Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

piątek, 30 czerwca 2017

Philippa Gregory – „Trzy siostry, trzy królowe”










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2017
Tytuł oryginału: Three Sisters, Three Queens
Przekład: Urszula Gardner



Małgorzata Tudor (1489-1541), królowa Szkocji (1503-1513) była najstarszą córką Henryka VII Tudora (1457-1509), króla Anglii w latach 1485-1509, oraz jego żony Elżbiety York (1465-1503), która z kolei była córką Edwarda IV Yorka (1442-1483). Małgorzata urodziła się 29 listopada 1489 roku w Westminster. Jeszcze zanim skończyła sześć lat, rozpoczęły się kilkuletnie negocjacje mające na celu poślubienie przez księżniczkę Jakuba IV Stuarta (1473-1513), króla Szkocji (1488-1513), który popierał Perkina Warbecka (ok. 1474-1499) będącego pretendentem do angielskiego tronu. Perkin Warbeck podawał się bowiem za księcia Ryszarda Shrewsbury (ok. 1473-1483), którego tajemnicza śmierć w murach Tower do dziś spędza sen z powiek brytyjskim historykom. Książę Ryszard był synem króla Edwarda IV Yorka i jego żony Elżbiety Woodville (ok. 1437-1492). Tak więc małżeństwo Małgorzaty Tudor i Jakuba IV Stuarta miało zapobiec tego rodzaju sojuszom, których celem było popieranie uzurpatora do tronu Anglii.

Ostatecznie 8 sierpnia 1503 roku w Edynburgu doszło do ślubu Małgorzaty i Jakuba. Chciwy Henryk VII wyposażył córkę w niezwykle skromny posag, co wywołało konflikt pomiędzy tymi dwoma królestwami, choć towarzyszył temu traktat o wiecznym pokoju. Henryk VII nie zrobił jednak nic, aby zażegnać ten spór. Całe życie Małgorzaty po zawarciu małżeństwa z Jakubem IV było niekończącą się serią intryg. Najpierw w grę wchodziło popieranie przez nią jednej frakcji politycznej, a potem drugiej. Raz było to na rzecz jej ojczystego kraju, zaś innym razem występowano przeciwko Anglii, opowiadając się za Francją. Z kolei zachowanie Małgorzaty zależało głównie od zewnętrznych wpływów na jej osobę.

Małgorzata Tudor
pomiędzy 1520 a 1538 rokiem.

Portret został namalowany
w 1620 roku.
autor: Daniël Mijtens

(1590-1648)
Małgorzata Tudor została koronowana na królową Szkocji w marcu 1504 roku. Do roku 1507 nie doczekali się z Jakubem potomstwa. Pomiędzy rokiem 1507 a 1510 para królewska doczekała się dwóch synów i córki. Niestety, wszystkie dzieci zmarły w okresie niemowlęcym. W 1512 roku Małgorzata urodziła syna, któremu szczęśliwie udało się przeżyć. W 1514 roku został on ogłoszony Jakubem V i tym samym przejął schedę po ojcu. W tym samym roku Małgorzata urodziła także pogrobowca Aleksandra, księcia Ross, który zmarł rok później. Spór z bratem Henrykiem VIII Tudorem (1491-1547) z powodu spuścizny po Henryku VII i ich babce Małgorzacie Beauford (1443-1509), stał się przyczyną wojny, która zakończyła się w Flodden Field, gdzie 9 września 1513 roku zginął Jakub IV, pozostawiając wykonanie swojej ostatniej woli Małgorzacie, która od tej pory pozostawała jedyną opiekunką małego króla Jakuba V Stuarta. Bitwa ta znana jest również jako bitwa pod Branxton, czyli wsi leżącej w hrabstwie Northumberland.

Szkocja podzielona została na dwie partie polityczne. Jedna opowiadała się za sojuszem z Anglią, zaś druga z Francją. Przywódcą tej drugiej był Jan Stuart, książę Albany (ok. 1484-1536). Książę był również następnym w kolejce po synach Małgorzaty kandydatem do szkockiego tronu. Sama Małgorzata z oczywistych powodów skłaniała się ku frakcji angielskiej, natomiast gdy Jan Stuart wrócił z Francji do Szkocji na zaproszenie szkockiego parlamentu wiosną 1514 roku, wówczas konflikt ten niemal wywołał wojnę domową. W tej sytuacji rozpoczęły się więc rozmaite spekulacje na temat ponownego małżeństwa Małgorzaty. Ludwik XII, król Francji (1462-1515), oraz cesarz Maksymilian I Habsburg (1459-1519) byli odpowiednimi kandydatami do ręki młodej wdowy, o czym naturalnie nie omieszkano jej powiadomić. Niemniej, Małgorzata poszła własną drogą i potajemnie poślubiła Archibalda Douglasa, 6. hrabiego Angus (1489-1557). Fakt ten miał miejsce 6 sierpnia 1514 roku.  

Konsekwencją tego małżeństwa było zrażenie do siebie wielu najpotężniejszych arystokratów Szkocji, co uczyniło Małgorzatę całkowicie zależną od Douglasów. Kiedy na korzyść Jana Stuarta dostarczyła tak oczywistego pretekstu radzie do usunięcia jej z funkcji regentki i opiekunki małoletniego króla, wówczas w lipcu 1515 roku książę Albany zamknął Małgorzatę w zamku Stirling, zanim ta zdołała oddać mu swoich synów po tym, jak została zmuszona do kapitulacji. Małgorzata wróciła jednak do Edynburga, lecz przestała już odpowiadać za opiekę nad małym królem. Potem – we wrześniu – uciekła do Anglii, gdzie miesiąc później urodziła córkę Archibalda Douglasa, której nadała imię Małgorzata (1515-1578). Ta mała dziewczynka w przyszłości została hrabiną Lennox i matką Henryka Stuarta, lorda Darnleya (1545-1567) oraz babką Jakuba VI (I) Stuarta (1556-1625), który po śmierci Elżbiety I Tudor (1533-1603) zasiadł na tronie Anglii.


Małgorzata odmawia księciu Albany, Janowi Stuartowi, wydania swoich synów.
Obraz pochodzi z 1859 roku.
autor: John Faed (1819-1902)


Latem 1516 roku Małgorzata udała się do Londynu, zaś Archibald Douglas niezadowolony z postępowania żony, wrócił do Szkocji, gdzie zawarł pokój z Janem Stuartem i tym samym odzyskał odebrany mu majątek. Rywalizacja pomiędzy francuskimi i angielskimi frakcjami w Szkocji była niezwykle skomplikowana z uwagi na prywatne ruchy Hamiltonów i Douglasów, na czele których stali hrabiowie: James Hamilton, 1. hrabia Arran i 2. lord Hamilton (1475-1529), oraz wspomniany wyżej Archibald Douglas, 6. hrabia Angus. Walczyli oni o objęcie władzy w przypadku nieobecności Jana Stuarta w Szkocji, gdyby na przykład  – w tym samym czasie – Henryk VIII Tudor został aresztowany przez Franciszka I Walezjusza (1494-1547). Zaczął zatem narastać konflikt pomiędzy Małgorzatą a jej mężem, a następnie pojawiły się sugestie, aby rozważyła rozwód z Archibaldem Douglasem. Najprawdopodobniej była to propozycja Jana Stuarta, który będąc w Rzymie znalazł nieoczekiwanego sprzymierzeńca w osobie Małgorzaty teraz noszącej tytuł Królowej Matki. Małgorzata czuła się więc opuszczona przez frakcję opowiadającą się za sojuszem z Anglią, a powodem tego był stanowczy sprzeciw jej brata Henryka VIII Tudora dotyczący ewentualnego rozwodu. Kiedy książę Albany wrócił do Szkocji w 1521 roku, wówczas jego relacje z Małgorzatą stworzyły podstawy do oskarżenia go, iż zamierza ją poślubić i w związku z tym sprzyja jej rozwodowi z hrabią Angus. Sugerowano nawet, że Małgorzata jest kochanką Jana Stuarta.

Małgorzata i Henryk podczas pobytu
Erazma z Rotterdamu (ok. 1467-1536)
w Anglii około 1496 roku. 

Obraz powstał w 1910 roku.
autor: Frank Cadogan Cowper
(1877-1958)
Ponieważ książę Albany był mocno popierany przez szkocki parlament, hrabia Angus uznał, iż konieczne jest wycofanie się do Francji. Tak więc przez trzy lata miała miejsce wojna pomiędzy Anglią a Szkocją, która rozgrywała się na granicy tych dwóch państw, lecz w maju 1524 roku książę Albany zobowiązał się do przerwania swojej politycznej działalności i udania się do Francji. W tym samym czasie Henryk VIII Tudor nieustannie dążył do zabezpieczenia swojego siostrzeńca, czyli króla Szkocji. Z kolei Małgorzata balansowała pomiędzy obiema frakcjami politycznymi (angielską i francuską) bez jakiejkolwiek uregulowanej polityki. Jej postępowanie uzależnione było od tego, kto akurat chciał wynieść na tron jej syna. Ostatecznie w lipcu 1524 roku Małgorzata została regentką Jakuba V Stuarta. W tym czasie Królowa Matka zakochała się w Henryku Stewarcie (1495-1552), który był drugim synem Andrew Stewarta, 1. lorda Avondale (?-1513). Małgorzata poślubiła Henryka natychmiast po tym, jak rozwiodła się z hrabią Angus w 1527 roku. 

I tak oto Małgorzata Tudor i jej nowy mąż, któremu nadano tytuł 1. lorda Methven, przez pewien czas sprawowali rządy w imieniu Jakuba V. Lecz gdy jej pragnienie dotyczące zorganizowania spotkania Jakuba z Henrykiem VIII w 1534 roku doprowadziło do frustracji zarówno duchowieństwo, jak i radę królewską, rozczarowana Małgorzata zdradziła bratu pewne tajemnice, co sprawiło, że jej syn oskarżył ją o zdradę, twierdząc, iż za pieniądze stała się angielskim szpiegiem. W 1537 roku chciała więc rozwieść się z lordem Methven, zaś jej pragnienie mogło zostać spełnione w wyniku interwencji Jakuba. Niemniej dwa lata później pogodziła się z mężem, z którym nie miała jednak dzieci. Doprowadzając do końca swoją intrygę zarówno w Szkocji, jak i w Anglii, Małgorzata zmarła 18 października 1541 roku na zamku Methven.

Katarzyna Aragońska
Portret pochodzi z 1502 roku.
autor: Michael Sittow (1469-1525)
Małgorzata Tudor to postać zapomniana przez historyków, a przecież jej życie – jak wynika z powyższego – było dość bogate w rozmaite wydarzenia. Starsza siostra Henryka VIII była kobietą, która wytrwale dążyła do celu. Nie była bynajmniej infantylna. Życie jej nie oszczędzało. Bardzo szybko straciła męża, którego najprawdopodobniej mocno kochała, choć był od niej sporo starszy, i od tego momentu musiała radzić sobie sama. Robiła więc wszystko, aby tylko jej małoletni syn nie utracił tronu Szkocji, który przecież należał mu się po ojcu. Na kartach książki Philippy Gregory czytelnikowi ukazany jest obraz silnej kobiety, która ulega też emocjom i bardzo szybko traci głowę z powodu przystojnych mężczyzn. Małgorzata jest bowiem spragniona miłości, nie tylko tej fizycznej, ale przede wszystkim duchowej. Ona pragnie każdego dnia czuć wsparcie mężczyzny. To pozwala jej wytrwale dążyć do obranego celu. Owszem, popełnia błędy, lecz tego rodzaju postępowanie można przecież łatwo wytłumaczyć. Poza tym Małgorzata – jak mało która kobieta w tamtych czasach – stara się być niezależna, co sprawia, że raczej nie liczy się ze zdaniem mężczyzn, którzy pragną kierować jej życiem. Ona sama obiera własną drogę i wytrwale nią podąża. Nawet jeśli im ustępuje, to robi to tylko przez wzgląd na swego syna.

Philippa Gregory ukazała swoją bohaterkę na tle dwóch innych kobiet związanych z Tudorami. Są to Katarzyna Aragońska (1485-1536), czyli pierwsza żona Henryka VIII, i młodsza siostra Maria Tudor (1496-1533), którą znamy przede wszystkim jako żonę Charlesa Brandona, 1. księcia Suffolk (1484-1545). Mało kto jednak pamięta, że zanim Maria wyszła potajemnie za Charlesa, czym bardzo rozgniewała swojego brata, była żoną Ludwika XII. Król Francji zmarł jednak niedługo po ślubie, co otworzyło Tudorównie drogę do poślubienia księcia Suffolk, w którym była już zakochana od jakiegoś czasu. Plotka głosiła, że Maria znacząco przyczyniła się do zgonu francuskiego króla. Mówiono nawet o truciźnie. Czy tak było naprawdę? Nie wiadomo. Niemniej, jej nagły i potajemny ślub z Charlesem Brandonem stworzył doskonałe podłoże do tego, aby snuć rozmaite przypuszczenia.

Maria Tudor 
Portret pochodzi z pierwszej
połowy XVI wieku.
autor: prawdopodobnie
Jan van Mabuse vel Jan Gossaert
(ok. 1478-1532)
W swojej powieści Autorka skupia się nie tylko na tle historycznym i ukazaniu biografii Małgorzaty Tudor, lecz przede wszystkim stara się jak najdokładniej przedstawić relacje występujące pomiędzy tymi trzema kobietami. Katarzyna Aragońska nie budzi w Małgorzacie sympatii. Już od pierwszych dni pobytu Katarzyny na angielskim dworze, Małgorzata wie, że hiszpańska infantka raczej nie jest w stanie wzbudzić w niej przyjaznych uczuć. Trudno jest jej zaakceptować małżeństwo Katarzyny z Arturem Tudorem (1486-1502), lecz nie może się temu sprzeciwić, bo wówczas musiałaby wystąpić nie tylko przeciwko ojcu, ale też przeciwko babce, która wszak rządzi na dworze i bez jej wiedzy i zgody nic nie może zostać zatwierdzone. Małgorzata nie ukrywa, że Artur jest jej ukochanym bratem, zaś za Henrykiem nie przepada. Niespodziewana śmierć Artura spada na nią niczym grom z nieba, ponieważ od tej chwili nic już nie będzie wyglądać tak samo. Henryk zostaje jedynym męskim spadkobiercą tronu i musi pożegnać się z karierą duchownego. Trzeba bowiem pamiętać, że w czasach Tudorów pierwszy syn był wychowywany na następcę tronu, natomiast drugiemu pisana była kariera duchownego. Wszyscy wiedzą też, jak bardzo Henryk różni się od swojego zmarłego brata. Kiedy natomiast zaczyna się dyskusja o poślubieniu przez Henryka Katarzyny, Małgorzata nie jest już w stanie ukryć swojej antypatii do hiszpańskiej księżniczki. W miarę upływu czasu te negatywne emocje będą się już tylko potęgować, choć Małgorzata będzie starać się nie okazywać tego publicznie, lecz sama przed sobą niczego nie będzie ukrywać. Ona doskonale wie, co jej wolno, a czego nie.

Z kolei w oczach Małgorzaty Maria Tudor jest tą głupszą siostrą, dla której liczą się tylko modne stroje i pałacowe uczty. Taki obraz Marii nieco przypomina ten, który Philippa Gregory przedstawiła w Dwóch królowych, kreując tam literacki portret Katarzyny Howard (1525-1542). Momentami można odnieść wrażenie, że Małgorzata uważa siebie za tę najmądrzejszą i najbardziej inteligentną, zaś jej siostra to dziecko, które nie dostrzega tego, co naprawdę jest ważne i co służy polityce kraju. Bardzo wyraźnie widać tutaj rywalizację pomiędzy tymi trzema kobietami, choć gdy głębiej się nad tym zastanowić, trudno jest pozbyć się wrażenia, że to właśnie Małgorzata, chcąc uchodzić za tą najinteligentniejszą i najbardziej zaradną, stara się umniejszyć pozycję Katarzyny i Marii. Nie bez znaczenia jest tutaj również stosunek Małgorzaty do Henryka VIII. Najbardziej widoczny jest wówczas, gdy król stanowczo sprzeciwia się jej postępowaniu z Archibaldem Douglasem.

Philippa Gregory ponownie zachwyca swoich czytelników. Trzy siostry, trzy królowe to powieść pełna emocji i odkrywająca zapomniane karty historii Anglii. Autorka w niezwykle plastyczny sposób nakreśla wydarzenia minionej epoki, pamiętając przy tym o aspekcie psychologicznym, dzięki czemu czytelnik jest w stanie w pełni zrozumieć motywy, jakimi kierowała się Małgorzata Tudor przy podejmowaniu tej czy innej decyzji. Niniejsza powieść stanowi doskonałą lekturę dla tych, którzy pragną jeszcze głębiej poznać losy Tudorów. Dodatkowy walor stanowi sposób postrzegania znanych już znam faktów, lecz tym razem ma to miejsce z perspektywy Szkocji. Często bowiem pisarze odnoszą się do tamtej epoki, ukazując ją z punktu widzenia Anglii. Zachęcam zatem do sięgnięcia po Trzy siostry, trzy królowe, ponieważ jest to powieść, obok której trudno jest przejść obojętnie.












środa, 7 czerwca 2017

Zofia Mąkosa – Wendyjska winnica. Cierpkie grona










Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 
Dziękuję!


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA/
GRUPA WYDAWNICZA PUBLICAT S.A.
Katowice 2017



W przedwojennej prasie co pewien czas pojawiały się informacje o wedyjskiej, czyli innymi słowy łużyckiej wsi, leżącej w Poznańskiem. Chodzi oczywiście o Chwalim znajdujący się najpierw w powiecie babimojskim, a po 20 grudnia 1920 roku, w powiecie wolsztyńskim pod miasteczkiem Kargowa (z niem. Karge, Unruhstadt) tuż na granicy Śląska z Brandenburgią. Przykładem jest czasopismo Ziemia z 1910 roku, na łamach którego napisano, iż chwalimscy Wendowie są na wymarciu; przez trzydzieści lat nie wpuszczano do wsi ani Niemców, ani Polaków, zaś małżeństwa dobierały się wyłącznie w obrębie ludności tej wsi; do roku 1881 nauka przygotowawcza do konfirmacji (sakramentów) odbywała się w kościele ewangelickim w Kargowej w języku wendyjskim, a dopiero od marca 1907 roku zniesiono tam wendyjskie nabożeństwa. Z kolei podczas spisu ludności w dniu 1 grudnia 1910 roku posługiwanie się językiem wedyjskim – jako ojczystym – podało w powiecie babimojskim sto siedemnaście osób, co z całą pewnością odnosiło się wyłącznie do mieszkańców Chwalimia. Natomiast Wendów pochodzących z powiatu międzyrzeckiego traktowano już jako „wędrowne jednostki”. Z kolei w 1912 roku pisano, że kolonia łużycka w Chwalimiu w Poznańskiem pomału już zanika.

W 1861 roku polski prawnik, historyk i przyjaciel narodu łużyckiego Wilhelm Bogusławski (1825-1901) w Rysie dziejów serbołużyckich wydanych w Piotrogrodzie (Petersburg) pisał: Ogromne zniszczenie Łużyc podczas trzydziestoletniej wojny pobudziło część Dolnołużyczan wysiedlić się do Polski i na granicy jej ze Śląskiem, we wsi Chwalimie nad Obrzycą, założyć osobną osadę, nie łącząc się z Niemcami. Mieszkańcy wsi Chwalima [forma to mylna, w rzeczywistości bowiem ludność mówi Chwalimia, w Chwalimiu, w zgodzie z gramatyczną zasadą tej od imienia Chwalim, Chwalima pochodzącej nazwy dzierżawczej], będąc wyznania ewangelickiego należą do parafii protestanckiej w Kargowie, gdzie się dla nich odprawia nabożeństwo po polsku co dwa tygodnie.

Kazimierz Nitsch
Wcześniej, bo w 1846 roku, w Opisaniu historyczno-statystycznym Wielkiego Księstwa Poznańskiego można było przeczytać takie oto słowa: Wieś Chwalim jest jedyną w całym powiecie przez Słowian wyznania luterańskiego zamieszkałą. Są to Łużyczanie, czyli Wendowie z Dolnej Łużycy. Gdy po najazdach szwedzkich kraj został wyludniony, przybyli między innymi osadnikami Wendowie, założyli osadę oddzielną, nie łącząc się z Niemcami, mimo wspólnego wyznania. Dotąd zachowywali dialekt właściwy, do polskiego zbliżony. Modlą się na książkach polskich gotyckimi głoskami drukowanych, i należą do parafii w Kargowie, gdzie dla nich co dwa tygodnie odbywa się luterskie nabożeństwo w języku polskim. – Widomość udzielona przez obywatela w powiecie zamieszkałego.

Polski językoznawca slawista, historyk języka polskiego i dialektolog Kazimierz Nitsch (1874-1958) podczas swojego życia wędrował po Polsce celem bliższego poznania owych Wendów, którzy bardzo go interesowali. Uważał bowiem, że brak pewności historycznej dość silnie nasuwa podejrzenia odnośnie do autentyczności Wendów. I tak oto w 1906 roku poznał bardzo interesujący pod względem językowym południowo-zachodni kącik Wielkopolski, a były to Dąbrówka nad Zbąszyniem i Nowe Miasto pod Babimostem, od którego niedaleko już na południe, natomiast za jeziorem leżał ów Chwalim. Tak się jakoś złożyło, że Kazimierz Nitsch nie miał czasu na dłuższy pobyt w okolicach Chwalimia, więc pewnego słonecznego dnia rowerem dojechał do wendyjskiej wsi i w jakiejś przydrożnej karczmie zaczął rozmowę po niemiecku z jednym z bywalców tejże karczmy. Posłużył się językiem niemieckim, ponieważ nie chciał urazić owego mężczyzny, który być może nie pałał sympatią do Polaków. Językoznawca pytał zatem o winnice, z których słynął tamten teren, a potem także o pochodzenie swojego rozmówcy. Chciał bowiem upewnić się, że ma do czynienia z rodowitym Chwalimiakiem. Na koniec zapytał go również o jego narodowość i język. Okazało się, że zagadnięty mężczyzna był najprawdziwszym Wendem i mówił po wendyjsku, a przynajmniej tak mu się wydawało. Kazimierz Nitsch nie chciał jednak wyprowadzać swojego rozmówcy z błędu, gdyż na podstawie dalszej już rozmowy stwierdził, że mężczyzna używa czysto polskiej gwary, choć nie była to gwara wielkopolska, lecz śląska. 

Oczywiście na tym się nie skończyło, gdyż językoznawcę coraz bardziej zaczął interesować Chwalim, do którego zawitał po kilku miesiącach. Wtedy też udał się wprost do domu – podobno najwięcej jeszcze wówczas mówiącego po polsku – Macieja Swady-Fiedlera. Był to mężczyzna sześćdziesięcioletni, który mówił całkiem biegle swoim polskim dialektem, a – według małżonki – robił to zwłaszcza wtedy, gdy się z nią kłócił. Z kolei kobieta posługiwała się językiem, który był zbliżony do niemieckiego. Ich trzydziestoletni syn co prawda rozumiał rodziców, lecz po polsku albo nie chciał już mówić, albo ten język sprawiał mu trudność. Najprawdopodobniej w tamtym okresie, czyli na początku XX wieku, chwalimskie dzieci jeszcze rozumiały po polsku, ale mimo to posługiwały się na co dzień językiem niemieckim. W czasie, kiedy Kazimierz Nitsch odwiedzał Chwalim, okolica naprawdę zachęcała do wycieczek. Szczególną uwagę należało wówczas zwrócić na chwalimskie winnice, piękne jezioro wojnowskie, ładny stary kościółek w Nowym Kramsku, czy też kolorowe kobiece stroje w Dąbrówce. Niestety, po pierwszej wojnie światowej winnice zaczęły obumierać, zaś Chawlim został przyłączony do Trzeciej Rzeszy i wrócił do Polski dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej.

Pomnik Poległych na placu
przed Ratuszem w Kargowej
(z niem. Unruhstadt)
Lata przedwojenne.
autor nieznany
Kiedy więc czytelnik na kartach powieści przenosi się do Chwalimia i spotyka Martę Neumann i jej rodzinę, wieś znajduje się pod rządami Berlina. Jest rok 1938. Sytuacja polityczna staje się coraz bardziej napięta. Naziści czują się już pewni swego. Adolf Hitler (1889-1945) jest traktowany niczym bóg, którego należy wielbić bez względu na wszystko. Panuje powszechne przekonanie, że każde działanie Führera nie niesie ze sobą żadnych szkód. Wszystko, co robi Wódz jest dobre, szlachetne i może jedynie sprzyjać Trzeciej Rzeszy, aby wynieść ją na piedestał. Niemcy są kimś na kształt narodu wybranego, zaś cała reszta to nic nieznaczące śmieci, które należy zniszczyć. Oczywiście największą nienawiścią trzeba darzyć Żydów, bo to oni są wszystkiemu winni. I choć do niedawna Żydzi i Niemcy żyli obok siebie i żadnej ze stron nie przeszkadzało kogo tak naprawdę ma za sąsiada, to jednak teraz nikt już o tym nie pamięta. Przerażające jest też to, że nienawiść do obcych wmawia się tym najmłodszym. Dziecięce i młodzieżowe organizacje hitlerowskie robią, co tylko mogą, aby wyprać mózgi i serca swoich podopiecznych z wszelkiej empatii wobec tych, którzy nie są Niemcami.

Marta Neumann uważa siebie za Niemkę, choć w jej rodzinie są także osoby o innej narodowości. Na przykład Janka Kaczmarek, której ojciec był Polakiem. Poza tym jest również nestorka rodu Gertruda Wielgus, która pochodzi z Wendów, czyli Słowian. Staruszka wcale nie ukrywa swojego pochodzenia. Używa wedyjskiego języka i choć ostatnio pamięć płata jej figle, to jednak wciąż opowiada o tym, co było. Tych historii z ogromną ciekawością słucha szczególnie nastoletnia córka Marty – Matylda. Dziewczyna wydaje się być mądrą nastolatką, która wychowywana jest w poszanowaniu wartości, lecz hitlerowska dziewczęca organizacja, do której należy Tila, może to wszystko zmienić. Tam uczą ją przecież bezwarunkowej miłości do Hitlera, a to oznacza, że dziewczyna będzie musiała myśleć zupełnie innymi kategoriami, niż te, jakie wyniosła z rodzinnego domu. Poza tym, ojciec Matyldy – Walter Neumann – jest członkiem partii, a to również do czegoś zobowiązuje.

Rodzina Neumannów jest przykładem typowej przedwojennej wiejskiej familii. Marta odziedziczyła majątek po rodzicach i obiecała im, że nigdy nie opuści gospodarstwa, lecz będzie w nim pracować do końca swoich dni. Z kolei jej mąż Walter to typowy mieszczuch, który w imię miłości do Marty był w stanie zostawić swoje wygodne życie w Berlinie i osiedlić się w Chwalimiu, a właściwie w Altreben, i tam pracować jako urzędnik państwowy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że w miarę możliwości pomaga żonie w gospodarstwie. Najbardziej jednak do pracy zaprzęgana jest nastoletnia Tila. Dziewczyna często pracuje ponad swoje siły, co niekorzystnie odbija się na jej działalności na rzecz Rzeszy. Jej nieobecność na zbiórkach natychmiast jest zauważana i odpowiednio komentowana. Nie godzi się bowiem stawiać inne zajęcia ponad miłość do Führera, gdyż niekiedy grozi to nawet bardzo poważnymi konsekwencjami. W gospodarstwie Neumannom pomaga także Janka Kaczmarek, która jest kuzynką Marty. Kobieta ma nieco inne spojrzenie na otaczający ją świat. Pewnego dnia faszystowska ideologia wkrada się jednak w codzienne życie naszych bohaterów i tak naprawdę nie wiadomo już komu można ufać. Możliwe, że ten, kto jeszcze do niedawna wydawał się przyjacielem, teraz pierwszy pobiegnie donieść odpowiednim władzom o przewinieniu brata, siostry, sąsiada, męża czy żony. Tak więc wciąż trzeba być czujnym, a najlepiej jeśli bez słowa sprzeciwu wykonuje się postanowienia Führera i to jemu oddaje się bezgraniczny hołd.


Członkinie Związku Niemieckich Dziewcząt (z niem. Bund Deutscher Mädel; BDM)
W takim mundurze często można spotkać Matyldę Neumann.
Zdjęcie pochodzi z 1935 roku.
fot. Georg Pahl (1900-1963)


W swojej debiutanckiej powieści Zofia Mąkosa ukazuje wzajemne relacje łączące poszczególnych bohaterów. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się tutaj kobiety, które są silne i wiedzą, czego chcą od życia. I choć czasami niektóre z nich postępują lekkomyślnie, nie dbając o własne bezpieczeństwo, a jedynie o stronę emocjonalną swojego życia, to jednak nie są w tym same i mogą liczyć na wsparcie innych. Autorka pokazuje także drugą stronę życia w Altreben. Wśród mieszkańców wsi nie brak bowiem takich, którzy tylko czekają na to, aby sąsiada dotknęło jakieś niepowodzenie, w czym bardzo chętnie pomogą. Teraz kiedy sytuacja polityczna tak bardzo się zmieniła można przecież pomóc losowi i sprawić, że gestapo ochoczo zainteresuje się tym, czy innym delikwentem. 

Cierpkie grona to powieść, w której Zofia Mąkosa pokazuje wojnę od tej drugiej strony. Jest to niespotykana sytuacja, zważywszy na to, że polscy pisarze zazwyczaj przedstawiają wojenne realia wdziane oczami Polaków. W tym przypadku czytelnik ma możliwość poznania tego dramatycznego fragmentu historii z perspektywy zwykłych Niemców. I tak oto widzimy, jak bardzo destrukcyjnie na człowieka wpływa hitlerowska propaganda słyszana w radiu czy na zbiórkach rozmaitych młodzieżowych organizacji. Od najmłodszych lat wmawia się dzieciom, że liczy się tylko rasa aryjska, zaś wszystkich innych należy zniszczyć. Poza tym wiele też mówi się o tym, jak bardzo humanitarni są Niemcy, co tylko świadczy o tym, że nikomu nie wyrządzają krzywdy, a swoich wrogów traktują z szacunkiem. Natomiast wszelkiego rodzaju nazistowskie obozy koncentracyjne, gdzie każdego dnia brutalnie morduje się niewinnych ludzi, to jedna wielka bzdura. Na tej podstawie można wysnuć wniosek, że to Trzecią Rzeszę bezprawnie zaatakowano i teraz musi się bronić, bo przecież to Niemcy padli ofiarą tej okrutnej wojny. Najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że zwykli Niemcy w to wierzą i nie dadzą powiedzieć złego słowa o swoim kraju i jego przywódcy.


A tak z kolei wyglądają chłopcy, w których beztroskie życie wkrada się okrutna
faszystowska ideologia.

Na zdjęciu widać grupę członków Hitler-Jugend
(z pol. Młodzież Hitlera).
Zdjęcie pochodzi z 1933 roku.
autor nieznany

Nie wszystkich bohaterów tej opowieści można polubić. Przyznam, że Marta Neumann przez większą część książki nie wzbudzała mojej sympatii. Można bowiem odnieść wrażenie, że jest to kobieta, dla której liczy się jedynie praca w gospodarstwie, zaś rodzina i jej potrzeby odsuwa na dalszy plan. Jej relacje z mężem, któremu naprawdę na niej zależy, pomimo tego, że nie jest wobec niej do końca uczciwy, są naprawdę złe. Przypuszczam, że gdyby Marta poświęcała więcej uwagi Walterowi, wówczas ten nie szukałby przygód poza domem. Swoją nastoletnią córkę Marta również nie traktuje najlepiej. Wygląda na to, że Matylda stanowi dla niej siłę roboczą w gospodarstwie. Na pewno gdzieś w skrytości nasza bohaterka kocha swoje jedyne dziecko, lecz na zewnątrz praktycznie tego nie pokazuje. Dopiero dramatyczne przeżycia przeplatane chwilami szczęścia sprawiają, że Marta Neumann zaczyna inaczej patrzeć na życie i ludzi, którzy są wokół niej. To wszystko jest tak bardzo realne i wiarygodne, że czytelnik chłonie fabułę powieści niczym gąbka wodę. Autorka nie zapomniała również o problemie Holokaustu, tym razem jednak ukazanego z perspektywy Berlina. 

Moim zdaniem Cierpkie grona to powieść, która zasługuje na szczególną uwagę. W sytuacji, gdy polski rynek wydawniczy zapełniany jest literaturą kobiecą na różnym poziomie, Zofia Mąkosa wychodzi do czytelnika z książką, która zmusza do myślenia i refleksji nad naprawdę trudną niemiecko-polską historią. Autorka stwarza czytelnikowi możliwość dokonania oceny postępowania poszczególnych bohaterów, jak również ukazuje historię powszechnie nieznaną, choć bardzo interesującą.











wtorek, 23 maja 2017

Nie należę do osób, które ulegają trendom modowym...








ROZMOWA Z EDYTĄ ŚWIĘTEK




Edyta Świętek to autorka powieści obyczajowych adresowanych głównie do kobiet, choć zapewne wśród czytelników jej prozy nie brak również mężczyzn. Urodziła się i wychowała w Krakowie. Z wykształcenia jest ekonomistką, natomiast powieści pisze z zamiłowania. Jej największym marzeniem jest kreowanie takich historii, które sama czytałaby z przyjemnością. Uwielbia aktywny wypoczynek, czyli długie rodzinne spacery oraz bieganie. Oprócz literatury, jej pasją są dobra muzyka i zwierzęta. W 2010 roku zadebiutowała powieścią zatytułowaną „Zerwane więzi”. W tym samym roku na rynku wydawniczym ukazała się druga jej książka nosząca tytuł „Alter ego”. Od tamtej pory Autorka publikuje regularnie. Większość jej powieści opublikowało Wydawnictwo Replika. Wśród nich znajdują się między innymi takie tytuły, jak: „Cienie przeszłości” (2014), „Tam, gdzie rodzi się miłość” (2015), „Tam, gdzie rodzi się zazdrość” (2015), „Noc Perseidów” (2016), „Wszystkie kształty uczuć” (2016) czy „Miód na serce” (2016). W bieżącym roku do rąk czytelników trafiła niezwykła saga rodzinna z Nową Hutą w tle. Cykl nosi tytuł „Spacer Aleją Róż”, a premiera drugiej części – „Łąki kwitnące purpurą” – ma miejsce właśnie dzisiaj. Całość to pięciotomowa historia rodziny Szymczaków pochodzących z podkrakowskiej wsi. Obecnie Edyta Świętek pracuje nad kolejnymi częściami sagi.  




Agnes A. Rose: Dziękuję Ci serdecznie, że zgodziłaś się przyjąć moje zaproszenie do rozmowy. Dziś jest premiera drugiego tomu Twojej rodzinnej sagi zatytułowanej „Spacer Aleją Róż”. Akcja tej historii rozpoczyna się tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy Polska z jednej strony musi zmagać się z trudnościami odbudowy kraju po jego dewastacji przez nazistów, a z drugiej trzeba stawić czoło komunistom. Skąd pomysł na tego rodzaju opowieść? Dlaczego akurat teraz pomyślałaś o napisaniu sagi rodzinnej, skoro Twoje poprzednie powieści to raczej książki autonomiczne z akcją umiejscowioną we współczesnych realiach?

Edyta Świętek: Dziękuję uprzejmie za zaproszenie do rozmowy, bardzo mi miło.
Pomysł na sagę „Spacer Aleją Róż” ma bezpośredni związek z miejscem, w którym urodziłam się i wychowałam. W uzupełnieniu do powyższego biogramu chciałabym powiedzieć, że ponad dwadzieścia lat przeżyłam w Nowej Hucie, najmłodszej dzielnicy Krakowa. Jest to miejsce niezwykle specyficzne, o interesującej architekturze. Mimo że ma stosunkowo krótką historię, obfituje ona w wiele niezwykłych i dramatycznych wydarzeń. Według mnie śmiało można stwierdzić, że nowohuccy robotnicy w dużej mierze przyczynili się do walki z systemem totalitarnym. A ponieważ w ostatnich latach opublikowałam kilka powieści obyczajowych, które spotkały się z wielką przychylnością czytelników, postanowiłam tym razem zaserwować im coś obszerniejszego i mocniejszego w odbiorze.





AAR: Głównymi bohaterami sagi są Szymczakowie, którym nie wiedzie się za dobrze. Każdego dnia muszą bowiem zmagać się z coraz to nowymi problemami. Czy rodzina Szymczaków to stricte fikcyjni bohaterowie, czy może są oni wzorowani na kimś, kogo znasz bądź znałaś?

EŚ: Szymczakowie są rodziną na wskroś fikcyjną, od początku do końca stanowią wytwór mojej wyobraźni. Absolutnie żadna z postaci nie ma swojego realnego pierwowzoru.

AAR: Czy możesz zdradzić nam, jak wygląda proces tworzenia sagi od strony merytorycznej?

EŚ: Bez wątpienia jest to ogromne wyzwanie. Do napisania tego cyklu przymierzałam się już od kilku lat. Pomysł dojrzewał stopniowo, a w mojej głowie z wolna powstawał zarys fabuły. Zależało mi na tym, aby fikcyjna rodzina Szymczaków wzięła udział w prawdziwych wydarzeniach historycznych i spotkała na swojej drodze realne postaci z epoki. W związku z tym musiałam zgromadzić sporo materiałów związanych z tłem społecznym, historycznym i obyczajowym. Są to publikacje książkowe, artykuły prasowe oraz internetowe. Bogatym źródłem informacji, choć traktowanym przeze mnie z przymrużeniem oka, są zapisy Polskiej Kroniki Filmowej. Cenię je głównie z uwagi na chęć oddania przeze mnie w tekście realizmu języka czy nawet mody obowiązującej w minionych dekadach.

AAR: O Nowej Hucie mówi się, że to najmłodsza dzielnica Krakowa. To właśnie tam umieściłaś akcję „Spaceru Aleją Róż”. Wiem, że jesteś emocjonalnie związana z tym miejscem. Czy to tylko ten jeden fakt sprawił, że zdecydowałaś się na taki krok, czy może kryje się za tym coś więcej?

EŚ: Prócz sentymentu, jakim darzę miejsce pochodzenia, miałam na uwadze jeszcze jeden istotny czynnik. Otóż większości ludzi Nowa Huta kojarzy się przede wszystkim z dymiącymi kominami kombinatu metalurgicznego oraz nieciekawą reputacją mieszkańców. Zależało mi na tym, aby niejako odczarować to miejsce i pokazać, że to nie tylko ciężki przemysł i żądni przygód awanturnicy, ale również piękne, tonące w zieleni osiedla, interesująca architektura, przestrzeń oraz niepowtarzalny klimat starych zabudowań, a przede wszystkim ludzie z krwi i kości, którzy stworzyli to miejsce i kochają je tak mocno jak ja.

AAR: Czy kiedy zaczynałaś pisać „Cień burzowych chmur”, wiedziałaś już, że na jednym tomie się nie skończy? Czy od samego początku miałaś tę historię zaplanowaną na kilka książek?

EŚ: Już od pierwszej chwili, gdy zasiadłam przed komputerem, aby zacząć pracę, wiedziałam, że nie skończy się na jednym tomie. W pierwotnej wersji zaplanowałam trzy części i taki nakreśliłam plan. W trakcie pisania pierwszego tomu już wiedziałam, że będę musiała zmodyfikować wcześniejsze założenia, gdyż zaplanowana przeze mnie powieść ma dużo większy potencjał. Obecnie staram się trzymać założenia, że cykl powinien zamknąć się w pięciu tomach. Mogę jednak stwierdzić [śmiech], że nie wiem, czy uda mi się zrealizować projekt w takiej postaci. Aktualnie nanoszę ostatnie kosmetyczne poprawki w trzecim tomie. Jego akcja kończy się w 1967 roku, a więc przede mną jeszcze całe lata historii, którą chciałabym wykorzystać. Ponadto chęć skrupulatnego opisania rozrastającej się rodziny Szymczaków sprawia, że każdy następny tom jest obszerniejszy od poprzedniego. Potencjał tak licznej rodziny jest naprawdę gigantyczny. A w powieści jak w życiu – wszystko zdarzyć się może.

AAR: Jak wspomniałam wyżej, z wykształcenia jesteś ekonomistką, czyli jesteś umysłem ścisłym. Skąd zatem pomysł, aby zacząć pisać książki?

EŚ: Wbrew pozorom jedno służy drugiemu. Mawia się, że matematycy są świetnymi muzykami. Ja uważam, że podobnie ma się rzecz z literaturą. Królowa nauk ścisłych bywa przydatna choćby podczas kompozycji tekstu. Jest rzeczą oczywistą, że harmonijne rozłożenie napięcia w fabule pozwala na przyjemniejszy odbiór całości. Podobnie ma się rzecz z dialogami oraz opisami, które powinny być w miarę równomiernie wyważone. Osobiście nie lubię powieści, które są przeładowane dialogiem, a o pewnych faktach czy charakterystykach ludzi i miejsc czytelnik dowiaduje się wyłącznie z rozmów, jakie prowadzą postaci. Lubię plastyczne opisy, dające wyobrażenie rozgrywających się wydarzeń. Powieść musi zawierać elementy, które sprawią, że czytelnik zobaczy barwy i kształty, poczuje panujące warunki atmosferyczne i zapachy. Uważam, że opowiadana przez autora historia nie może być odbierana jedynie zmysłem wzroku, trzeba ją poczuć znacznie intensywniej. Umysł ścisły bardzo w tym wszystkim pomaga: skłania ku wprowadzeniu w świat humanistyczny pewnego uporządkowania i zapanowania nad chaosem. Ponadto wydaje mi się (to mój wyjątkowo subiektywny pogląd), że osoby o takim umyśle są bardziej zdyscyplinowane podczas pracy. Ustalają konkretne cele i po prostu je realizują – bez bujania w obłokach.




AAR: Literatura kobieca jest dziś niezwykle popularna. Na rynku pojawiają się lepsze i gorsze powieści reprezentujące ten gatunek. Jak myślisz, co wyróżnia tę literaturę na tle innych? Dlaczego tego rodzaju powieści są obecnie tak popularne?

EŚ: Zacznę może od tego, że nasze codzienne życie obfituje w stres, poczucie chaosu i nieustanną pogoń – właściwie nie wiadomo za czym. Jesteśmy w nieustannym biegu: zmęczeni, wiecznie zaaferowani ważnymi sprawami. Powieści kategoryzowane jako literatura kobieca mają za zadanie oderwać nas od szarej rzeczywistości. Przenoszą w świat marzeń, w którym czasami chciałybyśmy się znaleźć, aby choć na chwilę uwolnić się od prozy życia. Nawet, jeśli te historie bywają smutne i pozbawione happy endu, często czytamy je z wypiekami na policzkach. Dają bowiem chwile przyjemności, zapomnienia. Jeśli zawierają duży dramatyzm – często skłaniają ku rewizji własnych nieszczęść i docenieniu tego, co podarował nam los.

AAR: Zauważyłam, że często mówisz o „Nocy Perseidów”, iż jest to książka, która wiele dla Ciebie znaczy i jest Ci bardzo bliska. Dlaczego?

EŚ: Powieść „Noc Perseidów” jest dla mnie o tyle istotna, że wyjątkowo mocno zżyłam się z występującymi w niej postaciami. Szczególnie chodzi tu o Tomka, który na oczach czytelnika przechodzi gruntowną metamorfozę i radykalnie zmienia swój punkt widzenia. Istotne było pokazanie czytelnikom tego, jak bardzo dziecięce marzenia mogą determinować naszą przyszłość. Mam nadzieję, że skłoniłam czytelników również do tego, aby zastanowili się, czy warto realizować pragnienia za wszelką cenę, nie licząc się z niczym i prąc po trupach do celu.

Jest to także wyznacznik pewnego kierunku, w którym pragnę podążać. Osobiście nie lubię przesłodzonych, sielankowych historii, w których występują lukrowani i nieskazitelni bohaterowie. W „Nocy Perseidów” ukazałam życie takim jakie ono jest – ze wszystkimi elementami, których nie akceptujemy. Brak tu wyidealizowania którejkolwiek postaci. Bohaterowie pozytywni posiadają wady i popełniają karygodne błędy. Ulegają egoizmowi, popadają w obojętność czy zwątpienie. Postaci negatywne nie są przesiąknięte złem do szpiku kości. Starałam się nakreślić je w taki sposób, aby czytelnik dostrzegł motywy ich postępowania, bądź czynniki, które ukształtowały ich charaktery.

AAR: Jesteś dość płodną pisarką, która w dodatku pracuje zawodowo. Jak zatem godzisz pisanie książek z pracą zawodową?

EŚ: Przyznaję, że jest to dość trudne zadanie. Pracuję w biurze i mam sztywno ustalony czas pracy. W drodze do domu myślę o tym, o czym chciałabym napisać wieczorem. Po powrocie z biura zajmuję się domem i staram się spędzić trochę czasu z rodziną. Przed komputerem zasiadam wieczorem. Zwykle mam już starannie zaplanowane sceny, nad którymi będę pracowała. Pomimo wielu obowiązków nie rezygnuję z aktywności fizycznej, uważam, że sport jest równie ważny dla ciała co rozrywki intelektualne dla umysłu. Mój dzień jest więc bardzo wypełniony i cierpię na niemalże chroniczny brak czasu. Z tego też względu nie lubię ludzi, którzy są spóźnialscy, nie wywiązują się terminowo z obietnic i nie szanują mojego czasu.

AAR: Pisanie której powieści stanowiło dla Ciebie największe wyzwanie? Jeśli pojawiły się jakieś trudności, to w jaki sposób sobie z nimi poradziłaś?

EŚ: Z całą pewnością największym wyzwaniem jest napisanie pięciotomowej sagi, której akcja rozgrywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Dość trudne jest dostosowanie języka dialogów do zmieniającej się mowy potocznej. Nasz sposób wysławiania się nieustannie ewoluuje, co szczególnie mocno widać w ostatnich dekadach. Do tego jeszcze dochodzi podłoże historyczne i społeczne, które musi być oddane w wiarygodny sposób – bez przekłamań. Nie jest łatwo wpleść postaci fikcyjne w prawdziwe wydarzenia, ale zależało mi na tym, aby rodzina Szymczaków nie pozostawała wyłącznie biernymi obserwatorami zachodzących przemian.

AAR: O „Spacerze Aleją Róż” można powiedzieć, że poniekąd jest to opowieść z historią w tle, choć niektórzy uważają, że aby traktować jakąś powieść w kategorii beletrystyki historycznej, jej akcja musi rozgrywać się co najmniej sto lat temu. Są też tacy, którzy twierdzą, że to nie tło powieści stanowi o tym, czy jest to powieść historyczna, czy nie, lecz jej bohaterowie, czyli postacie autentyczne znane z historii, jak na przykład monarchowie. Zapytam zatem czy zamierzasz w przyszłości sięgnąć po tematykę stricte historyczną? Ostatnio dość modne są opowieści z akcją w XIX wieku.

EŚ: Nie należę do osób, które ulegają trendom modowym. Czytelnicy przeżywali już falę ekscytacji powieściami o wampirach, tekstami erotycznymi, teraz chętnie sięgają po powieści w stylu retro. Ja piszę przede wszystkim o tym, co mi w duszy gra – niezależnie od tendencji rynku wydawniczego. Jeżeli jednak przyjdzie mi do głowy interesujący pomysł na powieść osadzoną w jakichś ciekawych historycznie czasach, to oczywiście podejmę się takiego wyzwania.

AAR: Czego nauczyło Cię pisanie?

EŚ: Z całą pewnością mogę powiedzieć, że pisanie powieści wyzwala w człowieku ogromną kreatywność i pobudza wyobraźnię. Nam, pisarzom, wystarcza jakiś drobiazg: piórko unoszone podmuchami wiatru, czyjaś wyrazista twarz lub usłyszane mimochodem zdanie, i potrafimy dorobić sobie do tego gigantyczną historię, której korzenie sięgają trzy pokolenia wstecz. Pisanie nauczyło mnie uważniejszej obserwacji świata. Autor, prócz tego, że powinien pięknie operować słowem i mieć do opowiedzenia coś interesującego, musi też umieć słuchać. Skupiać się na drobiazgach. Wykazywać się ogromną empatią.

AAR: Jak bardzo zmieniło się Twoje życie od czasu, kiedy wydałaś swoją pierwszą powieść?

EŚ: Mogę stwierdzić, że od tamtej pory zaszedł w moim życiu cały szereg zmian. Nie było rewolucji i wywracania wszystkiego do góry nogami – ten proces następował sukcesywnie, i myślę, że nadal trwa. Przede wszystkim nauczyłam się inaczej zarządzać moim czasem. Ponieważ wciąż pracuję zawodowo i świetnie udaje mi się godzić wypełnianie obowiązków wynikających z etatu z działalnością literacką, mój dzień jest niebywale wypełniony. Dbam o to, aby być pisarką od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych i wieczornych. Można rzec, że traktuję to jak pracę na dodatkowym etacie. Moja rodzina w pełni to akceptuje i bardzo wspiera mnie na każdym kroku. Nie ukrywam, że większość spraw domowych kręci się niejako wokół mojej działalności literackiej i w pewien sposób jest jej podporządkowana. Stąd też dbam o to, aby weekendy spędzać z bliskimi osobami. Zazwyczaj w soboty, niedziele oraz święta nie włączam komputera – o ile nie mam naprawdę pilnej pracy. Uważam, że ten czas należy się mężowi i synowi. Dlatego poza wyjazdami na imprezy takie jak targi książki, które jak wiadomo odbywają się sporadycznie, nie angażuję się w żadne akcje: przeglądy, festiwale i spotkania branżowe. Zresztą nawet wyjazdy na targi traktujemy jako okazje do wspólnego spędzenia czasu i wycieczkę, w czasie której robię sobie dwugodzinne wagary od rodziny. To tyle jeśli chodzi o sferę prywatną. Prócz niej jest jeszcze szereg przyjemnych emocji, jakich dostarczają mi moi wspaniali czytelnicy. Nim zaczęłam moją przygodę z literaturą były to doznania zupełnie obce.




AAR: Ostatnie badania dotyczące czytelnictwa w Polsce nie napawają optymizmem. Mówi się nawet, że dziś znacznie więcej ludzi pisze, niż czyta. Czy uważasz, że w takiej sytuacji pisanie książek ma sens? Czy w dobie dynamicznie rozwijającej się techniki pisanie książek ma jakąkolwiek przyszłość, skoro większość ludzi woli spędzać czas, oddając się zupełnie innym rozrywkom?

EŚ: Często słyszę podobne stwierdzenia i rzeczywiście zauważam, że osób piszących jest nieprawdopodobnie dużo. Myślę jednak, że nie byłoby nas, pisarzy, tak dużo, gdyby nie istnieli czytelnicy. Oczywiście są ludzie, którzy nie sięgają po żadne lektury i wolą mniej skomplikowane rozrywki. Na szczęście jest też ogrom osób czytających, co widać szczególnie przy okazji takich imprez jak przywoływane przeze mnie wcześniej targi książki.

AAR: Obecnie pracujesz nad kolejnymi tomami „Spaceru Aleją Róż”. Mam nadzieję, że okażesz się łaskawa dla Bronka Szymczaka i pozwolisz mu wreszcie zaznać choć trochę szczęścia [śmiech]. Czy wiesz już co potem? Masz pomysł na następną powieść?

EŚ: Mam już pewien pomysł, ale przyznam szczerze, że nie lubię uprzedzać faktów i opowiadać o moich planach. Wynika to trochę z mojej przezorności, gdyż jak powiedział niegdyś Woody Allen: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. Z pomysłami na powieści jest tak, że przychodzą do głowy w najmniej spodziewanym momencie. Zazwyczaj też najbardziej atrakcyjne do zrealizowania są te najświeższe. Saga „Spacer Aleją Róż” pochłonie jeszcze cały rok mojej uwagi. Trudno więc powiedzieć, jakie historie zdążę wymyślić w tym czasie.

AAR: Edyto, dziękuję Ci serdecznie za rozmowę i życzę powodzenia w tworzeniu nowych opowieści. Czy jest coś, co chciałabyś dodać na koniec?

EŚ: Ja również dziękuję za przyjemną rozmowę. Na koniec chciałabym serdecznie pozdrowić moich czytelników – obecnych oraz przyszłych. Życzę Wam udanego spaceru aleją Róż.

Chciałabym także pogratulować Ci, Agnieszko, doskonale prowadzonego bloga – lubię czytać Twoje recenzje, ponieważ prócz odniesień do literatury znajduję tam również dużą wartość dodaną w postaci ciekawych faktów historycznych. Życzę Ci wielu sukcesów w tej dziedzinie.

AAR: Bardzo dziękuję za miłe słowa.



Rozmowa i redakcja
Agnes A. Rose








sobota, 13 maja 2017

Rosalind Miles – „Ja, Elżbieta”









Robert Devereux, 2. hrabia Essex (1565-1601) był ostatnim faworytem królowej Elżbiety I Tudor (1533-1603). Robert był synem Waltera Devereux, 1. hrabiego Essex (1541-1576) oraz Letycji Knollys (1543-1634), która była największą rywalką królowej do serca Roberta Dudleya, 1. hrabiego Leicester (1532-1588). Po śmierci ojca w 1576 roku, opiekunem Roberta stał się William Cecil, 1. baron Burghley (1520-1598), natomiast jego matka wyszła za mąż za wspomnianego wyżej lorda Dudleya. Robert Devereux wstąpił do kolegium Trinity w Cambridge, gdy miał zaledwie dwanaście lat, lecz nie wykazywał systematyczności w nauce, choć był niezwykle bystry. Bardzo wcześnie trafił na dwór, gdzie został przedstawiony królowej, która robiła wszystko, aby go „zepsuć”. On miał wtedy dwadzieścia kilka lat, zaś Elżbieta pięćdziesiąt cztery. Ta różnica wieku żadnemu z nich nie przeszkadzała we flirtowaniu. Bardzo często dochodziło pomiędzy nimi również do kłótni, podczas których ujawniał się gorący temperament królowej oraz zazdrość o młodego faworyta.

Wydawnictwo: Da Capo
Warszawa 1997
Tytuł oryginału: I, Elizabeth.
The Word of a Queeen 

Przekład: Teresa Komłosz
& Bożena Kucharuk
Miłość Elżbiety do Roberta na pewno była autentyczna. Oczywiście nie było to uczucie, jakim matka darzy swojego syna. Królowa zawsze bardzo niepokoiła się, kiedy młody hrabia szedł na wojnę, do której bardzo często sam doprowadzał, czasami nawet przy wyraźnym sprzeciwie Elżbiety. Trzeba jednak przyznać, że był niezwykle odważny. Brał udział w bitwie pod Zutphen w Niderlandach, gdzie poległ poeta i prozaik sir Philip Sidney (1554-1586), który był także siostrzeńcem Roberta Dudleya. Potem – w 1588 roku – Robert Devereux dołączył do wyprawy przeciwko Hiszpanom (Wielka Armada). Hrabia Essex przez cały czas walczył w pierwszym szeregu, nie bojąc się utraty życia. Z drugiej strony jednak stale kłócił się zarówno z dworzanami, jak i ze swoimi towarzyszami broni w obozie. Raz był to sir Walter Raleigh (ok. 1554-1618), kiedy indziej Charles Blount, 8. baron Mountjoy (1563-1606), zaś innym razem William Cecil lub jego syn Robert Cecil, 1. hrabia Salisbury (ok. 1563-1612). Przedmiotem tych kłótni przeważnie było to, iż Robert Devereux za wszelką cenę pragnął walczyć w pojedynkę, co oczywiście było jednoznaczne z proszeniem się o śmierć.

W 1590 roku Robert Devereux na jakiś czas stracił przychylność królowej, ponieważ wbrew woli Elżbiety poślubił wdowę po sir Philipie Sidneyu, którą była córka sir Francisa Walsinghama (ok. 1532-1590) – Frances Walsingham (1567-1633). Rok później hrabia Essex został wysłany do Francji, gdzie dowodził niewielką armią, aby pomóc Henrykowi IV Burbonowi (1553-1610), który występował wówczas przeciwko Lidze Katolickiej. Za każdym razem, gdy hrabia przebywał za granicą narzekał na sposób, w jaki traktują go jego rywale, a najwięcej pretensji miał szczególnie do Roberta Cecila, który wciąż podważał decyzje hrabiego.

Jednym z najciekawszych etapów życia Roberta Devereux była jego przyjaźń z braćmi Baconami, czyli Francisem Baconem, 1. wicehrabią St Albans (1561-1626) i Anthonym Baconem (1558-1601). Wydaje się bardzo prawdopodobne, że obydwaj wierzyli, iż hrabia Essex stanie się kiedyś kimś naprawdę ważnym w Anglii, więc świadomie przywiązywali ogromną wagę do jego majątku i jednocześnie dawali mu dobre rady, niemniej Robert był zbyt bojowo nastawiony do życia, aby wziąć je sobie do serca. Wiadomo, że stale prosił królową, aby ta dała szansę jego przyjaciołom, lecz niczego tym nie wskórał. W 1596 roku hrabia Essex udał się na wyprawę do Hiszpanii, gdzie dowodził siłami lądowymi, które szturmowały Kadyks. Wtedy też wbrew jego rozkazom marynarze pozwolili uciec hiszpańskiej flocie. Niestety, podczas kolejnej wyprawy morskiej, Robert Devereux poniósł sromotną klęskę, co przyczyniło się do tego, iż stracił przychylność Elżbiety.

Robert Devereux
Portret pochodzi z 1594 roku.
autor: Marcus Gheeraerts Młodszy
(ok. 1562-1636)
Wtedy też wszyscy wrogowie Roberta wydawali się być zachwyceni jego porażką. Z kolei królowa nieprzychylnie nastawiona do swojego faworyta postanowiła wysłać go do Irlandii, która wówczas była miejscem przeklętym. To tam życie stracił ojciec młodego hrabiego i wielu innych żołnierzy. Pomimo że Robert Devereux przygotował się bardzo dobrze do tej wyprawy, to jednak musiał stawić czoło najgorszemu buntowi w historii wyspy. Hrabia Essex podjął tam wyjątkowo złe decyzje, które doprowadziły do tego, że najpierw został uwięziony, a potem zgodził się na bezsensowny rozejm i obiecał, iż przedstawi Elżbiecie żądania buntowników. Królowa była wściekła, natomiast jej faworyt został bez grosza przy duszy, opuszczając wojsko i wracając pośpiesznie do Anglii.

Pomimo tak wielkiego niezadowolenia królowej, Robert nie został natychmiast uwięziony, lecz przez dziewięć miesięcy trzymany był w odosobnieniu pod strażą. W czerwcu 1600 roku stanął jednak przed sądem, natomiast jego przyjaciel Francis Bacon wystąpił przeciwko niemu. Możliwe, że stało się tak dlatego, iż wicehrabia St Albans liczył na to, że Robert będzie w stanie wyprosić mu u królowej jakieś zaszczyty, zaś w rzeczywistości stało się zupełnie inaczej. Niemniej hrabia Essex odzyskał wolność w sierpniu tegoż roku, lecz nie potrafił jej dobrze wykorzystać. Na dobre stracił przychylność królowej w momencie, gdy wystąpił przeciwko Anglii. Pomimo że zdawał sobie sprawę z tego, iż w otoczeniu Elżbiety ma wrogów, jak chociażby Roberta Cecila, to jednak nie cofnął się przed swoimi absurdalnymi żądaniami.

Przeciwko królowej Robert Devereux spiskował z królem Szkocji Jakubem VI Stuartem (1566-1625). Chciał bowiem skłonić go do poparcia powstania, które zamierzał zorganizować wspólnie z Charlesem Blountem, 8. baronem Mountjoy i 1. hrabią Devonshire, który wcześniej zastąpił go w Irlandii. Niemniej jego jedynym prawdziwym przyjacielem okazał się mecenas samego Williama Shakespeare’a (1564-1616) – Henry Wriothesley 3. hrabia Southampton (1573-1624). Pośpiech w działaniu był naprawdę złym posunięciem, natomiast londyński motłoch, wśród którego Robert był naprawdę popularny, wcale nie był tak głupi, aby występować przeciwko królowej Elżbiecie i doprowadzić do zrzucenia jej z tronu. Wybuchły jednak mało znaczące zamieszki, natomiast Robert Devereux i Henry Wriothesley zostali pojmani i uwięzieni w Tower. Hrabia Essex został ścięty 25 lutego 1601 roku. Wiadomo, że królowa ze złamanym sercem podpisywała wyrok śmierci na swojego faworyta, lecz nie miała wyjścia. Nie mogła już dłużej tolerować jego wybryków.

Henry Wriothesley 
Portret pochodzi z 1603 roku.
autor: John de Critz
(ok. 1552-1642)
Dzień egzekucji Roberta Devereux staje się dla Elżbiety I Tudor impulsem do tego, aby opowiedzieć czytelnikowi o swoim życiu. Widać, że królowa bardzo przeżywa chwilę, kiedy jej faworyt położy głowę na katowskim pniu. Jako zakochana kobieta, nie potrafi wyobrazić sobie tego, że już nigdy go nie zobaczy. Nie miała jednak wyboru. Musiała podpisać na niego wyrok śmierci, ponieważ jego krnąbrność zaszła już za daleko. Jak sama stwierdza, dopóki Robert obrażał ją jako kobietę, była w stanie to znosić, lecz nie mogła pozwolić na to, aby hrabia Essex występował przeciwko Anglii, bo przecież Anglia to ONA. 

Tak więc jest noc z 24 na 25 lutego 1601 roku. W Pałacu Whitehall panuje spokój. Wszyscy śpią, tylko królowa nie może zmrużyć oka. Jest już stara i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że niedługo ona również przeniesie się na drugi świat i tym samym dołączy do swoich przyjaciół i wrogów, którzy udali się tam przed nią. Moment, w którym już na zawsze ma stracić swojego ukochanego Roberta motywuje ją do tego, aby wyspowiadać się ze swojego życia.

Elżbieta wraca zatem do lat wczesnego dzieciństwa i związku jej matki Anny Boleyn (ok. 1501-1536) z Henrykiem VIII Tudorem (1491-1547). Z jej słów nie trudno domyślić się, że królowa od najmłodszych lat nienawidziła ojca. Epitety, których używa wobec jego osoby nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do jej uczuć względem ojca. Najbardziej boli ją jednak to, że praktycznie przez całe życie ciągnęło się za nią określenie bękart. Tak nazywał ją ojciec. Tak zdefiniował ją sam papież. I wreszcie takiego samego słowa użył wobec niej ukochany Robert Devereux. Zasiadając na tronie, Elżbieta postanowiła, że od tej pory każdy, kto nazwie ją bękartem, położy głowę na pniu. Jak widać, słowa dotrzymała.

Główna bohaterka powieści Rosalind Miles opowiada o swoim życiu z najdrobniejszymi szczegółami. Niczego nie pomija. Mało tego. Wcale nie próbuje się usprawiedliwiać. Ona doskonale wie, że popełniła w życiu parę błędów. Przyznaje się także do tego, że uwielbia, kiedy jest adorowana przez młodych i przystojnych mężczyzn. Nie kryje wściekłości, gdy któryś z jej faworytów dopuszcza się zdrady, żeniąc się z inną kobietą. Choć z królową może liczyć jedynie na związek platoniczny, to jednak Elżbieta jest niesamowicie zazdrosna o wybranki serca swoich faworytów. W swoim egoizmie Elżbieta uważa, że to jej mężczyźni powinni być oddani do końca swoich dni. Natomiast jeśli chcą pojąć za żonę tę czy inną kobietę, wówczas muszą prosić ją o wyrażenie zgody na ślub, zaś nie wolno im robić tego w tajemnicy. To przecież zakrawa na zdradę stanu, a karą może być nawet uwięzienie w Tower.

Kat Ashley (1502-1565) była
ukochaną nianią Elżbiety I Tudor.
Jej nagła śmierć bardzo źle
odbiła się na stanie
emocjonalnym królowej.

Portret pochodzi z XVI wieku.
autor nieznany

Elżbieta zdaje sobie również sprawę z tego, że z każdym rokiem jej uroda blednie. W końcu przychodzi taki moment, kiedy nie może już patrzeć na siebie w lustrze. Nie waha się go stłuc, jeśli to, co w nim dostrzega zakrawa wręcz na potwora. Są dni, kiedy nie pomagają już nawet kosmetyki. Czasami wpada też w histerię, gdy coś nie idzie po jej myśli. Niemniej potrafi się opanować i dość szybko wrócić do emocjonalnej równowagi. Ona wie, że Anglia nie potrzebuje rozhisteryzowanej królowej, lecz takiej, która twardo stąpa po ziemi. Pomimo że ma obok siebie oddanych ministrów, którzy wciąż służą jej radami, to jednak jej zdanie jest najważniejsze. Elżbieta zdaje sobie sprawę z tego, że zapisze się w historii na wieki i dlatego chce w pełni zasłużyć sobie na przydomek Wielka.

Co ciekawe, w swojej powieści Rosalind Miles nie ukazuje Elżbiety I Tudor jako tej, którą interesowali jedynie piękni mężczyźni. Autorka stworzyła bowiem portret Elżbiety jako władczyni, zaś znacznie mniejszą wagę przywiązała do jej kobiecych namiętności, choć o nich również wspomina. Królowa pragnie miłości nie tylko tej platonicznej, ale także cielesnej. Uwielbia, gdy mężczyźni jej dotykają i całują. Na więcej nie chce pozwolić, ponieważ za każdym razem, gdy dochodzi do czegoś poważniejszego, Elżbieta czuje strach. Przed czym? Otóż obawia się, że zajdzie w ciążę, a potem umrze przy porodzie, jak wiele kobiet, które znała. Królowa doskonale zdaje sobie sprawę z tego, kim jest i jaki obowiązek na niej spoczywa, lecz to Anglia jest dla niej najważniejsza i dlatego nie wyobraża sobie, aby mogła umrzeć i zostawić ją w rękach uzurpatorów. Ona pragnie nią rządzić jak najdłużej.

Na kartach powieści widzimy także Elżbietę, która ze wszystkich sił walczy o utrzymanie nowej wiary, jak nazywa protestantyzm. To katolicy są wrogami i to oni zagrażają jej krajowi. Królowa wciąż ma w pamięci krwawe rządy jej siostry Marii I Tudor (1516-1558). W dodatku widziała też, jak jej młodszy brat Edward VI Tudor (1537-1553) stopniowo stawał się fanatykiem, pomimo że swoje działania kierował w stronę umocnienia kościoła anglikańskiego. Elżbieta na pewno nie chce być fanatyczką. Pokazuje też jak wiele łączy ją z Williamem Cecilem. Wygląda na to, że bez jego pomocy, mądrości i inteligencji niczego by nie zdziałała. To on wspiera ją w najtrudniejszych chwilach. To jemu najbardziej ufa i cierpi, gdy przychodzi dzień, w którym Bóg postanawia wezwać go do siebie. Jego syn – choć jest jej wiernie oddany – nie potrafi już wzbudzić w Elżbiecie takich uczuć.

Wydawnictwo: Da Capo
Warszawa 1997
Tytuł oryginału: I, Elizabeth.
The Word of a Queeen 

Przekład: Teresa Komłosz
& Bożena Kucharuk
Ja, Elżbieta to historia kobiety-królowej, która bezustannie musi walczyć o przetrwanie. Katowski miecz wisi nad nią praktycznie od dnia narodzin. Czasami tylko cud sprawia, że może obchodzić kolejne urodziny. Chyba najbardziej niebezpieczna była dla niej jej starsza siostra, która przecież na kilka miesięcy wtrąciła ją do Tower, gdzie uwięziony był także Robert Dudley. Z kolei jeśli chodzi o Marię I Stuart (1542-1587), to trzeba przyznać, że w tym wypadku w grę wchodziła zabawa: kto pierwszy ten lepszy. Nie wiadomo tak naprawdę, co stałoby się z tronem Elżbiety, gdyby ta w pewnym momencie nie zdecydowała się na egzekucję swojej krewnej, choć zrobiła to z wielkim bólem serca. Królowa nie była bowiem skora do tego, aby ścinać ludzi na zawołanie. Możliwe, że w końcu Maria odebrałaby władzę Elżbiecie, a w Anglii znów zapanowaliby katolicy. Bardzo prawdopodobne, że ewentualne rządy Marii I Stuart mogłyby być identyczne, jak te, które preferowała Maria I Tudor. Znów mogłyby zapłonąć stosy, a niewinni ludzie traciliby życie w płomieniach.

Powieść Rosalind Miles to także próba zrozumienia decyzji podejmowanych przez Elżbietę. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie była ona zwyczajną królową. W swoim działaniu odcinała się od tego, co było niezmiernie pożądane i co nierozerwalnie łączyło się z byciem władcą. Głównie chodzi o zapewnienie sobie potomka, który mógłby w przyszłości przejąć tron. Swoją niechęć do małżeństwa Elżbieta przeważnie tłumaczy tym, że w dniu 15 stycznia 1559 roku została poślubiona Anglii i do końca swoich dni pragnie dotrzymać złożonych ślubów. Jej zdaniem małżeństwo oznaczałoby zdradę swojego kraju. Czy jednak takie tłumaczenie można uznać za wiarygodne? Myślę, że tak naprawdę chodziło tutaj o coś więcej. Owszem, z jednej strony mogła obawiać się utraty władzy na rzecz małżonka, co znacznie osłabiłoby jej pozycję w państwie, lecz z drugiej wciąż miała w pamięci poszczególne żony swojego ojca. Widziała, w jaki sposób Henryk VIII Tudor traktował swoje kobiety i nie chciała skończyć tak, jak one, czyli na katowskim pniu, a jeśli miałaby szczęście, to może w jakimś odosobnieniu, jak Katarzyna Aragońska (1485-1536) czy Anna Kliwijska (1515-1557). Elżbieta wiedziała, że wtedy świat zapomniałby o niej, a ona nie mogła przecież do tego dopuścić.


Cate Blanchett jako królowa Elżbieta I Tudor w filmie produkcji
brytyjsko-niemiecko-francuskiej zatytułowanym Elizabeth: Złoty wiek (2007)

reż. Shekhar Kapur


Czytając powieść Ja, Elżbieta nie mogłam powstrzymać się przed porównaniem Roberta Dudleya z Robertem Devereux. Wiadomo, że diametralnie różnili się pod względem charakteru. Podczas gdy Dudley znał swoje miejsce zarówno na dworze, jak i w życiu monarchini i w związku z tym wiedział, na ile może sobie pozwolić w stosunku do Elżbiety, tak Devereux przekraczał wszelkie granice nieposłuszeństwa. Powszechnie mówi się, że Robert Dudley był największą miłością Elżbiety, ale czy na pewno? Czy historycy i pisarze mają rację, kładąc tak wielki nacisk na związek koniuszego i królowej? Wydaje mi się, że nie do końca. Moim zdaniem to właśnie Robert Devereux był miłością życia Elżbiety I Tudor. Ktoś powie, że to nieprawda i że hrabia Essex był jedynie substytutem hrabiego Leicester. Owszem, mogło tak być, ponieważ wiadomo, że śmierć Dudleya przyprawiła królową o wielkie cierpienie, co mogło spowodować, że poszukiwała kolejnego faworyta, aby zapomnieć o bólu i stracie. Natomiast Robert Devereux był przecież pasierbem Dudleya, więc poniekąd był z nim spokrewniony, choć nie poprzez więzy krwi. Może to wystarczyło, aby zająć zaszczytne miejsce w sercu królowej? Pytanie tylko, czy w przypadku Roberta Dudleya Elżbieta byłaby w stanie tak wiele tolerować i wybaczać, jak robiła to w stosunku do Roberta Devereux?