta ma czternaście lat odkrywa w sobie ogromne zamiłowanie do archeologii. Zupełnie przypadkiem na cmentarzu, podczas wykopywania grobu dla jednego ze zmarłych właśnie mieszkańców miasteczka, dziewczyna odnajduje jakiś bliżej nieokreślony przedmiot, który tkwił w ziemi przez lata, a może nawet przez wieki. Zaintrygowana swoim niespodziewanym odkryciem, natychmiast biegnie do Keverall Court, aby u sir Ralpha znaleźć odpowiedź na nurtujące ją pytania odnośnie swojego „skarbu”. I tak oto zaczyna się jej przygoda z archeologią. Sir Ralph proponuje jej uczestniczenie w lekcjach, które odbywają się w jego domu. Judyta miałaby uczyć się tam razem z jego dziećmi.

Wyd. AKAPIT
Łódź 1993
tytuł oryginału: The Curse of the Kings
tłum. Krystyna Kamińska
Trzeba wiedzieć też, że Judyta nie zalicza się do tych spokojnych i posłusznych dzieci. Jest niezwykle szczera w swoich wypowiedziach, a do tego jeszcze pragnie zdobytą wiedzę teoretyczną obrócić w czyn. Czasami nawet nie potrafi przemyśleć konsekwencji swoich pochopnych działań. I tak któregoś dnia podczas zabawy, której jest prowodyrką i która wywołuje nieprzewidziane negatywne skutki, dziewczyna poznaje starszego od niej Teobalda Traversa (z ang. Tybalt Travers), który jest synem sir Edwarda. Ich pierwsze i dość nieprzyjemne spotkanie sprawia, że Judyta zakochuje się bez pamięci w młodym Traversie, choć on wydaje się zupełnie jej nie zauważać.

Mijają lata. Podczas jednej z wypraw do Egiptu niespodziewanie umiera sir Edward Travers, a niedługo po nim ducha Bogu oddaje również sir Ralph Bodrean. Ponieważ obydwaj mieli swój udział w badaniach archeologicznych na terenie Egiptu, ludzie są przekonani, że dosięgła ich klątwa faraonów, których spokój zakłócali, odkopując ich sarkofagi. Panuje bowiem powszechne przekonanie, że starożytni królowie Egiptu nie życzą sobie, aby ktokolwiek naruszał ich ziemskie szczątki. Czy postronni obserwatorzy prac wykopaliskowych prowadzonych przez ekipę sir Edwarda Traversa istotnie mają rację? Czyżby faktycznie któryś z faraonów rzucił klątwę na tych, którzy zakłócają mu spokój? Czy śmierć to jedyny powód, aby zaprzestać prac archeologicznych? A może za tym wszystkim kryje się zwyczajny ludzki czynnik, zaś nie klątwa rzucona z zaświatów?

Wydaje się jednak, że pasja granicząca wręcz z obsesją jest znacznie silniejsza, aniżeli jakakolwiek prawdziwa czy wyimaginowana klątwa. Syn sir Edwarda pragnie za wszelką cenę kontynuować pracę swojego ojca i niedługo po jego śmierci przygotowuje kolejną wyprawę do Egiptu. Tym razem w podróż zabiera ze sobą również Judytę, która w międzyczasie zdążyła już zostać lady Travers. Jak zatem potoczą się dalsze losy naszych bohaterów? Czy uda im się uniknąć śmierci z powodu rzekomej (a może prawdziwej) klątwy faraonów? Co lub kto czeka na nich w Egipcie? Dlaczego Judyta tak nagle poślubiła mężczyznę, który przez lata nie zwracał na nią najmniejszej uwagi? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź, czytając Klątwę królów.

A teraz kilka słów o moich wrażeniach po lekturze. O ile fabuła powieści nie jest zła, a wątek kryminalny całkiem dobrze skonstruowany i dopasowany do epoki wiktoriańskiej, to niestety bardzo mocno zgrzytało mi w polskim tłumaczeniu tej powieści. Możliwe, że moje wrażenia w tej kwestii są odosobnione z racji wykonywanego zawodu, ale nie umiałam powstrzymać się od myśli, że przecież język powieści w niektórych momentach jest nieadekwatny do epoki, w której dzieje się akcja książki. Nie czytałam wersji oryginalnej, więc może się mylę. Może faktycznie to Victoria Holt zawiniła na tym polu. Niemniej biorąc pod uwagę inne powieści tej Autorki, a przeczytałam ich całkiem sporo, takie anomalia w przekładzie dostrzegam po raz pierwszy.

Klątwa królów została również wydana jako Zemsta faraonów. Trzeba przyznać, że Victoria Holt dość dobrze utrzymała klimat dziewiętnastowiecznego Egiptu, wprowadzając także elementy powieści gotyckiej. Pojawiają się tutaj jakieś bliżej nieznane tajemnicze postacie, które po pewnym czasie nieoczekiwanie znikają i ślad po nich ginie. Również sama główna bohaterka w którymś momencie znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Padają rozmaite podejrzenia, lecz nie wszystkie znajdują swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Książka na pewno należy do tych z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, lecz obawiam się, że raczej nie zainteresuje czytelników preferujących nowości albo omijających epokę wiktoriańską szerokim łukiem. Powieści Victorii Holt nie są też łatwe w zdobyciu, ponieważ moda na ich czytanie już dawno minęła. W dodatku mogą one także błędnie kojarzyć się z tanimi romansami historycznymi. Przyznam, że gdybym miała stworzyć kiedyś powieść wiktoriańską, to wzorowałabym się właśnie na Victorii Holt, ponieważ jej warsztat jest bliższy współczesności. Natomiast pisać á la Jane Austen czy Elizabeth Gaskell raczej już nikt nie potrafi.







[1] Stare Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 2675-2170 p.n.e.
[2] Średnie Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu obejmujący lata 2050-1760 p.n.e.; Nowe Państwo – okres w dziejach starożytnego Egiptu przypadający na lata 1570-1070 p.n.e.




czwartek, 8 maja 2014

Linda Gillard – „Muzyka gwiazd”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2014
Tytuł oryginału: Star Gazing
Przekład: Maria Grabska-Ryńska
Seria koronkowa




Aberdeen to miasto położone na północno-wschodnim wybrzeżu Szkocji. Choć miejscowość nie jest zbyt rozległa pod względem terytorium, to jednak oferuje wszystko, czego można sobie zażyczyć. Aberdeen stanowi centrum zarządzania złożami gazu i ropy naftowej z Morza Północnego. Architektura miasta charakteryzuje się budynkami wykonanymi z granitu, dlatego też miejscowość nazywana jest „granitowym miastem”. Turyści są zauroczeni przede wszystkim czystością oraz bezpieczeństwem Aberdeen, z którego bardzo blisko do gór Grampian Highlands, które z kolei wyróżniają się najpiękniejszymi widokami w Szkocji. W pobliżu miasta znajduje się także niezwykle popularna trasa turystyczna – Malt Whisky Trial – zachęcająca do odwiedzenia najlepszych destylarni whisky. 

Niestety, dzieje miasta Aberdeen wcale nie są takie sielankowe, jak mogłoby się wydawać, czytając powyższe zdania. Dzień 6 lipca 1988 roku zapisał się nie tylko w pamięci Szkotów, ale i całego świata jako najbardziej tragiczny w historii miasta, bowiem doszło wówczas do największej katastrofy związanej z wydobywaniem i przetwarzaniem ropy naftowej. Dramat, jaki rozegrał się na platformie wiertniczej o nazwie Piper Alpha kosztował życie 167 ludzi. Platforma należała do firmy Occidental Petroleum i była ona największą platformą wiertniczą na Morzu Północnym. Zbudowana została w roku 1976, natomiast cztery lata później gruntownie ją zmodernizowano, tym samym przystosowując również do produkcji gazu.

Niestety, podczas tych prac poważnie naruszono zasady bezpieczeństwa, zgodnie z którymi poszczególne moduły powinny zostać oddzielone od siebie ogniotrwałymi ścianami oraz należało zlokalizować je tak, aby najbardziej niebezpieczne prace były prowadzone jak najdalej od modułu hotelowego, jak również od centrum dowodzenia platformą. Po przystosowaniu platformy do produkcji gazu, część instalacji umiejscowiono niepokojąco blisko wrażliwych stref, nie wiedząc, że w niedalekiej przyszłości przyjdzie za ten błąd srogo zapłacić.

Ponieważ moim celem jest skupienie się na fabule książki, nie będę szczegółowo wdawać się w harmonogram pracy, którą wykonywano tamtego pamiętnego dnia na platformie. Napiszę jedynie, że w dniu 6 lipca 1988 roku o godzinie 21:57 uruchomiono kompresor A, którego zadaniem było tłoczenie gazu do gazociągu prowadzącego na brzeg. Rankiem tego samego dnia główny zawór kompresora został zdjęty, aby móc przeprowadzić rutynowy przegląd, natomiast jego miejsce zajęła jedynie prowizoryczna zaślepka. Niestety, zawór nie wrócił na swoje miejsce w odpowiednim czasie z powodu przeciągających się prac. Inżynier odpowiedzialny za powrót zaworu na swoje miejsce zaznaczył w odpowiednim dokumencie, że kompresor nie powinien być w żadnym wypadku uruchamiany. Los (a może zwykły pech?) sprawił, że ów dokument zaginął i nigdy nie trafił do inżyniera dyżurnego, który myśląc, że wszystko jest w porządku, zadecydował o uruchomieniu kompresora A. W momencie, gdy kompresor wprawiono w ruch, nastąpiła eksplozja, która zabiła na miejscu wszystkich przebywających w pobliżu. Ponadto wybuch zniszczył ogniotrwałe ściany i spowodował zapłon ropy.

Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy
na platformie wiertniczej Piper Alpha 
w Aberdeen w Szkocji. Na pomniku 
znajdują się także nazwiska wszystkich ofiar.
fot. Lizzie
Akcja ratunkowa odbywała się bez żadnej koordynacji, natomiast ogień zablokował ludziom dostęp do przedziału, gdzie znajdowały się łodzie ratunkowe. Tak więc zgromadzili się oni w ogniotrwałym module hotelowym, oczekując ewakuacji śmigłowcami. Dym i ogień unoszące się nad lądowiskiem uniemożliwiły lądowanie helikopterów. Piper Alpha wyposażona była w automatyczny system gaśniczy, jednak pech sprawił, że tego feralnego dnia został on przełączony na ręczny z powodu podwodnych prac nurków. Potem ktoś zwyczajnie zapomniał przełączyć system z powrotem na automatyczny.

Katastrofę przeżyło tylko 62 ludzi, a wszystkich osób na platformie było 227. Życie uratowali tylko ci, którzy na samym początku desperacko skoczyli z kilkudziesięciu metrów we wzburzone fale morza. Zrobili to, pomimo iż na specjalnym szkoleniu wpojono im, że taki skok to pewne samobójstwo. Życie straciło również dwóch członków załogi jednego ze statków ratowniczych. Ofiary tej tragedii upamiętnia pomnik stojący w parku Hazlehead w Aberdeen.

Właśnie to dramatyczne wydarzenie stanowi tło powieści Muzyka gwiazd. Pomimo że od tamtego dnia minęło już wiele lat, to jednak główna bohaterka – Marianna Fraser – wciąż nie może o nim zapomnieć. Kobieta na platformie Piper Alpha straciła męża. Jak zatem żyć ze świadomością, że ukochana osoba już nigdy nie wróci do domu? Przecież jeszcze tyle było do powiedzenia, naprawienia! Los potrafi być naprawdę okrutny, bo wszak życie Marianny to praktycznie pasmo nieszczęść, chociaż ona sama tak do tego nie podchodzi. To ludzie w taki sposób ją postrzegają i litują się nad nią. Ale ona wcale tego nie chce. Marianna pragnie być traktowana jak każdy inny normalny człowiek. Jej upośledzenie nie powinno być tutaj miarą postrzegania jej osoby. Bo trzeba wiedzieć, że Marianna Fraser różni się od innych ludzi. Ona jest od urodzenia niewidoma. Poznawanie świata opiera się u niej na dotyku i słuchu. O, tak! Marianna ma doskonały słuch. Jej zmysł wykracza poza przeciętność i dotyczy nie tylko codziennego życia, ale przede wszystkim muzyki. Szczególnie muzyki klasycznej.

Marianna Fraser mieszka w Edynburgu z siostrą, z którą generalnie łączą ją poprawne relacje, choć są chwile, kiedy starsza od niej Louisa doprowadza ją do szału. Niemniej Louisie wiele trzeba wybaczyć, bo ona żyje w zupełnie innym świecie. Jej rzeczywistość to przede wszystkim fikcja literacka, ponieważ kobieta jest pisarką tworzącą literaturę wampiryczną. Dlaczego taki gatunek? Bo doskonale się sprzedaje. Nie jest ważne w tym momencie, czego chce sama Louisa. Istotne jest to, czego żąda od niej wydawca i na jakie książki czytelnicy wydają chętnie swoje pieniądze. No cóż… wampiry rządzą!

Tablica upamiętniająca ofiary katastrofy
Pewnego zimowego dnia na schodach swojego domu Marianna spotyka nieznajomego mężczyznę. Oczywiście kobieta nie ma pojęcia kim on jest ani jak wygląda. Słyszy tylko jego głos i wie, że gdyby nie jego pomoc, nie byłoby szans, aby mogła dostać się do domu. Nieznajomy nazywa się Keir Harvey. Jego nazwisko uderza w Mariannę niczym grom z jasnego nieba. Przecież „Harvey” to imię jej zmarłego tragicznie męża! Czyżby ukochany wrócił i teraz będzie się nią opiekował? Czy Keir Harvey to duch pochodzący ze świata zmarłych? A może kobieta zwyczajnie go sobie uroiła i Harvey tak naprawdę nie istnieje? 

Spotkanie tych dwojga nie jest jedyne. Od chwili, kiedy wpadli na siebie po raz pierwszy, spotykają się dość regularnie. A zatem jaki wpływ wywrze na Mariannie ta znajomość? Jak bardzo zmieni się jej dotychczasowe życie? Czy Marianna ma jeszcze szansę na to, aby być szczęśliwą? Czy zasługuje na szczęście? Jak sobie poradzi w nowej sytuacji, zważywszy że jest w pewnym stopniu upośledzona? A może Keir Harvey chce ją wykorzystać? Przecież kobieta i tak go nigdy nie zobaczy, dzięki czemu staje się dla niego łatwym celem.

Gdy patrzymy na okładkę tej książki, pierwsze co nam się nasuwa na myśl, to romans. Tak, ta powieść jest romansem, ale jakże innym od tych, jakie znamy. Na pewno nie znajdziemy tutaj łzawych i egzaltowanych wyznań. To romans dwojga dorosłych ludzi poszarpanych przez życie. Myślę, że Linda Gillard opowiadając tę historię chciała zwrócić uwagę na coś zupełnie innego niż ukazanie jedynie romantycznych chwil z udziałem swoich bohaterów. Moim zdaniem zamiarem Autorki było przede wszystkim pokazanie, że na szczęście nigdy nie jest za późno i każdy na nie zasługuje, bez względu na to kim jest i jakie życie prowadzi. Na bycie szczęśliwym zasługujemy zawsze. I nie jest istotne czy jesteśmy w pełni zdrowi, czy niepełnosprawni. Lecz zanim to nastąpi musimy przejść bardzo wiele wyboistych i ciernistych dróg, bo nic nie przychodzi łatwo.

Marianna Fraser to kobieta, która budzi w czytelniku ogromną sympatię, ale z drugiej strony potrafi też nieźle tego czytelnika zdenerwować. Niektóre jej decyzje sprawiają, że chętnie potrząsnęlibyśmy nią, aby się wreszcie opamiętała. To, co chyba najbardziej zwróciło moją uwagę w postaci głównej bohaterki, to jej dystans do własnej osoby. Pomimo że od urodzenia jest niewidoma, nie robi z tego tragedii. To ludzie, którzy ją otaczają trzęsą się nad nią z niewiadomych powodów. Ona swojej niepełnosprawności tak nie postrzega. Dla niej to normalność, z którą musi sobie radzić, i którą już dawno oswoiła. Marianna nie jest już przecież taka młoda, a lata egzystowania w świecie, który dla większości ludzi jest zupełnie obcy, nauczyły ją patrzeć inaczej na życie.

A jaki jest Keir Harvey? Na pewno ma on wiele wspólnego ze zmarłym mężem Marianny. Być może to właśnie to podobieństwo sprawia, że obydwoje bardzo dobrze czują się w swoim towarzystwie. Mężczyzna pragnie pokazać Mariannie świat, który do tej pory był dla niej niedostępny. Czy mu się to uda? Czy Marianna mu na to pozwoli? Czy mu zaufa?

Tak jak wspomniałam już wyżej, echo katastrofy na Piper Alpha wciąż słychać w tej powieści. Dzieje się tak chociażby dlatego, że główna bohaterka co roku w dniu 6 lipca jeździ do Aberdeen, aby odwiedzić pomnik upamiętniający ofiary. Na pomniku wyryte jest także imię i nazwisko jej męża wraz z jego wiekiem, a miał wtedy tylko 33 lata. Zapytacie zatem, czy książka napisana została na faktach? Nie wiem. W powieści nie znalazłam na ten temat żadnej informacji i chyba tylko sama Autorka wie, dlaczego podjęła się tego tematu. Myślę, że na chwilę obecną, nie znając prawdziwych pobudek, którymi kierowała się Linda Gillard przy pisaniu tej książki, możemy przyjąć, że Harvey Fraser jest swego rodzaju symbolem tamtych tragicznych dla Aberdeen chwil. Jego nazwiskiem, nawet jeśli tylko fikcyjnym, można podpisać każdego z tych 167 ludzi, którzy stracili życie podczas piekła na morzu. Wydaje mi się też, że ta książka jest swego rodzaju hołdem, który Linda Gillard pragnęła złożyć ofiarom katastrofy i ich rodzinom.

Muzyka gwiazd wywarła na mnie naprawdę bardzo pozytywne wrażenie. Już dawno nie czytałam romansu czy powieści obyczajowej, która miałaby w sobie tyle normalności. Autorzy czasami odbierają swoim bohaterom naturalność, wkładając w ich usta słowa, które są jak gdyby oderwane od rzeczywistości. Ta powieść pokazuje bowiem, że prawdziwe emocje można pokazać bez stosowania przesadnej egzaltacji, która bardzo często sprawia, że fabuła książki robi się niesamowicie infantylna. W tym przypadku czytelnik nie znajdzie niczego takiego. A wręcz przeciwnie. Dialogi są napisane wręcz z humorem. Tak więc choć temat niezwykle poważny, to jednak okraszony umiarkowaną dawką humoru, a to wszystko sprawia, że historię tę czyta się z ogromnym zainteresowaniem. W dodatku opowieść o Mariannie Fraser i jej życiu sprawia, że na pewne sprawy możemy zacząć patrzeć zupełnie inaczej. Przecież dzisiaj tak wiele mówi się o niepełnosprawności. A czy traktujemy osoby niepełnosprawne w taki sam sposób, jakby tej niepełnosprawności u nich nie było? Albo w sposób, w jaki ci ludzie chcieliby być traktowani?



 Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu









wtorek, 6 maja 2014

Iny Lorentz – „Róża Asturii”













Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2013
Tytuł oryginału: Die Rose Von Asturien
Przekład: Anna Krochmal & Robert Kędzierski




Asturia to region historyczno-geograficzny i wspólnota autonomiczna oraz prowincja leżąca na terenie Hiszpanii. Jest to także ostatni skrawek państwa Wizygotów (jeden z ludów germańskich), który nie został podbity przez Arabów, dzięki czemu stała się ona punktem oparcia dla chrześcijan w walce z najeźdźcami. Od tego czasu stopniowo zaczęto wypierać Maurów* z zagarniętych przez nich obszarów. Królestwo Asturii wraz z postępami rekonkwisty stopniowo traciło na swoim znaczeniu, ponieważ rozpływało się w większych terytoriach. Początkowo połączone zostało w królestwo z Kantabrią, natomiast po jakimś czasie  w IX wieku – zostało włączone do królestwa Leónu i Kastylii.

Pierwszym królem Asturii został Pelayo, a z czasem ogłoszono go również bohaterem narodowym. Dlaczego? Otóż ma to związek z pewną bitwą, która zmieniła bieg historii Półwyspu Iberyjskiego. Trzeba wiedzieć, że miejscowość Covadonga, gdzie rozegrała się pamiętna bitwa, to dla Hiszpanów taki sam symbol jak dla Polaków Grunwald czy dla Anglików Hastings. W 722 roku wizygocki arystokrata o imieniu Pelayo albo jak kto woli Pelagiusz, wraz z garstką trzydziestu żołnierzy stawił opór tysięcznym wojskom arabskim. Według tradycji w zwycięstwie chrześcijan nad muzułmanami swój udział miała sama Matka Boża, która rzekomo ukazała się Pelagiuszowi, natomiast w trakcie bitwy miała sprawić, że strzały wrogów odbijały się od okolicznych skał i wracały do nich niczym bumerang, niosąc ze sobą śmierć. Historycy nie podzielają bynajmniej tej wersji wydarzeń, lecz zwracają uwagę na zwykłą potyczkę pomiędzy Pelayem a niewielką grupą Maurów. Muzułmanie najprawdopodobniej nie byli na tyle zdeterminowani, aby za wszelką cenę chcieć przełamać opór Wizygotów. Poza tym – zdaniem historyków – Pielagiuszem nie kierowały w żadnej mierze jakiekolwiek polityczne pobudki, a jedynie niechęć do płacenia podatków. Nic zatem dziwnego, że dla ludności wierzącej w ową legendę o cudownym zwycięstwie pierwszego króla Asturii, grota, gdzie przyszły monarcha znalazł schronienie stała się miejscem pielgrzymek Hiszpanów. Dodatkowo do tego miejsca przyciąga kaplica i figura Matki Bożej, zaś poniżej groty wypływa ze skały aż siedem źródeł. Legenda głosi, że kobieta, która napije się z nich wody, może liczyć na szybkie zamążpójście. Pierwszą stolicą Asturii była leżąca niedaleko Covadongi miejscowość o nazwie Cangas de Onís. Jest to miejsce warte odwiedzenia, chociażby z uwagi na wygięty w łuk tak zwany „most rzymski”, który zbudowano w XIII wieku. Kolejną stolicą zostało Oviedo.



Most rzymski w Cangas de Onís


 To tyle, jeśli chodzi o zarys historyczny dziejów Asturii. Przejdźmy teraz do fabuły powieści autorstwa niemieckiego duetu pisarzy tworzących pod pseudonimem Iny Lorentz. Otóż, w Asturii władzę w swoim hrabstwie sprawuje surowy i bezwzględny Roderich. Rzecz dzieje się za czasów panowania króla Silo, który rządził Asturią w latach 774-783. Obydwaj mężczyźni są ze sobą związani poprzez przyrodnią siostrę króla, która jest jednocześnie żoną hrabiego. Sąsiadem Rodericha jest niejaki Iker, który stoi na czele swojego baskijskiego plemienia zamieszkującego wieś o nazwie Askaiz. Iker znany jest z tego, że wraz ze swoimi ludźmi kradnie owce należące do hrabiego Rodericha. Robi to podczas ich wypasu. Pewnego dnia hrabia, który ma już serdecznie dosyć tego haniebnego procederu ze strony wodza baskijskiego plemienia, postanawia go ukarać. Nie wiadomo do końca w jaki sposób znajduje wśród Basków zdrajcę, który podaje mu swojego wodza niczym na srebrnej tacy. Informuje Rodericha o tym, kiedy Iker zamierza dokonać kolejnej kradzieży. Robi to tak precyzyjnie, że hrabia jest w stanie przygotować skuteczną zasadzkę na złodzieja. W wyniku potyczki pomiędzy żołnierzami Rodericha a ludźmi Ikera śmierć ponosi wielu mężczyzn. Ofiary są po jednej i drugiej stronie, jednak to Baskowie w tej potyczce tracą przywódcę.

Roderich nie zadowala się jednak tylko położeniem trupem i ukaraniem Basków. On pragnie czegoś więcej. Uprowadza zatem do swojego zamku ośmioletnią córkę Ikera o imieniu Maite. Dziewczynka ma zostać służącą córki hrabiego – Ermengildy.  Poniżana i bita Maite w końcu ucieka z zamku swojego prześladowcy. Praktycznie cudem udaje jej się ostatecznie dotrzeć do swojej rodzinnej wioski. Wyczerpana, brudna i upokorzona staje przed swoją rodziną i sąsiadami, a w duszy przyrzeka zemstę zabójcy swego ojca. Postanawia także, że kiedy dorośnie i będzie na tyle silna, aby owej zemsty dokonać, jej gniew skupi się także na tym, który zdradził. Maite pragnie, aby każdy, kto choćby w minimalny sposób przyczynił się do śmierci jej ukochanego taty, poniósł srogą karę. A jaka może być to kara, chyba wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Tylko śmierć wrogów jest w stanie zadowolić pokiereszowane serce Maite.

I tak oto Maite dorasta. Przez wszystkie te lata do momentu osiągnięcia przez nią samodzielności, dziewczynka wychowywana jest przez siostrę swojego ojca. Nie może powiedzieć, że pod dachem rodziny jest jej źle. Ale dobrze też nie jest. Prawo plemienia mówi, że to przyszły mąż Maite stanie się kiedyś jego wodzem. Przecież musi być zachowane prawo krwi, a skoro Iker nie doczekał męskiego potomka, to właśnie na Maite spoczywa odpowiedzialność za dalszy los plemienia. Po śmierci jej ojca przywództwo we wsi należy do wuja Maite, któremu bardzo wiele brakuje do mądrości Ikera. Okin myśli jedynie o własnych interesach, co rzuca się w oczy. Poza tym wobec Maite mężczyzna również nie zachowuje się tak, jak na dobrego wuja przystało. Wydaje się, że Okin widzi w niej zagrożenie dla swojej władzy. Lud plemienny generalnie jest mu poddany, ale nie wszystkim podobają się rządy szwagra Ikera. Czy zatem władza Okina przetrwa? A może w końcu zjawi się ktoś, kto go obali i sam obejmie przywództwo we wsi?

Karol I Wielki - król Franków
(742 lub 747-814)
Autor: Albrecht Dürer (1471-1528)
portret powstał w 1512 roku
Jak wiadomo przez wszystkie lata swojego dorastania Maite żyła jedynie chęcią odwetu. Jej pragnienie zemsty na zabójcy jej ojca i tego, który zdradził, praktycznie trzymały ją przy życiu. To właśnie chęć wendetty dodawała jej sił i pomagała znosić upokorzenia, które wcale nie były jej obce w domu wuja i jego żony. Pewnego dnia Maite widzi dla siebie szansę na spełnienie własnych planów. Oto już prawie dorosła córka znienawidzonego przez nią hrabiego Rodericha wyrusza w drogę, aby móc poślubić mężczyznę, którego przeznaczył dla niej król Karol I Wielki – król Franków i Longobardów, a także wnuk Karola Młota (686-741). Tak więc Maite wraz z przychylnymi jej mężczyznami przygotowuje zasadzkę na Ermengildę i tym samym doprowadza do jej porwania. Czy Maite jest tak bardzo zdesperowana, że pragnie uderzyć w Rodericha tam, gdzie najbardziej go zaboli, czyli w jego dziecko? Czyżby okrucieństwo dziewczyny sięgało aż tak daleko?

Tymczasem Karol I Wielki zaczyna gromadzić wojsko, które będzie szykować się do walki z Maurami. Wśród powołanych są zarówno doświadczeni rycerze, jak i zupełni nowicjusze. Jednym z takich żółtodziobów jest niejaki Konrad z Birkenhofu – syn Arnulfa i Hemmy. Ta wojna będzie dla niego swoistym debiutem, ale przecież królowi odmówić nie można. Prawdę powiedziawszy Konrad niechętnie opuszcza swoją wieś, ale nie ma innego wyjścia. Ojciec na wojnę już się nie uda ze względu na wiek i stan zdrowia, natomiast brat jest jeszcze zbyt młody, aby móc wywijać mieczem na polu bitwy. Jak zatem poradzi sobie ten młody i niedoświadczony frankijski wojownik? Czy wróci do domu w chwale zwycięstwa, czy może przyjaciele dostarczą rodzinie już tylko jego zmasakrowane ciało? Jakie przygody czekają Konrada zanim wojna z Maurami dobiegnie końca?

Duetu pisarskiego Iny Lorentz chyba nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać. Po raz pierwszy tych niemieckich autorów spotkałam przy okazji czytania Nierządnicy i od tamtej pory staram się nie przegapić żadnej ich powieści. Styl pisania Niemców nieco różni się od tego, jaki znamy chociażby za sprawą książek Philippy Gregory. Mnie ten styl bynajmniej odpowiada, choć są tacy, którzy uważają, że jest on zbyt „ciężki”.

Cóż to za powieść ta Róża Asturii? W moim odczuciu jest to całkiem dobra opowieść historyczna osadzona w czasie, po który chyba niezbyt często sięgają autorzy powieści historycznych. Jest to wiek VIII, czyli epoka średniowiecza w pełnej krasie. W dodatku okres, w którym nie brakowało wojen. Akurat w tym przypadku mamy do czynienia z kilkoma plemionami, które dość mocno zapisały się w historii Francji i Hiszpanii. Do tego dochodzą jeszcze Maurowie, którzy w epoce średniowiecza zamieszkiwali tereny Półwyspu Iberyjskiego i wywarli ogromny wpływ na kulturę i architekturę dzisiejszej Portugalii i Hiszpanii. Takim punktem kulminacyjnym Róży Asturii jest bitwa w wąwozie Roncesvalles. To właśnie tam rozegrała się dramatyczna bitwa pomiędzy tylną strażą wycofujących się z Hiszpanii wojsk frankijskich króla Karola I Wielkiego a baskijskimi góralami. Bitwa miała miejsce 15 sierpnia 778 roku, a Frankami dowodził hrabia Roland, który poniósł śmierć wraz ze znaczą częścią swoich rycerzy. Postać Rolanda i jego ostatnia walka stały się podstawą średniowiecznego eposu zatytułowanego Pieśń o Rolandzie, który tak naprawdę nie oddaje prawdziwego obrazu rzeczywistości. Autor (a może autorzy?) poprzekręcał wiele istotnych faktów. Napisano, że Roland został napadnięty nie przez Basków, lecz przez Arabów. Wyolbrzymiono również liczbę wrogów Rolanda do wręcz niesłychanych rozmiarów, natomiast samego margrabiego marchii bretońskiej wykreowano na wzór cnót rycerskich. W trakcie wycofywania się z Hiszpanii Karol I Wielki zburzył mury stolicy Basków – Pampeluny. Fakt ten mógł stać się powodem ataku Basków na tylną straż armii, którą dowodził właśnie Roland w momencie przeprawy przez Pireneje. Lud Basków, żyjąc w górach oraz doskonale znając swój teren, był w stanie przygotować skuteczną zasadzkę. A zatem mimo bohaterskiej postawy rycerzy Karola I Wielkiego, tylna straż wojska została rozbita, zaś sam Roland poniósł śmierć.



Śmierć hrabiego Rolanda w bitwie w wąwozie Roncesvalles
Autor: Jean Fouquet (ok. 1415/1420-1481)
ilustrowany manuskrypt pochodzi z lat 1455-1460


Książkę można zaliczyć do powieści przygodowych z uwagi na to, iż bohaterowie z dala od domu przemierzają świat, walczą z wrogiem, są świadkami rozmaitych wydarzeń, a jednocześnie przeżywają swoje osobiste dramaty. Choć pochodzą z różnych plemion, to jednak w pewnym momencie wszyscy spotykają się w jednym miejscu i muszą zdecydować po której stronie stanąć. Oficjalnie są przecież wrogami, ale w najmniej oczekiwanym momencie w grę zaczynają wchodzić emocje, których podłożem jest nie tylko nienawiść. Nagle trzeba zdecydować czy lepiej pomóc, czy może zdradzić i sprawić, że ten, do którego poczuło się choć odrobinę sympatii, straci życie. Dlatego też pomiędzy poszczególnymi bohaterami zaczynają rodzić się pewne szczególne więzi, a to, co jeszcze nie tak dawno wydawało się być priorytetem, teraz traci na wartości. Okazuje się bowiem, że nie zawsze cel uświęca środki.

Róża Asturii to powieść historyczna ze sporą dawką scen batalistycznych. To także opowieść nie tylko o chęci zemsty i nienawiści, która tej wendecie przyświeca. To również historia o przyjaźni i miłości, którym niekiedy towarzyszy zwyczajna ludzka bezsilność, a to z kolei każe podporządkować się bez słowa sprzeciwu, bo inaczej można utracić nawet życie. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się tutaj dwie kobiece postaci. Jest to Maite i Ermengilda. Pierwsza z nich to dziewczyna niezwykle zbuntowana i nie pozwalająca sobie w kaszę dmuchać. Kiedy trzeba, potrafi użyć swojego ciętego języka z taką mocą, że nawet silni i waleczni mężczyźni stają przed nią niczym potulne baranki. Maite nie jest zbyt urodziwa, ale to wcale jej nie przeszkadza, żeby móc dowodzić swoimi towarzyszami podróży. Z kolei Ermengilda to piękna szlachcianka, której uroda potrafi zaślepić każdego mężczyznę spotkanego na drodze. Dziewczyna ma wielu adoratorów, a i ona sama też nie może zdecydować się którego z nich wybrać. Mąż, którego otrzymała, jak gdyby z urzędu, jakoś niespecjalnie się w tej rywalizacji liczy.

Na wszystkich bohaterów praktycznie na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo. Nie zawsze ma to związek z działaniami wojennymi. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewien mankament. Otóż bardzo łatwo jest domyślić się kto zdradził Ikera, natomiast wszelkiego rodzaju sytuacje mrożące krew w żyłach są opisane w taki sposób, że praktycznie już z wyprzedzeniem wiemy, jaki będzie tego finał. Dlatego też książkę mogłabym polecić tym czytelnikom, którzy lubią historię, a jednocześnie nie oczekują od powieści historycznej jakichś szczególnie zawiłych wątków, na których końcowy efekt trzeba z niecierpliwością czekać aż do ostatniej strony. Generalnie powieść jest napisana dobrze i dostarcza sporej wiedzy historycznej, ale niestety w napięciu nie za bardzo trzyma i to wcale nie z uwagi na batalistyczne tło historyczne, które jest znane osobom interesującym się historią, lecz z powodu sposobu opisywania losów bohaterów.







W średniowiecznej Europie tym mianem określano wszystkich muzułmanów. 




sobota, 3 maja 2014

Santa Montefiore – „Sonata o niezapominajce”













Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2004
Tytuł oryginału: The Forget-Me-Not Sonata
Przekład: Anna Dobrzańska-Gadowska



Chyba każdy z nas widział kiedyś niezapominajkę. To taki niebieski kwiat, którego nazwa tłumaczona dosłownie z języka łacińskiego brzmi „mysie uszko” (Myosotis). Na temat niezapominajki krąży szereg rozmaitych legend. Jedne posiadają kontekst religijny, zaś inne charakteryzują się typowo świeckim przesłaniem. Pozwólcie zatem, że w ramach ciekawostki przywołam kilka z nich.

Jedna z legend o podłożu religijnym mówi, że kiedy Bóg stwarzał świat i tym samym rośliny, wówczas zwyczajnie zapomniał o małym, niebieskim kwiatku. Wtedy ten nieszczęsny kwiatuszek zapytał: Panie Boże, a jak ja będę się nazywał? Na to Bóg odparł: Ty zostań Niezapominajką. Dlatego też niezapominajkami obdarowywane są osoby, na których pamięci szczególnie nam zależy. Ten niebieski kwiat jest popularny głównie wśród ludzi zakochanych. Nie zapomnij o mnie miały mówić bukiety niezapominajek wręczane przez panny swoim narzeczonym, którzy wybierali się w długą podróż, albowiem w języku kwiatów kolor niebieski jest symbolem wzniosłych uczuć i życzeń.

Inna legenda opowiada o pewnym rycerzu, który wraz ze swoją ukochaną przechadzał się nad brzegiem Tamizy. Mężczyzna był w pełnym uzbrojeniu. W którymś momencie, zrywając kwiat niezapominajki z zamiarem ofiarowania go narzeczonej, rycerz stracił równowagę i wpadł do wody. Kiedy nurt rzeki wciągał go coraz głębiej, rycerz w ostatniej chwili wykrzyczał w stronę swojej ukochanej: Nie zapomnij mnie! A potem utonął. Ta legenda jest również bardzo popularna w Austrii, tylko z tą różnicą, że tam mówi się, iż nie był to rycerz, a zwykły młody mężczyzna, zaś narzeczeni spacerowali brzegiem Dunaju. Z kolei w ostatniej chwili swojego życia chłopak miał krzyknąć: Nie zapomnij o mnie, zawsze będę cię kochał!

Niezapominajka alpejska
fot. Jerzy Opioła
Kolejna opowieść o podłożu religijnym dotyczy młodziutkiego Jezusa, który siedząc na kolanach Matki Bożej zapragnął, aby wszystkie przyszłe pokolenia pamiętały o najbliższej Mu osobie, czyli o Jego Matce. Tak więc dotykając oczu Maryi, pomachał drugą rączką nad pobliską łąką i w tym samym czasie pojawiły się na niej tysiące niezapominajek. 

Jest też inna legenda. Opowiada ona o pewnym starcu, który przyglądał się niezapominajce, a wtedy zawstydzony kwiat zapytał: Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jestem przecież taka malutka i nic nie znaczę w porównaniu z innymi kwiatami. Wówczas starzec odpowiedział: Znam się na urodzie. W tobie widzę prostotę, delikatność, naturalność i świeżość. Na te słowa niezapominajka bardzo się ucieszyła, mówiąc: Dopiero ty zwróciłeś mi na to uwagę. Od tej chwili przestaję uważać siebie za nijaką. Czuję się piękna i prawdziwa, ponieważ taką jestem w twoich oczach.

Czy zatem Sonata o niezapominajce dotyczy tego szczególnego kwiatu? Otóż nie do końca. W powieści niezapominajka nie występuje w swojej fizycznej postaci, lecz jest swego rodzaju metaforą i dotyczy pamięci o osobie i wydarzeniach, w których centrum znalazła się nasza główna bohaterka. Jak zapewne niektórzy z wielbicieli twórczości Santy Montefiore wiedzą, Autorka tuż przed rozpoczęciem swojej przygody z pisaniem spędziła niezapomniane miesiące w Argentynie, gdzie uczyła angielskiego dzieci pochodzące z pewnej bogatej rodziny. Pobyt w Argentynie zaowocował powstaniem jej powieściowego debiutu Spotkamy się pod drzewem Ombu. Ten specyficzny argentyński klimat przewija się też przez inne książki Santy Montefiore. Kolejną z nich jest właśnie Sonata o niezapominajce.

Hurlingham to argentyńskie miasto położone w prowincji Buenos Aires. Około stuczterdziestoletnia historia miasta powstała przy udziale kolonii brytyjskich, niemieckich, włoskich oraz hiszpańskich. Hurlingham znajduje się w środkowo-wschodniej części prowincji i znane jest przede wszystkim ze swoich zielonych terenów. Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej Hurlingham stanowiło brytyjską kolonię zamieszkiwaną przez Anglików. Ta kolonizacja stwarzała obywatelom brytyjskim możliwość wyjazdu do pracy do Argentyny. Tam też mieściło się mnóstwo firm, których właścicielami byli Anglicy.

Nie bez powodu wspomniałam o Hurlingham, gdyż to właśnie w tym miejscu rozgrywa się większa część akcji Sonaty o niezapominajce. Jest rok 1946. Audrey Garnet właśnie wkracza w dorosłe życie. Jest już na tyle dojrzałą panną, że rodzice coraz częściej myślą o wydaniu jej za mąż. Oczywiście jej potencjalny mąż nie będzie byle kim. To musi być ktoś z klasą. Jakiś parobek czy robotnik z fabryki ojca Audrey na pewno nie wchodzi w grę. Dziewczyna jest najstarsza z rodzeństwa, więc to na niej spoczywa swego rodzaju odpowiedzialność za dalsze powodzenie jej rodziny. Musi bardzo uważać, aby przypadkiem nie wywołać skandalu obyczajowego, ponieważ wówczas sąsiedzi nie zostawiliby na niej suchej nitki. Aż strach pomyśleć o tych wszystkich plotkarach, które wzięłyby ją na języki. W dodatku są jeszcze ciotki, które bardzo skrupulatnie przyglądają się życiu Audrey i jej rodzeństwa. To Anglicy, więc na wiele spraw patrzą inaczej niż rodowici Argentyńczycy.

Audrey Garnet najbardziej związana emocjonalnie jest ze swoją o kilka lat młodszą siostrą. Isla to dziewczyna, która zupełnie nie dba o to, co powiedzą inni. Buntuje się, a czasami nawet wyśmiewa sztywne rodzinne konwenanse. Niemniej rodzice i otoczenie patrzą na jej postępowanie przez palce, bo Isla nie jest jeszcze na tyle dorosła, aby móc aranżować jej ewentualne małżeństwo, co wcale nie oznacza, że dziewczyna nie wie, na czym polegają relacje pomiędzy mężczyzną a kobietą. Na chwilę obecną bunt i postępowanie wbrew rodzinnym i społecznym normom to jedyne, czego pragnie.

Któregoś dnia do Hurlingham przyjeżdża z Anglii dwóch braci. Starszy – Cecil Forrester – jest przez wszystkich podziwiany za niezwykłą odwagę, jaką okazał podczas drugiej wojny światowej. Z kolei młodszy – Louis – praktycznie od samego początku traktowany jest jak swego rodzaju dziwadło. Mężczyzna nie walczył na froncie, wtedy, kiedy ojczyzna potrzebowała go najbardziej. Ten fakt sprawia, że jest kimś na kształt wyrzutka społeczeństwa. Poza tym jego postępowanie też pozostawia wiele do życzenia. Jakoś niespecjalnie garnie się do pracy, a jedyne czym naprawdę się interesuje to muzyka. Potrafi na zawołanie skomponować utwór fortepianowy, którym będzie zachwycać się wielu ludzi. Pomimo tak ogromnego talentu, Louis nie znajduje akceptacji ani w we własnej rodzinie, ani tym bardziej w społeczeństwie. Wydaje się jednak, że przywykł już do takiego traktowania i nie przejmuje się tym, co ludzie o nim myślą i mówią. Chyba tylko z bratem łączą go poprawne stosunki, bo przecież Cecil zabrał go ze sobą do Argentyny i dba o niego najlepiej  jak tylko może.

Bracia Forrester bardzo często zapraszani są do domu Garnetów. Henry Garnet wcale nie traktuje ich jak swoich pracowników. Możliwe, że ten przyjacielski stosunek pracodawcy do swoich podwładnych wypływa z osobistych pobudek. Przecież jego najstarsza córka powinna już wkrótce wyjść za mąż, a jak na razie nie widać, aby kręciło się wokół niej co najmniej tuzin adoratorów. W tej kwestii wybór państwa Garnetów pada właśnie na Cecila. Jest starszy, odpowiedzialny, pracowity i generalnie posiada wszystkie te cechy, które ich zdaniem powinien mieć przyszły małżonek Audrey. No i najważniejsze, że nie jest dziwakiem, jak jego młodszy brat. Nie zawsze jednak życie toczy się po takich torach, jakie sobie wymyśliliśmy. Tak też jest i w tym przypadku. Owszem, Audrey zakochuje się w panu Forresterze, lecz nie w tym, którego wybrali jej rodzice. To nierozgarnięty i nieco oderwany od rzeczywistości Louis zwraca uwagę panny Garnet. Co gorsza, jej uczucie jest odwzajemnione! Czy miłość wbrew woli rodziców będzie mieć szansę na przetrwanie? Jak zachowa się rodzina Audrey, kiedy jej romans z Louisem wyjdzie w końcu na jaw? A co na to wszystko ten, który miał zostać zięciem Garnetów? Czy odrzucony mężczyzna nie będzie przypadkiem pragnął zemsty? A może pogodzi się z zaistniałą sytuacją i pokornie usunie się z drogi, aby nie burzyć szczęścia swojego brata i kobiety, którą kocha?



Typowa wybrukowana ulica Palermo - dzielnicy Buenos Aires. To właśnie tutaj główni bohaterowie jeździli na niezapomniane lekcje tańca.
fot. Brian Barbutti


Nie od dziś wiadomo, że Santa Montefiore jest jedną z moich ulubionych autorek, jeśli chodzi o powieści obyczajowe. Może nie pisze zbyt ambitnie, ale przy jej powieściach zawsze odpoczywam. Podobnie jak przy książkach Nory Roberts i wielu innych pisarek tworzących literaturę kobiecą. Santa Montefiore generalnie skupia się na relacjach międzyludzkich, które bardzo często są niesamowicie skomplikowane. Bohaterowie jej książek zmuszani są do podejmowania bardzo trudnych życiowych decyzji, które zazwyczaj są podyktowane wolą otoczenia. Te wybory wbrew własnej woli generalnie dramatycznie odbijają się potem na ich dalszym życiu. Aby zadowolić innych, muszą zrezygnować z własnego szczęścia. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, można dojść do przekonania, że w pewnych kwestiach wola rodziny czy nacisk ze strony otoczenia wcale nie wywarł tak negatywnych skutków, jak początkowo można było myśleć. Żeby dojść do takiego wniosku, dany bohater zazwyczaj potrzebuje wielu lat, ponieważ dopiero na starość uświadamia sobie, że jego decyzja podyktowana emocjami mogła w konsekwencji zaprowadzić go na skraj przepaści, skąd już tylko krok dzieliłby go od utraty tego, co najważniejsze. Czasami nawet byłoby to jego własne życie.

Rodzina Garnetów to tak naprawdę klasyczna angielska familia, której przyszło żyć na obcej ziemi, lecz byli w stanie całkiem dobrze się tam ustawić. Wojna jakoś niespecjalnie odcisnęła piętno na ich życiu. Owszem, martwili się o swój ojczysty kraj, który był wmieszany w konflikt zbrojny z III Rzeszą, jednak okrucieństwo tego sporu nie bardzo dało się im we znaki. Fabuła Sonaty o niezapominajce swoim klimatem w znaczący sposób przypomina wspomniany już debiut prozatorski Santy Montefiore – Spotkamy się pod drzewem Ombu. Tak naprawdę książkę można uznać za sagę rodzinną, ponieważ na jej kartach spotykamy aż trzy, a nawet cztery, pokolenia rodziny Garnetów. Są rodzice Audrey, potem Audrey i jej rodzeństwo, następnie po latach pojawiają się dzieci głównej bohaterki, a na końcu jeszcze jej mali wnukowie.  

Garnetów po drodze dotykają również życiowe tragedie, które stopniowo zmieniają praktycznie wszystko w ich życiu. Jest śmierć, która przychodzi zupełnie nieoczekiwanie i zabiera ze sobą zbyt wcześnie tych, których kochają. Oprócz tego czytelnik wraz z bohaterami doświadcza też wielu innych emocji. Nie tylko jest smutek czy żal po stracie kogoś ukochanego. Mamy tutaj do czynienia także ze zwykłą ludzką zawiścią i zazdrością, która dotyczy kręgu najbliższej rodziny. Jest zdrada, ale pojawia się również wielka miłość, która jest w stanie przetrwać naprawdę wszystko, nawet największe upokorzenie i poniżenie. Widzimy jednocześnie jak bardzo zmieniają się relacje pomiędzy rodzicami a ich dziećmi. Czasami matka jest tak zaślepiona miłością do dziecka, że nie dostrzega jego złego postępowania. Z kolei dziecko, które stara się żyć zgodnie z przyjętymi zasadami i w poszanowaniu innych jest, jak gdyby lekceważone i pomijane przez rodzicielkę.

Nie wiem czy w przypadku Sonaty o niezapominajce można mówić o jakichkolwiek elementach fantasy, ale jedna z bohaterek żyje, jakby na granicy dwóch światów – świata żywych i zmarłych. Praktycznie od urodzenia jest inna i tą odmiennością w pewien sposób zwraca uwagę otoczenia. Jednak nie jest to już tak bardzo negowane, jak w okresie powojennym. Naszej bohaterce przyszło żyć w latach 70. XX wieku w Anglii, a to już są zupełnie inne czasy. Ludzie inaczej patrzą na wiele spraw niż kilkadziesiąt lat wcześniej. Na czym zatem polega ta inność? Co takiego wspomniana bohaterka dostrzega, o czym inni nie mają pojęcia?

Komu mogę polecić Sonatę o niezapominajce? W pierwszej kolejności na pewno wielbicielom twórczości Santy Montefiore. Lecz z drugiej strony myślę, że miłośnicy Autorki zapewne już tę powieść przeczytali, bo książka nie jest nowością. Do sięgnięcia po książkę zachęcam również osoby, które lubią sagi rodzinne, romanse, historie opowiadające o trudnych ludzkich wyborach, a także powieści utrzymane w specyficznym klimacie Ameryki Południowej, których fabuła przeplatana jest nowoczesnością europejskiego życia.