Motto bloga

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem; miłości dodaje skrzydeł, a trudowi ujmuje ciężaru; w martwotę domu wprowadza życie, a życiu nadaje sens.”
Kornel Makuszyński

środa, 22 lutego 2017

Bogna Ziembicka – „Na zawsze Różany” # 5














Wydawnictwo: JAK
Kraków 2015





Tak już w życiu bywa, że wszystko kiedyś się kończy. Pożegnania nie są łatwe, zwłaszcza jeśli obdarzamy sympatią osobę, z którą trzeba się rozstać. Pocieszające jest jednak to, że w każdej chwili można znów nawiązać kontakt; na przykład można zadzwonić albo porozmawiać drogą wirtualną. Podobnie dzieje się w przypadku bohaterów książek, z którymi nieuchronnie należy się pożegnać, ponieważ ich historia właśnie dobiegła końca. Oczywiście nie jest to łatwe, zważywszy że przez długi czas byli oni obecni w życiu czytelnika, który często odnosił wrażenie, że są oni jego nierozerwalną częścią i żyją tuż obok na wyciągnięcie ręki. Ale przecież w tym przypadku również w każdej chwili można do nich wrócić, ponownie zagłębić się w ich problemy i na nowo odkryć wydarzenia, które kierowały ich powieściowymi losami i sprawiały, że czytelnik albo im kibicował w dążeniu do obranego celu, albo wzruszał się za każdym razem, kiedy po ich twarzach płynęły łzy, albo znów złościł się, gdy podejmowali niewłaściwe decyzje, które w konsekwencji przysparzały im jedynie cierpień.

Dokładnie w ten sposób można podejść do bestsellerowej powieściowej serii autorstwa Bogny Ziembickiej, w której centrum znajduje się przepiękny i malowniczy podkrakowski dworek otoczony krzewami pachnących róż. Pamiętam, że kiedy skończyłam czytać drugi tom zatytułowany Wiosna w Różanach poczułam pewien niedosyt z uwagi na niebanalne zakończenie, które z jednej strony nieco przeraża, lecz z drugiej zmusza do zastanowienia się na siłą prawdziwej miłości. Dlatego też sięgając po część trzecią – Tylko dzięki miłości – byłam przekonana, że Autorka pociągnie jednak wątek, którym zakończyła poprzednią część. Tak się nie stało. W zamian czytelnik został przeniesiony w czasie i poznał życie Zuzanny Hulewicz, która przez lata związana była z rodziną Boruckich, czyli właścicielami dworku w Różanach. Oczywiście nie można powiedzieć, że taki zabieg był czymś złym, lecz na pewno wystawiał na próbę cierpliwość czytelnika. I tak naprawdę dopiero Na zawsze Różany odkrywają tajemnicę, która pozostawiła czytelnika w zawieszeniu przy lekturze tomu drugiego. Można zatem stwierdzić, że ta ostatnia część to swego rodzaju klamra, która spaja w jedno cztery poprzednie tomy i tym samym stanowi wyjaśnienie spraw, które do tej pory były ukryte przez czytelnikiem.

Tym razem mamy bowiem do czynienia z dwiema przestrzeniami czasowymi. Z jednej strony wyjaśniają się losy Zosi Boruckiej, która naprawdę wiele przeszła i przydałoby się wreszcie, aby w końcu odnalazła szczęście i spokój, zaś z drugiej strony ponownie przenosimy się w czasie i jesteśmy świadkami wydarzeń, które towarzyszyły Zuzannie Hulewicz, kiedy ta była jeszcze młodą kobietą wkraczającą w dorosłe życie. Akcja powieści Na zawsze Różany rozgrywa się w 2005 roku i rozpoczyna się w momencie, kiedy Zofia Borucka przygotowuje się do ślubu, a jej szczęśliwym wybrankiem jest Eryk Hassel. Obydwoje nie kryją swojego szczęścia, zważywszy że już niedługo będą cieszyć się obecnością małego człowieka w swoim życiu. Nie ma się czemu dziwić, bo przecież zanim odnaleźli swoją drogę w życiu, musieli stawić czoło poważnym problemom. Los nie oszczędzał szczególnie Zosi, która wylała morze łez zanim ostatecznie mogła powiedzieć, że jej życie zaczyna się układać. Niemniej los czasami lubi pisać swoje własne scenariusze, na które nie mamy żadnego wpływu. Tak też dzieje się w przypadku Zosi i Eryka. Kiedy mężczyzna wyjeżdża do Indii w towarzystwie swojej siostry, wówczas jego życie przez chwilę znajduje się w naprawdę ogromnym niebezpieczeństwie. Kto zatem pragnie zagrozić Erykowi i dlaczego? Czy Eryk naraził się komuś tak bardzo, że aż ten chce go zamordować? Co stanie się z Zosią, jeśli Eryk nie wróci do domu? Czy znów będzie musiała opłakiwać ukochanego mężczyznę?

Tymczasem Zofia Borucka zaprasza na ślub dwoje starszych ludzi, którzy mają wiele wspólnego z jej zmarłą nianią – Zuzanną Hulewicz. Jedną z tych osób jest Maria Fischer, która obecnie mieszka w Nowym Jorku. To przyjaciółka Zuzanny Hulewicz. Kobieta może naprawdę wiele powiedzieć na temat życia Zuzi. Wszak bardzo się przyjaźniły i dopiero okrucieństwo drugiej wojny światowej sprawiło, że ich drogi się rozeszły, lecz mimo to Maria wciąż pamięta Zuzannę i zna szczegóły z jej życia, o których nikt – jak dotąd – nie miał pojęcia. Z kolei drugą zaproszoną przez Zosię osobą jest Aleksander Bach. Mężczyzna mieszka w Tel Awiwie. On również doskonale pamięta Zuzię, która przecież przyjaźniła się z jego siostrą. Jest jednak coś, co sprawia, że Aleksander nie chce uczestniczyć w ślubie Zosi i Eryka. To jakaś tajemnica z przeszłości, którą staruszek nie zamierza się z nikim dzielić. Pragnie natomiast odwiedzić grób Zuzanny Hulewicz. Co takiego łączyło go z ukochaną nianią Zosi, która najpierw opiekowała się również ojcem młodej kobiety? Czy poznane sekrety zmienią coś w dotychczasowym postrzeganiu osoby Zuzanny Hulewicz? Co takiego ukrywała kobieta przez te wszystkie lata?

Na zawsze Różany to powieść, która zabiera czytelnika na malownicze Malediwy oraz do ubogich dzielnic współczesnego Bombaju, gdzie wcale nie jest bezpiecznie, a tuż obok czają się ludzie, którzy kierują się zemstą, pragnąc wziąć odwet za zranione uczucia. Bohaterowie wracają także wspomnieniami w odległe czasy, kiedy Polska wyglądała zupełnie inaczej niż ma to miejsce obecnie. Okazuje się, że nie wszystko jest takie, jak z pozoru wygląda. W miarę odkrywania przeszłości przez starszych bohaterów tej historii, młodzi poznają zakryte przed nimi losy tych, którzy w ich życiu odegrali naprawdę istotną rolę. Czytelnik odnajdzie tutaj wątek izraelskiego wywiadu, a także prawdziwej miłości, która została wystawiona na wielką próbę. Autorka pokazuje również, w jaki sposób działały pewne organizacje tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Nikt, kto w czasie wojny kolaborował z faszystami nie mógł czuć się bezpiecznie.

Bohaterowie pojawiający się na kartach książki muszą zmagać się z naprawdę trudnymi problemami natury moralnej. Chodzi tutaj szczególnie o tych, którzy dziś są już staruszkami albo nie żyją. Czasy, w których przyszło im przeżywać swoją młodość były niesamowicie ciężkie, co sprawiało, że niejednokrotnie musieli dokonywać poważnych wyborów i podejmować decyzje, a te nie zawsze były dobre. Bardzo często wymuszone były przez rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć naszym bohaterom. Z kolei młode pokolenie wiele rzeczy nie potrafi zrozumieć z uwagi na fakt, iż tamte czasy są im zupełnie obce. Aby pojąć powody niektórych decyzji należałoby przenieść się w czasie i na własnej skórze odczuć dramat ówczesnej rzeczywistości. Lecz mimo to nikt nikogo nie potępia ani nie ocenia. Niekiedy widać nawet podziw młodych dla starszego pokolenia.

Czytając Na zawsze Różany odniosłam wrażenie, że na kartach tej ostatniej części pojawiają się praktycznie wszyscy bohaterowie. Jedni są jeszcze wśród żywych, natomiast inni niestety już nie żyją i są obecni jedynie we wspomnieniach. Wszystkie wątki, które do tej pory były zakryte, teraz znajdują swoje zakończenie. Nie ma tak naprawdę spraw niewyjaśnionych. Myślę, że cała seria jest godna uwagi i polecenia. Opowieść o podkrakowskich Różanach to w gruncie rzeczy ciepła historia z autentycznymi bohaterami, których życie wcale nie oszczędzało. To opowieść, która daje nadzieję na poprawę losu, ponieważ zawiera w sobie przesłanie mówiące o tym, że po złym zawsze przychodzi dobre i tak naprawdę nigdy nie należy tracić nadziei na lepsze jutro.







poniedziałek, 20 lutego 2017

O tym, jak runęły mury Jerycha









Wielu badaczy często zastanawia się, co takiego stało się, że silnie ufortyfikowane miasto, które praktycznie było nie do zdobycia dzięki podwójnym murom obronnym, nagle poniosło sromotną klęskę. Mowa oczywiście o Jerycho – mieście położonym w pobliżu rzeki Jordan na Zachodnim Brzegu (Judea). Swego czasu archeolodzy odkryli tam pozostałości po ponad dwudziestu osiedlach mieszkalnych, które mogły powstać nawet dziewięć tysięcy lat przed naszą erą. Nazwa miasta przywodzi na myśl przede wszystkim maszerujących Izraelitów, dmących w trąby oraz zawalające się mury obronne. Dla niektórych Jerycho stanowi wspaniały symbol wiary i zwycięstwa, lecz czy naprawdę można w ten sposób postrzegać to niezwykłe miasto? Sceptyk zapewne powie, że historia Jerycha to nic innego, jak tylko ludowa bajka przekazywana z pokolenia na pokolenie, aby w ten sposób móc wyjaśnić tajemnicze zburzenie murów. Zasadniczym powodem takiego rozumowania są zapewne archeologiczne odkrycia dokonane na tamtym terenie w 1950 roku przez brytyjską archeolog Kathleen Kenyon, która doszła do następującego wniosku:

To smutne, że z murów obronnych pochodzących z końca epoki brązu, w którym to okresie nastąpił atak Izraelitów, a jego skutkiem było zburzenie murów, nie pozostał już żaden ślad… Wykopaliska nie rzuciły zatem choćby najmniejszego światła na mury Jerycha, których zniszczenie tak obrazowo przedstawia Księga Jozuego[1].

Z kolei Thomas A. Holland, który był redaktorem i współautorem raportów z odkryć dokonanych przez Kathleen Kenyon ujawnione przez nią wyniki podsumował w taki oto sposób:

Kenyon stwierdziła, odnosząc się do teorii militarnego podboju i okresu późnej epoki brązu, że odnośnie do murów nie było żadnych danych archeologicznych, które mogłyby potwierdzić tezę, iż miasto zostało otoczone murem pod koniec epoki brązu, czyli około 1400 roku przed naszą erą[2].

Jednakże uważna analiza dowodów archeologicznych zgromadzonych w całym XX wieku prowadzi do zupełnie innego wniosku. Otóż zanim Izraelici weszli do Ziemi Obiecanej, Mojżesz powiedział im, że są oni w stanie przekroczyć Jordan, aby wykorzenić narody, które były większe i silniejsze od nich. Chodziło o ludność zamieszkującą miasta otoczone ogromnymi murami sięgającymi nieba. Drobiazgowe prace Kathleen Kenyon pokazały, że Jerycho było naprawdę silnie ufortyfikowane i że zostało ono strawione przez ogień. Niestety, badaczka pomyliła daty dotyczące czasu pochodzenia znalezisk, co spowodowało, że pojawiły się poważne rozbieżności pomiędzy odkryciami archeologicznymi a tym, o czym informuje Biblia. Badaczka doszła zatem do wniosku, że Jerycho pochodzące z ery brązu zostało zniszczone około 1550 roku przed naszą erą przez Egipcjan. Dogłębna analiza dowodów pokazuje jednak, że zniszczenie miało miejsce około 1400 roku przed naszą erą, czyli pod koniec ery brązu, to znaczy dokładnie w czasie, w którym według Biblii nastąpił podbój.


Zburzenie Jerycha 
Rycina pochodzi z 1886 roku i została wykonana w warsztacie
Carla Poellath (1857-1904).
autor nieznany


Można też powiedzieć, że Jerycho otoczone było wielkim ziemnym wałem lub nasypem z kamienia, który tworzył jego podstawę. Ten mur oporowy mógł mieć od jakichś czterech do pięciu metrów (12-15 stóp) wysokości. Na górze mogła znajdować się cegła mułowa na około dwa metry (sześć stóp) grubości i około sześciu lub ośmiu metrów wysokości (20-26 stóp). Na grzbiecie nasypu mogła również znajdować się cegła mułowa, której podstawa wynosiła około czternastu metrów (46 stóp) nad poziomem terenu zewnętrznego muru oporowego. To właśnie ten fragment wznosił się wysoko nad Izraelitami, kiedy okrążali miasto codziennie przez siedem dni z rzędu. Po ludzku niemożliwe było zatem, aby Izraelici mogli przeniknąć ten niezdobyty bastion, jakim było ówczesne Jerycho.

Górna część muru wynosiła w przybliżeniu około sześciu akrów (ponad 24 metry kwadratowe), natomiast cała powierzchnia górnego sytemu fortyfikacyjnego miasta była o jakieś pięćdziesiąt procent większa, czyli wnosiła około dziewięciu akrów (około 37 metrów kwadratowych). W oparciu o normy przyjmowane przez archeologów można stwierdzić, że na jednym akrze mieściło się jakieś dwieście osób, zaś populacja górnej części miasta wynosiła tysiąc dwieście osób. Niemniej na podstawie wykopalisk prowadzonych przez niemiecki zespół archeologów w pierwszej dekadzie XX wieku przypuszcza się, że starożytna ludność Jerycha zamieszkiwała również tereny przyległe do górnych i dolnych części murów miejskich. Ponadto w obliczu zagrożenia na pewno Kananejczycy mieszkający w okolicznych wsiach również uciekliby do Jerycha. A zatem można założyć, że kiedy Izraelici uderzyli na miasto, w obrębie murów znajdowało się kilka tysięcy ludzi.


Pocztówka przedstawiająca Jerycho z przełomu XIX i XX wieku
autor nieznany


Pewne jest, że mieszkańcy Jerycha byli bardzo dobrze przygotowani na oblężenie ich miasta przez Izraelitów. Obfite opady, które nawiedziły ich wiosną dostarczyły sporych ilości wody. Atak nastąpił w porze żniw, więc mieszkańcy posiadali niemały zapas żywności. Fakt ten został potwierdzony dzięki odkryciom Johna Garstanga, który w latach 30. XX wieku odnalazł na tamtych terenach wiele pokaźnych rozmiarów naczyń wypełnionych ziarnami.  Naczynia te znajdowały się w resztkach starożytnych kananejskich domów. Podobnych odkryć dokonała również Kathleen Kenyon. Tak wielka ilość żywności i wody mogła zapewnić mieszkańcom Jerycha przeżycie nawet przez kilka lat.

Biblia mówi nam, że mury rozpadły się siódmego dnia podczas marszu Izraelitów dookoła miasta. Pojawia się też sugestia, że zapadły się pod ziemię w dosłownym tego słowa znaczeniu. Czy zatem istnieją dowody przemawiające za takim rozwiązaniem zagadki murów Jerycha? Okazuje się, że dysponujemy szeregiem dowodów na to, iż mury z cegły mułowej rozpadły się i legły w gruzach u podstawy kamiennej ściany oporowej, a było to w chwili, kiedy dla miasta nie było już żadnego ratunku. W tej kwestii najbardziej szczegółowe są prace Kathleen Kenyon. Po zachodniej stronie u podstawy umocnień odkryła ona resztki czerwonej cegły ułożone w stos i sięgające prawie do samego szczytu fasady. Prawdopodobnie pochodzą one ze znajdującego się tam niegdyś budynku i/lub muru.

Nierządnica Rachab i dwaj
izraelscy szpiedzy

Obraz został namalowany
w latach 1896-1902.
autor: James Tissot (1836-1902)
Innymi słowy można rzec, że Kathleen Kenyon znalazła jedynie stos cegieł, które były częścią jakichś miejskich murów. Co ciekawe, włoski zespół archeologów przeprowadzających badania od południowej strony miasta odnalazł dokładnie to samo w 1997 roku. Według Biblii zachował się jednak jeden dom, który nie uległ zniszczeniu podczas ataku Izraelitów, a był to dom niejakiej Rachab, czyli prostytutki, która świadczyła seksualne usługi nie tylko królowi, ale także innym mężczyznom. I tu pojawia się pytanie: Skoro mury miasta zostały doszczętnie zniszczone, to jakim cudem jej dom ocalał? Jak wiemy z kart Biblii, a dokładnie z Księgi Jozuego, szpiedzy izraelscy polecili Rachab, aby ta zebrała w swoim domu całą rodzinę, a wtedy zostanie on uratowany. Tak więc gdy Izraelici zaatakowali miasto, Rachab i jej najbliżsi zostali oszczędzeni zgodnie z obietnicą. W północnej części Jerycha archeolodzy dokonali jednak pewnych zdumiewających odkryć, które można odnieść właśnie do osoby Rachab.

Na podstawie niemieckich wykopalisk dokonanych w latach 1907-1909 można stwierdzić, że na północy miasta znajduje się część muru, która nie uległa zniszczeniu, jak stało się to w przypadku całej reszty. Część tego muru wykonanego z cegły mułowej nadal znajdowało się na wysokości ponad dwóch metrów (osiem stóp). Co więcej, były przypadki, kiedy domy budowano na murze! Tak więc całkiem możliwe jest, że był to właśnie dom Rachab. Ponieważ mur miejski przylegał do tylnej ściany domów, szpiedzy mogli bardzo łatwo z niego uciec. Z tak usytuowanego domu w północnej części miasta prowadziła bardzo krótka droga na wzgórze znajdujące się na Pustyni Judzkiej, gdzie szpiedzy ukrywali się przez trzy dni. Prawdziwa wartość tych budynków musiała być naprawdę niewielka, ponieważ domy były usytuowane na skarpie pomiędzy górnymi a dolnymi murami miejskimi. Na pewno nie było to najlepsze miejsce do życia podczas wojny. Bez wątpienia przez ten obszar przechodziło mnóstwo ludzi z górnej i ubogiej części miasta, a może nawet z dzielnicy slumsów.

W związku z powyższym można zadawać sobie pytanie, w jaki sposób Izraelici pokonali wysokość cztero- lub pięciometrowych (12-15 stóp) umocnień po upadku murów? Odkrycia archeologiczne wykazały, że cegły pochodzące ze zniszczonych murów utworzyły pochyłą ścianę, po której mogli wspiąć się Izraelici. Biblia jest tutaj bardzo precyzyjna w swoim opisie dotyczącym tego, jak Izraelici wkroczyli do miasta: lud udał się do miasta, a każdy kroczył przed siebie, czyli jednym słowem szli bezpośrednio w górę. Badania archeologiczne także wykazały, że tak w istocie było. Musieli zatem przejść z poziomu gruntu u podstawy murów do góry wałem, by dostać się do miasta.


Jerycho w latach 60. XX wieku
Na zdjęciu widać budynek gminy Jerycho i jego okolicę około dwóch tygodni
po zakończeniu sześciodniowej wojny izraelsko-arabskiej w czerwcu 1967 roku.
fot. David Kamir
źródło 


Podczas ataku na Jerycho Izraelici spalili całe miasto oraz wszystko, co się w nim znajdowało. Ten fakt po raz kolejny potwierdziły odkrycia archeologiczne. Część zniszczonego przez Izraelitów miasta została odnaleziona po wschodniej stronie wzgórza. Wszędzie tam, gdzie udało się dotrzeć archeologom, odkryto warstwę popiołu pochodzącego ze spalenia oraz gruzu mającego grubość około jednego metra (trzech stóp). To ogromne spustoszenie miasta Kathleen Kenyon opisuje w następujący sposób:

Zniszczenie było całkowite. Ściany i podłogi poczerniałe lub zwęglone przez ogień, a każdy pokój wypełniony był zawalonymi cegłami, drewnem i przedmiotami codziennego użytku; w większości pokoi zalegał gruz, który był mocno spalony, lecz wydaje się, że zawalenie się ścian pomieszczeń od strony wschodniej miało miejsce jeszcze przed pożarem[3].

Zarówno John Garstang, jak i Kathleen Kenyon odnaleźli wiele naczyń, w których przechowywane były ziarna, a które zostały jednak uchronione przed niszczycielskimi skutkami pożaru. Jest to naprawdę wyjątkowe odkrycie w dziejach archeologii. Ziarna są bowiem cenne nie tylko jako źródło pożywienia, ale także jako towar, który mógł być wymieniany na inne produkty. W normalnych warunkach tak wartościowe pożywienie, jak zboże mogło być złupione przez najeźdźców. Dlaczego zatem ziarno pozostało jednak w Jerycho? Odpowiedź na to pytanie można odnaleźć w Biblii, gdzie zapisane jest, że Jozue nakazał Izraelitom, aby wszystko to, co odnajdą w mieście poświęcili Panu.


Panorama dzisiejszego Jerycho – widok od strony starych murów
fot. Daniel Case
źródło (Creative Commons)


Był taki czas, kiedy Jerycho traktowane było jako „biblijny problem” z powodu pozornych rozbieżności pomiędzy tym, co odkryli archeolodzy a tym, co podaje Biblia. W momencie, gdy archeologia jest poprawnie interpretowana, wówczas wszystko można naukowo wytłumaczyć. Natomiast każde inne stwierdzenie stanowi jedynie kwestię przypadku. Dowody zgromadzone przez archeologów dowodzą jednak zgodności z prawdą historyczną zawartą na kartach Biblii. Każdy aspekt tej historii, który mógłby podlegać badaniu, jest tak naprawdę szczegółowo zweryfikowany.

Istnieje szereg koncepcji odnośnie do tego, w jaki sposób runęły mury Jerycha. Zarówno John Garstang, jak i Kathleen Kenyon odnaleźli dowody na istnienie aktywności sejsmicznej w czasie, kiedy miasto zostało całkowicie zniszczone. Jeśli Bóg naprawdę posłużył się wtedy trzęsieniem ziemi, aby osiągnąć swój cel, to można uważać to za cud, ponieważ stało się to dokładnie w tym samym czasie, kiedy do miasta weszli Izraelici. Poza tym jak wytłumaczyć ocalenie domu Rachab? Dlaczego nie został zniszczony, podczas gdy nie zachował się żaden budynek znajdujący się w Jerycho? Bez względu na to, jak podejdziemy do kwestii Bożego działania na starożytne Jerycho – to znaczy czy było ono nadprzyrodzone, czy może jednak zadziałał czynnik ludzki albo natura (trzęsienie ziemi) – to jednak ostatecznie należałoby przyjąć, że kwestia ta zbiegła się z wejściem do miasta Izraelitów, którzy – według słów Biblii – kierowali się silną wiarą, która w ich mniemaniu sprawiła, że mury Jerycha runęły, a stało się to po tym, jak maszerowali oni wokół miasta przez siedem dni z rzędu. 

Powyższy fakt pokazuje nam także jak ważne jest to, aby w udowadnianiu powodu zniszczenia Jerycha nie pomijać jednak Biblii z uwagi na jakieś pozorne sprzeczności zachodzące pomiędzy jej zapisami a świecką analizą przeprowadzanych badań archeologicznych. Sprawa Jerycha to zapewne wspaniała duchowa lekcja przede wszystkim dla osób wierzących. W pewnym momencie życia każdy człowiek staje bowiem w obliczu swoich własnych „murów”, których nie może pokonać własnymi siłami i tylko od niego zależy, w jaki sposób będzie chciał te „mury” zniszczyć, aby w końcu odnieść zwycięstwo.











[1] K. M. Kenyon: Digging Up Jericho, Wyd. Ernest Benn, Londyn 1957, ss. 261-262; zacytowany fragment przełożyła z angielskiego Agnes A. Rose.
[2] T. A. Holland: Jericho. The Oxford Encyclopedia of Archaeology in the Near East, tom 3, E. M. Myers (red.), Wyd. Oxford University Press, Nowy Jork 1997, s. 223; zacytowany fragment przełożyła z angielskiego Agnes A. Rose.
[3] K. M. Kenyon: Excavations at Jericho, tom 3, Wyd. British School of Archaeology in Jerusalem, Londyn 1981, s. 370; zacytowany fragment przełożyła z angielskiego Agnes A. Rose.






piątek, 17 lutego 2017

Renata Czarnecka – „Pod sztandarem miłości. Rok 1794” # 2










Na okładce wykorzystano
portret Marii Naryszkin
z Czetwertyńskich

autor: Salvatore Tonci
(1756-1844)

Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
Warszawa 2012





Wszyscy, którym historia Polski nie jest obca, doskonale wiedzą, że tak naprawdę Rzeczpospolita okupowana była jeszcze przed drugim rozbiorem. Ta wojskowa okupacja obcych mocarstw oraz rządy targowiczan stały się dla kraju niezwykle uciążliwe, dlatego też ludność bardzo szybko zaczęła manifestować swoje niezadowolenie i buntować się przeciwko zaistniałej sytuacji, zawiązując spiski przeciwko okupantowi. Z drugim rozbiorem Polski (1793 rok) łączą się chyba najbardziej krwawe wydarzenia spośród wszystkich trzech rozbiorów. Niemniej, to rok 1794 przyniósł ostateczną klęskę i stał się swego rodzaju preludium do trzeciego rozbioru.

Co w takim razie przyniósł wspomniany wyżej pamiętny rok 1794? Otóż, w marcu tegoż roku wybuchło powstanie narodowe skierowane przeciwko Rosji i Prusom. Rewolcie dowodził generał Tadeusz Kościuszko (1746-1817). Jednak ówczesny król, Stanisław August Poniatowski (1732-1798), nie poparł walki ludu, mającej na celu wyrwanie się spod jarzma okupanta. W zamian monarcha w dniu 19 marca wystosował list do księcia Józefa Poniatowskiego (1763-1813), w którym uznał za swój święty obowiązek „trzymać z Rosjanami”. Mało tego. W momencie, gdy dowiedział się o charakterze działań Tadeusza Kościuszki, natychmiast uznał go za rebelianta, którego on – jako sojusznik Rosji – zmuszony jest zwalczać wszelkimi możliwymi siłami. W związku z tym w dniu 2 kwietnia król złożył swój podpis na uniwersale przeciwko powstaniu, który przygotowany został przez Departament Sprawiedliwości Rady Nieustającej. W owym akcie Stanisław August Poniatowski stanowczo potępiał rewolucję francuską (1789-1799), natomiast swój naród wzywał do opamiętania się oraz usilnie przestrzegał przed wiarą w pomoc ze strony Francji.

W wyniku walk zbrojnych pomiędzy wojskiem polskim i ludem Warszawy a okupacyjnym garnizonem rosyjskim w dniach 17-18 kwietnia 1794 roku została zdobyta rosyjska ambasada, a ponadto przejęto dokumenty, które były niezbitym dowodem świadczącym o zdradzie. Poświadczały one bowiem pobieranie przez otoczenie króla stałej pensji od carycy Katarzyny II Wielkiej (1729-1796).  Od tej chwili król stał się zakładnikiem powstańców i ukrył się w zamku. Jednak wspomniane walki to dopiero początek. Najbardziej krwawe miały miejsce w chwili, gdy do Warszawy wjechały wojska dowodzone przez Aleksandra Wasiljewicza Suworowa (1729-1800). Pamiętna rzeź mieszkańców Pragi jeszcze długo odbijała się echem pośród ludu Warszawy.


Rzeź Pragi w 1794 roku
Obraz został namalowany około 1810 roku.
autor: Aleksander Orłowski (1777-1832)


To właśnie na tle powyższych wydarzeń rozgrywa się akcja powieści Renaty Czarneckiej zatytułowana Pod sztandarem miłości. Rok 1794. Powieść stanowi drugą część historii opowiedzianej w książce Pożegnanie z ojczyzną. Rok 1793. Czytelnik ponownie wkracza na salony wraz z ówczesną warszawską arystokracją. Po raz kolejny zapraszany jest do pałacu Radziwiłłów i Czartoryskich. Spotyka też przedstawicieli rodu Potockich i Lubomirskich. Niemniej, podobnie jak w poprzedniej części, tak i tutaj na czoło również wysuwa się księżna Helena z Przeździeckich Radziwiłłowa (1753-1821). To właśnie ją słychać najgłośniej. To jej głos odbija się echem w pałacowych murach, a obcasy jej butów stukają na marmurowych posadzkach. Jest tak realna, że aż czuć zapach jej perfum i słychać szelest wytwornych sukni.

Księżniczka
Krystyna Magdalena
Radziwiłłówna

Portret pochodzi z przełomu
XVIII i XIX wieku.
autor: Józef Maria Grassi
(1757-1838)
Pomimo zamieszek na ulicach Warszawy oraz niebezpieczeństwa utraty życia, które może dosięgnąć również Radziwiłłów, do końca pozostają oni wierni carycy Katarzynie II Wielkiej. Helena wciąż drży o to, aby nikt z jej rodziny przypadkiem nie wyrzekł złego słowa pod adresem jej najserdeczniejszej przyjaciółki, jaką w jej mniemaniu jest właśnie imperatorowa. Ale czy ta przyjaźń jest równie silna ze strony carycy? Chyba nie, skoro po odwołaniu z Warszawy ambasadora, Jakoba Johanna Sieversa (1731-1808), wojewodzina wileńska robi wszystko, aby wkraść się w łaski jego następcy i tym samym odzyskać zaufanie Katarzyny II. Przecież wciąż myśli o korzystnym wydaniu za mąż swojej nieślubnej córki, Krystyny (1776-1796), i wie, że tylko caryca może jej w tym pomóc. Oficjalnie księżniczka Krystyna uchodziła za córkę Michała Radziwiłła (1744-1831), ale wiadomo było, że jej biologicznym ojcem był rosyjski dyplomata Otto Magnus von Stackelberg (1736-1800).

Oczywiście, jak to w życiu bywa, nie wszystko układa się po myśli księżnej. Przecież posiada liczną rodzinę i w związku z tym istnieje pewne ryzyko, że nie każdy z jej członków będzie podzielał zdanie Heleny. Tak więc podobnie jak w poprzedniej części dylogii, tak i tutaj arystokracja próbuje żyć normalnie, choć sprawy kraju są dla niej bardzo ważne. Radziwiłłowie z wiadomych przyczyn sympatyzują z Rosjanami i to ich w główniej mierze zapraszają na przyjęcia do swojego pałacu na Miodowej.

Obok Heleny Radziwiłłowej na pierwszy plan wysuwa się też inna, równie silna, kobieta. Jest nią hrabina Maria Naryszkin, z domu Czetwertyńska (1779–1854), która jest przyjaciółką księżnej i żoną Rosjanina, co sprawia, że wciąż zamartwia się o swoje bezpieczeństwo. W dodatku jest też bardzo piękną kobietą, więc nie dziwi fakt, że wpada w oko pewnemu rosyjskiemu oficerowi, którym nie jest bynajmniej jej małżonek. Czy ta miłość do mężatki znajdzie w końcu spełnienie? Czy może krwawe rozruchy w kraju sprawią, że pozostanie ona jedynie w sferze marzeń?

Renata Czarnecka znów dokonała czegoś niezwykłego. Otóż stworzyła powieść niełatwą, jeśli chodzi o tło historyczne, ale z drugiej strony tak wciągającą, że nie sposób się od niej oderwać. Zagmatwane kwestie polityczne przeplatają się tutaj z codziennym życiem bohaterów. Czytelnik jest doskonale poinformowany, co czuje dana postać i jakie są jej zamiary. Nie tylko Helena Radziwiłłowa sprawia wrażenie kobiety z krwi i kości. Tak dzieje się w przypadku każdej postaci, którą spotykamy na kartach książki. Kiedy Autorka pisze, że za oknem pałacu Radziwiłłów rozpętała się burza z piorunami, to tak w istocie jest. Czytelnik również słyszy odgłos grzmotu, wielkie krople deszczu uderzające w okienne framugi i szybkie kroki jednego z synów księstwa, który właśnie zajechał przed pałac karetą. Z kolei, gdy przemierzamy ulice Warszawy, wówczas niemal na własne oczy widzimy tłumy mieszczan żądnych krwi zdrajców. Przed naszymi oczami wyrastają szubienice i czujemy strach towarzyszący tym, którzy prowadzeni są na stracenie. Wraz z Marią Naryszkin i Heleną Radziwiłłową słyszymy huk armat i szczęk oręża. Widzimy zakrwawionych ludzi i łowimy uchem ich jęki, kiedy śmierć jest już blisko. Autorka używa niby prostych słów, a jednak potrafi je dobrać w taki sposób, że w pewnym momencie czytelnik traci poczucie rzeczywistości.


Wieszanie zdrajców in effigie, czyli wykonywanie wyroków śmierci
na wizerunku zmarłego lub skazanego, który nie doczekał egzekucji bądź zbiegł.
Ta forma egzekucji obowiązywała jeszcze od czasów średniowiecza.
Zastosowano ją właśnie podczas insurekcji kościuszkowskiej.

Obraz pochodzi z 1794 roku.
autor: Jean-Pierre Norblin de La Gourdaine (1745-1830)


W książce nie brak też scen humorystycznych, choć ogólnie tematyka powieści jest poważna. Fakt ten bez wątpienia urozmaica fabułę powieści. Tak więc czytelnicy znajdą w tej książce wszystko to, co powinna posiadać dobrze skonstruowana powieść, czyli doskonale wykreowanych bohaterów, uczucia nimi targające, miłość, przyjaźń, zdradę, niekiedy komizm sytuacji, a ponieważ jest to powieść historyczna, nie brakuje w niej perfekcyjnie namalowanych słowami obrazów z naszej historii. Autorka zadbała o najdrobniejszy szczegół, oczywiście na tyle, na ile pozwala na to objętość książki. Dodatkowy walor stanowią także doskonale skonstruowane dialogi.

Chyba nie muszę dodawać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej powieści, podobnie jak innych książek Renaty Czarneckiej, które do tej pory czytałam. Niemniej, w tym przypadku występuje jeszcze dodatkowo bardzo trudne tło historyczne, z którym Autorka fantastycznie sobie poradziła. I właśnie ten fakt przemawia za tym, aby niniejszej powieści podnieść ocenę, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, ile pracy kosztuje napisanie takiej książki. Obawiam się jednak, że słowo rewelacyjna to stanowczo za mało, aby wyrazić jej fenomen. W tym kontekście znacznie bardziej pasuje przymiotnik wybitna.







środa, 15 lutego 2017

Steve Berry – „Zagadka aleksandryjska” # 2













Wydawnictwo: SONIA DRAGA
Katowice 2013
Tytuł oryginału: The Alexandria Link
Przekład: Cezary Murawski
Seria: Cotton Malone




Aleksandria – jedno z największych miast starożytnego świata – została założona przez Aleksandra Wielkiego zwanego też Macedońskim (356-323 p.n.e.). Było to tuż po tym, jak podbił Egipt w 332 roku przed naszą erą. Po śmierci Aleksandra Macedońskiego, która nastąpiła w Babilonie w 323 roku przed naszą erą, Egipt przeszedł pod władanie jednego z adiutantów Aleksandra – Ptolemeusza I (367-283 p.n.e.). To właśnie Ptolemeusz na nowo zajął się tworzeniem Aleksandrii, która miała zastąpić dotychczasową stolicę Egiptu – Memfis. Fakt ten stał się początkiem Aleksandrii. Ptolemeusze byli świadomi tego, że żadna dynastia nie może przetrwać bez wsparcia swoich poddanych. Tak więc już na samym początku ptolemeuszowscy królowie starali się legitymować swoją władzę na różne sposoby, w tym przybierając tytuł faraona i rozpoczynając grecko-rzymski kult boga Serapisa, który stał się opiekunem nauki. Był to całkiem dobry sposób, aby pokazać własne bogactwo. To właśnie ten patron sprawił, że zaczęto podejmować działania zmierzające do powstania Wielkiej Biblioteki Aleksandryjskiej, która przez wieki była jedną z największych i najważniejszych bibliotek starożytnego świata. Ówcześni wielcy myśliciele, naukowcy, matematycy i poeci reprezentujący różne cywilizacje korzystali z Biblioteki Aleksandryjskiej celem wzajemnej wymiany naukowych pomysłów. Na półkach biblioteki znajdowało się aż siedemset tysięcy woluminów. Niemniej biblioteka nie zdołała oprzeć się skutkom jednej z największych tragedii, jaka dotknęła świat akademicki. Naukowcy wciąż nie potrafią zrozumieć, w jaki sposób została ona zniszczona.

Być może jednym z najbardziej interesujących aspektów dotyczących zniszczenia Biblioteki Aleksandryjskiej jest utrata dzieł rzymskich pisarzy. Według wielu autorów, biblioteka została zupełnie przypadkowo zniszczona przez Juliusza Cezara (102-44 p.n.e.), a było to w czasie oblężenia Aleksandrii w 48 roku przed naszą erą. Grecki historyk Plutarch z Cheronei (50-125) tak oto pisze o tamtym wydarzeniu:

Kiedy wróg próbował odciąć jego [Juliusza Cezara] floty, ten został zmuszony do odparcia zagrożenia przy użyciu ognia, który rozprzestrzenił się od strony portu i zniszczył wielką bibliotekę.

(Plutach, Żywot Juliusza Cezara, 49.6)*
                                                        

Tak w XIX wieku wyobrażano sobie wnętrze
starożytnej Biblioteki Aleksandryjskiej.


Można jednak przypuszczać, że powyższa teoria nie jest prawdziwa, ponieważ Muzeum Aleksandryjskie znajdujące się w Aleksandrii niedaleko biblioteki zostało nietknięte, o czym około trzydzieści lat po oblężeniu Aleksandrii przez Cezara wspomina grecki geograf i historyk Strabon (ok. 63 p.n.e.-ok. 24 n.e.). Z drugiej strony jednak Strabon nie wymienia Biblioteki Aleksandryjskiej w kontekście jej usytuowania w samej Aleksandrii, wspierając tym samym stwierdzenie, że to właśnie Juliusz Cezar ponosił odpowiedzialność za jej spalenie. Niemniej biblioteka znajdowała się w pobliżu Muzeum Aleksandryjskiego, o czym wspomina ten sam geograf. Możliwe jest zatem, że istniała ona jeszcze w czasach Strabona. Z drugiej strony jednak kwestię pominięcia jej przez geografa można przypisać temu, iż nie uważał jej za równie ważną jak Muzeum Aleksandryjskie, bądź też w tamtych czasach biblioteka nie stanowiła centrum naukowego, co wydaje się bardzo prawdopodobne. Ponadto sugerowano też, że biblioteki w ogóle tam nie było, a w pobliżu portu znajdowały się tylko jakieś magazyny, gdzie przechowywano rękopisy, które zostały zniszczone przez pożar wzniecony przez Juliusza Cezara.

Niektórzy przypuszczają, że sprawcami zniszczenia Biblioteki Aleksandryjskiej byli chrześcijanie żyjący w IV wieku naszej ery. W 391 roku cesarz Teodozjusz I Wielki (347-395) wydał bowiem oficjalny dekret, na mocy którego zakazywał jakichkolwiek praktyk pogańskich. Tak więc świątynia boga Serapisa znajdująca się w Aleksandrii została zniszczona. Niemniej nie była to Biblioteka Aleksandryjska, czy jakakolwiek inna budowla tego rodzaju. Ponadto żadne starożytne źródła w ogóle nie wspominają o tym, jakoby w tamtym czasie zniszczeniu uległa jakaś biblioteka. Dlatego też nie ma de facto dowodów na to, aby to chrześcijanie żyjący w IV wieku stali za unicestwieniem Biblioteki Aleksandryjskiej, co oczywiście podważa wysuniętą powyżej tezę.


A tak dziś wygląda Biblioteka Aleksandryjska, której uroczyste otwarcie
odbyło się w 2002 roku. Gmach znajduje się blisko miejsca, gdzie prawdopodobnie
mieściła się starożytna Biblioteka Aleksandryjska.

fot. Moushira
źródło


Ostatnim możliwym sprawcą dokonania tego przestępstwa mógł być muzułmański kalif Umar ibn al-Chattab (ok. 591-644). Według legendy niejaki John Grammaticus (490-570) miał poprosić Amra – generała zwycięskiej armii muzułmańskiej – o książki z królewskiej biblioteki. Wtedy generał napisał do kalifa, chcąc uzyskać instrukcje dotyczące owych książek. Umar ibn al-Chattab odpowiedział mu takimi oto słowami: Jeśli te książki zawierają to samo co Koran, to są nam niepotrzebne, ale jeżeli są one przeciwne Koranowi, wówczas trzeba je zniszczyć. Nasuwają się zatem dwa wnioski z tej historii. Po pierwsze, nie ma żadnej wzmianki o jakiejkolwiek bibliotece, a jedynie o książkach. Po drugie, przekaz ten pochodzi od pisarza, który był syryjskim chrześcijaninem, więc mógł w ten sposób chcieć pogrążyć dobry wizerunek muzułmańskiego kalifa.

Niestety, archeologia jak do tej pory nie jest w stanie przyczynić się w istotny sposób do odkrycia niniejszej tajemnicy. Bardzo rzadko odnajduje się papirusy, które pochodziłyby z Aleksandrii tamtych czasów. Powodem tak nielicznych odkryć mogą być najprawdopodobniej warunki klimatyczne, które niekorzystnie wpływały na zachowanie się materiału organicznego. Inną sprawą natomiast jest fakt, że nie odkryto nawet ruin biblioteki w Aleksandrii. Powodem takiej sytuacji jest to, że Aleksandrię wciąż zamieszkują ludzie, którzy bezwiednie mogli zniszczyć dowody istnienia Biblioteki Aleksandryjskiej, więc na chwilę obecną można już tylko liczyć na ocalałe wykopaliska, którymi zajmują się archeolodzy.

Książę Burgundii Filip III Dobry  
założyciel Zakonu Złotego Runa
Zakon ten odgrywa w powieści
bardzo ważną rolę. 
Portret został namalowany
około 1450 roku.
autor: Rogier van der Weyden
(ok. 1400-1464)
Zakładając jednak, że Biblioteka Aleksandryjska naprawdę istniała, jej ewentualne zniszczenie można przypisywać winie jednego człowieka lub grupy ludzi. Faktem jest, że wielu uważa ją za największą bibliotekę starożytnego świata, co nadmiernie upraszcza całą sprawę. Biblioteka nie mogła jednak pójść z dymem w całości, lecz wraz z upływem czasu mogły zanikać jej poszczególne elementy. Jeśli biblioteka faktycznie została stworzona celem podniesienia prestiżu i wyeksponowania bogactwa dynastii Ptolemeuszy, to ich późniejszy upadek mógł również wpłynąć na niekorzystne zawirowania gospodarcze na tamtym terenie. Na przestrzeni wieków Egipt Ptolemeuszy stopniowo zmniejszał swoje znaczenie, co także mogło mieć wpływ na stan Biblioteki Aleksandryjskiej. Jeśli więc biblioteka rzeczywiście przetrwała do pierwszych wieków naszej ery, to jej złote lata przypadłyby na czas, kiedy to Rzym stał się nowym centrum świata.

Starożytna Biblioteka Aleksandryjska to także główny motyw drugiego tomu serii, której głównym bohaterem jest były pracownik Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych i agent biura Magellan Billet połączonego z rządem amerykańskim. Jak wiemy z części pierwszej Dziedzictwo templariuszy, Cotton Malone miał już dosyć pracy, która przyprawiała go o niesamowity stres, a w dodatku stała się przyczyną rozbicia jego małżeństwa. W związku z tym pewnego dnia podjął decyzję, że definitywnie porzuca swoją profesję i wyjeżdża na stałe do Danii. W Kopenhadze otworzył dobrze prosperujący antykwariat. Książki od lat były jego pasją, więc czuje się w tym biznesie jak ryba w wodzie. Niestety, bardzo szybko okazało się, że przeszłość upomniała się o naszego czterdziestoośmioletniego emeryta. Trzeba było zatem porzucić spokojne życie wśród woluminów i wyruszyć w drogę, aby rozwikłać trudną i niebezpieczną zagadkę związaną z Zakonem Templariuszy i osobą ostatniego Wielkiego Mistrza, jakim był Jakub de Molay (ok. 1244-1314).

Tym razem Cotton Malone zostaje zmuszony do podjęcia ryzyka w celu odnalezienia antycznej Biblioteki Aleksandryjskiej, która tak naprawdę nie wiadomo czy w ogóle istnieje albo czy zachowały się jakieś jej resztki. Są jednak tacy, którzy wierzą głęboko, że nie została ona zniszczona, a jej zasoby warte są fortunę. Zacznijmy od tego, że pewnego październikowego dnia przed drzwiami kopenhaskiego mieszkania Cottona Malone’a staje jego była żona Pam i ze łzami w oczach, które spowodowane są nie tylko rozpaczą, ale także ogromną wściekłością, oznajmia swojemu byłemu mężowi, że ich nastoletni syn Gary został właśnie porwany przez jakichś tajemniczych ludzi, którzy grożą, że zabiją chłopca, jeśli ona lub Cotton zawiadomią policję. Mało tego. Nasz były agent praktycznie natychmiast dostaje wiadomość, że na odnalezienie Biblioteki Aleksandryjskiej, zwanej tutaj aleksandryjskim ogniwem, ma jedynie siedemdziesiąt dwie godziny. Po upływie tego czasu Gary Malone zginie, a cała wina spadnie na jego ojca, jeśli ten nie wywiąże się z zadania.

Wydanie z 2016 roku
Okazuje się także, że w całą tę sprawę wmieszany jest pewien Palestyńczyk, którego Cotton Malone ochraniał dokładnie pięć lat wcześniej. Mężczyzną tym jest badacz Biblii, który posiada naprawdę rozległą wiedzę na temat Starego Testamentu. Dlaczego zatem stanowi zagrożenie? Kim są ludzie, którzy chcą się go pozbyć już od kilku lat? Czy tym razem człowiek ten zdoła ujść z życiem? Co takiego dźwiga na swoich barkach, że nie potrafi już funkcjonować bez dręczących go wyrzutów sumienia? Niemniej Palestyńczyk nie jest jedynym ogniwem w całej tej zagmatwanej historii. Cotton Malone stopniowo orientuje się, że afera jest znacznie poważniejsza niż mogłoby się z pozoru wydawać. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem, że jest to sprawa polityczna zakrojona na szeroką skalę. Odkryte przez Cottona ślady prowadzą także do izraelskiego wywiadu (MOSAD) oraz do Białego Domu. W obliczu ogromnego niebezpieczeństwa staje również sam prezydent Stanów Zjednoczonych.

I tak oto Cotton Malone wraz z byłą żoną ruszają w podróż, która ma im zająć nie więcej niż siedemdziesiąt dwie godziny. W innym razie ich syn zostanie zamordowany. Czy uda im się ocalić chłopca? Jak poradzą sobie z uprzedzeniami wobec siebie nawzajem? Przecież nie od dziś wiadomo, że nie darzą się wzajemnie sympatią. Czasami też można odnieść wrażenie, że oni wręcz czują nienawiść na samą myśl o tej drugiej osobie. Pam Malone wciąż nie może wybaczyć i zapomnieć o zdradach Cottona oraz o jego ciągłych nieobecnościach w domu, kiedy ten pracował jeszcze jako agent wywiadu. Z kolei Malone nadal ma w pamięci słowa, jakie padły z ust byłej żony w odniesieniu do ich syna. To było całkiem niedawno, więc trudno jest zapomnieć, zważywszy że odkryły one kłamstwo, w jakim nasz bohater żył przez długie lata. Teraz jednak będą musieli połączyć siły i zawalczyć o życie ich syna. Ale czy mogą ufać sobie wzajemnie? Może nagłe pojawienie się Pam w życiu Cottona wcale nie jest przypadkowe? Może ktoś to zaplanował, wykorzystując kobietę do swoich niecnych celów? Czy zatem Cotton jest w niebezpieczeństwie, którego się nie spodziewa, a przynajmniej nie ze strony swojej byłej żony?

Jedno z wydań anglojęzycznych
Wyd. HODDER & STOUGHTON
grudzień 2007
Steve Berry to amerykański autor, który specjalizuje się w thrillerach szpiegowskich, których fabuła oparta jest na wątkach historycznych. Jego książki z reguły czyta się jednym tchem i naprawdę nie można się od nich oderwać. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Tym razem wraz z bohaterami czytelnik podróżuje praktycznie po całym świecie. Autor zabiera nas nie tylko do Kopenhagi, gdzie widzimy, jak dorobek życia Cottona Malone’a idzie z dymem, ale też jesteśmy świadkami tego, co dzieje się z bohaterami w Anglii, Portugalii, Austrii oraz na Półwyspie Synaj, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych, na terenie których do akcji wkracza była szefowa Cottona – Stephanie Nelle. Kobieta sama również znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie, a tajemnice, jakie odkrywa podczas swojego dochodzenia mogą przyprawić o dreszcz przerażenia.

Zagadka aleksandryjska to powieść, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Następują zwroty akcji, których czytelnik nie jest w stanie przewidzieć. Bohaterowie, którzy wydają się być pozytywnymi charakterami nieoczekiwanie stają się bestiami i nie ma dla nich żadnych świętości. Z kolei bestie nagle okazują się ludźmi zdolnymi narażać życie, aby tylko zapobiec tragedii. Książka jest zatem doskonałą lekturą zarówno dla tych czytelników, którzy lubią historię (sporo w niej informacji zaczerpniętych ze źródeł historycznych), jak i dla tych, którzy cenią sobie powieści akcji z dużą dawką niebezpieczeństwa i nieprzewidywalności. Oczywiście Steve Berry tak kieruje linią fabularną, aby w jakiś logiczny sposób wyjaśnić tajemnicę Biblioteki Aleksandryjskiej. Bardzo ciekawe jest także wkomponowanie do fabuły motywu Zakonu Złotego Runa, czyli rycerskiego zakonu założonego przez Filipa III Dobrego (1396-1467). Książę Burgundii założył go w 1430 roku, czyniąc go jednym z największych zakonów w Europie. Po jakimś czasie Zakon Złotego Runa podzielił się na gałąź hiszpańską i austriacką. W powieści czytelnik spotyka odłam austriacki.

Jak już wspomniałam wyżej, takich odniesień historycznych jest naprawdę sporo. Na przykład pojawiają się też listy, jakie wymieniali między sobą święci Hieronim ze Strydonu (między 331 a 347-ok. 420) i Augustyn z Hippony (354-430), czyli dwaj wybitni doktorzy Kościoła Katolickiego. Co zatem łączyło tych dwóch świętych z Biblioteką Aleksandryjską? Tak więc książka naprawdę jest godna uwagi, o czym może świadczyć fakt, że w Polsce była już wznawiana kilka razy, a czytelnicy wciąż chętnie sięgają nie tylko po Zagadkę aleksandryjską, ale również po inne powieści Steve’a Berry’ego.








Z angielskiego przełożyła Agnes A. Rose.







poniedziałek, 13 lutego 2017

Agnieszka Lingas-Łoniewska – „Zakręty losu. Braterstwo krwi” # 2













Wydawnictwo: NOVAE RES
Gdynia 2012




Pierwszym skojarzeniem, jakie przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o braterstwie krwi jest zapewne pogański rytuał, polegający na mieszaniu krwi dwóch osób zupełnie sobie obcych, niespokrewnionych w żaden sposób, które łączy ze sobą jedynie niezwykle silna, a wręcz dozgonna przyjaźń. Jednak braterstwo krwi to także związek zupełnie od nas niezależny. Związek, o którym już ktoś wcześniej zdecydował, nie pytając nas o zgodę.

Gdyby Krzysztof Borowski wiedział, jak wiele będzie musiał poświęcić i cierpieć przez tego, z którym połączyły go więzy krwi, choć nie miał na to żadnego wpływu, zapewne nie chciałby mieć z nim nic wspólnego. Gdyby ktoś wcześniej uświadomił mu, ilu ludzi z jego najbliższego otoczenia będzie czuć paraliżujący strach tylko na sam dźwięk imienia tego, który nie ma dla nikogo litości, być może pozbyłby się go własnymi rękami. Ale z drugiej strony, czy można znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, aby móc tego dokonać, skoro w żyłach płynie ta sama krew?

Łukasz „Lukas” Borowski powraca niczym widmo przeszłości i znów staje na drodze swojemu bratu i jego rodzinie. Krzysztof i Katarzyna wciąż pamiętają, ile przez niego wycierpieli. Od tamtej pory próbują żyć normalnie, prowadząc własną kancelarię prawną i ciesząc się sobą nawzajem, choć strach ich nie opuszcza. Oni wiedzą, że gdzieś bardzo blisko są ci, którzy nigdy nie zapominają. Choć starają się nie rozmawiać o tym, przez co jeszcze tak niedawno musieli przechodzić, to jednak nie zmienia to faktu, iż stale oglądają się za siebie. Pewnego dnia Krzysztof odbiera telefon. Ten jeden telefon wystarczy, aby przeszłość upomniała się o nich. Drogi obydwu braci znów się krzyżują. Ponownie stają do walki. Tylko po której stronie będą zmuszeni stanąć tym razem? Czy znów będą toczyć walkę po przeciwnych stronach? A może tym razem będzie inaczej? Może Krzysztof i Łukasz będą uderzać do tej samej bramki?

Do książek Agnieszki Lingas-Łoniewskiej nie trzeba mnie przekonywać. Zawsze, gdy sięgam po jej prozę wiem, że trudno będzie o rozczarowanie. Pierwszą część Zakrętów losu przeczytałam dość dawno, a było to jeszcze pierwsze wydanie tej książki z 2010 roku. Dlatego też pamiętam, że – podobnie jak inni czytelnicy – długo czekałam na kontynuację, która ostatecznie trafiła w moje ręce jesienią 2012 roku. W związku z powyższym mogę śmiało powtórzyć za Anną Klejzerowicz, która jest autorką przedmowy do niniejszej powieści: Wydaje mi się, że strasznie długo czekałam na tę kontynuację. Pewnie dlatego, że bardzo chciałam dowiedzieć się, co dalej, a tu… trzeba było, niestety, uzbroić się w cierpliwość. Tak więc kiedy przeczytałam pierwszą część Zakrętów losu, czułam niedosyt. Z kolei po przeczytaniu drugiej części, mój niedosyt tylko przybrał na sile, ponieważ wiedziała, że będzie jeszcze część trzecia, która też niebawem miała trafić na rynek wydawniczy. Dziś okazuje się, że czytelnicy mogą cieszyć się również tomem czwartym zatytułowanym Zakręty losu. Nowe pokolenie

Środowisko mafijne to środowisko niezwykle specyficznie, kierujące się własnymi zasadami, dlatego należy pamiętać, że pewne kwestie są w tym przypadku normą, choćby język, jakim posługują się gangsterzy. Wydaje się, że ci ludzie nie mają żadnych skrupułów. Są w stanie zlikwidować każdego, kto wejdzie im w drogę, a nie gra w tej samej drużynie co oni. Życie drugiego człowieka nie jest dla nich nic warte. Liczy się tylko kasa, łatwe dziewczyny i szybkie samochody. Myślą też o tym, jak najskuteczniej wyeliminować konkurencję. Taki właśnie jest Łukasz Borowski, kiedy czytelnik spotyka go po raz pierwszy w pierwszej części Zakrętów losu. Czy w związku z tym, mężczyzna o tak twardym charakterze, niemający pojęcia, czym tak naprawdę są wyrzuty sumienia, jest w stanie zmienić się w dobrego i prawego człowieka? Czy ktoś taki może nawet pokochać? Co takiego musi się wydarzyć, aby ktoś, kto od siedemnastego roku życia egzystował w środowisku mafijnym zaczął w końcu dostrzegać ludzką stronę życia?

Zakręty losu. Braterstwo krwi to powieść, która porusza wiele aspektów ludzkiego życia. Oprócz pięknego, ale zarazem niezwykle trudnego miłosnego wątku, czytelnikowi zostaje przybliżonych także szereg innych kwestii. Autorka skupia się między innymi na psychicznym i fizycznym maltretowaniu kobiet i ich finansowym uzależnieniu od męża, który uchodzi tutaj za „pana i władcę”. Jest też mowa o trudnej sztuce przebaczania, honorze, walce wbrew wszelkim przeciwnościom losu, wyborze pomiędzy tym, co dobre a tym, co złe, a także wszechogarniającej chęci zemsty, która może odebrać resztki zdrowego rozsądku. Pomimo tak szerokiego wachlarza problemów, z jakimi muszą radzić sobie bohaterowie, starają się oni żyć normalnie. Matka, która wciąż ogląda się za siebie, bojąc się, czy przypadkiem gdzieś nie ujrzy męża-sadysty, stara się postępować tak, aby jej dziecko jak najmniej odczuło skutki tragedii, jaka ich dotknęła. Jest też matka, która wciąż czeka na powrót swojego „marnotrawnego syna”. Ta miłość naprawdę wzrusza. Ona wie, że jej pierworodny nie jest doskonały, a jednak kocha go całym sercem i pragnie znów go ujrzeć. I jeszcze to pragnienie czynienia dobra, choć niemal przez całe życie czyniło się jedynie zło. Te kwestie naprawdę wzruszają, tylko trzeba umieć je dostrzec. Niemniej na pierwszy plan wysuwa się tytułowe braterstwo krwi, czyli prawdziwa miłość pomiędzy braćmi, dla której można poświęcić praktycznie wszystko, nawet to, co do tej pory kochało się najbardziej na świecie.

Tej książki nie da się czytać pobieżnie. Tę powieść należy czytać powoli, analizując każde zdanie, każdą kwestię wypowiadaną przez bohaterów, którzy czasami mogą denerwować, niekiedy śmieszyć, a za chwilę budzić współczucie. Jest to zależne od tego, w jakiej akurat znajdują się sytuacji. Autorka wykreowała bohaterów w taki sposób, że czytelnik ma wrażenie, iż są oni żywymi osobami, egzystującymi gdzieś obok nas. Wystarczy tylko rozejrzeć się wokół i ich dostrzec. Ich emocje są tak realne i tak wyraźnie wyeksponowane, że można odnieść wrażenie, jakby dana scena rozgrywała się przed oczami czytelnika.

Na koniec dodam coś osobistego. Otóż, z reguły jestem twardym czytelnikiem i nie rozklejam się nad książką, którą akurat czytam. A jeśli już to robię, to taka sytuacja zdarza mi się niezwykle rzadko. Jednak w przypadku powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej jest to druga powieść, której fabuła naprawdę mnie wzruszyła. Pierwszą z nich była książka pod tytułem Zakład o miłość. Oczywiście nie zdradzę, w którym momencie przyszło wzruszenie. Niech to pozostanie moją tajemnicą. Czy muszę zatem pisać coś więcej, aby zachęcić do tej lektury? Wydaje mi się, że nie.