Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

poniedziałek, 26 września 2016

Agnieszka Wojdowicz – „Strażnicy Nirgali. Serce Suriela # 1














Wydawnictwo: NASZA KSIĘGARNIA
Warszawa 2012




W literaturze motyw anielski pojawia się dość często i praktycznie zawsze jest on pozytywnie odbierany przez czytelników. Anioł jest bowiem takim stworzeniem, które z reguły kojarzy się z Dobrem. Owszem, są także anioły na wskroś zepsute, które niszczą wszystko, co stanie im na drodze. Wtedy zazwyczaj nazywamy je aniołami upadłymi. Anielski motyw pojawił się już w Pieśni o Rolandzie, kiedy w momencie śmierci Rolanda przybywają do niego wysłannicy Boga z archaniołem Gabrielem na czele. To właśnie Gabriel bierze od Rolanda rękawicę, którą rycerz składa w ofierze Bogu. Z kolei trzej aniołowie: Cherubin, Michał i Gabriel w uroczystej procesji zabierają Rolanda do nieba, a potem składają jego duszę przed obliczem Najwyższego. W utworze tym archanioł Gabriel troszczy się również o Karola Wielkiego (ok. 747-814), któremu zsyła sny mające związek z bitwą i wspomaga go w walkach.

Anioły pojawiają się także w Anhelli Juliusza Słowackiego (1809-1849) czy Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego (1812-1859). O aniołach pisali również Gabriel García Márquez (1927-2014) w Bardzo starym panu z olbrzymimi skrzydłami, Zbigniew Herbert (1924-1998) w Siódmym aniele, a także Dorota Terakowska (1938-2004) w książce Tam, gdzie spadają anioły. Tego rodzaju utworów można byłoby wymienić znacznie więcej. Wygląda bowiem na to, że pisanie o skrzydlatych wysłannikach Boga jest dość popularne. Niemniej Agnieszka Wojdowicz w swojej trylogii adresowanej do młodego czytelnika odeszła od schematu kreowania aniołów jako posłańców Boga. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie po przeczytaniu pierwszego tomu. Aniołowie stworzeni przez Autorkę są oryginalni, ale jednocześnie bardzo podobni do ludzi. Czują strach, złość, gniew oraz wiele innych emocji, które zwykłemu człowiekowi towarzyszą od zarania dziejów. Poza tym – podobnie jak ludzie – są śmiertelnikami. Tak przynajmniej wynika z pierwszej części omawianej trylogii. Możliwe, że potem coś się zmieni. 

Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Bree Whelan, która pochodzi z rodu aniołów. Mieszka w Gaderze wraz ze swoją matką. Ojciec dziewczyny zmarł jakiś czas temu. Bree ma też wuja, który często opowiada jej o Nirgali, miejscowości sąsiadującej z Gaderą. Pewnego dnia dochodzi do tragedii. W Nirgali – mieście aniołów – mają miejsce krwawe rozruchy, w wyniku których życie traci tak zwana Wieka Trójka. Wydarzenie to prasa określa jako zamach stanu. Wśród Wielkiej Trójki znalazł się także ojciec osiemnastoletniego Mikaila. Chłopak – podobnie jak Bree – także jest aniołem. Najgorsze jest jednak to, że musi patrzeć, jak mnisi Hauruki bestialsko mordują jego ojca, zarzucając mu popełnienie najpoważniejszego przestępstwa wobec własnego miasta. Mikail nic nie może zrobić. Nie jest w stanie obronić Samaela Argylli, choć teraz to on będzie musiał go zastąpić w Nirgali. Te tragiczne wieści oczywiście docierają również do Gadery. Okazuje się bowiem, że wuj Bree – Colin Mandali – stoi na czele organizacji odpowiedzialnej za to, co stało się w mieście aniołów, czym zyskał sobie poparcie zmiennokształtnych mnichów Hauruki. Bree Whelan jest przerażona. Jak gdyby tego było mało, niedługo po zamieszkach zostaje aresztowana także matka dziewczyny. Czy ona również ma coś wspólnego z tym, co stało się w Nirgali? A może jest to zwykły przypadek i już wkrótce wszystko się wyjaśni? Czyżby Bree nie znała własnej rodziny? Czy to możliwe, aby najbliżsi tak bardzo ją zawiedli?


Mikail Argylla & Bree Whelan


Aby dostać się do miasta aniołów trzeba mieć przy sobie pewien magiczny kryształ o nazwie farin. Z owym kryształem zawieszonym na szyi można już śmiało udać się w kierunku mostu na rzece Rondane. Na północ od rzeki rozciąga się bowiem Nirgala, która tylko z pozoru wydaje się idealnym miastem. Okazuje się bowiem, że śladem Bree Whelan podążają żądni zemsty mnisi Hauruki, natomiast stare cmentarze pełne są krwiożerczych leszy, które żywią się ludzkim/anielskim mięsem. Tak naprawdę Nirgali wciąż grozi wielkie niebezpieczeństwo. Władzę w mieście chcą przejąć okrutni mnisi, którym przewodzi ojciec Symeon. Jak wspomniałam wyżej, mnisi są zmiennokształtni, więc potrafią przyjmować postać kruków, aby w ten sposób ułatwić sobie osiągnięcie zamierzonego celu. Czy zatem Bree i jej towarzysze zdołają uratować Nirgalę? Czy Mikail będzie w stanie ochronić dziewczynę, na której coraz bardziej mu zależy? Co stanie się z tymi, którzy wpadną w ręce okrutnych mnichów? Czy będą mogli jeszcze kiedykolwiek zaznać wolności?

Przyznam, że pisarzy tworzących fantastykę zawsze podziwiam za bezgraniczną wyobraźnię, która pozwala im wykreować zupełnie inny świat przy jednoczesnym zachowaniu zasad logiki. Rzeczywistość, którą możemy poznać na kartach Serca Suriela to tak naprawdę świat bardzo podobny do naszego. Choć mamy do czynienia z niezwykłymi istotami, to jednak oprócz skrzydeł i zdolności do przeobrażania się w kruki czy sokoły, wcale nie różnią się tak bardzo od ludzi. W codziennym życiu używają tych samych przedmiotów co my, jak na przykład komputerów czy telefonów komórkowych. Czytają też prasę. Choć muszą walczyć o własne bezpieczeństwo i pokój w mieście, to jednak zachowują się jak typowe nastolatki. Bree Whelan to dziewczyna, która stale wpada w kłopoty. Czasami można odnieść wrażenie, że jedynie przysparza zmartwień swoim towarzyszom, którzy zamiast podejmować działania mające na celu niedopuszczenie do zagłady Nirgali, muszą bezustannie oglądać się za siebie i pilnować Bree, żeby nie stała jej się żadna krzywda. Oczywiście nie zawsze im się to udaje i przychodzą takie momenty, kiedy białoskrzydła semani musi radzić sobie sama zdana na własne siły i rozsądek.

Przedstawicielami wszelkiego zła są tutaj mnisi Hauruki, którzy zioną nienawiścią do aniołów z Nirgali. Chęć przejęcia władzy nad miastem staje się priorytetem. Na czoło wysuwa się ojciec Symeon, który pod płaszczykiem dobroci jest pełen złych zamiarów. W tym wszystkim jednak jest też i dobra strona. Okazuje się bowiem, że nie wszyscy będący pod wpływem mnichów podzielają ich poglądy i dążenie do władzy za wszelką cenę. Pewnego dnia w ich szeregach pojawia się bowiem zdrajca, który będzie sprzyjał aniołom. Z kolei aniołowie wcale nie są przedstawieni w tej książce jako postacie na wskroś pozytywne. W pewnym momencie wychodzi bowiem na jaw, że w imię słusznych idei są w stanie posunąć się nawet do popełnienia przestępstwa, aby tylko dostać w swoje ręce przedmiot, który pomoże im położyć kres działaniu mnichów i tych, którzy im sprzyjają.


Medytujący mnich Hauruki


Muszę przyznać, że trochę obawiałam się tej książki. Choć lubię literaturę młodzieżową, to jednak z fantastyką nie zawsze jest mi po drodze. Jak do tej pory niewiele powieści z tego gatunku przypadło mi do gustu. Trochę czasu zajęło mi, zanim zrozumiałam o co tak naprawdę chodzi w Sercu Suriela. Niemniej, czytając kolejne rozdziały nawet się nie spostrzegłam, kiedy książka zaczęła mnie wciągać. Bree jest nieco komiczną bohaterką i kilka razy wywołała uśmiech na mojej twarzy. Z kolei Mikail to chłopak-anioł nad wiek dojrzały, któremu bynajmniej nie psoty w głowie. Zdaje sobie sprawę z tego, że po tragicznej śmierci ojca, to na nim spoczywa odpowiedzialność za miasto. Są także inne postacie, których postępowanie nie do końca jest zrozumiałe dla czytelnika. Ponieważ jest to dopiero pierwszy tom, Autorka pozostawiła niektóre wątki w zawieszeniu, aby zapewne wyjaśnić je w kolejnych częściach trylogii.

Nie pokuszę się o to, aby porównywać Serce Suriela do któregokolwiek z tomów trylogii Niepokorne, ponieważ są to książki skierowane do dwóch różnych grup czytelników, a co za tym idzie, napisane w inny sposób. Tworząc literaturę młodzieżową autor musi być jednocześnie dość dobrym psychologiem, aby wczuć się w problemy młodego człowieka, który właśnie wkracza w dorosły świat. Musi zatem znać jego codzienne dylematy i wiedzieć co go wzrusza, niepokoi i złości, a w czym odnajduje szczęście. Takimi uniwersalnymi uczuciami na pewno są miłość, przyjaźń i zaufanie, które bez względu na wiek dają człowiekowi siłę do walki z przeciwnościami losu. W przypadku bohaterów Serca Suriela właśnie te trzy kwestie są kluczowe. Bez zaufania nie można niczego trwałego zbudować, a już na pewno nie można odnieść zwycięstwa nad Złem. Z kolei rodzące się uczucie pomiędzy głównymi bohaterami nie tylko sprawia, że troszczą się o siebie nawzajem, ale także idą do przodu, nie oglądając się za siebie, choć wokół czai się ogromne niebezpieczeństwo.

Literatura młodzieżowa, oprócz dostarczania czytelnikowi rozrywki, musi też w pewnym stopniu edukować. Dobrze, aby bohaterowie byli tak skonstruowani, żeby młody człowiek mógł się z nimi identyfikować. Czy tak stało się w przypadku Serca Suriela? Myślę, że tak. Przemawia za tym chociażby fakt, iż Agnieszka Wojdowicz pokazała świat, który – jak wspomniałam wyżej – nie różni się zbyt od naszego. To daje młodemu czytelnikowi możliwość utożsamienia się z Bree czy z Mikailem, bądź też z pozostałymi postaciami. Jeśli nie będziemy czytać tej książki pobieżnie, wówczas zauważymy, że poszczególne postacie mają nam naprawdę sporo do powiedzenia. Przede wszystkim chcą zwrócić nam uwagę na to, czym tak naprawdę jest Zło i czym jest spowodowane. Ponieważ akcja powieści jest tak skonstruowana, że liczni bohaterowie stoją po dwóch przeciwnych stronach, czytelnik może sam zdecydować, po której stronie chce być. Czy pragnie dołączyć do drużyny Bree i Mikaila, czy może opowiedzieć się za mnichami, których zamiarem jest zniszczenie Nirgali i przejęcie w niej władzy?









piątek, 23 września 2016

Tadeusz Kraszewski – „Robin Hood & Marianna, żona Robin Hooda”














Wydawnictwo: WYDAWNICTWO POZNAŃSKIE
Poznań 1987
Ilustracje: Włodzimierz Bartoszewicz





Choć dzieje Robin Hooda są typową legendą, to jednak najprawdopodobniej oparte zostały na przygodach zaczerpniętych z życia prawdziwego banity, który żył w Anglii w XII wieku i wokół którego powstało wiele wyimaginowanych historii. Opowieści o Robin Hoodzie dotyczą czasu, kiedy Anglią władał król Ryszard I Lwie Serce (1157-1199) przebywający wówczas na Bliskim Wschodzie i biorący udział w III wyprawie krzyżowej (1189-1192). Z działalnością banity z lasu Sherwood łączą się także rządy księcia Jana bez Ziemi (1166-1216), który był bratem Ryszarda Lwie Serce. W tym czasie wraz z królem Anglią rządziła również niewielka grupa bogatych baronów, którzy byli też właścicielami większości ziem. Wielu poddanych było zbyt słabych, aby się bronić przed wyzyskiem, dlatego pracowali dla swoich panów, ciesząc się nieznaczną wolnością. Kiedy krajem rządził książę Jan, byli oni traktowani szczególnie źle oraz nadmiernie wykorzystywani. Robin Hood, który pochodził z zamożnej rodziny mieszkającej niedaleko Nottingham, jawnie sprzeciwiał się temu, co się działo. Opowiadał się przeciwko niesprawiedliwości systemu podatkowego i tym samym był wielkim orędownikiem ubogich. W szczególności stał się zagorzałym wrogiem Szeryfa z Nottingham – człowieka odpowiedzialnego za tereny, na których żył Robin Hood. Tak więc Robin ukrył się w pobliskim lesie Sherwood, aby nie rzucać się w oczy Szeryfowi. Okradał bogatych, a zrabowane pieniądze oddawał biednym. W miarę upływu czasu dołączało do niego wielu mężczyzn, którzy – tak jak on – sprzeciwiali się wszechobecnej niesprawiedliwości.

Ojciec Robin Hooda – Sir Robert z Locksley – został uwięziony przez Szeryfa z Nottingham, ponieważ nie był w stanie płacić podatków. Robin widział więc, że owa niesprawiedliwość może dotknąć każdego, bez względu na status społeczny i majątek. Chciał zatem, aby król Ryszard I Lwie Serce wrócił wreszcie do Anglii i przywrócił sprawiedliwe rządy w państwie. Z kolei książę Jan bez Ziemi, jak i sam Szeryf doskonale wiedzieli, że Robinowi nie podoba się polityka, którą obydwaj uprawiają. Szeryf wysłał zatem dwóch ludzi, aby ci aresztowali Robina w dniu jego ślubu z ukochaną Marian. Na szczęście Robinowi udało się uciec wraz z przyjacielem Willem Szkarłatnym. Udali się do lasu Sherwood i tam rozpoczęli nowe życie. Dołączyło do nich wielu innych ludzi, stając się wesołą kompanią Robin Hooda. Natomiast wkrótce Will Szkarłatny pojmał pewnego „chłopca”, który chodził sobie po lesie, i postawił „go” przed obliczem Robin Hooda. „Chłopcem” tym okazała się Marian, która podążyła w ślad za swoim ukochanym, chcąc również przyłączyć się do jego sherwoodzkiej bandy. Powiedziała Robinowi, że Szeryf rozkazał jednemu ze swoich ludzi – Guyowi z Gisborne – aby ten przeniósł się do starego domu Robina – Locksley Hall – i ożenił się z nią. Robin wysłał więc Willa Szkarłatnego i Mucha – syna młynarza – aby sprawdzili, co też takiego dzieje się w Locksley Hall. Niestety, Will został schwytany i następnego dnia miał zostać powieszony na rynku w Nottingham. Aby uratować przyjaciela, Robin przebrał się za kata, który miał wykonać wyrok, i tym sposobem uratował Willowi życie.

Will Szkarłatny (1912)
autor: Louis Rhead (1857-1926)
Pewnego dnia Robin ujrzał w lesie małą łódź, która płynęła po rzece znajdującej się na skraju Sherwood. W łodzi siedział tłusty zakonnik – święty człowiek – i wiosłował ile tylko miał sił. Mnich kierował się w stronę Robina i jego ludzi. Kiedy dobił do brzegu, powiedział, że zwą go Brat Tuck i że musiał opuścić swój klasztor, ponieważ wygłaszał mowy przeciwko Szeryfowi. W tej sytuacji Robin poprosił zakonnika, aby przyłączył się do jego sherwoodzkiej bandy i został ich kucharzem. Brat Tuck przydał się na coś jeszcze. Już wkrótce połączył węzłem małżeńskim Robina i jego ukochaną Marian, tym samym kończąc ceremonię, która niedawno została przerwana przez ludzi Szeryfa. Któregoś dnia Robin odkrył natomiast, że żołnierze Szeryfa okradli jednego z jego przyjaciół ze wszystkich pieniędzy, jakie ten posiadał. Cały zagrabiony majątek Szeryf zabrał do Nottingham. Tak więc Robin, nie namyślając się długo, postanowił zastawić na złodziei pułapkę i odebrać im pieniądze, które ukradli.  

Kilka dni później Robin spotkał na swojej drodze wysokiego mężczyznę, z którym zszedł się na dość wąskim drewnianym mostku. Było tam miejsce jedynie dla jednej osoby. Poprosił więc nieznajomego, aby ten go przepuścił. Niestety, tamten odmówił, więc zaczęła się walka. W ruch poszły drewniane długie drągi. Nieznajomy zwany Małym Johnem został wepchnięty przez Robina do wody. Natomiast po zakończonej walce zwycięzca zaproponował przegranemu przyłączenie się do jego wesołej bandy. Robin potrzebował bowiem silnych i dobrze wyszkolonych w walce mężczyzn, takich jak Mały John. Któregoś dnia Robin usłyszał natomiast, że Szeryf właśnie organizuje zawody łucznicze. Nagrodą ma być srebrna strzała. Tak więc z kapturem naciągniętym głęboko na oczy, aby nikt nie mógł go rozpoznać, Robin bez trudu wygrał konkurs, gdyż – jak wszem i wobec wiadomo – był najlepszym łucznikiem, jakiego znała Anglia. Z kolei Szeryf za wszelką cenę pragnął zobaczyć, kim jest zwycięzca, lecz Robin nie był przecież głupi i nie pozwolił się zdemaskować. Uciekł do lasu i tyle go widzieli.

Po jakimś czasie Robin Hood udał się do domu Szeryfa przebrany za rzeźnika. Wcześniej zaś oszukał Szeryfa, kiedy ten przejeżdżał przez Sherwood. Okradł go i wysłał do domu bez grosza przy duszy. Niestety, sprawy nie zawsze układają się według naszej myśli. Podobnie było też w przypadku Robina i jego towarzyszy. Pewnego dnia Will Szkarłatny i dwóch innych mężczyzn zostało zabitych przez ludzi z hrabstwa, zaś Mały John został pojmany. Robin zrobił jednak wszystko, co tylko mógł, aby go uratować. Tak więc w walce na śmierć i życie zabił w końcu Guya z Gisborne, wyprowadził w pole Szeryfa, a małego Johna uwolnił. Prawdą jest jednak, że Szeryf o mało nie pozbawił Robin Hooda życia, lecz kiedy miało już dojść do zadania ostatecznego ciosu, pojawił się tajemniczy rycerz cały ubrany na czarno i rozkazał Szeryfowi zaprzestać walki. Szeryf, choć niechętnie, odrzucił swój miecz, a wtedy Czarny Rycerz zdjął szyszak i okazało się, że stoi przed nimi sam król Ryszard I Lwie Serce! Niedługo po śmierci Guya z Gisborne, król oddał Robinowi Locksley Hall.

Robin Hood i Marian
w swoim buduarze (1912)

autor: Louis Rhead
Z kolei którejś nocy Szeryf usiłował wspiąć się po linie do domu Robin Hooda, lecz ten od razu go usłyszał. Odciął zatem linę, a Szeryf spadł i zginął. Robi wiedział, że kwestią czasu jest, iż ludzie Szeryfa najadą na jego posiadłość, aby go ukarać, więc wysłał Marian do jej siostry, aby tam przeczekała najgorszy i najbardziej niebezpieczny czas. Natomiast on sam opuścił majątek i jako marynarz przyłączył się do załogi pewnego statku. W ślad za statkiem podążyli piraci. Wtedy Robin zaczął wypuszczać z łuku kolejne strzały, które natychmiast trafiały do celu. I tak oto życie postradało wielu korsarzy. Za tak bohaterską obronę, kapitan statku ofiarował Robinowi połowę złota, które wiózł na pokładzie. Tymczasem chciwa siostra Marian powiedziała jej, że Robi nie żyje. Zrobiła to tylko po to, aby móc dostać część pieniędzy swojego szwagra. W końcu jednak nadszedł dzień, w którym Robin zjawił się w domu siostry swojej żony, aby zabrać Marian do Locksley Hall. Marian była wówczas na spacerze, więc nie miała pojęcia o jego przybyciu. Zawistna kobieta próbowała zatem wykorzystać sprzyjającą sytuację i pozbyć się szwagra. Jedynym sposobem było otrucie go. Na szczęście Robin szybko pojął, co też takiego knuje siostra jego żony. Gdy Marian wróciła do domu była niesamowicie zdziwiona, ale i szczęśliwa, widząc swojego męża całego i zdrowego. Obydwoje natychmiast opuścili dom chciwej niewiasty i wrócili do bezpiecznego lasu Sherwood, zaś tylko od czasu do czasu zaglądali do Locksley Hall, aby sprawdzić czy nikt nie próbuje ponownie zawłaszczyć ich posiadłości.

Tak przedstawia się jedna z brytyjskich legend o Robinie z Sherwood. Jak wiadomo, takich opowieści jest bez liku i wciąż powstają nowe, w zależności od tego, jaki autor za nimi stoi. Postać Robin Hooda jest tak bardzo elastyczna, że wydarzenia z nią związane można modyfikować do woli. Ale czy takie przeróbki wyjdą jej na dobre? Jak się okazuje nie tylko Brytyjczycy czy Amerykanie fascynują się przygodami sherwoodzkiego banity, ale robią to również pisarze polscy, a właściwie robili, zanim modna stała się współczesna fantastyka. W Wielkiej Brytanii legenda o Robin Hoodzie jest nadal żywa. Gdyby dobrze poszperać w naszych rodzimych legendach, zapewne też znaleźlibyśmy takich, którzy zabierali bogatym, aby dać biednym. Skoro zatem jesteśmy przy Robin Hoodzie chciałabym dziś przypomnieć książkę Tadeusza Kraszewskiego (1903-1973), który starszym czytelnikom chyba najbardziej znany jest właśnie jako autor powieści o Robinie z Sherwood i jego żonie Mariannie. Tadeusz Kraszewski jest autorem także innych powieści skierowanych do młodego czytelnika, niemniej to właśnie Robin Hood przyniósł mu największą popularność. Powieść swoją premierę miała w 1949 roku.

Robin Hood na uczcie u nowego
Szeryfa z Nottingham

Ilustracja pochodzi z książki.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Tadeusz Kraszewski, jak gdyby przedstawia nam głównego bohatera, do którego wciąż dołączają nowi kompanii pragnący dzielić z nim leśny żywot. Mężczyźni widzą w nim swojego wodza, za którym poszliby w ogień. Spośród nich na pierwszy plan wysuwa się jednak nie Mały John, jak można byłoby się domyślać, lecz Ryszard Partridge, który jest spokrewniony z Robinem. To w jego dworze ma miejsce szereg powieściowych wydarzeń. Podczas gdy Brytyjczycy wymyślili Mucha – syna młynarza – Tadeusz Kraszewski wprowadził do powieści postać Bena Piekarza. Jeśli natomiast chodzi o małego Johna, to również nie jest on tym, którego znamy z angielskich legend. Można jedynie spodziewać się, że bohater o imieniu John poniekąd wzorowany jest na Małym Johnie, który przecież był najlepszym przyjacielem Robin Hooda, a według legendy to właśnie na jego rękach banita zakończył życie.

Podobnie powyższa kwestia przedstawia się także w przypadku Willa Szkarłatnego. Tadeusz Kraszewski w miejsce Willa wprowadził Willa Dostojnego. Jest też niejaki Til Chucherko, zwany również Mizerakiem. Will i Til to przyjaciele, którzy do Sherwood przybyli z bardzo daleka. Z kolei na miejscu Brata Tucka mamy śmiesznego mnicha o imieniu Hiacynt, zaś zamiast Guya z Gisborne – prawej ręki Szeryfa – rej wodzi hrabina Gisbourne, która bynajmniej w niczym nie przypomina rycerza pragnącego za wszelką cenę zaprowadzić Robina na szubienicę. Oczywiście każdy z tych bohaterów zanim został banitą wykonywał jakiś pożyteczny zawód, więc teraz ich umiejętności są na wagę złota. Tak więc nie tylko ograbiają bogatych, ale także wykorzystują swoje wyuczone zawody, aby ich sherwoodzka osada miała jako taki wygląd.

Robin ucieka przez okno
przed ludźmi Szeryfa

Ilustracja pochodzi z książki.
W pierwszej części powieści Autor skupia się na przygodach Robina jako kawalera. Oczywiście nasz bohater stale walczy z Szeryfem z Nottingham. I choć na drodze Robina staje Marianna, to jednak on praktycznie jej nie zauważa, ponieważ dziewczyna jest zbyt młoda i jak na razie nie błyszczy urodą. To wszystko zmieni się dopiero po jakimś czasie. Zbieg okoliczności sprawi, że banita nagle zda sobie sprawę z tego, że jest bez pamięci zakochany w dziewczynie. 

Ślub Robina i Marianny kończy zatem część pierwszą, lecz to radosne wydarzenie poprzedzone jest dramatycznym porwaniem oblubienicy przez nowego Szeryfa o imieniu Henryk. Marianna zdążyła już bowiem dorosnąć i wypięknieć, więc nie dziwi fakt, że młody Szeryf zapałał uczuciem do wybranki Robina z Sherwood. Dlatego też pierwszą część książki z powodzeniem możemy określić słowem rycerska, zważywszy że nasz bohater niczym rycerz na białym koniu spieszy na pomoc swojej ukochanej.

Część druga skupia się natomiast na małżeńskim życiu Robina i Marianny. Nowo poślubiona małżonka wcale nie chce być pokorną i uległą żoną. Ona nadal pragnie stać u boku Robina i wyruszać z nim na różnego rodzaju wyprawy, z których powrócą ze zrabowanymi pieniędzmi przeznaczonymi dla ubogich. Nie wszystko jednak układa się tak, jakby sobie tego życzyli nasi bohaterowie. W pewnym momencie dochodzi do poważnej bitwy, w której Robin zostaje ciężko ranny i tak naprawdę nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Na szczęście są przy nim oddani przyjaciele i kochająca żona. W drugiej części ojciec Hiacynt opowiada również bardzo ciekawą historię o „dzielnym Godfrydzie i miłej Klotyldzie”. Ta opowieść niesie ze sobą pewne przesłanie, które słuchający zrozumieją dopiero po wypowiedzeniu przez zakonnika ostatniego słowa.

Moim zdaniem książka Tadeusza Kraszewskiego nie jest zła, lecz została zbyt spolszczona, co w moim odczuciu stanowi jej zasadniczą wadę. Myślę, że lepiej byłoby, gdyby Autor pozostał przy oryginalnej legendzie zamiast modyfikować ją na potrzeby polskiego czytelnika. Zupełnie nie czuje się średniowiecznego klimatu tak charakterystycznego dla opowieści o Robin Hoodzie. Poza tym akcja powieści w przeważającej części rozgrywa się za panowania króla Henryka II Plantageneta (1133-1189). Podobnie dzieje się w książce amerykańskiego pisarza Howarda Pyle’a (1853-1911) zatytułowanej Wesołe przygody Robin Hooda wydanej po raz pierwszy w 1883 roku, a w Polsce w 1961 roku, i nadal cieszącej się sporą popularnością. Brakowało mi zatem Ryszarda I Lwie Serce, który jest praktycznie nieodłącznym elementem brytyjskiej legendy o Robin Hoodzie. Chociaż w książce widnieje informacja, że fabuła została oparta na autentycznych opowieściach o banicie z Sherwood, to jednak mnie wersja Tadeusza Kraszewskiego nie do końca przekonuje. Możliwe, że za bardzo przesiąkłam wersją brytyjską i jakiekolwiek inne wykonanie nie będzie już do mnie przemawiać.



          
              Wydanie z 2000 roku                                             Wydanie z 2006 roku
                                            



Zainteresowanym polecam artykuł Legenda o Robinie z Sherwood.







środa, 21 września 2016

Philippa Gregory – „Nobliwy proceder”














Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2016
Tytuł oryginału: A Respectable Trade
Przekład: Urszula Gardner




Przez ponad trzysta lat Europejczycy zmuszali Afrykańczyków do niewolniczych przepraw na pokładach statków przez wody Oceanu Atlantyckiego. Pierwszym krajem europejskim, który był silnie zaangażowany w transatlantycki handel niewolnikami, była Portugalia. Fakt ten miał miejsce w drugiej połowie XVI wieku. Admirał Sir John Hawkins (1532-1595) wyruszył w pierwszą morską podróż do Afryki. Było to w roku 1562 za panowania Elżbiety I Tudor (1533-1603). W ciągu sześciu kolejnych lat John Hawkins odbył trzy takie podróże, podczas których zniewolił ponad tysiąc dwustu Afrykańczyków i sprzedał ich w ramach handlu wymiennego na terenie hiszpańskich kolonii w Ameryce.

Początkowo brytyjscy handlarze niewolników dostarczali ich hiszpańskim i portugalskim kolonistom w Ameryce. Niemniej, kiedy znaczenia nabrały brytyjskie kolonie na Karaibach i w Ameryce Północnej, wówczas w wyniku prowadzenia wojen z takimi krajami europejskimi, jak Holandia, Hiszpania czy Francja, brytyjscy handlarze niewolników coraz częściej przerzucali ich na tereny własnych kolonii. Dokładna liczba brytyjskich okrętów, które brały udział w handlu niewolnikami prawdopodobnie nigdy nie będzie znana, lecz w ciągu dwustu czterdziestu pięciu lat pomiędzy pierwszym rejsem Johna Hawkinsa a zniesieniem handlu niewolnikami w 1807 roku, kupcy pochodzący z Wielkiej Brytanii odbyli około dziesięć tysięcy rejsów do Afryki, aby przywozić stamtąd niewolników i handlować nimi z innymi kupcami Imperium Brytyjskiego.

Historyk David Richardson obliczył, że brytyjskie okręty na swoich pokładach przewiozły do obydwu Ameryk prawie trzy i pół miliona (a może nawet więcej) zniewolonych Afrykańczyków. Tylko Portugalczycy, którzy trudnili się handlem niewolnikami jeszcze pięćdziesiąt lat po tym, jak proceder ten zniosła Wielka Brytania, mogli mieć na koncie znacznie większą liczbę sprzedanych niewolników. Najnowsze dane wskazują, że było ich nieco ponad pięć milionów! Szacunki sporządzone na podstawie rejestrów poszczególnych rejsów znajdujące się w archiwach portowych i celnych ewidencji ubezpieczeń morskich pokazują, że całkowita liczba afrykańskich niewolników przewożonych przez przedsiębiorców europejskich wynosiła co najmniej dwanaście milionów ludzi.


Handel niewolnikami
Obraz został namalowany w 1840 roku
autor: François-Auguste Biard (1799-1882)


Pierwsza wzmianka na temat zniewolonych Afrykańczyków, którzy przybyli na pokładach statków do kolonii brytyjskiej w Wirginii pochodzi z 1619 roku. Z kolei w 1625 roku Barbados stało się pierwszą brytyjską osadą na Karaibach, zaś w roku 1655 Brytyjczycy przejęli kontrolę nad Jamajką. W 1672 roku utworzono African Royal Company i tym samym sformalizowano handel niewolnikami pod królewskim patronatem, a także przyznano monopol na tego typu działanie portom w Londynie. Z kolei porty w Bristolu i Liverpoolu zaczęły wywierać nacisk na odpowiednie struktury władzy, domagając się zmian w tej kwestii. W związku z tym w 1698 roku londyńskie porty straciły wyłączność na przyjmowanie niewolników.

Brytyjskie zaangażowanie w handel niewolnikami bardzo szybko przybrało na znaczeniu w odpowiedzi na zapotrzebowanie na siłę roboczą niezbędną do pracy na plantacjach trzciny cukrowej na wyspie Barbados oraz w innych brytyjskich koloniach, jak na przykład w Indiach Zachodnich. W 1660 roku liczba niewolników z Afryki przybyłych na pokładach brytyjskich okrętów wynosiła rocznie średnio sześć tysięcy siedemset osób. W ciągu lat 60. XVIII wieku Wielka Brytania stała się krajem europejskim, który przede wszystkim zaangażowany był w handel niewolnikami. Spośród osiemdziesięciu tysięcy Afrykańczyków przykutych łańcuchami i przewożonych każdego roku do Ameryki, czterdzieści dwa tysiące transportowano na pokładach brytyjskich statków. Dochody uzyskane z niewolnictwa pomogły sfinansować Rewolucję Przemysłową, natomiast Karaiby stały się ośrodkiem Imperium Brytyjskiego. Kolonie, gdzie uprawiano trzcinę cukrową, były najcenniejszymi koloniami brytyjskimi. Pod koniec XVIII wieku Wielka Brytania zyskała aż cztery miliony funtów dochodu pochodzącego z plantacji znajdujących się w Indiach Zachodnich. Było to naprawdę sporo w porównaniu z milionem funtów pochodzących z innych części świata.


Kara chłosty wymierzana niewolnikowi 
Obraz pochodzi z 1822 roku.
autor: Augustus Earle (1793-1838)


W ciągu lat transatlantyckiego handlu niewolnikami statki nigdy nie płynęły puste, zaś niektórzy ludzie zbijali na tym procederze ogromny majątek. W XVIII wieku ta dziedzina handlu była najbardziej dochodową gałęzią brytyjskiego handlu. James Houston (ok. 1736-?), który pracował dla jednej z osiemnastowiecznych kupieckich firm handlujących niewolnikami pisał: „Cóż to za wspaniała i korzystna transakcja handlowa… Jest to zawias, który umożliwia poruszanie się całego światowego handlu.” W latach 1750-1780 około siedemdziesiąt procent całkowitego dochodu rządu pochodziło z podatków od towarów. Profity te oczywiście płynęły z terenów brytyjskich kolonii. Pieniądze zarobione na transatlantyckim handlu niewolnikami były ogromne i wpływały nie tylko do Wielkiej Brytanii, ale także do innych krajów europejskich biorących udział w zniewalaniu ludności afrykańskiej, co doprowadziło do całkowitej zmiany krajobrazu tych państw. W Wielkiej Brytanii, która dorobiła się olbrzymiego majątku na handlu niewolnikami, wznoszono drobne rezydencje, budowano banki, takie jak Bank of England, a także finansowano nowe gałęzie przemysłu.

Brytyjscy właściciele statków, na których przewozili niewolników często z tego rodzaju handlu czerpali od dwudziestu do pięćdziesięciu procent zysku. Spore sumy pieniędzy trafiały natomiast do armatorów, którzy tak naprawdę nigdy nie opuścili Anglii. Z kolei właściciele plantacji, na których pracowali afrykańscy niewolnicy odnotowywali znaczący wzrost upraw. Ogromne zyski, jakie z nich czerpali były wynikiem tego, iż robotnicy pracowali za darmo. Plantatorzy bardzo często udawali się do Wielkiej Brytanii, gdzie za pokaźne pieniądze kupowali wielkie domy, które wcześniej były specjalnie dla nich budowane. Niektórzy plantatorzy wykorzystywali swój majątek do tego, aby stać się członkami parlamentu. Pozostałe zyski inwestowali w nowe fabryki i wynalazki, przyczyniając się w ten sposób do finansowania Rewolucji Przemysłowej.


Niewolnicy pracują na plantacji tytoniu w Wirginii
Obraz pochodzi z 1670 roku.
autor nieznany


Przedsiębiorstwa tekstylne w Yorkshire i Lancashire były kupowane przez kapitanów statków niewolniczych, aby w ten sposób uprawiać handel wymienny. Połowa wyrobów tekstylnych produkowanych w Manchesterze eksportowana była do Afryki, zaś druga połowa do Indii Zachodnich. Co więcej, zakłady przemysłowe budowane były celem dopracowania sytemu importu cukru oraz wyrobu szkła potrzebnego do produkcji butelek na rum. Takie porty jak Bristol i Liverpool stały się głównymi portami handlowymi dzięki statkom z niewolnikami, którym nakazywano rozładowywanie przywiezionego towaru. W latach 1700-1800 liczba ludności w Liverpoolu wzrosła z pięciu tysięcy do siedemdziesięciu ośmiu tysięcy. Na handlu niewolnikami korzystały również banki i firmy finansowe, w których handlarze zaciągali kredyty, aby móc inwestować w niewolników i zarabiać na nich gigantyczne pieniądze. Środki te przeważnie przeznaczane były na pokrycie kosztów długich wypraw przez Atlantyk.

Transatlantycki handel niewolnikami zapewniał również wielu ludziom pracę w Wielkiej Brytanii. Sporo osób pracowało w przedsiębiorstwach, które sprzedawały swoje towary do Afryki Zachodniej. Towary te były następnie wymieniane na afrykańskich niewolników. Na przykład w Birmingham było ponad cztery tysiące zakładów produkujących broń. Z kolei sto tysięcy karabinów trafiało rocznie w ręce handlarzy niewolnikami. Inni pracowali w fabrykach, które powstały za pieniądze pochodzące z handlu niewolnikami. Wiele ludzi kupowało także udziały w spółkach trudniących się tym „nobliwym procederem”. Niewolnicza praca dostarczała również produktów, takich jak na przykład cukier, który był osiągalny dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii.

William Wilberforce (1759-1833)
Brytyjski polityk, filantrop
i lider ruchu abolicjonistycznego, którego
celem było zniesienie niewolnictwa.
Portret pochodzi z 1790 roku.
autor: John Rising (1753-1817)
Skoro powyżej tak szeroko nakreśliłam problem niewolnictwa w Wielkiej Brytanii, którego punkt kulminacyjny przypadł na XVIII wiek, oznacza to, że Philippa Gregory jako tło historyczne wybrała właśnie tamten tragiczny czas dla Afrykańczyków, zaś niechlubny dla Brytyjczyków. Nie można bowiem szczycić się tym, że w historii własnego kraju występuje taki okres, w którym masowo czerpano dochody z czyjegoś nieszczęścia, natomiast osoby czarnoskóre traktowano gorzej niż przedmioty codziennego użytku. Tak więc Autorka zabiera nas do Anglii, a dokładnie do Bristolu, gdzie spotykamy rodzeństwo Cole’ów. 

Zanim jednak tam trafimy, trochę czasu spędzamy w posiadłości Whiteleaze pod Bath – miasta położonego w angielskim hrabstwie Somerset. To tam mieszka trzydziestopięcioletnia Frances Scott, która za wszelką cenę pragnie uwolnić się od pewnej kobiety, u której pracuje jako guwernantka. Panna Scott uważa bowiem, że jej pracodawczyni traktuje ją niczym niewolnicę. Niestety, chyba sama nie wie, o czym mówi. Praca guwernantki – nawet w niedogodnych warunkach – jest istnym rajem w porównaniu z tym, czego doświadczają porywani z własnych domów Afrykańczycy.

Frances Scott to córka pastora. Po śmierci ojca opiekę nad nią przejął wuj, który szczyci się tytułem barona, więc w towarzystwie uchodzi za kogoś lepszego z kim wszyscy się liczą. Nasza bohaterka jest jednak ambitna i dumna, więc nie chce żyć na koszt swojego wuja i ciotki. W związku z tym pisze list do kupca Jozjasza Cole’a, który mieszka w Bristolu. Kobieta ma bowiem nadzieję, że będzie mogła podjąć u niego pracę. Jozjasz jest kawalerem i mieszka w obskurnym mieszkaniu wraz z siostrą Sarą, która jest typową zgorzkniałą starą panną. Sara jest starsza od Jozjasza i chyba nawet bardziej doświadczona w interesach niż on sam. To Sara czuwa nad rachunkami i strofuje brata za każdym razem, kiedy ten pragnie wydać więcej pieniędzy niż jest to konieczne. Niegdyś firmą Cole i Synowie zajmował się ojciec rodzeństwa, a po jego śmierci przedsiębiorstwo przeszło w ręce Sary i Jozjasza.

Bardzo szybko okazuje się, że Jozjasz nie jest zainteresowany zatrudnieniem Frances. On pragnie ją poślubić. Niemłoda już kobieta jest dla niego doskonałą partią. Pochodzi z wyższej sfery niż on sam, a do tego w posagu może wnieść całkiem pokaźny majątek, który bardzo by mu się przydał przy sfinansowaniu handlowych przedsięwzięć. Tak więc ostatecznie dochodzi do ślubu i Frances Scott staje się panią Cole. Praktycznie od samego początku jej relacje z Sarą nie układają się najlepiej. Stara panna jest zgorzkniała i wyniosła. Małżeństwu brata nie sprzeciwia się jedynie dlatego, że obydwoje mogą czerpać z niego korzyści. Dla Sary najważniejsze są interesy odziedziczone po ojcu i trzy statki, na których oprócz cukru czy rumu, w nieludzkich warunkach przewożeni są także niewolnicy brutalnie porywani ze swoich domów w Afryce. Jak widać, małżeństwo Frances i Jozjasza nawet w najmniejszym stopniu nie zostało zawarte z miłości. W grę wchodzi jedynie ubicie dobrego interesu.

Jednym z takich właśnie niewolników jest Mehuru, który w swoim kraju był naprawdę kimś ważnym. To kapłan mający wizje i potrafiący przewidywać przyszłość. Wraz z nim porwano jeszcze wielu innych czarnoskórych ludzi, których zmuszono do bycia niewolnikami. Mężczyzna nie potrafi pogodzić się z zaistniałą sytuacją, lecz nie może nic zrobić, aby się z niej uwolnić. Wchodząc na pokład statku przestał być człowiekiem. Od tego momentu jest rzeczą, z którą można zrobić dosłownie wszystko. Kiedy statek przybija do portu w Bristolu, Mehuru i kilkunastu innych niewolników dostaje się pod dach Jozjasza Cole’a i jego siostry. Od tej chwili stanowią oni również własność Frances Cole, która – jako osoba wykształcona – musi nauczyć ich angielskiego, aby potem niewolnicy mogli pracować jako służący w brytyjskich domach. Na ich sprzedaży Jozjasz i Sara mogą zarobić naprawdę ogromne pieniądze.


Ariyon Bakare jako Mehuru, Emma Fielding w roli Frances Cole
& Warren Clarke jako Jozjasz Cole

Kadr pochodzi z miniserialu A Respectable Trade
reż. Jane Shepherd & Steve Wright
źródło


Praktycznie od pierwszej chwili pomiędzy Mehuru i Frances nawiązuje się jakaś szczególna więź. Nie można powiedzieć, że jest to więź sympatii, ponieważ afrykański kapłan robi wszystko, aby tylko nie godzić się na swój los. On pragnie zachować godność za wszelką cenę, choć nie jest to takie proste. Cole’owie w każdej chwili mogą kazać go wychłostać albo zastosować jakąś inną wymyślną karę, żeby tylko przywołać go do porządku. Temu wszystkiemu przygląda się Frances i coraz bardziej jej się to nie podoba. Niestety, nie może nic zrobić. Z jednej strony jakakolwiek obrona niewolników zaszkodziłaby jej reputacji i przysporzyła wstydu Jozjaszowi, natomiast z drugiej kobieta nie podejmuje żadnych działań powodowana zwykłym strachem. Tak więc pomimo że czuje współczucie wobec niewolników, jednocześnie pozwala na ich upokarzające i nieludzkie traktowanie.

Frances spędza z czarnoskórymi niewolnikami coraz więcej czasu. Uczy ich angielskiego i jest pełna podziwu, że tak szybko zapamiętują nowe, obce słowa. Przychodzi w końcu moment, kiedy niewolnicy zostają jej służącymi, ale pracują za darmo. Jest to dość wygodne, zważywszy że Jozjaszowi wciąż brakuje pieniędzy. Poza tym mężczyzna robi wszystko, aby tylko móc dostać się w szeregi szanowanych bristolskich kupców należących do prestiżowego Stowarzyszenia Kupców Bristolu. Praktycznie to stowarzyszenie rządzi miastem i od jego członków zależy rozwój wielu spraw. Ci mężczyźni doskonale wiedzą, jak się ustawić, czasami wręcz kosztem innych, sięgając do oszustwa. Niemniej, dla Jozjasza przynależenie do Stowarzyszenia Kupców Bristolu jest czymś bezcennym i robi wszystko, aby tylko być jednym z jego członków.

Ponadto Cole podejmuje też wszelkie działania, które mają na celu przeniesienie się do lepszej dzielnicy mieszkalnej Bristolu. Życie tuż przy porcie nie tylko nie służy Frances, która jest kobietą słabego zdrowia, lecz przede wszystkim obniża prestiż Jozjasza jako kupca chcącego wznieść się na szczyt. Czy zatem Cole’owi uda się spełnić marzenia i zostać cieszącym się powszechnym szacunkiem kupcem? Czy pewnego dnia mężczyzna dopnie swego i będzie mógł powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces? A może to wszystko, czego pragnie jest jedynie mrzonką i zwykłą ułudą, które pewnego dnia pękną niczym bańka mydlana? Czy Jozjasz naprawdę może zaufać kupcom ze stowarzyszenia? Czy ich zamiary wobec niego są szczere i uczciwe?


Jenny Agutter w roli lady Scott (ciotki Frances)
oraz Simon Williams jako lord Scott (wuj Frances)

Kadr pochodzi z miniserialu A Respectable Trade
reż. Jane Shepherd & Steve Wright
źródło

Nobliwy proceder to powieść składająca się z dwóch zagadnień. Z jednej strony mamy godny pogardy handel niewolnikami, zaś z drugiej obyczajową opowieść osadzoną w realiach końca XVIII wieku w Anglii. Jest to też historia zakazanego romansu, który tak naprawdę zupełnie nie ma szans na powodzenie. Płomienne uczucie pomiędzy afrykańskim niewolnikiem a białą kobietą z wyższych sfer nigdy nie znajdzie spełnienia. Ta miłość jest pod każdym względem dramatyczna, a jednak nasi bohaterowie brną w nią z każdym kolejnym dniem. Nad emocjami nie można zapanować, nawet jeśli rozsądek powtarza coś zupełnie innego. Philippa Gregory pokazuje też, ile złego może uczynić ludzka chciwość i bezustanna chęć pomnażania majątku kosztem czyjegoś nieszczęścia. Autorka zwraca również uwagę na fakt mówiący o tym, że nie można ufać każdemu, kto jest dla nas miły i rzekomo stara się nam pomóc. Czasami pod tego rodzaju zachowaniem może kryć się zwykła obłuda, zaś osoba chcąca nam pomóc może mieć w tym własny cel, którego osiągnięcie tylko jej wyjdzie na dobre, zaś nas całkowicie pogrąży.

Książka nie jest nowością. W Wielkiej Brytanii ukazała się jeszcze w 1995 roku, a potem – w 2007 roku – pojawiło się jej wznowienie. Z kolei w 1998 roku na podstawie powieści powstał miniserial pod tym samym tytułem. Do Polski Nobliwy proceder dotarł dopiero po ponad dwudziestu latach. Dlaczego trwało to tak długo? Trudno powiedzieć. W mojej opinii książka jest doskonała. Wzrusza pod każdym względem. Ukazuje ludzkie dramaty, emocje i chęć dążenia do celu po trupach. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Skąd w powieści wzmianka o amerykańskiej wojnie secesyjnej, która wybuchła dopiero w latach 60. XIX wieku? Owszem, kluczową rolę również odgrywał tam problem niewolnictwa, lecz mimo to nijak ten fakt ma się do okresu, w którym rozgrywa się akcja Nobliwego procederu. Nie sądzę jednak, aby to Philippa Gregory popełniła tak rażący błąd merytoryczny. Stawiam zatem na nieprecyzyjność polskiego przekładu.










niedziela, 18 września 2016

Nora Roberts – „Pokusa”














Wydawnictwo: MIRA/HARLEQUIN POLSKA
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: By My Side
Przekład: Adela Drakowska & Julita Mirska





Nora Roberts to bez wątpienia jedna z najbardziej poczytnych pisarek ostatnich dekad. Jej książki sprzedawane są na całym świecie w ogromnych nakładach i wygląda na to, że chyba nigdy nie wyjdą z mody. W 2011 roku mówiło się, że Nora Roberts wydała ponad czterysta powieści! Zapewne wzięto tutaj pod uwagę również krótkie opowiadania miłosne, które tworzyła na początku swojej kariery pod szyldem Harlequin. Nora Roberts wydaje średnio dziesięć książek rocznie, natomiast co minutę na całym świecie trzydziestu czterech czytelników kupuje którąś z jej powieści. Co ciekawe, fenomen Nory Roberts dotyczy nie tylko olbrzymiej sprzedaży książek, lecz także jej samodyscypliny i sposobu podchodzenia do pisania. Dzięki wielkiemu szacunkowi, jakim Autorka darzy swoją pracę, jest ona w stanie napisać powieść w ciągu czterdziestu pięciu dni. Jeśli już potrzebuje przerwy pomiędzy skończeniem jednej książki a rozpoczęciem pracy nad kolejną, to jest to tylko jeden dzień niezbędny, aby móc zebrać myśli.

A teraz może kilka słów o tym, jak to wszystko się zaczęło. Otóż był rok 1979, zaś na zewnątrz szalała śnieżyca. Zamknięto lokalne przedszkole, natomiast w domu brakowało czekolady do picia, a dwaj mali znudzeni chłopcy doprowadzali swoją młodą matkę niemalże do szaleństwa. Po kilku dniach grania z chłopcami w gry planszowe, młoda matka wpadła na pomysł, aby wziąć do ręki ołówek i kawałek papieru i zacząć zapisywać na nim pomysły na opowiadanie. Młoda matka bardzo lubiła czytać romanse spod szyldu Harlequin i uważała, że ma świetny pomysł, nad którym może popracować i przenieść go na papier. Zaczęła więc coś tam bazgrać na skrawkach papieru. Robiła to w przerwach pomiędzy bieganiem po domu za rozbrykanymi chłopcami. Po kilku latach pisania i kilku odmownych odpowiedziach od wydawców, wreszcie udało jej się sprzedać swój pierwszy maszynopis wydawnictwu Silhouette. Nikt wtedy nie przypuszczałby nawet, że po latach tamta młoda matka będzie jedną z najbardziej znanych autorek światowej literatury kobiecej, którą cenią nie tylko czytelnicy, ale także krytycy, nie mówiąc już o profitach finansowych, jakie spływają na jej bankowe konto.

Wydanie z 2009 roku
Przyznaję, że bardzo lubię prozę Nory Roberts i zawsze kiedy mam ochotę na powieść obyczajową z romansem w tle i wątkiem kryminalnym, sięgam po którąś z jej powieści. Ponieważ tych książek jest tak wiele i wciąż wydawane są nowe albo wydawcy publikują wznowienia, nie mam najmniejszego problemu z wyborem lektury. Niemniej odnoszę wrażenie, że nie sposób przeczytać wszystkich książek Nory Roberts. Tak więc pomimo że lubię opowieści oferowane przez Autorkę, to jednak nie wszystkie czytam z zainteresowaniem i nie każda z książek sprawia, że oceniam ją wysoko. Przykładem jest Pokusa, która składa się z dwóch oddzielnych historii, które nie mają ze sobą żadnego związku. Obydwa opowiadania zostały wydane po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych jeszcze w latach 80. XX wieku, czyli wtedy, gdy Nora Roberts tworzyła pod marką Harlequin. Potem obydwie minipowieści były wznawiane i w końcu trafiły do Polski. U nas również co pewien czas wydawcy dokonują wznowień, zmieniają okładki i tytuły, a później często promują jako nowość, która de facto żadną nowością nie jest.

Jak wspomniałam wyżej, w Pokusie czytelnik odnajdzie dwa opowiadania, które są klasycznymi romansami, choć prawdziwej erotyki w nich nie uświadczy. Tak więc jeśli ktoś oczekuje, że sięgając po książkę będzie ją czytał z wypiekami na policzkach, niczym Pięćdziesiąt twarzy Greya, to bardzo się rozczaruje. Zarówno Pensjonat marzeń, który poprzednio wydano pod tytułem Nieodparty urok, jak i Rajska jabłoń to niezwykle delikatne romanse, w których choć mocno iskrzy, to jednak bohaterowie nie posuwają się dalej, niż tylko do namiętnych pocałunków. Reszta jest kwestią wyobraźni czytelnika.


Pensjonat marzeń vel Nieodparty urok 
(tytuł oryginału: From This Day)

Piękna dwudziestoczteroletnia B.J. Clark jest kierowniczką pewnego pensjonatu usytuowanego w Nowej Anglii. Pensjonat nosi nazwę Lakeside Inn i jest nieco staroświecki. Powodem takiego stanu rzeczy są oczywiście klienci, którzy odwiedzają to miejsce. To przede wszystkim starsi ludzie, którzy mają swoje zachcianki i nierzadko żyją przeszłością. Zdarza się, że B.J. musi stawiać czoło ich dziwactwom, co wcale nie jest takie proste. Oczywiście młoda kobieta ma do pomocy całą załogę pracującą w pensjonacie, lecz ostatnie słowo zawsze należy do niej i tak naprawdę wszystko jest na jej głowie. Niestety, prawie zawsze to, co dobre kiedyś się kończy. Spokój B.J. i jej pracowników również.

Pewnego dnia do pensjonatu przychodzi wiadomość, że za kilka dni w jego drzwiach stanie niejaki Taylor Reynolds. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pan Reynolds jest nowym właścicielem sieci pensjonatów, w tym również Lakeside Inn, i do Nowej Anglii przyjeżdża na wizytację, która może się skończyć naprawdę bardzo źle. Szybko okazuje się bowiem, że ponad trzydziestoletni Taylor chce zrobić z przytulnego pensjonatu ośrodek, do którego będą przyjeżdżać ludzie z wyższych sfer, a co za tym idzie będą zostawiać w jego kasie mnóstwo pieniędzy. Oczywiście na żadną przebudowę nie chce zgodzić się B.J., która uważa, że pensjonat bardzo na tym straci i odstraszy obecnych klientów, którzy już się przyzwyczaili do specyficznego klimatu tego miejsca. Od tej pory pomiędzy B.J. i Taylorem będzie już tylko iskrzyć. Ich kłótniom nie będzie końca, a wszystko to spowijać będzie erotyczne napięcie. Jak sobie z tym poradzą? Czy Reynolds w końcu ustąpi i przyzna rację pannie Clark? A może obydwoje dojdą do jakiegoś kompromisu, a Lakeside Inn nie straci swojego dotychczasowego uroku?


Pensjonat, którym kieruje B.J. Clark



Rajska jabłoń 
(tytuł oryginału: Temptation)

Eden Carlbough ma dwadzieścia trzy lata. Niedawno straciła ojca, z którym była bardzo zżyta. Odszedł nagle, czego Eden zupełnie się nie spodziewała, ponieważ nic nie wskazywało na to, że cierpi na jakąś poważną chorobę. Niestety, wraz ze śmiercią Briana Carlbougha, kobieta odziedziczyła także jego potężne długi pochodzące z hazardu. Straciła praktycznie wszystko. Nie ma już pięknego domu, firmy, ani nawet narzeczonego, który – jak się okazało – był z nią tylko dlatego, że mogła mu zapewnić dostatnie i bezproblemowe życie u swego boku. Eden musi też spłacić wierzycieli. Jak widać, młoda kobieta jest w naprawdę dramatycznej sytuacji. W dodatku o jej hańbie i wstydzie swego czasu pisały gazety, co sprawia, że panna Carlbough czuje ogromne upokorzenie.

Na szczęście Eden ma obok siebie prawdziwą przyjaciółkę, która nie ma zamiaru zostawić jej samej w potrzebie. Te grosze, które jeszcze pozostały, Eden inwestuje we wspólny interes, który ma być pierwszym krokiem ku temu, aby móc odbić się od dna. Tak więc wraz z Candice Bartholomew organizują letni obóz dla nastoletnich dziewcząt. Bardzo szybko przekonują się jednak, że opieka nad rozpieszczonymi nastolatkami pochodzącymi z bogatych i wpływowych rodzin wcale nie jest taka łatwa. Trzeba bowiem uważać, aby nie narazić się ich rodzicom, więc jakakolwiek surowa obozowa dyscyplina raczej nie wchodzi w grę. Podopieczne są tak rozpuszczone, że zupełnie nie słuchają co się do nich mówi. Szczególnie jedna z nich daje kobietom popalić. Pewnego dnia wbrew wszelkim nakazom Roberta Snow – wnuczka wpływowego sędziego – namawia koleżanki, aby udały się wraz z nią do sąsiadującego z obozem sadu. Jego właścicielem jest Chase Elliot, którego jabłka znane są niemalże w całych Stanach Zjednoczonych.

Jak można się spodziewać, Roberta doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że łamie regulamin obowiązujący w Liberty, lecz nic sobie z tego nie robi. Praktycznie natychmiast śladem dziewczynek podąża Eden. Oczywiście w sadzie spotyka przystojnego Chase’a. Okazuje się, że Eden wcale nie jest mu tak do końca obca. Na wybuch płomiennego uczucia nie trzeba długo czekać. Czy zatem Eden będzie w stanie zrezygnować z wygodnego życia i osiedlić się na wsi? Przecież do tej pory przyzwyczajona była do komfortu, chodziła na bale i obracała się w naprawdę zacnym towarzystwie. A Chase? Czy nie będzie mu przeszkadzać fakt, że wybranka jego serca nie ma grosza przy duszy? Co zrobi, kiedy na drodze do szczęścia stanie były narzeczony Eden?


Sad jabłoniowy Chase'a Elliota


Obydwa opowiadania na pewno nie należą do literatury ambitnej. To lekkie historie z domieszką humoru, które można przeczytać w ramach odprężenia. Dla wielbicielek Nory Roberts może to być lektura obowiązkowa. Podobnie jak dla czytelniczek gustujących w romansach. Jeśli o mnie chodzi, to znacznie bardziej cenię sobie te powieści Nory Roberts, które choć przez chwilę trzymają czytelnika w napięciu. Lubię kiedy bohaterowie znajdują się w niebezpieczeństwie, choć wiem, że i tak wyjdą z tego żywi i w jednym kawałku, a wszystko zakończy się happy endem. Z drugiej strony jednak nie odmawiam Norze Roberts bycia fenomenalną pisarką, o czym świadczy potężne grono jej czytelników na całym świecie. Myślę, że ten fenomen wynika z faktu, iż każdy człowiek jest stworzony do tego, aby kochać i być kochanym, posiadać prawdziwych i oddanych przyjaciół, a także kochającą rodzinę. To wszystko można znaleźć w powieściach Nory Roberts. Jeśli więc czytelnicy z jakiegoś powodu nie są w stanie zbudować trwałych związków z innymi ludźmi, to szukają ich właśnie w literaturze. Proza Nory Roberts stanowi natomiast gwarancję tego, że czytelnik, który na co dzień musi zmagać się z problemami, może choć na chwilę o nich zapomnieć i mieć nadzieję, że w jego życiu też któregoś dnia zaświeci słońce, a wszystkie kłopoty zakończą się happy endem.










piątek, 16 września 2016

Lucyna Olejniczak – „Kobiety z ulicy Grodzkiej. Wiktoria” # 2












Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
Warszawa 2015




Zanim przejdę do omówienia drugiego tomu Kobiet z ulicy Grodzkiej autorstwa Lucyny Olejniczak, chciałabym napisać kilka słów na temat francuskiej Belle Époque (z fr. Piękna Epoka), ponieważ tło historyczne pierwszej części książki dotyczy – między innymi – właśnie tamtego szczególnego okresu w dziejach Francji, a dokładnie już jego schyłku. Przyjmuje się, że Belle Époque miała swój początek po zakończeniu wojny francusko-pruskiej (1871) i trwała do dnia rozpoczęcia pierwszej wojny światowej w 1914 roku. W tym okresie znacząco wzrosły standardy życia i bezpieczeństwa klas wyższej i średniej, co sprawiło, że dla tych warstw społecznych rozpoczął się Złoty wiek w porównaniu z latami wcześniejszych upokorzeń, a to z kolei doprowadziło do całkowitych zmian w sposobie myślenia Europejczyków. Niestety, niższe warstwy społeczne albo w ogóle nie skorzystały na tych przemianach, albo spożytkowały je tylko w niewielkim stopniu. Niekiedy Belle Époque przyrównuje się do Wieku pozłacanego w Stanach Zjednoczonych (1865-1898), choć prawdę powiedziawszy pojęcie to może być stosowane również w odniesieniu do innych zachodnich i centralnych państw europejskich, które w podobnym czasie i z podobnych powodów doświadczały gwałtowanego rozwoju w różnych dziedzinach społecznych czy gospodarczych, jak na przykład Niemcy, które na przełomie XIX i XX wieku stały się mocarstwem na skutek szybkiego rozwoju przemysłu (1880-1900).

Klęska w wojnie francusko-pruskiej (1870-1871) doprowadziła do upadku II Cesarstwa Francuskiego, w którym władzę sprawował Karol Ludwik Napoleon Bonaparte, zwany po prostu Napoleonem III Bonaparte (1808-1873), co w konsekwencji sprawiło, że utworzona została III Republika Francuska. W ramach nowego sytemu politycznego władzę w państwie dzierżyły słabe i krótkotrwałe rządy, których rezultatem był jedynie chaos, zamiast stabilność, czego oczywiście można było się spodziewać. Do historii przeszło słynne hasło wypowiedziane przez ówczesnego prezydenta Louisa Adolphe’a Thiersa (1797-1877): Republika najmniej nas dzieli. Słowa te odnosiły się do sytuacji, w której żadna grupa polityczna nie była zdolna do tego, aby podjąć wspólne działania celem zarządzania państwem. Zastanawiające jest zatem, dlaczego akurat ten okres w dziejach Francji został nazwany Piękną Epoką. Otóż stało się tak, dlatego, iż w porównaniu z horrorem wywołanym wybuchem pierwszej wojny światowej, poprzedzające ją lata optymizmu, pokoju w Europie, rozwoju technologii oraz odkryć naukowych wydawały się istnym rajem. W dodatku Belle Époque to również symbol spokoju i dobrobytu, jakie miały miejsce w Paryżu, co oczywiście sprzyjało przede wszystkim rozwojowi sztuki. Powstało wówczas wiele arcydzieł w dziedzinie muzyki, literatury, jak również teatru.


Ulica Rue de la Paix w Paryżu w 1907 roku
autor: Jean Béraud (1848-1935)


Wszyscy ci, którzy mogli doświadczać bogactwa Pięknej Epoki, zostali wciągnięci w wir nowych form rozrywki. Paryskie wyższe sfery, bądź też odnoszący sukcesy przemysłowcy-nuworysze (z fr. Nouveaux Riches), byli pod coraz większym wpływem zasad oraz mody paryskiej socjety zwanej Tout-Parus (z pol. każdy w Paryżu). Około 1895 roku ludzie ci mogli już chodzić do teatru rewiowego mieszczącego się przy ulicy de Clichy. Mowa oczywiście o słynnym Casino de Paris, który w latach 20. XX wieku stał się najbardziej znaną sceną rewiową Europy. Znany był z ogromnego przepychu, jeśli chodzi o scenografie, dekoracje oraz kostiumy tancerek i aktorów. Z kolei mniej zamożni musieli zadowolić się rozrywką, którą dostarczały kabarety, bistra i sale koncertowe.

W tamtym czasie powstała także słynna Moulin Rouge (z pol. Czerwony Młyn), czyli tradycyjny kabaret, który oficjalnie otwarto 5 października 1889 roku. Kabaret ten funkcjonuje do dziś i stanowi wizytówkę oraz punkt orientacyjny Paryża. Kolejnym kabaretem było Folies Bergère, którego szczytowa sława przypadła na lata 90. XIX wieku oraz lata 20. XX wieku. Było to również najbardziej rozpoznawalne miejsce Paryża, które dziś także jest niezwykle popularne w mieście. W Folies Bergère pracowała jedna z najbardziej znanych ówczesnych paryskich tancerek i kurtyzan Liane de Pougy (1869-1950). Do paryskich celebrytek tamtego okresu można zaliczyć też takie tancerki, jak Louise Weber, znaną jako La Goulue (1866-1929) czy Jane Avril (1868-1943). Każda z nich znalazła się na plakatach, które wyszły spod ręki ówczesnego francuskiego malarza i grafika o nazwisku Henri de Toulouse-Lautrec (1864-1901). Na plakatach pokazane zostały jako tancerki kankana – tańca, który wtedy królował na kabaretowych salach. Z kolei prestiżowym lokalem dla nieprzyzwoicie bogatych paryżan była restauracja Maxim’s Paris. Mówiono, że jest to najdroższy lokal tego typu w mieście. Ulubionym trunkiem Belle Époque był szampan i absynt otrzymywany w procesie ekstrakcji różnego rodzaju ziół – przede wszystkim kwiatów i liści piołunu oraz anyżu z dodatkiem kopru włoskiego i hyzopu.


Paryżanie podczas Światowej Wystawy w 1900 roku
autor nieznany


W 1889 roku została ukończona budowa Wieży Eiffla. Na Wystawie Powszechnej zorganizowanej w dniach od 6 maja do 31 października, stanowiła ona atrakcję turystyczną. Natomiast już wkrótce Wieża Eiffla została symbolem Paryża i tak jest do dziś. Z kolei w 1900 roku odbyła się w Paryżu następna edycja Światowej Wystawy, na której gościli wystawcy pochodzący z krajów całego świata. W tamtym okresie stolica Francji bardzo zmieniła się pod względem architektonicznym. Baron Georges Eugène Haussmann (1809-1891) dokonał renowacji miasta, co sprawiło, że zmianie uległy zarówno zabudowa Paryża, jak i układ ulic. Wreszcie zagospodarowano bulwary i skwery zieleni. Wygląd miasta, jaki możemy dziś podziwiać, jest konsekwencją właśnie tamtej przebudowy.

W drugiej połowie XIX wieku główne miasta europejskie zostały połączone drogą kolejową z francuskimi kurortami takimi, jak Vichy, Deauville, Arcachon czy Lazurowe Wybrzeże (Riwiera Francuska). Pasażerowie byli bardzo rygorystycznie dzieleni na pierwszą i drugą klasę, pomimo że ci najbardziej zamożni mogli pozwolić sobie na wynajęcie prywatnego wagonu wyłącznie dla siebie. Tak więc Paryż stał się kulturalnym centrum dyktującym trendy całej reszcie świata. Francja okazała się natomiast europejskim liderem w zakresie nauki, medycyny czy edukacji. Niemniej ten sielankowy obraz wcale nie odzwierciedla uczciwie ówczesnej sytuacji panującej w Paryżu. Pod względem ekonomicznym spora grupa ludzi egzystowała na marginesie społecznym i de facto nigdy nawet nie liznęła cudów i rozrywek towarzyszących Belle Époque. Jeszcze przez dziesięciolecia po zakończeniu Pięknej Epoki ubóstwo szerzyło się w dzielnicach Paryża, miejskich slumsach, a także pośród mieszkańców wsi. Polityczny skandal, jaki wybuchł pod koniec XIX wieku we Francji, zwany Aferą Dreyfusa (15 października 1894), stał się przyczyną kryzysu politycznego tudzież społecznego i pociągnął za sobą poważne zmiany w życiu państwa. Głównym bohaterem Afery Dreyfusa (Sprawy Dreyfusa) był francuski oficer Alfred Dreyfus (1859-1935), którego niesłusznie oskarżono i skazano za zdradę państwa. Skandal ten obnażył ciemną stronę antysemickiej i skorumpowanej Francji. Poza tym wciąż utrzymywał się spór pomiędzy Kościołem Katolickim a władzą.


Motorowe omnibusy na ulicy de Clichy w Paryżu w 1914 roku
autor nieznany


Wiosną 1912 roku, czyli u schyłku Belle Époque, do Paryża przyjeżdża Wiktoria Bernat. Czytelnik poznał bohaterkę już w pierwszej części Kobiet z ulicy Grodzkiej. Wtedy też był świadkiem jej dramatycznych narodzin, dorastania, konfliktu z ojcem, zdobywania upragnionego zawodu, jak również wielkiej miłości, która połączyła dziewczynę z zielonookim Filipem Michalskim. Niestety, nie wszystko ułożyło się tak, jak powinno. Pomimo że Wiktoria zdołała wykształcić się na farmaceutkę i przejąć aptekę „Pod Złotym Moździerzem” po ojcu, to jednak jej życie prywatne legło w gruzach. Nie dość, że poznała tragiczną i niechlubną prawdę o Franciszku Bernacie, to jeszcze los wymusił na niej rozstanie z ukochanym. Filip Michalski również bardzo cierpi z tego powodu. W związku z tym decyduje się na wyjazd do Francji, gdzie pragnie podjąć studia medyczne, o których marzy od bardzo dawna. Filip pochodzi z ubogiej rodziny, więc wiele rzeczy przychodzi mu z trudem, ale chłopak nie poddaje się i uparcie dąży do celu.

Pewnego dnia zrozpaczona Wiktoria dowiaduje się, że ona i Filip mogą jednak być razem. Tę radosną wiadomość dziewczyna pragnie przekazać mu osobiście. Nie chce pisać listów, ponieważ nie zastąpią one emocji, które z pewnością pojawią się w momencie spotkania z Filipem twarzą w twarz. Tak więc nasza bohaterka zostawia aptekę pod opieką swojej wspólniczki, zaś pieczę nad domem przekazuje kobiecie, z którą zdążyła się już zaprzyjaźnić i zaufać jej do tego stopnia, iż nie ma najmniejszych wątpliwości, że pani Zuzanna należycie zajmie się jej domowym gospodarstwem. W końcu przychodzi czas, gdy nasza  Wiktoria, z nadzieją w sercu na odnalezienie Filipa, wyrusza w drogę do magicznego Paryża. W podróż udaje się przez Wiedeń, gdzie od jakiegoś czasu mieszka jej młodszy brat Adam. Splot rozmaitych okoliczności sprawił, że Adam musiał uciekać za granicę, aby tam na nowo ułożyć sobie życie. Panna Bernat zabiera ze sobą drugiego z braci – Stefanka. Adam i Stefanek to bliźniacy. Podczas gdy ten pierwszy jest w pełni zdrowy i może sam o siebie zadbać, Stefanek cierpi na skutek komplikacji podczas trudnego porodu, z powodu których zmarła żona Franciszka Bernata. Choć Stefan jest nieco upośledzony umysłowo, to jednak posiada artystyczny talent, który w miarę możliwości rozwija. Wiktoria chce zatem, aby brat został w Wiedniu z Adamem, a ona podąży w dalszą drogę do Paryża.


Wiedeń pomiędzy 1890 a 1905 rokiem
autor nieznany


Kiedy nasza bohaterka dociera do stolicy Francji okazuje się, że rzeczywistość wcale nie odzwierciedla jej oczekiwań. Nie ma przy sobie nazbyt dużo pieniędzy, więc jej pobyt w Paryżu nie może trwać zbyt długo. W dodatku dowiaduje się, że ukochany Filip skończył upragnioną medycynę, lecz jest już związany z inną kobietą, którą niedługo ma poślubić. Jak gdyby tego wszystkiego było mało, Michalski posługuje się nazwiskiem swojej przyszłej żony. Ile zatem zostało z chłopaka, w którym niegdyś zakochała się Wiktoria? Czy młoda kobieta może jeszcze liczyć na to, że ich drogi znów się skrzyżują, a dobry los obdarzy ich szczęściem? Poza tym jest przecież jeszcze klątwa, którą przed śmiercią rzuciła Hanka – biologiczna matka Wiktorii. Jak pamiętamy z pierwszego tomu, zrozpaczona kobieta na łożu śmierci przeklęła wszystkie dzieci Franciszka Bernata, nie wiedząc, że tym samym źle życzy również własnej córce. Czy jest zatem coś, co może zdjąć tamtą klątwę rzuconą w gniewie i rozpaczy?

Wydaje się jednak, że los sprzyja Wiktorii. Kiedy dziewczyna powoli zaczyna myśleć o opuszczeniu Paryża, ponieważ kończą jej się pieniądze, a sytuacja z Filipem nie przedstawia się zbyt optymistycznie, na jej drodze staje niejaki Pascal Castillon du Manon. Od pierwszej chwili piękna Polka wywiera na nim niesamowite wrażenie i od pory Francuz stawia sobie za cel uwiedzenie jej, a może nawet rozkochanie w sobie. Nie wie jednak, że sam również może paść ofiarą miłości, nad którą nie będzie potrafił zapanować. Niemal od pierwszej chwili wiadomo, że Pascal nie jest odpowiednim mężczyzną dla Wiktorii. Natomiast jego siostra Ivonne jak najbardziej nadaje się na przyjaciółkę naszej bohaterki. Niestety, Pscal nie odpuszcza i zastawia sidła na Wiktorię. Czy dziewczyna wykaże się rozsądkiem i odrzuci zaloty Francuza? A może ulegnie im i da porwać się namiętności, nie słuchając mądrych rad Ivonne, która zna swojego brata, jak nikt inny?


Kraków na jednej z pierwszych kolorowych fotografii w historii Polski
Na zdjęciu widać Rynek Główny z 1912 roku.
autor: Tadeusz Rząca (1868-1928)


Drugi tom Kobiet z ulicy Grodzkiej podzielony jest na dwie części. W pierwszej wraz z główną bohaterką czytelnik odwiedza Paryż, gdzie doświadcza niezapomnianej atmosfery sprzed pierwszej wojny światowej. Druga część to powrót do Krakowa i towarzyszenie Wiktorii podczas naprawdę trudnych chwil. Po przyjeździe do domu kobieta musi bowiem stawić czoło naprawdę poważnym problemom, i gdyby nie pomoc bliskich i ich wsparcie, nie wiadomo tak naprawdę, jak zdołałaby przez to wszystko przejść. W dodatku wybucha pierwsza wojna światowa, która swoim okrucieństwem dotyka także Polskę. Mężczyźni idą na front walczyć, zaś kobiety zostają w domach, opiekując się dziećmi i czekając na szczęśliwy powrót swoich mężów, synów, ojców czy braci do domu. Gdy napływają coraz to tragiczniejsze informacje, kobietom pozostaje już tylko modlitwa. Nie wiadomo bowiem, kiedy ten dramat dobiegnie końca. Coraz więcej pogrzebów i coraz więcej rozpaczy po stracie kogoś bliskiego. Wiktorii również nie jest ta sytuacja obca. Czasami można odnieść wrażenie, że los naprawdę się na nią uwziął, a klątwa Hanki nie jest wcale zwykłym przesądem.

Przyznam, że coraz bardziej wciągają mnie losy kobiet z krakowskiej ulicy Grodzkiej, a Lucyna Olejniczak potrafi sprawić, że czytelnik nie ma ochoty odłożyć powieści przed przeczytaniem ostatniej strony. Ponadto Autorka porusza problemy dnia codziennego, które i nam nie są obce, choć żyjemy sto lat później. Możemy zatem poniekąd identyfikować się z bohaterami. Dodatkowo widzimy, w jaki sposób radzili sobie ludzie w obliczu zagrożenia życia czy zdrowia, kiedy nauka nie była jeszcze tak bardzo rozwinięta, jak ma to miejsce obecnie. Tak więc Wiktoria stanowi także ciekawą lekcję historii. Przede mną tom trzeci zatytułowany Matylda, niemniej z niecierpliwością czekam już na część czwartą serii – Weronika – która będzie zarazem ostatnim tomem Kobiet z ulicy Grodzkiej. Mam jednak nadzieję, że Autorka nie poprzestanie na tej serii i jeszcze kiedyś zabierze swoich czytelników do magicznego historycznego Krakowa.