czwartek, 6 marca 2014

Elizabeth Jane Howard – „Saga rodu Cazaletów. Lata beztroski” #1












Wydawnictwo: AMBER
Warszawa 1996
Tytuł oryginału: The Cazalet Chronicle. The Light Years
Przekład: Wiktoria Melech




Sagi rodzinne na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nudne. Bo i cóż takiego ciekawego można napisać o jakiejś tam rodzinie, która tak naprawdę nie przeżyła niczego, co mogłoby zasługiwać na większą uwagę? Lecz z drugiej strony czy tylko życiowe dramaty i tragedie zasługują na spisanie? Ileż to jest rodzin na świecie, które funkcjonują z dnia na dzień bez jakichś większych ekscesów. Inaczej przedstawia się życiorys takiej familii, jeśli jej członkom przychodzi egzystować w czasie masowego zagrożenia ze strony politycznego wroga. Oczywiście tutaj również mogą występować różnice, bo przecież musimy pamiętać, że istnieje coś takiego jak podział klasowy. Inaczej lata wojny przeżywały rodziny pochodzące z wyższej warstwy społecznej, zaś inaczej miało to miejsce w przypadku tych, którzy egzystowali gdzieś na samym dnie. Choć z drugiej strony prawdą jest, że wojna jednym daje, natomiast innym odbiera. Jedni na zbrojnym konflikcie potrafią się solidnie wzbogacić, podczas gdy inni tracą praktycznie wszystko, co zgromadzili przez lata życia.

I tak oto tym sposobem wyruszamy do przedwojennej Anglii, która podobnie jak cała Europa, stoi u progu drugiej wojny światowej. Jest rok 1937. „Śmieszny” Adolf Hitler krzyczy coraz głośniej, czym zyskuje sobie coraz to nowych zwolenników. Rząd Wielkiej Brytanii na czele z premierem Chamberlainem robi, co może, aby zapobiec kolejnemu rozlewowi krwi, wciąż mając w pamięci czas pierwszej wojny światowej, kiedy to wielu obywateli brytyjskich pożegnało się z życiem, a ci, którzy pozostali już do końca swoich dni będą wspominać owe traumatyczne wydarzenia z frontu. Niektórzy budząc się każdego ranka i patrząc w lustro będą czuć nienawiść do wroga za to, że pozbawił ich ręki czy nogi, czym sprawił, że ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

W Londynie mieszka rodzina Cazaletów. Są to trzej żonaci bracia, którzy regularnie utrzymują ze sobą kontakt, a niektóre z ich dzieci bardzo się ze sobą przyjaźnią. Rodzice Hugh, Edwarda i Ruperta już jakiś czas temu wyprowadzili się z Londynu i przenieśli do Sussex, aby tam wieść spokojne życie wraz ze swoją jedyną córką – Rachel. Senior rodu – William Cazalet, zwany po prostu „Brig” – stoi na czele rodzinnej firmy, w której pracują jego dwaj starsi synowie – Hugh i Edward. Firma zajmuje się handlem drewna. Hugh i Edward bardzo dobrze pamiętają czas pierwszej wojny światowej. Ten drugi wyszedł z niej praktycznie bez szwanku, ale Hugh bardzo poważnie przypłacił zdrowiem swój udział na froncie. Z kolei Rupert był jeszcze stosunkowo młody, aby móc czynnie w wydarzeniach wojennych uczestniczyć. Lecz jego dosięgło zgoła inne nieszczęście. Bardzo szybko stracił żonę, a kolejna jakoś nie za bardzo przypadła do gustu Cazaletom.

Synowie wraz z rodzinami każde lato spędzają u rodziców w Sussex. Wszyscy czują się tam bardzo dobrze. Mogą obcować z przyrodą i doskonale wypocząć. Oprócz Kitty „Duchy” Cazalet na czoło wysuwa się wspomniana już Rachel. To ona obok swojej matki jest gospodynią domu. Wydawać by się mogło, że Cazaletowie żyją niczym w raju. Nie mają żadnych problemów. Nic złego się nie dzieje w ich wzajemnych relacjach. Istna sielanka. Czy na pewno? Czy Cazaletowie to naprawdę szczęśliwa familia? A może to wszystko, to tylko pozory?

Na Sagę rodu Cazaletów trafiłam na jednym z blogów, które w miarę systematycznie odwiedzam. Ponieważ lubię takie przedwojenne i wojenne klimaty, natychmiast rozpoczęłam poszukiwania tej pięciotomowej serii, spośród której w Polsce wydano w latach 90. XX wieku tylko trzy jej części (przyp. Lata beztroski, Lata czekania, Lata goryczy). Tak więc ten powieściowy cykl wcale nie jest już nowy, a z jego Autorką świat pożegnał się stosunkowo niedawno. Elizabeth Jane Howard zmarła 2 stycznia 2014 roku w wieku dziewięćdziesięciu lat. Co ciekawe, rok wcześniej opublikowano ostatni tom Sagi rodu Cazaletów. Natomiast pierwsze dwie części przeniesiono na ekran.

Gdybym miała ocenić jedynie pierwszy tom tej pięcioczęściowej opowieści o angielskiej rodzinie mieszczańskiej, to zapewne powiedziałabym, że z tej powieści wieje nudą. Przedstawione na przestrzeni dwóch lat losy bohaterów nie wywołują u czytelnika jakiegoś szczególnego zainteresowania. Ot, takie sobie normalne życie rodzinne z codziennymi problemami, a w tle wciąż czuje się powiew epoki wiktoriańskiej.

Jak sam tytuł wskazuje, Lata beztroski to w gruncie rzeczy czas pozbawiony poważniejszych problemów, choć bezustannie słyszy się rozmowy na temat zbliżającej się wojny. Jednak z drugiej strony ludzie jakoś nie za bardzo chcą wierzyć w rychłe jej nadejście. Adolfa Hitlera praktycznie mało kto traktuje poważnie. Lecz mimo to gdzieś w podświadomości bohaterów tli się niewyraźna myśl, że jeśli faktycznie dojdzie do zbrojnego konfliktu, to tym razem będzie naprawdę dramatycznie, a straty okażą się znacznie większe niż te w przypadku pierwszej wojny światowej. Oczywiście Cazaletowie boją się o swoją firmę. Istnieje bowiem zagrożenie, że mogą ją utracić w razie wojny. William nie jest już taki sprawny, jak niegdyś, więc to na jego synów spada odpowiedzialność za rodzinny interes. Jedynie Rupert jest, jak gdyby z dala od tego wszystkiego, bo obecnie pracuje w szkole, a w wolnych chwilach maluje, co stanowi jego największą życiową pasję.

Dzieci młodych Cazaletów również na swój własny sposób pojmują ewentualną wojnę. Jedne są przerażone i wręcz histerycznie obawiają się śmierci, zaś inne odczuwają swego rodzaju radosne podniecenie na samą myśl o bombardowaniu. Praktycznie spora część fabuły kręci się właśnie wokół najmłodszego pokolenia Cazaletów. Z kolei ich rodzice to typowi przedstawiciele angielskiego społeczeństwa wyższych sfer. Niektóre z kobiet zachowują się tak, jak gdyby wciąż panowały konwenanse charakterystyczne dla epoki wiktoriańskiej. Nie można się jednak temu dziwić, bo przecież tak właśnie zostały wychowane. Małżeński seks stanowi dla nich przykry obowiązek, który kojarzy im się z tym, co najgorsze. W takiej sytuacji mężowie radzą sobie w inny sposób i zaspokajają swoje potrzeby z dala od małżeńskiego łoża. Małżonki służą im jedynie do tego, aby mieć ślubne potomstwo. W związku z tym pojawiają się „tajemnice”, o których wiedzą też inni, ale głośno nie należy o tym mówić, bo przecież to nie wypada. W końcu rolą kobiety jest rodzić dzieci i zajmować się domem, zaś mężczyźnie należy dać pełną swobodę.

Pojawia się tutaj również problem miłości lesbijskiej. Oczywiście nie jest ona wyraźnie wyeksponowana, ale współczesny czytelnik bardzo łatwo może domyślić się o co tak naprawdę chodzi. Przyjaźń pomiędzy dwiema dorosłymi kobietami nie jest bynajmniej czysto platoniczna. Z uwagi na brzmiące w tle echa epoki wiktoriańskiej, nie można o tego rodzaju relacjach mówić wprost, więc krąży się wokół nich i pozwala czytelnikowi na własną interpretację. Prócz tego, wśród żeńskich charakterów występuje również tak zwana „czarna owca”. Niby wszyscy ją tolerują, bo nie może być inaczej, ale gdyby jej nagle zabrakło, to raczej nikt nie roniłby za nią łez, włączając w to być może nawet jej własnego męża.

Kiedy tak zaczniemy bliżej przyglądać się poszczególnym bohaterom, dojdziemy do wniosku, że oni żyją w jakimś swoim zakłamanym świecie, w jakiejś totalnej schizofrenii. Ich sposób myślenia bardzo często nie pokrywa się z tym, co pokazują czyny. Nie stać ich na szczerą rozmowę z partnerem/partnerką, choć w swoim związku nie zawsze czują się komfortowo. Czasami wystarczy jedynie jakaś namiastka przyjaznego gestu ze strony innej kobiety/mężczyzny, aby od razu dać się ponieść emocjom.

Tak jak wspomniałam wyżej, Lata beztroski mogą na początku nieco czytelnika wynudzić, ale nie należy się zniechęcać. Większa część powieści jest dość monotonna. Dopiero pod koniec coś zaczyna się dziać. Być może ma to związek z faktem, iż wbrew pozorom, wojna puka już do drzwi posiadłości Cazaletów. Mam nadzieję, że kolejny tom przyniesie więcej emocji, bo zamierzam przeczytać całość, bez względu na to, jakie wrażenia będą mi towarzyszyć podczas lektury. Mam też nadzieję, że teraz, po śmierci Autorki, jakieś polskie wydawnictwo pokusi się o wznowienie tych trzech dostępnych tomów i wydanie po raz pierwszy kolejnych dwóch, bo uważam, że mimo wszystko warto zainwestować w Sagę rodu Cazaletów.










wtorek, 4 marca 2014

Karol Bunsch – „Odnowiciel” #6














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Kraków 1984
Seria: Powieści Piastowskie




Okres od zgonu Mieszka II Lamberta w 1034 roku do najazdu Brzetysława I – księcia Czech z dynastii Przemyślidów – latem 1039 roku i następującego tuż po nim powrotu do Polski Mieszkowego syna – Kazimierza – przedstawia się w naszych źródłach historycznych dość tajemniczo. Przede wszystkim nie wiadomo kto taki zasiadał na tronie w tym pięcioletnim okresie. Nie informują o tym ani Gall Anonim, ani też Wincenty Kadłubek. Nie mówią o tym również roczniki polskie. Wzmianki na ten temat nie znajdziemy także w kronice Kosmasa, pomimo że obszernie opisuje on najazd Brzetysława I na Polskę. Identycznie kwestia ta przedstawia się we współczesnych źródłach niemieckich, generalnie zainteresowanych sprawami polskimi. Jedynie Kronika wielkopolska, która została spisana w drugiej połowie XIII wieku, podaje wiadomość, iż po śmierci Mieszka II Lamberta władzę w Polsce objął i koronował się na króla jego pierworodny syn o imieniu Bolesław, który „życie skończył źle”, zaś na skutek swej niegodziwości został niejako z pocztu polskich władców usunięty. Historię Bolesława zwanego „Zapomnianym” Karol Bunsch przedstawił w poprzedniej części swojego piastowskiego cyklu pod tytułem Bezkrólewie [klik]. Postać księcia Bolka wiele wyjaśniałaby, jeśli wziąć pod uwagę pobyt Kazimierza – zwanego później „Odnowicielem” – w klasztorze. Z kolei, jeżeli przyjąć, że Kazimierz był jedynym synem Mieszka II, to wówczas niejasna będzie wydawać się informacja zawarta w rocznikach dotycząca oddania go w 1026 roku do klasztoru, aby wyuczyć go tam na mnicha. Być może wiadomość o Bolesławie Zapomnianym miała być jedynie czymś na kształt próby zapełnienia luki w panowaniu dynastii Piastów na ziemiach polskich, i stanowi jedynie sferę domysłu.

Pewne jest natomiast, iż po śmierci Mieszka II, lecz przypuszczalnie bliżej daty najazdu Brzetysława I, wstrząsnęło Polską bardzo groźne dla wczesnego feudalizmu powstanie ludowe, połączone z reakcją pogańską. Było to tak poważne wydarzenie, że będą o nim wspominać jeszcze na dworze Bolesława III Krzywoustego. Głośnym echem odbiło się również w Niemczech, na Rusi oraz w Czechach, choć historia tych ostatnich dwóch krajów zachowała mylne jego daty. Liczne wojny z czasów Bolesława I Chrobrego oraz Mieszka II Lamberta, jeśli nawet przynosiły ogromne łupy, to olbrzymim ciężarem spadały na ludność wieśniaczą, ponieważ kto inny zagarniał łupy, zaś zupełnie kto inny pracował na cele wojenne. Wojna stanowiła zatem formę podziału dochodu społecznego. Utrzymanie Kościoła, który za czasów Bolesława I Chrobrego i Mieszka II Lamberta rozwijał się coraz bardziej dynamicznie, w sposób bezpośredni również ciążyło na ludności wieśniaczej.

Kazimierz I Odnowiciel (1016-1058)
grafika pochodzi z roku 1860
Autor: Aleksander Lesser (1814-1884)
Wróćmy jednak do osoby Kazimierza I Odnowiciela, bo to on interesuje nas w tym momencie najbardziej. Jeszcze przed powstaniem ludowym i najazdem Brzetysława I, Kazimierz w dość niejasnych okolicznościach zmuszony był opuścić Polskę i udać się na Węgry, a stamtąd do Niemiec. Tak przynajmniej podaje Gall Anonim. Być może jeszcze w 1039 roku powrócił do kraju, uzyskując poparcie ze strony cesarza Konrada II bądź jego syna – Henryka III. Nie wiadomo kogo tak naprawdę musiał wówczas pokonać, aby móc scalić swoje dziedzictwo. Pewne jest, iż na początku swoich rządów władał jedynie Małopolską i Wielkopolską, i być może ziemią łęczycko-sieradzką. Kazimierz poszukał sobie również sprzymierzeńca na Rusi w osobie wielkiego księcia kijowskiego – Jarosława Mądrego – którego przyrodnią siostrę pojął za żonę. Tak więc siły, które przyczyniły się do upadku monarchii Mieszka II, tym razem miały dopomóc odradzającemu się państwu polskiemu.

Kryzys monarchii pierwszych Piastów był w głównej mierze kryzysem organizacji siły zbrojnej. Działalność Kazimierza I Odnowiciela musiała zatem obrać sobie za punkt wyjścia przebudowę systemu militarnego państwa. Kolejną dziedziną odnowy była organizacja kościelna. Powstanie ludowe oraz reakcja pogańska najsilniej dotknęły Wielkopolskę. W Gnieźnie z całą pewnością zabrakło arcybiskupa, najprawdopodobniej nie obsadzone pozostało również biskupstwo w Poznaniu i we Wrocławiu. Tak więc ośrodkiem odbudowy organizacji kościelnej stał się Kraków. Źródła historyczne podają, że w 1059 roku zmarł konsekrowany w Kolonii arcybiskup krakowski – Aaron, który według niektórych roczników był jednocześnie opatem tynieckim.

A teraz przejdźmy już do samej książki. Jak zatem osobę Kazimierza I Odnowiciela przedstawia Karol Bunsch? Otóż, Autor pokazuje go przede wszystkim jako władcę walczącego o odnowę polskiego państwa, lecz jednocześnie tęskniącego za życiem klasztornym. Po wypędzeniu z kraju Rychezy Lotaryńskiej (matki króla), Kazimierz musiał radzić sobie sam. Musiał sam pozyskiwać sojuszników, natomiast podszepty matki jakoś do niego nie przemawiały. Rycheza szykowała sobie miejsce w klasztorze, aby tam móc dokończyć żywota, zaś młody Kazimierz w tym czasie bratał się z cesarstwem i Rusią celem odbudowy Polski i pokonania Brzetysława I, jak również niejakiego Mojsława, który zagarnął Mazowsze. Ten ostatni był mazowieckim możnowładcą i cześnikiem Mieszka II.


Powrót Kazimierza I Odnowiciela do zniszczonego kraju
Obraz pochodzi z 1887 roku
Autor: Wojciech Gerson (1831-1901)


Karol Bunsch przyznaje, że okres panowania Kazimierza I Odnowiciela nie jest jasno przedstawiony przez źródła historyczne, dlatego też niejednokrotnie – jako pisarz – musiał domyślać się zaistniałych w danym okresie faktów. Tak więc niektóre posiadają jedynie formę spekulacji i przypuszczeń ze strony Autora. Chodzi tutaj szczególnie o daty, które niekiedy nie są adekwatne do pojawiających się w książce wydarzeń. Generalnie Karol Bunsch skupia uwagę na przeprawie zbrojnej Kazimierza I Odnowiciela z Brzetysławem I. Dużą wartość dla polskiego władcy ma również jego małżeństwo z przybraną siostrą Jarosława Mądrego. Według Autora starsza od Kazimierza Dobronęga darzyła męża prawdziwym uczuciem, a synowie, którzy rodzili się z tego związku, byli dla niej prawdziwym skarbem. Zauważyłam, że Karol Bunsch kwestie małżeńskie Piastów opisuje od tej lepszej strony. Choć związki te zawierane były na tle politycznym i niekiedy przyszli małżonkowie spotykali się po raz pierwszy dopiero w dniu ślubu, to jednak ta miłość rodziła się między nimi praktycznie natychmiast. Tak było w przypadku Mieszka I i Dobrawy, tak też jest i tym razem.

Odnowiciel nie jest powieścią o ogromnych rozmiarach. To historia dość krótka, bo i materiałów niewiele na ten temat. Niemniej jednak, dla czytelnika pasjonującego się historią posiada ogromną wartość. Z jednej strony Autor opisuje w niej powrót młodego dziedzica z wygnania, który musi zmagać się z trudami odbudowy zniszczonego państwa, zaś z drugiej strony powieść stanowi skarb literatury klasycznej, o której nie należy zapominać. Dla mnie takie książki mają ogromną wartość. Już nie po raz pierwszy podkreślam, że cenię je sobie znacznie bardziej niż literaturę współczesną, szczególnie teraz, kiedy pojawia się tak wiele rozmaitych – w większości jałowych – dyskusji na temat tego, co wychodzi spod piór pisarzy. Pisząc o klasykach czuję się w pewnym stopniu bezpieczna jako recenzent. Poza tym dla mnie klasyka to dzieła artystyczne. To literatura z tak zwanej „górnej półki” bądź „literatura wysokich lotów”. Niestety, w natłoku tego, co obecnie pojawia się na polskim rynku wydawniczym, powieści tego typu giną gdzieś w gąszczu utworów popularnych. Dlatego warto przypominać takie książki, jak choćby te autorstwa Karola Bunscha. Jeśli ktoś lubi historię, to na pewno będzie czytał je z ogromnym zainteresowaniem, natomiast dla pisarzy tworzących literaturę historyczną, Autor może stanowić swego rodzaju wzór, za którym śmiało można podążać.

Odnowiciel to czwarta powieść Karola Bunscha, którą przeczytałam, a która stanowi szósty z kolei tom pochodzący z cyklu o Piastach. Na pewno styl Autora różni się od tego, jakim władają dzisiejsi pisarze historyczni. Może nie ma w tych książkach takiego dynamizmu, jak obserwujemy to obecnie, ale na pewno są one warte tego, aby po nie sięgnąć. Od czasu do czasu czytajmy też literaturę ambitniejszą, aby nie zarzucano nam-czytelnikom, że jesteśmy niewymagający i zadowolimy się najgorszym chłamem, jaki wciśnie nam ten czy inny wydawca.






sobota, 1 marca 2014

Literat Marca 2014






ALAFAIR BURKE




Alafair Burke to jedna z najbardziej znanych amerykańskich pisarek, tworzących kryminały. Urodziła się w Ford Lauderdale (Floryda), natomiast dorastała w Wichita (Kansas). Jest profesorem prawa, a także komentatorem radiowym i telewizyjnym programów o tematyce prawniczej. Alafair jest córką cenionego autora powieści kryminalnych – Jamesa Lee Burke’a. Jak do tej pory jej książki zostały przetłumaczone na wiele języków. Jej inspirację w kwestii pisania stanowi osoba seryjnego mordercy – Dennisa Lynna Radera, znanego jako BTK[1] – który aktywnie działał w latach 70. XX wieku w mieście Wichita. W 2012 roku w Polsce opublikowano powieść jej autorstwa zatytułowaną „Dziewczyna, która zniknęła”.



Kraina Czytania: Alafair, bardzo Ci dziękuję, że zgodziłaś się na ten wywiad. Na początek chciałabym zapytać Cię, dlaczego zaczęłaś pisać powieści kryminale?

Alafair Burke: Zanim zaczęłam pisać, całe życie byłam czytelnikiem i zagorzałym fanem powieści kryminalnych. Pracowałam jako prokurator w Portland w stanie Oregon, czytając w wolnym czasie kryminały, i wtedy zdałam sobie sprawę, że miejsce, w którym codziennie pracuję, będzie doskonałym umiejscowieniem akcji powieści. I tak oto stałam się kolejnym prawnikiem, który chciał napisać książkę.

Moja pierwsza książka, ”Judgement Calls” („Subiektywne opinie” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), była zbeletryzowaną mieszanką dwóch różnych przypadków, których byłam świadkiem jako prokurator. Od tamtej pory, moje pomysły na książki nie były tak ściśle powiązane z prawdziwymi sprawami, ale nie ma wątpliwości co do tego, że nie mogłabym pisać w swoich powieściach o świecie w sposób, w jaki to robię, gdybym nie była prokuratorem.




Kraina Czytania: Dlaczego interesujesz się historią Dennisa Lynna Radera? Czy życie tego seryjnego mordercy stanowi dla Ciebie motywację do tworzenia swoich własnych fikcyjnych opowieści kryminalnych?

Alafair Burke: To nie jest tak, że on sam czy cokolwiek z jego przeszłości stanowi jedyną kwestię, która mnie interesuje. Ale ten człowiek został uznany za seryjnego mordercę i aktywnie działał w Wichita w Kansas, kiedy byłam małą dziewczynką. Moja rodzina przeprowadziła się do Wichita w 1970 roku, dokładnie wtedy, gdy lokalny wydział policji odtwarzał – i powtarzał od nowa – nagrany na taśmie głos seryjnego mordercy, który nazywał siebie BTK. Moja rodzina przeniosła się z południowej Florydy, oczekując spokoju charakterystycznego dla prostego środkowo-zachodniego miasta. W Wichita mieliśmy to zapewnione na wiele sposobów, ale zawsze w cieniu prawdziwego życia demona.

To, co sprawiło, że ten człowiek był tak przerażający, iż wiemy o nim tak mało, ale też i tak dużo, to trzy słowa – SKRĘPOWAĆ, TORTUROWAĆ, ZABIĆ. Wiedzieliśmy, że on wchodził i wychodził z domów w środku dnia, przecinał przewody telefoniczne, i mógł spokojnie zadzwonić pod numer 911[2], kiedy było już po wszystkim. I wiedzieliśmy też, że to mógł być każdy.

W powieściach kryminalnych zawsze występuje zamknięcie tematu. Nie sądzę, że to zbieg okoliczności, iż dopiero po tym, jak przeprowadziliśmy się do Kansas, zaczęłam męczyć moją mamę-bibliotekarkę o udostępnianie mi więcej tajemniczych opowieści. 

Kraina Czytania: Jak wspomniałam wyżej, Twój ojciec jest jednym z najbardziej znanych autorów kryminałów. Zastanawiam się czy czasami doradza Ci, w jaki sposób pisać albo jak wykreować doskonałego bohatera, aby zainteresować Czytelników książką?

Alafair Burke: Nie. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko i rozmawiamy o pisaniu, ale nie jest on moim prywatnym trenerem w tej kwestii. Jego największą sugestią było to, żeby pisać każdego dnia, nawet jeśli nie jest się publikowanym. Myślę, że to zaangażowanie ukształtowało mój obraz postrzegania pisania. Powody dla których piszesz, muszą być naprawdę poważne, bo przecież istnieje wiele mądrzejszych i bardziej dochodowych sposobów, aby móc dostać wypłatę.

Kraina Czytania: Jesteś prawnikiem. Jak zatem Twoja kariera prawnicza oddziaływuje na pisanie?

Alafair Burke: W czasie mojej pracy w prokuraturze zdobyłam wiedzę nie tylko na temat kultury sądu, ale przez dwa lata pracowałam również na posterunku policji. Znam siłę tych miejsc oraz naturalny rytm prowadzenia dochodzenia.

Generalnie myślę, że to jest właśnie powód, dla którego tak wielu prawników i dziennikarzy trwa przy pisaniu fikcji literackiej. To są zawody, gdzie każdego dnia napinasz mięśnie odpowiadające za pisanie, których tak wielu ludzi przestaje używać już w szkole. Dziennikarze i prawnicy uczą się także, w jaki sposób spleść fakty w spójną narrację. Wiesz, jak należy zbudować połączenie historii z bohaterem.

Kraina Czytania: W jaki sposób kreujesz swoich bohaterów? Czy wszyscy są fikcyjni? A może niektórzy z nich to prawdziwe postacie żyjące obok Ciebie?

Alafair Burke: Tak jak moja pierwsza powieść była bardziej zbliżona do charakteru mojej pracy, tak moja pierwsza bohaterka, Samantha Kincaid, to zbeletryzowana, lepsza wersja mnie samej. Ona jest prokuratorem w tym samym biurze, w którym ja pracowałam. Ma francuskiego buldoga, golfy i biega (choć o wiele szybciej niż ja). Ale nie możesz spowodować, aby każda postać posiadała takie same uczucia i głos jak ty.

Wymyślam bohaterów, obserwując świat z empatią. Zastanawiam się, jak to jest być w czyjejś skórze. Czasami dopadają mnie takie chwile i wtedy pojawia się bohater. Kiedy otrzymuję wiadomość od bohaterów, słucham. Nie wiem czy ich historie zapełnią stronę teraz czy potem, ale zawsze wiem, że warto słuchać.

Kraina Czytania: Głównymi bohaterkami Twoich powieści są kobiety. Dlaczego?

Alafair Burke: Nie jestem pewna czy to do końca prawda. Chociaż okładki książek podkreślają imiona bohaterek, to jednak J.J. Rogan – partner Ellie Hatcher oraz jej brat – Jess – są niezbędni w tych powieściach. Niezależnie od tego, spore fragmenty książek napisane są z perspektywy męskich bohaterów. Ale masz rację, twierdząc, że moje książki bardzo wiele mówią o życiu kobiet. Dlaczego nie miałoby tak być?

Kraina Czytania: Jesteś autorką dwóch serii powieści kryminalnych – jedna opowiada do detektyw Ellie Hatcher, pracującej w nowojorskiej policji, natomiast druga dotyczy prokurator Samanthy Kincaid, pracującej w Portland w stanie Oregon. Która z tych bohaterek jest Ci bliższa i dlaczego?

Alafair Burke: Och, to jest tak, jak gdybyś prosiła mnie, abym wybrała pomiędzy moimi dziećmi! Jak wspomniałam wcześniej, Samantha jest bardziej podobna do mnie z wyglądu. Ale Ellie została najlepszą przyjaciółką, a może nawet siostrą bliźniaczką. Różni się ode mnie niemal pod każdym względem, ale doskonale ją rozumiem. Tak naprawdę nauczyłam się od niej pewnych rzeczy. Czy to nie brzmi jak szaleństwo?

Kraina Czytania: Książki opowiadające o Ellie Hatcher i Samancie Kincaid są bardzo popularne wśród Twoich Czytelników. Czy myślisz o napisaniu kolejnej kryminalnej serii?

Alafair Burke: Nigdy nie planowałam tego, że Ellie stanie się bohaterką serii. Ona była główną bohaterką książki ”Dead Connection” („Martwe połączenie” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), o której myślałam, że będzie to samodzielna powieść. Ale kiedy skończyłam książkę, wiedziałam, że muszę dalej o niej pisać. Tak więc kto wie, co przyniesie przyszłość?

Dziewczyna, która zniknęła
to, jak do tej pory,
jedyna książka autorstwa Alafair Burke,
która została wydana w Polsce
Kraina Czytania: W 2012 roku przeczytałam „Dziewczynę, która zniknęła” i bardzo mi się ta książka podobała. To jest pierwsza powieść, którą napisałaś jako samodzielną historię. Oprócz tego, główna bohaterka – Alice Humphrey – nie jest przedstawicielką prawa. Co takiego zmotywowało Cię do napisania tej powieści?

Alafair Burke: Wierz albo nie, ale były to sprawy gospodarcze. Moment, moment, to powoduje, że ona i książki wydają się naprawdę nudne, nieprawdaż? Zapamiętaj to! Czytałam wszystkie te opowieści o bezrobociu – nie w sensie liczb, ale pod względem psychologicznym, bo za długotrwałe bezrobocie płaci psychika. Zaczęłam myśleć o ryzyku, jakie ktoś może podjąć, aby mieć pracę. I chodziłam po Nowym Jorku, widząc te wszystkie zamknięte sklepy i zaczęłam zastanawiać się, co by było, gdyby tak pokazać się w pracy jeden dzień, a potem okazałoby się, że wszystko zniknęło. Tak jak w przypadku Alice Humphrey. Po ośmiu miesiącach bycia na bezrobociu, jest na tyle zdesperowana, że podejmuje pracę, która jest zbyt dobra, aby mogła być prawdziwa. I okazuje się, że to jest wielki błąd. Viola! I oto jest fabuła książki.

Kraina Czytania: Na Twojej stronie internetowej Czytelnicy mogą przeczytać, że w zeszłym roku w listopadzie Amazon wybrał Twoją książkę ”If You Were Here” („Gdybyś tu był” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), jako jedną z dwudziestu najlepszych powieści kryminalnych. Gratuluję! Co jest takiego szczególnego w tej historii: jej bohaterowie i fabuła? Czy może coś innego?

Alafair Burke: Przypuszczam, że można powiedzieć, iż jest to historia mojego małżeństwa. Mój mąż i ja spotkaliśmy się w Nowym Jorku pomimo okoliczności, które zupełnie temu nie sprzyjały. Uczęszczałam do niewielkiego hippisowskiego college’u na Północno-Zachodnim Wybrzeżu zanim podjęłam pracę jako prokurator, a potem zajęłam się pisaniem. Mój mąż udał się do West Point[3] i służył w armii zanim rozpoczął pracę w Metropolitan Museum of Art[4] jako specjalista od zarządzania bezpieczeństwem. Gdybyśmy nie spotkali się w Internecie, najprawdopodobniej nie spotkalibyśmy się wcale.

W prawdziwym życiu ten brak wspólnej przeszłości sprawił, że mieliśmy wiele zabawy, poznając się tak naprawdę od początku. Lecz jako pisarka, która spędza czas, zajmując się światem fikcji, zawsze chciałam odnaleźć sposób, aby wydobyć potencjał tajemnicy związku, w którym którakolwiek ze stron byłaby nieuczciwa w kwestii przeszłości. Ile tak naprawdę każdy z nas wie o życiu drugiej osoby, które prowadziła zanim zbudowaliśmy coś razem? Jakie wydarzenia i ludzi wybraliśmy, aby oddzielić ich od teraźniejszości? Czułam się również gotowa, aby napisać o okresie dotyczącym West Point oraz o ochronie osób prywatnych, które miałam zaszczyt poznać, niejako z drugiej ręki, podczas mojego małżeństwa. Świat policjantów i prokuratorów zawarł się w tak dużej części moich poprzednich książek, więc ważne było dla mnie, aby stworzyć prozy rzeczywistości adekwatne dla wojska i bezpieczeństwa korporacyjnego.

To właśnie te myśli sprawiły, że powstała książka o trzech osobach: McKennie Wright Jordan – byłej prokurator, która stała się dziennikarzem pewnego czasopisma; jej mężu Patricku – absolwencie West Point, który zarządza systemem bezpieczeństwa w Metropolitan Museum; oraz Susan Hauptman – jedynej ich wspólnej przyjaciółce. Ponieważ uwielbiam dobrą tajemnicę, ten trójkątny związek musiał mieć jakiś haczyk: dziesięć lat wcześniej Susan zniknęła bez śladu wkrótce po przedstawieniu jej dwóch najlepszych przyjaciół.

Kraina Czytania: Tworzysz kobiece charaktery. Tak więc, zastanawiam się czy Twoje powieści czytają też mężczyźni? Jeśli tak, to co myślą o Twojej pracy?

Alafair Burke: Powiedziano mi, że około połowa moich Czytelników to mężczyźni. Ludzie muszą zakomunikować bzdurę typu: „Czytam tylko kobiety” albo „Nie czytam kobiet”. Niektórzy z najlepszych współczesnych autorów powieści kryminalnych, to kobiety: Karin Slaughter, Laura Lippman, Lisa Unger, Lisa Gardner, Tess Gerristen. Każdy, kto mówi, że lubi kryminały, ale nie czyta choćby kogoś z tej listy, jest niepoważny.

Kraina Czytania: Czy masz jakąś swoją ulubioną część procesu dotyczącego tworzenia? Jeśli tak, to co to jest?

Alafair Burke: No cóż, najgorszy jest początek, ponieważ wtedy wciąż jestem na etapie poszukiwania bohaterów. Gdy docieram do środka opowieści, naprawdę znam tych ludzi i totalnie angażuję się w odkrywanie warstw ich osobowości oraz w zaskakujące (miejmy nadzieję) zakończenie tej historii. A potem, kiedy napiszę to magiczne słowo „koniec”.

Kraina Czytania: Jak do tej pory w Polsce została wydana jedynie „Dziewczyna, która zniknęła”. Czy są jakieś plany w kwestii publikacji kolejnych Twoich powieści w Polsce?

Alafair Burke: Mam nadzieję, że tak! Dzięki za pomoc w rozpowszechnianiu informacji o moich książkach.

Kraina Czytania: Co czytasz na co dzień? Masz swój ulubiony rodzaj literatury bądź autorów?

Alafair Burke: Nadal osiemdziesiąt procent literatury, którą czytam, to powieści kryminalne. Oprócz ulubionych autorów podanych powyżej, czytam również powieści takich pisarzy, jak: Michael Connelly, Dennis Lehane, Lee Child oraz Harlan Coben. (Wymieniłam tylko mężczyzn, ponieważ powyżej wspomniałam już o niektórych moich ulubionych autorkach.)

Kraina Czytania: Gdzie lubisz tworzyć swoje historie kryminalne? Masz jakieś swoje ulubione miejsce do pisania?

Alafair Burke: Teraz mogę pisać dosłownie wszędzie. Tworzę przede wszystkim w swoim domowym biurze, ale też bardzo dużo piszę w pobliskiej pizzerii. Idę na obiad, a następnie spędzam tam godziny, pisząc aż do wieczora, póki nie nadciągną tłumy klientów.

Kraina Czytania: Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość związane z pisaniem? Pracujesz nad nową powieścią?

Alafair Burke: Właśnie kończę nową książkę zatytułowaną ”All Day And A Night” („Przez cały dzień i noc” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.).

Kraina Czytania: Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim polskim Czytelnikom?

Alafair Burke: Czytajcie „Dziewczynę, która zniknęła” i mówcie innym o tej książce. Chciałabym, aby więcej moich książek zostało przetłumaczonych na język polski!

Kraina Czytania: Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za ten wywiad. Mam nadzieję, że Twoi polscy Czytelnicy będą mogli przeczytać w najbliższym czasie więcej Twoich książek, a nie jedynie „Dziewczynę, która zniknęła”. Życzę Ci również kolejnych sukcesów i jeszcze więcej świetnych powieści. 




Rozmowa, przekład i redakcja
Agnieszka (Agnes A. Rose - Kraina Czytania)



Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here







[1] Dennis Lynn Rader (ur. 9 marca 1945 roku), znany jako BTK, pomiędzy 1974 a 1991 rokiem zabił dziesięć osób, stosując okrutne metody. Skrót BTK pochodzi od pierwszych liter słów określających owe makabryczne sposoby mordowania: Blind (skrępować), Torture (torturować), Kill (zabić) – [przyp. tłum.]
[2] Amerykański numer 911 to polski odpowiednik numeru 997 – [przyp. tłum.]
[3] United States Military Academy at West Point (w skrócie West Point) – Akademia Wojskowa Stanów Zjednoczonych w West Point – [przyp. tłum.]
[4] Metropolitan Museum of Art – największe i najstarsze muzeum w Ameryce mieszczące się w nowojorskim Central Parku. – [przyp. tłum.] 





czwartek, 27 lutego 2014

Charlotte Link – „Drugie dziecko”














Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2011
Tytuł oryginału: Das Andere Kind
Przekład: Dariusz Guzik





Każdy z nas żyje w jakimś środowisku. Mamy rodzinę, przyjaciół, znajomych. Wydaje nam się, że tak naprawdę wiemy o nich wszystko i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć z ich strony. Ale czy na pewno? Czy do końca jesteśmy świadomi tego, co kryje się gdzieś na dnie duszy człowieka, który mieszka z nami pod jednym dachem albo spędza z nami każdą wolną chwilę? Czy można być pewnym na sto procent, że osoba, z którą mieszkamy czy pracujemy mówi nam o wszystkim, co ją trapi? A może doskonale udaje i stwarza pozory, aby nikt nie domyślił się tego, jak jest naprawdę? Jak bardzo cierpi, bo mimo wszystko czuje się odrzucona przez społeczeństwo, a nawet najbliższych, którzy są zabiegani i zainteresowani tylko i wyłącznie własnymi sprawami? Ile można żyć w poczuciu odtrącenia i beznadziejności? Chyba nikt na dłuższą metę nie jest w stanie tego wytrzymać. Kiedyś w końcu musi nadejść ten dzień, że wybuchnie, a spustoszenie, jakie tym wywoła będzie naprawdę bolesne dla otoczenia. A może jednak nie? Być może przyjdzie taki dzień, kiedy los się uśmiechnie do takiej osoby i postawi jej na drodze kogoś, kto wreszcie odmieni jej życie i tym samym wyciągnie z piekła?

Staintondale to wiejska posiadłość położona niedaleko Scarborough, miasteczka leżącego w hrabstwie Yorkshire na północy Anglii. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że nic złego nie może spotkać ludzi, którzy tam mieszkają. Wszyscy znają się doskonale, przyjaźnią ze sobą i nic nie wskazuje na to, że już wkrótce w okolicy może dojść do brutalnej zbrodni. A jednak...

Amy Mills to typowa studentka, która aby odciążyć finansowo rodziców, podejmuje pracę jako opiekunka do dzieci. Raz w tygodniu niańczy pociechę niejakiej pani Gardner, aby ta mogła choć ten jeden wieczór w tygodniu spędzić ze znajomymi. Amy panicznie boi się wracać do domu późnym wieczorem. Gęsią skórkę wywołuje u niej już sama myśl, że musiałaby w ciemnościach przemierzać ulice miasteczka, żeby móc dostać się do domu. Jednak nie zawsze udaje jej się opuścić dom pani Gardner na tyle wcześnie, aby jeszcze przed zachodem słońca dotrzeć do domu. Za każdym razem, kiedy jej pracodawczyni przeciąga swoje spotkania ze znajomymi i spóźnia się do domu, Amy nerwowo spogląda na zegarek i aż cierpnie jej skóra na myśl, że nie zdąży dostać się do domu, gdy jeszcze będzie jasno na dworze. Zapewne większość z nas powiedziałaby, że Amy cierpi na jakąś toksyczną fobię i powinna zasięgnąć w tej sprawie porady specjalisty. A może paniczny lęk dziewczyny wcale nie jest tak do końca wytworem jej wyobraźni? Może Amy coś przeczuwa? Może faktycznie grozi jej niebezpieczeństwo i praktycznie dni dzielą ją od brutalnego napadu, a szesnasty dzień lipca 2008 roku będzie ostatnim w jej ziemskim życiu?

Mija kilka miesięcy. Mieszkańcy Scarborough nadal są wstrząśnięci brutalnym morderstwem dokonanym na dwudziestokilkuletniej studentce wracającej w środku nocy do domu. W dalszym ciągu policja nie aresztowała sprawcy. Ba! Oni nawet nie wiedzą kto przypuszczalnie chciałby śmierci tej nieszczęsnej dziewczyny. Kręcą się w kółko wokół tych samych spekulacji, a rodzina zamordowanej wciąż czeka na ukaranie sprawcy. Być może jedyną osobą, która niezbyt aktywnie interesuje się zabójstwem sprzed kilku miesięcy jest Gwendolyn Beckett. Dlaczego? Bo oto jej życie właśnie się odmieniło i nabrało barw. Znalazła mężczyznę swojego życia! Praktycznie straciła już wszelką nadzieję, że ktoś mógłby się nią zainteresować i jeszcze chcieć się z nią ożenić! W swoim otoczeniu Gwen uchodzi za dziwaczkę, która wierzy jedynie w swojego tatusia o autystycznym charakterze i to na nim skupia całą swoją uwagę. Z kolei Dave Tanner budzi powszechne zainteresowanie i podziw, choć nie ma grosza przy duszy. Utrzymuje się jedynie z kursów językowych, które prowadzi kilka razy w tygodniu w jednej z miejscowych szkół. Kursy te przeznaczone są dla gospodyń domowych, które chciałyby wyrwać się z domu choćby na chwilę. Nie jest to ambitne zajęcie, ale Dave jakoś nie kwapi się do zmiany zatrudnienia. Chyba jest mu z tym dobrze. Wszelkie braki nadrabia urodą. Jest niesamowicie przystojny i inteligentny, dlatego tak ogromne zainteresowanie wzbudza fakt, że w ogóle zwrócił uwagę na tak nieatrakcyjną i zdziwaczałą starą pannę, jaką jest bez wątpienia Gwen Beckett. Dlaczego? Co się za tym kryje? Może Dave naprawdę się zakochał? W końcu z powodu Gwen zerwał swój poprzedni związek z młodziutką studentką. Przecież liczy się nie tylko uroda. Możliwe, że Gwen ujęła go swoim bogatym wnętrzem? Niestety, znajomi w to nie wierzą. Dopatrują się jakiegoś drugiego dna. Bo w ich oczach Gwendolyn Beckett jest tak beznadziejna, że jej związek ani z tym, ani też z żadnym innym mężczyzną w ogóle nie powinien mieć miejsca.

Wygląda na to, że największą i najzagorzalszą przeciwniczką Gwen Beckett jest Fiona Barnes. Kim, u diabła, jest Mrs Barnes i jakim prawem wtrąca się w życie Gwen?! Otóż, Fiona Barnes to sąsiadka mieszkająca całkiem niedaleko, która od lat przyjaźni się z ojcem kobiety. Ta przyjaźń ciągnie się jeszcze od czasu drugiej wojny światowej. Zarówno ona, jak i Chad Beckett zbliżają się już do kresu życia, ale to wcale nie przeszkadza Fionie ingerować w życie jego rodziny. Chad bardzo szybko stracił żonę, za której przedwczesną śmierć Gwen obwinia właśnie Fionę. Dlaczego? Cóż takiego zrobiła Mrs Barnes, że tamta kobieta zmarła?

Punktem kulminacyjnym tej niezbyt przyjemnej sytuacji staje się przyjęcie zaręczynowe Gwen i Dave’a, które odbywa się w Staintondale. Szczęśliwa przyszła panna młoda – choć już wcale nie taka najmłodsza, bo trzydziestopięcioletnia – zaprasza wszystkich, którzy w jakiś sposób są jej bliscy. Tak więc oprócz domowników zaproszone jest również małżeństwo, które spędza każdy urlop na farmie Staintondale, przyjeżdża także wnuczka Fiony Barnes – doktor Leslie Cramer. Ta ostatnia przyjaźni się z Gwen od dzieciństwa. Leslie ma za sobą niełatwe chwile, więc zaręczynowe przyjęcie u przyjaciółki traktuje jak swego rodzaju odskocznię od własnych problemów. Nikt jednak nie wie, że właśnie podczas tego przyjęcia wybuchnie prawdziwa bomba. Bomba, która dokona tak wielkich zniszczeń, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Owa bomba to nikt inny, jak tylko sama Fiona Barnes. Jednym stwierdzeniem zmiata z powierzchni ziemi szczęście i być może perspektywę sielankowej przyszłości Gwen u boku ukochanego Dave’a Tannera. Niestety, Mrs Barnes nie wie jeszcze, że i na nią przyszedł koniec. Po nieudanym przyjęciu, wracając do domu, ona również zostaje brutalnie zamordowana. Kim jest morderca? Czy jest to ten sam osobnik, który pozbawił życia Amy Mills kilka miesięcy wcześniej? Czy zabójstwo staruszki ma jakiś związek z jej wyskokiem podczas zaręczynowego przyjęcia panny Beckett? Czy to, co się stało ma też jakiś związek z głuchymi i dość nieprzyjemnymi telefonami, jakie Fiona otrzymywała w ostatnim czasie? Pytań jest naprawdę wiele, a odpowiedzi jak na razie żadnej. Podobnie jak wielu jest podejrzanych, lecz żadnej pewności co do tego, kto mógł to zrobić.


Fragment autentycznej posiadłości znajdującej się w Staintondale
fot. Joe Regan


Nieczęsto sięgam po kryminały tudzież thrillery. Ale kiedy już to robię, to chcę, żeby był do kryminał/thriller doskonały. Charlotte Link swoim pisarskim talentem ujęła mnie już wcześniej, podczas lektury Przerwanego milczenia. Wiedziałam, że to nie będzie pierwsza i ostatnia książka tej Autorką, jaką przeczytam. I tak oto przyszła kolej na następną. Gdybym miała porównać Przerwane milczenie do Drugiego dziecka, to ta pierwsza powieść zdecydowanie wygrywa w moich oczach. Niemniej jednak, Drugie dziecko też ma w sobie to „coś”, co sprawia, że czytelnik pochłania fabułę z ogromnym zainteresowaniem, i wciąż zadaje sobie pytanie: Kto zabił i dlaczego? Tak jak wspomniałam powyżej, podejrzanych o dokonanie tych dwóch makabrycznych morderstw jest naprawdę wielu. Praktycznie każdy z najbliższego otoczenia Fiony Barnes mógłby to zrobić. Ale co z Amy Mills, która zupełnie nie była związana z – nazwijmy to – „grupą ze Staintondale?

Dodatkowo na arenę wkracza również przeszłość. Okazuje się bowiem, że zarówno Fiona, jak i Chad mieli jakieś wspólne tajemnice, które połączyły ich na całe życie. Dopiero po wielu, wielu latach wychodzą one na jaw, tym samym siejąc spustoszenie w życiu tych, którzy mają jakikolwiek związek z dzisiejszą parą staruszków. Chyba najbardziej całą tę sytuację przeżywa wnuczka Fiony, gdyż była ona ze swoją babką bardzo mocno związana. Przecież to właśnie ona ją wychowała, kiedy matka nie była w stanie tego zrobić. Sekrety z życia zamordowanej babki wstrząsają Leslie dość mocno. Możliwe, że mordercą jej babki jest ktoś z przeszłości, kto właśnie powrócił niczym demon z piekła rodem i dokonał na Fionie Barnes krwawej zemsty.

Z kolei czytelnikiem mogą wstrząsnąć nie tyle owe brutalne morderstwa, co problem upośledzonego umysłowo dziecka. Dzisiaj wśród czytelników-recenzentów bardzo często można spotkać stwierdzenie, że „autor/autorka jedzie stereotypami i w związku z tym jego/jej powieść jest szkodliwa społecznie.” Zastanawiam się zatem, w jaki sposób ci sami czytelnicy odebraliby Drugie dziecko. Czy ta książka również byłaby w ich ocenie „szkodliwa społecznie i stereotypowa”? Trudno mi w to uwierzyć. Dlaczego? Otóż, dlatego, że za powieścią kryje się obca Autorka, której książki biją wszelkie rekordy popularności, zaś my-Polacy mamy ogromną tendencję do tego, aby wychwalać pod niebiosa wszystko to, co „z zagranicy”.

Charlotte Link porównywana jest do samej Agathy Christie. Nie wiem, czy słusznie, ponieważ jak do tej pory nie było mi po drodze z kryminałami tej drugiej. Prawdą natomiast jest, że niemiecka Pisarka tworzy powieści w stylu brytyjskim. Szczególnie bliskie okazuje się być dla niej hrabstwo Yorkshire i okolice, w których niegdyś mieszkały niezapomniane siostry Brontë. Ten mroczny klimat przebija również z Drugiego dziecka. Podobnie było w przypadku Przerwanego milczenia. Nie wiem, jak będzie z Domem sióstr, która to powieść przede mną i w niedługim czasie zdradzę Czytelnikom mojego bloga swoje odczucia po lekturze.

Na chwilę obecną mogę z czystym sumieniem polecić Drugie dziecko. Może nie otrzymacie jakiejś nadzwyczaj wysokiej dawki emocji i strachu (to uwaga do tych, którzy lubią się bać podczas lektury), ale na pewno czas, który poświęcicie na czytanie, nie okaże się czasem straconym. Fabuła naprawdę wciąga, a zakończenie zaskakuje. 






niedziela, 23 lutego 2014

Nora Roberts – „Irlandzkie serca: Irlandzka wróżka & Irlandzka róża”















Wydawnictwo: MIRA
Warszawa 2008
Tytuł oryginału: Irish Hearts: Irish Thoroughbed & Irish Rose
Przekład: Krystyna Klejn & Barbara Kośmider




O pięknej, malowniczej i przede wszystkim zielonej Irlandii pisałam już kilka razy przy okazji recenzji rozmaitych powieści. Przyznam, że Irlandia jest mi chyba najbliższa spośród wszystkich Wysp Brytyjskich. No, może jeszcze szczególną sympatią pałam do Szkocji, ale to ze względu na jej bogatą historię oraz na pozostałości architektoniczne z ubiegłych wieków w formie zamkowych ruin. Natomiast Irlandia i jej mieszkańcy budzą we mnie bardzo przyjazne uczucia i prawdę powiedziawszy mogłabym zamieszkać w tym kraju na stałe. Mieszkając w Polsce, zawsze pamiętam o Dniu Świętego Patryka, a specyficzna celtycka muzyka bardzo często mi towarzyszy, na przykład ta w wykonaniu zespołu Clannad, który chyba już zawsze będzie kojarzył mi się Robinem z Sherwood.

Otóż w Irlandii znajduje się pewne hrabstwo. Jest to hrabstwo Cork – najbardziej wysunięte na południowy zachód oraz największe wśród współczesnych hrabstw. Cork nazywane jest również „buntowniczym hrabstwem”, gdyż niezwykle często w ważnych kwestiach, szczególnie politycznych, zajmowało stanowisko przeciwne do większości Irlandii. Stolicą hrabstwa jest miasto także o nazwie Cork, które jest drugim co do wielkości miastem leżącym na terenie Republiki Irlandii. Podróżując po hrabstwie natrafimy na miasto zwane Skibbereen, które leży w jego południowej części. To właśnie z tego miasteczka pochodzą dwie główne bohaterki Irlandzkich serc, które los rzuca do Ameryki, aby mogły tam rozpocząć nowe życie.

Irlandzkie serca to wspólny tytuł dwóch oddzielnych historii, lecz połączonych ze sobą za sprawą tych samych bohaterów. W Irlandzkiej wróżce na czoło wysuwa się młodziutka Adelia „Dee” Cunnane. Choć dziewczyna przekroczyła już dwudziestkę, to jednak jej wygląd temu stanowczo przeczy. Wciąż wygląda na nastolatkę, której wszędzie pełno. Życie jej nie oszczędzało, bo już we wczesnym dzieciństwie straciła rodziców, a po ich śmierci trafiła pod opiekę ciotki, z którą w pocie czoła zajmowała się prowadzeniem farmy. Tak więc ciężka praca nie jest jej bynajmniej obca, o czym doskonale świadczą jej młode, choć spracowane dłonie. Po śmierci ciotki, Adelia nie może już zajmować się farmą, więc jedyne, co jej pozostaje, to sprzedaż posiadłości. Na szczęście w Ameryce w stanie Maryland jest ktoś, kto przyjmuje ją z otwartymi ramionami. To stryj Padrick „Paddy” Cunnane. Mężczyzna ma już swoje lata, nigdy się nie ożenił, więc Dee spada mu praktycznie z nieba. Paddy pracuje w stadninie koni o nazwie Royal Meadows, której właścicielem jest przystojny Travis Grant. Ponieważ Adelia doskonale zna się na zwierzętach, a szczególnie na koniach, stryj nie ma innej możliwości jak tylko polecić jej umiejętności Travisowi. Czy mężczyzna zaufa Adeli na tyle, że będzie w stanie powierzyć jej swoje konie? A może Travis odda jej coś znacznie więcej niż tylko zwierzęta?

Druga historia opowiedziana przez Norę Roberts to minipowieść pod tytułem Irlandzka róża, która dotyczy kuzynki Adeli Cunnane – dwudziestopięcioletniej Erin McKinnon – i rozgrywa się kilka lat później niż akcja Irlandzkiej wróżki. Dziewczyna również pochodzi z irlandzkiego Skibbereen i podobnie jak Dee słynie z ciętego języka. W swoim rodzinnym mieście Erin nie czuje się spełniona. Pragnie czegoś znacznie więcej niż tylko zmywania naczyń w lokalnym pubie. Kiedy myśli, że jej życie już zawsze będzie wyglądać tak samo, zupełnie nieoczekiwanie, niczym rycerz na białym koniu, do Skibbereen przyjeżdża Amerykanin – Bart Logan. Mężczyznę z Travisem Grantem łączy pasja do koni, a ich stadniny sąsiadują ze sobą. Erin już od pierwszego spotkania wywiera na Barcie ogromne wrażenie, jednak na ewentualne ostateczne deklaracje jest jeszcze stanowczo za szybko. Na chwilę obecną Bart robi wszystko, aby tylko ściągnąć Erin do Ameryki. Czy dziewczyna zgodzi się wyjechać z nieznajomym mężczyzną i zacząć wszystko od nowa z dala od rodziny i przyjaciół? Jakie tajemnice z przeszłości ukrywa Bart? Co takiego wydarzyło się niegdyś w jego życiu, że teraz z trudem przychodzi mu zaufać innym?



Skibbereen - nowy most na rzece Ilen 
fot. Mike Searle 


Obydwie historie to klasyczne romanse. Tym razem nie mamy do czynienia z wątkiem sensacyjnym, choć jedna z opowieści zawiera delikatny motyw kryminalny. Jak widać Norze Roberts udało się przemycić nieco napięcia, pomimo że stworzyła typowe cukierkowe romanse. Zarówno Irlandzka wróżka, jak i Irlandzka róża nie są powieściami nowymi. Trzeba wiedzieć, że zostały one stworzone jako pojedyncze książki w latach 80. XX wieku, natomiast Irlandzka wróżka to powieściowy debiut Autorki. Po tego rodzaju historiach raczej nie należy spodziewać się niczego rewelacyjnego. Ot, kilka godzin przyjemnego czytania z happy endem.

Gdyby tak porównać Adelię i Erin, to praktycznie obydwie bohaterki niezbyt różnią się od siebie. Dziewczyny są impulsywne, mają cięty język, czym doprowadzają do szału swoich mężczyzn, ale oni i tak je bardzo kochają, chociaż nie przyznają się do tego głośno nawet sami przed sobą. A jacy z kolei są wspomniani panowie? Na wskroś męscy i emanujący testosteronem, zaś kiedy już tracą cierpliwość do swoich partnerek, wówczas potrafią być naprawdę nieprzewidywalni. Nora Roberts w Irlandzkich sercach stworzyła iście bajkowy świat, w którym wszystko zawsze kończy się dobrze, a ci, którzy w jakiś sposób postępują źle, rychło ponoszą karę za swe czyny. Czytelnik otrzymuje także doskonały obraz funkcjonowania stadniny koni, sposobu ich hodowli i zarabiania na nich, na przykład w wyniku wystawiania koni na wyścigach.

Jak już wspomniałam wyżej, obydwie powieści – bo tak należy je traktować, choć zebrano je w jedną książkę – zostały napisane w latach 80. XX wieku, co doskonale widać w fabule, ponieważ Autorka wyraźnie nakreśliła różnice pomiędzy Irlandią z tamtych czasów a Ameryką. Dziewczyny przyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych odnoszą wrażenie, jak gdyby nagle znalazły się w innym świecie. Niemalże wszystko je zadziwia, a niektórych rzeczy wręcz nie znają. W tamtym okresie dla Europejczyków Ameryka faktycznie stanowiła coś na kształt raju, gdzie spełniają się wszystkie marzenia, a życie przebiega bez problemów.

Wielbicielom twórczości Nory Roberts nie będę tej książki specjalnie polecać, bo wiadomo, że oddani fani Autorki nie przepuszczą żadnej z jej powieści. Natomiast dla pozostałych czytelników, a raczej czytelniczek Irlandzkie serca mogą stanowić doskonałą odskocznię od problemów dnia codziennego. Przyznam, że obecnie bardzo potrzebowałam takiej lekkiej i niezobowiązującej lektury na dwa wieczory. A kto lepiej poprawi nastrój, jak nie sama mistrzyni światowej literatury kobieciej, jaką bez wątpienia jest Nora Roberts? Co ważne, żadna z tych dwóch opowieści nie stanowi typowego harlequina, jakim wielu czytelników po prostu gardzi, a wręcz wyśmiewa. Romanse Nory Roberts nigdy nie są wykreowane na niskim tanim poziomie, pomimo słodyczy, jaką w sobie zawierają. 

Kontynuacją Irlandzkich serc jest książka zatytułowana Irlandzkie marzenia, która również składa się z dwóch odrębnych historii. Przypuszczam, że i tę niedługo przeczytam, bo twórczość Nory Roberts jest mi bardzo bliska, choć był czas, że bardzo ją zaniedbałam.