czwartek, 16 maja 2019

Piszę o tym, co mnie osobiście pasjonuje, bulwersuje lub intryguje...





ROZMOWA Z ANNĄ KLEJZEROWICZ




Wywiad został przeprowadzony w dniu 1 października 2012 roku w ramach cyklu „Literat Miesiąca”, oraz z okazji premiery powieści „Czarownica”.



Anna Klejzerowicz to polska pisarka, publicystka, fotograf, redaktor. Gdańszczanka. Autorka wielu powieści kryminalnych i obyczajowych oraz opowiadań grozy. Wcześniej przez wiele lat współpracowała z teatrem Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie jako fotograf i redaktor publikacji teatralnych, pisała oraz fotografowała dla prasy, redagowała książki. Ukończyła resocjalizację, zaś prywatnie uwielbia koty, góry, książki, sztukę, a w szczególności japońskie drzeworyty ukiyo-e, oraz historię i zabytki swojego regionu.



Agnes Anne Rose: Witam Cię, Aniu, serdecznie na moim blogu i dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie, zostając Literatem Października 2012. Generalnie znana jesteś jako specjalistka od kryminałów, jednak Twoja najnowsza książka pod tytułem „Czarownica”[1] to powieść obyczajowa. Co skłoniło Cię do tego, aby tym razem stworzyć tego rodzaju historię? Chciałaś odpocząć od kryminałów czy może spróbować stworzyć coś zupełnie innego?

Anna Klejzerowicz: Jest mi bardzo miło, że mogę gościć na Twoim blogu. Witam też Czytelników. A co do „Czarownicy”, trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie... To chyba najbardziej osobista z moich książek; powstawała etapami, w przełomowych momentach mojego życia. Być może potrzebowałam akurat po prostu takiej odskoczni. Poza tym, ja zawsze lubiłam eksperymentować, próbować nowych rzeczy, staram się sama siebie nie zaszufladkować i nie ograniczać. Zdecydowałam się napisać coś innego i napisałam. Co nie oznacza, że teraz zamierzam poświęcić się wyłącznie literaturze obyczajowej. Piszę to, co mnie akurat inspiruje, i nieważne, czy przybierze to formę kryminału, obyczaju czy opowieści grozy...

A.A.R.: Głównym bohaterem „Czarownicy” jest Michał, mężczyzna po czterdziestce, z którym życie nie obeszło się zbyt łaskawie. Z reguły jest tak, że to kobieta po przejściach ucieka i zaszywa się gdzieś z dala od ludzi, natomiast w Twojej powieści czytelnik ma do czynienia z mężczyzną. Jest to swego rodzaju nowość w literaturze. W związku z tym zapytam wprost. Dlaczego akurat Michał?

A.K.: Michał nie jest głównym bohaterem „Czarownicy”. Jest tylko narratorem. Postacią pierwszoplanową jest zdecydowanie Ada, tytułowa, choć tylko symboliczna czarownica, kobieta skomplikowana, tajemnicza, wyobcowana i nieco demoniczna. Żeby pokazać ją z dystansu, potrzebowałam prostodusznego, trochę naiwnego, lecz także skłonnego do refleksji obserwatora. Chciałam, by był to mężczyzna, gdyż kobiety znacznie szybciej potrafią się rozszyfrować, a jednocześnie nie zawsze bywają wobec siebie obiektywne. W mojej książce zderzyły się dwa światy, różni ludzie nie tylko w sensie płci, ale i charakterów, poglądów, aspiracji, doświadczeń. Te różnice będą zarówno budowały ich wzajemne relacje, jak też wpływały na ich życie.

A.A.R.: W Twoich dwóch powieściach pod tytułem „Sąd Ostateczny” oraz „Cień gejszy” pojawia się postać gdańskiego dziennikarza, Emila Żądło[2]. Obecnie coraz częściej spotyka się autorów, którzy przenoszą swoich bohaterów z jednej historii do drugiej. Czy Ty również dałaś ponieść się tej modzie, czy może zadziałała tutaj zwyczajna sympatia do postaci tego byłego policjanta?

A.K.: To chyba w każdym przypadku jest sympatia dla bohatera. Nie tylko autora, ale także czytelników. Po „Sądzie Ostatecznym” wielu czytelników oczekiwało na kolejne wejście Emila na scenę. A ponieważ sama go polubiłam, no i ponieważ obie powieści związane są z Gdańskiem, więc zatrudniłam go także przy kolejnym śledztwie. Być może nawet nie po raz ostatni. Lubię wracać do starych klimatów i bohaterów. To zresztą nic nowego, ten obyczaj trwa przecież od samego początku istnienia literatury kryminalnej, wystarczy przypomnieć Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot (śmiech).

A.A.R.: W „Cieniu gejszy” odwołałaś się do historii Japonii z początku XX wieku, a dzisiejszy Gdańsk owiany jest tajemnicą Dalekiego Wschodu. Czy pomysł na tego rodzaju powieść zrodził się z Twojej osobistej fascynacji Japonią, czy może jest to jedynie dzieło przypadku?

A.K.: Wziął się z mojej fascynacji nie tyle Japonią, co raczej japońską sztuką, a w zasadzie sztuką oraz historią sztuki w ogóle. To wieloletnia fascynacja, znacznie wyprzedzająca moje pisanie. Materiał wykorzystany w „Cieniu gejszy” zbierałam przez kilkanaście lat. Historię tę opisałam najpierw w cyklu artykułów prasowych, dopiero po latach wykorzystałam ją w powieści, dodając do niej współczesny wątek kryminalny.

A.A.R.: Przeważnie jest tak, że na kartach większości kryminałów w rolę detektywów wcielają się mężczyźni o specyficznym sposobie bycia. W powieści pod tytułem „Ostatnią kartą jest śmierć” czytelnik spotyka Weronikę Daglewską, która w końcu urzeczywistnia swoje marzenie i rozpoczyna działalność detektywistyczną. Zapytam Cię, czym w takim razie różni się kreowanie postaci mężczyzny-detektywa od kobiety, która trudni się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych?

A.K.: Niczym! Płeć nie gra tu żadnej roli. Może z wyjątkiem reakcji bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Ale moja bohaterka nie jest typem kobiety, która by się tym przejmowała. Prędzej wydrapie oczy każdemu, kto ośmieliłby się podważyć jej kompetencje... z powodu płci (śmiech).

A.A.R.: We wspomnianej powyżej powieści czytelnik ma do czynienia również z wróżbami i przepowiadaniem przyszłości. Czy uważasz, że tarot i inne formy magii naprawdę wywierają wpływ na nasze życie i mogą być pomocne w kierowaniu naszymi działaniami?

A.K.: Moja książka mówi o manipulacji. W tym kontekście należy widzieć w niej także kwestię wróżb i wróżek. A więc tak wywierają wpływ. Czy mogą być pomocne? Możliwe, nie wiem. Nie mam zdania na ten temat i nie to było przedmiotem mojego zainteresowania. Moim zdaniem człowiek w swoim życiu powinien kierować się raczej własnym rozumem oraz zwyczajnym zdrowym rozsądkiem. Takie wróżby mogą okazać się niebezpieczne, gdyż wykorzystują psychikę ludzką w momencie, gdy jest ona najbardziej podatna i chwiejna. Bo zazwyczaj w takich właśnie momentach życia szukamy ratunku u najróżniejszych wróżbitów czy uzdrowicieli. Uleganie czyjejś sugestii nie jest najlepszym sposobem na planowanie swego życia. A człowiek łatwowierną jest istotą...

A.A.R.: Aniu, bierzesz również udział w zbiorowych projektach literackich. Przykładem może być tutaj wydana niedawno antologia kryminału pod tytułem „Zatrute pióra” czy mające ukazać się już niedługo „13 ran”[3]. Czy uważasz, że takie wspólne przedsięwzięcia mają jakikolwiek sens, skoro z obserwacji wynika, że większość czytelników woli jednak sięgać po dłuższe formy literackie, jakimi są powieści?

A.K.: Ale my nie piszemy wyłącznie dla większości czytelników, lecz także dla mniejszości. Mniejszość to przecież nie znaczy gorszość, a czasem wręcz przeciwnie, w tym przypadku są to ci najbardziej wysmakowani i świadomi czytelnicy, którzy potrafią docenić zalety literackie krótkiej formy, zapisanej w tradycji nie tylko kryminału (choć ten akurat gatunek właśnie z krótkiej formy się wywodzi), ale w ogóle w tradycji literatury pięknej. Trudniej napisać i chyba trudniej także czytać krótkie formy. Jednak jeśli ktoś szerzej interesuje się literaturą a nie tylko lubi czytać, bo to są dwie różne sprawy, to nie sposób ich pominąć, podobnie jak nie da się zignorować poezji czy dramatu. Naszym zamiarem było także przekonanie czytelników, że lektura opowiadań może być równie wspaniałą przygodą jak czytanie powieści. Wszystko może mieć swój czas. Szkoda życia na uprzedzenia!

A.A.R.: Twoją pasją od dzieciństwa są historia sztuki i archeologia. Czy te niecodzienne zainteresowania w jakiś sposób pomagają Ci w pisaniu?

A.K.: Nie wiedziałam, że one są niecodzienne... Zainteresowania jak zainteresowania. Jeden interesuje się sportem, inny sztuką. Na szczęście (śmiech). Czy pomagają? Na pewno nie przeszkadzają. Ja piszę o tym, co mnie osobiście pasjonuje, bulwersuje lub intryguje. Więc te zainteresowania wykorzystuję po prostu w swoich książkach.

A.A.R.: Wydaje mi się, że niewielu czytelników wie, iż jesteś także autorką powieści pod tytułem „Muszę poznać prawdę”. Jest to historia kryminalna o tematyce górskiej. Czy mogłabyś powiedzieć coś więcej na ten temat?

A.K.: A rzeczywiście, bo to jest historia, która wyszła tylko w wydaniu broszurowym, gazetowym, dawno temu. Mój pierwszy w życiu kryminał (śmiech). Niestety byłam wtedy naiwna i sprzedałam wydawcy prasowemu wszelkie prawa autorskie, muszę ją więc spisać na straty. Nie mam pojęcia, czy ma szanse jeszcze kiedyś ujrzeć światło dzienne. Nawet tytuł mi zmienili, bo mój własny brzmiał: „Negatyw”. To była taka kryminalna historyjka górsko-fotograficzna. A konkretnie główna bohaterka, zawodowy fotograf, dociera do prawdy dzięki swoim zdjęciom i w ten sposób rozwiązuje zagadkę wyrafinowanej zbrodni, której tłem jest tatrzańskie schronisko w zimowej aurze. Mam wielką nostalgię do tej historii, ale cóż przepadła.  Chyba że kiedyś dogadam się z wydawcą i zrobię z tego jakiś e-book... Żeby nie zatonęło całkowicie w mrokach czasu. Bo inaczej bez pełni praw autorskich nikt mi tego nie wyda.

Wydawnictwo: Prószyńki i S-ka
Warszawa 2012
A.A.R.: Pasjonujesz się także fotografią. Fotografujesz przyrodę, a także ilustrujesz własne teksty autorskimi zdjęciami. Myślę, że to zainteresowanie jest niezwykle pomocne w przypadku tworzenia opisów, którymi ubogaca się fabułę danej książki. Czy, w związku z tym, zdarzyło Ci się kiedykolwiek przenieść na karty swoich powieści obrazy uwiecznione na fotografiach, lecz nie w formie zdjęć, a słów?

A.K.: Owszem, na przykład w nowelce „Pejzaż z wozem konnym” w antologii „Narracje. 6 opowiadań o Gdańsku”. Najpierw zrobiłam cykl zdjęć w zabytkowej części Wrzeszcza (jest to stara dzielnica Gdańska), które następnie stały się tłem mojego opowiadania. To tylko taki najbardziej wyrazisty przykład. Bo tak jak w fotografii zawsze pociągały mnie pewne określone tematy czy klimaty, tak samo w pisaniu, choćby podświadomie, po podobne sięgam.

A.A.R.: Kiedy stwierdziłaś, że pisanie to jest to, co chciałabyś w życiu robić? Czy już jako mała dziewczynka wiedziałaś, że któregoś dnia napiszesz książkę?

A.K.: A wiesz, że chyba tak (śmiech). Zawsze wiedziałam, że kiedyś to zrobię. Próbowałam zresztą od dziecka. Oczywiście wielokrotnie... bo cierpliwości dziecku niestety brakowało. Ale, odkąd pamiętam, coś tam sobie skrobałam.

A.A.R.: Dlaczego wybrałaś akurat pisanie kryminałów? Czy to jest ten gatunek literacki, który pociąga Cię najbardziej, czy może był to zwykły przypadek?

A.K.: Nie zaczynałam od kryminałów, tylko od opowieści grozy. Kryminał przyszedł później. Jednak chyba tak, chyba rzeczywiście ten gatunek pociąga mnie najbardziej, nie tylko zresztą jako autora, ale także, a może nawet przede wszystkim jako czytelnika. Takie decyzje nigdy nie są kwestią przypadku. Kryminał to gatunek bardzo nośny, można w nim przekazać różne treści w atrakcyjnej formie. Kto czyta moje artykuły o sztuce japońskiej? Mała garstka zapaleńców. Tymczasem „Cień gejszy” ma mnóstwo fanów, których udało mi się zarazić swoją pasją, a także utrwalić w ich pamięci pewne ważne dla mnie wartości kulturowe. Podobnie jak moje opowiadanie, zatytułowane „Zatruta krew” w antologii kryminału „Zatrute pióra”. Dotyczy poważnej kwestii społecznej, porusza wciąż aktualny problem historycznych uprzedzeń i nietolerancji. Lecz gdybym napisała o tym na przykład felieton, dotarłby on co najwyżej do niewielkiej liczby zainteresowanych. Co innego, gdy pokaże się czytelnikom, czarno na białym, jak groźna w skutkach w wymiarze pojedynczych, zwykłych ludzi może okazać się taka postawa, szczególnie gdy natrafi na podatny grunt. Dlatego kryminał jako gatunek cenię sobie wysoko.

A.A.R.: Aniu, pojawiają się głosy, że polscy autorzy specjalizujący się w pisaniu kryminałów piszą je zbyt delikatnie, używając zbyt grzecznego języka, co w konsekwencji sprawia wrażenie swego rodzaju sztuczności. Czy zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

A.K.: Całkowicie się z tym nie zgadzam. Polscy autorzy kryminałów piszą bardzo różnie. Nie uważam, żebyśmy musieli naśladować obcą literaturę, w szczególności w sposób tak powierzchowny jak brutalizacja języka. Dla mnie to naciągane argumenty, obawiam się, że osoby, które tak uważają, po prostu zbyt mało polskich kryminałów czytały. A ja akurat czytam ich dużo, gdyż od lat recenzuję je dla serwisu „Zbrodnia w Bibliotece”. I naprawdę są bardzo różne, tak jak różnią się ich autorzy. Mnie to bardzo cieszy. Niech literatura będzie zróżnicowana, nie na jedno kopyto. Nie wymagajmy, żeby Polak pisał jak Amerykanin, bo nasza kultura, tak jak i nasza codzienność, różni się od tej amerykańskiej. I ma się różnić. Nie cierpię unifikacji. Niech każdy pisze po swojemu.

A co do zarzutu sztuczności, nie ma dla mnie nic bardziej sztucznego od popularnej amerykańskiej sensacji. Czy to w literaturze, czy w filmie. Gdzie bohater zazwyczaj jest piękny, sprawny, politycznie poprawny, odważny do granic absurdu i szlachetny niczym kandydat na świętego (tyle, że mocno przeklina). Możliwe, że nie jestem obiektywna. Lecz kiedy po raz kolejny biorę do ręki książkę, będącą wierną kalką poprzedniej, z tymi samymi pościgami, strzelaninami, bójkami, a nawet bohaterami tyle, że nazwanymi inaczej to odkładam, bo szkoda mi już czasu na sztampę.  

A.A.R.: Zapewne pracujesz już nad kolejną powieścią. Czy tym razem czytelnicy również mogą spodziewać się jakiejś mrożącej krew w żyłach historii kryminalnej, czy może będzie to książka podobna do „Czarownicy”.

A.K.: Odpowiem dyplomatycznie: będzie to coś pośredniego. Mam nadzieję, że jeszcze raz uda mi się zaskoczyć moich Czytelników (śmiech). Książka jest już w zasadzie ukończona i znajduje się w najbardziej właściwych rękach, czyli w rękach wydawcy. A ja pomału zabieram się za kolejną. 

A.A.R.: Aniu, serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i życzę Ci tego, czego powinno życzyć się każdemu pisarzowi, czyli rzeszy wiernych i oddanych Czytelników.

A.K.: To dla nich piszemy. Więc, korzystając z Twojej gościny, wszystkich ich bardzo serdecznie pozdrawiam. Dziękuję, Agnieszko. Było mi u Ciebie bardzo miło. 



Rozmowa i redakcja
Agnes Anne Rose









[1] Do tej pory na rynku wydawniczym ukazały się trzy tomy cyklu „Czarownica”, tj.: „Czarownica”, „Córka czarownicy” i „Sekret czarownicy”.

[2] Do tej pory ukazało się sześć tomów cyklu z Emilem Żądło, tj.: „Sąd Ostateczny”, „Cień gejszy”, „Dom naszej pani”, „Zaginione miasto”, Księga wysp ostatnich”, i „Pamiętaj o śmierci”.

[3] Premiera „13 ran” miała miejsce 30 października 2012 roku i obok opowiadania Anny Klejzerowicz można znaleźć tam utwory takich autorów, jak: Edward Lee, Stefan Darda, Graham Masterton, Magdalena M. Kałużyńska, Aleksandra Zielińska, Carlton Mellic III, Robert Cichowlas i Kazimierz Krycz Jr, Rick Hautala, Rob Kayman, Jonathan Maberry, Łukasz Radecki oraz Jack Ketchum. 





piątek, 12 kwietnia 2019

Nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów...






ROZMOWA Z ANTONIĄ MICHAELIS



Wywiad został przeprowadzony przy współpracy Wydawnictwa Dreams 
w dniu 1 lutego 2013 roku w ramach cyklu „Literat Miesiąca”, oraz z okazji polskiego wydania powieści „Baśniarz”.





Antonia Michaelis urodziła się w północnych Niemczech. Pierwsze dwa lata życia spędziła w niewielkiej wiosce nad Morzem Bałtyckim. Potem przeprowadziła się na południe Niemiec i tam, wraz ze swoimi szalonymi rodzicami oraz kotami różnej maści, spędziła dzieciństwo i okres dorastania. Opowiadania zaczęła pisać w bardzo młodym wieku. Po skończeniu szkoły, Antonia Michaelis opuściła Niemcy i na rok przeniosła się na południe Indii. Pracowała w szkole w pobliżu Madrasu jako nauczycielka angielskiego, sztuki i aktorstwa. Po powrocie do kraju podjęła studia na wydziale medycyny. Podróżowała też do Turcji, Włoch, Grecji, Syrii i Wielkiej Brytanii. Do tej pory w Polsce ukazało się kilka książek Antonii Michaelis adresowanych do dzieci i młodzieży, w tym ta najważniejsza i najbardziej wzruszająca: „Baśniarz”.



Agnes Anne Rose: Na wstępie bardzo serdecznie chciałabym podziękować Pani za wyrażenie zgody na udzielenie wywiadu. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt gościć Panią na swoim blogu, który prowadzę dla miłośników literatury w Polsce. Pisze Pani książki adresowane do dzieci i młodzieży. Myślę, że to bardzo wymagający czytelnicy. Skąd pomysł, aby tworzyć literaturę właśnie dla tej grupy czytelników?

Antonia Michaelis: Piszę także dla dorosłych, tylko że trudniej mi było te książki wydać. Dopiero teraz coś się ruszyło w tym kierunku. Dzieci i dorośli są do siebie bardzo podobni. Podział na literaturę dla dzieci, młodzieży czy dorosłych jest ogólnie trudny. Moim zdaniem, dobre książki dla młodych czytelników powinny być w pewnej mierze adresowane także do dorosłych, natomiast dobre książki dla dorosłych powinny im pozwalać na to, aby od czasu do czasu powracać do swojej dziecięcej natury. Nie ma niczego gorszego, niż – jako rodzic nie mający wyboru – czytać swojemu dziecku coś śmiertelnie nudnego. Staram się wbudowywać w moje książki dla dzieci podwójne dno oraz kilka żartów, które rozumieją z reguły tylko dorośli.



AAR: Czy młodzi czytelnicy są bardziej krytyczni?

AM: Myślę, że nie. Kto chce narzekać, zawsze znajdzie do tego powód, niezależnie od wieku.

AAR: Czy trudniej jest pisać dla dzieci, ponieważ ma się misję wychowawczą? Ponieważ książki współkształtują dzieci i młodzież?

AM: Być może. Ale ja nie piszę nienagannych pod względem wychowawczym i politycznie poprawnych utworów. Obawiam się, że tego nie potrafię.

AAR: W nawiązaniu do poprzedniego pytania, chciałabym zapytać dla kogo, Pani zdaniem, pisze się trudniej: dla dzieci czy dla młodzieży, która zaczyna stawiać pierwsze kroki w dorosłym życiu?

AM: Nie mam pojęcia. Po prostu siadam i piszę daną historię. Trudności polegają raczej na tym, co – zdaniem wydawnictw – dzieci i młodzież powinny czytać, a czego nie. W przypadku najmłodszych odbiorców, wiele kwestii należy do tematów tabu, natomiast przy młodzieży można odważyć się na więcej. Ja nie piszę tylko dla trzynastolatek albo czterdziestodwuletnich mężczyzn. Ja piszę dla ludzi. Wszyscy, niezależnie od wieku, i tak się od siebie różnimy.

AAR: Czy od dziecka marzyła Pani o tworzeniu literatury? Bo przecież studiowała Pani medycynę, która z literaturą ma raczej niewiele wspólnego. Chyba że w kontekście naukowym.

AM: Zaczęłam pisać już w wieku pięciu lat (szczerze mówiąc, niezbyt dobrze). Medycynę studiowałam dlatego, bo chciałam wyjechać za granicę i tam podjąć pracę. Jakoś nigdy do tego nie doszło. Wprawdzie często podróżowałam i pracowałam w zagranicznych szpitalach, ale w końcu zawsze lądowałam tutaj (blisko polskiej granicy). Po prostu lubię tutejszy krajobraz; i oczywiście kompletnie nie nadawałam się do tego, by pracować jako lekarz. Ukończyłam studia medyczne i od razu przestałam marnować czas na zastanawianie się nad tym, by pozostać w zawodzie.

 Wydawnictwo Dreams
Rzeszów 2012
Tytuł oryginału: 
Der Märchenerzähler
Przekład: Renata Ożóg
AAR: Czytając Pani biografię dowiedziałam się, że przez pewien czas mieszkała Pani w Indiach. Czy pobyt w tak egzotycznym kraju wpłynął w jakiś sposób na powstanie przepięknej baśni pod tytułem „Tygrysi księżyc”?

AM: Jasne. Przez cały czas rozmawiałam tam z białymi niedźwiedziami. Na szczęście przeżyłam wszystkie moje podróże po Indiach i ani razu nie musiałam inkarnować.

AAR: Zauważyłam też, że lubi Pani podróżować. W jaki sposób zwiedzanie świata wpływa na Pani twórczość?

AM: Podróżowanie ma na moją twórczość taki wpływ, że niektóre z książek piszę dwa razy: pierwszy raz ręcznie, bo właśnie wędruję po Himalajach albo jestem gdzieś indziej, a potem przepisuję wszystko na komputer, dla wydawnictw oczywiście.

AAR: W Polsce jak do tej pory ukazało się pięć Pani książek, z których każda na swój własny sposób wywarła wrażenie na czytelnikach. Mam tutaj na myśli takie książki, jak: „Tygrysi księżyc”, „U nas w Ammerlo”, „Lato w Ammerlo”, „Mikołajowe historie”, „Baśniarz”. Ta ostatnia stała się swego rodzaju fenomenem.

AM: Nie. „Mikołajowe historie” ukazały się po polsku? Naprawdę? Zabawne. To nie jest książka, tylko raczej zamówiony przez pewne wydawnictwo zbiór absolutnie krótkich i kompletnie nudnych historyjek, stworzonych po to, aby męczyć małe dzieci, które popełniły poważny błąd, decydując się nauczyć czytać.

AAR: Czy pomysł na napisanie tak wyjątkowej książki, jaką jest „Baśniarz” dojrzewał w Pani od lat, czy może jest on kwestią przypadku i podeszła Pani do tej powieści spontanicznie?

AM: Pomysł ten już od dawna krążył w mojej głowie, ale był bardzo mglisty. Potem przez rok nad nim rozmyślałam, aż w końcu zaczęłam pisać. Czy jest tak niezwykły? Właściwie to nie. Ta historia tylko NIEZWYKLE I ZUPEŁNIE PRZYPADKOWO przypadła do aktualnego gustu dużej ilości czytelników. I to jest trochę niepokojące.

AAR: W „Baśniarzu” porusza Pani problem trudnego dojrzewania. Czy nie obawiała się Pani, że właśnie tak dramatyczne przedstawienie wieku dorastania sprawi, że książka będzie poddawana fali krytyki?

AM: Ja nie tylko się tego obawiałam, ale to WIEDZIAŁAM. W Internecie, w Niemczech i Ameryce, aż roi się od pełnych nienawiści komentarzy. Zasadniczo dorośli pragną chronić młodzież przed moimi książkami. Jednak, co ciekawe, większość młodych ludzi wcale nie chce ratunku. Nie zależy mi na tym, aby młodzież podzielała moje przekonania w każdej kwestii, ale żeby sama myślała i miała swoje zdanie. I właściwie to potrafi, tylko dorośli często o tym nie wiedzą. Oczywiście w „Baśniarzu” nie chodzi tylko o dorastanie, lecz o wiele więcej, ale teraz nie będę tego wyjaśniać, bo po to napisałam książkę.

AAR: Wiele osób zalicza „Baśniarza” do literatury fantasy. Mnie się wydaje, że to bardziej powieść obyczajowa. Może nawet w pewnym stopniu kryminał. Skąd, Pani zdaniem, takie przekonanie? Czyżby ze względu na baśń, którą Abel opowiada?

AM: Fantasy? Naprawdę? W takim razie „Baśniarz” musi być w Polsce odbierany w jakiś szczególny sposób, bo to jest jedyna kategoria, do której z całą pewnością się NIE zalicza. Może to z powodu baśni, ale nie mam pojęcia. Prawdę mówiąc, jestem tym zaskoczona. Czy fantasy to nie raczej smoki i inne światy, które trzeba przed smokami albo przy ich pomocy ratować? W Niemczech „Baśniarz” na przemian zaliczany jest do kategorii: thriller, historia miłosna oraz przede wszystkim dramat społeczny. Kryminałem (według niemieckiej klasyfikacji) nie jest, gdyż jednym z bohaterów musiałby być detektyw, albo ktoś w tym rodzaju.

AAR: Jest Pani młodą i utalentowaną pisarką, przed którą kariera literacka stoi otworem. Dlatego zapytam, czy nie myśli Pani napisać powieści adresowanej wyłącznie do osób dorosłych? A może taka powieść już powstała?

AM: Czy jestem utalentowana, tego nie wiem. Raczej sądzę, że po prostu nic innego nie potrafię. W robieniu na drutach jestem kompletną nogą, a kiedy śpiewam, wszyscy uciekają. Czyli pozostaje mi pisanie, jako jedyna forma wyrazu artystycznego. W marcu*, nakładem wydawnictwa Knaur ukaże się książka „Paradies für Alle” („Raj dla wszystkich”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.). Poza tym w pewnym maleńkim wydawnictwie wydałam: „Der letzte Regen” („Ostatni deszcz”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.), to też jest utwór skierowany do dorosłych. Moja nowa książka wydana w wydawnictwie Oetinger pod tytułem „Solange die Nachtigal singt” („Dopóki śpiewa słowik”; w wolnym tłumaczeniu; przyp. tłum.)** jest także adresowana raczej do dorosłych czytelników. W każdym razie, tak piszą o niej (prawie) wszyscy Internauci.

AAR: Którą z książek darzy Pani największą sympatią i dlaczego, a nad którą pracowało się Pani najtrudniej?

AM: Lubię wszystkie moje książki, ponieważ (mam nadzieję) każda jest inna. Jeśli teraz wymieniłabym jakiś tytuł, reszta by się obraziła, na pewno. Czasem mam lekkie pióro, innym razem praca idzie jak po gruzie. Pisanie jest łatwe, korygowanie okropne. Natomiast skracanie (co zawsze muszę robić) jest koszmarne.

AAR: Czy oprócz tworzenia literatury ma Pani jeszcze inne pasje, którym oddaje się Pani w wolnych chwilach?

AM: Spanie i jedzenie. Poza tym pracuję. Urządzam także występy teatralne z udziałem dzieci i dorosłych, udzielam dodatkowych lekcji dla dzieci z rodzin w trudnej sytuacji życiowej w mojej miejscowości, wychowuję dwójkę własnych dzieci (w wieku półtora roku i czterech lat), biorę udział w spotkaniach autorskich w szkołach i księgarniach.

AAR: Myślę, że polscy Czytelnicy bardzo chętnie spotkaliby się z Panią w Polsce, szczególnie teraz, kiedy po sukcesie „Baśniarza” jest Pani jedną z bardziej znanych światowych pisarek tworzących dla dzieci i młodzieży. Czy gdyby otrzymała Pani zaproszenie przyjazdu do Polski, skorzystałaby Pani z niego?

AM: Jasne. Tak przy okazji wspomnę, że moja najlepsza przyjaciółka z czasów szkolnych była Polką. To znaczy, nadal jest Polką. Niestety nigdy mnie nie nauczyła swojego języka, a ja, wstyd się przyznać, znam tylko dwa słowa po polsku. Może polscy Czytelnicy nauczą mnie więcej? Na przykład Kurzwarenhändler (sprzedawca pasmanterii, w domyśle: handlarz narkotyków; odnośnik do książki, w której główny bohater właśnie tym się zajmuje; przyp. tłum.). To byłoby słowo, od którego można by zacząć naukę języka polskiego.

AAR: Serdecznie dziękuję za rozmowę i z niecierpliwością będę czekać na kolejne Pani książki, które (mam nadzieję) będą sukcesywnie pojawiać się na polskim rynku wydawniczym.



Rozmowa i redakcja: Agnes Anne Rose
Przekład z języka niemieckiego: Renata Ożóg (tłumaczka „Baśniarza”)





______________________________
Chodzi o marzec 2013 roku.
** Polska premiera powieści miała miejsce 7 marca 2014 roku. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Dreams w tłumaczeniu Mirosławy Sobolewskiej. 







piątek, 1 marca 2019

Marcin Brzostowski – „Międzynarodowy Dzień Mafii”






PATRONAT MEDIALNY

RECENZJA PREMIEROWA






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autora. Dziękuję!


Wydawca: E-BOOKOWO
Będzin 2019
E-BOOK/WYDANIE PAPIEROWE



„Mafia” to słowo, które większości z nas kojarzy się z Sycylią, gdzie swoją działalność prowadzą bądź prowadziły zorganizowane grupy przestępcze posiadające ogromne wpływy i powiązania z osobami na różnych szczeblach władzy, a także prowadzące działalność gospodarczą, która finansowana jest z dokonywanych przestępstw. Z kolei w kontekście literackim, mówiąc „mafia” zazwyczaj mamy na myśli Amerykę i nieśmiertelnego Ojca chrzestnego autorstwa Mario Puzo.  Jedna z legend mówi natomiast, że samo słowo „mafia” pochodzi od pierwszych liter hasła, które towarzyszyło Sycylijczykom podczas niewoli francuskiej, jaką przeżywali pod panowaniem dynastii Andegawenów, a brzmiało ono następująco: Morte Alla Francia Italia Anela, czyli Śmierć Francuzom hasłem wszystkich Włochów.

Wyobraźmy sobie zatem, że mafia posiada tak ogromną władzę, iż pewnego dnia zupełnie legalnie zostaje ogłoszony Międzynarodowy Dzień Mafii. Jest to święto naprawdę wyjątkowe, ponieważ wtedy nawet najtwardszy gangster musi zmięknąć i zapomnieć o tym, czym zajmuje się na co dzień. Dlaczego? Skąd taka nagła zmiana w zachowaniu mężczyzn, którzy każdego innego dnia potrafią być bezwzględni? Tego czytelnik dowie się dopiero wtedy, gdy sięgnie po najnowszą mini powieść Marcina Brzostowskiego. Na kartach swojej książki Autor ponownie wraca do postaci nieprzeciętnego i naprawdę godnego uwagi inspektora Franco Foga, którego mieliśmy już okazję poznać zarówno w Zemście kobiet, jak i dwóch krótkich opowiadaniach zatytułowanych Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki i Mroczna tajemnica sgt. Adeli White.

Podobnie, jak w poprzednich książkach, Franco Fog tym razem również musi rozwiązać zagadkę, która wydaje się niesamowicie skomplikowana. Otóż, zbliża się tytułowy Międzynarodowy Dzień Mafii, a wraz z nim samobójstwa popełniają gangsterzy nie tylko ci działający na terenie Polski, ale także ci, którzy swoją przestępczą działalność prowadzą w innych krajach świata. Informacja o pierwszym podejrzanym samobójstwie gangstera zastaje inspektora w mieszkaniu jego życiowej partnerki, Małej Sylwii, która wcale nie jest postacią bez znaczenia, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Kiedy natomiast przychodzą wiadomości o kolejnych podejrzanych zgonach mafiosów, Franco Fog zaczyna coraz głębiej angażować się w śledztwo i coraz bardziej nabierać pewności, że za tymi samobójstwami kryje się coś więcej, niż tylko zwykła depresja gangstera. W dodatku mafiosi, jak gdyby się zmówili. Udają się bowiem na łono Abrahama w tym samym czasie. Czyżby nagle zgodnie postanowili oczyścić świat z przestępczości, eliminując samych siebie? Chyba nie. To byłoby zbyt proste. Coś tu ewidentnie nie gra i Franco Fog bez wątpienia dowie się, o co w tym wszystkim chodzi, nawet gdyby miał w tym celu poruszyć niebo i ziemię, nie spać po nocach i przesłuchać tysiące świadków.

Międzynarodowy Dzień Mafii to książka, która posiada swoje drugie dno. Aby je odkryć, czytelnik nie możne potraktować jej bezrefleksyjnie. Gangsterzy to tak naprawdę przedstawiciele nie tylko tej konkretnej grupy społecznej, ale przede wszystkim reprezentanci tych mężczyzn, którzy nie potrafią zrozumieć, że kobieta może być dla nich takim samym partnerem, jak inni mężczyźni. Męscy bohaterowie nie przyjmują bowiem do wiadomości, że kobietę stać na coś znacznie więcej, niż tylko dostarczanie im przyjemności albo piętrzenie coraz to nowych problemów. To oni są tymi, którzy rządzą światem, zapewniają byt rodzinie, a o jakimkolwiek równouprawnieniu nawet nie chcą słyszeć. W ich mniemaniu tak popularny dziś feminizm jest czymś zgoła złym i przybiera postać karykaturalną, co może wynikać ze strachu przez nieznanym lub obawą przed odwetem ze strony kobiet w odpowiedzi za lata złego traktowania. Z kolei kobiety też nie są lepsze, ponieważ – podobnie, jak mężczyźni – żyją stereotypami, uważając, że są stworzone jedynie do usługiwania mężczyznom, a jeśli już zdarzy im się jakiegoś pokochać, to są w stanie zrobić dla niego dosłownie wszystko.

Najnowsza książka Marcina Brzostowskiego to przede wszystkim opowieść o konfliktach damsko-męskich, których źródłem są uprzedzenia, tradycje kulturowe, a także obawa przed tym, że można zrobić coś, co nie zostanie dobrze przyjęte w społeczeństwie, a to może przecież znacząco ograniczyć wolność jednostki. Z jednej strony istnieje wyraźny podział na mężczyzn i kobiety i najlepiej byłoby, aby w ważnych sprawach mężczyźni i kobiety nie wchodzili sobie w drogę, skupiając się jedynie na tym, do czego są stworzeni, a z drugiej widać, że taki obraz świata jest nieco męczący zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. Możliwe, że jakieś zmiany chętnie zostałyby przyjęte, ale pojawia się obawa, że przecież nie będzie to dobrze widziane przez otoczenie i jedyne, co im pozostanie, to ośmieszenie się i wstyd. Niemniej kobiety żyjące w cieniu swoich mężczyzn mogą wydawać się silniejsze od nich, bo przecież każdego dnia muszą zmagać się z problemami świata wykreowanego przez męską część populacji.

Międzynarodowy Dzień Mafii nie jest tak naprawdę kontynuacją losów inspektora Franco Foga, a jedynie opowiedzeniem kolejnej historii z jego życia. Tak więc czytelnicy, którzy jeszcze nie zetknęli się z tym bohaterem w poprzednich książkach Autora, mogą śmiało rozpocząć z nim przygodę właśnie od tej mini powieści. Nie jest to pierwsza książka Marcina Brzostowskiego, na kartach której poruszane są istotne problemy społeczne ukryte pod płaszczem absurdu, sarkazmu i humoru. Autor pokazuje, że wszelkiego rodzaju konflikty damsko-męskie kreowane są tak naprawdę przez samych zainteresowanych i tylko oni są w stanie coś zmienić. Dopóki nie pojawi się tolerancja i porozumienie pomiędzy kobietami i mężczyznami, próżno jest oczekiwać jakiejkolwiek zmiany istniejącej sytuacji.

Dodatkowym atutem tej książki jest prosty i zrozumiały język, a do tego dużo dialogów, zamiast przydługich i czasami wręcz zupełnie niepotrzebnych opisów. Polecam tę mini powieść każdemu, kto ma ochotę na historię opowiedzianą z przymrużeniem oka zanurzoną w surrealizmie, ale na pewno nie bezrefleksyjną, lecz zmuszającą do zastanowienia się nad naszymi wzajemnymi relacjami.







Książka do nabycia m.in. na stronie Wydawnictwa E-BOOKOWO.





czwartek, 15 listopada 2018

Ośmiu najbardziej krwawych rzymskich cesarzy






Bezwzględni i brutalni rzymscy cesarze słynęli przede wszystkim z tego, iż podczas swojego panowania stosowali niewyobrażalny terror. Lecz którego z nich można określić mianem najbardziej krwawego cesarza, skoro każdy miał na sumieniu niezliczoną liczbę okrucieństw? Przyjrzyjmy się zatem bliżej ośmiu najbardziej krwawym władcom Imperium Rzymskiego.

Wielu z nas zna rzymskich cesarzy i potrafi nawet wymienić ich z imienia. Wiadomo, że byli gniewni, źli i bardzo niebezpieczni. Któż nie zna Luciusa Domitiusa Ahenobarbusa, który po adoptowaniu przez Klaudiusza (10 p.n.e.-54 n.e.) zmienił imię na Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus i zapisał się w historii jako okrutny Neron mordujący chrześcijan? Albo któż z nas nie słyszał o Kaliguli, który torturował i mordował bez mrugnięcia okiem? W rzeczywistości – jak podkreślają historycy – wielu cesarzy z poniższej listy było naprawdę kompetentnych w kwestii wykonywania swojej funkcji władcy, a nawet nieprzeciętnie utalentowanych, jeśli chodzi o zarządzanie państwem. Niemniej niektóre mroczne opowieści na ich temat nie zawsze były jedynie wytworem wyobraźni tego, kto puszczał je w obieg. Z kolei niektóre z „przestępstw”, których dopuścili się owi władcy, a które szokowały ówczesne społeczeństwo, jak na przykład skłonność do publicznych wystąpień, dziś nikogo by już nie oburzyły. Tacy cesarze, jak Neron czy Domicjan, przeszli natomiast do historii jako przykłady nieobliczalnych, paranoicznych tyranów. Inni zaś, jak Dioklecjan, byli doskonałymi administratorami i dzięki temu ich rządy należały do naprawdę udanych. Jeśli natomiast ktoś z poddanych był chrześcijaninem, to wtedy musiał na siebie bardzo uważać, ponieważ jego życie stale było zagrożone. Nawet pod władzą najgorszych cesarzy, Rzym wciąż funkcjonował, ale zaangażowanie w życie publiczne mogło stać się zdecydowanie niebezpiecznym zajęciem. 

Tyberiusz, Tiberius Claudius Nero (42 p.n.e.-37 n.e.; rządy: 14-37)

Tyberiusz był następcą Oktawiana Augusta (63 p.n.e.-14 n.e.). August bardzo nie chciał, aby Tyberiusz objął kiedyś po nim władzę w Imperium Rzymskim. Na swego sukcesora wyznaczył go dopiero po przedwczesnej śmierci swoich wnuków, Gajusza (20 p.n.e.-4 n.e.) i Lucjusza (17 p.n.e.-2 n.e.), oraz po wygnaniu ich młodszego brata, Agryppy Postumusa (12 p.n.e.-14 n.e.), co sprawiło, że Tyberiusz stał się jedynym po linii prostej spadkobiercą żyjącego jeszcze cesarza. Tyberiusz był utalentowanym dowódcą wojskowym i szanował autorytet Senatu. Jego plany na przyszłość były jednak coraz bardziej podejrzane i mroczne, co pozwoliło mu zyskać pewną grupę zwolenników i ostatecznie doprowadziło do ostrego sporu z Agrypiną Starszą (ok. 14 p.n.e.-33 n.e.), która była wdową po wojennym bohaterze i jednocześnie bratanku Tyberiusza – Germaniku (15 p.n.e.-19 n.e.). Niestety, Tyberiusz polegał na ambitnym i bezwzględnym Luciusie Aeliusie Seianusie, znanym jako Sejan (20 p.n.e.-31 n.e.), który nie stronił od stosowania terroru. Okrutna działalność Sejana zakończyła się dopiero wtedy, gdy Tyberiusz dowiedział się, iż jego ulubiony żołnierz planuje przejąć władzę. Kazał go więc aresztować i stracić.


Wygnanie Tyberiusza
Obraz pochodzi z 1850 roku.
autor: Félix Joseph Barrias (1822-1907)


Od tamtej pory Tyberiusz zaczął cierpieć na obsesyjną podejrzliwość wobec wszystkich, którzy go otaczali. Wycofał się na wyspę Capri i tam ustanowił prawo, na podstawie którego każdy, kto dopuści się zdrady (maiestas) albo kogo Tyberiusz będzie o taką zdradę podejrzewał, zostanie skazany na śmierć. Rzymscy historycy, Swetoniusz (ok. 69-130) i Tacyt (ok. 55-120), ukazują nam zatem obraz Tyberiusza żyjącego na Capri jako zdeprawowanego pod względem seksualnym drapieżnika. Taki portret cesarza może nie być do końca prawdziwy, co jednak możemy zawdzięczać bardziej kolorowej wyobraźni historyków, niż twardym faktom. Z drugiej strony prawdą jest, że Tyberiusz topił w morzu każdego wroga, który stanął mu na drodze, a którego cesarz chciał się pozbyć. W porównaniu do swoich niektórych następców, Tyberiusz nie był potworem, ale z pewnością nadał ton temu, co miało dopiero nadejść.

Kaligula, Gaius Iulius Caesar Germanicus (12-41; rządy: 37-41)

Kaligula umieszcza prochy swej matki 
i brata w grobowcu przodków
Obraz został namalowany w 1647 roku.
autor: Eustache Le Sueur (1617-1655)
Gajusz, czyli Kaligula zwany też „bucikiem”[1] jest znany przede wszystkim ze swych ekscentrycznych działań, takich jak wypowiadanie wojny morzu albo ogłaszanie samego siebie bogiem. Jego rządy zaczęły się całkiem obiecująco, lecz po poważnym ataku choroby rozwinęła się u Kaliguli paranoja, która doprowadziła go do niepokojąco chaotycznego zachowania. Prawdopodobnie był także uwikłany w kazirodczy związek ze swoją siostrą, Julią Druzyllą (16-38), którą nazwał swoją spadkobierczynią. Gajusz czerpał szczególną radość z upokarzania członków Senatu, twierdząc, że mógłby w nim zasiadać każdy, nawet jego własny koń. Nie jest jednak prawdą, że Kaligula kiedykolwiek przyprowadził do Senatu swego ulubieńca. To tylko legenda, którą powtarzano tak uparcie, że w końcu wielu w nią uwierzyło. Jako syn germańskiego wybitnego generała, Gajusz pragnął podnieść swe militarne kwalifikacje, chociaż jego kampania w Germanii (obecnie Niemcy) zapewniła mu niewiele korzyści, zaś zupełnie nieudana inwazja na Brytanię (obecnie Wielka Brytania) przeistoczyła się w bitwę z morskim bogiem, Neptunem. Źródła historyczne podają, że Kaligula nakazał swoim żołnierzom, by zaatakowali mieczami fale morskie, natomiast jako łup zebrali muszle. 

Gajusz ogłosił siebie bogiem i użył swego boskiego statusu, aby ustalić, czym tak naprawdę jest monarchia absolutna w Imperium Rzymskim i kto powinien być najwyższym władcą. Podążał za przykładem Tyberiusza, który przypisywał prawdziwą lub wyimaginowaną zdradę swoim wrogom, tylko dlatego, aby wyeliminować ich z gry. W końcu sam padł ofiarą spisku. Niejaki Kasjusz Cherea (?-41), który był trybunem pretorianów, zaaranżował zamach na Kaligulę. Szalonego cesarza zaatakowano w drodze z teatru do pałacu cesarskiego i zadano mu łącznie około trzydziestu ciosów. Tak naprawdę Kasjusz powinien był zbuntować się przeciwko spiskowi, ponieważ Kaligula była „nieśmiertelnym bogiem” i de facto nie można go było zabić. Okazało się jednak inaczej. Gajusz wyzionął ducha jak każdy inny śmiertelnik.

Neron, Nero Claudius Caesar Drusus Germanicus (37-68; rządy: 54-68)

Neron to jeden z tych rzymskich cesarzy, których najbardziej nienawidzimy i to nie bez powodu. Prawda jest taka, że Neron był dość kompetentnym władcą i administratorem państwa, któremu pomagali bardzo zdolni mężczyźni, w tym jego nauczyciel – pisarz i filozof Seneka Młodszy (4 p.n.e.-65 n.e.). Bez wątpienia Neron był także mordercą. Najpierw rozkazał bowiem otruć na oczach biesiadników swego przyrodniego brata, Brytanika (41-55), który stał mu na drodze do władzy. Potem rozwiódł się ze swą żoną Oktawią (40-62), aby poślubić wieloletnią kochankę, Poppeę Sabinę (ok. 30-65), którą pewnego dnia po pijanemu i pod wpływem środków odurzających, skatował tak, że na skutek odniesionych obrażeń zmarła. Poppea zabrała do grobu także ich nienarodzone dziecko. Dlaczego Neron dopuścił się tej okrutnej zbrodni? Otóż dlatego, ponieważ był szaleńcem oskarżającym żonę o cudzołóstwo. Prawdopodobnie to właśnie Poppea namówiła go do tego, by zamordował własną matkę. Najpierw Neron zaaranżował rzekomy wypadek na łodzi, lecz gdy Agrypina Młodsza (15-59) zdołała się w jakiś sposób uratować, jej szalony i bezwzględny syn wydał rozkaz zabicia jej w sposób bardziej bezpośredni. Następnie, w przypływie wielkiego gniewu, skatował Poppeę, gdy ta była brzemienna.


Neron wydaje rozkaz zamordowania swej matki
Obraz powstał w XVII wieku.
Autor: Noël Coypel (1628-1707)


Wbrew powszechnie funkcjonującemu mitowi, Neron wcale nie podpalił Rzymu, ani też nie grał na skrzypach, ani nawet na lirze, podczas gdy miasto płonęło. W rzeczywistości organizował w tym czasie pomoc dla ofiar i planował, jak odbudować miasto. Niemniej zamiłowanie Nerona do komponowanej przez siebie muzyki i wierszy, które również sam pisał, wielokrotnie zmuszając senatorów do siedzenia i słuchania jego niekończących się i zupełnie pozbawionych kunsztu recitali, sprawiło, że ludzie bardzo łatwo uwierzyli w historię o tym, jak to cesarz swoją „twórczością” zagłuszał tragedię rozgrywającą się w Rzymie.

Nerona znienawidzono także za budowanie ogromnego i zupełnie pozbawionego smaku pałacu zwanego Złotym Domem Nerona (z łac. Domus Aurea), który wzorowany był na zabudowie miejskiej willi. Zlokalizowany był pomiędzy wzgórzami Palatynu i Eskwilinu w ruinach znajdujących się w samym centrum Rzymu. Nie ma wątpliwości, że Neron okrutnie prześladował chrześcijan, zaś jego infantylne upieranie się przy zdobywaniu laurów na olimpiadach w Grecji – bez względu na to, czy wygrał wyścig, czy nie – miało bardzo zły wpływ na reputację całego Imperium Rzymskiego. Neron został obalony przez kręgi arystokratyczne, patrycjuszowskie i bogate warstwy społeczne. Do tego doszła jeszcze rewolta w armii, która wybrała już nowego cesarza – Galbę (3 p.n.e.-69 n.e.). Opuszczony i zdradzony przez wszystkich, cesarz popełnił w końcu samobójstwo, a jego ostatnie słowa brzmiały: Jakiż artysta ginie [wraz ze mną]!

Cesarz Domicjan
Portret pochodzi z XVI wieku.
autor: Tiziano Vecellio 
(Tycjan; 1488-1576)
Domicjan, Titus Flavius Domitianus (51-96; rządy: 81-96)

Domicjan był młodszym synem generała Wespazjana (9-79), który znacznie wzmocnił swoją pozycję po upadku Nerona i przywrócił w Imperium Rzymskim stabilność i normalność życia publicznego. Domicjan nie odziedziczył uroku osobistego swego ojca i, podobnie jak inni na tej liście, cierpiał z powodu głębokiej paranoi w związku z podejrzewaniem innych o zdradę. Być może właśnie ta paranoja stała się powodem jego ucieczki przed śmiercią podczas wojny domowej. Domicjan był szczególnie podejrzliwy wobec Senatu. Na swoim koncie miał wielu elitarnych obywateli straconych za rzekomą konspirację przeciwko niemu, w tym dwunastu byłych konsulów i dwóch własnych kuzynów.

W miarę upływu czasu rządy Domicjana stawały się coraz bardziej autorytarne, aż wreszcie cesarz zażądał, by traktować go jak boga. Zwrócił się przeciwko filozofom, wysyłając wielu z nich na wygnanie, zaś sam stał za zabójstwem głównej westalki-dziewicy, czyli kapłanki bogini domowego ogniska, Westy. Rozkazał pogrzebać ją żywcem w specjalnie skonstruowanym grobowcu. Domicjan ostatecznie padł ofiarą spisku, w którym udział brała również jego żona, Domicja Longina (ok. 53-ok. 126). W konsekwencji cesarz został nieoczekiwanie zadźgany nożem przez pałacowego służącego. Niektórzy historycy sądzą, że tyrania Domicjana została wyolbrzymiona, natomiast jeśli chodzi o kierowanie się w swoich działaniach mściwością, to inni porównują go do Saddama Husajna (1937-2006).

Kommodus, Lucius Aurelius Commodus (161-192; rządy: 180-192)

Kommodus jako Herkules i gladiator
Portret powstał pomiędzy 1599 a 1600 rokiem.
autor: Peter Paul Rubens (1577-1640)
Kommodus to cesarz, którego w 2000 roku mogliśmy zobaczyć na ekranie w filmie Gladiator w reżyserii Ridleya Scotta. W tej roli wystąpił amerykański aktor, wokalista, producent filmowy i telewizyjny, Joaquin Phoenix. Kommodus był zapalonym zwolennikiem walk gladiatorów. Sam również walczył na arenie, niekiedy przebrany za Herkulesa, za co sam przyznał sobie boski laur, oświadczając, że jest rzymskim Herkulesem. Kommodus był synem cesarza i filozofa, Marka Aureliusza (121-180), i chociaż scena filmu, w której Kommodus zabija własnego ojca jest wymyślona, to jednak prawdą było, że Kommodus stanowił przeciwieństwo wszystkiego, co reprezentował sobą jego ojciec. Prowadząc próżniaczy tryb życia i szukając coraz to nowych przyjemności, cesarz praktycznie doprowadził do bankructwa Imperium Rzymskiego, a potem za wszelką cenę starał się zapełnić opróżniony skarbiec, zmuszając zamożnych obywateli do zdrady, by potem móc skonfiskować ich majątki.

Wkrótce ludzie zaczęli szemrać i spiskować przeciwko cesarzowi, mówiąc nieprawdę nie tylko o nim, ale także o jego siostrze. Bunt został jednak zażegnany, a Kommodus postanowił stracić jeszcze więcej osób, ponieważ sądził, że mogą oni spiskować przeciwko niemu, a jeśli nie robią tego teraz, to na pewno wystąpią przeciwko niemu w przyszłości. Ostatecznie prefekt pretorianów i szambelan dworu cesarza wynajęli zawodowego sportowca, by ten udusił Kommodusa w wannie. 

Karakalla, Marcus Aurelius Antoninus Bassianus (188-217; rządy: 211-217)

Marek Aureliusz Antoniusz był synem wysoce sprawnego i skutecznego cesarza Septymiusza Sewera (ok. 146-211). „Karakalla” to przydomek wywodzący się od nazwy galilejskiego płaszcza z kapturem, który był nieodłącznym atrybutem cesarza. Legenda głosi, że cesarz miał rozdawać ludziom szaty sięgające do kostek, co również miało wpływ na przydomek, jakim go obdarzono. Młodszym synem Septymiusza był Geta (189-212), który przez pewien czas sprawował rządy z Karakallą, lecz szybko doszło między nimi do konfliktu i wydawało się, że wojna domowa jest jedynie kwestią czasu. Niemniej Karakalla odwrócił ten scenariusz i rozkazał zamordować Getę. Generalnie Karakalla brutalnie atakował swoich przeciwników. Podjął się bowiem eksterminacji zwolenników Gety. Podobnie postępował z tymi, którzy zostali uwięzieni w konsekwencji jednego z regularnych buntów w Aleksandrii, jaki wybuchł przeciwko rzymskim rządom.


Karakalla
Obraz został namalowany w 1902 roku.
autor: Sir Lawrence Alma-Tadema (1836-1912)


Na kartach historii Karakalla zapisał się jako ten, który wybudował wspaniały kompleks kąpielowy w Rzymie nazwany jego imieniem. Rozszerzył on także nadawanie rzymskiego obywatelstwa wszystkim wolnym ludziom w imperium, chociaż z drugiej strony mówi się, że najprawdopodobniej próbował w ten sposób zebrać pieniądze, które były mu niezbędne na zabezpieczenie własnych działań. Z całą pewnością nadwyżkę w skarbcu, jaką odziedziczył po ojcu, szybko zamienił w deficyt budżetowy. Karakalla był jednak dość dobrym, choć bezlitosnym dowódcą wojskowym, lecz mimo to został zamordowany przez ambitnych oficerów, w tym pretoriańskiego prefekta Opeliusza Makrynusa (ok. 165-218), który natychmiast po zabiciu Karakalli, ogłosił samego siebie nowym cesarzem.

Heliogabal, Varius Avitus Bassianus (204-222; rządy: 218-222)

Heliogabal był krewnym żony Septymiusza Sewera, który pomógł wstąpić na tron Makrynusowi po zamordowaniu Karakalli. Heliogabal obalił jednak Opeliusza Makrynusa i szybko zajął się coraz bardziej ekscentrycznymi rządami w Imperium Rzymskim. Jego przydomek był konsekwencją roli, jaką pełnił wcześniej w świątyni syryjskiego boga słońca, El Gabala. Był tam kapłanem. Kult tego boga Heliogabal próbował rozpowszechnić w Rzymie, pomimo że był obrzezany. Chciał on bowiem pokazać ludowi swoje wielkie oddanie bóstwu.


Róże Heliogabala
Obraz został namalowany w 1888 roku przez sir Lawrence’a Alma-Tadema. 
Dzieło przedstawia młodego cesarza spędzającego beztrosko czas podczas 
wydawanej przez siebie uczty. 


Heliogabal świadomie obrażał rzymskie zasady moralne i religijne, stawiając stożkowaty czarny fetysz[2] wykonany z kamienia, który był symbolem boga słońca i stanął na Wzgórzu Palatyńskim. Poślubił główną westalkę, tym samym chroniąc ją przed pewną śmiercią. Rzymianie byli bardzo oburzeni seksualnymi ekscesami Heliogabala, jak również licznymi małżeństwami, które zawierał. Jego związki były zarówno heteroseksualne, jak i homoseksualne. Dziś powiedzielibyśmy, że cesarz był transgenderystą. Nie tylko ludzie żyjący w czasach Heliogabala wypowiadali się o nim niepochlebnie. Obecnie historycy również nie mają zbyt wiele dobrego do powodzenia o cesarzu. Cierpliwość Rzymian ostatecznie się wyczerpała i skończyło się na tym, iż Heliogabal został zamordowany w wyniku tajnie przygotowanego spisku, za którym stała jego własna babka.

Dioklecjan, Gaius Aurelius Valerius Diocletianus (ok. 244-316; rządy: 284-305)

Nieco niesprawiedliwym może wydawać się fakt, iż Dioklecjan został zakwalifikowany do grupy najbardziej krwawych rzymskich cesarzy, ponieważ z jednej strony był on znany z podejmowania wielce ryzykownych działań, ale z drugiej jego decyzje były dość rozsądne i w konsekwencji doprowadziły do podziału rządów w Imperium Rzymskim na dwie części. Dioklecjan zaproponował bowiem współpracę Maksymilianowi (Marcus Aurelius Valerius Maximianus; ok. 250-310), który władzę sprawował w latach 286-305. W 293 roku Dioklecjan ustanowił specyficzny system rządów zwany tetrarchią, który polegał na równoczesnym panowaniu czterech podmiotów władzy, czyli dwóch augustów oraz dwóch władców niższej rangi, którzy zachowali tytuł cezara.


Wnętrze pałacu założonego w Spalatum (Splicie/Chorwacja) przez cesarza Dioklecjana.
Obraz powstał w 1757 roku.
autor: Charles-Louis Clérisseau (1721-1820)


Dioklecjan był dobrym administratorem, co sprawiło, że udało mu się utrzymać podzieloną strukturę dowodzenia w czasach, kiedy Imperium Rzymskie znajdowało się pod coraz większą presją ze strony wrogów znajdujących się poza jego granicami. Niemniej poważną rysą na rządach Dioklecjana było bezwzględne i okrutne prześladowanie chrześcijan. Chrześcijanie od dawna byli bowiem uważani przez Rzymian za ludzi budzących niesmak i bardziej śmiano się z nich, niż traktowano jako zagrożenie. Lecz mimo to Dioklecjan postanowił, że zrobi wszystko, by całkowicie ich wyeliminować z życia społecznego, a ich religię zniszczyć. Chrześcijańskie świątynie miały zatem zostać zrównane z ziemią, pisma spalone, zaś chrześcijańscy duchowni mieli zostać uwięzieni i zmuszeni składać ofiary i hołd cesarzowi pod groźbą śmierci. Chrześcijanie, którzy nie chcieli wyrzec się swojej wiary byli okrutnie torturowani, a w konsekwencji skazywani na śmierć.

Dioklecjan wyjątkowo okrutnie prześladował chrześcijan. Jego postępowanie niektórym mogło wydawać się niezrozumiałe, biorąc pod uwagę fakt, iż Rzymianie zazwyczaj akceptowali inne religie. Obawy Dioklecjana miały jednak swoje źródło w tym, że jego rządy przypadły na czasy, kiedy jedność była niezbędnym czynnikiem dla przetrwania Imperium Rzymskiego. Zdaniem cesarza chrześcijaństwo było niebezpieczne, ponieważ opowiadało się za jednoznacznym odrzuceniem rzymskich wartości religijnych, na co Dioklecjan w żadnym razie nie mógł sobie pozwolić.










[1] „Bucik” to przezwisko, które żołnierze ojca Kaliguli nadali mu, kiedy ten był jeszcze dzieckiem.
[2] Fetysz to przedmiot będący ucieleśnieniem danego bóstwa. Występował głównie w religiach pierwotnych.