sobota, 14 czerwca 2014

Lilian Harry – “Love & Laughter”














Wydawnictwo: ORION
Londyn 2003





Zanim opowiem o książce, którą niedawno przeczytałam, chciałabym najpierw przybliżyć osobę Autorki, ponieważ wydaje mi się, że Lilian Harry nie jest znana polskim czytelnikom. Jeśli już ktoś kojarzy jej nazwisko, to zapewne są to tylko nieliczni, gdyż dotychczas nie wydano w polskim przekładzie żadnej z jej powieści. Otóż Lilian Harry urodziła się i wychowała w Gosport nad brzegiem Portsmouth Harbour w południowej Anglii. Jej najwcześniejsze wspomnienie z lat dzieciństwa to moment, kiedy została wyciągnięta z łóżka wręcz siłą przez własną siostrę. Wokół rozlegał się złowieszczy jęk syren, które zwiastowały rychły nalot bombowy. Wówczas cała jej rodzina rzuciła się w kierunku schronu znajdującego się w ogrodzie. To właśnie pamięć o latach drugiej wojny światowej sprawia, że książki Lilian Harry stanowią żywe odzwierciedlenie tamtej tragicznej atmosfery. Już jako mała dziewczynka, widziała światło reflektorów przecinających niebo podczas nalotów, słyszała huk eksplozji bomb, spotkała również niemieckiego spadochroniarza, który wylądował w jej ogrodzie.

Rodzina Lilian Harry należała do środowiska średniej klasy robotniczej. Autorka przyznaje, że w latach jej dzieciństwa można było bez przeszkód bawić się na ulicach, lecz nie wolno było tego robić w niedziele, a tylko w dni powszednie. W niedziele natomiast należało przywdziać najlepsze ubranie, a następnie rano i po południu trzeba było udać się do Szkoły Niedzielnej. Ojciec Lilian wychodził do pracy wcześnie rano i wracał do domu bardzo późno wieczorem, czasami nawet biorąc dodatkowo kilka godzin nadliczbowych. W domu nie było zbyt wiele pieniędzy. Matka nie pracowała, lecz zajmowała się wychowywaniem dzieci oraz wykonywała podstawowe prace domowe, jak pranie, sprzątanie, robienie zakupów. Wszystkie te prace wykonywała ręcznie, ponieważ nie było wówczas urządzeń, które mogłyby jej w tym pomóc. W czasie drugiej wojny światowej popołudniami matka szyła mundury dla marynarzy, pracując dla WVS (z ang. Women’s Voluntary Service) lub w punktach pierwszej pomocy. W ramach rozrywki raz w tygodniu można było udać się do kina, słuchać bezprzewodowego radia, zaś wieczorami zazwyczaj czytano jakąś najnowszą powieść, którą wypożyczano z biblioteki. Tak naprawdę praca była zawsze. Podczas wojny człowiek nigdy nie spędzał czasu bezczynnie. Ręce matki Lilian zawsze były czymś zajęte.

Lilian Harry miała dwóch braci i siostrę. Wszyscy byli starsi od Autorki o kilka lat. Podobieństwo bohaterów serii powieści pod wspólnym tytułem April Grove (z pol. Kwietniowy gaj – w wolnym tłumaczeniu) do rodzeństwa Lilian jest bardzo wyraźne, pomimo że miejsce akcji tych książek stanowi tylko i wyłącznie wytwór wyobraźni Autorki. Love & Laughter (z pol. Miłość i śmiech – w wolnym tłumaczeniu) to właśnie jedna z powieści wchodzących w skład rzeczonej serii. Na temat tej książki Lilian Harry mówi tak: Fabuła nie wszystkich moich wcześniejszych powieści toczy się w trakcie drugiej wojny światowej. Pomimo że akcja “Love & Laughter” po części rozgrywa się w Plymouth podczas wojny, to jednak ukazuje historię ludzi próbujących pogodzić się z jej strasznymi skutkami. Jest to historia żon i narzeczonych mężczyzn służących w marynarce wojennej w Portsmouth, a potem w Devon w latach 60. XX wieku.


Kobiety pracujące w czasie II wojny światowej dla Women's Voluntary Service 
(dzisiaj organizacja nosi nazwę Royal Voluntary Service)


Akcja Love & Laughter rozpoczyna się sceną, w której najstarsze dziecko Lucy Pengelly – dwunastoletni Geoff – przybiega do domu ze szkoły z wiadomością, że właśnie ogłoszono zakończenie drugiej wojny światowej. Ta informacja wręcz szokuje wszystkich domowników, bo przecież przyzwyczajono się już do nalotów, które niszczyły nie tylko budynki, ale przede wszystkim zabierały ludziom życie. Lucy wychodząc za mąż zdecydowała się na opuszczenie rodzinnego Portsmouth i wyjazd do Plymouth, gdzie zamieszkała wraz z mężem i swoimi teściami w domu, który jednocześnie był miejscem, gdzie można było wynająć pokój. O takim klasycznym hotelu nie można w tym kontekście mówić, ponieważ na tamtą chwilę dom nie spełniał wymogów typowego hotelu.

Kiedy Goeff informuje matkę o ogłoszeniu przez Winstona Churchilla końca wojny, ta z jednej strony czuje szczęście, lecz z drugiej jest przerażona. Dlaczego?  Otóż, jej mąż – Wilmot Pengelly – od kilku lat przebywa w japońskim obozie jenieckim, i jak wynika z jego listów, jest tam niesamowicie katowany i chyba tylko cud sprawił, że mężczyzna nadal żyje. Lucy zdaje sobie sprawę z tego, że zakończenie wojny jest równoznaczne z jego powrotem do domu, a ona bardzo boi się tego spotkania. W tym momencie akcja powieści cofa się do chwili, gdy Lucy i Wilmot spotkali się po raz pierwszy, zakochali się w sobie i postanowili już zawsze być razem. A potem przyszła okrutna wojna i wszystko się zmieniło. Lucy została sama z dziećmi i teściami, zaś Wilmot – jako żołnierz marynarki wojennej – ruszył na morze walczyć z wrogiem.

Lata wojny, które Lilian Harry przedstawia w powieści, są dla rodziny Pengelly okrutne. Praktycznie nie ma dnia, aby nad miastem nie przelatywały niemieckie bombowce, które pustoszą wszystko, co tylko stanie im na drodze. Na skutek tych działań Lucy również traci to, co najcenniejsze, a wręcz bezcenne. Traci nie tylko męża, który musi walczyć na froncie. Jej krzywda jest znacznie poważniejsza. Po tym, czego doświadcza Lucy podczas wojny, nie da się już normalnie żyć. W całym tym koszmarze u jej boku stoi wierny przyjaciel. To David Tremaine. Nieszczęście, którego sam doświadczył w wyniku wojny, bardzo zbliża go do Lucy. Czy zatem jest szansa na to, aby tych dwoje zapałało do siebie uczuciem? Czy Lucy zapomni o mężu przetrzymywanym w japońskiej niewoli i zdecyduje się na romans z przyjacielem rodziny?  Czy tych dwojga połączy miłość, czy może tylko zwykła wdzięczność za okazanie wsparcia i pomocy w sytuacji, kiedy obydwoje najbardziej tego potrzebowali?

W końcu nadchodzi dzień wyzwolenia spod niemieckiej okupacji. Do domu wraca Wilmot Pengelly. To już nie jest ten sam mężczyzna, którego wszyscy znali. Lata japońskich tortur, przyglądania się bestialskiej śmierci przyjaciół i lęku o własne życie sprawiły, że Wilmot popadł w głęboką depresję. Coraz częściej zagląda do kieliszka. Krzyczy na każdego, kto stanie mu na drodze. Lucy i jej rodzina doświadczają kolejnej tragedii. Bo to jest ogromna tragedia. Kobieta żegnała zdrowego, silnego i pogodnego mężczyznę, a wojna zwróciła jej męża, który okazał się być psychicznym wrakiem. Każdej nocy Wilmot jest nękany przez koszmary. Nie może zapomnieć o japońskim więzieniu. Lucy, aby mu pomóc, wciąż wymyśla coś nowego, żeby tylko móc czymś wzbudzić zainteresowanie męża. Czy kobiecie uda się przywrócić ukochanemu mężczyźnie radość życia i zdrowie? A może Lucy podda się i wszystko zostawi w rękach losu?

Love & Laughter to powieść niesamowicie wzruszająca. Czytelnik widzi jak bardzo wojna może wyniszczyć człowieka. Czasami wręcz widzi bezradność tych, którzy powinni wspierać i pomagać. Tylko skąd brać na to siły, skoro osoba będąca psychicznym wrakiem nie chce dać sobie pomóc? W tej kwestii możemy poddać ocenie postać Lucy, jako żony i matki. Czy kobieta faktycznie zrobiła wszystko, aby pomóc mężowi? Możliwe, że czegoś nie dopatrzyła, o czymś zapomniała. Może była zbyt mocno zajęta sobą oraz dziećmi i nie dostrzegła zbliżającej się kolejnej tragedii?

A jak w tej dramatycznej sytuacji zachowują się dzieci Lucy i Wilmota? Goeff jest już niemalże dorosły, więc na temat tego, co dzieje się w jego domu, posiada już swoje zdanie. Z ojcem nie łączą go zbyt przyjazne relacje. Jego zainteresowanie znacznie bardziej skierowane jest na Davida. Owszem, chłopak wiele mu zawdzięcza, ale czy nie powinien skupić się raczej na własnym ojcu, który potrzebuje jego pomocy? Wydaje się, że z całej rodziny najwięcej rozsądku wykazuje młodsza latorośl Lucy i Wilmota – Patsy. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro dziewczyna, pomimo młodego wieku, przeszła już naprawdę sporo. Patsy jest pełna zrozumienia dla swojego ojca, bo ją także wojna nie oszczędziła, a to sprawiło, że dojrzała szybciej niż byłoby to możliwe w latach pokoju. 

Tak jak wspomniałam powyżej, książka nie doczekała się, jak na razie, polskiego tłumaczenia, więc mogę ją polecić tylko tym czytelnikom, którzy znają język angielski i nie boją się nim posługiwać. Ze swej strony mogę stwierdzić, że książka wywarła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Rodzina Lucy i Wilmota to klasyczny przykład ludzi, którzy przeżyli okrucieństwo drugiej wojny światowej, a potem musieli radzić sobie z tragicznymi następstwami tamtych dni. Trzeba było zacząć odbudowywać nie tylko zniszczone budynki, ale przede wszystkim własne poszarpane życie. Bohaterowie powieści są niezwykle wyraziści. Są oni na tyle przejrzyści, że czytelnik może z powodzeniem poddawać ich postępowanie skrupulatnej ocenie. Chociaż fabuła powieści nasycona jest niewyobrażalnym bólem i cierpieniem, to jednak pojawiają się w niej także promienie szczęścia i radości. Można zatem wyciągnąć z tej książki wniosek, który mówi o tym, że po złym zawsze przychodzi dobre, tylko trzeba mocno w to wierzyć. Tak jak bezwarunkowo uwierzyła jedna z bohaterek, lecz nie była to bynajmniej Lucy Pengelly.





czwartek, 12 czerwca 2014

Marcin Brzostowski – „Pozytywnie nieobliczalni”










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawnictwo: E-BOOKOWO
Będzin 2014
Wydanie II
E-BOOK




Prawnik to brzmi dumnie, prawda? Lata wyczerpujących studiów, nocne zakuwanie rozmaitych przepisów, które i tak pewnego dnia ulegną zmianie i trzeba będzie przyswajać je od początku, wreszcie uzyskanie upragnionego dyplomu, o którym niekoniecznie marzył sam zainteresowany, bo wszakże możliwe jest, że bardziej zależało na tym rodzinie zainteresowanego. Następnie zaliczenie niezbędnego stażu, no i wreszcie można zaczynać własną praktykę albo pracować pod okiem szacownego rodzica. Prawdę powiedziawszy, takie rozwiązanie wcale nie jest złe, bo przecież można wylądować znacznie gorzej, na przykład w jakiejś korporacji prawniczej, gdzie dowodzi bezwzględny szef albo szefowa, który(a) jest zdolny(a) wycisnąć z takiego nowicjusza siódme poty, aby tylko móc zaspokoić własne ambicje.

Akcja powieści Marcina Brzostowskiego rozgrywa się w Warszawie w środowisku młodych i ambitnych prawników. Na pierwszy plan wysuwają się dwaj przyjaciele: Robert i Rafał. Obydwaj pracują w prężnie rozwijającej się korporacji prawniczej. Kiedy ich poznajemy, ten pierwszy właśnie został pozbawiony etatu, bo zwyczajnie przestał być potrzebny. Praktycznie wykorzystano go do maksimum, a potem zastąpiono kimś innym. I co ma począć nasz bohater w tej trudnej dla siebie sytuacji? Chyba tylko porządnie się upić. Na szczęście są obok przyjaciele, którzy mogą pomóc i nie zostawią w potrzebie. Z kolei Rafał, zwany „Marlonem”, nadal pracuje w rzeczonej korporacji. Pomimo że nie jest z tego powodu szczęśliwy, to jednak nie rezygnuje z etatu, tylko wciąż haruje, czasami nawet kosztem należnego mu urlopu.

Marcin Brzostowski w swojej powieści w sposób nieco ironiczny, ale z drugiej strony, jakże doskonale przemyślany, nakreśla prawdziwy obraz zatrudnienia w korporacjach, gdzie człowiek nie ma czasu na nic innego poza pracą. Taki pracownik-wyrobnik niejednokrotnie zmuszony jest zrezygnować z życia prywatnego i własnych marzeń, ponieważ cały swój czas musi poświęcić pracy i zadaniom otrzymywanym od szefa, które niekiedy są wręcz absurdalne. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze walka pomiędzy osobami zatrudnionymi w rzeczonej korporacji. Tak naprawdę, aby móc się utrzymać na powierzchni, trzeba wyeliminować konkurencję, nawet wbrew własnym zasadom, że o kosztach nie wspomnę. Czy takie działanie faktycznie ma coś wspólnego z ambitnym podejściem do kariery zawodowej? Czy zawodowy rozwój naprawdę polega na tym, aby wygryźć kolegę/koleżankę z posady?

Oczywiście nasi bohaterowie w tych dość trudnych okolicznościach doskonale sobie radzą. Jak już wspomniałam, Robert z konieczności zmienił miejsce pracy, zaś Rafał nadal tkwi w tym samym miejscu. Lecz przecież nie zawsze musi tak być. Możliwe, że kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym on również powie, że ma już tego wszystkiego dosyć. A może to sam los za niego zdecyduje? Kto wie?

W powieści oprócz głównych bohaterów pojawiają się również postaci poboczne. Robert i Rafał nie żyją przecież na bezludnej wyspie, a więc dysponują gronem niezwykle życzliwych znajomych, na których zawsze można liczyć i z którymi zawsze znajdzie się wspólny język oraz okazję do świętowania. A i pomysłów na życie też im nie brakuje. Tych postaci nie sposób nie lubić.

Pozytywnie nieobliczalni to druga powieść Marcina Brzostowskiego, którą przeczytałam. Pierwszą była Słodka bomba Silly. Styl Autora jest nieprzeciętny z uwagi na poruszanie tematów, które są naprawdę ważne i o których ludzie dzisiaj często zapominają, ponieważ znacznie bardziej interesuje ich pogoń za pieniądzem, karierą i wyniszczaniem siebie nawzajem. Autor pragnie zwrócić uwagę, że oprócz życia zawodowego jest również życie prywatne, któremu należałoby poświęcić równie dużo czasu, co karierze zawodowej. A może nawet na życie osobiste potrzebujemy znaczniej więcej czasu, ponieważ w tym natłoku spraw bardzo łatwo jest zapomnieć o tym, co naprawdę ważne, czyli o przyjaźni, miłości, naszych marzeniach i zainteresowaniach oraz innych prozaicznych kwestiach, które sprawiają, że człowiek jest zwyczajnie szczęśliwy.

Pozytywnie nieobliczalni to debiut powieściowy Marcina Brzostowskiego. Po raz pierwszy książka ukazała się w 2002 roku. Chciałabym, aby na rynku wydawniczym pojawiało się więcej takich właśnie lektur. Lektur, które traktują o sprawach ważnych bez owijania w bawełnę. Pozytywnie nieobliczalni to opowieść niezwykle autentyczna w swojej wymowie. Posiada drugie dno, które czytelnik powinien odkryć w trakcie lektury. Nie jest to bynajmniej lekka opowiastka o ludziach, którzy po ukończeniu studiów pragną za wszelką cenę zdobywać swoje życiowe szczyty. Pomiędzy poszczególnymi bohaterami rysują się dość wyraźne kontrasty. Widać w jaki sposób do życia podchodzi młody narybek kancelarii, zaś jak te same kwestie postrzegają ci starsi, którym przyszło dorastać w zupełnie innych czasach.

Dla mnie osobiście lektura Pozytywnie nieobliczalnych była taką podróżą w przeszłość, ponieważ na kartach powieści pojawiają się wątki charakterystyczne dla lat dorastania pokolenia, którego jestem przedstawicielką. Znajdziemy tutaj sporo odnośników do muzyki. W dodatku miałam kiedyś przyjaciela, którego cechy odnalazłam w jednym z bohaterów tej powieści. Dlatego też dziękuję Autorowi za tę szczególną sentymentalną podróż do przeszłości. Niestety, świat i ludzie od tamtej pory bardzo się zmienili i wiele wartości, które niegdyś były preferowane przez młodych ludzi, odeszły do lamusa. Dzisiejsza młodzież już zupełnie inaczej podchodzi do życia niż kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście lat temu. Uważam jednak, że mimo wszystko Pozytywnie nieobliczalni stanowią lekturę uniwersalną i należałoby ją polecać młodym ludziom, chociażby dlatego, aby wzbudzić w nich refleksję nad swoim życiem i zachęcić ich do zastanowienia się nad hierarchią wartości, jaką obecnie preferują. Tylko czy dzisiejsza młodzież naprawdę chce powrócić do wartości wyznawanych przez starsze pokolenie? I czy naprawdę potrafi to zrobić?



E-book do nabycia tutaj - klik 








poniedziałek, 9 czerwca 2014

C.W. Gortner – „Ostatnia królowa”















Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2011
Tytuł oryginału: The Last Queen
Przekład: Alina Siewor-Kuś




Na przestrzeni wieków na kartach historii zapisało się wielu władców, którzy w mniejszym lub większym stopniu uznani zostali za obłąkanych. Niektórym z nich nadano wręcz przydomek „Szalony(a)”. Wspomnijmy chociażby króla Francji z dynastii Walezjuszy – Karola VI (1368-1422), króla Bawarii – Ludwika II Wittelsbacha (1845-1886) czy Joannę I Kastylijską (1479-1555), o której opowiada C.W. Gortner w swojej powieści pod tytułem Ostatnia królowa.

Joanna Szalona urodziła się w hiszpańskim Toledo, będącym jednocześnie stolicą Królestwa Kastylii. Była trzecim z kolei dzieckiem oraz drugą córką Izabeli I Kastylijskiej i Ferdynanda II Aragońskiego pochodzącego z królewskiego rodu Trastamara. Joanna była niezwykle inteligentnym dzieckiem, w związku z czym bardzo szybko przyswajała wiedzę, którą na królewskim dworze zdobywała pod okiem dominikanina Andrésa de Mirandy oraz Beatriz Galindo, która należała do dworu Izabeli I Kastylijskiej. Oprócz umiejętności posługiwania się kilkoma językami, Joanna doskonale radziła sobie z dworską etykietą, religioznawstwem, tańcem i muzyką, a także jazdą konną. W ten sposób Joannę przygotowywano do małżeństwa, którego celem miało być zawarcie sojuszu, dzięki któremu miano zwiększyć uprawnienia Kastylii i Aragonii, jak również zapewnić tym królestwom bezpieczeństwo i wpływy. Od Joanny, jako infantki, nie oczekiwano bynajmniej wstąpienia pewnego dnia na tron Kastylii i Aragonii, lecz śmierć członków rodziny, którzy zgodnie z prawem dziedziczenia mieli ten tron objąć, sprawiła, iż to właśnie Joannie przypadł obowiązek przejęcia władzy w obydwu królestwach. 

W 1496 roku Joanna, będąc w wieku szesnastu lat, została zaręczona z Filipem I Habsburgiem, zwanym „Pięknym”.  Chociaż był to w głównej mierze mariaż polityczny i nikt tak naprawdę nie dbał o to czy Joanna i Filip zakochają się w sobie, to jednak młodzi od pierwszego wejrzenia zapałali do siebie wielkim uczuciem. Łączyła ich nieprzeciętna namiętność. Najprawdopodobniej ze skonsumowaniem swojego związku nie czekali do nocy poślubnej, co w tamtych czasach było wymagane i w odpowiedni sposób celebrowane. Piękna Joanna uwielbiała swojego męża i była o niego niesamowicie zazdrosna. Aby nie dopuścić do zdrady, oddaliła ze swojego dworu młode panny, które mogłyby stanowić dla Filipa pokusę. Nie odstępowała męża na krok. Była niczym nieodłączny cień Filipa.

Joanna I Kastylijska (1479-1555)
portret powstał pomiędzy
rokiem 1496 a 1500
Autor: Juan de Flandes (ok. 1460-1519)
Joanna I Kastylijska urodziła Filipowi I Habsburgowi sześcioro dzieci. Niemniej jednak, wielką miłość tej pary przerwała nagła śmierć Filipa. Po zaledwie tygodniowej chorobie, leczony środkami przeczyszczającymi i upuszczaniem krwi, książę zmarł. Miał dwadzieścia osiem lat. Co bardzo ciekawe, trzy miesiące wcześniej ostrzeżono go przed nagłą śmiercią. W chwili zgonu męża, Joanna spodziewała się kolejnego dziecka. Oszalała wówczas z rozpaczy. Mówiono, iż nie można jej było oderwać od martwego ciała Filipa. Gdy w końcu ziemskie szczątki Habsburga zostały potajemnie pochowane, Joanna stała się otępiała z bólu i cierpienia. Najprawdopodobniej siedziała bez ruchu w swojej komnacie, nie śpiąc, nie jedząc i nie zmieniając odzieży. Po kilku tygodniach rozkazała wręcz wyjąć trumnę z grobu i wyruszyła z nią w drogę do Grenady. Ta makabryczna podróż trwała aż trzy lata! Jechano tylko nocą. Od czasu do czasu zbolała na duchu Joanna kazała otwierać trumnę, aby do światła księżyca móc całować i dotykać to, co pozostało z jej męża, chcąc w ten sposób obudzić Filipa. To właśnie przy trumnie urodziła swoje najmłodsze dziecko – Katarzynę. Aby zmusić Joannę do pochówku męża, jakiś mnich powiedział jej, że ukochany mąż zmartwychwstanie po czternastu latach. Uwierzywszy mu, Joanna cierpliwie czekała, lecz gdy minął czas obiecany przez mnicha, a Filip nadal leżał martwy w grobie, Joanna pogrążyła się w jeszcze większym szaleństwie. W końcu miara obłędu przebrała się i resztę życia, czyli aż czterdzieści sześć lat, Joanna I Kastylijska spędziła uwięziona. Z okien swojego zamku mogła jednak patrzeć na grób męża. W więzieniu pozostała do dnia swojej śmierci, która nastąpiła 12 kwietnia 1555 roku. Niemniej jednak, gen szaleństwa żył nadal, nawiedzając kolejne pokolenia Habsburgów. Dlaczego zatem Joanna tak bardzo kochała Filipa, skoro ten był jej niewierny i traktował ją bardzo źle? Czy była aż tak zaślepiona miłością, że nie widziała zła, które drzemie w księciu?

Obłąkanie Joanny mogło być dziedziczne. Jej babka – matka Izabeli I Kastylijskiej – uznana została za chorą psychicznie. Natomiast sama Joanna stopniowo zaczęła się do niej upodabniać. Możliwe, że choroba nasiliła się pod wpływem pewnego bolesnego epizodu, który miał miejsce w 1503 roku. Gdy Filip i Joanna udali się do Hiszpanii, gdzie Joanna została oficjalnie zaprzysiężona na dziedziczkę korony Kastylii, która należała do jej matki, książę oznajmił, iż nie znosi ojczyzny żony i wraca do swojego Królestwa Niderlandów (tereny dzisiejszej Belgii i Holandii). Ponieważ Joanna była wówczas w ciąży z czwartym dzieckiem, nie mogła udać się w podróż wraz z mężem, więc nieszczęśliwa pozostała w Hiszpanii. Coraz częściej popadała w stany depresyjne, i nawet przyjście na świat zdrowego syna nie pomogło Joannie wrócić do zdrowia. Pewnej nocy zwyczajnie oszalała. Boso i na wpół naga, wybiegła z zamku, w którym wtedy mieszkała. Rozpaczliwie zawodząc, odmówiła włożenia ciepłego okrycia. Nie chciała też za nic wracać do zamku, choć noc była niesamowicie zimna. To był listopad. Tak więc ubrana jedynie w zwiewną nocną koszulę, pozostała na lodowatym zimnie przez trzydzieści sześć godzin, trzymając się kurczowo bram zamku i rzucając wulgarne przekleństwa pod adresem tych, którzy chcieli ją nakłonić do powrotu. Pomimo iż ostatecznie Joanna wróciła do swojej komnaty, szkoda, która się wówczas dokonała, była nieodwracalna w skutkach. W momencie, gdy rozeszła się wieść o jej dziwacznym zachowaniu, Joanna znalazła się na ustach wszystkich.

Filip I Habsburg (1478-1506)
portret powstał około 1500 roku
Autor nieznany
Napięcie spowodowane psychiczną chorobą córki, niekorzystnie odbiło się także na królowej Izabeli I Kastylijskiej. Jak wiadomo, Izabela uchodziła za budzącą respekt monarchinię, która przewodziła hiszpańskiej inkwizycji oraz wspierała podróże Krzysztofa Kolumba do Nowego Świata. Jednakże choroba córki pogrążyła ją w całkowitej rozpaczy. Do swojego ambasadora we Flandrii pisała: „Przemawiała do mnie bardzo grubiańsko. Mówiła z taką pogardą i brakiem szacunku, że gdybym nie była świadoma jej stanu umysłowego, w żaden sposób nie zdołałabym tego znieść.” Z kolei medycy Izabeli tak relacjonowali królowi Ferdynandowi stan jego córki Joanny: „Uważamy, że kontakty z księżniczką są groźne dla życia królowej. Modlimy się, by ogień trawiący [Joannę] wygasł. Jej życie i stan od dawna źle wpływają na życie i zdrowie naszej królowej i pani.”

W tym samym czasie, przebywający we Flandrii Filip I Habsburg radował się tymczasową wolnością od zaborczej żony. Dlatego też nie ucieszył się zapowiedzią jej rychłego powrotu. Najgorsze obawy księcia małżonka wkrótce się potwierdziły. Tuż po przybyciu do domu, Joanna dostała ataku, rzucając ostrymi przedmiotami w ludzi. Zaatakowała nawet młodą niewiastę, którą podejrzewała o dzielenie łoża z Filipem, doprowadzając do jej okaleczenia. Nie dziwi więc fakt, że Filip polecił zamknąć Joannę w apartamentach swojego pałacu w Brukseli. Miał zwyczajnie dosyć swojej niezrównoważonej psychicznie małżonki. Pojawiały się także plotki, iż obchodził się z nią w sposób bardzo brutalny.

Z powyższego mogłoby wynikać, iż Joanna I Kastylijska była kobietą słabą i uległą, bo przecież ślepa miłość wielokrotnie sprawia, że kobiety właśnie takie się stają. W dodatku była przecież niezrównoważona psychicznie. Ale Joanna miała też swoją godność i dumę. Tak przynajmniej przedstawia ją C.W. Gortner w swojej powieści. Owszem, w pewnych okolicznościach Joanna była poddana mężowi, ale robiła to dla, tak zwanego, świętego spokoju. Być może gdyby chodziło jedynie o jej małżeństwo, wówczas Joanna całą swoją uwagę skupiłaby na Filipie i w imię miłości robiłaby wszystko to, czego ten by od niej zażądał. Joanna I Kastylijska według C.W. Gortnera przypomina w pewnym stopniu swoją matkę. Kiedy w grę wchodzi los Hiszpanii, wówczas Joanna robi wszystko, aby nie dopuścić do odebrania sobie korony. Musi też walczyć z własnym mężem, który układa się z wrogami. Potem dochodzi jeszcze konflikt z Ferdynandem II Aragońskim.


Joanna Szalona nad trumną Filipa
obraz został namalowany około 1877 roku
Autor: Francisco Pradilla Ortiz (1848-1921)


Wydaje mi się, że C.W. Gortner w Ostatniej królowej okazał szacunek Joannie I Kastylijskiej. Autor tak naprawdę przedstawił dramat kobiety, która z jednej strony musiała zmagać się ze swoją potworną chorobą, natomiast z drugiej była zmuszona toczyć walkę z wrogiem, z którym dzieliła łoże i któremu rodziła dzieci. Na kartach powieści relacje pomiędzy Joanną a jej matką również nie są takie, jak wynikałoby to z listu Izabeli, który zacytowałam powyżej. Matka za wszelką cenę chciała, aby tron hiszpański przypadł właśnie Joannie. Owszem, nie było innego wyjścia, ponieważ ci, którzy powinni byli dziedziczyć go przed Joanną, już dawno leżeli w grobie. Tak więc w tej sytuacji Izabela mogła mieć ręce związane. Na łożu śmierci praktycznie wybrała mniejsze zło.

Ostatnia królowa to powieść, która wciąga już od pierwszej strony. Fabuła wyzwala w czytelniku szereg emocji. Pozwala współczuć Joannie, ponieważ ta nie uzyskuje znikąd pomocy. Jest skaza na samą siebie, ale przecież tak naprawdę nie może sobie pomóc w żaden sposób. Jest więźniem nie tylko swoich bliskich, ale przede wszystkim własnego chorego umysłu. Prawdę powiedziawszy szaleństwo Joanny nie wysuwa się tutaj na pierwszy plan. Widać, że Autor próbował pokazać Joannę od tej lepszej strony. Kiedy czytamy noty historyków na temat stanu umysłowego Joanny I Kastylijskiej, możemy dojść do przekonania, że na skutek choroby, królowa nie potrafiła o siebie zadbać. W powieści nie widzimy tego w ten sposób. Owszem, wokół Joanny krążą wrogowie, ale są też oddani przyjaciele. Ale niestety, bratnie dusze niewiele mogą tutaj poradzić.

Do tej pory Joanna I Kastylijska znana mi była jedynie jako siostra Katarzyny Aragońskiej, która była żoną Artura Tudora, a potem jego młodszego brata – Henryka VIII Tudora. Nigdy nie miałam okazji przeczytać książki, która w całości byłaby poświęcona właśnie tej władczyni. C.W. Gortner po mistrzowsku oddał realia tamtej epoki. Stworzył wyraziste postaci, które niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożywają w wyobraźni czytelnika. Polecam tę powieść każdemu miłośnikowi historii.



 

czwartek, 5 czerwca 2014

Barbara Taylor Bradford – „Spadkobiercy Emmy Harte” #2














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2008
Tytuł oryginału: Emma Harte Saga. Hold The Dream
Przekład: Alina Sarnacka



Niektórzy ludzie mówią, że na tym świecie istnieje tylko jedna sprawiedliwość: śmierć. Bez względu na to kim jesteśmy, jakie życie prowadzimy i co w tym życiu osiągnęliśmy, i tak musimy umrzeć. Przypuszczalnie łatwiej jest opuszczać ten świat ze świadomością, że wszystko zostało do końca załatwione. Ale są też i tacy, którym wydaje się, że są nieśmiertelni i praktycznie do samego końca zwlekają z uporządkowaniem swoich spraw, jak gdyby dzięki temu mogli odsunąć od siebie dzień własnej śmierci. Na pewno znacznie mniej do zrobienia będzie mieć osoba, która żyła z dnia na dzień, nie pomnażała swoich dóbr materialnych, nie budowała/kupowała kolejnych, coraz większych posiadłości i generalnie w nic nie inwestowała. Taki człowiek po prostu „spakuje walizki” i odejdzie. Ale co ma począć ktoś, kto od lat żył jedynie gromadzeniem i pomnażaniem swojego majątku, a pod koniec życia jest już tak nieprzyzwoicie zamożny, że trudno jest mu zliczyć własne bogactwo? Z jednej strony ciężko jest rozstawać się z tym ziemskim dobrobytem, zaś z drugiej należałoby chyba jakoś go zabezpieczyć i oddać w dobre ręce, aby nie poszedł na zmarnowanie. I co wtedy robi taki bogacz? Otóż, bogacz pod okiem swojego osobistego prawnika sporządza testament, który może stać się zarówno źródłem nowych konfliktów, jak i nieprzeciętnej radości z otrzymania niespodziewanej darowizny.

Osiemdziesięcioletnia Emma Harte znana już z powieści Kariera Emmy Harte to kobieta niezwykle zapobiegliwa, która swój testament spisała kilka lat temu, a potem pod wpływem zaistnienia rozmaitych okoliczności wprowadzała w nim poprawki. Raz dzieliła majątek sprawiedliwie pomiędzy swoje dzieci i wnuki, a za jakiś czas za jednym pociągnięciem pióra zmieniała swoje pierwotne postanowienia, bo przecież tak wielki majątek, jakim dysponowała, nie mógł przejść z ręce zdrajców. Zapewne gdyby umarła tuż po wprowadzeniu rzeczonych poprawek, nie miałaby dalszych możliwości obserwowania poczynań swoich spadkobierców. Kiedy już Emmie Harte wydawało się, że rozszyfrowała wszystkich obłudników, los przyniósł jej kolejne rozczarowanie. Otóż, na horyzoncie pojawili się kolejni spiskowcy wyhodowani na jej własnej piersi. I tak oto nasza starowinka Emma zmuszona jest do kolejnych zmian w testamencie, oczywiście robi to pod okiem zaufanego prawnika i przy udziale lekarzy, którzy mają orzec, jaki jest stan jej zdrowia fizycznego i psychicznego. Bo nie daj Boże, nie można dopuścić do obalenia testamentu przez zawiedzionych malkontentów! Tylko wierni i uniżeni słudzy Emmy Harte są godni położyć łapy na jej niewyobrażalnie wielkim majątku! Lecz zanim dojdzie do publicznego odczytania testamentu musi upłynąć ponad rok, ponieważ to właśnie wtedy niezniszczalna Emma Harte zamknie oczy na wieki. Natomiast póki żyje nie przestaje – niczym generał – dowodzić swoją armią.

Nie jest tajemnicą, że Emma Harte ogromną miłością darzy swoją najmłodszą córkę – Daisy – oraz wnuki, które ta jej dała. Inne dzieci jakoś nie za bardzo udały się Emmie. Synowie to zdrajcy, jedna córka to rozpustnica, która zmienia mężczyzn jak rękawiczki i nigdy nie ma dość, zaś najstarsza córka wciąż żyje z matką w konflikcie, który ciągnie się już od wielu lat. Można powiedzieć, że jedynie wnuki w jakiś sposób sprostały wymaganiom swojej władczej babki. Kiedy były małe, Emma postarała się dla nich nawet o willę, gdzie spędzały wraz z nią wakacje, aby babka mogła kształtować je na swoje podobieństwo. Niestety, nie wszystkie przyswoiły sobie reguły, które rządzą światem Emmy Harte. Nie każdy z wnuków został ukształtowany na obraz i podobieństwo własnej babki. Wydaje się, że wiernym odbiciem Emmy jest córka Daisy – Paula Amory Fairley. To właśnie ona szykowana jest na główną spadkobierczynię Emmy Harte. W związku z tym nie dziwi fakt, że większość jej kuzynów zionie wobec niej nienawiścią.

Oprócz Harte’ów na czoło wysuwają się także dwa inne klany bogatych przedsiębiorców. Jest to rodzina O’Neillów i familia Kalinskich. Seniorzy obydwu tych rodów oraz Emma Harte poznali się jeszcze w czasach swojej młodości, kiedy to wszyscy jechali na tym samym wózku i byli biedni jak przysłowiowa mysz kościelna. A potem jakoś tak niemalże z dnia na dzień zaczęli rozwijać swoje firmy, zajmując coraz to nowe rynki zbytu na całym świecie. Dziś wszystkim rządzi już młode pokolenie, lecz nikt tak naprawdę nie zapomina o tych, od których wszystko się zaczęło. Nadal żyje Emma oraz jej oddany i kochający przyjaciel – Blackie O’Neill.

Drugi tom sagi o rodzie Emmy Harte skupiony jest właśnie na młodym pokoleniu. To wnuki tych, którzy byli założycielami firm prowadzą teraz wspólne interesy. Poza tym, wszyscy bardzo się przyjaźnią i nikt nie pozwoli zrobić drugiemu krzywdy, chyba że pojawi się jakaś żmija, która będzie chciała ukąsić i doprowadzić do zniszczenia dorobku życia seniorów rodów. Paula Amory Fairley jest tak bardzo zapatrzona w swoją babkę, że nie da powiedzieć o niej złego słowa. Choć Emma nie jest już tak aktywna jak niegdyś, to jednak Paula wciąż konsultuje z nią swoje decyzje, nie tylko te zawodowe, ale także osobiste. Podobnie dzieje się w klanie O’Neillów. Tutaj nadal decydujący głos ma Blackie. Młodzi muszą wiedzieć, że nawet jeśli próbowaliby coś zataić, to i tak seniorzy rodów prędzej czy później dowiedzą się o tym, więc lepiej od samego początku być z nimi szczerym.

Fabuła Spadkobierców Emmy Harte nie skupia się jedynie na sprawach majątkowych poszczególnych postaci. Bardzo dużo uwagi Barbara Taylor Bradford poświęciła również życiu prywatnemu bohaterów. Młodzi wikłają się w mniej lub bardziej udane romanse. Niektórzy z nich kochają od lat, lecz nie mają odwagi przyznać się do tego, i cierpią w samotności. Z tymi romansami sprawa jest nieco dziwna, bo występują pary, które są ze sobą spokrewnione, choć dopiero w trzecim pokoleniu. Jest to sytuacja jak najbardziej akceptowana przez bohaterów i nikt nie nazywa tego związkami kazirodczymi. Pojawiają się także wrogowie, którzy pragną zaszkodzić. Nie są to jedynie wrogowie połączeni więzami krwi. Przecież dla Emmy Harte pracują też i tacy, którzy są jej obcy, a którzy kiedyś wzbudzili jej zaufanie, w związku z czym zyskali pracę na wysokim stanowisku.

Trudno jest mi ocenić czy drugi tom sagi jest lepszy, czy gorszy od pierwszego. Wydaje mi się, że Autorka zbyt dużo uwagi poświęca opisom, na przykład, sposobu ubierania się poszczególnych bohaterów. Przypuszczam, że może to być spowodowane tym, iż w ten sposób widzimy, jak każda z tych osób jest nieprzyzwoicie bogata. Kobiety są obwieszone szmaragdami i wszelkiej innej maści drogocennymi kamieniami, zaś kreacje, które noszą nawet na co dzień, pochodzą od projektantów z najwyższej półki. Podobnie rzecz ma się w przypadku mężczyzn. Owszem, Emma Harte zaznała w latach młodości biedy i upokorzenia. Wciąż o tym pamięta. Ma szacunek dla niższej wstawy społecznej, której nie lekceważy, a wręcz przeciwnie. Pomaga finansowo, ile tylko może. Takie przekonanie wpoiła również swoim wnukom.

Jak już wspomniałam wyżej, w drugim tomie na czoło wysuwa się Paula Amory Fairley. Co do tej postaci miałam naprawdę mieszane uczucia. Momentami wydawało mi się, że Barbara Taylor Bradford chce, aby czytelnik akceptował wszystkie działania Pauli, nawet jeśli te nie są dobre. Zauważyłam, że pozytywnymi bohaterami – według Autorki – są tylko ci, którzy sprzyjają Emmie Harte. Pozostali to postacie negatywne, choć tak naprawdę jedynym ich przewinieniem jest brak podzielania zdania Emmy. Barbara Taylor Bradford próbuje, jak gdyby za wszelką cenę narzucić czytelnikowi swoje zdanie. Najpierw mamy być bezkrytyczni wobec Emmy, a potem względem jej wnuczki – Pauli, nawet jeśli ta postępuje egoistycznie. W moim odczuciu Autorka egoizm Pauli usiłuje przerzucić na inne postacie, na przykład, na jej męża. I to właśnie ci drudzy są obwiniani za nieco samolubne postępowanie Pauli.

Generalnie powieść jest dobra, choć wydaje mi się, że zbyt dużo tu niepotrzebnych opisów, które sprawiają, że książka jest obszerna, a tak naprawdę niczego do fabuły powieści nie wnoszą. Akcja biegnie zbyt wolno. Powiedziałabym, że znacznie wolniej niż w Karierze Emmy Harte, a to może czytelnika trochę znudzić. Pomimo że bohaterów spotykają zarówno radości, jak i nieszczęścia, to jednak brakowało mi w tym wszystkim dynamizmu. 

Przede mną kolejne tomy tej sagi. Obiecałam sobie, że tym razem przeczytam całość, bo jak już wspomniałam kiedyś, jest to moje drugie spotkanie z rodziną Harte’ów i ich przyjaciółmi. A jak to mówią: skoro czytelnik nawet po latach wraca do jakiejś książki, oznacza to, że powieść musi być naprawdę dobra. Tak więc pomimo tych przydługich i zbędnych opisów, historia ta na pewno zasługuje na uwagę.





niedziela, 1 czerwca 2014

Literat Czerwca 2014





CHRISTOPHER W. GORTNER




Christopher W. Gortner posiada tytuł magistra wydziału sztuk pięknych w dziedzinie pisarstwa. Studiował w New College w Kalifornii, specjalizując się w historii epoki renesansu. Podczas rozległych podróży, gromadząc materiały do swoich powieści, doświadczył życia na hiszpańskim zamku oraz nauczył się tańczyć galiardę, czyli renesansowy dworski taniec z epoki Tudorów. Jest pół-Hiszpanem, mieszka w Karolinie Północnej. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków. Jest również oddanym obrońcą praw zwierząt. Jego praca na rzecz ochrony zwierząt polega w szczególności na redukowaniu ich przepełnienia w schroniskach. W maju tego roku Christopher W. Gortner odwiedził Polskę, aby promować swoją najnowszą powieść wydaną w języku polskim – „Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej”. Ze swoimi czytelnikami spotkał się w księgarni Matras w Warszawie.



Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję, że przyjął Pan moje zaproszenie do udziału w wywiadzie. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu! Na początek chciałabym zapytać o Pana doświadczenia z pobytu w Polsce. Czy jest coś, co najbardziej zapadło Panu w pamięć?

Christopher W. Gortner: Myślę, że teraz najbardziej pamiętam to, jak niesamowicie piękna jest Polska. Krajobraz jest bardzo zielony z tymi wielkimi drzewami – kwitnącymi kasztanami, ogromnymi klonami. Kocham drzewa, a w Warszawie jest ich pełno; miasto posiada również wspaniałe parki, do których można wybrać się na wielogodzinny spacer. Byłem bardzo wzruszony ciepłem i gościnnością Polaków.

fot. Stephanie Mohan
Agnes A. Rose: Jestem pewna, że podróżuje Pan do różnych krajów świata, aby spotkać się z czytelnikami i promować swoje książki. Czy dostrzega Pan jakieś różnice pomiędzy czytelnikami w Polsce a tymi w innych krajach?

Christopher W. Gortner: Uważam, że moi polscy czytelnicy wyjątkowo interesują się historią, którą opowiadam i posiadają całkiem rzetelną wiedzę na temat tego, w jaki sposób połączyć pewne wydarzenia z historią ich własnego państwa. Czasami czytelnicy, którzy spotykają się ze mną wykazują naprawdę niewielką wiedzę odnośnie historii, która stanowi tło moich powieści, co i tak nie ma większego znaczenia; niemniej doskonale rozmawiało mi się z moimi polskimi czytelnikami, ponieważ oni naprawdę rozumieją historię. Jeden z nich zapytał mnie, dlaczego w mojej powieści o Katarzynie Medycejskiej pominąłem rok panowania Henryka III w Polsce. Musiałem przyznać, że choć znałem ten okres w dziejach Polski, to jednak skończyło się na tym, że wyciąłem go z ostatecznej wersji maszynopisu, ponieważ mój wydawca czuł, że to będzie odbiegać od głównego sposobu narracji. Przeprosiłem, a czytelnik poczuł się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Dowiedziałem się więc, że nie zawsze mądrze jest manipulować w ten sposób historią, choć w tym przypadku jest to raczej niepotrzebna obrona, bo Henryk nie był zbyt wpływowym władcą Polski, a i powieść również nie była o nim.

Agnes A. Rose: Czy chciałby Pan odwiedzić w przyszłości Polskę, na przykład jako turysta, a nie jako pisarz?

Christopher W. Gortner: O tak! Oczywiście, że chcę wrócić i spędzić tutaj więcej czasu. Ponieważ musiałem stosować się do ustalonego harmonogramu, mój wolny czas był dość ograniczony. Widziałem tylko Warszawę i spędziłem jedynie dwie godziny w Krakowie. Tak naprawdę chciałem zostać tam dłużej. Szczególnie chciałbym spędzić kilka dni w Krakowie, bo jest to jedno z najpiękniejszych miast Europy, jakie odwiedziłem.

Agnes A. Rose: Jak wspomniałam wyżej, ostatnio Pana powieść „Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej” została przetłumaczona na język polski. Czy mógłby nam Pan powiedzieć dlaczego zdecydował się Pan opisać historię Izabeli Kastylijskiej? Co zainspirowało Pana do napisania tej powieści?  

Christopher W. Gortner: O Izabeli Kastylijskiej napisałem już w mojej pierwszej powieści „Ostatnia królowa” obejmującej okres od 1492 roku do momentu jej śmierci. Ta książka opowiada o córce Izabeli – Joannie. Dorastając w Hiszpanii uczyłem się w szkole o Izabeli i jej panowaniu, lecz dopiero, kiedy zbierałem materiały do „Ostatniej królowej” zrozumiałem jak bardzo Izabela walczyła o to, aby stać się sławną królową, która zjednoczyła Hiszpanię. Historia jej burzliwego dojścia do władzy w obliczu ogromnych barier i uprzedzeń jest stosunkowo mało znana. Pomyślałem, że powieść o tym, w jaki sposób Izabela została królową, którą wszyscy znamy, byłaby fascynująca. Izabela miała skomplikowany charakter i nie zawsze łatwo można było ją zrozumieć. Podjęła kilka makabrycznych decyzji, ale również dokonała wielkich czynów. Myślę, że napisałem o Izabeli po części dlatego, żeby pokazać, jak bardzo była niezwykła, żyjąc w epoce, której była częścią. Pod pewnymi względami myślała perspektywicznie, ale kiedy chodziło o kwestię jej wiary, okazała się być ślepa na konsekwencje swoich działań. Królowa taka jak Izabela mogła pojawić się jedynie w chaosie, jaki miał miejsce pod koniec XV wieku w Hiszpanii; wyjątkowo hiszpański charakter i jej panowanie miały ogromny wpływ nie tylko na jej kraj, ale również na całą Europę i obydwie Ameryki.

Agnes A. Rose: Czy w tej książce znajduje się jakaś scena, która wprawiła Pana w niepokój do tego stopnia, iż pomyślał Pan, że nie będzie Pan pisał dalej?

Christopher W. Gortner: Zmagałem się z decyzją Izabeli dotyczącą wprowadzenia hiszpańskiej inkwizycji i wydalenia Żydów z kraju. Aczkolwiek jej decyzje, którymi spowodowała ogromne cierpienia i z ich powodu zapisała się w historii jako okrutna fanatyczka, występują już pod koniec powieści. Wiedząc, że Izabela była odpowiedzialna za te tragedie, zastanawiałem się, czy będę w stanie uchwycić przyczyny tego, co zrobiła. Oczywiście nie powstrzymało mnie to przed napisaniem powieści, ale początkowo pytałem sam siebie, czy chcę podejmować się tak kontrowersyjnego tematu. Ważne jest, aby pamiętać, że nie uważam Izabeli za bohaterkę, jeśli chodzi o jej religię; myślę, że kierowała się głębokim dogmatyzmem dotyczącym własnego świata i swojego miejsca, jakie w nim zajmowała. Pisarze zawsze chcą „lubić” swoich głównych bohaterów, a ja chwilami nie lubiłem Izabeli, lecz zdałem sobie sprawę z tego, że nie jest konieczne, abym lubił ją przez cały czas. A wręcz przeciwnie, ponieważ nie zgadzałem się z niektórymi jej decyzjami, dla mnie wyzwaniem było powstrzymanie się od osądzania i przedstawiania jej punktu widzenia. Izabela wierzyła, że postępuje właściwie; dla niej najważniejsza była wiara. Musiałem sportretować ją taką, jaka była, a nie chciałem, aby „Przysięga królowej” okazała się pod pewnymi względami najtrudniejszą powieścią, jaką napisałem, lecz najbardziej satysfakcjonującą, ponieważ nauczyłem się pisać o postaci, której osobowość i poglądy są mi obce.

Agnes A. Rose: Czy podczas studiów nad materiałami do „Przysięgi królowej” natrafił Pan na jakieś niezwykle ciekawe albo zaskakujące zdarzenie w dziejach historii?

Christopher W. Gortner: Nie miałem pojęcia, że Izabela opowiadała się za edukacją kobiet. Ponieważ dorastając zdobyła wykształcenie jedynie w stopniu podstawowym, wstępując na tron nie potrafiła posługiwać się nawet łaciną, która była międzynarodowym językiem, jeśli chodzi o stosunki dyplomatyczne. Izabela starała się zjednoczyć swoje królestwo, będąc tuż po trzydziestce i właśnie wtedy zdecydowała się na naukę łaciny. Szukała najlepszego nauczyciela w Europie i znalazła kobietę urodzoną w Hiszpanii o nazwisku Beatriz Gallindo, znaną jako La Latina, która studiowała na uniwersytecie w Salerno, jedynej w tamtych czasach uczelni w Europie, w której stopnie naukowe mogły uzyskiwać kobiety. Izabela nie tylko zatrudniła La Latinę, aby ta ją uczyła, ale również po to, żeby uczyła jej córki, infantki. Izabela wydała dekret, który pozwalał La Latinie wykładać na prestiżowym hiszpańskim uniwersytecie w Salamance, a także pozwalał innym kobietom podejmować tam naukę. Izabela sprowadziła również do Hiszpanii pierwsze maszyny drukarskie, co spowodowało dostępność książek; położyła nacisk na zdobywanie umiejętności czytania i pisania w całym kraju i tym samym zawstydziła buńczuczną, głównie niepiśmienną szlachtę w kwestii zdobywania coraz wyższego wykształcenia. Postęp, którego dokonała, pomógł utorować drogę dla Złotego Wieku Hiszpanii, który nastąpił w XVII stuleciu.

Agnes A. Rose: Jest Pan również autorem książki „Wyznania Katarzyny Medycejskiej”. Większość z nas zna Katarzynę jako kobietę okrutną, która dążyła do celu po trupach. Wydaje mi się, że w powieści ocieplił Pan nieco jej wizerunek. Dlaczego?

Christopher W. Gortner: Tak jak Izabela, Katarzyna Medycejska również dokonała straszliwych rzeczy, aby chronić swój kraj. Historia skazała Katarzynę na podstawie koszmarnej masakry, która miała miejsce w noc świętego Bartłomieja; swoją niechlubną sławę zdobyła także jako trucicielka, chociaż nie znalazłem dowodów historycznych na to, aby kogokolwiek otruła. Jest mniej znana z tego, że przez lata walczyła również o to, aby chronić Francję przed zniszczeniami spowodowanymi dzikimi wojnami religijnymi, szukając bez skutku wielu sposobów, aby móc rozwiązać konflikt. Nie była inicjatorką wojen; miała małoletnie dzieci, które musiała chronić, a za plecami spiskującą silnie zdradziecką szlachtę. Masakra nie była z jej strony celowym działaniem; aczkolwiek w wyniku tego jednego straszliwego czynu, wprowadziła w ruch łańcuch wydarzeń, które okazały się nie do zatrzymania i sprawiły, że jej imię zostało oczernione. Podobnie jak w przypadku Izabeli, starałem się przedstawić punkt widzenia Katarzyny; nie zawsze zgadzałem się z nią, ale wierzę, że była inteligentną kobietą, która walczyła o pokój. Gardziła wojną i chciała jedynie ujrzeć własnych synów zasiadających na tronie i żyjących w dobrobycie. W związku z tym nie była okrutna, ale mogła się taką stać w momencie, gdy przyszło do ochrony własnych interesów, była jak każdy monarcha jej epoki. Nawet Elżbieta I wykonała wyrok śmierci, kiedy poczuła się zagrożona; skazała na śmierć Marię Stuart i zniszczyła Irlandię, ponieważ uwierzyła, że grozi jej niebezpieczeństwo i utrata władzy.

Agnes A. Rose: W Polsce „Sekret Tudorów” promowany jest jako powieść w której pojawia się galeria olśniewających postaci z inteligentną i zagadkową Elżbietą I w centrum. Chciałabym zapytać Pana co takiego szczególnego jest w tej angielskiej królowej, że pisarze tak często o niej piszą? Dlaczego Pan zdecydował się na skupienie uwagi właśnie na niej?

Christopher W. Gortner: Myślę, że Elżbieta cieszy się taką popularnością, ponieważ odniosła sukces, była królową długo panującą, która wiele poświęciła dla swojego kraju. Znana jest jako „królowa dziewica” (a historia nie zawsze kocha dziewicę!). Zapominamy, że w celu utrzymania władzy, pozbyła się najbardziej istotnych ludzkich namiętności. Niemniej jednak, Elżbieta przemawia do naszej współczesności; wydaje się bardziej podobna do nas niż, powiedzmy, Izabela Kastylijska czy Katarzyna Medycejska. Jednakże Elżbieta nie napotkała tych samych trudności, co Izabela lub Katarzyna. Pomimo że miała do czynienia z konfliktem religijnym, to jednak nie był on tak brutalny jak ten w Hiszpanii czy Francji. Nie miała dzieci, które musiałaby chronić, męża, którego potrzeby należy zaspokoić, czy też niezwykle zaborczą szlachtę, której poczynania trzeba byłoby udaremnić. Aczkolwiek wciąż pozostawała kobietą podobną do tych, które sprawowały władzę w czasach, kiedy robiło to niewiele kobiet. Podobnie jak one, była XVI-wieczną monarchinią, która dopuściła się karygodnych czynów, aby chronić swój tron. Elżbieta prześladowała katolików, ograbiła obydwie Ameryki. Mogła być despotyczna, kiedy sprzyjał ku temu nastrój. Wybaczamy jej jednak takie postępowanie, ponieważ jej panowanie jest pełne wspaniałych wydarzeń, takich jak klęska Armady czy dzieła Szekspira, natomiast Anglia zachowała względny spokój i była zadowolona z jej rządów. Odważna i zuchwała, a także niezależna od nikogo, Elżbieta reprezentuje XVI-wieczny feminizm – i, jak sądzę, właśnie dlatego ją kochamy.

W swojej trylogii o Tudorach, skupiam uwagę na wcześniejszych latach jej życia. Pierwsze dwie książki „Sekret Tudorów” i "Tudor Conspiracy” („Spisek Tudorów” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) dotyczą okresu, zanim Elżbieta zostaje królową, natomiast trzecia książka "Tudor Vendetta” („Zemsta Tudorów” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.) obejmuje pierwsze miesiące jej panowania. Wszystkie trzy książki ukazują fikcyjnego młodego mężczyznę i jego punkt widzenia dotyczący tajemnicy, która zmusza go do tego, aby stać się szpiegiem na dworze Elżbiety; powieści te są pełne przygód oraz napięcia, są też bardziej fikcyjne niż moje inne książki opowiadające o postaciach kontrowersyjnych królowych. Elżbieta jest ważną postacią, a opowieści o niej koncentrują się na niebezpieczeństwie, jakiemu musiała stawić czoło, czekając na objęcie tronu. W tym okresie rzeczywiście jest tajemnicza; jest profesjonalistką, jeśli chodzi o prowadzenie gry o władzę na dworze. Uważam, że w ciągu tych lat była naprawdę fascynująca, i w taki sposób kreuję ją, jej przyrodnie rodzeństwo – króla Edwarda i królową Marię – których problemy dotyczące panowania przez długi czas miały wpływ na Elżbietę. Dokonuję także ponownej interpretacji jej związku z Robertem Dudleyem, który jest pierwszoplanowym wrogiem mojego głównego bohatera.




Agnes A. Rose: Interesuje mnie, dlaczego wybiera Pan tak kontrowersyjne monarchinie na bohaterki swoich książek? Pozwolę sobie wspomnieć królową Joannę Kastylijską, Katarzynę Medycejską, Izabelę Kastylijską czy nawet królową Elżbietę I Tudor.

Christopher W. Gortner: Pociągają mnie kontrowersyjne kobiety, ponieważ historia ocenia je bardzo surowo. Żadna z kobiet, o której piszę, nie zachowywała się gorzej niż ich męskie odpowiedniki – tak naprawdę w pewnym sensie postępowały nawet lepiej. Niemniej jednak, nie osądzamy ich w ten sam sposób, co mężczyzn; zamiast tego wyrażamy się o nich stereotypowo i odrzucamy niezwykłą złożoność życia tych kobiet. Lubię trudne postacie, które borykają się z wyzwaniami; a kobiety sprawujące władzę takie właśnie są. Nawet dzisiaj czytamy artykuły w tak zwanych pismach kobiecych, w których propaguje się, w jaki sposób pogodzić ze sobą karierę zawodową, rodzinę i samorealizację. Rzadko można zobaczyć tego typu porady skierowane do mężczyzn. Społeczeństwo zawsze zakłada, że mężczyźni w pierwszej kolejności stawiają na swoją karierę lub władzę. Kobiety, które wybieram, aby móc o nich pisać, może i żyły w przeszłości, a specyfika ich zmagań może różnić się od naszej, lecz motyw przewodni pozostaje ten sam. Przypuszczalnie nie było zastrzeżeń względem ich władzy, ale sprzeciwiano się jej ze względu na ich płeć. Naprawdę nie można znaleźć lepszej historii!

Agnes A. Rose: W jakim momencie życia podjął Pan decyzję, że będzie pełnoetatowym pisarzem? I dlaczego zdecydował się Pan tworzyć beletrystykę historyczną?

Christopher W. Gortner: To nie ja zdecydowałem, że będę pełnoetatowym pisarzem; to pisanie zadecydowało za mnie. Zawsze podobało mi się pisanie – nawet jako dziecku – ale nigdy nie twierdziłem, że to realny zawód. Chciałem działać w świecie mody, a moje pierwsze studia podyplomowe dotyczyły merchandisingu[1]. Zanim zacząłem poważnie pisać dla sektora zdrowia publicznego, przez ponad dwanaście lat pracowałem w branży modowej. Po przekroczeniu trzydziestki wróciłem na studia i zdobyłem tytuł magistra w dziedzinie pisania i historii; moją pracą dyplomową była ukończona powieść. Wkrótce potem zacząłem przedkładać moją pracę agentom. Zanim sprzedałem na aukcji swoje pierwsze dwie książki minęło trzynaście lat, w czasie których napisałem trzy kolejne maszynopisy i współpracowałem z czterema różnymi agentami. W tym czasie miałem stałą pracę w pełnym wymiarze godzin; pisanie wydawało mi się ryzykownym sposobem zarabiania pieniędzy na utrzymanie. Ostatecznie pełnoetatowym pisarzem stałem się dwa lata temu, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że dzięki pisaniu faktycznie mogę zarabiać na życie. Mimo wszystko to była dla mnie trudna decyzja.

Powieści historyczne były – i nadal są – moim ulubionym gatunkiem, który czytam. Kochałem historię, będąc w szkole, a moja mama dała mi pierwszą powieść historyczną, kiedy miałem jedenaście lat. Potem przeczytałem każdą powieść historyczną, którą udało mi się znaleźć. Według mnie beletrystyka historyczna ożywia historię w sposób instynktowny, ubierając przeszłość w żywe kolory i emocje. Miałem swoje ulubione postacie, o wielu z nich teraz piszę, więc gdy zacząłem tworzyć swoją pierwszą powieść, czymś naturalnym wydawało się to, że jest to beletrystyka historyczna, ponieważ to jest moja pasja.

Agnes A. Rose: Jak udaje się Panu pogodzić pozostanie przy historycznej dokładności z opowiedzeniem fascynującej historii?

Christopher W. Gortner: Próbuję robić, co w mojej mocy, aby trzymać się faktów, biorąc pod uwagę, że „fakt” nie zawsze jest prawdą – szczególnie ten dotyczący kobiet, które żyły wiele lat temu i których życie opisywane było przez innych, przy zachowaniu ich własnych uprzedzeń i porządku. To, co uważamy za historyczną dokładność, wcale nie musi w całości wiernie oddawać historii, bo każda historia ma dwie strony. Jako pisarz tworzący beletrystykę historyczną, staram się odkryć prawdę, która być może nie znalazła się w oficjalnych annałach historii. Niemniej jednak, ostatecznie moje książki są fikcyjną interpretacją postaci historycznych. Dlatego też muszę przy pomocy ograniczonej ilości słów zaakcentować najważniejsze etapy w życiu bohaterów, które często jest bardzo skomplikowane, muszę dokonać też pewnych wyborów dotyczących tego, co może, a czego nie może obejmować książka. W podobny sposób muszę pracować z moimi redaktorami, których wymagania odnoszące się do historii zawsze mają pierwszeństwo. Pisanie powieści historycznych również stanowi szczególne wyzwanie, jeśli chodzi o precyzję; w przeciwieństwie do literatury faktu, nie mogę powiedzieć: „Ona zrobiła to, a my nie wiemy dlaczego.” Muszę także wiedzieć dlaczego tak się stało i dotrzeć do świadomej decyzji bohaterki. Polega to na dokładnym studiowaniu materiałów źródłowych i zastosowaniu zdobytej wiedzy przy konstruowaniu profilu emocjonalnego mojej postaci. Zazwyczaj sięgam do wielu źródeł, które nie są częścią literatury popularnej; często zdarza się, że odkrywam fakty, o których początkowo myślałem, że są mi znane w odniesieniu do danej postaci, a w rzeczywistości są bardziej mitem niż faktem. W związku z tym, aby wiarygodnie przestawić swoje postacie, muszę dojść do sformułowania wniosków, które pod względem historycznym są zarówno dokładne, jak i wiarygodne, bez względu na historyczne umiejscowienie czasu akcji powieści. Wers odnoszący się do jakiejś dyplomatycznej przesyłki, listu, który pozostał nieprzetłumaczony w archiwum lub niezbadanych okoliczności dotyczących jakiegoś zdarzenia, może rzucić nowe światło, które w zaskakujący sposób ujawni ukryty aspekt mojego bohatera. Żyję dla takich chwil; to jest powód, dla którego tworzę beletrystykę historyczną.

Agnes A. Rose: Jak radzi sobie Pan z prowadzeniem narracji z perspektywy kobiet? Czy jest to trudne?

Christopher W. Gortner: Często jestem o to pytany i zawsze mnie to zaskakuje. Myślę, że trudniejsze jest to, aby móc napisać książkę z perspektywy człowieka, który żył setki lat temu. Dla mnie płeć nie stanowi aż takiego wyzwania. Być może znacznie lepiej rozumiem kobiety; kto wie? Kilku pisarzy – mężczyzn – powiedziało mi, że uważają, iż bardzo ciężko jest napisać całą powieść z perspektywy bohatera, który jest kobietą, ale z jakiegoś powodu dla mnie jest to czymś naturalnym. Oczywiście, niektórzy czytelnicy myślą, że w tej kwestii ponoszę sromotną klęskę, ale kiedy piszę, nigdy nie myślę: „A więc w jaki sposób kobieta czułaby to czy tamto?” Podobnie jak aktor, muszę „stać się” moją bohaterką. Muszę zapomnieć o samym sobie, aby móc doświadczyć jej wewnętrznych emocji. Nie ma znaczenia czy moja postać jest kobietą czy mężczyzną; muszę wiedzieć kim oni są, aby w nich zamieszkać.

Agnes A. Rose: Zauważyłam w Internecie, że ma Pan bardzo dobry kontakt ze swoimi czytelnikami. W jaki sposób wpływa to na Pana twórczość?

Christopher W. Gortner: Uwielbiam mieć kontakt z czytelnikami i omawiać z nimi swoje powieści. To jest dla mnie naprawdę ogromny zaszczyt i przyjemność. Ale nie mogę pozwolić sobie na to, aby być pod wpływem ich opinii w zakresie, w jakim podchodzę do swojej pracy. Z całego serca doceniam wszystkie pochwały i krytykę, jaką otrzymuję – a dostaję i jedno, i drugie – ale jeśli zacznę wątpić w swoją umiejętność dotyczącą opowiedzenia jakiejś historii, wówczas będę wszystko przewidywał, na każdym kroku zastanawiając się, w jaki sposób czytelnik może zareagować. Aby pisać, muszę przestrzegać mojej umowy ze swoją bohaterką i pozostać wierny swojej wizji; jest to jedyny sposób, aby móc oddać jej głos.

Agnes A. Rose: Jaki jest Pana kolejny projekt? Czy pracuje Pan nad nową powieścią?

Christopher W. Gortner: Trzy powieści są w przygotowaniu. Trzecia, i zarazem ostatnia książka, ze szpiegowskiej trylogii o Elżbiecie I, "Tudor Vendetta”, ukaże się w Stanach Zjednoczonych 21 października 2014 roku; moje polskie wydawnictwo ZNAK nabyło prawa do jej publikacji, ale nie znam jeszcze daty premiery w Polsce. Niedawno sprzedałem swoją nową historyczną powieść o Coco Chanel, w której śledzę jej dramatyczne życie od momentu jej dzieciństwa, które jest nieco zapomniane, aż do czasów jej burzliwej światowej kariery, jako najbardziej znanej projektantki mody, oraz jej kontrowersyjnej działalności w okresie drugiej wojny światowej; tytuł roboczy powieści to "Mademoiselle Chanel" („Panna Chanel” – w wolnym tłumaczeniu – przyp. tłum.), amerykańska premiera tej książki zaplanowana jest na wiosnę 2015 roku. No i wreszcie, moja powieść o niebezpiecznych watykańskich latach Lukrecji Borgii obecnie znajduje się u amerykańskiego wydawcy, a jej wydanie zaplanowane jest na 2016 rok; ZNAK również nabył prawa do polskiej wersji tej książki. Obecnie zbieram materiały do nowej powieści, której akcja rozgrywa się w okresie Belle Époque[2].

Agnes A. Rose: Na koniec, chciałabym zapytać o Pana pracę na rzecz praw zwierząt. Czy mógłby nam Pan coś na ten temat powiedzieć?

Christopher W. Gortner: Pomagam w nawiązywaniu kontaktów i zbieraniu funduszy, aby dzięki temu uratować psy i koty pochodzące z przepełnionych amerykańskich schronisk, znajdujących się zwłaszcza w południowej części Kalifornii, gdzie wskaźnik dokonywania eutanazji jest bardzo wysoki ze względu na przepełnienie spowodowane przez nieodpowiedzialnych właścicieli hodowli zwierząt i pseudohodowle. Kocham zwierzęta od dziecka; zacząłem aktywnie działać na rzecz ratowania zwierząt domowych kilka lat wcześniej zanim odszedł mój piękny pies, Paris. Teraz swoją działalność poświęcam jej pamięci. Paris była moją bratnią duszą i tęsknię za nią każdego dnia; w odróżnieniu od zwierząt, którym niosę ratunek, ona nigdy nie wiedziała, co to porzucenie czy zaniedbanie, więc w jej imieniu czuję się w obowiązku ratować inne zwierzęta. Mam również z odzysku dwa nieoswojone koty, które dostarczają mi wiele miłości i radości.

Agnes A. Rose: Bardzo dziękuję za wywiad. Życzę Panu wszystkiego, co najlepsze w dalszej pracy twórczej. Czy jest coś, co chciałby Pan jeszcze dodać na koniec?

Christopher W. Gortner: Dziękuję za poświęcenie mi czasu. Mam nadzieję, że czytelnikom bloga podoba się „Przysięga królowej”. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o mojej pracy, proszę odwiedzić moją stronę internetową: www.cwgortner.com.



Rozmowa, przekład i redakcja
Agnes A. Rose


Jeśli chcesz przeczytać ten wywiad w oryginale, kliknij tutaj
If you want to read this interview in English, please click here









[1] Merchandising to umiejętna interpretacja i przetworzenie informacji o potrzebach klientów oraz stworzenie jak najbardziej sprzyjających warunków celem ich zaspokojenia. W pewnym stopniu jest to kontrolowanie poziomu wyników ekonomicznych dzięki celowemu i kompleksowemu kształtowaniu usługi handlowej dla dostawców i odbiorców, przy pomocy różnych dziedzin/narzędzi w zakresie sprzedaży (np. przy pomocy reklamy, promocji, przeceny, obsługi klienta czy aranżacji sklepu) – [przyp. tłum.].
[2] Belle Époque (z fr. piękny czas, piękna epoka, piękny okres) – nazwa nadana okresowi trwającemu od zakończenia wojny francusko-pruskiej w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej. – [przyp. tłum.].